wtorek, 25 września 2018

Stosikowe losowanie 10/18


Zapraszam do zgłaszania się do rundy październikowej! Pary rozlosuję 1 października, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

"W Dolinie Muminków" Tove Jansson



To nasze drugie spotkanie z Muminkami - i o ile Kometa w Dolinie Muminków w pewien sposób mi się podobała, to ten tom trafił do mnie znaczniej mniej. Niespecjalnie odnajduję się w świecie Muminków - mój syn przyjmuje tę opowieść taką, jaką jest, ja nie mogę się powstrzymać od doszukiwania się aluzji, nawiązań, głębszego sensu i za każdym razem muszę stwierdzić, że nie czuję percepcji świata Jansson. Nie współgramy, nie nadajemy na tych samych falach.

W tym tomie Muminki powoli budzą się ze snu zimowego i podczas pierwszej wiosennej wyprawy odnajdują Czarodziejski Kapelusz, który przysporzy im wielu kłopotów. Niepozorne, choć spore nakrycie głowy okaże się być bardzo kłopotliwe, a do tego jest zgubą Czarnoksiężnika, który oczywiście ją musi odzyskać. Jak najbardziej pokojowo, ma się rozumieć. Muminki jednak zbyt wiele czasu nie poświęcają na rozmyślania, wolą wyruszyć na wycieczkę jachtem, by spędzić czas na małej wyspie. Owa wyspa nie jest jednak tak samotna, jak się spodziewali, trafiają tam bowiem na wielbiących kompas Hatifnatów. Przygód będzie więcej, bo Kapelusz spowoduje zarośnięcie domku dżunglą, a dzięki przybyciu Topika i Topci, serdecznie przyjętych przez Muminków, kłopoty osiągną apogeum i rozwiązana zostanie zagadka Kapelusza.

Przyznam, że z ulgą zakończyłam lekturę tego tomu - fantastyczne przygody i wydarzenia nużyły mnie, na szczęście sytuację ratowały charaktery niektórych z postaci. I mój syn, który, właściwie ku memu zdziwieniu, słuchał z ciekawością.

Pochwalić muszę koniecznie piękne wydanie tej książki i oczywiście nastrojowe, urocze ilustracje.

Tove Jansson, W Dolinie Muminków, tł. Irena Szuch-Wyszomirska, 181 str., Nasza Księgarnia 2016.

piątek, 21 września 2018

"Tygrys i Róża" Małgorzata Musierowicz



To już kolejny tom z rzędu, którego akcja toczy się wokół Laury, Róży i Natalii. Tym razem Laura jest najważniejsza, w zasadzie nie wiem, co Róża robi w tytule, bo nawet Natalia i jej perypetie miłosne są istotniejsze niż jej postać. 

Tygrys tymczasem staje się jeszcze bardziej problematyczny niż był. Nadal gnębi ją kwestia jej pochodzenia, co w zasadzie dziwne nie jest. Dziwna jest za to zmowa milczenia na temat Janusza Pyziaka. Borejkowie unikają tego tematu jak ognia, jakby mąż Gabrysi był conajmniej mordercą albo pedofilem. Nie dziw więc, że czternastoletnia dziewczyna zaczyna zachodzić w głowę, jaki jej ojciec jest i gdzie przebywa. Przypadkiem odkrywa jedno jedyne zdjęcie ze ślubu i dostrzega swoją fizyczną podobiznę do ojca, zaczynając zastanawiać się, czy jej odmienność charakteru od borejkowskiego, nie oznacza tego, że przypomina Pyziaka. Pyziaka, którego wszyscy tak nie lubią. Dziewczyna bierze więc sprawy w swoje ręce i wyrusza na poszukiwania ojca. Pierwszym krokiem jest odnalezienie jego siostry, o której istnieniu dowiedziała się przez przypadek. 

Kreowana na złośliwą, odmienną, nieuczynną, krnąbrną Laura bardziej przypomina normalną nastolatkę niż kryształowa Róża, wierna kopia swojej mamy - ostoi całej rodziny. Wyprawa Laury byłaby świetną osią powieści, gdyby nie ciągłe przypadkowe spotkania. Jak to możliwe, że dziewczyna na trasie z jednego niemałego do drugiego sporego miasta, przypadkowo spotyka aż dwie osoby, które znają jej rodzinę. Ano są one potrzebne, by zadziałać delikatnie na niecny charakter Laury. Nie warto jednak po raz setny krytykować upraszczania fabuły przez Musierowicz. Przemiany w Laurze także nie są wiarygodne, tak samo jak długo wyczekiwany happy end historii miłosnej Natalii. Najbardziej wkurzające jest jednak podejście do osób, które zdecydowały się iść przez życie same - staropanieństwo to klątwa. Siostra Janusza Pyziaka to potworna hetera, osoba odpychająca, bo jakaś tam historia zakochania z młodości jej nie wyszła. Jej współpracownica Aleksandra jest samotna i nieszczęśliwa w swoim staropanieństwie, no a Natalia musi koniecznie sobie kogoś znaleźć, bo w życiu potrzebuje opoki. No ludzie, to już kobieta bez mężczyzny szczęśliwa być nie może?

Mimo tych mankamentów, machnęłam tę książkę w dwa dni, bo Musierowicz po prostu przyjemnie się czyta, a i ciekawa byłam perypetii Laury, z których zupełnie nic nie pamiętałam.

Moja ocena: 3/6

Małgorzata Musierowicz, Tygrys i Róża, 160 str, Akapit Press 1999.

środa, 19 września 2018

"Po trochu" Weronika Gogola



Po trochu jest książką swojską, domową, do lubienia i szybkiego czytania. Książką o wiejskim życiu i o Gogolach. O wujkach, dziadkach, babciach, ciociach, kuzynkach, sąsiadkach. O dorastaniu w latach 90. - o przygodach, chłopakach, przyjaźniach, dojrzewaniu. I o śmierci. Śmierć dzieli wspomnienia na kawałki, przerywa narrację, stawia kropkę nad i. Ta wyczekiwana i ta nagła. Bo trzeba wiedzieć, że Gogole płci męskiej umierają nagle i szybko, około pięćdziesiątki. 

Najpierw jednak Gogola zaskakuje narracją - świat obserwujemy oczyma dziecka, dziewczynki kilkuletniej. Ta dziewczynka jednak nie jest do końca autentyczna, za jej plecami siedzi osoba dorosła, które pisze tak, jak uważa, że myśli dziecko. Dziecko, trzeba dodać, dość rezolutne, momentami nad wyraz dojrzałe, a potem znowu bardzo dziecinne. I ta narracja świetnie się czyta, łatwo się w lekturze zapamiętać, a trudno zatrzymać, co byłoby wskazane, bo w tym słowotoku wszystko zaczyna się rozpływać. Tu dzwonnica, tu porzeczka, tam dziadek i po dwudziestu stronach nie sposób sobie przypomnieć, co było na pierwszej. Dopiero śmierć ratuje sytuację, przerywając gadaninę i życie. Śmierć matki koleżanki, kolegi, wujka. Śmierć kończy życie i ratuje narrację. 

Mimo że książka mi się podobała, to ciągle miałam świadomość, że to jednak nie jest powieść wybitna, aczkolwiek doceniam bardzo pomysł autorki na ukazanie motywu przewodniego. Czytając, podświadomie czekałam na koniec - byłam szalenie ciekawa w jaki sposób Gogola spointuje tę książkę. I faktycznie, ostatnie rozdziały są dobre, zaskakująco dobre. To dla nich warto czytać. Dla nich i dla swojskości - poczucia bycia u siebie, tego porozumienia, które jest możliwe tylko między osobami wychowanymi w podobnych uwarunkowaniach kulturalnych. To dla tego tę powieść czuję bardziej niż zdecydowanie lepszą książkę Bajai.

Moja ocena: 4/6

Weronika Gogola, Po trochu, 180 str., Książkowe Klimaty 2017.

wtorek, 18 września 2018

"Nad piękną modrą Dřevnicą" Antonín Bajaja



Powieść Antonína Bajai pełna jest wspomnień i nostalgii. Autor opisuje swoje dzieciństwo, które przypadało na lata 40. i 50. w Zlinie, a robi to w formie listów do siostry. Te listy to prawdziwe epistoły, w których wspomnienia żyją własnym życiem, rozrastają się, piętrzą, są powodem licznych dygresji i przyczynkiem do przeskoków do współczesności. Dzięki nim czytelnik poznaje losy rodziny oraz wielu krewnych, sąsiadów i przyjaciół. Powieść ta bowiem rozrasta się do sagi, w której Bajaja szkicuje rodzinne dzieje na tle przemian politycznych w Czechach. 

Dziecięce przygody i psoty, melancholijne i ckliwe czasem wspomnienia poszerzane są o szerszą perspektywę. Perspektywę Zlina przede wszystkim - to tutaj obok fabryki Baty żyją mieszczanie, burżuazja, inteligencja, którzy nmuszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie plucie na delikatesy rodziców jednego z kolegów małego Tonika, jest normą. Dla wychowywanych w Czechosłowacji dzieci największym dobrem jest upragniona pionierska chusta, a socjalistyczne pieśni śpiewane są dla rozrywki. Dzieci wyrastają więc w uwielbieniu dla komunistycznego ustroju, nieświadome niechęci rodziców, którzy dla ich dobra, starają się ukrywać własne nastawienie. Mimo to w domu widoczna jest miłość do kultury - muzyki, książek, rozmów na poziomie. Bajaja świetnie przedstawia to życie na krawędzi dwóch światów - nostalgię za minionym i uporczywe ignorowanie nowego porządku. 

W tej powieści przewija się wiele wątków - wyżej wymienione życie pomiędzy światami obejmuje także tych członków rodziny, którzy wrócili do ojczyzny ze Stanów Zjednoczonych oraz ciocię Lili, która tam wróciła. To wieczna tęsknota, rozdarcie, widoczne przede wszystkim na płaszczyźnie językowej, gdzie mieszają się czeski z angielskim. Żadna z osób nie może wybrać, bo zawsze będzie żyć z poczuciem straty - ojczyzny, domu (dziadkowie zmuszeni są opuścić dom i zamieszkać na wsi), języka, zwyczajów, wartości. 

Czytając tę powieść miałam ciągle poczucie, że nie jestem w stanie jej zrozumieć tak, jak czeski czytelnik. Miałam świadomość, ze nie znam na tyle czeskiej kultury, że nie mam w sobie dość czeskości, by odkryć wszystkie zawarte w niej konotacje, nawiązania i smaczki. Siłą rzeczy porównywałam ją do także nominowanej do Nagrody Angelusa Po trochu Weroniki Gogoli i mimo, że miałam poczucie, że Nad piękną modrą Dřevnicą jest o wiele bardziej monumentalna, to ta druga jest zwyczajnie bardziej swojska. Gogolę czuję intuicyjnie, bez słów, Bajaję przyjmuję tylko rozumem, nie potrafię zanuczyć się w nurcie Dřevincy tak, jak to z pewnością bez trudu uczyni Czeszka czy Czech. 

Kilka słów należy powiedzieć jeszcze o narracji Bajai - jego listy potrafią nużyć, odmalowane obrazy nudzić, a przeskoki w czasie wymagają sporej uwagi czytelnika. To nie jest prosta powieść do czytania przy okazji, lecz wymagająca narracja. Bajaja potrafi przeskakiwać do kolejnego wersu pozostawiając w poprzednim tylko jedno słowo, wytłuszczać niektóre wyrazy, wplatać piosenki i cytaty, czym nie zawsze mnie zachwycał. I przyznam, że nie zawsze byłam w stanie odgadnąć jego zamiar, dlatego duży ukłon w stronę tłumaczki, pewna jestem, że przekład tej powieści był bardzo wymagający. 

Moja ocena: 4/6

Antonín Bajaja, Nad piękną modrą Dřevnicą, tł. Dorota Dobrew, 556 str., Książkowe Klimaty 2017.

czwartek, 13 września 2018

"O srebrnej łyżce" Justyna Bednarek, Daniel de Latour


Bardzo mi się podoba kolejna seria wydawnicza Literackiego Egmontu. Poczytaj ze mną ma na celu (między innymi, bo wspólne czytanie z pewnością jest celem nadrzędnym) przybliżenie dzieciom różnych i niekoniecznie oczywistych gatunków literackich, takich jak baśń, kryminał, bajka, ale także fantasty, epos, a nawet przypowieść.

Do tego ostatniego gatunku należy właśnie O srebrnej łyżeczce. Zanim jednak zaczniemy lekturę, warto spojrzeć na sam początek książki, gdzie krótko i przystępnie wyjaśniono czym jest przypowieść, ułatwiając to zadanie rodzicom. 


Justyna Bednarek snuje przepiękną, nastrojową opowieść o stworzeniu świata - bardzo odmienną od tej biblijnej, bo pełną swar i kłótni między zwierzętami. Zadanie zaprowadzenia porządku dostają pani i pan Lahman, którzy jednak mają z tym początkowo trudności. Pomoże im dopiero rezolutna i sprytna srebrna łyżka. Od chwili, gdy wprowadza się ona do domu Lahmanów, na świecie zaczyna panować pokój, a rodzina wiedzie szczęśliwe życie. Rodzina, bo niebawem dołącza do rodziców  chłopczyk Dawid. 


Między synkiem a łyżką powstaje szczególna więź, której nie zniszczy ani spór z sąsiadem Lewim, ani napad na tatę. Łyżka towarzyszy rodzinie w dobrym i złym, a potem staje się ulubioną łyżką córki Dawida. Niestety pewnego dnia rodzina musi opuścić miasteczko i nie może zabrać łyżki... Co się z nią stało, przeczytajcie sami, bo zakończenie jest zaskakujące.

Bednarek cudownie wplata w tę przypowieść elementy magiczne oraz kultury żydowskiej. Czytaliśmy z synem tę książkę jak zaczarowani - odmalowany przez autorkę świat całkowicie nas pochłonął, a ilustracje Daniela de Latoura fantastycznie dopełniały lekturę. 


Nie potrafię sobie wyobrazić lepszego sposobu na zapoznanie dziecka z tym gatunkiem literackim, a także z kulturę żydowską - oczywiście nie można tu mówić o dogłębnej wiedzy, ale przypowieść oferuje dużo impulsów do dalszych rozmów. Bednarek wspomina o wielu potrawach żydowskich, o rabinach, o żydowskim weselu itd. 
To także książka przyjazna małemu czytelnikowi - spory druk, wyżej wspomniane, przepiękne ilustracje i spory format ułatwiają lekturę. 

Justyna Bednarek, Daniel de Latour, O srebrnej łyżce, 48 str., Literacki Egmont, Warszawa 2017.

środa, 12 września 2018

"Małgosia contra Małgosia" Ewa Nowacka



Bardzo lubiłam tę książkę i to chyba pierwsza książka mojego dzieciństwa, która nadal mi się podoba. Przeczytałam ją jednym tchem, zachwycona stylem autorki, dbałością o szczegóły, charakterystyką postaci i samą akcją. W zasadzie nie mogę nic skrytykować.

Małgosia to rozbestwiona nastolatka, która niespecjalnie pomaga w domu, niezbyt chętnie się uczy, interesuje się chłopakami i rozrywkami, a do tego podkrada ubrania mamy i kłamie w żywe oczy. Gdy pewnego popołudnia zostaje sama w domu po sprzeczce z mamą, nagle przenosi się do innego domu. Szlacheckiego dworku w XVII wieku. Okazuje się, że ma dwie starsze siostry, surową, ale kochającą matkę, ciotkę i służbę. Niestety to zubożała szlachta, a jedyną szansą na wzbogacenie się jest spadek, obiecany Małgosi przez dziadka. Pieniądze i włości przypadną jej jednak tylko, gdy wyjdzie za mąż. Zaraz po przybyciu poznaje więc swojego przyszłego męża - podstarzałego pana Stanisława. Szok kulturowy jest dla Małgosi ogromny. Dla dziewczyny wszystko jest nowe - poczynając od strojów, na obyczajach kończąc. Dziewczyna zaskoczona jest monotonią życia, ilością pracy fizycznej, opieką lekarską - wszystkim dosłownie. Stopniowo jednak akceptuje swój los i postanawia korzystać z tej sytuacji, ile się da, wierząc, że jest to stan tymczasowy. Jej sposób mówienia i zachowania nie przystaje do epoki jednak tak bardzo, że matka wzywa lekarza i księdza, by odprawił nad odmienioną córką egzorcyzmy.

Małgosia trwając przy swoich postanowieniu wyciągnięcia jak największych korzyści z pobytu w przeszłości, chce zaimponować swoim szkolnym koleżankom i rozkochać w sobie napotkanych młodych mężczyzn, co zakończy się zupełnie inaczej niż planowała. Jej nieznajomość tła kulturowego i lekkomyślność doprowadzą niemal do katastrofy, a dziewczyna orientuje się, że polubiła swoje spokojne życie, matkę i siostry.

Co ciekawe, autorce udaje się całkiem rozsądnie uzasadnić przenosiny dziewczyny w przeszłość - w tym celu wprowadza do powieści Dytko. To jeden z magicznych stworów, w które wierzyli ówcześnie ludzie i który odpowiedzialny jest za całe zamieszanie.

Książka mogłaby trącić moralnymi pouczeniami i w zasadzie takie przesłanie się w niej kryje, ale Nowackiej udało się je przemycić bardzo sprytnie i nienachalnie. Ja przede wszystkim świetnie się bawiłam podczas lektury, podziwiając autorkę za doskonałe przedstawienie realiów życia w XVII wieku - nie tylko w domu szlacheckim, ale i na wsi czy w dworku bogatego wuja.

Moja ocena: 5/6

Ewa Nowacka, Małgosia contra Małgosia, 271 str., Nasza Księgarnia, Warszawa 1975.

poniedziałek, 10 września 2018

"Colas Breugnon" Romain Rolland


Cóż to za nudna książka! Nie odnalazłam w niej nic, co by mnie poruszyło. Ani styl, ani główny bohater, ani jego przygody nie przypadły mi do gustu. W całej powieści nie doszukałam się także idealizmu, współczucia i umiłowania prawdy, za które Romain Rolland uhonorowany został Nagrodą Nobla.

Tytułowy Colas Breugnon to utalentowany rzeźbiarz, który jednak woli się lenić, gadać, błaznować, kombinować, spacerować i mile spędzać życie. Ot, taki Dyl Sowizdrzał, który ciągle musi znosić utyskiwania żony, bo zamiast poświęcać czas pracy, trwoni go na bzdury. I zawsze ma dobry humor. Zakładam, że takie jest głównie przesłanie tej powieści. Colas niczym Hiob dotykany jest przez wszelakie nieszczęścia - epidemię, śmierć żony, spalenie domu, utratę dobytku, ale zawsze zachowuje optymizm. Zdolność odnajdywania pozytywnej strony w życiu łączy go z jedyną córką, która ma podobne rysy charakteru, w przeciwieństwie do braci. 

Dla mnie jednak powieść Rollanda była mało strawna - archaiczny język nie jest dla mnie problemem, ale tutaj mnie zupełnie nie ujął, a raczej nudził dłużyznami, opisami i sformułowaniami. Wiecznie zadowolony z życia Breugnon mnie po prostu wkurzał, a już najbardziej fakt, że to właśnie on zawsze wychodzi z wszystkiego obronną ręką. Nie pracowita żona, ale próżniak i wesołek. Gdyby życie było takie proste....

Romaina Rollanda odhaczam więc, jako kolejnego "zaliczonego" noblistę, który niestety zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Moja ocena: 2/6

Romain Rolland, Colas Breugnon, tł. Franciszek Mirandola, 206 str., Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1983.