wtorek, 19 marca 2019

"Góra Tajget" Anna Dziewit-Meller



Powieść Dziewit-Meller to na pierwszy rzut oka reportaż, zresztą przed lekturą byłam przekonana, że po ten gatunek literacki sięgam. To jednak fikcja osnuta wokół prawdziwego wydarzenia - akcji T4 na Śląsku. W jej ramach zamknięto w szpitalu psychiatrycznym setki, rzekomo upośledzonych, dzieci, i w ramach której 221 dzieci zmarło w skutek leczenia, jakiemu zostały poddane. Przyznam, że nie wiedziałam o tych wydarzeniach, a forma jaką obrała autorka, mnie zaskoczyła. 

Jej perspektywa jest bardzo szeroka, umiejscawia swoich bohaterów w różnym czasie i w pozornie nie powiązanych ze sobą miastach, a ich historie na pierwszy rzut oka bardzo oddalone są od głównego tematu książki. Pozornie, bo ten temat jak echo powraca - w postaci wspomnień, samego budynku czy wyparcia. Jest więc młode małżeństwo, które mieszka blisko szpitala, człowiek, który spędził w nim kilka lat czy dyrektorka, uznana lekarka.

Dziewit-Meller wyłuskuje historię dzieci z opowieści, tropów, wspomnień, urywanych słów. Słuchając uszami Karoliny opowieści bezdzietnej ciotki, ukazuje los wojenny Ślązaków, zagubionych między polskością a niemieckością, sparaliżowanych lękiem przed Rosjanami. Znam te opowieści z domu, więc te fragmenty były dla mnie szczególnie interesujące i za krótkie. Wyżej wspomniane poszerzenie perspektywy z jednej strony dodaje tej książce głębi, a z drugiej ją spłyca. Tak jakby autorka chciała opisać wszystko, nie mając czasu na zagłębienie się w temat. A może taki był jej zamysł? Zaznaczyć, wskazać, zachęcić do słuchania i własnych badań? 

Dziewit-Meller na pewno punktuje językiem - zaskakująco świeżym oraz śląską godką, choć ujętą w transkrypcji własnego pomysłu. To użycie śląskiego mnie jednak kupiło, od razu poczułam się jak w domu, swojsko, tęsknie za hajmatem.

To ciekawa książka, choć dla mnie zbyt krótka, jednak zbyt powierzchowna, zbyt fabularna może. Jak pisałam, zakładam, że taki był zamysł autorki i pewnie moje oczekiwania zrobiły mi psikusa. Polecam za temat, język, ujęcie.

Moja ocena: 4,5/6

Anna Dziewit-Meller, Góra Tajget, 248 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2016.

niedziela, 17 marca 2019

"Widerfahrnis" Bodo Kirchhoff


Kontynuując poznawanie kolejnych laureatów Deutscher Buchpreis, sięgnęłam po tę powieść, która uhonorowana została tą nagrodą w 2016 roku. I kolejny raz przekonałam się, że mój gust jednak bardzo odbiega od gustu jury. Widerfahrnis to poprawna, momentami (ale tylko momentami) ciekawa powieść, ale zupełnie nie trafiła w moją percepcję. Kirchhoff opowiada bardzo niespiesznie, w zasadzie konstruuje swoją opowieść na oczach czytelnika, tak jakby się wahał, w którym kierunku ją poprowadzić. Poznajemy więc byłego wydawcę Reithera, który porzuciwszy swoje dotychczasowe życie we Frankfurcie, zamieszkuje na bawarskiej prowincji. Samotny, stroniący od kontaktów, konserwatywny, zapatrzony w siebie. I Palm - byłą modystkę, która porzuciła swoją pracownię kapeluszy w Berlinie i zamieszkuje na tej samej prowincji. To jej książka wpada w ręce Reithera, to jej zależy na jego opinii. To oni stają się bohaterami tej powieści, na której wydarzenia Reither spogląda okiem surowego redaktora, który wykreśliłby wszystkie ckliwe sceny i komentarze.

Ta nietypowa para spontanicznie wyrusza zimową nocą na południe, do Włoch. I tym ta powieść mogłaby zostać - wyprawą przypadkowych osób, które przechodzą kryzys wieku średniego. Pełną krótkich, urywanych rozmów, filozoficznych rozważań, wzajemnego poznawania się i ciszy. Ale niestety, Kirchhof zaczyna do tego garnka wrzucać zbyt wiele - poczynając od dziwnego spotkania z nastolatką, o której nikt nic nie wie. To być może uchodźczyni, albo złodziejka, albo naciągaczka, albo po prostu Włoszka, która chce się zabawić ich kosztem. Ta kuriozalna historia staje klinem między Palm a Reitherem i byłabym w stanie ją przełknąć, gdyby nie kolejne dziwaczne spotkanie. Skaleczoną dłoń Reithera zszywa fachowo uchodźca z Afryki, rybak, który jest pielęgniarzem-samoukiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego autor nagle wepchnął do powieści uchodźców, dodam do powieści, która do samego końca zupełnie z tym tematem nie miała nic wspólnego. 

Główni bohaterowie pozostają anonimowi, zwracają się do siebie nazwiskami, skąpią szczegółów, zachowują się nieracjonalnie, tak że czytelnikowi trudno wysnuć jakiekolwiek wnioski na temat ich charakterów. I ciągle palą, jeden papieros od drugiego, cała powieść wydaje się być zasnuta dymem papierosowym. I mogłaby taka pozostać - tajemnicza, pełna niedopowiedzeń, napisana wyszukanym językiem, dziejąc się kiedyś i gdzieś. I tylko zaskoczenie sprowadziłoby narrację na ziemię. Poprzez wprowadzenie jednak wątków uchodźców, zakończenie blednie, traci na ważności. 

Widerfahrnis nie ujął mnie właściwie niczym. Denerwujący Reither nie ma szans na stanie się bohaterem, którego los przejmie czytelnika. To właściwie ramol, facet, który wszystko wie najlepiej, zatrzymał się mentalnie x lat temu i nie ma ochoty na jakikolwiek rozwój emocjonalny. Wszystko, co wydarzyło się w jego życiu było winą kogoś lub danej sytuacji. Reither opowiada tę historię z perspektywy czasu, ale nie widać tu żadnej refleksji czy chęci zmiany. Palm znika przy nim, a jej nieracjonalne zachowanie także nie zdobyło we mnie sympatii. 
Zachwycić mógłby język Kirchhoffa, który rezygnuje z wyszczególniania dialogów, skrupulatnie konstruuje piramidalnie długie zdania pełne przecinków i wyciąga z zakamarków Dudena przykurzone słowa, ale po jakimś czasie ta maniera zwyczajnie męczy. Tak jak redakcyjne, pełne dystansu komentarze Reithera. 

Moja ocena: 3/6 

Bodo Kirchhoff, Widerfahrnis, 224 str., Frankfurter Verlagsanstalt 2016.

piątek, 15 marca 2019

"A History of Loneliness" John Boyne


Gdyby nie mój dyskusyjny klub książkowy, nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę. Beststellerowe nazwiska mnie odrzucają, z przekory nie czytam powieści ze szczytów list. Tymczasem muszę przyznać, że John Boyne mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Nie przeczę, że ta powieść skrojona jest na typowy page turner - lekkie pióro, przeskoki w czasie, sensacyjny temat i nawiązania do jeszcze bardzo świeżych wydarzeń politycznych w zasadzie gwarantują sukces wydawniczy.

Odran jest księdzem z powołania, uważa, że duszpasterstwo jest jego misją i sposobem na spełnienie, mimo że do seminarium trafił właściwie z powodu matki. To właśnie on jest narratorem, nie snuje swojej opowieści jednak chronologicznie. Poznajemy go jako mężczyznę w sile wieku, który cierpi z z powodu złej opinii Irlandczyków na temat instytucji kościoła. W swoich rozważaniach wraca on do dzieciństwa, nauki w seminarium oraz pracy w szkole. 
Stopniowo poznajemy rodzinę Odrana - a przede wszystkim traumatyczne wydarzenia, które miały wpływ na całe jego życie oraz na wzmożoną religijność matki, która za niego poczuła powołanie.
W seminarium Odran zaprzyjaźnił się z Tomem - który, podobnie jak on, został zachęcony, a nawet zmuszony, przez rodzinę do zostania księdzem. Ordan ostatni rok nauki spędza w Watykanie - ten honor spotkał go w nagrodę za dobre wyniki w nauce. W Watykanie okazuje się, że zostaje on wybrany do jeszcze jednego ważnego zadania, które wiąże się z bardzo bliskim kontaktem z papieżem. 

Te retrospekcje przeplatane są wydarzeniami współczesnymi - Odran zabiega u biskupa o powrót do pracy w szkole, po tym jak tymczasowo został przeniesiony do pracy parafialnej. Co ciekawe, trafił do parafii, której duszpasterzem wcześniej był jego przyjaciel. Duchowny stopniowo zaczyna odkrywać prawdę o Tomie i wątpić w słuszność swojego powołania. 

Boyne umiejętnie podejmuje temat największego skandalu irlandzkiego kościoła, jakim było molestowanie dzieci przez księży. Przedstawia zmiany jakie zaszły w społeczeństwie, które traktowało duchownych z wielką atencją, bez pardonu odkrywa ułomność hierarchów kościelnych, którzy bezkompromisowo tuszowali skandale i chronili swoich księży. Równocześnie poświęca sporo miejsca na rozważania jednostki - o współwinie, o sensie powołania, o kościele. To właśnie najciekawsze fragmenty powieści - Odran przedstawiony jest jako postać empatyczna, troskliwa, sumienna, biorąca na serio swoje powołanie i pracę, która jednak nie jest w stanie na tyle poszerzyć swój horyzont, by dostrzec molestowanie. Gdy dostrzega swój błąd, ksiądz jest zrozpaczony, rozczarowany, pełen żalu i skruchy. Boyne przez całą powieść przedstawia Odrana bardzo pozytywnie, łatwo więc uwierzyć w to, że faktycznie nie dostrzegał tego, co się dzieje wokół niego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z treści, ale biorąc pod uwagę osobiste doświadczenia Odrana trudno przyjąć za pewnik, że przymykał oczy. Myślę, że raczej nie mieściło mu się to do tego stopnia w głowie, że nie wpadł na pomysł, że w kościele może mieć miejsce molestowanie.

Zastanawiam się, dlaczego ta powieść nie została jeszcze przełożona na polski - idealnie pasowałaby do aktualnej sytuacji w polskim kościele. Szczególnie, że Boyne nie szuka skandalu, a raczej stara się obiektywnie nakreślić możliwą sytuację, wskazując, że nie każdy duchowny musi być winny i nie każdy ukrywał molestującego kumpla. Bardzo delikatny temat, który równie delikatnie został ujęty w interesującą powieść.

Moja ocena: 5/6

John Boyne, Die Geschichte der Einsamkeit, tł. Sonja Finck, 416 str., Piper 2015.

sobota, 2 marca 2019

piątek, 1 marca 2019

Stosikowe losowanie 3/19 - pary

Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 150 książek) - 9
McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 46 książek) - 44
Maniaczytania wybiera numer książki dla Niekoniecznie Papierowych (w stosie 150 książek) - 15
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 55
ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 95 książek) - 49
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 232 książki) - 111

wtorek, 26 lutego 2019

Stosikowe losowanie 3/19



Zapraszam do zgłaszania się do rundy styczniowej! Pary rozlosuję 1 marca, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

środa, 20 lutego 2019

"Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka" Evžen Boček


Oh, jak bardzo czekałam na kolejną Arystokratkę i jak bardzo mi była teraz potrzebna - akurat skończyłam czytać dość męczącą trylogię Rolleczek, a i życie ostatnio mnie nie rozpieszcza. Ten tom jest tak cudowny, jak pierwszy, podczas lektury płakałam ze śmiechu, chichrałam się na głos, a moja rodzina tylko z politowaniem kiwała głową. Córka w końcu stwierdziła, że sama przeczyta, żeby sprawdzić, co mnie tak śmieszy.

Książka rozpoczyna się sceną, gdy Maria wiezie chorego na boreliozę i nieprzytomnego Maxa do szpitala. Maxa, który właśnie się jej oświadczył. Niestety Maria nie jest pewna, czy chory działał świadomie. Gdy wraca na zamek, nie może jednak poświęcić się rozmyślaniom, bo zastaje scenę wręcz absurdalną. Policja próbuje wykombinować kto, co próbował na zamku ukraść i zidentyfikować cztery osoby, które nagle znalazły się w różnych zakamarkach Kostki. Dodam, że jedna z tych osób ma na sobie zbroję, a właściwie tylko jej górną część, tak tę, która mieści się na głowie. Sytuacja jest jednak tak zagmatwana, że rozwiązanie tej zagadki zajmie całą książkę.

Zbieg niespodziewanych wypadków, w których najważniejszą rolę odgrywa śmierć Lady Di, jest absurdalnie komiczny. Najcudowniejsze są jednak postaci - z dotąd znanych jak zwykle rządzą Józef w mundurze Heinricha Himmlera i leżący w trumnie przeznaczonej dla Marii pan Spock, który czeka na śmierć. Boček wprowadza jednak cała gamę nowych postaci, które są niemniej urocze. Autor przejaskrawia, uwydatniając najbardziej typowe cechy, a robi to idealnie - jego kreacja zmarnowanej życiem pary nauczycieli oraz nieszczególnie rozgarniętej dwójki młodych ludzi, której zadaniem była kradzież czaszek z zamkowej krypty, jest fantastyczna. W pewien sposób czułam się jakby chłopaki z Make life harder pisali razem z Bočkiem. Poziom mojego rozbawienia był na pewno podobny.

Boček jest genialny w swoim komizmie sytuacyjnym, slapstickowych kreacjach, ale także w obserwowaniu rzeczywistości. Mam tylko jedno ale, przez tę książkę prześladuje mnie wiadomy hit Helenki Vondráčkovej!

Ma wielką nadzieję, że Boček nie zakończył swojego cyklu. Apeluję wręcz, bo Arystokratka jest mi potrzebna do życia, na trudne chwile, na ratunek!

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček, Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka, tł. Mirosław Śmigielski, 178 str., Stara Szkoła 2019.