niedziela, 25 września 2016

"Zimna krew" Theresa Monsour


Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nie dokończyć lektury kryminału. Książka Theresy Monsour jest jednak tak pasjonująca jak spis telefonów, a jej język na tyle toporny, że na stronie 45 książkę odłożyłam.

Samo zawiązanie akcji nie jest złe. Z wesela wraca podpita i nieszczególnie szczęśliwa druhna Bunny Pederson. Kobieta ma nieszczęście trafić na równie sfrustrowanego życiem Justice'a Tripa, który ją celowo śmiertelnie potrąca. Rozpoczynają się poszukiwania Bunny, w których udział bierze Justice. Równocześnie oglądająca telewizję Paris Murphy widzi informację o poszukiwaniach i rozpoznaje Justice'a. A właściwie nie rozpoznaje, potrzebuje niemal całego wieczoru, żeby sobie przypomnieć chłopaka, który chodził z nią do małej szkoły, był niezwykle dziwny, a ona się za nim wstawiała. Seriously? So long? Albo ta pani ma krótką pamięć, albo autorka musiała dopisać kilka stron, żeby ten pasjonujący rozdział objętościowo przestał przypominać szkolne wypracowanie. Pozostałe 45 stron to niezwykle zaskakujące retrospekcje, by ukazać jak straszne dzieciństwo miał Justice. 

Tę akcję może bym jeszcze łyknęła, gdyby nie język Monsour. A może tłumaczki? Gdy doszłam do tego fragmentu miarka się przelała:

"Była z nimi przez około rok, dopóki nie wpadła pod samochód pewnego jesiennego wieczoru, wracając ze sklepu do domu. Zostawiła tatę Tripa z tyłu, żeby zamknął. To było w ciemnej, bocznej uliczce."

Nie wiem jak wy, ale ja tego nawet nie rozumiem.

Moja ocena: 1/6

Theresa Monsour, Zimna krew, tł. Anna Łaskarzewska, 304 str., Wydawnictwo Aurum 2009.

piątek, 23 września 2016

"Leberkäsjunkie" Rita Falk


Z wielką przyjemnością wróciłam do Rity Falk, a przede wszystkim do Franza Eberhofera. Jako zagorzała fanka tej serii, jestem bezkrytyczna. Można Ritę Falk krytykować, bo faktycznie trudno utrzymać poziom przez tyle tomów. To, co jednym może się nie podobać, dla mnie jest zaletą. Autorka poyostaje w tej samej konwencji i nie rezygnuje z prześmiewczego stylu. Wiadomo przecież, że przypadki, którymi zajmuje się Franz są nieprawdopodobne, a właściwie ich nagromadzenie w Niederkaltenkirchen. Nie mówiąc już o sposobie pracy samego Franza.

Akcja tej książki kręci się, cóż za niespodzianka!, wokół jedzenia i prywatnych perypetii policjanta. Typowe bawarskie potrawy, których podstawą jest góra mięsa nie mają najlepszego wpływu na zdrowie Franza. Dieta warzywna natomiast nie ma najlepszego wpływu na siły witalne i humor Franza. A pracować trzeba - właśnie spłonął dom największej wioskowej plotkary. Ale na tym nie koniec, w domu znajduje się ciało młodej kobiety, która wynajmowała tam pokój. W Niederkaltenkirchen nadal mówi się o budowie hotelu, a zmarła lokatorka sondowała teren i nastroje we wiosce. Śledztwo należy więc prowadzić w wielu kierunkach, podejrzany jest niemal każdy. Głodny i zestresowany Franz prosi o pomoc Rudiego - najlepszego kumpla. Nie zapomnijmy jednak o Susi, która z małym synkiem odwiedza Franza co piątek. To święty termin, ale niestety dla ciężko pracującego policjanta trudny do zapamiętania.

Zapewne się powtórzę, ale podkreślę, że tej książki nie wolno czytać, jej trzeba słuchać w świetnym bawarskim wykonaniu Christiana Tramitza. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom i mam nadzieję, że autorka nie planuje zakończenia tej serii.

Moja ocena: 4/6

Rita Falk, Leberkäsjunkie, 320 str., czyt. Christian Tramitz, Der Audioverlag 2016.

piątek, 16 września 2016

"Rzeki Hadesu" Marek Krajewski


Rzutem na taśmę, po Liczbach Charona sięgnęłam po Rzeki Hadesu i dokupiłam kolejne brakujące mi tomy lwowskiego cyklu.

Akcja powieści rozpoczyna się w powojennym Wrocławiu - zaskoczyło mnie to, spodziewałam się przecież Lwowa. Okazało się jednak, że Krajewski główne śledztwo spina we wrocławskie klamry. Po wojnie nie tylko lwowska śmietanka została przesiedlona do Wrocławia, z miasta uciekł także cały półświatek. Porwanie dziewczynki, córki wysoko postawionego pracownika UB, bardzo przypomina podobne porwanie, które wydarzyło się w 1933 roku we Lwowie. Popielski nie może sam zająć się śledztwem, jest jednak bardzo zainteresowany rozwiązaniem zagadki. Liczy, że dzięki odnalezieniu dziewczynki, wyciągnie z więzienia torturowaną kuzynkę Lodzię. Żyjący incognito policjant spotyka się więc ze starym kumplem Mockiem i prosi go o pomoc, uprzednio opowiadając historię lwowskiego śledztwa.

Porwana została niepełnosprawna umysłowo dziewczynka. Dziecko wróciło do rodziców ale ojciec pała żądzą zemsty. Popielski niedawno ponownie został przyjęty do pracy w policji, co stawia go przed dylematem moralnym. Do odszukania porywacza dziewczynki chce go zatrudnić bogaty ojciec  - przemytnik i bandzior. Po odnalezieniu pedofila sam chce wymierzyć mu sprawiedliwość. Popielski waha się, nie chce stracić pracy w policji, ulega jednak szantażowi, gdy ów ojciec porywa Ritę - jego córkę. Clou śledztwa jest identyfikacja pewnych białych użytych przez pedofila kwiatów.

Bardzo podobało mi się połączenie Wrocławia i Lwowa oraz Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego, jak i powtórzenie ram porwania. Krajewski stara się bardzo wiernie oddać realia życia w powojennym Wrocławiu oraz koloryt przedwojennego Lwowa. Autor zachwyca jak zwykle językowo - przede wszystkich w scenach tortur we wrocławskim więzieniu jak i molestowania seksualnego dziecka. U Krajewskiego to nie śledztwo jest najważniejsze - trudno tu szukać wartkiej akcji i jej niespotykanych zwrotów. Autor uwodzi raczej zamysłem, szukaniem istoty zbrodni i językiem. Liczne łacińskie wtręty, gwara i dosadność czynią z tej książki lingwistyczną ucztę. Nie jest to jednak uczta dla osób o delikatnym podniebieniu. Takiego czytelnika może ogarnąć obrzydzenie i wstręt. Krajewski zawarł w powieści to, co najgorsze w naturze ludzkiej - brutalność, agresję i pedofilię.

Już cieszę się na kolejne książki Krajewskiego - ponownie przekonałam się, że bardzo mi leży jego stylistyka.

Moja ocena: 5/6

Marek Krajewski, Rzeki Hadesu, 275 str., Wydawnictwo Znak 2012.

środa, 14 września 2016

"Liczby Charona" Marek Krajewski


Po latach wreszcie wróciłam do Krajewskiego. Na półce kurzyły się dwa kryminały o Popielskim, a wrzesień z kryminałem zachęcał do skupieniu się na tym gatunku literackim. Muszę przyznać, że nie pamiętałam już szczegółów treści poprzednich tomów i musiałam sobie nieco przypomnieć klimat przedwojennego Lwowa oraz zawiłości rodzinne Edwarda Popielskiego.
Krajewski należy do tych autorów, którzy wciągają mnie w swój stron od pierwszego zdania. Doskonale czuję jego styl i właściwie nie wiem, dlaczego tak długo do niego nie wracałam.

Popielski bieduje, stracił przez swój niewyparzony język pracę w policji i zmuszony jest dorabiać korepetycjami. Taka sytuacja jest dla niego nie do zniesienia, ten wymuskany i elegancki Lwowiak, który lubi stołować się w eleganckich knajpach za wszelką cenę próbuje znaleźć bardziej intratne zajęcie. Nowa fala morderstw daje mu możliwość złapania dwóch srok za ogon. W Lwowie giną dwie kobiety - obie zostają brutalnie zamordowane, a po ich śmierci policja otrzymuje listy z kilkoma słowami napisanymi po hebrajsku. Na komendzie nie ma specjalisty od języków i pomoc Popielskiego okazuje się być niezbędna. Sukces w tym dochodzeniu może zapewnić mu powrót w szeregi policji. Równocześnie syn jednej z zamordowanych wynajmuje usługi Popielskiego jako prywatnego detektywa. Chęć zemsty wstrzymuje go przed skorzystaniem z usług policji. Popielskiego kusi wysoka nagroda pieniężna.

W tym śledztwie Popielski korzysta ze swojej wiedzy filologicznej jak i matematycznej. Litery przesyłane przez mordercę podlegają bowiem matematycznym regułom i skrywają pewne wiadomości. Zadanie idealne dla byłego policjanta.
Krajewski nie zawiódł mnie także w kwestii kolorytu lwowskiego, gwary oraz realiów. No i oczywiście odpowiedniej dozy obrzydliwości i brutalności. I seksu. Popielski wpada po uszy na widok pewnej ponętnej Renaty.

Sama zagadka kryminalna jest nieco zawikłana, zwłaszcza jej aspekt matematyczny, ciekawego smaczku dają jej ramy powieści, umieszczone współcześnie w Norwegii. Krajewskiego czytam jednak mniej dla zagadki, a bardziej dla bohaterów, literackich smaczków i międzywojennej atmosfery.

Moja ocena: 4,5/6

Marek Krajewski, Liczby Charona, 303 str., Wydawnictwo Znak 2011.

środa, 7 września 2016

"Hałas spadających rzeczy" Juan Gabriel Vásquez


Antonio Yammara - młody prawnik, pracownik uniwersytetu, nawiązuje znajomość z Ricardem Laverde. Znajomość dość nietypową - mężczyźni grywają razem w bilard, zamieniają kilka słów ale nigdy nie prowadzą długich rozmów. Na dobrą sprawę Antonio o Laverdem nic nie wie. Los chce, że towarzyszy mu w ostatnich chwilach życia. Ricardo pada ofiarą zamachu, a towarzyszący mu Antonio jest ciężko ranny. Z odniesionych obrażeń się wyleczy ale jego dusza pozostanie chora. Nie potrafi cieszyć się małżeństwem ani ojcostwem, ciągle gdzieś podąża. Jego głównym celem jest odkrycie zagadki śmierci Laverde, co ma być terapią dla własnych lęków.

Dwutorowo prowadzona narracja przeprowadza czytelnika przez współczesną historię Kolumbii, z niewielkim ekskursem do lat czterdziestych XX wieku. Z jednej strony autor przedstawia życie Antonia, a z drugiej wracamy do lat siedemdziesiątych, gdy Kolumbia uwikłana była w narkobiznes. W pogrożonym w kryzysie kraju działają w terenie młodzi Amerykanie i Amerykanki, którzy w ramach Korpusu Pokoju próbują pomóc Kolumbijczykom odbudować ich kraj. W wielu jednak przypadkach poddają się oni pokusie szybkich pieniędzy, jakie przynosił handel narkotykami.

Vásquez ciekawie szkicuje te czasy, warunki życia w Kolumbii oraz organizację pracy Korpusu, a także opisuje słynną posiadłość z prywatnym zoo Pablo Escobara. Nieszczególnie wyszedł mu jednak pomysł na książkę - mimochodem przedstawione życie Antonia podczas jego wysiłków odkrycia tajemnicy Ricarda Laverde jest zabiegiem tak oklepanym, że bez większej ciekawości śledziłam akcję. Podobnie z założenia bardzo tajemnicze życie Ricarda nie zawierało wielkich niespodzianek, od początku niemal domyśliłam się w jaki sposób zarabiał na życie. A sam Antonio to postać niezbyt sympatyczna - niezdecydowana, niedojrzała i denerwująca. Mimo to nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę - niedociągnięcia wynagrodziła mi możliwość poznania historii współczesnej Kolumbii.

Moja ocena: 3/6

Juan Gabriel Vásquez, Hałas spadających rzeczy, tł. Tomasz Pindel, 230 str., Wydawnictwo Muza 2013.

Statystyka sierpień 2016

Przeczytane książki: 6

Ilość stron: 2327

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0

"Przygody detektywa Blomkvista" Astrid Lindgren


Eva-Lotta przekonana jest, że trzeba się szybko bawić, bo czas tak prędko ucieka i lada chwila będzie stara i dorosła, na przykład będzie miała piętnaście lat. I ma rację. Najlepiej nie zważać na to, co mówią dorośli tylko wraz z Kallem i Andersem walczyć z Czerwonymi Różami. Bo musicie wiedzieć, że Czerwone Róże to najwięksi wrogowie i najlepsi przyjaciele Białych Róż. Przez całe wakacje trwa między drużynami walka o Stormumrika (nieważne, że to tylko kamień), podchody, bitwy, gonitwy, a czasami tylko leżenie na trawie. 

Nie, nie chcę przejść w ton moralizatorski i zacząć ubolewać ile współczesne dzieci tracą, wolę przypomnieć sobie jak bardzo zaczytywałam się w książkach Lindgren, gdy byłam mała. Wtedy tak trudno było je dostać, przeczytałam wszystkie, jakie udało się zdobyć w bibliotece lub kupić, ale Przygód detektywa Blomkvista wśród nich nie było. Jestem przekonana, że byłabym książką zachwycona, a i teraz z przyjemnością, w dwa dni, ją połknęłam.

Lindgren ma swój jedyny w swoim rodzaju styl - przypuszczam, że współczesne nastolatki (na książce widnieje oznaczenie: od lat 10) mogą go uznać za naiwny lub dziecinny ale mnie wydał się uroczo staroświecki. Przygody trójki bohaterów w porównaniu z filmami i grami, z jakimi konfrontowane są współczesne dzieci, wydadzą się pewnie przewidywalne i mało ekscytujące. Na pozór. Kalle bowiem ma zadatki na detektywa, aspiruje do osiągnięć znanych detektywów i stale jest w gotowości. W takich małym miasteczku jednak niewiele się dzieje, wszyscy się znają, a życie toczy się leniwie i przewidywalnie. Jednak i w Lilköping pojawia się podejrzany i to w domu Evy-Lotty! Wojna z Czerwonymi Różami schodzi na drugi plan, najważniejsze jest śledztwo. Już w pierwszej części Lindgren wprowadza dość traumatyczne dla dzieci momenty, jak na przykład zamknięcie w lochach, jednak dopiero w drugim tomie trzynastoletni bohaterowie zostaną skonfrontowani z morderstwem. Bliska styczność z zabójcą ma na dzieci wielki wpływ, autorka jednak wprowadza umiejętnie ten trudny temat, szkicując motywy oraz odczucia mordercy. W trzeciej części Kalle i jego paczka wpadają na trop całej grupy przestępców i niestety dostają się w ich ręce.

Najbardziej w tej książce podoba mi się absolutna swoboda dzieci, ich nocne wyprawy, wycieczki i brak kontroli. Który rodzic miałby współcześnie aż tyle zaufania do własnych dzieci i świata, by nie umierać z nerwów, gdy znikają na noc czy choćby na cały dzień!

Lindgren umiejętnie łączy sielskie dzieciństwo z brutalnością świata przestępczego, z każdym tomem wprowadza brutalniejsze elementy i choć rozwiązanie zagadki było dla mnie przewidywalne z zapartym tchem połknęłam tę dość przecież sporą objętościowo książek. No ale Lindgren to Lindgren, dla mnie gwarancja dobrej lektury i nabrałam ogromnej ochoty na powtórzenie sobie jej innych książek.

Moja ocena: 5/6

Astrid Lindgren, Przygody detektywa Blomkvista, tł. Maria Olszańska, Anna Węgleńska, Irena Szuch-Wyszomirska, 526 str., Nasza Księgarnia 2015.

czwartek, 1 września 2016

Stosikowe losowanie 8/16 - pary

Marianna wybiera numer książki dla Anny (w stosie 211 książek) - 111
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 120 książek) - 19
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 7 książek) - 3
Maniaczytania wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 680 książek) - 140
Anna wybiera numer książki dla gucimal (w stosie 102 książki) - 97

środa, 31 sierpnia 2016

"81:1. Opowieści z Wysp Owczych" Marcin Michalski, Maciej Wasielewski



Z zapartym tchem przeczytałam ten fantastyczny reportaż i cięgle nie mogę wyjść z podziwu, że to debiut literacki tego duetu autorów! Michalski i Wasilewski opisali miejsce bardzo wyjątkowe, o którym pewnie wiele ludzi nigdy nie słyszało. Mnie Wyspy Owcze interesowały od dawna, fascynacja tym miejscem jest konsekwencją mojej bliskości z Islandią. Mimowolnie podczas lektury wyłapywałam podobieństwa między tymi narodami.

A co robią autorzy? Zatapiają się w społeczność 18 wysp, co nie jest bardzo trudne. Dość łatwym wydaje się poznanie narodu, który liczy blisko 48 tysięcy mieszkańców oraz ponad 70 tysięcy owiec. Michalski i Wasilewski to ten typ, który wlezie w każdą dziurę, czyli zrobi wszystko, by dogłębnie zbadać temat. Bardzo lubię takich ludzi więc piszę to jak najbardziej pozytywnie. Czego więc autorzy doświadczają? Pracują w fabryce ryb, obserwują nocne życie Farerów, włóczą się po bibliotekach (których jest tam bardzo dużo), podążają śladem Polaków, mieszkających na wyspach, rozmawiają z politykami i całkiem zwykłymi ludźmi. Wszystko po to, żeby móc powiedzieć - znam to miejsce, mogę o nim pisać. A przede wszystkim potrafią zarazić zainteresowaniem tym krajem.
Ich książka naszpikowana jest ciekawostkami, dykteryjkami, przygodami, faktami historycznymi - to kolaż wszystkiego, co miłośnik wysp powinien wiedzieć.

Świetne są opisy języka farerskiego, który ma multum wyrazów na opisanie deszczu (który nieustannie pada) i wiele ciekawych głosek (niektóre podobne do islandzkiego), ale jeszcze ciekawsze jest badanie fenomenu tej społeczności. Farerzy są dumni, trzymają się razem, dbają o swoją tożsamość i unikalność. Życie w izolacji ma jednak także swoje trudniejsze strony. Ten reportaż nie jest tylko peanem pochwalnym i bezrefleksyjnym uwielbieniem Farerów, to szeroki i w gruncie rzeczy dość obiektywny obraz. Wyżej wspomniana izolacja i dystans do reszty świata, który stale się zmniejsza, niosąc ze sobą groźbę utraty tożsamości i takie atrakcje jak narkotyki powodują, że lata tej społeczności wydają się być policzone. Wszechobecna globalizacja, dobrobyt nie zatrzymują się przed żadnym miejscem i trzeba mieć ogromną siłę woli i wspólny front, by uniknąć zalania przeciętnością.

Ten reportaż to balans między zachwytem nad odkryciem społeczności idealnej, pierwotnej niemal, a lękiem przed jej utratą. Ale przede wszystkim to fascynująca lektura, piękny język i ekscytacja odkrywania nieznanego. Oh, jak chciałabym tam pojechać!

Moja ocena: 6/6

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski, 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, 328 str., Wydawnictwo Czarne 2011.