środa, 21 października 2020

"Początki" Carl Frode Tiller


Terje umiera, jeszcze nie wiemy, jak do tego doszło, ale już słyszymy jazgot przy jego łóżku. Matka z siostrą napieprzają się, jak gdyby nic się nie stało. Terje to zna, niczego innego nie słyszał przez całe życie i sam nie potrafi inaczej rozmawiać. Jest mistrzem w nadinterpretowaniu, wkładaniu swoich myśli w słowa usłyszane od innych, kombinowaniu i przekłamywaniu. Co to ukrywać, komunikacja nie jest mocną stroną Terjego. Tak bardzo, jak sobie nie radzi z ludźmi, tak świetnie odnajduje się w naturze. Jako ekolog, znawca od roślin i zwierząt zagrożonych wyginięciem. Z ogromnym zaangażowaniem walczy o norweską faunę i florę, chroniąc je od wyginięcia. Siebie nie potrafi za to uchronić. 

Życie Terjego poznajemy cofając się, Carl Frode Tiller prezentuje czytelnikowi zaledwie migawki - sceny pozornie nieistotne przeplatają się z wydarzeniami, które na życie Terjego miały decydujący wpływ. 
Stopniowo ukazuje się beznadzieja, smutek, depresja, jaka dominowała dookoła mężczyzny. 

Szokującym jest, jak brak zdolności komunikacji rozbija związki i kontakty międzyludzkie bohatera. Stałe szukanie podtekstu, drugiego dna, rozkładanie wypowiedzi na czynniki pierwsze prowadzi do nieprzemyślanych reakcji. Drugim czynnikiem, który ma decydujący wpływ na życie Terjego jest jego dzieciństwo i stosunek do rodziców. Nic odkrywczego, ale temat, który zawsze jest bolesny i skłaniający do refleksji. Trudne dzieciństwo nie zawsze całkowicie niszczy życie człowieka, ale zawsze ma na nie wpływ. Terje wydaje się sobie radzić, pozornie przezwycięża trudności, wzbudza nawet podziw wsród osób znających jego przeszłość. Kluczowym jest tu jednak czasownik - wydaje się. To, co dzieje się wewnątrz mężczyzny powoli zżera jego instynkt przetrwania.

Frode przedstawił obraz dekonstrukcji pozornie szczęśliwego człowieka, nie ma tu dramatycznych wydarzeń, to na pozór dość zwykłe życie, jakich wiele, którego jednak główny bohater nie jest w stanie unieść. Czytelnik sam sobie może odpowiedzieć na pytanie, co zadecydowało o takim, a nie innym przebiegu życia Terjego. Początki to świetny portret psychologiczny, ascetycznie napisana (tu podziw dla tłumaczki, zwłaszcza za fragmenty związane z pracą Terjego), ale wymagająca powieść, która pozostaje w czytelniku na długo.

Moja ocena: 5/6

Carl Frode Tiller, Początki, tł. Katarzyna Tunkiel, 367 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

środa, 14 października 2020

"Generał martwej armii" Ismail Kadaré

 


Włoski generał wyjeżdża do Albanii z niezwykła misją. Dwadzieścia lat po II wojnie światowej otrzymał rozkaz ekshumacji szczątków włoskich żołnierzy, którzy zginęli na terenie Albanii. Generałowi towarzyszy ksiądz, który ma zadbać o moralne wsparcie, a także być tłumaczem i przewodnikiem. Misja rozpoczyna się jesienią w deszczową aurę, składająca się z generała, księdza oraz albańskiego delegata i pracowników fizycznych grupa wyrusza w głąb kraju. Albania to kraj górzysty, pełen bezdroży, zagubionych w przełęczach wiosek, a jesienią i zimą błotnisty i dżdżysty. Poszukiwania ofiar okazują się być, mimo szczegółowych list i planów, bardzo trudne i żmudne. W terenie nie wszystko jest takie, jak na mapie. W rozmiękczonej, gliniastej ziemi trudno odnaleźć ciała, a atmosfery pracy nie poprawiają albańscy wieśniacy, którzy przy każdym postoju schodzą się w miejsce ekshumacji. 

Każde nowe miejsce, każde spotkanie zmienia w oczach generała obraz odważnych chłopców, którzy oddali życie za ojczyznę. Okazuje się bowiem, że wojna wydobyła z nich różne cechy, a na pewno niekoniecznie waleczność i bohaterstwo. Wielu żołnierzy zdezerterowało i pracowało u wieśniaków jako pomoc w gospodarstwie, wielu umarło przypadkowo, wielu nie myślało o ojczyźnie i wyższym celu. Wszystkiego tego generał i ksiądz dowiaduję się ze znajdowanych w grobach lub przekazywanych przez Albańczyków listów i pamiętników. Równocześnie ten duet zaczyna bliżej poznawać naród albański - dumny, mężny, ceniący swoje tradycje. 

To książka o samotności i bezsensie wojny, te odczucia podkreśla aura nakreślona przez Kadaré - nieustanny deszcz, ciemność, szarość, błoto, chłód. Szary jest krajobraz, i kamienie, i ziemia, i wreszcie wykopywane kości. Ta monotonia i beznadzieja misji ogarnia stopniowo umysły generała, księdza i czytelnika. Świetna powieść, która mi także przybliżyła dotychczas nieznaną historię Albanii.

Moja ocena: 5/6

Ismail Kadaré, Generał martwej armii, tł. Maria i Cezary Gawrysiowie, PIW 1984.

wtorek, 13 października 2020

"Mimry z mamrami" Aleksander Lubina

 



Mimry z mamrami, mamałyga taka, plątania, zbieranina. Chaos, ale z sensem, z myślą przewodnią. Pomieszane języki, rozbuchane myśli, mądre i obrazoburcze. Takie, które współgrają z moim poczuciem świata i całkiem odwrotne. 

To myśli Hanka, który lubi gadać, lubi mieć zdanie, lubi się nim dobitnie dzielić. W swoich gawędach zawiera rys śląskiej historii, stosunków polsko-śląskich, współżycia i współistnienia Ślązaków i Niemców, i Polaków, i Czechów, i Żydów. Dużo tu osobistych wspomnień z dzieciństwa, bardzo mocno osadzonych w śląskiej tradycji, Hanek nie szczędzi opisów zwyczajów i śląskich obrzędów. Te fragmenty są bardzo nostalgiczne, wiele z nich przypomina mi moje dzieciństwo. By podążyć za słowami Hanka, dobrze znać śląski i niemiecki, dobrze jest orientować się w tematyce, bo Hanek nie tłumaczy, wykłada tylko swój światopogląd. I chętnie dzieli ludzi na elwrów, lebrów, hadziajów czy barbarów. Hankowi łatwo oceniać, zna swoje zdanie, jest go pewny i nie jest skłonny do kompromisu. Kategorycznie, dobitnie i bezpardonowo ogłasza swoje zdanie, nie unikając tematów bolesnych, trudnych i wstydliwych.

Po śmierci Hanka narrator odnajduje jego zapiski na kartach kalendarza i je przytacza - każde święto jest przyczynkiem do wspomnienia śląskich tradycji z nim związanych. Koniec książki do hankowe przykazania i prawdy. 

Czytałam tę książkę ze sporym dystansem oraz balansując między nostalgicznym wzruszeniem, a niezrozumieniem sposobu prezentacji swoich poglądów przez Hanka. Nie podobał mi się nie znoszący sprzeciwu i bezkrytyczny sposób, w jaki je demonstruje, niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzałam. 
Książka natomiast zawiera cudowne, nastrojowe akwarele Grzegorz Chudego, które są wspaniałym uzupełnieniem lektury. 

Moja ocena: 4/6

Aleksander Lubina, Mimry z mamrami. Hanek i oni (elwry, lebry, pamponie, soronie, hadziaje i barbary) - albo o moich przodkach i zadkach, 80 str., Ligota 2016.

piątek, 9 października 2020

"Teatr niewidzialnych dzieci" Marcin Szczygielski

 


Tę książkę czytałam synowi na głos, ale przyznam że wciągnęła nas tak samo, aczkolwiek zapewne z różnych przyczyn. 
Michał mieszka w domu dziecka - ale jest jednym z nielicznych dzieci, które straciło oboje rodziców. Michał lubi pisać i rysować, a jego największym marzeniem jest podróż w kosmos i spotkanie Mirosława Hermaszewskiego. Jako że chłopak ma talent do pisania, skrupulatnie opisuje swoje życie w domu dziecka - najpierw w Rybniku, potem w Siemianowicach. Poznajemy więc wychowanków i wychowawców, zakazy, przywileje, przebieg dnia, problemy, troski i radości dzieci. Co ważne dla odbioru tej książki - wszystko to widziane z perspektywy dziecka. 

Ten aspekt książki bardzo interesował mojego syna - omawialiśmy tematy związane z życiem w dużej grupie dzieci (super), pewnych wolności (też super), ale i zakazów (mniej fajnie) oraz braku rodziców (beznadziejnie). Następnie doszła jeszcze jedna kwestia, która interesowała początkowo głównie mnie, ale potem stała się przyczynkiem do niekończących się rozmów - życie w Polsce lat 80., Solidarność, PZPR, strajki, ZOMO. Temat znany trochę z wcześniejszych rozmów i gry Kolejka, ale przedstawiony z perspektywy dziecka nabrał zupełnie innego wymiaru.

Szczygielski przedstawia głównie relacje między dziećmi oraz między dziećmi a wychowawcami, koncentrując się na braku ich stałości. Michał stracił rodziców, gdy był malutki, wychowująca go babcia zmarła, gdy chłopiec miał trzy lata. Michał trafił do domu małego dziecka w Rybniku, gdzie zbudował swój świat, zawarł przyjaźnie, poznał wujka z zewnątrz, który zabierał go na spacery i wycieczki. Cały ten świat runął, gdy w wieku siedmiu lat został przeniesiony do domu dziecka "Młody las" w Siemianowicach. Tam od nowa musiał szukać przyjaźni, bliskich osób. Kolejnej utraty chłopiec już nie zniósł, wylądował w szpitalu, a potem przeniesiono go do bardzo specyficznego domu dziecka pod Lublinem. To mała, rodzinna placówka, gdzie mieszka tylko garstka dzieci po szczególnie trudnych przeżyciach. Tam Michał po raz pierwszy będzie miał swój pokój, swoje skarby, swoje tajemnice i mnóstwo uwagi. 

Wspomniany przeze mnie wcześniej temat solidarnościowy ma także wpływ na życie dzieci, autor świetnie przedstawia tę problematykę z perspektywy dzieci, które niestety niechcący uwikłają się w polityczne rozgrywki. Szczygielski nie osadził swojej powieści w latach 80., by PRL tworzyło ciekawy folklor dla życia Michała, lecz użył historii dzieci, by przedstawić faktyczny wpływ strajków i przemian politycznych na życie wszystkich. Liczne pytania mojego syna i zdumienie, że ja to przeżyłam są najlepszym potwierdzeniem, że takie ujęcie tematu trafia do dziecka.

Wzruszająca, poruszająca i realistyczna powieść - warto czytać.

Moja ocena: 5/6

Marcin Szczygielski, Teatr niewidzialnych dzieci, 267 str., Instytut Wydawniczy Latarnik, 2016.

wtorek, 6 października 2020

"Wakacje nad Adriatykiem" Zofia Posmysz

 


Jako że zdobyłam wydanie, w którym mieszczą się obie książki - Pasażerka i Wakacje nad Adriatykiem - przeczytałam obie od razu. Niekoniecznie był to dobry pomysł, bo ze względu na podobną tematykę, trochę spłynęły się w jedną całość, a faktycznie są jednak różne.

Wakacje nad Adriatykiem to, podobnie jak Pasażerka, powieść osnuta wokół pobytu w Auschwitz i zasadzona we współczesności, która nie mogła by być bardziej odmienna od przeżyć wojennych. Główna bohaterka przebywa bowiem na wakacjach w byłej Jugosławii, spędzając dni na plaży, nad morzem. Grzejąc ciało na plaży, podsłuchuje przypadkowo inną grupę, która ma zwyczaj rozkładania ręczników w pobliżu. Ta grupa to mężczyzna i trzy kobiety, którzy rozmawiają w Języku, czyli po niemiecku. Ów mężczyzna być może przypomina narratorce kogoś z przeszłości, na pewno jednak przenosi ją w myślach do czasów w Auschwitz. A tam połączyła ją z Ptaszką niezwykła przyjaźń. Obie kobiety wspomagały się pracując ponad siły, raz jedna podtrzymała drugą, w kolejny dzień, gdy pierwsza była słabsza, ta druga pomogła wrócić do obozu pierwszej. Narratorka jest bardziej przedsiębiorcza i zaradna, dość szybko ląduje na dobrym, intratnym stanowisku przy rozdawaniu jedzenia. Ptaszka żyje w swoim świecie, nie potrafi odnaleźć się w obozowej rzeczywistości i walczyć o przetrwanie. Tę rolę przejmuje narratorka, która Ptaszkę chroni, wspomaga i karmi. Dzięki znajomości z blokowymi, potrafi załatwić niejedno dla siebie i dla towarzyszki. 
Narratorka ma w głowie jeden cel - umieścić przyjaciółkę na dobrej, w miarę bezpiecznej posadce. Gdy dowiaduje się, że Ptaszka była skrzypaczką, dąży, by ta dostała miejsce w obozowej orkiestrze. Niekoniecznie jednak jest to po myśli Ptaszki, która wydaje się nie dostrzegać profitów z takiej pozycji. To właśnie narratorka ma wolę życia za je dwie i nie rozumie wizji, świata marzeń Ptaszki, która kreuje swoje własne określenia na obóz, kapo, blokowych, nazywając je Kolonią czy Rycerzami Trupiej Czaszki. 

Posmysz ukazuje obóz z nieoczywistej perspektywy, sięgając po postać osoby nieprzystosowanej, nie dowierzającej temu, co się dokoła niej dzieje, zamkniętej w swoim świecie. Związek narratorki i Ptaszki nazwałam wyżej przyjaźnią, ale to właściwie inna relacja, zbudowana na poczuciu obowiązku,  wspólnoty, zależności i współczuciu. Umieszczenie tej historii na tle leniwych wakacji na plaży uderza kontrastem, boleśnie przypomina, że życie zawsze toczy się dalej.

Proza Posmysz wymaga ogromnej uwagi, bardzo trudno odłożyć jej powieść, bo narracja toczy się nieprzerwanie, zaskakuje intensywnością i gęstością. Bardzo mocna i warta przeczytania powieść.

Moja ocena: 5/6

Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem, 327 str., Czytelnik 1980.

piątek, 2 października 2020

"Pasażerka" Zofia Posmysz

 


To jeden z klasyków, na który nie trafiłam w szkole czy na studiach, niestety. Książka trudna, wymagająca, poruszająca, gęsta od emocji, którą jednak należy przeczytać. 
Niemieckie małżeństwo podróżuje transatlantykiem, Lisa w jednej z pasażerek dostrzega znajomą postać - wydaje jej się, że to Marta, którą poznała w obozie. Nie była to jednak obozowa przyjaźń, bo Lisa w Auschwitz pracowała jako strażniczka, esesmanka, a Marta była jej wybranką. Kobietą, która miała uspokajać jej sumienie.

Walter, mąż Lisy, chełpi się, że z horroru nazizmu wyszedł obronną ręką, nie angażując się w zagładę. O tym i o winie Niemców rozmawia z poznanym na statku Anglikiem, któremu Walter został wcześniej zaanonsowany jako człowiek, z którym można rozmawiać o wszystkim. Mężczyźni więc rozmawiają, a ich dyskusje oscylują wokół winy, ról przyjmowanych podczas zagłady, obrazu Niemców po wojnie. Te filozoficzne rozważania tworzą tło dla dramatu Lisy, która w rolę strażniczki weszła mimochodem, jako młoda dziewczyna zauroczona nową ideologią. Praca w Auschwitz była konsekwencją jej wyboru, z którego początkowo nie zdawała sobie do końca sprawy. Dopiero na miejscu, w obozie, przekonuje się o istocie ideologii, w którą uwierzyła i  staje się częścią systemu. Jej związek z Martą - więźniarką, którą sobie upodobała to fantastyczne studium relacji międzyludzkich. Lisa uspokaja sumienie źle zrozumianą pomocą dla kobiety. Nigdy przecież nie uniknie zależności kat-ofiara, życie-śmierć. Marta natomiast próbuje zachować niezależność, nie pozwolić odrzeć się z resztek godności. Tej samej, którą tak prędko traci Lisa jako oprawczyni.

W tej książce najwięcej dzieje się na poziomie emocji, podświadomości, gestów i spojrzeń. Ta płaszczyzna jest kontrastem do długich dyskusji mężczyzn. Lisa i Marta nigdy nie rozmawiają, one tylko patrzą na siebie, a fakt, że obie znajdują się na zamkniętej przestrzeni statku, skazane na siebie, potęguje napięcie. 

Mając w pamięci fakt, że Zofia Posmysz była więźniarką Auschwitz i w swojej powieści opiera się na własnych doświadczeniach, odebrałam tę książkę jako swoisty dokument, tym ważniejszy, że pogłębiony o psychologiczne portrety i filozoficzne rozważania. W zalewie fabularyzowanej literatury obozowej, to prawdziwa perła. Książka, która pozostaje w głowie na zawsze.

Moja ocena: 5/6

Zofia Posmysz, Pasażerka, 228 str., Czytelnik 1980.