niedziela, 29 października 2017

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz


Jestem pacyfistką, nienawidzę wojny, ani niczego, co w jakiś sposób związane jest z wojskowością. Nigdy nie kupiłam dzieciom ubrania, którego wzór w jakikolwiek sposób przypominałby moro, nigdy nie zachęcałam ich do zabaw, imitujących wojnę, nie kupowałam militarnych zabawek i zabraniałam innym, darowania im takich. Nigdy nie byliśmy na żadnych paradach, ani pokazach wojskowych. Czytając reportaż Aleksijewicz jeszcze bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu, a ostatnia wypowiedź w książce dosłownie mnie zamurowała. Słowa tej kobiety oddają dokładnie to, co powyżej napisałam i co kotłowało się w mojej głowie podczas lektury.

Opowieści wojenne kobiet w żaden sposób nie przypominają męskich. Pamiętam, jak wypytywałam dziadka o wojnę i jak on wspominał nazwy jednostek, miejsca, przesunięcia, obozy, ale mnie wtedy  interesowało, co się działo w okopach, co czuł i jak przeżył pobyt w wojsku. Mimowolnie miałam więc spojrzenie kobiece, takie, jakie opisuje Aleksijewicz. Jej kobiety nie wspominają bowiem nazw jednostek, ani wielkich bitw, opowiadają za to o codzienności na wojnie. Niemal wszystkie z nich zostały żołnierkami jako młodziutkie dziewczyny, często dopiero szesnastoletnie. Większość z nich zaciągnęła się na własną prośbę, a często musiały o pozwolenie dostania się do pierwszej linii walczyć. Pełne idealizmu nastolatki pragnęły bronić ojczyzny, nie miały żadnego wyobrażenia wojny, ani konkretnej wiedzy o wojsku. Pierwsze spotkanie z frontem było dla nich szokiem ale największa trauma nadchodziła zawsze dopiero po zwycięstwie. Życie w czasie wojny toczyło się na adrenalinie, kobiety spełniały swoje zadania, nie zastanawiając się, ani nie analizując. 

Aleksijewicz przeplata wypowiedzi kobiet, grupuje je tematycznie, tworząc w ten sposób reportaż ciekawy i unikając monotonii. Wspomnienia są krótkie, ale nie muszą być rozwlekłe, by poruszyć czytelnika. Kobiety opowiadają o tęsknocie za kwiatami, poczuciem kobiecości, brakiem domu, w czasie wojny borykały się z zupełnie innymi problemami niż mężczyźni. Armia nie była przystosowana na przyjęcie dziewczyn - brakowało dla nich strojów, nie tylko o żeńskim kroju, ale także w odpowiednim rozmiarze, nie miały podpasek, możliwości mycia bardzo długich włosów, często były jedyną kobietą w wąskim i ciasnym okopie. Wraz z obcięciem włosów i przywdzianiem męskiego munduru traciły kobiecy chód, zwyczaje, a nieczęsto i miesiączkę. Oprócz przyziemnych problemów, trawiła je tęsknota za pozostawionymi dziećmi, martwiły się o matki, rodzeństwo. 

Co ciekawe, kobieca wizja wojny, nie była pożądana. W Związku Radzieckim obowiązywały wspomnienia bohaterów, pozbawione opisów głodu, wszy, krwi i wszystkiego, co mogło im ująć godności. Wypowiedzi kobiet często były cenzurowane już przez ich mężów. Aleksijewicz jako pierwsza oddała im głos, szukając wspomnień, na które odważały się tylko, gdy poczuły się pewnie, gdy wytworzyła się intymna atmosfera. 

Ten reportaż Białorusinki stylistycznie bardzo przypomina dwie jej książki, które już czytałam. Ponownie największym atutem jest przeźroczystość autorki, jej umiejętność słuchania oraz takiego doboru opowieści, by stworzyły spójną i nie przeładowaną całość. Przyznam, że po raz kolejny podczas lektury reportażu Aleksijewicz, musiałam walczyć ze łzami i po raz kolejny, musiałam przerywać czytanie, by zaczerpnąć tchu.

Moja ocena: 5/6

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tł. Jerzy Czech, 352 str., Wydawnictwo Czarne 2010. 

czwartek, 26 października 2017

"Das Joshua-Profil" Sebastian Fitzek


Nikt nie nadaje się lepiej do słuchania w samochodzie niż Fitzek :) Kilka tygodni temu sięgnęłam więc po tę powieść i już na pierwszych stronach czekało na mnie spore zaskoczenie. Autor rozpoczyna od cytatu z powieści Die Blutschule (Szkoła krwi), której autorem jest główny bohater tego thrillera, czyli Max Rhode. Zupełnie nie zaskoczyłam, że tuż przed wydaniem Das Joshua-Profil, faktycznie ukazała się taka powieść. Na szczęście można obie te książki czytać osobno, aczkolwiek te powiązania są świetnym, dodatkowym smaczkiem i na pewno sięgnę teraz po Blutschule

Max Rhode jest autorem thrillerów, niestety niezbyt poczytnym. Po pierwszym sukcesie, czyli wyżej wymienionej książce, nie potrafi stworzyć równie dobrej powieści. Max wychowuje przysposobioną córkę Jolę, którą bardzo kocha, jego małżeństwo z Kim znajduje się natomiast w rozkładzie. Jest jeszcze brat - Cosmo - który, skazany za pedofilię, przebywa w zakładzie zamkniętym. 
Historia rozpoczyna się w momencie, gdy w domu Maksa zjawiają się pracownicy urzędu do spraw dzieci z rozporządzeniem, wg którego Jola ma wrócić do biologicznych rodziców. Okazuje się, że wysyłano listy i zaproszenia na rozmowy, ale żaden z nich nie dotarł do Maksa i Kim. Równocześnie Maks spotyka na swojej drodze dziwne osoby, które ostrzegają go przed Joshuą. Pisarz wpada w macki dziwnej organizacji, jego życie zamienia się w chaos, a przede wszystkim traci swoją ukochaną córkę. Czytelnik natomiast wodzony jest na manowce i traci przekonanie, czy Max faktycznie jest takim kochającym ojcem i przykładnym obywatelem, za jakiego się podaje. 

Fitzek, podobnie jak w thrillerze Noah, zasadza intrygę na problemie socjopolitycznym. Tym razem zachęca czytelnika do rozważania kwestii prewencji przestępczości. Nie napiszę więcej, bo temat ten staje się jasny dopiero pod koniec książki. Główna część to akcja, szybkie dialogi, pościgi i poczucie bycia w matni. Najbardziej zaskakujące jest zakończenie - pozornie przewidywalne. Słuchając książki, nie wiedziałam ile stron pozostało do końca i gdy sądziłam już, że intryga została doprowadzona do końca, Fitzek po raz kolejny udowodnił, że potrafi zwodzić czytelnika, jak nikt inny.

To kolejny wciągający thriller Niemca, dodatkowe tło i problematyka są jego atutem, aczkolwiek ja chyba wolę typowe psychothrillery Fitzka, bez dodatkowego morału.

Moja ocena: 4/6

Sebastian Fitzek, Das Joshua-Profil, czyt. Simon Jäger, 432 str., Lübbe Audio.

Stosikowe losowanie 11/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy listopadowej! Pary rozlosuję 1 listopada, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

czwartek, 19 października 2017

"City Crime - Vermisst in Florenz" Andreas Schlüter


Musiałam przeczytać tę książkę, po tym jak zachwycona była nią moja córka. To był dla niej strzał w dziesiątkę, podczas lektury zaśmiewała się i nie mogła się od niej oderwać. Gdy tylko miała okazję kupiła wszystkie tomy tej serii.

Seria Schlütera, jak sam tytuł wskazuje, to powieści kryminalne dla młodszych nastolatków. Głównymi bohaterami jest rodzeństwo - jedenastoletni Finn i jego starsza siostra Joanna. Dziewczyna mieszka z tatą we Florencji. Tata jest malarzem i we Włoszech przebywa na stypendium. Finn został z mamą, w Niemczech. Między rodzicami niezbyt dobrze się układa, więc stypendium jest dobrą okazją na nabranie dystansu do konfliktów. Finn i Joanna jednak tęsknią za sobą i bardzo chcą, by rodzice jak najprędzej wrócili do siebie. 
Finn i mama za kilka dni po raz pierwszy od rozstania wylatują do Florencji. Dzieci nie mogą doczekać się spotkania, tymczasem we Włoszech dzieje się coś dziwnego. Znika tata, ale Joanna nie chce poinformować o tym mamy, bojąc się, że zaginięcie stanie się kolejnym argumentem w nieustających konfliktach. W sprytej rozmowie, udaje się jej przekonać mamę, że Finn musi przylecieć wcześniej i pojechać z nią na wyjątkowy obóz. Nie podejrzewająca niczego rodzicielka przebukowuje lot chłopca i Finn rusza w objęcia przygody.

We Florencji okazuje się, że tata najprawdopodobniej coś odkrył, bądź odnalazł skarb i dlatego został porwany. W swojej pracowni pozostawił jednak tajemniczy notes ze wskazówkami, które Joanna bezskutecznie próbowała sama rozwikłać. Dzieci decydują się na samotne poszukiwania taty, krok po krok rozszyfrowują notatki i wyruszają w miasto. Finn w ten sposób poznaje Florencję, jej zaułki i zabytki, a także skonfrontowany zostaje z Włochami i ich językiem. Dzieciom pomagają bowiem w poszukiwaniach mieszkańcy tego miasta - Andrea, którego Finn poznał w samolocie oraz grupa miejscowych złodziejaszków!

Książka naszpikowana jest językiem włoskim, wiele zwrotów świetnie wplecionych jest w dialogi, a na końcu autor zamieścił słowniczek podstawowych słówek. Akcja toczy się bardzo wartko, choć nie brak tu nieścisłości, czy uproszczeń. Nie jestem pewna, czy są one zauważalne tylko dla dorosłego czytelnika, córka bowiem nie miała żadnych zastrzeżeń. Schlüter bardzo sympatycznie naszkicował charaktery głównych bohaterów - rodzeństwo ma ze sobą dobry kontakt, a dzięki wspólnej przygodzie jeszcze bardziej zacieśniają się ich więzy.

Myślę, że teraz rozumiem, dlaczego ta książka tak dobrze trafiła w gust mojej córki. To naprawdę kawałek świetnie napisanej literatury przygodowej.

Andreas Schlüter, City Crime - Vermisst in Florenz, 192 str., Tulipan Verlag 2013.

wtorek, 17 października 2017

"Matka Makryna" Jacek Dehnel


Przyznam, że nie słyszałam wcześniej historii Makryny Mieczysławskiej, rzekomej przełożonej klasztoru bazylianek w Mińsku. Dehnel nie tylko o niej słyszał, ale poświęcił jej kilka lat dogłębnych badań i stworzył dzieło totalne i kompletne, przedstawiając tę niezwykłą osobowość.

Makryna to bowiem Irena Wińczowa, najprawdopodobniej z pochodzenia Żydówka, która urodzona w biednej i wielodzietnej rodzinie, szybko opuszcza dom, by sama zarabiać na swoje utrzymanie. Przypadkiem poznaje rosyjskiego oficera Wińcza, który po ślubie robi sobie z niej worek treningowy. Regularnie katowana kobieta traci wiarę w świat, życie i ludzi. Gdy Wińcz umiera, tuła się bez grosza przy duszy, aż trafia do klasztoru, gdzie pomaga jako kucharka. Nie wiadomo kiedy rodzi się pomysł poddawania się za przełożoną bazylianek. Kobieta zapewne nadal nie jest rozpieszczana przez życie, przypadkowo zostaje uznana za zakonnicę i na tej bazie tworzy swoją legendę. Materiału do gawęd dostarcza jej spotkanie z bazyliankami, które zmuszane było do konwersji na prawosławie. Irena tworzy szczegółową historię ich męczeństwa, wymyślając przeróżne tortury jakim mniszki rzekomo zostały poddane. 
Kobieta trafia do Francji, gdzie staje się ówczesną celebrytką, uwielbianą przez tęskniącą za nieistniejącą Polską, emigrację. Makryna opowiada swoją historię setki razy, która pada na podatny grunt wśród nienawidzących cara Polaków. Jej sława zaprowadza ją aż do stóp samego papieża.

Dehnel prowadzi narrację kilkutorowo - równolegle przedstawia opowieść Makryny i Wińczowej, tak że ja, jako osoba nie znająca tej historii i nie przygotowana merytorycznie do lektury, z ciekawością podążałam za akcją, zastanawiając się, co połączy obie kobiety. Relacje są niezwykle autentyczne, dzięki mistrzowskiemu językowi, pełnemu archaizmów i dopasowanemu do poziomu wykształcenia Wińczowej. Z podziwem przewracałam wirtualnie kolejne strony, nie mogąc wyjść z podziwu nad udaną stylizacją. Dzięki językowi, wierzyłam w każe słowo autora i także dzięki językowi, nie przerwałam lektury. Muszę szczerze przyznać, że rozważałam przerwanie książki, bo jednak powieść jest bardzo obszerna i w pewnym momencie stała się nużąca. O ile wymyślona historia martyrologii zakonnic była fascynująca, to opisy kolejnych spotkań z dostojnikami, pisarzami i polską arystokracją po pewnym czasie zaczęły się zlewać w jedno. 

To naprawdę fascynująca, a przede wszystkim mistrzowsko skonstruowana i napisana powieść. Cieszę się, że dotrwałam do końca, a przede wszystkim, że poznałam powieść Makryny.

Moja ocena: 5/6

Jacek Dehnel, Matka Makryna, 400 str., WAB 2014.

niedziela, 15 października 2017

"Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku" Roberto Santiago


Kolejna książka, czytana wspólnie z synem - niespodziewany prezent, który musiał zostać przeczytany w pierwszej kolejności. Przyznam, że mnie ta publikacja niezbyt się podobała, natomiast synowi zdecydowanie bardziej.

To już szósty tom o przygodach Najfutbolniejszych - drużyny piłkarskiej Soto Alto z niewielkiego hiszpańskiego miasteczka. Tym razem dzieci wyjeżdżają do Szkocji - trener drużyny jest Szkotem i zorganizował wyjazd na tajemniczy Turniej Sześciu Klanów. Hiszpanie zupełnie nie wiedzą o co turnieju chodzi i przekonani są, że będą w Szkocji grać w piłkę. Tymczasem trafiają na pustkowie, do starego zamczyska, w którym straszy duch. Do tego zaraz po przybyciu muszą wziąć udział w pierwszej, wcale niełatwej, konkurencji. Drużyn jest sześć i po każdych zawodach odpada jedna, reguły są jasne i niezachwiane. Przewagę mają oczywiście zawodnicy szkoccy, należący do klanu MacLeodów i broniący tytułu. 

Narratorem powieści jest Łamaga, jeden z członków Najfutbolniejszych. Chłopak staje się ofiarą zamkowego ducha, który podrzuca mu czarne krzyże. Dzieci próbują na własną rękę wyśledzić ducha, co oczywiście dostarcza im wiele nieplanowanych przygód. W obliczu niebezpieczeństwa zacieśnia się przyjaźń między nimi, a nawet następują pierwsze wyzwania miłosne - w drużynie jest przecież kilka dziewczyn. 

Autor zadbał o wartką akcję, różnorodne charaktery (w drużynie jest łamaga, maruda, dowcipniś), szkockie realia (aczkolwiek dość stereotypowe) oraz zaskakujące zaskoczenie. Dlaczego więc nie podobała mi się ta książka?

Przede wszystkim nie byłam w stanie strawić jej stylu. Dominują w niej krótkie zdania, każde z nich zaczyna nową linijkę, także graficznie nie widać jednolitego testu tylko szereg zdań, wyglądających jak podpunkty. Denerwowały mnie ciągle powtórzenia - co kilka stron autor powtarzał gdzie dzieci są, co to za turniej, co się wydarzyło. Jak w serialu albo telewizyjnym show. Nawet w dialogach ciągle powtarzane są te same informacje, tym bardziej, że Szkoci mówią po angielsku i jedna z osób stale tłumaczy. Taki sposób pisania przywoływał mi na myśl tylko jedno słowo - sieczka. Popatrzcie sami:

Znienacka wyskoczył ogromny cień.
Pochodnia nagle zgasła.
Telefon wypadł mi z ręki na posadzkę.
Coś mnie prawie stratowało.
Przeleciało jak na złamanie karku.
Z przeraźliwym hałasem.
Przpadłem do ziemi i zasłoniłem twarz.
I chyba też przeraźliwie wrzasnąłem.
Ale nie jestem tego pewien.
Minęła krótka chwila.
Gdy otworzyłem oczy, od razu go zobaczyłem.
Tuż obok mnie.
Na podłodze.
Czarny krzyż.
Tak wygląda cała książka. Serio. Nie zdawałam sobie sprawy, że można w ogóle tak pisać! Mojemu synowi to nie przeszkadzało, ale mnie przy czytaniu trafiał... Przemilczę może, co mnie trafiało. Zakładam, że taki styl ma zachęcić do lektury dzieci, które za czytaniem nie przepadają. I być może nawet zachęca, zwłaszcza, że kilka razy rozdziały przedstawione są w formie komiksu. Sama w efekcie nie wiem, czy lepiej, by dzieci czytały takie książki, czy by nie czytały wcale. 
Sama treść też nie jest specjalnie odkrywcza - jest wprawdzie akcja, są uczucia, ale wszystko to jest jakieś takie płaskie i niezbyt odkrywcze. 

Moja ocena: 3/6

Roberto Santiago, Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku, tł. Jan Wąsiński, 319 str., finebooks 2016.

sobota, 14 października 2017

"Chata" William Paul Young



Ostrzegali mnie, nie czytaj, zniechęcali i radzili, ale ja się uparłam. Trzeba było słuchać mądrzejszych, bo przeczytanie Chaty jest niemałym wyzwaniem. O ile początek jest jeszcze do zniesienia, to po otrzymaniu przez głównego bohatera zaproszenia jest po prostu źle.

Young w pierwszej części dość oględnie szkicuje historię rodziny Mackenziego. Ojciec piątki dzieci, były student teologii, prowadzi normalne życie do momentu wyprawy na kemping. Mackenzie wybiera się z trójką najmłodszych na weekend w głuszy. Gdy Kate i Josh wywracają się z kajakiem i ojciec zajęty jest ratowaniem syna, znika najmłodsza dziewczynka. Poszukiwania są bezowocne, córka najpewniej stała się kolejną ofiarą seryjnego porywacza i mordercy, który uprowadził już kilka podobnych dziewczynek, za każdym razem pozostawiając w miejscu zdarzenia spinkę z biedronką. Policja jest bezradna, rodzina wpada w rozpacz. Ten wątek mógłby być o wiele bardziej rozbudowany, autor jednak koncentruje się na innych wydarzeniach.

Kilka lat później Mackenzie znajduje w skrzynce dziwny list - to zaproszenia na weekend do chaty, gdzie znaleziono zakrwawioną sukienkę porwanej dziewczynki. Najbardziej zaskakujący jest jednak adresat listu, którym jest tata. Mackenzie źle wspomina swojego ojca, który maltretował go w dzieciństwie, lecz to nie on wysłał list. Jego żona w ten sposób określa Boga. Ciekawość każe mężczyźnie zdecydować się na tę nietypową podróż. Gdy przybywa na miejsce, zastaje w chacie trzy osoby, uosabiające świętą Trójcę. W dalszej części powieści Young opisuje rozmowy, jakie Mackenzie prowadzi z Bogiem, Jezusem i Duchem świętym. Gdybym czytała tę książkę, zapewne rzuciłabym ją w tym momencie w kąt. Jadąc samochodem nie mogłam jednak wyłączyć audiobooka, więc tym sposobem kontynuowałam lekturę. Dyskusje między członkami Trójcy i Mackenziem były jednak tak nudne i naiwne, że miałam trudności z utrzymaniem koncentracji. 

Reakcje Mackenziego często mnie śmieszyły, kreacja Boga i Ducha świętego zresztą też. Young zadbał o polityczną poprawność oraz o to, by książka zadowoliła każdego czytelnika, niezależnie od rady i miejsca zamieszkania. Zakładam, że czytelnik tej książki musi mieć w sobie gotowość do przyjęcia takich prawd objawionych, a pewnie i głęboką wiarę, choć nie wiem czy w tym ostatnim wypadku rewelacje Younga są do przełknięcia. Dla mnie, w każdym razie, były jednym wielkim bełkotem uwieńczonym naiwnym i na siłę spektakularnym zakończeniem.

Moja ocena: 2/6

William Paul Young, Die Hütte, tł. Thomas Hörden, 301 str., czyt. Johannes Steck, Hörbuch Hamburg 2016.

piątek, 13 października 2017

"Tarapaty" Marta Karwowska, Katarzyna Rygiel



Niedawno skończyłam lekturę tej nowości na rynku książek dla młodzieży. Co ciekawe ta książka powstała na podstawie scenariusza filmu - sytuacja zupełnie odwrotna od tej najczęściej spotykanej. 

Jedenastoletnia Julka cieszy się bardzo na wakacje. W czasie roku szkolnego mieszka w znienawidzonym internacie i już nie może się doczekać obiecanych ferii w Kanadzie, u rodziców. Najpierw jednak musi dotrzeć do ciotki w Warszawie, gdzie ma spędzić jedną noc i dostać bilet na samolot. Jej rozczarowanie jest gigantyczne, gdy okazuje się, że ciotka nic o jej pobycie nie wie i, co gorsza, nie ma dla niej biletu. Julka jest zdruzgotana, do tego nie nawiązuje z dziwaczną ciotką nici porozumienia. Źle czuje się w zagraconym domu pełnym planów i rulonów. Ciotka nie przepada za dziećmi, zajęta jest tworzeniem książki o dokonaniach architektonicznych jej rodziców i nie ma zamiaru zajmować się dziewczyną. 

Julia przypadkowo poznaje Olka - chłopaka, który mieszka w pobliżu i przyciąga kłopoty jak magnes. Jego rodzice wyjechali na ferie, a zajmuje się nim opiekunka, mieszkających tuż obok bliźniaczek. Olek ma duszę detektywa i jest na tropie pewnej zagadki, która bardzo ściśle jest związana ze stojącą obok ruderą. Zabytkowy dom, a zwłaszcza jego piwnice odegrają bardzo ważną rolę w powieści, ale najpierw ktoś włamie się do mieszkania ciotki, a Julka postanowi pomóc Olkowi w jego bliżej nieznanych poszukiwaniach.

Akcja Tarapatów ma ogromne tempo. Rozdziały są krótkie, języki wartki, a akcja wciągająca. Jestem przekonana, że taka forma książki przyciągnie przyzwyczajone do krótkich form współczesne nastolatki. Mnie zabrakło tu informacji dodatkowych i tła. Autorki nie tłumaczą, dlaczego rodzice Julki mieszkają w Kanadzie, ani dlaczego nie dotarł do niej bilet. Podobnie nie wiemy co się stało z rodzicami malutkich bliźniaczek, którymi zajmuje się opiekunka Olka. Postaci zjawiają się i znikają nagle, a opisy są krótkie i pobieżne. Gdyby ta książka nie powstała na podstawie scenariusza, powiedziałabym że jest idealną bazą na stworzenie filmu.

Podobało mi się za to przesłanie Tarapatów. Julka to dziewczynka wielokrotnie zraniona - nie wierzy w przyjaźń, trudno jej zbudować zaufanie do innych. Nie wiemy wprawdzie, dlaczego nie interesują się nią rodzice, ale widzimy jak trudno jej postawić na przyjaźń z Olkiem. Jej wewnętrzna walka i budowanie więzi z Olkiem są najmocniejszymi stronami powieści, podobnie jak ciekawe ilustracje Marty Ruszkowskiej. Obawiałam się, że okładkowa scena z filmu zdominuje powieść graficznie, na szczęście wydawca zdecydował się na oryginalną kreskę absolwentki krakowskiej ASP. 

Moja jedenastoletnia córka jeszcze nie przeczytała tej książki ale jestem niemal pewna, że trafi w jej gust, ponieważ aktualnie najchętniej pochłania książki z zagadką kryminalną.

Moja ocena: 4,5/6

Marta Karwowska, Katarzyna Rygiel, Tarapaty, 312 str., Agora 2017.

czwartek, 12 października 2017

Statystyka wrzesień 2017


Przeczytane książki: 8

Ilość stron: 2579

"Mieses Karma Hoch 2" David Safier



Nie miałam czasu na opisanie tej książki tuż po lekturze i niestety muszę sobie teraz z trudem przypominać moje przemyślenia. Zresztą nie są one zbyt odkrywcze, bo ta książka, podobnie jak jej poprzedniczka, jest zwyczajnie słaba.

O ile w przypadku tomu pierwszego przynajmniej mógł zaskoczyć sam pomysł na fabułę, to tutaj wszystko jest wtórne i po prostu nudne, a czasem nawet żenujące.

Główna bohaterka Daisy na skutek splotu niespodziewanych przypadków umiera w wypadku wraz z najbardziej seksownym aktorem świata. Oboje reinkarnują się jako mrówki i tak jak główna bohaterka pierwszego tomu, odkrywają stopniowo szczegóły swojego położenia. Na swojej drodze do lepszej karmy, przeżywają wiele przygód w postaci przeróżnych zwierząt i uczą się akceptować życie kochanych bliskich, sami poznając siłę uczucia. 

Porza Safiera ma bawić, ma rozśmieszać i ma być li tylko rozrywką. Ja natomiast od dawna rzadko sięgam po powieści tylko i wyłącznie zabawne. Gdybym nie zdecydowała się na audiobook, z pewnością nie dokończyłabym lektury tej książki. Mogę sobie wyobrazić, że Safier może bawić, może służyć zabiciu czasu na plaży, lekkiej rozrywce, ale niestety do mnie jego humor nigdy szczególnie nie przemawiał. 

Moja ocena: 2/6

David Safier, Mieses Karma Hoch 2, 352 str., czyt. Nana Spier, Argon Hörbuch 2016.

poniedziałek, 2 października 2017

"Rodzinka Szkaradków i ja", "Rodzinne kłopoty i ja" Natalia Rolleczek


Po przeczytaniu kolejnych dwóch tomów z Judytą Jelonek w roli głównej, zdecydowanie stwierdzam, że mam dość. Nie oznacza to, że te książki są złe, ale zwyczajnie zaczęłam czuć przesyt konwencją tych powieści. Zasadzenie akcji na pomyłkach, nieporozumieniach i nieokiełznanej fantazji Judyty jest dowcipne, ale po pewnym czasie zaczyna nużyć. Szczególnie wyraźnie odczułam zniechęcenie tematem podczas lektury trzeciej części, wyraźniej najsłabszej. Tymczasem Rodzinka Szkaradków i ja jest chyba najbardziej udanym tomem.

Szkaradkowie to nazwisko pewnej rodziny, która nagle i niespodziewanie wkracza w spokojne życie Judyty, przygotowującej się do wyjazdu na wakacje. Pobyt nad jeziorem Rożnowskim oddala się jednak w siną dal, gdy samotnie rezydującą w mieszkaniu Judytę, odwiedza Daniela Szkaradek. Gość powołuje się na zażyłą znajomość z mamą Judyty oraz opowiada o nieszczęśliwym splocie wypadków, który doprowadził do utraty lokum. Tymczasem owa Daniela stoi tuż przed egzaminami i musi się gdzieś zatrzymać. Judycie dosłownie odbiera mowę i siłę działania, co w przypadku Judyty jest wydarzeniem niezwykle rzadkim. Daniela jednak pobija Judytę na wielu polach. Ta zdecydowana, zorganizowana i energiczna osoba zaprowadza w mieszkaniu nowe porządki. Judycie nie starcza ani siły, ani animuszu, by zaprotestować i stopniowo poddaje się działaniom Danieli, która nie jest tą osobą, za którą się podawała. 

Rolleczek bardzo dowcipnie opisała perypetie Judyty, która wbrew sobie ląduje w Starym Sączu, gdzie od razu zyskuje amanta w postaci miejscowego policjanta. Mniej zachwycające za to są opisy traktowania niemowląt. Z przerażaniem czytałam o traktowaniu dzieci, pozostawianiu ich samym sobie, wysyłaniu w siną dal z nieznaną w sumie osobą i karmieniu niewiadomo czym. Zadziwiające jest też zachowanie niemowląt, które właściwie nigdy nie płaczą, niczego nie wymagają i niemal ciągle śpią. 

W ostatnim tomie akcja powraca na łono kochanej rodzinki. Tata Judyty zamieszkuje wraz z rodziną, ale nadal wydaje się być gościem w domu. Mama nie rozmawia z nim szczerze, właściwie nikt nie ma odwagi przeprowadzić z nim wyjaśniającej i oczyszczającej rozmowy, więc akcja bazuje na przypuszczeniach, snutych przez kobiecą część rodziny, z babcią na czele. Bardzo dziwne wydało mi się takie zachowanie rodziny. Nie potrafię sobie wyobrazić, że dawno nie widziany ojciec, nie informuje żony ani dorosłych córek o swoich planach zawodowych oraz o położeniu finansowym. 
Judyta tymczasem próbuje zadomowić się w nowej klasie - po wypadku (jakim dokładnie nie wiadomo), musi repetować rok i trafia na wyjątkowo nudną i nieciekawą grupę dziewcząt. Jej pomysł na ożywienie niemrawej klasy będzie oczywiście brzemienny w konsekwencje. 
Mimo ciekawych zawirować wokół babci, a także mojej ulubionej sąsiadki Flokowej i jej córek, ten tom najmniej mnie wciągnął i zainteresował. Odczuwałam wyraźnie, że pomysły autorki są na wyczerpaniu, a zakończenie wydało mi się być nieco naciągane.

Cieszę się, że przynajmniej te dwa tomy, mogłam czytać w tym wydaniu, opatrzonym świetnymi ilustracjami Barbary Dutkowskiej. Popatrzcie sami:



Natalia Rolleczek, Rodzina Szkaradków i ja, Rodzinne kłopoty i ja, 286 str., Nasza Księgarnia 1985.

Stosikowe losowanie 10/17 - pary

Marianna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 110 książek) - 24
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 16 książek) - 9
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 170 książek) - 17
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1010 książek) - 1000
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 224 książki) - 188
Anna wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 100 książek) - 3

wtorek, 26 września 2017

"Przeciwieństwa" Marianna Oklejak


Jedna z naszych ulubionych ilustratorek niezmiennie nie przestaje nas zaskakiwać. Jej kolejna seria książek dla najmłodszych jest zachwycająco kolorowa. Moje wielojęzyczne dzieci dosłownie rzuciły się na tę książkę, by zobaczyć jakie słowa w niej zawarto i oczywiście sprawdzić prawidłowość tłumaczenia :)


Poaptrzcie na ilustrację powyżej - czy cicha pani nie przypomina wam mamy Basi? Nam bardzo, co odebraliśmy jako miły smaczek i przypomnienie naszej ulubionej serii.



Piękne są nawiązania ludowe, tak jak na powyższych ilustracjach. Wycinanki i hafty, malowany kogutek czy nawet bocian nienachalnie przypominają polskie tradycje, co szczególnie cieszy oko mamy dzieci wychowywanych poza Polską.


Duże, wyraziste postacie, intensywne kolory oraz stały układ stron są przyjazne dla najmłodszego czytelnika, który dopiero poznaje świat. Tę serię kompletują Kolory i Liczby, które wraz z Przeciwieństwami stanowią świetny zestaw pierwszych książek dla roczniaka. Nie ukrywam, że najważniejszym atutem tych książek w moich oczach jest ich międzynarodowość. To świetny pomysł na prezent dla dzieci hiszpańskich, angielskich, niemieckich czy francuskich. Grube, kartonowe strony mają szansę na przetrwanie intensywnego użytkowania przez najmłodszych. 

To kolejna rewelacyjna seria wydawnictwa Art Egmont, którego rozwój obserwuję z rosnącym zachwytem od kilku ostatnich lat.

Marianna Oklejak, Przeciwieństwa, 24 str, Art Egmont 2017.

niedziela, 24 września 2017

Stosikowe losowanie 10/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy październikowej! Pary rozlosuję 1 pa ździernika, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 23 września 2017

"Kochana rodzinka i ja" Natalia Rolleczek


Kupując tę książkę, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już ją czytałam. Niestety większość czytanych w czasach szkolnych książek zlała się w jedną wielką powieść, z której pamiętam tylko fragmenty i tytuły, a i te nie zawsze.

Czytałam więc Kochaną rodzinkę, będąc w ciągłym stanie gotowości. Na szczęście już w jednym z pierwszych rozdziałów trafiłam na kryptę świętego Leonarda i od razu wiedziałam, że to jest ten jeden jedyny strzęp, który utkwił w mojej głowie. Nie pamiętałam nic z treści i co gorsza imienia głównej bohaterki, co jest bardzo dziwne, bo nazwy własne pamiętam niemal zawsze. 

Główną bohaterką jest szesnastoletnia licealistka Judyta Jelonek. Dziewczyna mieszka wraz z matką i starszą siostrą Paulą. Do rodziny należy jeszcze kostyczna i surowa babcia, rezydująca w wyżej wymienionej krypcie. Ojciec dziewczyn nie żyje i żyje równocześnie. Jako bohater wojenny spod Monte Cassino nigdy nie umrze. Matka i babcia z oddaniem podtrzymują kult idealnego ojca i patrioty. Tymczasem dziewczyny niewiele sobie z tego robią, podejrzewając za tym spisek obu kobiet. 
Paula pracuje w biurze i najbardziej interesują ją stroje, makijaż i wyjścia. Judyta czuje się przy zadbanej, eleganckiej oraz pełnej ironii siostrze brzydka i nieforemna. Braki w urodzie nadrabia jednak niewyparzoną gębą i wybujałą fantazją. Najmniejszy trop, wskazówka, wydarzenie są dla niej impulsem do stworzenie niewiarygodnej historii rzekomo kryjącej się za podłapanymi informacjami. Tak się ma z podejrzanym amantem siostry, starszym człowiekiem, krążącym wokół ich domu, a przede wszystkim z urywkami rozmów, jakie udaje się jej wyłapać. Judyta zaczyna podejrzewać, że matka i babcia ukrywają prawdę o ojcu i jego bracie, który ma mieszkać w Anglii. Gdy dziewczyna postanawia wyjechać na wyspę, mama wpada w skrzętnie ukrywaną panikę. Dodatkowo niesforna córka niemal wpędza ją do grobu, realizując swoje fantazje na temat lepszego życia. Judyta zmienia swoje plany na życie jak w kalejdoskopie. Raz chce zostać zakonnicą, mimo że jej rodzina deklaruje ateizm, innym razem opuszcza dom, by zarabiać na własne utrzymanie, a w efekcie pokazać wszystkim, jaka jest odpowiedzialna i samodzielna. W gruncie rzeczy jej zachowania bardziej przystoją dwunastolatce niż szesnastolatce. 

Na moim dość nowym wydaniu książki, widnieje informacja (być może przestarzała), że to lektura gimnazjalisty. Jestem jednak niemal stuprocentowo przekonana, że ta książka do żadnego gimnazjalisty nie trafi. Akcja rozgrywa się w połowie lat pięćdziesiątych i nowoczesne na te czasy zachowanie obu dziewczyn, będzie współczesnego nastolatka śmieszyć lub, w najlepszym wypadku, nudzić. Pragnienia i plany Judyty, zachowanie matki oraz przyjaciela rodziny, jak i amanta Pauli są tak przestarzałe, że aż śmieszne. Dla mnie to sentymentalna lektura, choć tych czasów nie znam, możliwość spojrzenia wstecz, ale nie sądzę, żeby współczesny młody czytelnik tak spoglądał na tę książkę. Dzięki drobiazgowym opisom ówczesnych warunków życia, realiów czy obyczajów, to faktycznie świetne świadectwo czasów. Kraków odgrywa w powieści niemałą rolę, Rolleczek bynajmniej nie obiektywnie opisuje realia zarówno Krakowa, jak i powstającej Nowej Huty. Judyta trafia bowiem do tamtejszego baru mlecznego - jej sposób na ujarzmienie natarczywych klientów jest pyszny! Te sceny, podobnie jak rozmowy z sąsiadką są przekomiczne. 

To lekka i przyjemna lektura, trącąca nieco myszką i zapewne szczególnie ciekawa dla znawców oraz wielbicieli Krakowa.

Moja ocena: 4,5/6

Natalia Rolleczek, Kochana rodzinka i ja, 272 str., Wydawnictwo Literatura 2000.

poniedziałek, 18 września 2017

"Chemia śmierci" Simon Beckett



Od dawna  planowałam lekturę kryminałów Becketta, zewsząd mi zachwalanych. Poza tym główny bohater to nie policjant lecz medyk sądowy - jak dla mnie brzmi idealnie! Niestety Beckett mnie nie zachwycił. Ale od początku.
David Hunter przybywa na angielską prowincję, gdzie obejmuje posadę lekarza domowego u boku dotychczasowego lekarza Henry'ego Maitlanda, który po wypadku samochodowym porusza się na wózku i potrzebuje pomocy. Mężczyźni zaprzyjaźniają się, a ich współpraca układa się świetnie.

Manham to niewielka miejscowość, gdzie każdy zna każdego, a nowi mieszkańcy nawet po wielu latach, traktowani są sceptycznie i podejrzliwie. Na nich skupia się więc uwaga gdy w okolicach miasta znalezione zostają zwłoki, nota bene także przyjezdnej, pisarki. Prowadzący śledztwo policjant tkwi w martwym punkcie, dopiero pomoc Davida popycha wydarzenia do przodu. Hunter nie jest bowiem zwyczajnym lekarzem, przed przyjazdem do Manham pracował jako antropolog sądowy, co więcej był wybitnym ekspertem na tym polu. Pracę porzucił po tragicznej śmierci żony i córki. Ucieczka na prowincję miała zapewnić mój spokój i wytchnienie. Oczywiście o spokoju musi zapomnieć, bo angażuje się w śledztwo bardziej niż by chciał. Morderca nie poprzestaje bowiem na jednej ofierze, niebawem ginie kolejna kobieta. W tym momencie śledztwo staje się walką z czasem. Wiadomo, że porywacz nie zabija swoich ofiar od razu lecz zadaje im wcześniej wiele ran, istnieje więc szansa na dotarcie do niego, zanim kobieta umrze.

Chemia śmierci typowym kryminałem nie jest. Hunter nie prowadzi śledztwa, do akcji finałowej niewiele na dobrą sprawę o jego pracy wiadomo. Beckett więcej czasu poświęca opisom jego spotkań z nauczycielką Jenny niż pracy w prosektorium. Wiemy, że znika tam na kilka godzin ale co konkretnie tam robi już się nie dowiadujemy. Po początkowych dość ciekawych opisach oceny stanu rozkładu zwłok oraz czasu zgonu, miałam nadzieję na więcej fachowych informacji, a tu nici. Beckett opisał wprawdzie stadium rozwoju muszych larw oraz kilka tricków, pomagających w określeniu tożsamości ofiary oraz jej zgonu ale czułam spory niedosyt. Po powieściach i reportażach Michaela Tsokosa, Chemia śmierci brzmiała jak książka dla przedszkolaka, jak namiastka opisu pracy medyka sądowego, jest zaledwie liźnięciem tematu.

Hunter wprawdzie w pewnym momencie ponad miarę angażuje się w śledztwo. Zresztą musi, znika przecież jego dziewczyna. Jednak nagromadzenie niedorzecznych faktów czyni jego działania śmiesznymi. Nagły brak zasięgu w telefonie, nagła rzęsista ulewa, nagłe przeczucia i dziwnie nieprzemyślane działania Huntera wprawiały mnie raczej w zdumienie zamiast zapewnić właściwą dobrym kryminałom dawkę adrenaliny. Nie mówiąc już o tym, że bardzo szybko można było się domyślić kto jest mordercą. Do końca liczyłam także, że autor zaoszczędzi mi happy endu, niestety.

Jednym ciekawym wątkiem była choroba psychiczna oprawcy oraz powiązanie z kłusownictwem. Autorowi udało się także naszkicowanie małomiasteczkowej i prowincjonalnej atmosfery Manham. Dam jeszcze jedną szansę Beckettowi, bo jednak jestem ciekawa jak dalej poprowadzi postać Huntera.

Moja ocena: 3/6

Simon Beckett, Die Chemie des Todes, tł. Andree Hesse, 432 str., czyt. Johannes Steck, Audiobuch Verlag. 

sobota, 16 września 2017

"Daleka droga do wody" Linda Sue Park



Najpierw tę książkę przeczytała moja jedenastoletnia córka, a potem sięgnęłam po nią ja. Zachęciłam ją do lektury, by poznała bliżej Sudan Południowy i jego krótką i burzliwą historię. Wiedziałam, że autorka opisuje w powieści historię prawdziwą więc tym bardziej byłam ciekawa lektury.

Południowy Sudan w roku 2008 znacznie różni się od tego w 1985. Politycznie to już zupełnie inny kraj, który jednak nadal boryka się z tym samym problemem - brakiem wody. Głównym zajęciem małej Nyi są codziennie, kilkugodzinne wędrówki po wodę. Dziewczynka zabiera plastikowy kanister i wyrusza do źródła. Tę żmudną wędrówkę powtarza kilka razy dziennie. Woda jest daleko, do tego często zanieczyszczona. Dziewczynka nie ma czasu na zabawę i naukę, musi przecież zaopatrzać rodzinę w wodę.

W 1985 roku Sudanem wstrząsają walki międzyplemienne, konflikt zbrojny trwa już dwa lata, muzułmańska północ walczy z koalicją z południa. Trudno rozeznać się we frakcjach i walkach, szczególnie dzieciom. Trzynastoletni Salva zaskoczony zostaje przez potyczki w szkole. Chłopak ucieka na oślep przed uzbrojonymi ludźmi i trafia do grupy uchodźców. Ciągle szuka rodziców i rodzeństwa, sąsiadów lub przynajmniej mieszkańców ze swojej wioski. Salva traci nadzieję, że kiedykolwiek spotka rodzinę i nabiera przekonania, że zginęli podczas walk. Przez wiele następnych lat tuła się od jednego obozu dla uchodźców do drugiego. 

Linda Sue Park prowadzi narrację dwutorowo. Opowieść o życiu Nyi to krótkie migawki, opisujące męczące starania o wodę oraz jak jej brak wpływa na życie i zdrowie mieszkańców wioski. Dłuższe są fragmenty, dotyczące życia Salvy. Autorka nieco bardziej wyczerpująco opisuje jego ucieczkę i tułaczkę. To jednak nadal nie jest pełnowymiarowa powieść ani dogłębna narracja. Park relacjonuje jedynie najważniejsze wydarzenia z życia chłopca oraz koncentruje się tylko na wybranych etapach. Na przykład opisuje stosunkowo dokładnie pierwszy etap wędrówki przez Sudan do Etiopii. Pobyty w kolejnych obozach i krajach są jedynie zaznaczone i opisane w niewielu słowach. Żałuję, że autorka nie pokusiła się o napisanie dłuższej powieści, miała wiele możliwości, by pogłębić szkice postaci, a przede wszystkim szerzej opisać tło historyczno-polityczne, a także warunki życia w obozach. To jednak książka skierowana przede wszystkich do młodszych nastolatków i zakładam, że właśnie dlatego Park zdecydowała się na taką koncepcję książki. Moja córka przeczytała ją szybko i z ciekawością, a ja cieszę się, że poznała bliżej Sudan.

Moja ocena: 4/6

Linda Sue Park, Daleka droga do wody, tł. Krzysztof Puławski, 134 str., Media Rodzina 2017.

piątek, 15 września 2017

"Sezon niewinnych" Samuel Bjørk


Znowu rozpoczęłam czytanie nowej serii kryminalnej - nie chcę nawet liczyć, która to już w tym roku. Sądziłam, że trudno wymyślić coś nowego w tej kwestii, ale Bjørk może zaskoczyć. 
Była policjantka Mia Krüger zaszyła się na bezludnej wyspie, gdzie wegetuje na alkoholu i psychotropach, przygotowując się do śmierci. Ta utalentowana policjantka nie może pozbierać się po śmierci siostry bliźniaczki. Pamięta o niej jednak Holger Munch, z którym tworzyła zgrany zespół i przeprowadziła wiele skomplikowanych śledztw. Mia słynnie z niezwykłej intuicji i zdolności interpretacyjnych, dlatego jej pomoc jest pilnie potrzebna. Policja w Oslo bezskutecznie poszukuje człowieka, który porywa sześcioletnie dziewczynki, zabija je i następnie wiesza na drzewach w szykowanych sukienkach z tornistrem na plecach. Dyrektor postanawia więc ponownie powołać do życia jednostkę specjalną pod kierownictwem Muncha, który samodzielnie może dobrać swoich współpracowników. Holger stawia na sprawdzony zespół, w którym brakuje tylko Mii. 

Mia, po wielu namowach, decyduje się na przyłączenie się do śledztwa. Ostatnie tygodnie dały jej jednak w kość i kobieta ma wrażenie, że jej głowa nie pracuje na najwyższych obrotach. Tymczasem morderca okazuje się być sprytny i mieć dokadnie przygotowany plan. Krüger i Munch mają ciężki orzech do zgryzienia, dają się wywieść na manowce i stają się częścią planu mordercy.

Znakiem rozpoznawczym Bjørka jest j ęzyk - w pierwszej chwili chciałam napisać, naszpikowany dobitnymi zdaniami pojedynczymi. Gdy przeglądam książkę widzę jednak, że moje wrażenie po lekturze jest mylne. Owszem autor stawia na prostotę i jasność ale równocześnie posiadł umiejętność tworzenia wartkich, potoczystch zdań. To książka z rodzaju tych, które trudno odłożyć.

Kryminał Bjørka zaludniony jest wieloma wyrazistymi postaciami - każdy z członków zespołu ma swoje miejsce w powieści, autor szkicuje najważniejsze cechy ich charakterów lecz nie koncentruje się tylko na policjantach. W trakcie śledztwa rolę odegra także sekta chrześcijańska oraz jej przywódca, a także trzynastoletni, zaniedbany przez rodziców chłopiec oraz jego brat i zaangażowana społecznie nauczycielka czy pracownice domu starców, w którym przebywa matka Muncha. Wszystkie wątki połączą się oczywiście w spójną całość, choć do końca powieści miałam wrażenie, że sekta nie była konieczna w narracji i służyła jedynie odwróceniu uwagi czytelnika. 

Sezon niewinnych wciągnął mnie na tyle, że będę kontynuować lekturę tego cyklu.

Moja ocena: 4,5/6

Samuel Bjørk, Engelskalt, tł. Gabriele Haefs, czyt. Dietmar Wunder, der Hörverlag 2015.

czwartek, 14 września 2017

"Rufin z przeceny" Natalia Rolleczek


Bardzo podoba mi się okładka tej książki, przypomina mi powieści czytane w latach szkolnych i aż dziw, że ta powieść w czasach, gdy czytało się z biblioteki po kolei wszystko, nie wpadła mi w ręce. 

Rolleczek umieściła akcję w niewielkich Mysiegłowach, położonych pod Zawierciem. W miasteczku panuje specyficzna atmosfera, zdominowana przez miejscowe eminencje. Stara panna Lidia, zajmująca się domem dla seniorów, ma pieczę nad moralnym zachowaniem mieszkańców. Słuchają się jej niemal wszyscy, zresztą rozsądniej jest żyć z nią w zgodzie. Czynią tak Bebłowie, handlujący firankami, położna i lokalna uzdrowicielka Fenia oraz mniej znaczni mieszkańcy. Nic z jej poczynań nie robi sobie tylko pan Jan, były właściciel piekarni oraz nowo przybyły do miasta nauczyciel matematyki Rufin. Miasteczkowe wydarzenia widzimy oczyma Marysi - dziewczyny skromnej i uczynnej, wychowywanej przez kostyczną i surową ciotkę Walerię. Nastolatka wbrew swojej woli i zamiarom zostaje wplątana w sam środek plotek. Każde zachowanie, każdy krok nabiera nieoczekiwanej interpretacji, a każda plotka powiększa jego wagę.

Nie tylko jednak Marysia obserwowana jest czujnie przez wiele oczu. Zachowania znanych mieszkańców nie są jednak tak ciekawe jak poczynania nowo przybyłych. Rufin znajduje się więc w centrum obserwacji - każdy jego krok oceniany jest krytycznie, oberwie się nawet jego strojowi. Matematyk stopniowo odkrywa, że nie jest istotnym co i jak robi - zawsze postąpi źle. Niewinna rozmowa stanie się romansem, brak rozmowy impertynencją, obrona napastowanej osoby wtrącaniem się w nie swoje sprawy, a jego rzekomą wrogość wobec mieszkańców, potwierdza zażyłość z panem Janem.

Rolleczek niezwykle umiejętnie oddaje atmosferę miasteczka - dulszczyzna i jego zapyziałość są wszechobecne i uniemożliwiają mieszkańcom podejmowanie niezależnych decyzji. Czytelnik wręcz fizycznie odczuwa beznadzieję i zaduch, absolutny brak perspektyw oraz możliwości zmian. Rolleczek ten stan pokazuje także na podstawie jednostki - nowego przybyłego do klasy Marysi chłopca Maćka, który, odrzucony przez rozwiedzionych rodziców, zajętych własnym życiem, pogrąża się w poczuciu braku wyjścia i beznadziei. I tak jak w skali miasteczka Rufin wydaje się ponieść porażkę, tak samo nie jest w stanie pomóc chłopcu.

W przeciwieństwie do historycznych powieści Rolleczek, tę książkę czyta się bardzo szybko i dość lekko. Jej przesłanie wprawdzie jest dość uniwersalne, ale opisywany świat wydaje się być zakonserwowany w minionej epoce.

Moja ocena: 4/6

Natalia Rolleczek, Rufin z przeceny, 159 str., Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1971.

niedziela, 10 września 2017

"Ciotka Poldi i sycylijskie lwy" Mario Giordano


Isolde Obermeier to zdecydowanie postać niezapomniana. Ekscentryczna, barwna, głośna, pełna energii i melancholii, jednym słowem jeden wielki kontrast czyli po prostu ciotka Poldi.
Ciotka Poldi spędziła swoje życie w Monachium jako kostiumolożka i żona Sycylijczyka. W dniu swoich sześćdziesiątych urodzin postanawia wywrócić swoje życie do góry nogami i realizuje swój plan czyli przybywa na Sycylię, gdzie zamierza spędzić resztę swoich dni oddając się melancholii, piciu i obserwowaniu morza (kolejność dowolna).

Rodzina Poldi czyli szwagierki i szwagier chcą jednak szaloną cioteczkę mieć na oku, a jej dyskretnym strażnikiem jest narrator, który pomieszkuje w jej domu, pisząc powieść. Pisanie wychodzi mu dość słabo, ma więc sporo czasu na wysłuchiwanie relacji Poldi o jej perypetiach. A tych ostatnich ma wiele, dysponując wyjątkowym talentem do zbiegów okoliczności, nietypowych spotkań oraz śledztw. Ten ostatni odziedziczyła po ojcu, komisarzu policji. Poldi odżywa i porzuca depresyjne myśli, gdy znika młody chłopak Valentino, który pomagał jej w drobnych pracach domowych i zakupach. Zaniepokojona ciotka zaczyna węszyć na własną rękę i wplątuje się w problemy międzypolicyjne oraz szeroko zakrojone śledztwo, prowadzone przez zabójczo przystojnego Montanę.

Musicie wiedzieć, że jak Poldi coś postanowi, to tak zrobi. Nie ma dyskusji ani odwrotu. Montana Montaną, świat światem, śledztwo musi się toczyć, a Podli musi pierwsza znaleźć zabójcę. Nie myślcie jednak, że ta powieść to kryminał. Ten wątek wprawdzie napędza akcję ale nie jest zbyt istotny. Najważniejsza jest przecież tytułowa bohaterka i Sycylijczycy. Mieszanka bawarsko-sycylijska nie pozostawi nikogo obojętnym. Nie może być bardziej odmiennych mentalności, a ich kombinacja pozwala Giordano na szarżowanie, wprowadzenie do akcji kulturowych fauxpas oraz przemycania mnóstwa spostrzeżeń na temat obu narodowości. Te ostatnie najbardziej mnie zresztą bawiły. Opisy Włochów i Sycylijczyków oraz stereotypów na ich temat rozbawiły mnie niemal do łez.

Ciotka Poldi to lekka, zabawna i rewelacyjnie napisana powieść. Piramidalne zdania, zaskakujące porównania i metafory ujęte w rzutkie, krągłe frazy raz po raz zmuszały mnie do okrzyków podziwu dla tłumaczki. Agnieszka Hofmann poradziła sobie z tekstem tak dobrze, że wielokrotnie zastanawiałam się jak brzmiał niemiecki oryginał. Na pewno to zresztą sprawdzę. I na pewno sięgnę po kolejny tom, tak szybko, jak się da.

Moja ocena: 5/6

Mario Giordano, Ciotka Poldki i sycylijskie lwy, tł. Agnieszka Hofmann, 400 str., Wydawnictwo Initium 2017.