czwartek, 29 sierpnia 2019

"Atlas wysp odległych" Judith Schalansky


Atlas Judith Schalansky to urocza rzecz - książka do oglądania, studiowania, analizowania, przeglądania i do czytania też. Z autorką łączą mnie dwie kwestie - zamiłowanie do map i zamiłowanie do wysp. Atlasy i mapy towarzyszą mi od zawsze, a wyspy niezmiennie czarowały magicznym przyciąganiem, wyobrażeniem życia w odosobnieniu, na niewielkim lądzie, z dala od wszystkiego. Pewnie dlatego tak kocham Azory, pewnie dlatego tak często moje podróże wiodą mnie na wyspy. Schalansky wybrała pięćdziesiąt wysp zagubionych gdzieś w oceanach - bezludnych lub zamieszkanych, żyznych i tych o surowym klimacie. Łączy je jedna kwestia - były miejscem nietypowych wydarzeń. Absurdalnych, tajemniczych, wiejących grozą, zaskakujących. 

Autorka podzieliła wyspy według oceanów - każdą część książki rozpoczyna więc mapa danego oceanu z zaznaczonymi wybranymi wyspami. Każda kolejna strona to mapka wyspy i opis. Informacje obejmują nazwę wyspy, jej powierzchnię, liczbę mieszkańców, odległość od kontynentów i innych wysp, najważniejsze daty z historii wyspy oraz krótki tekst. Ów tekst może traktować o jakimś wycinku z historii wyspy, ciekawym wydarzeniu jej dotyczącym, mieszkańcach wyspy, jej odkrywcach. Każda notka to niewiadoma - zachęca to własnych badań, poszukiwań, weryfikacji podanych informacji. Budzi chęć na więcej, budzi chęć podróżowania. Schalansky porusza się na granicy między realizmem a fantazją - nie tłumaczy, na czym opierała się, tworząc notki, nie wyjaśnia, co jest prawdą, a co fikcją. 

Atlas to nie tylko uczta dla oka, to przyczynek do rozmyślań - o istocie życia wyspiarskiego, o małych społecznościach, o raju, który może stać się piekłem. Cudowna, pięknie wydana książka.

Moja ocena: 6/6

Judith Schalansky, Atlas der abgelegenen Inseln, 144 str., Mare Verlag 2009.

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

"Potrawka z surojadki" Sylwia Kokot-Martin


Potrawka z surojadki to opowieść o pewnej rodzinie - dość nietypowej trzeba dodać. 
Czworo dzieci - wiecznie zapracowana matka i ojciec-artysta, lata 70. i 80. XX wieku, czyli komunistyczna rzeczywistość w Polsce. Mama ciągle zmartwiona jest wydatkami, zakupami, sprzątaniem, kolejkami, a tata ma ułańską fantazję. Dzięki niej kupuje chałupę na wsi, która bardziej przypomina ruderę niż prawdziwy dom i spędza tam z dziećmi całe letnie miesiące. Mama dojeżdża tylko na weekendy, by doczyścić dzieci, posprzątać i ugotować coś smacznego. Tata nie ma zmysłu organizacyjnego, nie widzi bałaganu, nie przejmuje się zbytnio dziećmi - on tworzy kolejne wizje, projekty, wpada na nowe pomysły. Raz będzie to hodowla jedwabników, innym razem budowa ziemianki, potem muzeum regionalne. Większość z pomysłów jest niewypałem, ale tata angażuje się na całego. Dzieci w tym czasie biegają samopas, starsze pilnują młodsze, często wpadając w tarapaty, które potem skrzętnie ukrywają przed rodzicami. To beztroskie dzieciństwo, ale ja często miałam wrażenie, że tym dzieciom przydałoby się więcej uwagi. Historie te rozgrywają się na szarym tle PRL-u. Nie ma butów, nie ma mięsa, są za to karki i kolejki. Mama angażuje się w Solidarność, co doprowadza do jej aresztowania.

Narratorem jest Flawia - najstarsza córka rodziny Koguczaków. To z jej perspektywy poznajemy rodzeństwo, rodziców, wydarzenia. Oczami dziewięcioletniej dziewczynki obserwujemy świat, dodać trzeba, dziewczynki, która wiele nie rozumie, której niespecjalnie dużo się tłumaczy i która często ucieka się do domysłów. Kolejne rozdziały to opowieści - anegdoty z życia rodzinnego. O ognisku, o zabawach, o wyprawie do sklepu, o aresztowaniu matki, o Bożym Narodzeniu bez mamy, o zabawach z kuzynami, wizytach u babci, pomaganiu rodzicom. Zwykłe życie, w zasadzie bez fajerwerków. Nie ma w tej powieści wartkiej akcji, nie ma napięcia, nie ma zaskakujących historii. Autorka opowiada o zwykłym, szarym życiu, uwypuklając szczególnie postać ojca, który do tego życia zupełnie nie przystaje. On czyni rodzinę nietypową, bo jego fantazja wpływa na życie pozostałej piątki. Mama często psioczy, denerwuje się, ale ulega pomysłom męża-artysty.

Potrawka z surojadki to powieść bardzo mocno zabarwiona autobiograficznie i z pewnością fascynująca dla rodziny, przyjaciół, krewnych autorki, którzy zapewne z przyjemnością i dreszczykiem emocji będą odkrywać znajome miejsca, postaci, którzy będą dzielić z nią wspomnienia. Potrafię sobie wyobrazić, że taka nostalgiczna wyprawa będzie dla nich wspaniałą lekturą. Dla czytelnika postronnego książka po pewnym czasie staje się monotonna, szczególnie, gdy orientuje się, że nie należy czekać na pointę, na zwrot akcji czy na podsumowanie. Powieść urywa się wraz z powrotem matki z więzienia.

Kokot-Martin potrafi pisać, jej dialogi są wartkie, język rzutki, sprawny, jednak książce zdecydowanie zabrakło redakcji i korekty. Błędy ortograficzne czy literówki oraz fantazyjne rozwiązania redakcyjne psują lekturę. 

Pewna jestem, że wiele osób, które dorastało w PRL-u odnajdzie w tej książce ciekawostki, wspólne z autorką przeżycia czy choćby nostalgię, nie jest to jednak powieść odkrywcza czy zaskakująca na płaszczyźnie konstrukcyjnej i językowej.

Moja ocena: 3/6

Sylwia Kokot-Martin, Potrawka z surojadki, 373 str., Dreammee Little City Publisher, Orlando 2018.

niedziela, 25 sierpnia 2019

Stosikowe losowanie 9/19


Zapraszam do zgłaszania się do rundy wrześniowej! Pary rozlosuję 31sierpnia, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 24 sierpnia 2019

"Pan Samochodzik i Wyspa Złoczyńców" Zbigniew Nienacki


Bardzo cieszyłam się na powrót do tej serii, Pana Samochodzika w latach młodzieńczych wręcz uwielbiałam. Ten pierwszy tom łyknęłam błyskawicznie, ale dawnych emocji na razie nie odnalazłam. Nie wiem, czy to ogromna ilość kryminałów, które dotychczas przeczytałam, czy niestety dorosłość spowodowały, że zagadka, którą rozwiązuje Tomasz mnie nie porwała. Z większą ciekawością wracałam do szczegółów i szczególików, przypominając sobie stopniowo całe panosamochodzikowe tło. 

W tym tomie Tomasz otrzymuje w spadku po wujku-dziwaku pokraczny samochód, którego nieoczekiwane cechy odkrywa dopiero z czasem. Wehikuł zwany jest samem i zaskakuje Pana Samochodzika prędkością i możliwościami. Zresztą w tej książce Tomasz będzie miał od razu wiele okazji, by wykorzystać wszystkie funkcje pojazdu. Udaje się on bowiem do niewielkiego miasteczka nad Wisłą, położonego niedaleko Ciechocinka, gdzie prowadzone są wykopaliska archeologiczne. Archeolodzy szukają cmentarzyska, ale całe miasto żyje sprawą skarbów zakopanych w ostatnich dniach wojny. Schował je ówczesny dziedzic Dunin, obawiając się nadciągającej Armii Czerwonej. Na skarb ma chrapkę wielu, nadal żyją także osoby, które wiedzą, gdzie ukryte są zbiory dziedzica. Przede wszystkim wiedzą wiele członkowie legendarnej bandy Barabasza. Sam herszt zginął podczas obławy na Wyspie Złoczyńców, ale dwóch rzezimieszków dzięki amnestii właśnie skończyło odsiadać wyrok i na pewno będzie próbowało wydobyć skarb. Jego miejsce ukrycia zna jednak jeszcze jedna osoba, dzięki której Tomasz wpadnie na trop bandziorów.

W tym tomie Pan Samochodzik poznaje harcerzy, którzy będą pojawiać się w kolejnych książkach (o ile dobrze pamiętam) - Wilhelma Tella, Sokole Oko i Wiewiórkę. Chłopcy będą starali się pomóc Tomaszowi, ale także z zapamiętaniem śledzą poczynania kłusowników. 

Klimat powieści buduje wiele aspektów - przede wszystkim otoczenie obozowiska archeologów. Są bunkry, las, wyspa, meandrująca Wisła. Archeolodzy wykopują szkielety, niekoniecznie stare. W nocy działają kłusownicy, po lasach jeździ tajemnicze, czarne auto, a na rzece słychać głosy. Tomasz natomiast prowadzi śledztwo jakby mimochodem, głównie poprzez liczne rozmowy, szczególnie z kobietami - i te konwersacje mnie najbardziej zaskoczyły, bo zupełnie nie pamiętałam ich stylu. Pan Samochodzik wyciąga umiejętnie informacje od miejscowej sklepikarki, przekomarza się z jedną z archeolożek, flirtuje z tajemniczą Hanką oraz z autostopowiczką Teresą.
W tym tomie trudno jeszcze wyczuć charakter głównego bohatera - Tomasz bywa humorzasty i łatwo go obrazić, ale nie do końca wiadomo, czy to poza, czy prawdziwe odczucia.

To co zawsze najbardziej mi się podobało w tej serii to multum wiadomości historycznych - tutaj  autor przemyca wiele informacji z antropologii, o rasach (zaskakująco aktualne i tolerancyjne wypowiedzi!), o rozwoju człowieka, a to wszystko na tle II wojny światowej, która nadal jest bardzo aktualna (vide bunkry). 

Z ulgą stwierdzam, że dobrze się bawiłam podczas lektury tej książki i już nie mogę się doczekać na kolejne tomy.

Moja ocena: 5/6

Zbigniew Nienacki, Pan Samochodzik i Wyspa Złoczyńców, 292 str., Liber Novus 2012.

środa, 21 sierpnia 2019

"Sos sojowy dla początkujących" Kirstin Chen


Intrygujący tytuł zapowiadał ciekawą lekturę głęboko osadzoną w realiach Singapuru. Niestety Chen przestrzeliła temat, koncentrując się na wątku rodzinnym i romansowym, które są płytkie i zupełnie nie porywają. 

Gretchen ma trzydzieści lat, właśnie zdradził ją mąż, dlatego więc wyjeżdża z San Francisco, by odpocząć u rodziców w Singapurze i przemyśleć swoją przyszłość. W San Francisco pozostawia niedokończone studia muzyczne, planuje po wakacjach wrócić na ostatni semestr. W domu trafia na same problemy - matka jest poważnie chora, musi regularnie jeździć na dializy, ale skutecznie dba o postęp choroby, pijąc alkohol. W firmie ojca też niezbyt dobrze się dzieje. Słynna fabryka sosu sojowego to dziedzictwo rodziny Lin - stery stopniowo zaczął przejmować syn brata ojca, który jednak już w swoich pierwszych działaniach trafił jak kulą w płot, narażając firmę na straty finansowe oraz uszczerbek wizerunku. Gretchen zaczyna pracę w firmie i wpada prosto w środek konfliktu między braćmi i kuzynem. 

Poza pracą kobieta izoluje się, z uprzejmości odwiedza kilka imprez dawnych przyjaciółek, a z nudy  wplątuje się w romans z kontrahentem rodzinnej firmy. W firmie pracę rozpoczyna także jej przyjaciółka z San Francisco. Gretchen odnosi się do niej jednak z taką rezerwą, a czasem nawet nieuprzejmością, że trudno uwierzyć, że kobiety łączy jakakolwiek zażyłość. Podobie się ma sprawa z przyjaciółką z dzieciństwa. Charaktery w tej powieści są wyzute z emocji, płaskie, niesympatyczne. Rozterki Gretchen nie mają szans poruszyć czytelnika, jeżeli nie poruszają nawet jej samej. Czytelnik domyśla się od początku, że kobieta zdecyduje się zaangażować w rodzinną firmę, ale jej proces decyzyjny, przemyślenia, emocje są całkowicie niewiarygodne. Ta trzydziestolatka spędziła całe życie na imprezach, rozrywkach, studiach, wypadach - o życiu nie wie nic, nawet choroba matki nie wywołuje w niej głębszych emocji. 

Najciekawszą częścią książki są opisy produkcji sosu sojowego - tej tradycyjnej, jak i tej syntetycznej oraz kilka naprawdę krótkich wzmianek o historii Singapuru. Sięgając po tę książkę, miałam nadzieję na więcej informacji o dynamicznym rozwoju tego małego kraju, cieszyłam się na opisy tradycji, zwyczajów, na ciekawostki, ale tego na próżno szukać w tej książce. Ta powieść to niestety typowy przykład chick lit i strata czasu. 

Moja ocena: 3/6

Kirstin Chen, Sos sojowy dla początkujących, tł. Krzysztof Skonieczny, 350 str., Między słowami 2014. 

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

"Pierścienie Saturna" W.G. Sebald


Sięgając po tę książkę, nastawiałam się na arcydzieło, ale niestety Sebald nie trafił do mojej duszy. Z zachwytem czytałam jego prozę, wielokrotnie złożone zdania, wyrafinowane słownictwo, ale niestety treść książki mnie nie ujęła.

Pierścienie Saturna to powieść, wspomnienia, opis podróży, dygresje, opatrzone fotografiami w jednym. Narrator porusza się po wschodniej Anglii, odwiedzając ciekawe krajobrazowo miejsca, interesujące budynki czy zabytki, które skłaniają go do dygresji na temat osób, związanych z tymi okolicami. Wędrówka po Suffolk to tylko przyczynek do rozważań egzystencjalnych, narrator niby pielgrzym pokonując kolejne kilometry, przemierza bezmiar własnych myśli. 

Sebald opowiada o angielskim lekarzu Thomasie Browne, o Korzeniowskim, o katastrofach naturalnych, erozji, o kolonizacji Afryki, o historii Chin, o wojnach i bitwach - motywów i postaci jest na kartach powieści mnóstwo i pewnie błędem jest czytanie jej za jednym razem. Pierścienie Saturna należy raczej traktować jako eseje, które czyta się powoli, nad którymi się rozmyśla i do których się wraca. W przeciwnym razie mnogość wątków rozpływa się w nicość, pozostawiając blade wspomnienie. 

W moim odczuciu autor chciał rozprawić się ze zbyt wieloma problemami - wspomnianym kolonializmem, Holokaustem, katastrofą ekologiczną, wojnami... W zasadzie trudno powiedzieć, czego w powieści nie ma. Najważniejszy pozostaje więc język - jako jedyna stała wśród mnogości rozważań. Jak wspomniałam - język wykwintny, zaskakujący, język erudyty. 

Moja ocena: 3,5/6

W.G. Sebald, Die Ringe des Saturn, 349 str., S. Fischer 2002.

niedziela, 18 sierpnia 2019

"Mersi filmol" Lambert Król


Cóż za dziwaczny tytuł, zastanowi się czytelnik. Zwłaszcza czytelnik, który nie zna szwajcarskiego dialektu. Przyznam, że mimo znajomości niemieckiego, nie wpadłam, o co chodzi. Zmyliła mnie polska pisownia - tymczasem to przecież zwykłe danke vielmals - czyli wielkie dzięki na przykład. Jak wskazuje podtytuł książki Król obraca się w środowisku szwajcarskim, obserwuje je jednak z perspektywy imigranta - własnej, ale nie tylko. W mikroopowiadaniach przekazuje spojrzenie  typowego Sławka i typowej Weroniki, którzy natrafili na mur polsko-szwajcarskiego porozumienia.

O czym pisze więc Król? O przedszkolu i szwajcarskim sposobie na wychowanie maluchów, o wizycie u lekarza, o zdawaniu wynajmowanego mieszkania, o kontrolach na granicy, o tańszych zakupach w niemieckim Kauflandzie, o szwajcarskich kiełbasach, o spontaniczności, oszczędzaniu, zasadach, normach, konwenansach, dialektach. O wszystkich, z czym skonfrontowany zostanie Polak w Helwecji. Wśród tych dość realistycznych opowiadań przewijają się teksty trącące science-fiction i dystopią. Król snuje wizje z przyszłości - o śwince-skarbonce, która zmusza do oszczędzania czy o nowym programie zdobywania obywatelstwa wiążącym się z kasowaniem kulturowych wspomnień z kraju pochodzenia.

Te fantastyczne, oniryczne teksty mogą wydać się dziwne, ale to one są najmocniejszą stroną książki. Zachwycają ironią, sarkazmem, przewrotnością. Znakomite jest opowiadanie, w którym Grażyna zaprowadza na śląskim osiedlu szwajcarskie porządki - nagle życie staje się przyjemne, uregulowane, bloki czyste i zadbane, ale w pewnym momencie szwajcarski ład wymyka się spod kontroli... 

Król sięga także do szwajcarskich legend i wierzeń, ciekawie wplatając je w swoje teksty. Jest kukła, która uwodzi mężczyzn, górska zjawa, która morduje turystów czy krowa, której mleko daje dar mówienia wszystkimi dialektami. To bardzo udane teksty, zaskakująco dobrze łączące temat imigracji i integracji. Świadczą one o dojrzałości autora, który rozprawia się ze swoją emigracją, głęboko przemyślał swój stosunek do integracji i adaptacji do społeczeństwa kraju, w którym się osiedlił. O ile wiele z tych tekstów jest w pewien sposób uniwersalnych dla wszystkich emigrantów, to jednak w większości widać głębokie osadzenie w realiach helweckich, grę z konwencją i ironiczny stosunek do własnych doświadczeń. Król powraca w tekstach do tych samych osób, wspomnianych wyżej archetypów emigranta, puszczając do czytelnika oczko i sprawdzając, czy pamięta, czym dani bohaterowie się zajmują na meigracji. Uważny czytelnik wyłuska teksty bezpośrednio odnoszące się do samego autora i jego rodziny, zorientuje się, że orbita ich działań obejmuje Zurych i okolice, a tym samym koncentruje się na Szwajcarii niemieckojęzycznej. 

Mikroopowiadania to przemyślane formy, mimo swojej szczupłej objętości dojrzałe, dosadne, zaskakujące głębią treści. Przy wielu świetnie się bawiłam, wiele skłoniło mnie do zadumy, a także do konfrontacji z moimi informacjami na temat Szwajcarii. Nie spodziewałam się tak udanej lektury, ciekawa jestem, czy autor pokusi się o formy dłuższe, bo w wielu z mikroopowiadań tkwi zalążek powieści.

Moja ocena: 5/6

Lambert Król, Mersi filmol. Mikroopowiadania ze Szwajcarii, 164 str., Swiss Tales 2019.

sobota, 17 sierpnia 2019

"Śmiech za drewnianą przegrodą" Jani Virk



Pavel nie ma szczęśliwego dzieciństwa. Jego ojciec zdezerterował do Austrii i słuch po nim zaginął, a matka zmarła przy porodzie. Wychowuje go pochodząca z Austrii babka, przezywana Szwabką oraz dziwny dziadek. Pavel niedosłyszy, co czyni go pośmiewiskiem dzieci i nauczycielki. 

Smutne i samotne dzieciństwo chłopca przebiega w cieniu komunizmu. Jego rodzina zaliczana jest do wrogów klasowych, wiara w Boga niepożądana, jego ociężałość w szkole wyśmiewana. Po śmierci dziadków trafia do krewnych, których nigdy nie widział, dom rodzinny zostaje zagarnięty przez partyjnych dygnitarzy.

Powieść Virka pełna jest mrocznych obrazów, opisów ulic Ljubljany, nietypowych postaci i kobiet. Pavel bacznie obserwuje te ostatnie, żeby nie powiedzieć podgląda, przeżywając coś na kształt inicjacji seksualnej.

Niestety zupełnie nie trafiła do mnie proza Virka - z trudem przebrnęłam przez tę szczupłą przecież objętościowo książkę. Na dobrą sprawę nie potrafię nawet wyjaśnić dlaczego, bo zamysł autora jest ciekawy, jego opisy komunistycznej rzeczywistości przypominają Polskę, jednak zwyczajnie nie zachwycił mnie ani styl, ani język pisarza.

Moja ocena: 2/6

Jani Virk, Śmiech za drewnianą przegrodą, tł. Joanna Pomorska, 212 str., Wydawnictwo Czarne 2007.

piątek, 16 sierpnia 2019

"Koncert" Muharem Bazdulj



Ta książka świetnie wpisała się w czytaną niedawno przeze mnie autobiografię zespołu U2. Bazdulj opisuje bowiem z innej perspektywy słynny koncert tej grupy w Sarajewie. U2 spontanicznie zdecydowało się na danie koncertu tuż po wojnie, co wiązało się z ogromnym nakładem organizacyjnym, jako że miasto nadal nie było określane jako bezpieczne. Bono angażował się jednak bardzo w walkę o pokój na Bałkanach i zależało mu na tym szczególnym koncercie. 

Koncert jest wielkim wydarzeniem - wybierają się na niego Bośniacy z daleka i bliska. Jest wśród nich zagorzały fan U2, dziewczyna, która na wojnie straciła brata, dwie nastolatki z prowincji, kibol i zwolennik drugiej drużyny z Sarajewa itd. Każda z tych osób ma inne motywy, jest w innym punkcie swojego życia, łączy z koncertem inne marzenia.

Fan, jak nietrudno się domyślić, zna każdy tekst zespołu i marzy o zobaczeniu U2 na żywo. Dziewczyny z prowincji zrezygnowały ze szkolnej wycieczki zagranicę - chcą uczestniczyć w tym epokowym wydarzeniu, a jedna z nich marzy, że zostanie właśnie tą, która zatańczy z Bono na scenie. Młoda kobieta kupiła dwa bilety - dla siebie i dla brata, który przypadkowo zginął na wojnie - koncert będzie dla niej sposobem na symboliczne pożegnanie z bratem. Kibol natomiast marzy, by zobaczyć jak zostanie zniszczona murawa stadionu znienawidzonej drużyny. Postaci w tej książce jest więcej - wszystkie połączy koncert i każdej z nich da inną odpowiedź lub wpłynie w jakiś sposób na życie.

Te wszystkie postaci układają sobie życie na nowo po wojnie, każdą z nich autor uchwycił w krótkim momencie, tworząc z nich niby impresje. Nie wiemy skąd przyszli, nie wiemy dokąd dążą. Poznajemy ich zmartwienia i marzenia dzięki koncertowi U2.

Ciekawy sposób na ukazanie Sarajewa i Bośniaków oraz gratka dla fanów U2. Cieszę się, że odnalazłam tę książkę.

Moja ocena: 5/6

Muharem Bazdulj, Koncert, tł. Dorota Jovanka Ćirlić, 116 str., Wydawnictwo Czarne 2007.

środa, 14 sierpnia 2019

"Człowiek w przystępnej cenie" Urszula Jabłońska


Jabłońska ukazuje Tajlandię mroczną, niesprawiedliwą, pełną konfliktów. Taką, jakiej nie pozna przypadkowy turysta. Ja też nie znam Tajlandii aż tak odpychającej - mimo wielu wizyt, mimo przyjaciół i licznych rozmów. Ciekawa jestem, ile czasu autorka potrzebowała, by zebrać te informacje i dotrzeć do chętnych do rozmowy Tajek i Tajów. Nasze przyjaciółki są w tej kwestii bardzo powściągliwe i mimo wielu lat znajomości, nie udało mi się z nich wyciągnąć niewygodnych dla Tajów informacji.

Reporterka pisze więc o ladyboys i ich wcale nie tak różowym życiu, o szkole gotowania w slumsach, o pracy prostytutek, które sponsorują całe pozostawione na prowincji rodziny, o duchach, o pełnej prostytutek Pattayi, o mniszkach, które oficjalnie wcale mniszkami nie są, o zawodniczkach muay thai, o mnichach, którzy wcale jak mnisi się nie zachowują, o rybakach, którzy giną w pracy i nikt nie wie, co się z nimi dzieje i wreszcie o fali uchodźców z Mjanmy. Nie ma tu ani jednego pozytywnego tematu, nie ma słowa o kraju uśmiechu, o pięknych krajobrazach, o pysznym jedzeniu, rozwoju gospodarczym, ale także nic o tsunami. To Tajlandia obdarta z pozłotki i dumy. Tajlandia smutna, pełna problemów, związana konwenansami, i bezsensownymi tradycjami. Tajlandia przedstawiona na wyrywki, w postaci krótkich migawek i impresji. Chętnie przeczytałabym więcej, poznała szczegóły, sposób zdobywania informacji. Jednym słowem po lekturze czuję lekki niedosyt.

Jabłońska zarysowała wiele tematów, o których można by pisać więcej. Z jednej strony można uznać, że taka krótka forma wystarczy, że problemy można przegadać i zagadać na śmierć. Nie oczekuję wcale jednak wałkowania tego samego tematu, myślę raczej o szerszej perspektywie. O Tajlandii mogę czytać i czytać - zresztą od lat chętnie sięgam po książki z Azji Południowo-Wschodniej, mam więc nadzieję, że autorka pokusi się o kolejną książkę.

Moja ocena: 4/6

Urszula Jabłońska, Człowiek w przystępnej cenie, 232 str., Dowody na istnienie 2017.


wtorek, 13 sierpnia 2019

"Niewidzialni" Roy Jacobsen


Spokojna, niespieszna narracja, brak szybkiej akcji, cisza, spokój, siły natury - brzmi mało zachęcająco, prawda? Tymczasem Niewidzialni bardzo mi się podobali. To powieść genialna w swojej prostocie, zarówno narracyjnej, jak i konstrukcyjnej i językowej. 

Maleńka wyspa Barrøy, na której mieszka rodzina nosząca takie samo nazwisko. Mama, tata, dziadek, ciocia i Ingrid. Życie na wyspie naznaczone jest przez naturę i ciężką pracę. Ale to właśnie natura i jej kaprysy decydują o życiu - kiedy siać, kiedy zbierać, gdzie paść owce, a gdzie krowy, kiedy łowić, kiedy solić i kiedy suszyć ryby, kiedy zbierać puch edredonów. W rodzinie mówi się mało, decyzje podejmuje się w samotności, zawiadamia o nich, gdy się dokonają. Do szkoły wyjeżdża się na dwa tygodnie, tam poznaje inne życie

Inne życie przynosi też zawijający czasem pastor albo wycieczka do miasta. Ojciec, który na zimę wyjeżdża na Lofoty przywozi pieniądze i podmuch innego świata. A potem ktoś umiera, ktoś się rodzi, ktoś wariuje. I życie się zmienia, a jednak pozostaje takie samo. Trzeba tylko zdecydować, czy warto dopuścić na wyspę postęp czy jednak jest dobrze, jak jest. 

Jacobsen opowiada o zwykłym, czasem wręcz nudnym życiu w taki sposób, że nie sposób odłożyć tę książkę. Opowiada zarazem prosto, jak i wyrafinowanie. Zwykłe, nieskomplikowane zdania przeplatają się z zaskakującymi metaforami. Czytelnik obserwuje, domyśla się, zastanawia, bo autor nie wszystko podaje wprost, pozwala na własną interpretację.

Powieść Niewidzialni pozwala także uszczknąć trochę ze zwyczajów Norwegów, zahacza o rolę kobiet, którym nie przysługuje nawet własne krzesło przy stole. Na Barrøy to się jednak zmienia, bo Ingrid jest córką i jedyną dziedziczką. 

Zaskakująco dobra powieść, mam wielką ochotę na kontynuację.

Roy Jacobsen, Niewidzialni, tł. Iwona Zimnicka, 280 str., Wydawnictwo Poznańskie 2018.

niedziela, 11 sierpnia 2019

"Lost in Fuseta. Spur der Schatten" Gil Ribeiro


Kolejny tom z Leandrem Lostem w roli głównej dostarczył mi równie dobrej rozrywki, co pierwszy. A może nawet większej, bo spora część akcji rozgrywa się w Lagos, mieście, które znam jak własną kieszeń.

Lost jest już prawie pół roku w Portugalii, zżył się z kolegami, a szczególnie z Gracianą i Carlosem, a oni nauczyli się obchodzić się z jego specyficznym stylem bycia. W tym tomie autor dużo szerzej opisuje objawy Zespołu Aspergera oraz sposoby Losta na radzenie sobie z tą przypadłością. Jego niesamowita, fotograficzna pamięć może być bowiem zarówno zaletą jak i wadą. Natomiast problemy z rozszyfrowywaniem emocji innych ludzi zdecydowanie utrudniają mu życie, szczególnie prywatne. Szczególnie odczuwa to siostra Graciany - Soraya, która nadal odczuwa wielką sympatię do Niemca, a on tego zupełnie nie zauważa. Ta książka to jednak przede wszystkim kryminał - a w tym tomie mamy dość ciekawą zagadkę. Akcja rozpoczyna się zaginięciem policjantki z Moncarapacho - wioski położonej niedaleko Fusety. Teresę wszyscy znali i jej niewyjaśnione zniknięcie jest bardzo niepokojące, szczególnie, że funkcjonariuszka nie zabrała ze sobą telefonu, z którym normalnie się nie rozstaje. Dość szybko okazuje się, że Teresa pojechała do Lagos, by w księgarni odebrać zamówioną książkę i tam też została zamordowana. Zagadkowa śmierć - kobieta nie miała wrogów, prowadziła spokojne życie, a jej wyjazd do Lagos wydaje się być zupełnie niewytłumaczalny. 

Niezachwiana logika Losta oraz świetna praca Isadory, wszechstronnej technik kryminalnej, rzucają inne światło na śmierć koleżanki po fachu. Okazuje się, że za morderstwem Teresy kryje się grubsza sprawa, wiążąca się z Angolą i uprowadzeniem żony i córki pewnego kucharza. 

I w tym tomie śledztwo jest bardzo portugalskie - Carlos chętnie delikatnie nagina prawo, korzysta z wszechstronnych kontaktów wśród mieszkańców Algarve oraz ich zamiłowania do plotkowania. Poszukiwaniom mordercy Teresy towarzyszy portugalskie słońce, portugalskie potrawy, słodkości i zwyczaje. Ribeiro ponownie przeplata akcję sporą dozą typowych dla Algarve informacji i ciekawostek.

Bardzo przyjemna i w wielu aspektach pouczająca lektura, której nie brakuje dowcipu i świetnych charakterów.

Moja ocena: 5/6

Gil Ribeiro, Lost in Fuseta. Spur der Schatten, 400 str., czyt. Andreas Pietschmann, Kiepneheuer & Witsch 2018.

sobota, 10 sierpnia 2019

"W świecie gry" Nick Eliopulos, Luke Flowers



- Mamo, musisz to przeczytać! - zawołał kilka razy do mnie syn, czytając tę książkę. Nie mogłam mu więc odmówić i chcąc, nie chcąc, zatopiłam się w świecie Minecrafta. Muszę przyznać, że nigdy dogłębnie się nie interesowałam tą grą i zakładałam, że polega tylko na budowaniu miast, wiosek, domów. Nie miałam pojęcia o zbieraniu umiejętności, niebezpieczeństwach i wielu innych kwestiach. Może dlatego, że mój syn wprawdzie w nią grywa, ale nie maniakalnie. Nie spodziewałam się zbyt wiele po tej książce, sądząc, że to kolejny marketingowy produkt, mający na celu wypromowanie gry.


Tymczasem to całkiem sympatyczna historia, opierająca się wprawdzie na grze, ale mająca także inne przesłanie. Ash przenosi się z rodzicami do innego miasta i musi rozpocząć naukę w nowej szkole. Nie jest to łatwe, zwłaszcza, że chłopak z jej klasy, Morgan, z którym wydaje się mieć najwięcej wspólnego ją ignoruje, a nawet odrzuca. Morgan ma bowiem bardzo fajną paczkę, do której należą Harper, Po i jego siostra Jodi. Ta czwórka świetnie się uzupełnia i nie potrzebuje nikogo nowego, jak sądzi Morgan. Jego niechęć podsyca jeszcze fakt, że Jodi zaprzyjaźniła się z Ash i wraz z nową koleżanką przygotowała nowy projekt naukowy na lekcje, który był fantastyczny.


Czwórka przyjaciół ma jeszcze jeden sekret. Dzięki nieco postrzelonej pani dyrektor. Nauczycielka ma bzika na punkcie wynalazków i po stworzeniu specjalnych okularów, zaprasza dzieci do ich wypróbowania. Okazuje się, że te okulary przenoszą ich do środka gry. Po początkowej ekscytacji, dzieci zaczynają tworzyć swoją wirtualną rzeczywistość, co wcale nie jest łatwe. Niebezpieczeństwa, które kiedyś groziły im tylko na ekranie, nagle stają się bardziej realna, a budowa wcale nie jest taka łatwa. Okazuje się, że potrzebna jest im kreatywność Ash. Morgan postanawia zaakceptować propozycję siostry i okazuje się, że Ash wcale nie jest przemądrzała, a wręcz przeciwnie. 


W książce jednak nie dominują rozdziały w świecie wirtualnym, uzupełniają one poniekąd ich życie szkolne - co mi się podobało. Sama akcja jest wciągająca i zaskakująca, kończy się w ciekawym momencie, dając nadzieję na kontynuację w kolejnym tomie. Myślę, że ta książka może być fajną zachętą dla dzieci, które niezbyt chętnie czytają. Sporo ilustracji, użycie różnych krojów czcionek, a przede wszystkim włączenie do akcji gry komputerowej mogą zachęcić do lektury.

Nick Eliopulos, Luke Flowers, W świecie gry, tł. Anna Hikiert, 143 str., Wydawnictwo Egmont 2019.

piątek, 9 sierpnia 2019

"Ucieczka z raju" Leah Chishugi


Chishugi przeżyła genocyd w Ruandzie. Gdy rozpoczęła się rzeź miała siedemnaście lat i malutkie dziecko, dotychczas wiodła dostanie, bogate życie, otoczona rodziną. Jej rodzice mieli plantacje kawy, domy w Ruandzie i ówczesnym wschodnim Zairze, do opieki nad dziesiątką dzieci służbę i pomoc. Mama Leah miała czas dla każdego dziecka, pracy w rodzinnym biznesie (niedokładnie wiadomo jakim i na czym praca polegała) oraz do szeroko zakrojonej pomocy biednym. Jednym słowem ucieleśnienie anioła. Autorka zresztą opisuje swoje życie w takich superlatywach, że staje się ono niewiarygodne, jak cała jej historia zresztą.

Nie chcę tu twierdzić, że nie wierzę w to, co przeszła. Raczej jej sposób przekazania tych przeżyć wywołuje takie wrażenie. Chishugi opisuje krok po kroku rozpoczęcie zamieszek i rzezi na ulicach Kigali, swoją wielogodzinną ucieczkę ze stolicy, wielodniowe przedzieranie się przez kraj w kierunku granicy, potworne zbrodnie, jakich była świadkiem. Podczas tej drogi towarzyszyła jej daleka kuzynka i opiekunka jej synka oraz półroczny Jean-Luc. Gdy kobiety docierają do granicy z Ugandą ich droga się nie kończy, przemierzają wiele krajów, przekraczają nielegalnie granice, w końcu rozdzielają się i Leah z synkiem sama dociera do RPA. Na swojej drodze spotykają mnóstwo dobrych ludzi, którzy bezinteresownie im pomagają, opłacają hotel, odzież, jedzenie, dają pieniądze. 

Mimo że autorka opisuje niewyobrażalne cierpienia, straszne sceny, ludobójstwo, traumę i jej skutki, to jej książka zupełnie nie porusza. Naszpikowana superlatywami proza jest sztuczna, niewiarygodna. Brak jakiegokolwiek umieszczenia w czasie denerwuje - kobiety przemieszczają się w jakichś abstrakcyjnych ramach czasowych, nie wiadomo ile kilometrów pokonują, nie wiadomo na jak długo zatrzymują się w każdym miejscu. Drobiazgowość nie jest konieczna, ale jakiekolwiek ujęcie historii w ramy uczyniłoby ją wiarygodniejszą. Co ciekawe nie wiadomo też skąd Leah ciągle bierze pieniądze. Podobno ma biżuterię, którą sprzedaje, ale trudno sobie wyobrazić, jak ją przenosi i ukrywa przed napastnikami. Podobno dostaje od dobrych ludzi pieniądze, ale także niewiadomo, jak udaje się jej je przenosić. Od czasu do czasu para się jakimś zajęciem, ale nigdy nie jest to konkretna praca zarobkowa, zupełnie nie wiadomo na czym spędza dni. Gdy dociera do RPA żyje biednie, na łasce innych ludzi, a jednak wyrusza do Anglii w złotych kolczykach i szykownym stroju. Podobnie w Anglii, stać ją na przeprowadzkę, stać na przeniesienie odnalezionej w Ugandzie rodziny do lepszego domu, na podróże z matką, na hotel, podczas gdy wykonuje tylko podrzędne prace. 

Mam wrażenie, że ta forma narracji zmarnowała materiał, jakim jest życie autorki, czyniąc z jej tragicznego losu, nudną opowieść. Podczas lektury nie odczuwałam żadnych emocji - ani współczucia, ani zmartwienia, ani radości, a należę do czytelników, których bardzo łatwo poruszyć. Jeśli planujecie zapoznanie się z prozą Ruandy, to zdecydowanie nie stawiajcie na tę książkę.

Moja ocena: 2/6

Leah Chishugi, Ucieczka z raju, tł. Hubert Górski, 312 str., Hachette 2011.

czwartek, 8 sierpnia 2019

"Zwierciadło Lidy Sal" Miguel Angel Asturias


Opowiadania Asturiasa bardzo głęboko zakorzenione są w mitologii Majów. Większość z nich to właściwie poetyckie wersje tych mitów. Na kartach tej książki roi się od bóstw, piękna i bogactwa natury, dźwięków, zapachów, odgłosów. Na próżno szukać tu akcji, wątków, narracji - te opowieści trzeba wdychać, smakować, odbierać wszystkimi zmysłami. Ale przede wszystkim, żeby je zrozumieć i umiejscowić w kontekście, trzeba znać kulturę i tradycje Majów.

Mnie tej wiedzy brakuje i pewnie dlatego trafiło do mnie tylko tytułowe opowiadanie, zresztą jedyne, które ma w miarę spójną fabułę. Opiera się ona na gwatemalskiej tradycji, która ma na celu złapanie męża. Podczas procesji wybranek musi założyć specjalny strój, który wcześniej przez kilka nocy zakładała na siebie zakochana w nim panna. Mężczyzna nie wie, kim ona jest. W tym opowiadaniu Lida jest biedną mulatką, pomywaczką, która marzy o bogatym Felipe. Dzięki pośrednictwu wioskowego mędrca dostaje szatę, nie może jednak spełnić jednego warunku - zobaczyć siebie w pięknym stroju w zwierciadle. Nie stać ją na lustro i nie zna nikogo, kto tak wielkie lustro by posiadał. Pomysł przejrzenia się w wodach jeziora kończy się dla niej tragicznie. 

Pozostałe opowiadania były zbyt surrealistyczne i poetyckie, bym mogła je zrozumieć. Ta niewielka książka to dobry sposób na poznanie tego noblisty, który jednak nie znalazł się w gronie moich ulubionych.

Moja ocena: 3/6

Miguel Angel Asturias, Der Spiegel der Lida Sal, tł. Wolfgang Promies, 135 str., Suhrkamp 1983.