piątek, 24 marca 2017

"DNA" Yrsa Sigurðardóttir


Na tłumaczenie tego kryminału czekałam z utęsknieniem - wszystkie dotąd wydane islandzkie kryminały moich ulubionych autorów dawno przeczytałam i miałam ochotę na coś nowego. Już tradycyjnie zdecydowałam się na audiobooka i tym razem brawa dla lektora, który poradził sobie z islandzkimi nazwami i imionami. Ostatnim razem, gdy słuchałam powieści Yrsy, lektor nie został przeszkolony w islandzkiej wymowie i ciągle więdły mi uszy.

W Reykjaviku brutalnie zostaje zamordowana matka trójki dzieci. Podczas gdy jej mąż-lekarz przebywa na zagranicznym sympozjum, nocą do ich domu zakrada się zabójca i w  bestialski i dotąd niespotykany sposób ją zabija. Całe zajście obserwuje siedmioletnia córka ofiary. Morderca pozostawia w domu zakodowaną wiadomość, której nikt nie jest w stanie rozszyfrować. Policja wydaje się szukać igły w stogu siana - zamordowana Elisa nie miała wrogów, była lubiana, na miejscu nie sposób znaleźć żadnych śladów, a zaszokowana dziewczynka nie chce składać zeznań. Gdy morderca uderza po raz drugi, nadzieje na trafienie na jego trop rosną, ale między ofiarami nie ma absolutnie żadnych punktów stycznych, co na Islandii jest niemal ewenementem.

Równocześnie zafascynowany krótkofalarstwem Kalli odbiera dziwne audycje, w których mechaniczny głos odczytuje szeregi cyfr. Kalli niedawno stracił matkę, a podczas segregowania jej rzeczy odnajduje kopertę z dokumentami, dotyczącymi adopcji jego i starszego brata. Okazuje się, że wyczytywane przez radio cyfry zgadzają się z PESEL-em Kalliego i prawdziwych rodziców brata.

Prowadzący śledztwo Huldar uwikłany jest w problemy osobiste. Z przerażeniem stwierdza, że spotkał już psycholożkę z domu pomocy dla dzieci, która opiekuje się córką zamordowanej i do tego w niezbyt ciekawych okolicznościach - po tym jak wylądował z nią w łóżku i nie przyznał się do bycia policjantem, ulotnił się bez pożegnania. Ta historia wprowadza dodatkową linię napięcia w śledztwie.

Yrsa poświęca bardzo dużo czasu na wprowadzenie i scharakteryzowanie każdego bohatera. Opisuje ich życie, zajęcia, przeszłość. Ten zabieg bardzo spowalnia akcję. Zamiarem autorki na pewno było budowanie napięcia, przerwa przecież opis działań poszczególnych osób, by wtrącić owe opisy, obawiam się jednak, że rozszerzyła je tak bardzo, że zamierzone napięcie zwyczajnie za każdym razem opadało.
Podobnie sprawa się ma z pracą islandzkiej policji - nieporadną i chaotyczną. Niemożliwy dla nich do rozszyfrowania kod był dla mnie oczywisty, mimo że go nie widziałam, tylko wysłuchałam. Szybko domyśliłam się także, kto jest mordercą, ale to pewnie dlatego, że czytelnik wie więcej niż Huldar - Yrsa prowadząc narracją pozwala czytelnikowi na delikatną przewagę.

DNA to dobra rozrywka, mimo wszystko wciągająca lektura, zaskakująca brutalnymi morderstwami, oraz dzięki mocnemu osadzeniu w specyficznych realiach wyspy gratka dla fanów Islandii, ale na pewno nie jest to najlepszy kryminał autorki.

Moja ocena: 4/6

Yrsa Sigurðardóttir, DNA, tł. Annika Wolff, 480 str., der Hörverlag 2016.

czwartek, 23 marca 2017

Stosikowe losowanie 4/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy kwietniowej! Pary rozlosuję 30 marca, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

"Leon i Luiza" Alex Capus


Na tę książkę zwróciłam uwagę w 2011 roku, gdy nominowana była do Deutscher Buchpreis. Miałam ten tytuł w pamięci ale nigdy nie zdecydowałam się ani na zakup, ani na lekturę. Dopiero teraz wpadła mi w ręce ta książka, dzięki turystom, których mamy przyjemność gościć w Portugalii, a którzy często zostawiają przeczytane książki. Nastawiałam się na bardzo dobrą prozę i w gruncie rzeczy powieści Capusa nic nie mogę zarzucić, poza tym, że mnie zwyczajnie nie porwała.

Opowieść zaczyna się na pogrzebie Léona, w Notre-Dame wedle jego życzenia. Narratorem jest jeden z wnuków, syn najmłodszego syna, która na podstawie listów i wspomnień rekonstruuje historię miłości dziadka. Akcja rozgrywa się na tle wielkich wydarzeń historycznych - od pierwszej, po drugą wojnę światową. Szesnastoletni Léon znudzony szkołą opuszcza dom rodzinny i wyrusza do niewielkiej miejscowości, by rozpocząć pracę na stacji kolejowej. W całej Francji poszukiwani są pracownicy, więc nie jest mu trudno znaleźć zajęcie. W podróż udaje się rowerem i po drodze spotyka tajemniczą dziewczynę, która, jak się okazuje, podobnie jak on, pracuje w miasteczku, w biurze burmistrza. Léon zafascynowany jest dziewczyną, nawiązuje z nią znajomość i po romantycznym wypadzie nad morze, traci ją. Oboje wpadają w nalot bombowy i zostają zranieni. Louisy nikt nigdy nie znajduje. Kilka lat później, Léon pracuje w Paryżu, jako laborant w policji i przypadkowo spostrzega Louisę w metrze. To spotkanie jest jak grom z jasnego nieba. Para spotyka się ale nie będzie to początkiem związku, zwłaszcza, że Léon założył rodzinę.
Trudno opisać treść, nie zdradzając zbyt wiele. Dodam tylko, że Léon i Louise utrzymują kontakt przez całe swoje życie.

To powieść o niespełnionej miłości, o uczuciu, które musiało zostać odstawione na drugi plan, któremu przeszkodziły niesprzyjające wydarzenia. Capus stworzył powieść opartą na faktach z własnej biografii, co czyni ją niezwykle autentyczną. Dla mnie najciekawsze były opisy Normandii oraz życia w okupowanym Paryżu, bardzo odmiennego od tego w ówczesnej Polsce.

Capus zaskoczył mnie lekko ironicznym, wyrafinowanym stylem. Bardzo dobrze potrafił odmalować wojenną atmosferę we Francji. Na dobrą sprawę nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego nie ujęła mnie ta powieść, spełnia przecież wszystkie warunki dobrej lektury. Zauważyłam jednak, że czytam coraz więcej książek reporterskich i być może powieści nie zaspakajają dostatecznie mojej żyłki poznawczej.

Moja ocena: 4/6

Alex Capus, Léon und Louise, 315 str., Carl Hansen Verlag 2013.

wtorek, 21 marca 2017

"Preparator" Hubert Klimko-Dobrzaniecki


Kupując tę książkę, nie miałam pojęcia o jej treści, przyciągnęło mnie nazwisko autora, który jest jednym z najbardziej cienionych przeze mnie polskich pisarzy współczesnych.

To powieść oparta na faktach, co dla mnie jednak istotne nie było, do dziś nie sprawdziłam o jakie wydarzenia chodzi. 
Klimko-Dobrzaniecki poprowadził narrację w formie przesłuchania, które jednak bliższe jest monologowi - główny bohater opowiada o swoim życiu. Brak tu jednak chronologii, jego opowieść przerywają dygresje, poglądy na świat, przemyślenia.
Jego życie to pozornie normalna rodzina, mieszkająca na jednym z wielu polskich blokowisk. Ojciec, matka, córka i syn. Ojciec ma jednak nietypowy zawód - jest preparatorem czyli przygotowuje ciała do pochówku. Tę profesję przejmuje potem syn. To rodzina, w której dominują kobiety. Matka traktuje i ojca, i syna pogardliwie. Ojciec zamyka się w swoim świecie między kanapą, telewizorem i piwem, sporadycznie próbując nawiązać kontakt z synem poprzez wyprawy na ryby i do fryzjera. Syn jest w rodzinie tym gorszym - leworęcznym przygłupkiem, który nigdy nie sięgnie siostrze nawet do stóp. Wychowany bez miłości, kontaktu fizycznego, poniżany i psychicznie maltretowany, wyrasta na mężczyznę jakich wiele. Bagaż doświadczeń wyniesionych z domu pozbawia go siły przebicia, wiary w siebie, poczucia mocy kierowania swoim życiem.

Bohater jakoś prowadzi swoje życie - jakoś się żeni, jakoś zostaje ojcem, jakoś spędza swoje dni. Taka bylejakość powoduje w nim narastanie frustracji, złości, poczucia niesprawiedliwości. Słabym człowiekiem łatwo jest manipulować, łatwo go poniżać i łatwo osądzać. 
Co jednak powoduje, że jeden człowiek umrze po bylejakim życiu, a inny wybuchnie? Nikt nie rodzi się przecież zbrodniarzem. 

Klimko-Dobrzaniecki genialnie ukazuje rozterki i uczucia bohatera. Jest bezstronnym obserwatorem, który pozwala swojemu rozmówcy (pozwolę sobie tu na to uproszczenie) na samoanalizę własnego życia.

To bardzo smutna, przerażająca książka. Opowieść, która unaocznia nam co oziębłość uczuciowa czyni z człowiekiem. Jedna z najlepszych powieści jakie przeczytałam. Polecam!

Moja ocena: 6/6

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Preparator, 232 str., Wydawnictwo Od deski do deski 2015.

poniedziałek, 20 marca 2017

"Dzikie wybrzeże" John Gimlette



To jeden z najlepszych reportaży podróżniczych, jakie czytałam. Niestety nie udało mi się napisać o nim notki bezpośrednio po lekturze czyli w kwietniu ubiegłego roku, więc wrażenia już się zatarły, co więcej czuję, że jestem gotowa na ponowną lekturę.

Bardzo długo szukałam, w ramach projektu południowoamerykańskiego, książek z Dzikiego wybrzeża, czyli Surinamu, Gujany oraz Gujany Francuskiej. Poległam tylko na tej ostatniej, ponieważ niestety nie czytam po francusku. Dzięki książce Gimlette mogłam poznać ten rejon bliżej.
Ten kawałek Ameryki Południowej fascynuje mnie od dawna - gęsto zabudowane wybrzeże, a za nim nieprzebyta dżungla. Gdy spoglądam na mapę widzę tylko zieleń. Jak musi wyglądać życie w kraju, gdzie przeważająca większość jest trudna do przebycia? Autor książki daje odpowiedź na to pytanie.

Odwiedzając każdy z trzech krajów, stara się poznać jego specyfikę oraz przybliżyć jego historię. Te opisy mogą wydać się nudne, ale są istotne dla zrozumienia skomplikowanej historii kolonialnej tego rejonu. Gimlette stara się odkryć nieco aurę tajemniczości, jaka okrywa te tereny. Gęsta dżungla to wspaniałe miejsce, by ukryć się w niej na zawsze. Do większości miejsc można dostać się tylko drogą rzeczną. Takie ukształtowanie terenu przyciągnęło szaleńcze projekty - kolonie karne, wioski niewolnicze czy słynną sektę Świątynia Ludu. Opowieść o niej to jeden z najbardziej fascynujących rozdziałów książki. Wstrząsający tekst o masowym samobójstwie 900 osób na długo pozostał mi w pamięci.

Dżungla skrywa żyjące w izolacji plemiona indiańskie, poszukiwaczy złota oraz rebeliantów. Gimlette zdaje sobie sprawę, że porusza się po terenach niezbadanych, swoistych białych plamach. Widzi jak dżungla błyskawicznie zarasta pozostałości cywilizacji, takie jak plantacje trzciny cukrowej.

Gimlette porywa czytelnika wartkim językiem, ciekawością i zamiłowaniem do przygody. Jego książka nie jest typową chronologiczną relacją z podróży, Gimlette poszedł o krok dalej, przekształcając swoje przeżycia i spostrzeżenia w teksty reporterskie. Bardzo cieszę się, że zdecydowałam się na lekturę Dzikiego wybrzeża - ta książka zrekompensowała mi brak literatury z Gujany Francuskiej w dwójnasób!

Moja ocena: 6/6

John Gimlette, Dzikie wybrzeże. Podróż skrajem Ameryki Południowej, tł. Hanna Pustuła-Lewicka, 524 str., Wydawnictwo Czarne 2013.

niedziela, 19 marca 2017

"Wielka księga Basi i Franka 2" Zofia Stanecka, Marianna Oklejak


Jak już wiadomo czytelnikom mojego blogu, jesteśmy wielbicielami Basi, więc cieszy nas, że Basiowa rodzina wciąż rośnie. Moje dzieci z Basi powinny wyrosnąć, ale wcale nie chcą i nadal z przyjemnością książki o niej czytają i słuchają. 

Wielka księga Basi i Franka to pozycja skierowana do młodszych dzieci, taki Frankowych właśnie. Przegapiliśmy pierwszy tom, ale drugi stoi w biblioteczce i został ciepło przyjęty przez mojego już siedmioletniego syna!?! Jak widzicie u nas na Basię nikt nie jest za duży!


Na początku książki zamieszczono ilustrację rodziny głównych bohaterów, która pomoże w orientacji podczas lektury. Są tu wiec i mam,a i tata, i wszystkie dzieci, ale także maskotki oraz żółw.
Na Wielką księgę składają się 24 opowiadania. Teksty nie są zbyt długie ale nie są to też symboliczne kilkuzdaniowe opowiastki. Każde opowiadanie ma swoją fabułę i przytacza jedną z wielu zabawnych przygód Basi i Franka. To bowiem nierozłączna para, Franek wpatrzony jest w Basię jak w obrazek, a dziewczynka chętnie bawi się z młodszym bratem, niechcący majstrując spore psoty i kłopoty.


W pierwszym opowiadania Basiu jest zła na Franka, który ją naśladuje, psuje jej zabawki i chce robić wszystko to, co ona. Gdy jednak doświadcza podobnego traktowania ze strony Janka, starszego brata, odkrywa w Franku świetnego kompana do zabawy. Dzieci bawią się więc w pieski, zjadając resztki jedzenia z podłogi, plądrują spiżarnię, robiąc niemożebny bałagan, bawią się w deszcz w łazience, taplają w błocie i rozkładają na części pierwsze laptop mamy.


W wielu z tych przygód mały czytelnik odnajdzie znajome mu sytuacje i przygody. A czytająca matka z podziwem i czasami szczękościskiem będzie porównywać się do oponowanej i zawsze pedagogicznie poprawnej mamy Tosi. Moje dzieci są już na tyle duże i znają swoją rodzicielkę na tyle dobrze, że wiele razy podczas lektury stwierdziły, że na pewno by się tak nie zachowała jak mama Basi. To prawda, mama Tosia mogłaby mnie uczyć cierpliwości i pomysłów na rozwiązanie konfliktowych sytuacji.

Autorki zadbały, by Wielka księga była towarzyszem małego czytelnika - między opowiadaniami umieściły wiele zabaw i zgadywanek, na przykład takich:


Nawet mój już duży syn chętnie czytał te strony i skrupulatnie rozwiązywał wszystkie zadania. 
Świetne jest także drzewo genealogiczne na końcu książki, które pomogło nam uporządkować koneksje rodzinne Basi, znane już nam z poprzednich książek.


Zaskoczona byłam, jak dobrze Wielka księga została przyjęta przez moje dzieci. Mój syn bardzo chętnie po nią sięga, przegląda i podczytuje. 
Myślę, że to jednak przede wszystkim świetna książka dla młodszych dzieci, dla których tomy o Basi będą jeszcze za trudne. 

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Wielka księha Basi i Franka 2, 175 str., Wydawnictwo Egmont 2016.

sobota, 18 marca 2017

"Afryka Kazika" Łukasz Wierzbicki


Tę książkę czytałam córce kilka lat temu, teraz miałam okazję odświeżyć ją sobie podczas lektury z synem, który był nią równie zachwycony jak siostra. Wierzbicki opowiada dzieciom historię Kazimierza Nowaka, który przemierzył w latach trzydziestych ubiegłego wieku Afrykę na rowerze. Dzięki listom i reportażom Nowaka, Wierzbickiemu udało się odtworzyć przebieg jego podróży. Po stworzeniu książki dla dorosłych, zdecydował się stworzyć wersję dla dzieci. Bardzo udaną, dodam od razu.


Książka rozpoczyna się we współczesnym Poznaniu, dokąd przyjeżdża dziadek Krzysia. Akurat wtedy odsłonięta zostaje na dworcu tablica, upamiętniająca podróż Kazimierza Nowaka. Chłopiec z uwagą słucha przemówienia Ryszarda Kapuścińskiego, a po przybyciu do domu wspólnie z dziadkiem sięga po Afrykę Kazika. Krzyś z zapartym tchem czyta książkę ale już nie towarzyszy czytelnikowi, wraca dopiero na samym końcu, gdzie znajdziemy także krótką notę o Nowaku.


Wierzbicki opowiada o przygodach Kazika w krótkich rozdziałach, które będą w stanie skupić uwagę nawet mniejszego dziecka niż mój siedmiolatek. Autor pomija żmudne opisy, zbędne szczegóły, a koncentruje się na przygodach, niezwykłych spotkaniach z ludźmi i zwierzętami. Z tej książki bije miłość do podróży, nieprzeparta chęć do poznawania nieznanego, a przede wszystkim respekt przed innymi kulturami. Kazik ufnie i z szacunkiem podchodzi do każdego człowieka i zwierzęcia, nie jest zwolennikiem szybkich i intratnych rozwiązań, lecz stara się żyć i postępować w zgodzie z własnym sumieniem i empatią.


Książka jest bardzo ładnie wydana, do lektury zachęcają twarda oprawa, duże, barwne i realistyczne ilustracje oraz mapa. Zwłaszcza ta ostatnia rozkładana była podczas śledzenia przygód Kazika wiele razy. Dzięki miniaturkom ilustracji z książki, łatwo było odnaleźć, w którym miejscu kontynentu znajduje się w danym momencie podróżnik.


Dla mojego syna była to ciekawa i pouczająca lektura, do której na pewno będzie wracał.

Łukasz Wierzbicki, Afryka Kazika, 165 str., Wydawnictwo bis Warszawa 2012.

piątek, 17 marca 2017

"Śród żywych duchów" Małgorzata Szejnert


Tę książkę kupiłam już dawno temu skuszona nazwiskiem autorki. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z jej tematyki. Szejnert poświęciła swój reportaż całkowicie kwestii skazywania na karę śmierci żołnierzy AK.

Autorka napisała książkę w formie pamiętnika - to opis jej poszukiwań, zmagania się z tym trudnym tematem. Pierwsze zapiski pochodzą z początku 1988 roku, gdy w Polsce zaczyna się odwilż i otwiera się grunt do badań nad tym tematem. Mimo to, Szejnert ma przed sobą bardzo trudną drogę. Niemal codziennie spotyka się z księżmi, byłymi więźniami, rodzinami zabitych, mieszkańcami okolic cmentarzy na Służewcu i Powązkach. To jednak nadal nie czas na pełne otwarcie - wiele osób nie chce lub nie potrafi mówić, wiele powtarza zasłyszane, nie zweryfikowane informacje. Ta praca wymaga ogromnej delikatności i uwagi. Jedno źle lub zbyt szybko zadane pytanie może zniszczyć nić porozumienia.

Szejnert stopniowo odkrywa przed czytelnikiem obraz ówczesnej nagonki na żołnierzy AK. Pokazowe procesy, masowe skazania na karę śmierci, tortury, perfidny szantaż, pokątne egzekucje i nocne pochówki. Bliscy wiele lat po wykonaniu wyroku nadal nie wiedzą, czy ich krewni żyją, nigdy nie poznają miejsca ich pochówku. Szukanie grobów to główna nić, za którą podąża Szejnert. Chce oddać cześć zmarłym i pomóc osieroconym rodzinom odnaleźć miejsce ostatniego spoczynku. Autorka przedstawia sylwetki skazanych - ich walkę podczas wojny, zasługi, odznaczenia, a potem podstępne aresztowanie i tortury. Ogrom cierpienia, nieszczęścia i niesprawiedliwości jaki zalewa czytelnika jest trudny do uniesienia. Ta książka dusiła mnie, przytłaczała. Musiałam odkładać lekturę i zająć umysł czymś innym. Absolutnie nie zdawałam sobie sprawy, że niesłusznie skazanych było aż tylu oraz że wykonanie kary śmierci przebiegało bez najmniejszego poszanowania godności człowieka.

Najbardziej uderzyły mnie w książce rozmowy z dyrektorem więzienia, do końca przekonanym o słuszności działań oraz o humanitaryzmie warunków, panujących w więzieniu.

Szejnert wykonała z penowścia ogrom trudnej, wyczerpującej fizycznie i psychicznie pracy. Podziwiam ją za to, że miała odwagę zagłębić się w temat niebezpieczny, trudny, a przede wszystkim, że stanęła twarzą w twarz z ofiarami i potrafiła z nimi rozmawiać. Powstała książka ważna, potrzebna, która nie tylko oddaje obraz prześladowań powojenny ale także obraz pracy reporterskiej na końcu lat osiemdziesiątych.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Szejnert, Śród żywych duchów, 400 str., Wydawnictwo Znak 2012.

czwartek, 16 marca 2017

"Ziarno prawdy" Zygmunt Miłoszewski


Mimo, że podobał mi się pierwszy tom cyklu o Teodorze Szackim, odczekałam trochę, zanim sięgnęłam po kolejny. Doszłam do wniosku, że taka metoda jest najlepsza, żeby nie mieć przesytu jednego autora, oraz by uniknąć zlewania się wątków. Ziarno prawdy także mi się podobało, choć show down w sandomierskich lochach był nierealny i zbyt hollywoodzki, jak na mój gust.

To jednak nie jest aż tak istotne, bo podobały mi się inne aspekty tego kryminału. Przede wszystkim Szacki - odrobinę przypomina mi doktora House'a. Ale tylko odrobinę, bo Szacki jednak jest cynikiem na pozór, a gdy nikt nie widzi to sentymentalny mazgaj. Między akcją Uwikłania, a Ziarna prawdy minęło kilka miesięcy - Szacki opuścił Warszawę, żonę i córkę i próbuje szczęścia na prowincji. Z manierą warszawiaka nie przysparza sobie początkowo zbyt wielu przyjaciół. Doskwiera mu samotność, tęsknota za rodziną i zawieszenie. 

Podoba mi się także w tym kryminale Sandomierz. Znam to miasto jeszcze sprzed lat i bardzo ciekawie było spojrzeć na nie oczyma Miłoszewskiego, a przede wszystkim poznać fakty historyczne. Autor polaryzuje - raz to urokliwe i niedocenione miasteczko nad Wisłą, a potem znowu zapyziała prowincja.

Miłoszewski całkiem dobrze nakreśla małomiasteczkowe układy oraz napięcia na osi Warszawa - prowincja. Układy to oczywiście ludzie, których charaktery są moim zdaniem bardzo umiejętnie nakreślone, co bardzo istotne, bo najbliższe otoczenie Szackiego będzie odgrywało ważną rolę w śledztwie. Intryga osadzona jest bowiem zarówno w historii miasta, jak i w jego aktualnym życiu społeczno-kulturalnym. Zamordowana zostaje kobieta - animatorka kulturalna, bardzo zaangażowana w życie miasta. Jej najbliższą przyjaciółką jest sandomierska pani prokurator, uwikłana emocjonalnie nie może przyjąć tej sprawy, Szacki zaś nie zna wszystkich układzików na tyle, by całkowicie sam pokierować śledztwem. Chcąc nie chcąc musi zaufać sandomierzanom, zwłaszcza, że trup zaczyna ścielić się gęsto. Stopniowo wychodzą na jaw powiązania między ofiarami, a także od lat zasiedziały w mieście antysemityzm.

Ziarno prawdy było dla mnie idealną lekturą urlopową, niezbyt wymagającą rozrywką, ale równocześnie ciekawych, osadzonym mocno w realiach kryminałem. Ciekawa jestem kolejnego tomu, już szykuję się na jego lekturę podczas kolejnego, krótkiego wypadu w czasie ferii wielkanocnych.

Moja ocena: 4,5/6

Zygmunt Miłoszewski, Ziarno prawdy, 368 str., W.A.B. 2014.

środa, 15 marca 2017

"Rodzina" Monika Jaruzelska


Nie czytałam poprzedniej książki Moniki Jaruzelskiej, więc ta była dla mnie zupełną nowością, zwłaszcza że nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. S ądziłam, że będzie to rodzaj gawędy o losach rodziny, a otrzymałam zbiór luźnych myśli, migawek z życia autorki i spostrzeżeń.

Jaruzelska towarzyszy choremu ojcu, a pomiędzy odwiedzinami w szpitalu i rozmowami telefonicznymi, składa obraz swojego życia. Domyślam się, że stara się kontynuować styl obrany w Towarzyszce Panience, niestety wyszła jej książka chaotyczna, posklejana. Nie mam jednak wrażenia, że taka koncepcja ma oddać aktualny stan autorki, a raczej, że to niezamierzony i niezbyt udany efekt. Wydaje się, że Jaruzelska chce opisać w swojej książce wszystko - stosunek do matki, stosunek do ojca, spostrzeżenia polityczne, wspomnienia z dzieciństwa, współczesne życie, zachowania syna, a to wszystko wepchnięte między próby przeprowadzenia ostatniego wywiadu z ojcem.

Mimo tych niedociągnięć koncepcyjnych, książkę przeczytałam z zainteresowaniem. Ciekawe są opowieści o poznaniu się rodziców, o młodości autorki, interesujących spotkaniach, a wreszcie o życiu rodzinnym. Jaruzelska zdradza wiele intymnych szczegółów, dotyczących rodziców, jak i swojej biografii. Nie czyni tego jednak w stylu sensacyjnym, sprawia raczej wrażenie blogerki, która zebrała swoje posty w formie książki. Jej bezpretensjonalny, gawędziarski sposób pisania ułatwia czytelnikowi nawiązanie z nią nici sympatii. Rodzina okazała się być sympatyczną książką na kilka wieczór, z której, ponad tydzień po lekturze, niestety już niewiele pamiętam.

Moja ocena: 3,5/6

Monika Jaruzelska, Rodzina, 288 str., Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2014.

wtorek, 14 marca 2017

"Sind Tote immer leichenblass" Michael Tsokos


Jako wierna czytelniczka Tsokosa, nie mogłam odpuścić tej książki. To dość szczupła książka, w której autor obala mity, jakie nagromadziły się wokół medycyny sądowej. Ich źródłem są coraz liczniejsze seriale, w których główną rolę odgrywają medycy sądowi oraz powieści kryminalne. Oba te gatunki filmowe i literackie zwiększyły zainteresowanie pracą lekarzy sądowej, ale nie przysłużyły się rzetelnemu obrazowi tej profesji.

Tsokos dowcipnie i ze swadą po kolei obala te mity. Każdy rozdział poświęcony jest jednemu stwierdzeniu. Tsokos więc wyjaśnia jak to jest z identyfikacją zwłok przez bliskich, rodziną, wpadającą do sali sekcyjnej czy smarowaniem nosa pastą mentolową. Szeroko także opisuje różnice między często mylonymi zawodami patomorfologa i medyka sądowego, a także pisze o dziwactwach tych ostatnich. Plotki głoszą, że każdy lekarz sądowy to dziwak, czego autor nie potwierdza, ale opowiada o różnorakich hobby swoich kolegów po fachu, a przede wszystkim o sobie. Zresztą w wielu rozdziałach przemyca prywatne informacje, szczególnie sympatyczne dla osób, które znają go osobiście :)

Błędów i przesądów dotyczących profesji Tsokosa jest wiele, o niektórych nigdy nie słyszałam, autor jednak starał się zebrać wszystkie zasłyszane od kolegów i znalezione w literaturze stereotypy i się z nimi rozprawić, przede wszystkim z tytułowym pytaniem czy zmarli są faktycznie trupio bladzi. Jeśli więc interesuje was praca medyków sądowych, chcielibyście poznać jej kulisy oraz stronę praktyczną zachęcam was do sięgnięcia po tę książkę. Zapewniam was, że te czterdzieści krótkich rozdziałów połknięcie błyskawicznie.

Moja ocena: 5/6

Michael Tsokos, Sind Tote immer leichenblass, 192 str., Droemer Kanur 2016. 


niedziela, 12 marca 2017

"Zawołajcie położną" Jennifer Worth



Tę książkę pochłonęłam w kilka dni. Napisana prostym, bezpretensjonalnym i autentycznym językiem wciąga czytelnika od pierwszych stron. Jennifer Worth opowiada o swoich pierwszych krokach w zawodzie położnej. Szlify zdobywała pod okiem zakonnic z Domu Św. Nonnata, który  mieścił się w najbardziej robotniczej dzielnicy Londynu czyli w dokach. Pocz ątkowo spodziewałam się szczegółowych opisów porodów oraz praktyki i nauki autorki, ale ta książka to coś więcej.

Worth opisuje oczywiście porody - wszystkie odbywają się w domu i są bardzo różne: niektóre proste i bezproblemowe, inne skomplikowane. Podczas wszystkich zaskakuje spokój sióstr, które towarzyszą rodzącym w roli położnych. Ich głównym celem jest towarzyszenie kobiecie, nawet jeśli fazy porodu trwają kilkanaście godzin. Nie dążą do przyspieszania, medykalizacji, strasu, roztaczają spokój, pewność i poczucie fachowej opieki.

Worth jednak nie spisała swoich wspomnień tylko w celu opisania porodów, jej głównym celem było przedstawienie życia kobiet. Niemal wszystkie z dnich muszą walczyć o byt, otoczone mnóstwem dzieci, pracujące bez wytchnienia i z humorem i godnością przyjmujące swój los. Między opisami tych losów, Worth przemyca swoje prywatne przygody - spotkania z przyjaciółmi, opis dziewcząt, uczących się wraz z nią.

Podczas pracy Jennifer trafiła na wiele przejmujących losów - kobiet, cierpiących pod ciężką ręką męża, zaniedbujących dzieci i siebie, a także takich, których życie zawiodło w zaułek bez wyjścia. Jedną z nich jest nastoletnia Mary, która po ucieczce z Dublina od pijącej matki, trafia w ręce alfonsa. Ten wykorzystuje naiwną dziewczyną, zmuszając ją do prostytucji. Mary ucieka od niego, będą ciąży i przypadkiem poznaje Jennifer. Jej losy niestety potoczą się według najgorszego z możliwych scenariusza. W pamięci pozostanie też rodzina Conchity - Hiszpanki, która urodziła 25 dzieci i dzięki sile swojej woli uratowała życie wcześniaka.

Tak jak napisałam powyżej język Worth jest prosty i bardzo przystępny. Bardzo podobało mi się użycie przez niej gwary, przy okazji brawa dla tłumaczki! Tym zabiegiem nadaje swoim historiom autentyczności. Czytelnik wierzy, że stara się oddać swoje przeżycia jak najwierniej. Książka podzielona jest aż na 32 rozdziały, nie są one jednak oddzielnymi historiami, Worth wraca do wcześniej wspomnianych pacjentek, wtrąca historie prywatne oraz perypetie jej towarzyszek oraz zakonnic. Po lekturze czuję jednak niedosyt - chętnie poznałabym losy autorki sprzed rozpoczęcia nauki u sióstr, jaki i po jej zakończeniu.

Moja ocena: 5/6

Jennifer Worth, Zawołajcie położną, tł. Mata Kisiel-Małecka, 428 str., Wydawnictwo Literackie 2014.