niedziela, 24 marca 2019

Stosikowe losowanie 4/19 i 5/19


Zapraszam do zgłaszania się do rundy kwietniowej i majowej! Pary rozlosuję 29 marca, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

piątek, 22 marca 2019

"Zulejka otwiera oczy" Gusel Jachina


Jednym z ważniejszych punktów budowania ZSRR było rozkułaczanie, czyli bardzo brutalne pozbawianie chłopów ich domów i pól, by utworzyć z nich kołchozy. Harujący od dnia do nocy ludzie, którzy przeważnie nie widzieli świata poza własną wioską, z dnia na dzień stali się elementem kapitalistycznym. Odbierano im ich cieżko wypracowane domostwa, zapasy ziarna czy zwierzęta. Bez krzty współczucia, bez krzty humanitaryzmu - byli wszak kułakami, śmieciami, robactwem, które pracowało na niekorzyść wielkiego ZSRR. 

I tak dzieje się w wiosce Zulejki i Mortazy. Zulejka jest młodą Tatarką, za o wiele starszego Mortazę wyszła piętnaście lat temu. W jego domu jest popychadłem, służącą, zmokłą kurą, którą można pomiatać i ją wykorzystywać. Despotyczna teściowa traktuje Zulejkę potwornie, to prawdziwa wiedźma, która zresztą utrzymuje, że ma talent jasnowidzenia. Zulejka znosi wszystko z pokorą, jest świadoma, że jej życiowym przeznaczeniem jest służba i praca. Wiecznie głodna i przemęczona kobieta spełnia swoje obowiązki bez słowa skargi. Nawet gdy traci swoje cztery córki tuż po porodzie, żałobę zachowuje dla siebie.

Gdy do jej wioski zawitają komuniści, zupełnie nie rozumie celowości ich działań. Patrzy na śmierć męża, na plądrowanie jej domu, zawierzając swój los Allahowi. Kobieta odbywa wpierw męczącą podróż na saniach do Kazania, gdzie zamknięta zostaje w więzieniu. Kolejnym etapem jest wielomiesięczny transport pociągiem na Syberię. Nikt nie zna celu podróży i nikt nie wie, kiedy dojadą na miejsce. Szczytne plany kute przez rządzących nie mają przełożenia na rzeczywistość. Na stacjach brakuje jedzenia, wody, nikt nie wie dokąd i kiedy pociąg odjedzie. Ludzie mrą z głodu, pragnienia, od chorób, nad Angarę przybywa wreszcie tylko garstka osób. Statek zawozi ich w głęboką tajgę, gdzie pozostawieni zostaną bez narzędzi, bez ubrań, bez jedzenia, za to ze szczytnymi planami zasiedlenia tego kawałka ziemi.

Opowieść Jachiny jest wielowątkowa, każda z osób, które zostały zesłane na Syberię zasługuje na swoje miejsce. Oprócz Zulejki, jest to przede wszystkim Iwan Ignatow - komendant transportu, zagorzały komunista, który stopniowo zmienia swoje poglądy, rozumiejąc, że ma szansę na przeżycie tylko wtedy, gdy będzie współpracował ze swoimi więźniami. Trudne warunki życia wymagają, by ludzie się zjednoczyli, stworzyli wspólnotę, w której każdy dzieli się tym, co potrafi najlepiej. 

Autorka zachwyca plastycznym językiem, przemyślaną strukturą powieści, jej złożonością i głębią. Otwieranie przez Zulejkę oczu można interpretować na wiele sposobów. Paradoksalnie, to  właśnie trudne doświadczenie zsyłki rozbudza w niej samodzielną kobietę, ukazuje, że sama może mieć wpływ na swoje życie. Uwięziona w nieprzebytej tajdze może kierować swoim losem w o wiele większym stopniu, niż gdy mieszkała jako wolna kobieta w tatarskiej wiosce. I tak, jak Zulejka odnajduje się w trudnej, nieludzkiej wręcz sytuacji, muszą odnaleźć się w niej jej współtowarzysze niedoli, uciekając w sztukę, poezję, naukę. Wszyscy mają świadomość, że muszą działać razem, wspierać się, by przetrwać w nieludzkich warunkach. Balansują więc między wspólnotą, a własnym, prywatnym azylem, który daje im wytchnienie od codzienności. 
Jachina opisuje tę sytuację z reporterską drobiazgowością, nie oceniając, nie analizując, ma dla swoich bohaterów wiele czułości i zrozumienia, czytelnika natomiast hipnotyzuje spokojnym rytmem słów.

Moja ocena: 5/6

Gusel Jachina, Suleika öffnet die Augen, tł. Helmut Ettinger, czyt. Frank Arnold, 541 str., Audible Studios 2017.

czwartek, 21 marca 2019

"Hen. Na północy Norwegii" Ilona Wiśniewska


Z przyjemnością sięgnęłam po kolejny norweski reportaż Ilony Wiśniewskiej. Białe ujęło mnie formą, lakonicznością, zmysłem obserwacji autorki i oczywiście tematem. Hen w pewnym sensie jest podobne, ale jednak w moim odczuciu zabrakło tej książce świeżości, a może tematyka Białego bardziej mnie zainteresowała?

W Hen Wiśniewska opisuje północ Norwegii, tę najpółnocniejszą północ. Daleką, ciemną, zimną, opuszczoną, taką, gdzie nawet Norwedzy nie jeżdżą. Północ czasem bardziej rosyjską niż norweską, a na pewno bardziej saamską. Północ, która zaznała grozy II wojny światowej bardziej niż jakakolwiek inna część Norwegii. Północ, gdzie z wioski do wioski pokonuje się bezdrożami dziesiątki kilometrów, gdzie trudno znaleźć bratnią duszę, a czasem jakąkolwiek duszę. Podziwiam Wiśniewską za talent do rozmawiania, za samozaparcie, bo jej rozmówcy często nie są chętni do dzielenia się swoim życiem, przeżyciami czy przemyśleniami. Bardzo często to pomysł, nietypowe zachowanie, upór skłaniają ich do mówienia, pomagają stopić pierwsze lody. Autorka wie, jak to zrobić. Potrafi słuchać i zadawać odpowiednie pytania. A czytelnikowi usnuć z tego, co usłyszała, opowieść o mało znanej krainie. 

Północ Wiśniewskiej jest ponura, smutna, beznadziejna, ciemna. Depresyjna. Mimo to autorka opowiada o niej z sympatii i otuchą. Z fascynacją kulturą, językiem, odmiennością Finnmarku. Przyznam, że najbardziej ciekawiła mnie historia Saamów - Norwegowie niestety nie mogą pochwalić się tolerancją i akceptacją. Dzięki Wiśniewskiej dowiedziałam się wiele nowego o samych Saamach, ale także o specyficznej historii Finnmarku. I w zasadzie to mi wystarczy - tego oczekuję od każdego reportażu, a właściwie od każdej powieści. Teraz nie pozostaje mi nic innego, niż sięgnąć po Lud.

Moja ocena: 4/6

Ilona Wiśniewska, Hen. Na północy Norwegii, 248 str., Czarne 2016.

środa, 20 marca 2019

"Educated" Tara Westover



Kolejna książka, po którą nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie klub książkowy. Odhaczyłabym ją jako zbyt amerykańską i zbyt poczytną. Na goodreads plasuje się na drugim miejscu najczęściej czytanych powieści! Zaraz za Michelle Obamą. 

Tara Westover napisała w zasadzie swoją autobiografię, która, nie mogłam się wyrzec tego wrażenia, jest formą autoterapii. Dziewczyna opisuje swoje dzieciństwo i lata nastoletnie w Idaho - jej liczna rodzina mieszka u podnóża pewnej góry. Ojciec jest głęboko wierzącym Mormonem i apodyktycznym despotą. Zarówno matka, jak i wszystkie dzieci są mu całkowicie podporządkowane, a jego celem jest całkowita autonomia. Dzieci nie mają aktów urodzenia, nigdy nie były u lekarza czy w szkole. Leczy je matka ziołami, olejkami i domowymi metodami. Nie tylko w zwykłych chorobach wieku dziecięcego, ale także po poważnych wypadkach. Dzieci rzekomo uczone są w domu, ale szybko ta nauka jest zarzucona, bo czeka na nie praca na złomowisku ojca, praca zdecydowanie ponad siły. W rodzinie istnieje bardzo silny podział na obowiązki kobiece i męskie, aczkolwiek nie przeszkadza to ojcu wykorzystywać Tary do ciężkich prac, tzw. męskich. Dziewczęta noszą nieforemne, szerokie ciuchy, a ich przeznaczeniem jest małżeństwo. Ojciec ciągle wygłasza tyrady na temat spisków rządowych, manipulacji w szkołach i mediach, jednym słowem systematycznie pierze rodzinie mózgi.
I to jest kluczowe - to pranie mózgu jest tak skuteczne, że Tara potrzebuje lat, by uwolnić się spod kurateli rodziny, by zacząć myśleć samodzielnie, by zrozumieć, że istnieje inne życie.

Ta powieść to wspomnienia Tary - szczegółowe, brutalne, szczere do bólu. To książka z tych, które bolą i wkurzają. W zasadzie podczas lektury ciągle byłam na... no dobrze, wyrażę się oględniej, byłam wściekła. Na ojca, na matkę, na brata Tary. Na to, co jej zrobili, w imię religii i w imię własnych, chorych przekonań. Nie chcę tu oskarżać Mormonów, bo w książce jest wielu, którzy żyją całkiem normalnie, to fanatyzm ojca, a być może, co sugeruje Tara, także jego ewentualna choroba psychiczna są przyczyną jego zachowania. Niewyobrażalne jest, że dzisiaj, w kraju cywilizowanym ktoś może żyć w taki sposób. Zaskakującym jest także, jak łatwo Tara weszła w amerykański system edukacji. Mimo braku elementarnej wiedzy o świecie, wyrywkowej edukacji otrzymała stypendium i mogła kształcić się na najbardziej prestiżowych uniwersytetach. Zapewne pomogły jej odpowiednie osoby, napotkane w odpowiednim miejscu i czasie, ale mimo to wydało mi się to być dalece niesprawiedliwe, że ktoś, kto nigdy nie słyszał o Holokauście, nie ma pojęcia o geografii, biologii, chemii, literaturze ma możliwość pozyskania prestiżowych grantów. To jednak na marginesie lektury, bo jednak głównym tematem jest rola edukacji, prawda, której nie trzeba odkrywać na nowo - głupich, niewykształconych ludzi łatwiej kontrolować i łatwiej nimi manipulować. Zastraszające jest to, jak łatwo jest stworzyć taką iluzję autonomii.

Ciekawa, poruszająca książka, która nie ustrzegła się pewnej dozy melodramatyzmu - z drugiej jednak strony, zakładając, że autorka pisze tylko prawdę, życie takie bywa.

Moja ocena: 5/6

Tara Westover, Educated, 352 str., Random House 2018.

wtorek, 19 marca 2019

"Góra Tajget" Anna Dziewit-Meller



Powieść Dziewit-Meller to na pierwszy rzut oka reportaż, zresztą przed lekturą byłam przekonana, że po ten gatunek literacki sięgam. To jednak fikcja osnuta wokół prawdziwego wydarzenia - akcji T4 na Śląsku. W jej ramach zamknięto w szpitalu psychiatrycznym setki, rzekomo upośledzonych, dzieci, i w ramach której 221 dzieci zmarło w skutek leczenia, jakiemu zostały poddane. Przyznam, że nie wiedziałam o tych wydarzeniach, a forma jaką obrała autorka, mnie zaskoczyła. 

Jej perspektywa jest bardzo szeroka, umiejscawia swoich bohaterów w różnym czasie i w pozornie nie powiązanych ze sobą miastach, a ich historie na pierwszy rzut oka bardzo oddalone są od głównego tematu książki. Pozornie, bo ten temat jak echo powraca - w postaci wspomnień, samego budynku czy wyparcia. Jest więc młode małżeństwo, które mieszka blisko szpitala, człowiek, który spędził w nim kilka lat czy dyrektorka, uznana lekarka.

Dziewit-Meller wyłuskuje historię dzieci z opowieści, tropów, wspomnień, urywanych słów. Słuchając uszami Karoliny opowieści bezdzietnej ciotki, ukazuje los wojenny Ślązaków, zagubionych między polskością a niemieckością, sparaliżowanych lękiem przed Rosjanami. Znam te opowieści z domu, więc te fragmenty były dla mnie szczególnie interesujące i za krótkie. Wyżej wspomniane poszerzenie perspektywy z jednej strony dodaje tej książce głębi, a z drugiej ją spłyca. Tak jakby autorka chciała opisać wszystko, nie mając czasu na zagłębienie się w temat. A może taki był jej zamysł? Zaznaczyć, wskazać, zachęcić do słuchania i własnych badań? 

Dziewit-Meller na pewno punktuje językiem - zaskakująco świeżym oraz śląską godką, choć ujętą w transkrypcji własnego pomysłu. To użycie śląskiego mnie jednak kupiło, od razu poczułam się jak w domu, swojsko, tęsknie za hajmatem.

To ciekawa książka, choć dla mnie zbyt krótka, jednak zbyt powierzchowna, zbyt fabularna może. Jak pisałam, zakładam, że taki był zamysł autorki i pewnie moje oczekiwania zrobiły mi psikusa. Polecam za temat, język, ujęcie.

Moja ocena: 4,5/6

Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, 248 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2016.

niedziela, 17 marca 2019

"Widerfahrnis" Bodo Kirchhoff


Kontynuując poznawanie kolejnych laureatów Deutscher Buchpreis, sięgnęłam po tę powieść, która uhonorowana została tą nagrodą w 2016 roku. I kolejny raz przekonałam się, że mój gust jednak bardzo odbiega od gustu jury. Widerfahrnis to poprawna, momentami (ale tylko momentami) ciekawa powieść, ale zupełnie nie trafiła w moją percepcję. Kirchhoff opowiada bardzo niespiesznie, w zasadzie konstruuje swoją opowieść na oczach czytelnika, tak jakby się wahał, w którym kierunku ją poprowadzić. Poznajemy więc byłego wydawcę Reithera, który porzuciwszy swoje dotychczasowe życie we Frankfurcie, zamieszkuje na bawarskiej prowincji. Samotny, stroniący od kontaktów, konserwatywny, zapatrzony w siebie. I Palm - byłą modystkę, która porzuciła swoją pracownię kapeluszy w Berlinie i zamieszkuje na tej samej prowincji. To jej książka wpada w ręce Reithera, to jej zależy na jego opinii. To oni stają się bohaterami tej powieści, na której wydarzenia Reither spogląda okiem surowego redaktora, który wykreśliłby wszystkie ckliwe sceny i komentarze.

Ta nietypowa para spontanicznie wyrusza zimową nocą na południe, do Włoch. I tym ta powieść mogłaby zostać - wyprawą przypadkowych osób, które przechodzą kryzys wieku średniego. Pełną krótkich, urywanych rozmów, filozoficznych rozważań, wzajemnego poznawania się i ciszy. Ale niestety, Kirchhof zaczyna do tego garnka wrzucać zbyt wiele - poczynając od dziwnego spotkania z nastolatką, o której nikt nic nie wie. To być może uchodźczyni, albo złodziejka, albo naciągaczka, albo po prostu Włoszka, która chce się zabawić ich kosztem. Ta kuriozalna historia staje klinem między Palm a Reitherem i byłabym w stanie ją przełknąć, gdyby nie kolejne dziwaczne spotkanie. Skaleczoną dłoń Reithera zszywa fachowo uchodźca z Afryki, rybak, który jest pielęgniarzem-samoukiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego autor nagle wepchnął do powieści uchodźców, dodam do powieści, która do samego końca zupełnie z tym tematem nie miała nic wspólnego. 

Główni bohaterowie pozostają anonimowi, zwracają się do siebie nazwiskami, skąpią szczegółów, zachowują się nieracjonalnie, tak że czytelnikowi trudno wysnuć jakiekolwiek wnioski na temat ich charakterów. I ciągle palą, jeden papieros od drugiego, cała powieść wydaje się być zasnuta dymem papierosowym. I mogłaby taka pozostać - tajemnicza, pełna niedopowiedzeń, napisana wyszukanym językiem, dziejąc się kiedyś i gdzieś. I tylko zaskoczenie sprowadziłoby narrację na ziemię. Poprzez wprowadzenie jednak wątków uchodźców, zakończenie blednie, traci na ważności. 

Widerfahrnis nie ujął mnie właściwie niczym. Denerwujący Reither nie ma szans na stanie się bohaterem, którego los przejmie czytelnika. To właściwie ramol, facet, który wszystko wie najlepiej, zatrzymał się mentalnie x lat temu i nie ma ochoty na jakikolwiek rozwój emocjonalny. Wszystko, co wydarzyło się w jego życiu było winą kogoś lub danej sytuacji. Reither opowiada tę historię z perspektywy czasu, ale nie widać tu żadnej refleksji czy chęci zmiany. Palm znika przy nim, a jej nieracjonalne zachowanie także nie zdobyło we mnie sympatii. 
Zachwycić mógłby język Kirchhoffa, który rezygnuje z wyszczególniania dialogów, skrupulatnie konstruuje piramidalnie długie zdania pełne przecinków i wyciąga z zakamarków Dudena przykurzone słowa, ale po jakimś czasie ta maniera zwyczajnie męczy. Tak jak redakcyjne, pełne dystansu komentarze Reithera. 

Moja ocena: 3/6 

Bodo Kirchhoff, Widerfahrnis, 224 str., Frankfurter Verlagsanstalt 2016.

piątek, 15 marca 2019

"A History of Loneliness" John Boyne


Gdyby nie mój dyskusyjny klub książkowy, nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę. Beststellerowe nazwiska mnie odrzucają, z przekory nie czytam powieści ze szczytów list. Tymczasem muszę przyznać, że John Boyne mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Nie przeczę, że ta powieść skrojona jest na typowy page turner - lekkie pióro, przeskoki w czasie, sensacyjny temat i nawiązania do jeszcze bardzo świeżych wydarzeń politycznych w zasadzie gwarantują sukces wydawniczy.

Odran jest księdzem z powołania, uważa, że duszpasterstwo jest jego misją i sposobem na spełnienie, mimo że do seminarium trafił właściwie z powodu matki. To właśnie on jest narratorem, nie snuje swojej opowieści jednak chronologicznie. Poznajemy go jako mężczyznę w sile wieku, który cierpi z z powodu złej opinii Irlandczyków na temat instytucji kościoła. W swoich rozważaniach wraca on do dzieciństwa, nauki w seminarium oraz pracy w szkole. 
Stopniowo poznajemy rodzinę Odrana - a przede wszystkim traumatyczne wydarzenia, które miały wpływ na całe jego życie oraz na wzmożoną religijność matki, która za niego poczuła powołanie.
W seminarium Odran zaprzyjaźnił się z Tomem - który, podobnie jak on, został zachęcony, a nawet zmuszony, przez rodzinę do zostania księdzem. Ordan ostatni rok nauki spędza w Watykanie - ten honor spotkał go w nagrodę za dobre wyniki w nauce. W Watykanie okazuje się, że zostaje on wybrany do jeszcze jednego ważnego zadania, które wiąże się z bardzo bliskim kontaktem z papieżem. 

Te retrospekcje przeplatane są wydarzeniami współczesnymi - Odran zabiega u biskupa o powrót do pracy w szkole, po tym jak tymczasowo został przeniesiony do pracy parafialnej. Co ciekawe, trafił do parafii, której duszpasterzem wcześniej był jego przyjaciel. Duchowny stopniowo zaczyna odkrywać prawdę o Tomie i wątpić w słuszność swojego powołania. 

Boyne umiejętnie podejmuje temat największego skandalu irlandzkiego kościoła, jakim było molestowanie dzieci przez księży. Przedstawia zmiany jakie zaszły w społeczeństwie, które traktowało duchownych z wielką atencją, bez pardonu odkrywa ułomność hierarchów kościelnych, którzy bezkompromisowo tuszowali skandale i chronili swoich księży. Równocześnie poświęca sporo miejsca na rozważania jednostki - o współwinie, o sensie powołania, o kościele. To właśnie najciekawsze fragmenty powieści - Odran przedstawiony jest jako postać empatyczna, troskliwa, sumienna, biorąca na serio swoje powołanie i pracę, która jednak nie jest w stanie na tyle poszerzyć swój horyzont, by dostrzec molestowanie. Gdy dostrzega swój błąd, ksiądz jest zrozpaczony, rozczarowany, pełen żalu i skruchy. Boyne przez całą powieść przedstawia Odrana bardzo pozytywnie, łatwo więc uwierzyć w to, że faktycznie nie dostrzegał tego, co się dzieje wokół niego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z treści, ale biorąc pod uwagę osobiste doświadczenia Odrana trudno przyjąć za pewnik, że przymykał oczy. Myślę, że raczej nie mieściło mu się to do tego stopnia w głowie, że nie wpadł na pomysł, że w kościele może mieć miejsce molestowanie.

Zastanawiam się, dlaczego ta powieść nie została jeszcze przełożona na polski - idealnie pasowałaby do aktualnej sytuacji w polskim kościele. Szczególnie, że Boyne nie szuka skandalu, a raczej stara się obiektywnie nakreślić możliwą sytuację, wskazując, że nie każdy duchowny musi być winny i nie każdy ukrywał molestującego kumpla. Bardzo delikatny temat, który równie delikatnie został ujęty w interesującą powieść.

Moja ocena: 5/6

John Boyne, Die Geschichte der Einsamkeit, tł. Sonja Finck, 416 str., Piper 2015.