Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

"Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła


 

Książek o umieraniu i śmierci rodzica powstało już sporo. Trend ten zapoczątkował bodajże Tadeusz Różewicz tomem "Matka odchodzi". Do dziś pamiętam tę lekturę. Potem sięgałam jeszcze po wiele książek, w których autor czy autorka rozprawia się ze śmiercią rodzica. To nigdy nie będzie temat oklepany, bo to wydarzenie trudne niemal dla każdej osoby i trudno odmawiać innym potrzeby literackiego opracowania własnych przeżyć. Mając jednak w pamięci tyle różnych utworów tematyzujących ten sam proces, nie spodziewałam się, że Pakuła pokaże mi coś innego. Jego książka była dla mnie jednak wielkim zaskoczeniem, przede wszystkim formalnym.

Ojciec autora choruje na raka trzustki, więc szanse wyleczenia są minimalne. Pakuła opisuje więc jego kilkumiesięczny proces chorowania i umierania. Czyni to bardzo dosadnie, bez ogródek, skupiając się przede wszystkim na własnych odczuciach, wśród których dominuje złość, żeby nie użyć bardziej ostrego określenia. Złość na system, na lekarzy, na oddziały paliatywne, na kościół, na niemoc. To sytuacja, gdy człowiek nie ma najmniejszej szansy uleczenia, ale też nie może otrzymać pomocy, by skrócić męczarnie i oczekiwanie na śmierć. Ten temat pewnie każdemu z nas choć raz przemknął przez głowę, ale walka o prawo do eutanazji raczkuje, bo przecież sami zainteresowani w końcu umierają, a rodzina wyczerpana obserwowaniem tego procesu zapewne nie ma już na nią sił.

Pakuła jest reżyserem, więc sporo tu jego pracy, w treść wkomponował nawet sztukę, którą w tamtym okresie pisał. Sporo także rodzinnych opowieści, cudowny wywiad z babcią, która jako dziecko była z rodzicami na robotach w Niemczech – w audiobooku wspaniały! Czasami miałam poczucie, że wchodzę z butami w życie autora, ale skoro zdecydował się ze mną podzielić tymi historiami, to z radością ich wysłuchałam. 

Wspaniała książka, poruszająca, zostanie ze mną na zawsze.

Moja ocena: 6/6

Mateusz Pakuła, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, 280 str., Wydawnictwo Nisza/Agora 2025.




poniedziałek, 27 lipca 2026

"Duch w szpitalu" Róża Hajkuś


Prowincjonalny szpital ze wszystkimi bolączkami – długie dyżury, brak funduszy, mniej lub bardziej zaangażowany personal, codzienne tragedie i sukcesy. I duch. Na pediatrii. Ducha widzi tylko jedno dziecko i to ono podczas rozmowy opowiada mu o pewnej psocie, która zainspiruje go do działania. Straszenie mu przecież nie ma szans wyjść, skoro ból, rozpacz i śmierć są o wiele gorsze. Duch zatrzaskuje więc na 24 godziny drzwi, wszystkie drzwi prowadzące na pediatrię. Tym sposobem więzi przemęczoną młodą lekarkę, która już od wielu godzin jest na dyżurze i boryka się z wypaleniem, dwie pielęgniarki – starszą, która już tylko czeka na emeryturę i młodszą, która nie może zajść w ciążę. Grupę rodziców, w tym samotnego ojca, kontrolowanego przez wiecznie niezadowoloną teściową, nadopiekuńczą matkę kontrolowaną dla odmiany przez męża oraz dwóch starszych panów, którzy przypadkowo zabłąkali się w okolice pediatrii z interny. Jeden z nich to typowy mizogin z hasłami wujasa z wesela, a drugi skromny i cichy wdowiec. Na zewnątrz zostaje ordynatorka pediatrii, której pomaga szef chirurgii oraz przyjaciel Laury, niemal dorosłej, która ze względy na liczne schorzenia autoimmunologiczne znów wylądowała na oddziale. Wszystkie te osoby nawet nie wiedzą, ile je łączy.

Gdy ludzie zostają przymusowo zamknięci muszą sobie radzić, a najlepszą strategią jest wtedy solidarność. I o niej pisze Róża Hajkuś. Osoby, które są w szpitalu, zazwyczaj mają trudne przejścia za sobą. Są tu doświadczenia śmierci, przemocy domowej, ciężkich chorób w dość sporej ilości, są problemy wychowawcze, jest próba odebrania sobie życia, jest wreszcie dorastanie ze wszystkimi bolączkami i wyżej wspomniana trudna do spełnienia chęć posiadania własnego potomstwa. Miałam kiedyś tendencję myśleć, że duże nagromadzenie tragedii jest nierealistyczne. Hajkuś ma jednak rację – tak w życiu niestety jest, a i miejsce akcji sprzyja niezbyt szczęśliwym wydarzeniom. Mimo postaci ducha, to powieść na wskroś realistyczna, która pokazuje zwykłych ludzi ze zwykłymi bolączkami oraz wszystkie wady systemu ochrony zdrowia. Lekarki i lekarze to zwykli ludzie, ze swoimi problemami, ogromnym zmęczeniem i błędami, niemocą i rozpaczą. Autorka snuje tu wiele wątków, bo każda z postaci dostaje swoją historię, ale udaje się jej wszystkie umiejętnie spleść. 

Hajkuś sama jest lekarką i to widać w opisie realiów pracy lekarskiej, funkcjonowania szpitala, ale także w przedstawieniu rozterek i problemów lekarzy. Sporą rolę odgrywa tu wspomniane wyżej zmęczenie z powodu wielogodzinnych dyżurów, obciążenie psychiczne, lęk przed popełnieniem błędu, brak spokoju, by dobrze wykonać swoje obowiązki, i warunki pracy w szpitalu w ogóle. Takie nakreślenie tych problemów mogło wyjść tylko spod pióra lekarki.

Mimo tak wielkiego nagromadzenia dość traumatycznych tematów to bardzo ciepła i pełna humoru powieść. Hajkuś przedstawia świat marzeń – taki, w którym wprawdzie są problemy, ale ludzie się wspierają i jednoczą. Gdzie istnieje przyjaźń i miłość. Znając autorkę z instagrama, spodziewałam się takiego tonu powieści i faktycznie widzę w tym stylu Różę z jej wirtualnym sposobem bycia. Co mnie zaskoczyło, to język. Są i przekleństwa i mizoginiczne hasła, jest wzajemne odszczekiwanie – i bynajmniej mnie to nie drażni, odbieram to bardzo na plus, bo przełamuje słodkość przekazu.

"Duch w szpitalu" to zdecydowanie nie jest rodzaj literatury, po który sięgam sama z siebie. Wybrałam ten audiobook tylko i wyłącznie ze względu na bardzo sympatyczną (na ile to mogę ocenić w Internecie) autorkę i w zasadzie się nie zawiodłam. Nie będzie to może powieść, która zostanie ze mną na długo, ale przypomniała mi ona czasy, gdy pochłaniałam książki dla samej radości czytania.

Moja ocena: 4,5/6

Róża Hajkuś, Duch w szpitalu, 432 str., Wydawnictwo SQN 2026.

piątek, 24 lipca 2026

"Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony" Agnieszka Kamińska


Szwajcarię w miarę znam, czytałam też inne książki o tym kraju i z tego kraju, ale Agnieszce Kamińskiej udało sie pokazać mi jeszcze inne helweckie oblicze oraz dorzucić kilka ciekawostek. 

Autorka w tej książce nie skupia się na faktograficznym przybliżeniu swojego kraju emigracji, ani nie opisuje przewodnikowych kwestii, lecz kusi się na reportażowe podejście. W tym celu przeprowadziła wiele rozmów, przeczytała mnóstwo książek, przeanalizowała liczne źródła, a w efekcie prezentuje czytelniczce ciekawe teksty, w których szuka istoty szwajcarskiej mentalności oraz analizuje fenomen kraju, który osadził swoją państwowość na dość kruchym fundamencie składającym się z czterech języków, różnych kultur, dwudziestu sześciu kantonów oraz demokracji bezpośredniej. Dzięki Kamińskiej lepiej zrozumiałam, jak funkcjonują referenda i jak podchodzą do nim sami Szwajcarzy. Do znanych mi już umownych granic dzielących ten kraj autorka dokłada tło – wyjaśnia jak funkcjonują mieszkańcy w tej mieszance języków, ale i wskazuje na różne podejścia do życia i pracy, naświetla też funkcjonowanie rotacyjnych urzędów prezydenta czy rządu. 

Ta książka jest bardzo daleka od wikipediowych wyliczeń, bo Kamińska tworzy opowieści, w której fakty przeplatają się z jej doświadczeniami oraz informacjami podawanymi przez jej rozmówczynie i rozmówców. Mimo że Kamińska skupia się na przedstawieniu współczesnego kraju, czyni liczne wycieczki wstecz, opisuje zwyczaje i nie boi się bardziej problematycznych stron szwajcarskiej rzeczywistości. Jest więc tu co nieco o narkotykach, prawach kobiet, o urlopie ojcowskim czy emigrantach. 

Co ważne, nie jest to książka ani całkowicie krytyczna, ani gloryfikująca Szwajcarię. Kamińska polubiła swój kraj, ale jest to miłość dojrzała, która pozwala jej akceptować Helwecję z jej wadami i doceniać liczne zalety. Książkę Kamińskiej czyta się świetnie, autorka dobrze operuje piórem, jej styl jest potoczysty, wartki, a całości dopełniają świetne fotografie Agnieszki Król.

Moja ocena: 5/6

Agnieszka Kamińska, Szwajcaria. Podróż przez kraj wyśniony, 320 str., Wydawnictwo Poznańskie 2021.

wtorek, 21 lipca 2026

"Café Macondo. Reportaże z Kolumbii" Maciej Wesołowski


Moja wiedza o Kolumbii wykracza może nieco ponad przeciętną, ale na pewno nie miała głębokich fundamentów. Wesołowski w dwudziestu rozdziałach tłumaczy głównie najnowszą historię tego kraju, skupiając się na bojówkach i wieloletniej wojnie domowej i dokładając sporą cegiełkę do tego, co już wiedziałam. Jego teksty bazują na rozmowach z przedstawicielami i przedstawicielkami różnych stron – są członkowie FARC, byli członkowie, żołnierze armii, bliscy z obu stron, osoby zwerbowane jako dzieci, ofiary i wiele innych. Widać, że celem autora jest pokazanie wielu stron i poznanie przyczyn decyzji podjęcia walki po danej stronie. I jak to w przypadku każdego konfliktu bywa, tych przyczyn jest wiele i warto je zrozumieć. Wesołowskiemu faktycznie udaje się ukazanie tego zagmatwanego kalejdoskopu przyczyn i uwarunkowań kulturowych, edukacyjnych, społecznych i klasowych.

Równocześnie Wesołowski przekazuje wiele kolumbijskiego kolorytu, opisując Bogotę i Medellin, ale i inne mniejsze miasta. Zabiera na Karaiby i w góry, przemyca informacje o klimacie i rdzennych mieszkańcach, ale nie jest to opowieść o państwie, ale skupienie na tej najmniej chwalebnej części historii. Dla mnie była to niezmiernie ciekawa lektura, bo wiele z opisanych miejsc odwiedziłam, więc do opisywanych faktów automatycznie dodawałam obrazy. Autor operuje przystępnym językiem, jego styl jest potoczysty, więc dobrze się ten reportaż czyta, choć niekoniecznie tak dobrze słucha, lektor miał wyraźnie problemy z językiem hiszpańskim. 

Moja ocena: 5/6

Maciej Wesołowski, Café Macondo. Reportaże z Kolumbii, 352 str., Wydawnictwo Agora 2019.

piątek, 17 lipca 2026

"Książka o przyjaźni" Maciej Marcisz


 

Wiele lat temu przyjaźń była dla mnie jedną z najważniejszych komponent mojego życia, z wiekiem ten obszar aktywności socjalnej zanika, wyparty przez życie codzienne, rodzinę, związki, dzieci i co tam jeszcze. Nie inaczej jest u bohaterów Marcisza, który w swojej książce skupia się na samej istocie przyjaźni, przedstawiając ją na przykładzie trójki osób. Michał, Kasia i Dorota poznają się w liceum, ich przyjaźń przechodzi różne etapy, a w momencie rozpoczęcia narracji jest na etapie upadku. 

Marcisz relacjonuje naprzemiennie życie trójki bohaterów, portretując typowe bolączki i historie pokolenia milenialsów. Podobnie jak w swojej pierwszej książce uwodzi zmysłem obserwacji i zdolnością ujęcia w słowa typowych rozmów, zachowań, sytuacji. Trzy główne postaci pochodzą z różnych domów, mają różne doświadczenia i ambicje, ale łączy ich to, że stoją za sobą murem i są dla siebie wsparciem. Marcisz wplata tu wątki LGBT, ale i kwestię potrzeby pisania, możliwości przebicia się na rynku wydawniczym i całego świata artystycznego. Niestety wiele z opisanych scen, interakcji między bohaterami jest dziwna – żeby nie powiedzieć wywołująca u mnie poczucie żenady. Wiem, że w wieku nastoletnim i studenckim robiło się wiele rzeczy, które można by opisać jeszcze mniej przyjemnymi epitetami, ale tu nagromadzenie krindżowych scen wybija w kosmos. 

Jako że ta książka nie jest o przyjaciołach, lecz o samej przyjaźni jako konstrukcie społecznym, historie trójki bohaterów gdzieś umykają. Nie pomaga tu też nagromadzenie owych wątpliwych scen. Michał, Kasia i Dorota są wprawdzie bohaterami, ale ich kreacje nie służą w zasadzie niczemu, ani nie zmierzają do żadnego punktu zwrotnego. Taka konstrukcja powieści ujmuje jej dynamiki i nie skłania do głębszych przemyśleń. Marcisz nie zachowuje żadnego aspektu w strefie domysłów, prezentuje wszystko wprost, a co za tym idzie z treści nie pozostało w mojej pamięci niemal nic. Ale okładka książki świetna.


Moja ocena: 2/6

Maciej Marcisz, Książka o przyjaźni, 304 str., Wydawnictwo W.A.B. 2021.

środa, 15 lipca 2026

"Mistrz gry" Joanna Lampka


 

Trzeci tom tej tetralogii przeczytałam cztery lata temu. Nie należy tak robić, bo oczywiście zbyt wiele ulatuje z pamięci, zacierają się szczegóły, ale też przepada przywiązanie do bohaterów. Początkowe rozdziały tej książki były więc dla mnie wchodzeniem w jej rytm i przypominaniem sobie intrygi. Lampka potrafi przykuć uwagę czytelniczki od pierwszych stron, więc ten problem okazał się być mniejszy, niż początkowo sądziłam.

Ów czwarty tom z założenia ma rozwiązać wszystkie wątki i dylemat głównej bohaterki, co autorka faktycznie czyni. Jako że nie jest to książka, po którą sięgnie ktoś, kto nie czytał poprzednich trzech części, nie widzę sensu pisania zbyt wiele o treści. Autorka spełnia tu swoje zadanie – Aline musi wybrać między mężczyznami, ale i światami. Musi znaleźć swoje miejsce w skomplikowanej polityce, musi dać synowi ojca i wreszcie skompletować wszystkie gwiazdy. Lampka tu nie zawiedzie, a i dołoży wiele aktualnych dla naszej planety wątków. Stworzony przez nią świat będzie musiał znaleźć sposób na katastrofę ekologiczną, będzie musiał odrodzić się po wojnach i wybuchu nuklearnym, a przede wszystkim mieć mądrych władców, którzy zrozumieją, że współpraca a nie wojna są kluczem do sukcesu. Lampka stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach, muszą decydować o przyszłości ludzkości, wybierać mniejsze zło, rezygnować z własnego szczęścia. Te dylematy moralne nie są proste – niektóre trudne do zniesienia, a ich wyjaśnienie gorzkie.

Sama Aline pozostaje taka sama – waha się między dwoma mężczyznami, prowadzi grę na dwa fronty i faktycznie musi podjąć decyzję, bo nawet księżniczka nie może tak żyć. Lampka konsekwentnie prowadzi tę postać, zagmatwaną między trudnymi decyzjami, nieco naiwną, czasami infantylną, ale odważną i waleczną. Wszystkie dorosłe kreacje tego cyklu są zresztą udane i spójne. Najmniej przekonuje postać syna Aline, który w tej powieści jako dwulatek zachowuje się i posiada umiejętności przynajmniej pięciolatka. Nigdzie nie pada stwierdzenie, że jest cudownym dzieckiem, często natomiast wspominane jest jego rozbrykanie i wiek, więc przypisywanie mu tak zaawansowanych umiejętności motorycznych jak i językowych jest zdecydowanie nietrafione i u mnie nie trafiło na podatny grunt.

Doceniam bardzo wykreowany przez Lampkę świat i umiejętność rozplanowania intrygi i problemów na na cztery tomy. Widać tu przemyślane zabiegi, dalekosiężne rozłożenie akcji, ogromną fantazję autorki, ale i lekkie, potoczyste pióro. Gdyby redakcji udało się wyeliminować nieliczne językowe lapsusy byłoby niemal idealnie. 

Moja ocena: 4,5/6

Joanna Lampka, Mistrz gry, 448 str., BookEdit 2023.

piątek, 10 lipca 2026

"Dewocje" Anna Ciarkowska

 


Bezimienna narratorka opowiada, a właściwie spowiada się ze swojego życia. Wraca pamięcią do lat dziecięcych i relacjonuje swoje dorastanie na wsi. To świat, któremu rytm nadaje pogoda i kościół. To proste zasady – wiadomo kiedy siać, kiedy zbierać plony, kiedy wychodzić za mąż, kiedy rodzić dzieci. Znane są reguły – dziewczynki długa spódnica, dziewictwo do ślubu, spowiedź regularnie itd. Jasne też jest, o czym się nie rozmawia: o ciele, miesiączce, popędzie. I oczywistym jest, co się czuje: wstyd, zażenowanie, pokorę, uległość. Świat niby przerysowany, ale jednak prawdziwy. Wiem, że każda z nas choć raz w życiu usłyszała któryś z padających w książce nakazów. Narratorka opowiada ten świat, z perspektywy dziecka, które się dziwi, pyta, nie dostaje odpowiedzi i się modli. Tak bardzo, że jej modlitwa nabiera nieoczekiwanych mocy. 

Ciarkowska podobnie jak w swojej debiutanckiej powieści "Pestki" fantastycznie wypunktowuje te wszystkie podszyte katolickością zasady, które ograniczają kobiety i narzucają jedyny słuszny światopogląd. Autorka jednak nikogo i niczego nie ocenia, przedstawia świat bez zbędnych komentarzy. Czyni to przepięknym językiem – bardzo literackim, barwnym, obrazowym, metaforycznym. 

Mimo to wszystkich niezaprzeczalnych zalet ta książka ujęła mnie dużo mniej niż "Pestki". Początkowo trudno mi było wejść w tę narrację, nie pomagała też lektorka, która czyta w sposób, powiedzmy, uduchowiony, a na pewno przesadzony. Dopiero gdy przyzwyczaiłam się do jej maniery, ale i zrozumiałam koncepcję autorki, zaczęłam doceniać tę powieść, a przede wszystkim jej język i celność obserwacji. 

Moja ocena: 4/6

Anna Ciarkowska, Dewocje, 186 str., Wydawnictwo W.A.B. 2021.

piątek, 5 czerwca 2026

"Nie wszyscy pójdziemy do raju" Olga Górska


Dorastanie w latach 90. ujęte w literackie ramy będzie zawsze budzić w czytelniczce nostalgię, nawet jeśli od narratorki jest sporo starsza. Wspomnienie czasów przełomu, brzydoty, biedy, Aerosmith, oazy, pielgrzymek, kaset wideo i całego tego postpeerelowskiego świata na mnie działa i zawsze chętnie o tym czytać. Ta nostalgia bowiem zawsze zaprawiona jest uczuciami pozytywnymi. 
Górska nie napisała jednak kolejnej powieści o dorastaniu w latach transformacji i właściwie tuż po niej. To wprawdzie dorastanie, ale poszerzone o aspekt odkrywania własnej seksualności. Narratorka tej powieści dość wcześnie odkrywa, że pociągają ją dziewczyny, ale osadzona głęboko we wspólnocie kościelnej i zupełnie nieświadoma możliwości miłości jednopłciowej zmaga się wewnętrznie z tym odkryciem. 

Punktem wyjścia tej powieści jest podróż narratorki wraz z dwoma przyjaciółkami / dziewczynami / kochankami przez Polskę. Podczas tej wyprawy psuje się ich auto, a oczekiwanie na pomoc jest okazją do zwierzeń. Narratorka cofa się do dzieciństwa i relacjonuje swoje dorastanie w skromnych warunkach, żeby nie powiedzieć w biedzie, z dwójką rodzeństwa, na polskiej prowincji, którą reprezentuje Radom. Temat homoseksualizmu czy homofobii nie istnieje, to są sprawy, które w ogóle nie wypływają, więc dziewczyna skazana jest na własne oswajanie tematu, a czyni to na pielgrzymkach, w szkole, latem. Tożsamość płciowa jest tu więc uwikłana z religijnością, klasowością, miejscem zamieszkania i Górska dość dobrze rozpracowuje te tematy, choć nie bez dłużyzn i powtórzeń. 

Doceniam tę powieść, głównie ze względu na wątek LGBT, ale jednak podczas lektury czułam znużenie. Powiedziałabym, że jego przyczyną była owa tematyka dorastania w Polsce lat 90. i 00., ale wtedy zaprzeczyłabym sama sobie. Na początku napisałam wszak, że taką tematykę zawsze kupuję. Przyczyna tego znużenia zostanie więc nie rozstrzygnięta.

Moja ocena: 4/6

Olga Górska, Nie wszyscy pójdziemy do raju, 200 str., Wydawnictwo Drzazgi 2022.

niedziela, 31 maja 2026

"Co chcesz powiedzieć światu" Martyna Wojciechowska


Wojciechowska w tym zbiorze prezentuje dziesięć kobiet, bohaterek swojego programu "Kobieta na krańcu świata", jak dowiedziałam się z innych recenzji. Ja programu nie znam, więc nie była to dla mnie książka odtwórcza, a o wszystkich opisanych kobietach usłyszałam po raz pierwszy.

Autorka wybrała postaci nietuzinkowe, naznaczone ciężko przez los, bez ustanku walczące o lepsze jutro dla innych kobiet, głęboko zaangażowane w pomoc innym, wrażliwe na krzywdę, świadomie ekologicznie, po prostu dobre. Dzięki Wojciechowskiej poznałam odważne kobiety z Meksyku, Salwadoru, Libanu, Mauritiusa, Izraela, Ukrainy, USA, RPA, Kenii i Pakistanu. Autorka wybrała postaci różnorodne: strażaczkę, osobę niebinarną, gimnastyczkę bez nóg, aktywistkę ekologiczną, byłą seksworkerkę, więźniarkę skazaną za rzekomą aborcję, ultraortodoksyjną Żydówkę, która wyrwała się ze swojego środowiska i kosmetyczkę, która pomaga kobietom bez twarzy. 

Nie sposób oceniać tę książkę pod względem treści, bo niewątpliwie każda z tych kobiet jest wyjątkowa, choć dwie historie były dla mnie nieco wątpliwe moralnie. Ocenić mogę natomiast jej styl i tu niestety byłam rozczarowana. Nie oczekuję oczywiście literackiego majstersztyku od publikacji tego typu, ale te opowieści były napisane tak prostym językiem, że miejscami miałam wrażenie, że aż celowo uproszczonym. Być może takie było założenie, być może autorka chciała w ten sposób trafić do szerokiego grona czytelniczek i czytelników, mnie niestety to trochę zraziło. 

Nie żałuję tej lektury, ale nie skłoniła mnie ona do dalszych refleksji czy poszukiwań. 


Moja ocena: 3,5/6

Martyna Wojciechowska, Co chcesz powiedzieć światu, 304 str., Wydawnictwo W.A.B 2022.

wtorek, 19 maja 2026

"Mock. Ludzkie zoo" Marek Krajewski


Po latach wróciłam do przedwojennego Wrocławia i serii o Eberhardzie Mocku. Ten kryminał zapowiadał się pysznie, bo nie dość, że cofamy się do młodości policjanta, to jeszcze do 1914 roku, gdy Niemcy były państwem kolonialnym. A to oznacza, że z kolonii czerpały korzyści, wykorzystywały ludność, zasoby i to często w niezwykle okrutny sposób. 

Młody Mock adoruje Marię, z zamiarami bardzo poważnymi. Kobieta jednak ma pewien problem, z mieszkania mieszczącego się blisko starego dworca słyszy dziwne odgłosy, każące jej podejrzewać obecność sił nadprzyrodzonych. Mock oczywiście nie wierzy w tę ewentualność i poniekąd z chęci zaimponowania wybrance rusza na poszukiwania. I trafia w piekło. To bowiem tajny burdel z afrykańskimi kobietami oraz szalone laboratorium, w którym pierwsze skrzypce grają gorylice. A cały ten proceder ściśle wiąże się ze zorganizowanym we wrocławskim ogrodzie zoologicznym tytułowym ludzkim zoo. Pod przykrywką poznawania innych, ehem, kultur, można było sobie pooglądać przez płot sprowadzonych z Afryki ludzi przy codziennych zajęciach. Można było nawet w nich rzucić kamieniem. Podebatować nad wyglądem. Tak samo jak przy klatce z małpami. To bardzo ciekawy, choć nie nieznany wątek. Ucieszyłam się, że Krajewski go podjął i ciekawie rozwinął. 

Niestety po wrocławskich wydarzeniach narracja się rozjeżdża, a Mock ląduje w Kamerunie. Początkowo zrzucałam moje niezadowolenie z konstrukcji tego kryminału mojemu ewentualnemu rozkojarzeniu podczas lektury, bo w tej afrykańskiej części przestały mi się sklejać wątki i zupełnie zgubiłam przesłanie. Pobieżny przegląd recenzji potwierdza jednak, że nie jestem w tych odczuciach osamotniona. A szkoda, bo uważam, że podjęcie tematu kolonializmu było świetnym posunięciem, językowo jest to także świetna robota. Niestety nie mam na tyle samozaparcia, by wracać i próbować zrozumieć wszystkie powiązania.

Moja ocena: 3,5/6

Marek Krajewski, Mock. Ludzkie zło, 400 str., Wydawnictwo Znak 2017. 

poniedziałek, 4 maja 2026

"Ostatnia wizyta" Jacek Ostrowski


 

Tym tomem kończę Serię na F/Aktach i jest to zakończenie niestety mało satysfakcjonujące. Książka Ostrowskiego jest zdecydowanie najsłabsza w tym cyklu. Autor rozpracowuje historię porwania lekarki Stanisławy Krzemińskiej z perspektywy sprawcy. To drobiazgowy opis Zbigniewa Pielacha – Ukraińca, współpracownika KGB, doświadczonego mordercy, który dla pieniędzy zrobi wszystko. Ostrowski relacjonuje, jak Pielach terroryzuje żonę, boryka się z problemami finansowymi i napadami gniewu, jak umiejętnie ma w garści wszystkie ważne w Koninie osoby, jak za pomocą szantażu i presji potrafi manipulować ludźmi. Gdy po latach odzywa sie do niego major z KGB nie na wyboru i zaczyna planować porwanie lekarki. 

Autor dokonał ogromnej pracy śledczej, widać, że przeczytał wiele akt, ale i dokumentów z epoki. Jego drobiazgowe opisy kolejnych dni zabójcy są bardzo autentyczne, czytelniczka zostaje wręcz zasypana kolorytem lat 70., co samo w sobie jest bardzo dobrym zabiegiem, niemniej z czasem czułam przesyt, bo gdzieś umykała mi istota tej książki. Owszem Ostrowskiemu udało się świetnie naszkicować portret psychologiczny zabójcy i jego żony, niestety uczynił to tak prostym językiem, że czułam się, jakbym czytała wypracowanie.

Mimo tych wad doceniam pracę badawczą autora oraz przedstawienie dotąd mi zupełnie nieznanej sprawy – najbardziej jednak żałuję, że ta seria nie doczekała się kontynuacji.

Moja ocena: 4/6

Jacek Ostrowski, Ostatnia wizyta, 300 str., Wydawnictwo Od deski do deski 2017.

czwartek, 30 kwietnia 2026

"Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu" Anna Bikont


Sześć dziewczynek, które cudem, ale i wysiłkiem wielu osób przetrwały Holokaust. Każda z nich pochodziła z innego środowiska, miała inny start, stopień znajomości języka polskiego, możliwości przetrwania. Żadna z uratowanych nie znalazła poczucia szczęścia po wojnie. 

Bikont przedstawia sześć życiorysów, rozmawia z niektórymi z bohaterek, z ich rodzinami i przyjaciółmi, cytuje listy, pokazuje fotografie, próbuje zrozumieć decyzje i powojenne koleje losu. Gdy tylko może dopuszcza te kobiety do głosu. Tak jak różne są te kobiety, tak odmienne mogły być losy wojenne – kryjówki w domach, lasach, stogach, pomoc bliskich lub przerażająca samotność, zawsze niepewność, głód, przemożny lęk, często rezygnacja. Powojenne losy też są różna – w Polsce lub zagranicą, ale wszystkie naznaczone traumą i smutkiem. 

O Holokauście można przeczytać wszystko i wciąż odnajdywać inną perspektywę. Bikont zdecydowanie ma talent do odnajdywania takich nowych punktów, jej osobiste podejście do swoich bohaterek zawęża soczewkę i pokazuje tę zwykłą stronę codziennych zmagań w trakcie i po wojnie. Autorka jest tu widoczna, wspomina swoje próby kontaktu, rozmowy, ale nie jest to obecność zacieniająca meritum. 

Pięć z tych opowieści pochłonęłam jednym tchem, tylko jedną uważam kompozycyjnie za mniej udaną – tę o Małce i Wojdowskim, którą odebrałam jako zbyt chaotyczną. Niemniej to kolejna świetna pozycha spod pióra Bikont, zdecydowanie warta lektury.

Moja ocena: 5/6

Anna Bikont, Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu, 248 str., Wydawnictwo Czarne 2023.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

"Helena Wiktoria" Katarzyna Witerscheim





Gdy umiera Stanisław Kroll, właściciel ogromnej fortuny, okazuje się, że dziedziczką zostaje jego siostrzenica kilkuletnia Helena. Rodzina jest w szoku, bo spodziewano się, że spadek przypadnie dorosłemu bratankowi – Edwardowi. Mała Helena wyjeżdża z matką i traci kontakt z przyjacielem Arturem. Gdy dziewczyna wraca jest już niemal dorosłą idealną partią do zamążpójścia. Piękna i bogata przyciąga wielu kandydatów, ale też budzi w rodzinie złą krew. Fortuna to możliwość wywindowania rodziny do arystokracji! Helena nawiązuje kontakt listowny ze studiującym we Wrocławiu Arturem i zwierza mu się ze swoich problemów. W kolejnych tomach akcja nabiera rumieńców, bo pojawia się konkretny kandydat na męża, zubożały hrabia, który ma zdecydowanie inne preferencje sercowe. Helena próbuje wdrożyć się w sprawy finansowe, co nie zawsze jest łatwe i często doprowadza ją do rozpaczy. Zdecydowanie nie ma tu łatwych rozwiązań, bo wiele osób forsuje swoje interesy finansowe i sercowe. 

Witerscheim wprowadza w tych trzech powieściach graficznych wiele kolorytu lokalnego i historycznego. W rozmowach przewijają się trzy języki: polski, niemiecki i śląski, a ich statu zmienia się wraz z miejscem zamieszkania i środowiskiem. Autorce udaje się pokazać, że Śląsk to tygiel kulturowy, a w jednej rodzinie współżyje wiele tożsamości. Historycznie to okres sankcji wprowadzanych przez Bismarcka oraz problemach na kopalniach, którymi zarządza rodzina Heleny. Artur jako nosiciel polskiego nazwiska nie ma łatwego startu jako przyszły lekarz we Wrocławiu. I wreszcie mamy różnice klasowe – aspirująca z powodu majątku do arystokracji rodzina Krollów to ówcześni nowobogaccy. 

Autorka umiejętnie wprowadziła wątki LGBTQ, co akurat bardzo mi się podobało. Mniej sama postać Heleny – oczekiwałam od niej większej emancypacji i świadomości, widać jednak rozwój tej postaci i spodziewam się, że w kolejnych tomach będzie ciekawie. 

Co do samej kreski, to u mnie zachwytu nie ma. Zdecydowanie bardziej podobają mi się postaci męskie, żeńsie są na mój gust zbyt barokowe. 

Z przyjemnością przeczytałam te trzy tomy, przede wszystkim ze względy na śląskie tło – to zawsze dla mnie największy smaczek. 

Moja ocena: 4/6

Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Szlajfki, 190 str., Wydawnictwo Studio JG 2018.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Kusiki, 255 str., Wydawnictwo Studio JG 2020.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Ymocyje, 313 str., Wydawnictwo Studio JG 2024.

niedziela, 5 kwietnia 2026

"Oto ciało moje" Aleksandra Pakieła


Natalia ma za sobą lata walki z bulimią. Teraz, gdy wreszcie jest lepiej, odnajduje dom – ten prawdziwy, składający się z czterech ścian i dachu, ale i ten w swoim ciele. Przytulny i gościnny. Zanim do tego doszło, były lata wymiotów, kompulsywnego jedzenia, nienawiści do samej siebie, zmuszania do jedzenia przy rodzinnych obiadkach, braku zrozumienia i wsparcia. 

Ta niewielka objętościowo powieść jest wielka treścią. To szczery obraz zmagań z chorobą – Pakieła nie szczędzi opisów jedzenia i wymiotowania, tłumaczy przeróżne triki bulimiczek w kwestii kolejności jedzenia, ale i jego tekstury, koloru, łatwości zwracania. Autorka nie stawia jednak psychologicznych diagnoz, nie doszukuje się przyczyn choroby, choć oczywiście zostawia wiele tropów, opisując choćby zachowanie dziadka, szkicując swoje dorastanie, cytując rozmowy z rodzicami czy siostrą. Można doszukiwać się własnych diagnoz, można szukać paralel z własnym życzeń, ale można też w ogóle pominąć ten aspekt. 

Jak pisałam wyżej, to krótka powieść, podzielona na niewielkie rozdziały, między którymi mieszczą się rozmowy czy plan dnia podporządkowany jedzeniu i próbie wyjścia z uzależnienia od wymiotów. Ta konstrukcja wydaje się odzwierciedlać życie Natalii – porwane, przerywane atakami bulimii, naznaczone nawrotami. 

"Oto ciało moje" to bardzo dobre świadectwo, zakładam, że autofikcyjne, ukazujące prawdziwe oblicze tej strasznej choroby. Dla mnie niezwykle poruszające, uderzające i dające do myślenia. Bez zbędny słów, prosto w twarz. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Aleksandra Pakieła, Oto ciało moje, 140 str., Wydawnictwo ArtRage 2022.

czwartek, 29 stycznia 2026

"Ostatnie życzenie", "Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski


 

W świat Sapkowskiego wsiąknęłam na początku studiów, gdy w składnicy księgarskiej (kto pamięta?) trafiłam na pierwszy tom opowiadań. Dokładnie pamiętam tamto wydanie – niewielką książkę w niemal kieszonkowym formacie. Nie pamiętam natomiast, czemu po nią sięgnęłam? Na szczęście kupiłam i totalnie przepadłam. Potem czytałam wszystko i na lekturze pozostałam, nie znam filmów i gier. Do Wiedźmina nigdy nie wróciłam, z wielu przyczyn. Jedną z nich była obawa, jak te książki odbiorę po latach. Wtedy, a mówię tu o połowie lat 90., mój światopogląd był inny, miałam inną wrażliwość i ma pewno dużo mniejszą świadomość społeczno-polityczną. 

Teraz sięgnęłam wreszcie po oba tomy opowiadań, głównie dzięki wyborowi mojego klubu czytelniczego, ale nie bez wielkiej chęci. Tym razem jednak postawiłam na wychwalane słuchowisko, które faktycznie jest bardzo dobrze i starannie nagrane, ale jednak nie trafiło do mnie na 100%. By opisać mój problem, będę musiała użyć ostatnio nagminnie używanego słowa, ale faktycznie czułam się przebodźcowana. Niektóre głosy były dla mnie zbyt natarczywe, aktorskie, niektóre frazy, zwłaszcza opisy walk, czytane zbyt szybko, na jednym tchu. Niemniej jest to bardzo dobrze zrobiony audiobook i myślę, że do wielu osób trafi. 

Co jednak z treścią? Otóż, jest taki sam szał jak te trzydzieści lat temu! Podobało mi się wszystko! Najpierw język – wartki, potoczysty, ale i ironiczny, dowcipny, celny. Postaci – świetne, spójne, interesujące. Na wielki plus cała gama postaci kobiecych – różnorodnych, silnych, decyzyjnych. Do bohaterów ludzkich dochodzi nieprzebrana ilość postaci magicznych – wszystkie świetnie, plastycznie opisane. Co jednak mnie najbardziej ujęło i nadal zachwyca to komentarz społeczny i polityczny oraz fantastyczne wplecenie baśni i powiedzonek. Sapkowski wiele z nich zdemontował, nadał nowego znaczenia, dowcipnie spointował – nadal mnie to bawi. Po ponownej lekturze pozostaję fanką Sapkowskiego, chyba nie było wątpliwości (nie zapraszam do dyskusji), teraz nastawiam się na powtórzenie całego cyklu. 

Moja ocena: 6/6

Andrzej Sapkowski, Ostatnie życzenie, 288 str., SuperNova 2010.

Andrzej Sapkowski, Miecz przeznaczenia, 344, SuperNova 2011. 

piątek, 28 listopada 2025

"Zbędni" Wojciech Chmielarz


 

W Kowarach byłam dawno temu i wróciłam do nich w tej powieści, choć w sumie za wiele się o samym mieście nie dowiedziałam. Za to wiem, że mieszkają tam mało sympatyczni ludzie. Na przykład taki Jan – pijaczyna zwany Jaśkiem, który klepie biedę i pilnuje pola kempingowego. Od piwa do piwa. Albo Alina i Mirek – niby dobre małżeństwo, a za drzwiami aż kipi od toksyczności. Do tego trzymają w domu dorosłego syna, bo coś przeskrobał, a w ich hotelu mieszka dziwna kobieta, której wszyscy się boją. 
No i Maria Szulej – policjantka, najmilsza z tego towarzystwa i jedyna na komendzie, która słucha swojego instynktu. Nie zapomnijmy o wójcie, który kombinuje z samochodami, o Belgu, który nie wiadomo czemu uparcie mieszka na kempingu, gogusiowatym koledze Darka, syna Aliny i Mirka.... Słabo w tych Kowarach. Do tego Jasiek po pijaku śmiertelnie potrąca kobietę, która nagle wtargnęła na drogę. Jest pijany, ale nie na tyle, żeby nie skojarzyć, że to mu wyjdzie na złe. Zakopuje więc ciało i zatapia się w wyrzutach sumienia, bo duch kobiety będzie go męczył i straszył. Tymczasem nikt zabitej nie szuka, a Jasiek chce się dowiedzieć, kim była. 
Maria Szulej natomiast śledzi poszukiwania zaginionego dziecka – mała Karolina została porwana i zniknęła na dobre. 

Chmielarz poszedł w wiele wątków, które wprawdzie się dobrze łączą i splatają, ale w tym procesie jednak mało jest prawdopodobieństwa. Nie kupuję tych zbiegów okoliczności i sentymentalizmu na linii dziadek - wnuczka. Nie jest to zły kryminał, ale też niczym szczególnym się nie wyróżnia. Intryga jest dość rozwleczona, więc słabo trzyma napięcie, samo przestępstwo też nie jest jasne, bo trudno się zorientować, co jest wątkiem wiodącym i na czym się skupić, a zakończenie obfituje w fajerwerki i miałam wrażenie, że jest ich o przynajmniej jeden za dużo. 

Chmielarz ma dobre pióro i talent do kreacji bohaterów, więc dobrze się tego kryminału słucha. Ja po prostu przyzwyczaiłam się u niego do wyższej klasy. 

Moja ocena: 4/6

Wojciech Chmielarz, Zbędni, 424 str., Marginesy 2024.

poniedziałek, 10 listopada 2025

"Alchemia" Katarzyna Zyskowska

 


Maria pozbierała się po tragicznej śmierci męża, dalej pracuje, wykłada, sama wychowuje córki i zakochuje się. Niestety wybranek jej serca ma żonę i dzieci. Co gorsza zazdrosną i podejrzliwą żonę. Marie i Paul świetnie się rozumieją na płaszczyźnie osobistej, ale co ważniejsze, także na zawodowej. Niestety opinii publicznej nie podoba się ten romans, a ujawnienie przez zazdrosną żonę listów kochanków wywołuje skandal. Jest on tak wielki, że grozi niemożnością przyjęcia przez Marię Nagrody Nobla. Tę opowieść przeplata historia młodej Manii, która jako osiemnastolatka przyjmuje posadę guwernantki na dworku gdzieś za Ciechanowem. Tam zakochuje się w synu chlebodawców, co wywołuje ostry sprzeciw tych ostatnich. Maria i Kazio trwają jednak w swojej miłości, ale do czasu.

Zyskowska naprzemiennie snuje te dwa wątki, próbując ukazać Skłodowską jako kobietę, kochankę, matkę, zwykłą osobę, którą targają namiętności, zmartwienia i rozterki. To kobieta, która żyje w czasach, gdy wciąż musi udowadniać, że jest tyle samo warta, co mężczyzna, że jej życie prywatne nie ma nic wspólnego z zawodowym, że ma prawo do miłości i do nauki. Praca naukowa noblistki nie odgrywa w tej książce pierwszych skrzypiec, jest obecna, ale autorka pragnie pokazać Marię, która jest normalną kobietą, a nie papierową geniuszką. W tym celu zapewne przejrzała mnóstwo materiałów, ale także w wielkim stopniu wsparła się własną fantazją, by stworzyć dialogi, przemyślenia i konkretne sytuacje.

To nie jest powieść, po którą sięgnęłabym z własnej inicjatywy, skusiła mnie akcja czytaj.pl i po lekturze mam odczucie, że jednak nie jest to literatura dla mnie. Gdyby ta historia nie dotyczyła Marii Skłodowskiej-Curie, zapewne porzuciłabym ją po kilku stronach jako obyczajówkę z mocnym wątkiem romansowym. Nie mam też poczucia, czy faktycznie czegoś się o naukowczyni dowiedziałam, bo przecież jej postać jest w dużej mierze produktem wyobraźni autorki. Owszem nie miałam pojęcia o romansie i nie wiedziałam wiele o rodzeństwie Skłodowskiej, ale z drugiej strony takich kwestii wolę dowiadywać się z biografii. Z tych powodów kończę te lekturę z mieszanymi uczuciami.

Moja ocena: 3,5/6

Katarzyna Zyskowska, Alchemia, 364 str., Wydawnictwo Znak Literanova 2024.


piątek, 7 listopada 2025

"Dom zła" Jakub Rutka


W 1994 roku w całkiem zwykłej rodzinie ojciec morduje żonę i dzieci. Nikt nie wie dlaczego, nagle, bez żadnych konfliktów i wcześniejszych oznak. Od tego czasu dom stoi opuszczony i uchodzi za nawiedzony. Trzydzieści lat później Jacek Gadowski prowadzi w lokalnym radiu audycję o niewyjaśnionych zbrodniach, równocześnie tworząc na ten temat podcast. Podczas audycji odbiera telefony od słuchaczy, którzy wypowiadają się na temat omawianych zbrodni lub opowiadają o swoich doświadczeniach. Pewnego dnia jednym z nich jest Karol, który zwraca uwagę Jacka na nawiedzony dom w Ostrołęce. Mimo że Gadowski mieszka od urodzenia w tym mieście, nigdy o tym miejscu nie słyszał, a temat szybko rozpala jego wyobraźnię. Dziennikarz zaczyna drążyć i omawiać zbrodnię sprzed lat na antenie, a Karol dzwoni ponownie, dorzucając kolejne rewelacje na temat domu duchów. Gdy dzwoni po raz ostatni zapowiada nieszczęście, które niebawem wydarzy się w tym miejscu – grupa nastolatków świętuje w nim osiemnastkę, a Karol sugeruje, że ktoś zginie. I tak faktycznie się dzieje, a Gadowski jest niemal świadkiem zbrodni, bo prosto ze studia udaje się na miejsce. 

Ciekawski dziennikarz prowadzi śledztwo na własną rękę – łączy oba wątki, ten z 1994 roku, ale i aktualne morderstwo, trafia przy okazji na brudy w rodzinie ofiary, które wydają się być przyczyną współczesnej zbrodni. Policja natomiast błądzi we mgle i gdyby nie Gadowski pewnie nigdy by sprawy nie rozwiązała. Łączniczką między tymi dwoma postaciami stanie się Paulina, młoda policjantka, którą dziennikarz poznaje podczas pierwszej wizyty w nawiedzonym domu. 

Debiut Rutki to sprawnie napisany kryminał, który autentycznie mnie wciągnął. Mimo wielu niedociągnięć fabularnych słuchałam go z przyjemnością i byłam ciekawa, jak autor rozwikła wątki. Dość szybko domyśliłam się wprawdzie zakończenia, ale w kryminałach bardziej interesuje mnie jednak sposób konstrukcji intrygi niż finał. Sama postać Gadowskiego jest ciekawym zabiegiem – nie czytałam jeszcze kryminału, w którym główny bohater byłby podcasterem z zajawką na niewyjaśnione zbrodnie. Owszem jest tu kilka dość nierealistycznych kwestii – brak zgody na ojca na porzucenie dziecka przez matkę (przecież musiał się na to zgodzić?), dziura fabularna w kwestii samego morderstwa czy nagłe zainteresowanie Pauliny psychologią – ale mimo wszystko dobrze się bawiłam, o ile tak można to określić, podczas lektury. 

Moja ocena: 4/6

Jakub Rutka, Dom zła, 368 str., Znak JednymSłowem 2025.


czwartek, 6 listopada 2025

"Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej" Małgorzata Grzebałkowska


Do Konopnickiej-pisarki stosunek mam ambiwalentny. Nie czytam, nie przepadam, nie tęsknię za czytanymi w dzieciństwie utworami. Podobnie było więc z życiem autorki – ani mnie szczególnie nie interesowało, ani nie emocjonowało. Natomiast stosunek zdecydowanie jednoznaczny mam do Magdaleny Grzebałkowskiej. Lubię jej styl, jej sposób pisania, jej obecność w reportażu, jej odwagę w podejściu do materiałów i źródeł oraz fantazję w szkicowaniu realiów życia. 

Nie inaczej stało się w przypadku biografii Marii Konopnickiej, która mnie bez reszty wciągnęła i przedstawiła postać pisarki w wielu aspektach – jako matki, żony, kobiety pracującej, chorej, walczącej, patriotki. Konopnicka jako pisarka nie wysuwa się tu na pierwszy plan, to raczej kobieta ciągle zabiegana, walcząca o byt, spłacająca długi, szyjąca, troszcząca się, chora. Konopnicka to postać niejednoznaczna – z jednej strony opuściła męża, by zamieszkać samotnie w Warszawie, z drugiej strony to zaborcza, kontrolująca matka, preferująca niektóre ze swoich dzieci. To także anyklerykałka, która jednak oficjalnie się pokajała w kościele w obliczu grożącego ostracyzmu, patriotka, która walczyła o sprawę polską w całej Europie, przyjaciółka Marii Dulębianki. Ten wzbudzający emocje związek czy też przyjaźń między dwoma Mariami odgrywa dużą rolę w biografii, ale Grzebałkowska nie spekuluje i nie szuka sensacji.

Podczas lektury widać, jak tytaniczną pracę wykonała autorka, ile przeczytała listów, ale i książek z epoki, by jak najlepiej oddać jej atmosferę, ile przeprowadziła rozmów, ile przejrzała źródeł, zdjęć, map, dokumentów. Jak pisałam wyżej, mnie zupełnie nie przeszkadza to, że autorka jest tu obecna, że wspomina o sobie, że dopisuje możliwe rozmowy i listy – w przypadku Grzebałkowskiej jest to tak delikatne, dopasowane stylistycznie, nienachalne, że wypada zdecydowanie na plus.

Ciekawa biografia, którą czyta się niemal jak przygodówkę, polecam.

Moja ocena: 5/6

Magdalena Grzebałkowska, Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej, 464 str., Wydawnictwo Znak 2024.

czwartek, 7 sierpnia 2025

"Trans-Atlantyk" Witold Gombrowicz


W szkole nie przeczytałam jednej, jedynej lektury. Owszem, zaczęłam, ale porzuciłam. Coś, czego kiedyś nigdy nie robiłam. Niestety, mając siedemnaście lat, nie przeskoczyłam "Ferdydurke" Mając lat o wiele więcej, zapragnęłam wrócić do Gombrowicza, sądząc, że ówcześnie nie doceniłam pisarza. "Trans-Atlantyk" od dawna czekał na czytniku i dzięki wyzwaniu 25 książek na 2025 wreszcie się lektury doczekał. To nie jest długa książka, ale zajęła mi zdumiewająco dużo czasu. Przeczytałam wstęp, przeczytałam powieść i przeczytałam posłowie. Dzięki temu ostatniemu wiem, o czym czytałam i jaki był cel Gombrowicza. Ale tylko dzięki temu. 

Opierająca się na własnych doświadczeniach pisarza powieść ma na celu zdemaskowanie Polonii, układów, układzików, stosunków i pojęcia ojczyzny. Gombrowicz przypływa do Argentyny na krótko przed rozpoczęciem wojny i decyduje się tam zostać. Jako że nie śmierdzi pieniądzem, szuka wsparcia wśród licznej Polonii i w placówce dyplomatycznej, co jest dla niego przyczynkiem do napisania tej groteskowej i prześmiewczej powieści. To rzecz, która nie zasadza się na fabule, a na słowie. Gombrowicz wyraża wiele za pomocą powtórzeń, wyolbrzymień czy innych zabiegów językowych, nie poświęcając wiele uwagi prowadzeniu narracji. Ta książka to eksplozja słowa, przytłaczająca, rozbuchana i męcząca. O ile jestem w stanie docenić pojedyczne zabiegi, pomysły, wyrażenia, to całościowo jest tego dla mnie za dużo. Nie rozumiem tego stylu, nie kupuję tego natłoku, nie odnajduję się w takiej grotesce, a co za tym idzie, do Gombrowicza już nie wrócę.

Moja ocena: 2/6

Witold Gombrowicz, Trans-Atlantyk, 164 str., Wydawnictwo Literackie 2012.