piątek, 14 sierpnia 2020

"Der "Überläufer" Siegfried Lenz

 


Proza Lenza działa na mnie od zawsze magnetycznie - jak nikt potrafi słowami malować rzeczywistość, a przede wszystkim jego utraconą ojczyznę, czyli Mazury. Ta książka, której tytuł nie sposób przetłumaczyć jednym słowem, bo Überläufer, to żołnierz, który przeszedł na wrogą stronę, jest jednym z wczesnych dzieł Lenza, które za jego życia nie zostało opublikowane. Ta gęsta od emocji powieść to jednak ważne świadectwo dylematów wojennych - począwszy od samego sensu wojny po poczucie żołnierskiego obowiązku. 

Akcja rozgrywa się w mazurskich bagnach, gdzie garstka żołnierzy pod surowym komandem broni linii kolejowej przez partyzantami. Żołnierze trzymają wartę w bagnie, człapiąc przez gęsty las, co jakiś czas natykając się na partyzantów, których należy zastrzelić, bo inaczej to oni zabiją ich. 
Walter Proska, główny bohater, całkiem przypadkowo trafia do tej grupy, która składa się z samych dziwaków, a ich działania nie mają żadnego wpływu na rezultat wojny. Tu nie ma wielkich bitw, ani potyczek, nie ma walki o ważne sprawy, jest bezsensowne chodzenie po lesie i równie bezsensowne tracenie życia. Mężczyźni rozmawiają ze sobą o wojnie, rozmyślają o jej sensie, gdy tracą przyjaciół, rozważają przejście na drugą stronę. Na tym tle Proska nawiązuje enigmatyczny związek z Wandą, z pobliskiej wsi.

Lenz sięga do różnych środków stylistycznych, mieszając szybkie dialogi, z monologami wewnętrznymi i obszernymi opisami przyrody, wymagając od czytelnika sporej elastyczności. Językowo, jak pisałam, powieść zachwyca, jeśli chodzi jednak o kompozycję, nie zawsze byłam przekonana. Pierwsza część przedstawia fazę przed zmianą strony, druga czas po zmianie a także po wojnie. Zabrakło tu jednak głębszego umotywowania przejścia na stronę wroga, więcej nacisku widzę tu na konkretne rozterki żołnierzy (zaklinanie w myślach, by partyzant się oddalił, by nie musieć do niego strzelać), bezsens bronienia nikomu nie potrzebnej linii kolejowej, przypadkowość śmierci, która nie jest wynikiem walki, lecz zagubionego strzału.

Ze względu na czas akcji, sporo w tej książce języka polskiego i odrobinę śląskiego - niestety te zdania oddane są po niemiecku, błędnie, często ledwie zrozumiale. Szkoda, że to nie zostało dopracowane, bo nie widzę żadnego sensu takiego zabiegu. Autor prawdopodobnie pisał je z pamięci i ze słuchu.

Ciekawa powieść, ale nie zachwyca tak bardzo, jak późniejsze książki Lenza.

Moja ocena: 3/6

Siegfried Lenz, Der Überläufer, 358 str., dtv 2017.

piątek, 7 sierpnia 2020

"Gwiazda północy, gwiazda południa" Joanna Lampka



Już wiem, dlaczego nie sięgam po fantasy (poza Pratchettem ma się rozumieć). Otóż książki tego gatunku to czysta rozrywka, to czytanie do utraty tchu albo do zamknięcia oczu. A wiem o tym, bo mimo wewnętrznego oporu przeczytałam powieść Lampki i, przyznam, totalnie przepadłam (mimo wyżej wymienionej rzekomej wady). Całkowicie wciągnął mnie świat wykreowany przez autorkę, czyli Kontynent Zachodni, na którym Królestwo Żeglarzy i Cesarstwo Słońca stoją u progu wojny. Co ciekawe, kiedyś te mocarstwa żyły w zgodzie, ale teraz skonfliktowane strony nie mają w sobie gotowości do zawarcia rozejmu. W tym momencie spotykamy Aline Lemercier, agentkę wywiadu neutralnej Sagessi. To właśnie ona i jej dziewczyny mają pomóc w uwolnieniu mnicha przetrzymywanego przez plemię Sithathu, natomiast jej druga, tajna misja obejmuje włamanie do więzienia w stolicy Cesarstwa. Aline rekrutuje więc w Cesarstwie kilku mężczyzn, którzy mają dołączyć do jej drużyny oraz wraz z następcą tronu i władzami wojskowymi kraju skrupulatnie planuje skomplikowaną misję do sekty zamieszkującej Sithathu.  

Aline faktycznie jest księżniczką, córką władcy Królestwa Żeglarzy, której tożsamość jest skrzętnie ukrywana w przeciwieństwie do Iana Lancastera, przyszłego Cesarza Słońca. To słynny piękniś, bawidamek, który korzysta pełnymi garściami z życia. Zresztą w Cesarstwie Słońca wydaje się ono być jednym pasmem rozrywek. Plaża, surfowanie, imprezy tylko czasem przeplatane są pracą. Ian od razu zwraca uwagę na tajemniczą Aline i oczywiście próbuje ją uwieść, nie podejrzewając nawet, że jest księżniczką z wrogiego kraju i dziewczyną, którą ojciec kiedyś proponował mu jako kandydatkę na żonę. 

Widać, że Lampka dogłębnie przemyślała strukturę i historię stworzonego przez siebie świata. Liczne retrospekcje, wtrącenia na temat genezy konfliktu oraz politycznego rozkładu sił na kontynencie pozwalają czytelnikowi na stworzenie szerokiego obrazu fikcyjnego świata. Bardzo istotne są opisy religii, mentalności, obyczajów i podejścia do życia poszczególnych krajów. Tutaj Lampka ma sporo do powiedzenia, umieszczając północ i południe na przeciwległych stronach kontynentu nie tylko geograficznie, ale i mentalnie. Widać tu inspiracje stylem życia w krajach śródziemnomorskich, ale i Szwajcarią. Na tym tle autorka umieściła ciekawą akcję - wartką, czasem zaskakującą, ale zdecydowanie nie kiczowatą. Lampka uniknęła nierealnych zwrotów akcji i hollywoodzkich scen, nadając poczynaniom bohaterów konkretną motywację. Świetnie wyszedł jej też wątek miłosny - bo Aline i Ian oczywiście lądują w łóżku. Zresztą cała warstwa erotyczna jest zaskakująco dobrze rozegrana - Lampka opisuje rolę seksu na kontynencie, ale i poważyła się na liczne sceny erotyczne, absolutnie nie popadając w kicz. Przyznam, że te fragmenty podobały mi się w książce chyba najbardziej.
Ostatni istotny punkt to postacie kobiece - silne, zdecydowane, twardo stąpające po ziemi, trzymające sztamę. Przyjaźń między Aline i Mią to jeden z ciekawszych wątków i chętnie dowiem się, jak dalej poprowadzi go autorka, bo mam tu nadzieję na ważną, silną więź.

Usilnie starałam się znaleźć w tej powieści cokolwiek do skrytykowania, ale nie przychodzi mi nic na myśl. To naprawdę niezły kawałek literatury i mam ogromną chęć poznać dalsze losy bohaterów.

Moja ocena: 5/6

Joanna Lampka, Gwiazda północy, gwiazda południa, 276 str., Wydawnictwo AlterNatywne 2020.

środa, 5 sierpnia 2020

"Klucz do ogrodu" Jenny Erpenbeck



Tak jak mozaika na kunsztownych drzwiach przeplatają się losy mieszkańców domu nad jeziorem, gdzieś w Brandenburgii. Przeorany przez lodowiec krajobraz z prastarymi morenami, rynnami i jeziorami upstrzony jest domami i ogrodami. Wydaje się, że dom jest wieczny, niezniszczalny, niezależnie od jego mieszkańców, niezależnie od wydarzeń historycznych.
Ów dom służy Erpenbeck, by ukazać losy jego mieszkańców, tak bardzo zależne od tego, co dzieje się w Niemczech, przy czym autorka koncentruje się przede wszystkim na kluczowych momentach historycznych. Poznajemy więc Żydów, którym udało się ten dom opuścić lub nie, ale który na zawsze pozostanie w ich wspomnieniach, nazistowskiego architekta, który wije w nim gniazdko dla siebie i ukochanej, Rosjan, którzy niszczą wszystko, co spotkają na swojej drodze oraz mieszkańców powojennych, zależnych od losów nowego niemieckiego, demokratycznego państwa.

Erpenbeck pozwala nam ujrzeć tylko fragmenty losów, migawki, sceny - przeraźliwie smutne sceny. Tylko ona potrafi tak dosadnie i poetycko pisać o sprawach brutalnych, przyziemnych. Liczne powtórzenia słów i całych scen potęgują nastrój melancholii i smutku. Natomiast postać ogrodnika, który co kilka rozdziałów powraca, wykonując te same prace, niezależnie od właścicieli domu, od sytuacji politycznej to swoisty refren, niczym chór z greckiej tragedii, która jednak nie prowadzi do katharsis. 

W krótkich rozdziałach, które koncentrują się wokół domu i krajobrazu, Erpenbeck umieszcza tak wiele treści, losów, wydarzeń, aż ich gęstość zaczyna dusić czytelnika. Co ciekawe większość postaci nie otrzymuje imienia, określana jest tylko ich pochodzeniem lub zawodem, wyjątek stanowi żydowska rodzina, której historia przedstawia Holokaust z innej perspektywy. 

Heimsuchung to powieść o przemocy - wobec ludzi, wobec natury i wobec domu. Nie sposób przerwać ten krąg zła. To także powieść o domu, który na zawsze pozostaje w ludziach. Cudownie wieloznaczny po  niemiecku tytuł na pierwszy rzut oka przywodzi na myśl szukanie domu, ale Heimsuchung to także plaga,  odwiedziny i biblijne nawiedzenie. Polskie tłumaczenie jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe w kontekście całej powieści, ale zdaję sobie sprawę, że ten tytuł faktycznie jest nieprzetłumaczalny.

Erpenbeck to zdecydowanie jedna z najciekawszych współczesnych niemieckich autorek. Nawet jeśli ta powieść nie całkiem przypadła mi do gustu (czego w znacznej mierze przyczyną jest to, że jej słuchałam), to zachwyca konstrukcją i językiem. 

Moja ocena: 4/6

Jenny Erpenbeck, Heimsuchung, 191 str., czyt. autorka, der Hörverlag 2016.

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Statystyka lipiec 2020




Przeczytane książki: 12

Ilość stron: 2875

"Lustra" Małgorzata Saramonowicz



Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ta książka tak długo stała na mojej półce. Nie spodziewałam się po niej tak wciągającej i przewrotnej fabuły. Narratorami książki są lustra, a bohaterkami kobiety. Podzielona na trzy części akcja umieszczona jest najpierw w roku 1998, następnie w 1938-1939 i wreszcie ponownie w 1998. 
Ewę poznajemy jako piętnastolatkę i jako staruszkę. Będąc nastolatką, pomagała z pasją starszym, chorym kobietom - Zofii, Irmie i Gabrieli. Dziewczyna mieszkała wraz z wujkiem - aptekarzem, którego regularnie odwiedzali przyjaciele: lekarz Jan i medyk sądowy Wiktor. To właśnie ci trzej mężczyźni kształtowali dziewczynę i zapalili w niej pasję do medycyny. Opieka nad staruszkami to jednak ciężkie zadanie - Zofia jest niedołężna, chce zakończyć swoje życie, Irma natomiast pragnie jak najdłuższych kontaktów z dziewczyną, żebrze o jej uwagę, natomiast Gabriela ciągle żyje minionymi latami w nadziei na powrót młodości i sprawności. Ewa z uśmiechem na ustach wyciera, podaje, przebiera, pomaga, słucha kolejnych opowieści. Równocześnie Ewa jest milczącą, skrytą dziewczyną, możemy się tylko domyślać jej  dylematów na temat sensu życia, eutanazji, sensu leczenia osób, które już żyć nie chcą. To paradoksalne, ale dla ulubionej przez Ewę Zofii ratunku już nie ma, Gabriela natomiast odrzuca możliwość operacji, która mogłaby przedłużyć jej życie. Te dylematy są trudne dla nastolatki, unika ona jednak rozmów z dorosłymi na ten temat.
Dorosła Ewa sama jest niedołężną osobą, której pomaga mieszkająca u niej studentka. Kobieta znalazła się w tej samej sytuacji, w której były jej podopieczne sześćdziesiąt lat wcześniej. 

Lustra obserwują, podglądają, widzą zmiany zachodzące w ludzkim ciele. Im starsza kobieta, tym mniej chętnie w lustra zagląda. Lustro weneckie w aptece wuja Stefana pełni rolę wyznacznika prawdy, pozwala podglądać, co dzieje się po drugiej stronie, obserwować kroki tej drugiej osoby.

Powieść Saramonowicz to wspaniały portret psychologiczny kilku kobiet. Kobiet u schyłku życia, które walczą już tylko z niemocą własnego ciała. Cytowane Postanowienia na czas, kiedy się zestarzeję J. Swifta są niezwykle trafne, ale równie trudne do zrealizowania dla każdej z bohaterek. Autorka świetnie wplata w fabułę tło historyczne - dzięki radiu i telewizji, a także poprzez przypadki, nad którymi pracuje Wiktor jako medyk sądowy. Kryminalne wątki dodają tej książce smaku, są swego rodzaju wisienką na torcie i co ciekawe również śmierć podopiecznych Ewy zainteresuje policję.

Bardzo ciekawa powieść, polecam.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Saramonowicz, Lustra, 214 str., Wydawnictwo W.A.B. 1999.

niedziela, 2 sierpnia 2020

Stosikowe losowanie sierpień 2020 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 50 książek) - 49
Guciamal wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 19 książek) - 9
Agnes wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 6 książek) - 1
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 247 książek) - 13
Anna wybiera numer książki dla Natalii (w stosie 992 książki) - 11
Natalia wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 559

piątek, 31 lipca 2020

"Bajki Hankowe dla dzieci grzecznych i rozumnych" Aleksander Lubina



Bajki Hankowe to kolejna śląska perełka, którą mogą czytać także dzieci i dorośli nie znający języka śląskiego. Ja połknęłam ją w bardzo szybko, ciesząc oko nastrojowymi ilustracjami Ewy Wrożyny.

Bajki Hankowe to dwujęzyczny zbiór sześciu opowieści rozgrywających się w gospodarstwie Filipa, a opowiedzianych przez Hanka, zapewne dziadka lub wujka. Bajki traktują o przygodach zwierząt gospodarskich - kur, kóz, świni, konia, owiec, bocianów, które co roku przylatują do gniazda i o różnorodnym ptactwie. To właśnie w przypadku ptaków pomogła mi polska wersja, bo nie znałam śląskich nazw wszystkich ptaków.



To nie są typowe bajki z morałem, ani klasyczne opowieści ezopowskie. To raczej gawędy, które czasem urywają się w najciekawszym miejscu, by słuchające dzieci same mogły sobie dopowiedzieć koniec albo podyskutować z rodzicami nad możliwymi rozwiązaniami problemu.


Dla mnie te bajki mają mnóstwo uroku. Przypominają mi babcię i dziadka oraz ich gospodarstwo, gdzie spędziłam dzieciństwo. Cudne są imiona wszystkich zwierząt - takie, jakich się używało i jakie nosili także członkowie mojej rośliny. Jest Pyjter i Yma i Erna i Paulek, Gryjta i Berta na przykład.


To już kolejna publikacja Lubiny, po którą sięgnęłam i którą z czystym sercem wszystkim pasjonatom języka śląskiego polecę.

Moja ocena: 5/6

Aleksander Lubina, Bajki Hankowe dla dzieci grzecznych i rozumnych, 74 str., Lubina sp. z o.o. 2016.

środa, 29 lipca 2020

"Duszpasterstwo koło Lodowca" Halldór Laxness



Ta książka islandzkiego noblisty jest dla mnie całkowitym znaczeniem. Inne jego utwory wspominam jako realistyczne, mocno osadzone w islandzkich realiach i historii. Tymczasem Duszpasterstwo koło Lodowca to powieść surrealistyczna, absurdalna, magiczna wręcz.

Główny bohater, młody człowiek, zostaje przedstawicielem biskupa Islandii, który wysyła go na jeden z lodowców w zachodniej Islandii, by skontrolował sytuację tamtejszego kościoła. Do biskupa doszły bowiem słuchy, że pastor Sira Jon nie spełnia swoich obowiązków, że kościół niszczeje, że rozwiódł się z żoną, a na lodowcu ukryto trumnę z ciałem młodego mężczyzny. Wszystkie te fakty są wielce niepokojące, więc wysłannik udaje się wraz z aparatem do nagrywania w odległe okolice. I faktycznie napotyka tam na całą gamę dziwacznych postaci. Począwszy od pastora, który właściwie pastorem nie jest, bo zajmuje się naprawą starych urządzeń, ale cieszy się wśród wiernych ogromną estymą. Jest też hodowca koni, który ciągle szuka zwierząt. I kucharka pastora, która dzień i noc piecze torty i częstuje kawą nawet w środku dnia polarnego. Pod lodowiec przybywa także były imigrant islandzki z trzema uczniami-hipisami, który głosi kazania na tematy teologiczno-eschatologiczne, łącząc wszystkie religie świata. Nie zapomnijmy o kobiecie, która podobno jest rzekomą żoną pastora i być może żyje, a być może jest martwa. 
Sam kościół jest zabity dechami, dosłownie. W środku zdemolowany, zarośnięty grzybem i pozbawiony schodów wejściowych. Natomiast zdeponowany na lodowcu sarkofag powraca, by zostać uroczyście otwarty i zaskoczyć swoją zwartością. 

Laxness postawił na krótkie rozdziały i telegraficzny miejscami styl. Wypowiedzi poszczególnych osób przedstawione są po dwukropku, w taki sposób, jak nagrywa i notuje je przedstawiciel biskupa, który nazywa sam siebie niżej podpisanym lub skrótem od powyższego tytułu (tu niestety nie wiem, jak to wygląda w polskim tłumaczeniu). 

Nie powiem, że jest to książka, którą polecę każdemu. Na pewno nie na pierwsze spotkanie z islandzkim noblistą. Ta powieść wymaga pewnej wiedzy na temat Islandii, ale także sporo samozaparcia, by móc towarzyszyć bohaterom i faktycznie zrozumieć jej przesłanie. Dla mnie to była dość dowcipna, groteskowa opowieść, która niespecjalnie mnie porwała.

Moja ocena: 3/6

Halldór Laxness, Am Gletscher, tł. Bruno Kress, Steidl 2002.