Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

"Helena Wiktoria" Katarzyna Witerscheim





Gdy umiera Stanisław Kroll, właściciel ogromnej fortuny, okazuje się, że dziedziczką zostaje jego siostrzenica kilkuletnia Helena. Rodzina jest w szoku, bo spodziewano się, że spadek przypadnie dorosłemu bratankowi – Edwardowi. Mała Helena wyjeżdża z matką i traci kontakt z przyjacielem Arturem. Gdy dziewczyna wraca jest już niemal dorosłą idealną partią do zamążpójścia. Piękna i bogata przyciąga wielu kandydatów, ale też budzi w rodzinie złą krew. Fortuna to możliwość wywindowania rodziny do arystokracji! Helena nawiązuje kontakt listowny ze studiującym we Wrocławiu Arturem i zwierza mu się ze swoich problemów. W kolejnych tomach akcja nabiera rumieńców, bo pojawia się konkretny kandydat na męża, zubożały hrabia, który ma zdecydowanie inne preferencje sercowe. Helena próbuje wdrożyć się w sprawy finansowe, co nie zawsze jest łatwe i często doprowadza ją do rozpaczy. Zdecydowanie nie ma tu łatwych rozwiązań, bo wiele osób forsuje swoje interesy finansowe i sercowe. 

Witerscheim wprowadza w tych trzech powieściach graficznych wiele kolorytu lokalnego i historycznego. W rozmowach przewijają się trzy języki: polski, niemiecki i śląski, a ich statu zmienia się wraz z miejscem zamieszkania i środowiskiem. Autorce udaje się pokazać, że Śląsk to tygiel kulturowy, a w jednej rodzinie współżyje wiele tożsamości. Historycznie to okres sankcji wprowadzanych przez Bismarcka oraz problemach na kopalniach, którymi zarządza rodzina Heleny. Artur jako nosiciel polskiego nazwiska nie ma łatwego startu jako przyszły lekarz we Wrocławiu. I wreszcie mamy różnice klasowe – aspirująca z powodu majątku do arystokracji rodzina Krollów to ówcześni nowobogaccy. 

Autorka umiejętnie wprowadziła wątki LGBTQ, co akurat bardzo mi się podobało. Mniej sama postać Heleny – oczekiwałam od niej większej emancypacji i świadomości, widać jednak rozwój tej postaci i spodziewam się, że w kolejnych tomach będzie ciekawie. 

Co do samej kreski, to u mnie zachwytu nie ma. Zdecydowanie bardziej podobają mi się postaci męskie, żeńsie są na mój gust zbyt barokowe. 

Z przyjemnością przeczytałam te trzy tomy, przede wszystkim ze względy na śląskie tło – to zawsze dla mnie największy smaczek. 

Moja ocena: 4/6

Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Szlajfki, 190 str., Wydawnictwo Studio JG 2018.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Kusiki, 255 str., Wydawnictwo Studio JG 2020.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Ymocyje, 313 str., Wydawnictwo Studio JG 2024.

wtorek, 11 listopada 2025

"Krzywy kościół" Karin Lednická


Barbara mieszka w Karwinie, mieście górniczym i wiedzie szczęśliwy żywot. Ma udane dzieci i kochającego męża, a niebawem spodziewa się kolejnego potomka. W górniczej Karwinie wszyscy pracują na kopalni, gdy więc w 1894 zdarza się wypadek, niemal każda rodzina jest dotknięta tragedią. Nie inaczej jest w przypadku Barbary, która traci męża i syna. Kobieta wpada w rozpacz, a zgorzknienie będzie jej cechą aż do śmierci. Nie inaczej jest w przypadku małego Ludwika – i on traci ojca, a na wychowanie trafia do przypadkowej rodziny, która przygarnęła chłopca. Przyjaciółka Barbary – Julka – ucieka od agresywnego męża i szuka szczęścia w Ostrawie, gdzie w końcu znajduje miłość. Wreszcie córka Barbary – Basia – dzieli los wielu ciężko pracujących kobiet i matek, których mężowie pracują na kopalni. 

Te postaci i ich rodziny służą Karin Lednickiej do nakreślenia historii górniczej Karwiny – miasta, które już nie istnieje, bo współczesna Karviná powstała w innym miejscu. To jednak nie tylko dzieje górnictwa i opis skromnego, wypełnionego pracą życia, bo na ten rejon wielki wpływ miały wydarzenia ogólnoeuropejskie. I wojna światowa zabrała wielu mężczyzn, a wojenny lazaret zastąpił pobliskie sanatorium. Wraz z jej końcem nie nastąpił jednak pokój w tych okolicach – tereny między Cieszynem, Ostrawą czy Karwiną stały się kością niezgody między Polską, a nowo powstałą Czechosłowacją. Te walki bezpośrednio dotknęły mieszkańców, każdy mógł się stać celem nienawiści, a decyzja co do przynależności państwowej spędzała sen z powiek. Wiele z rodzin było mieszanych: polsko-czesko-śląskich, większość znała wszystkie języki. Jak w takiej sytuacji podjąć decyzję? 

O tym wszystkim pisze Czeszka, przyjmując perspektywę tych najbiedniejszych, najmniej wykształconych, najprostszych, którzy po prostu chcą żyć w pokoju, bez wojen, głodu i konfliktów. Lednická spisała sagę rodzinną, by zachować ówczesne nastroje, ale i pamięć o miejscowości, której już nie ma. Takie założenie jest jak najbardziej słuszne i dla mnie niemal gwarancją świetnej lektury, co potwierdzają wysokie oceny na portalu Goodreads. Tymczasem ja czytałam tę książkę wyjątkowo długo! Niestety Czeszce nie udało się uwieść mnie i spowodować zatopienie się w losach opisywanych postaci. Upatruję przyczyn w języku, który niestety nie ma potencjału angażującego. To raczej relacja, i to prosta relacja, nawet dialogi nie są "żywe". Bohaterek i bohaterów nie poznajemy przez ich czyny, lecz przez opisy ich działań, a te mają vibe wypracowania. Ten język jest drętwy i zupełnie nieporywający. Niestety uważam też za niezbyt udane tło historyczne – nie widzę tu faktycznej kroniki miasta, poza wybuchem na kopalni i stworzeniem uzdrowiska nie ma tu zbyt wiele miejskich opowieści. Spodziewałam się więcej kolorytu, opisu ściśle lokalnych wydarzeń, jakichś ważniejszych person, miejsc, a jest tego jak na lekarstwo. Brakowało mi też długo informacji na temat języka, Lednická dopiero na samym końcu wyciąga kwestię narodowości i języka, bo wtedy staje się aktualna w świetle wydarzeń politycznych. Rozumiem, że robi to celowo, ale równocześnie jej bohaterki i bohaterowie mówią przedziwną mieszanką, bo wplatają pojedyncze śląskie słowa, że aż się prosi, by choćby między wierszami wyjaśnić to czytelniczce, która nie zna historii Śląska Cieszyńskiego. 

Podchodziłam do tej książki, oczekując napisanej z rozmachem sagi rodzinnej z gruntownym tłem historycznym, więc moje rozczarowanie jest spore. Może rozpieściły mnie inne książki pisane w tym stylu, może faktycznie zbyt wiele oczekiwałam? To nie jest zła książka, ale w moim rankingu plasuje się bliżej czytadła niż dobrej powieści.

Za przekazanie mi tej książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

Moja ocena: 3,5/6

Karin Lednická, Krzywy kościół, tł. Joanna Goszczyńska, 448 str., Wydawnictwo Znak Horyzont 2025.

czwartek, 12 czerwca 2025

"Śląsk, którego nie ma" Kamil Iwanicki


Śląsk to mój hajmat i wszystko na jego temat mnie bardzo interesuje. Nawet jeśli książka skupia się na rejonach trochę odleglejszych od mojego miasta czy tematach nie leżących w bezpośrednim kręgu moich zainteresowań, to łykam wszystko. Bo Śląsk. Pozycja Iwanickiego zainteresowała mnie szczególnie ze względu na tytuł i tematykę – czuję wielki sentyment do miejsc ginących, ratowanych i zarośniętych. I w tej kwestii autor zaspokoił moją ciekawość.

Iwanicki na tapet bierze śląskie budynki, które zostały wyburzone, uległy powolnemu rozkładowi, miały szczęście zostać odratowane, zostały przebudowane, a nawet rewitalizowane. Opisuje więc pałace i rezydencje śląskich magnatów przemysłowych, familoki budowane dla tłumnie ściągających do pracy robotników, cmentarze niemieckie i żydowskie, kopalnie, huty, ale i masowo budowane po wojnie hotele, hale, wieżowce, dworce i bloki. Iwanicki bazuje na swoich własnych obserwacjach, przemierza śląskie miasta w poszukiwaniu niemieckich napisów, starych murów, resztek budynków czy nagrobków, śledzi historię ich właścicieli oraz zmianę funkcjonalności czy rozbudowę poszczególnych obiektów. 

Iwanicki bardzo skrupulatnie opisuje kolejne budowle, dba o zarys historyczny, przytacza życiorysy właścicieli lub mieszkańców, opisuje stan aktualny, potrafi też plastycznie przedstawić architekturę. W swoich relacjach opiera się na wielu źródłach, ale także osadza je w kontekście historycznym, nakreślając przemiany, jakie dotknęły ten region. Dla osoby, która ma jednak jakąś tam wiedzę, niekoniecznie głęboką, są to jednak oczywistości. 

Mimo tych wszystkich zalet, mam do tej książki sporo pretensji. Przede wszystkich na płaszczyźnie językowej. Styl Iwanickiego często jest bardzo szkolny, wielokrotnie powtarzane są te same frazy czy stwierdzenia ubrane w nieco inne słowa, tak jakby autor koniecznie chciał nadać każdemu rozdziałowi pointę. Dużo tu niezręczności, potknięć językowych i niekonsekwencji w kwestii języka niemieckiego. Straße czasem jest pisana tak, ale przeważnie jednak Strasse, Victor bywa Viktorem, brakuje znaków diakrytycznych, a w przypadku niemieckich słów czasem wielkiej litery. Być może są to drobnostki, ale ten prosty, szkolny styl jak i zamiłowanie autora do słowa industria zupełnie zepsuły mi lekturę. Mam wrażenie, że autorowi nie udało się wyjść ponad relację, swoisty przewodnik – mimo pracy włożonej w zbieranie materiałów ta książka jest tylko i wyłącznie ich sprawozdaniem i uporządkowaniem. Dobre są momenty, gdy autor odsłania samego siebie, ale jest ich za mało, by czytać tę publikację jako osobisty przewodnik, a za dużo, by widzieć tu reportaż.

Moja ocena: 3/6

Kamil Iwanicki, Śląsk, którego nie ma, 272 str., Wydawnictwo Editio 2025.

czwartek, 4 maja 2023

"Czereśnie od świętej Anny" Michael Sowa


 

To kolejna książka, po którą sięgnęłam ze względu na miejsce akcji. Wydawnictwo obiecywało Śląsk i faktycznie jest to Śląsk, ale opolski, który mi już tak bliski nie jest. Nie stanęło to jednak na przeszkodzie w lekturze, bo Sowa umieścił akcję swojej powieści w okresie bardzo ciekawym dla historii tego rejonu - tuż po II wojnie światowej z wycieczkami w lata 20. Główną bohaterką jest Lenchen - dziesięciolatka, która dorasta w Strzelcach Opolskich. Jej tata wywodzi się z rodziny polskojęzycznej (a właściwie śląskojęzycznej), u mamy mówiło sie w domu po niemiecku - ona i jej starsi bracia mówią więc tylko po niemiecku. Gdy do Strzelc przychodzi Armia Czerwona życie rodziny diametralnie się zmienia. Dzieci muszą się nauczyć nowego języka, matka znaleźć pracę, ojca zabrano. Sowa snuje swoją opowieść, plastycznie opisując warunki życia, problemy społeczne, ostracyzm, nadejście nowej władzy oraz specyfikę sytuacji na Śląsku. Tutaj ludzie dzielą się na kategorie, tacy z pochodzeniem, jakie ma Lenchen, nie mają szans na edukację, dobrą pracę czy pozycję społeczną. Uzdolniona matematycznie dziewczynka musi przerwać szkołę, by wspomóc rodzinę finansowo. Matka nie jest w stanie zarobić na czworo dzieci. Lenchen, która stała się Helenką, wyrusza do pracy, stopniowo układa sobie życie, wychodzi za mąż, nie wiedząc, że podążają za nią duchy przeszłości. Sowa bowiem uatrakcyjnił losy swojej bohaterki, wprowadzając wątek niespełnionej miłości i zemsty. W moim odczuciu zupełnie niepotrzebny. Samo życie oraz niepewna sytuacja Śląska i Ślązaków wystarczyłyby, by powieść nie straciła na swojej potoczystości. 

Mam jednak do treści kilka zarzutów formalnych - Sowa próbuje w powieści sprecyzować pojęcie przynależności państwowej, nie robi tego jednak konsekwentnie. Wrzucane raz po raz śląskie słowa nie wystarczą, by unaocznić czytelniczce, kto w jakim języku mówi, kto po której stronie się opowiada, kto jak się czuje albo wcale nie czuje. Ten temat jest zarysowany, jest dla akcji powieści ważny, ale się rozmywa. Brakuje tu głębszego tła, by wyjaśnić, dlaczego osoba czująca się Polakiem mówi po niemiecku, skąd poczucie śląskiej tożsamości (zwłaszcza tak wczesne, bo już w latach 20.), jak przebiegały wyjazdy do Niemiec itd. Znając powieści Twardocha i jego podejście do tematu, byłam w tym punkcie rozczarowana. Inna kwestia to postać kobiet - bardzo stereotypowa. Oczywiście nie jest tajemnicą etos śląskiej robotnej baby, ale Sowa przestrzelił w tej kwestii. Lenchen jako najmłodsza z rodzeństwa haruje na utrzymanie braci, którzy są całkowicie beztroscy. Ciągle się przewija temat, jak to się brudzą, niszczą ubrania, wygłupiają się. Naprawdę, nastoletni chłopcy, którzy stracili ojca, pozwalają, by matka i młodsza siostra tak na nich zapieprzały, podczas gdy oni beztrosko się bawią? Rozumiem, że należało odkładać na ich wykształcenie, nawet jeśli dziewczyna miała większe zdolności, bo wciąż panowało przekonanie, że to syna należy wysłać do szkół, ale tak absolutny brak pomocy z ich strony? Dziwne i denerwujące. Tutaj dużo bardziej podobała mi się Hanyska Heleny Buchner. Zaskakujące są też pamiątki, które Lenchen po jakimś czasie przegląda, mimo że na początku książki rodzina musiała opuścić dom i to z ledwie zawiniątkami w rękach. Dom zresztą się spalił. 

Mimo że Sowa pisze rzutko i ze swadą, to nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że wielokrotnie trafiam na zdania o niemieckiej składni (nagromadzenie przymiotników przed rzeczownikami, nienaturalny szyk w określeniach typu Helenki ławka, Helenki pokój, użycie przyimka "od" przed rzeczownikiem, nawet w tytule). Gdybym tę książkę czytała, może by mnie to aż tak nie raziło, ale w audiobooku uderzało mnie bardzo często.

Gdy już jestem przy audiobooku, to jest to absolutny k-o-s-z-m-a-r. Narzekałam tu już na lektorów wielokrotnie, ale to co z tej książki zrobiła Agnieszka Krzysztoń, to kabaret. Zacznijmy od Lenchen, której imię czytanie jest Len-CH-en. Serio, tak, cofnęłam nagranie, żeby się o tym przekonać, co właściwie nie było potrzebne, bo przecież to imię przewija się przez całą książkę. Za każdym razem, gdy słyszałam tę wymowę dostawałam drgawek. Imiona braci Reinhold, Jürgen i Willi to odpowiednio Reinhold przez e-i, Jürgen bez umlautu (co jestem w stanie wybaczyć) i Willi czytany z angielska przez ł. Z angielska czytany jest także Jospeh (tak, serio, dżozef). Czy ktoś może mi wytłumaczyć, skąd angielska wymowa imion w Strzelcach Opolskich w latach 50.? Już nie mówię o licznych słowach i nazwach niemieckich czytanych tak koślawo, że czasem trudno je zrozumieć - absolutna paranoja. W książce przewija się też sporo śląskiego, o którymlektorka także nie ma żadnego pojęcia i czyta go z jakimś dziwnym zaśpiewem, którego nawet nie potrafię zidentyfikować. Ponownie, zastanawiam się, jak reżyser mógł wybrać taką lektorkę i jak lektorka, wiedząc, że nie zna tych języków i nie ma w sobie gotowości, żeby się nauczyć poprawnej wymowy, mogła taką pracę przyjąć. Gdyby nie ten koszmarny audiobook, być może ta książka podobałaby mi się bardziej, ale pani Krzysztoń zrobiła z niej kabaret i zepsuła całą przyjemność ze słuchania.

Moja ocena: 4/6

Michael Sowa, Czereśnie od świętej Anny, czyt. Agnieszka Krzysztoń, 336 str., Wydawnictwo Lira 2022.

czwartek, 27 kwietnia 2023

"Darcie pierza" Anna Dziewit-Meller

 


To zbiór felietonów, które Anna Dziewit-Meller publikowała w Tygodniku Powszechnym i Polityce. Nie czytam już polskiej prasy, więc dla mnie wszystkie te teksty były nowe i mimo że publikowane w latach 2017-2021 zastraszająco aktualne. Piszę zastraszająco, bo Dziewit-Meller bierze na tapet tematy trudne, zapalne, polityczne, aktualne i, okazuje się, że właściwie wszystkie nadal są nierozwiązane, przyklepane, zapomniane, zaakceptowane jako nowa rzeczywistość.

O czym więc pisze autorka? O kryzysie na wschodniej granicy, o pedofilii w kościele, o polskiej szkole, o pandemii, o kobietach, szczególnie o kobietach!, o Śląsku, dużo o śląskości i języku, o inności, o przyzwoitości, o dzieciach. Teksty są krótkie, ale trafne, autorka często powołuje się na swoje aktualne lektury lub są one przyczynkiem do rozważań na bieżące tematy. Okazuje się, że chyba bez wyjątku zgadzam się z Anną Dziewit-Meller, mam podobne podejście do życia, poglądy, przekonania, a nawet śląsko-polską tożsamość. Dlatego zapewne tak dobrze czytało mi się te felietony. Wyobrażam sobie, że mogłabym usiąść z autorką nad kubkiem herbaty i rozmawiać bez końca. Rzadko podczas lektury esejów, felietonów czy książek autobiograficznych odczuwam takie pokrewieństwo dusz. 

Warto je sobie dawkować, nie czytać hurtem, jak ja to (oczywiście) zrobiłam, wtedy pewnie bardziej zapadną w pamięć, ale i skłonią do przemyśleń.

Moja ocena: 5/6

Anna Dziewit-Meller, Darcie pierza, czyt. Magda Karel, 176 str., Wydawnictwo Literackie 2022.

piątek, 21 kwietnia 2023

"Pokora" Szczepan Twardoch

 


Alois Pokora urodził się w górniczej, biednej rodzinie, na Śląsku, niedaleko Gliwic i pewnie podzieliłby los tatulka i bracików. Los, który obejmował pracę na kopalni, żonę, mnóstwo dzieci, biedę i picie wódki od czasu do czasu. Lojzikowi się jednak udało, bo zwrócił na niego uwagę proboszcz i sfinansował naukę w gimnazjum. Alois poszedł więc do Gliwic, do szkoły, potem do internatu, potem na studia do Breslau, a w końcu na wojnę. Na wojnie Alois zobaczył niewypowiadalne, został postrzelony, wylądował w szpitalu w Berlinie i pozostał bez środków do życia. Ogarnięte przez różne rewolucyjne siły miasto wciągnęło Aloisa w swoje trzewia, przemieliło, wypluło i wysłało z powrotem na Śląsk. 

Alois opowiada swoją historię życia zwracając się do Agnes - dziewczyny, którą poznał na stancji, gdzie zamieszkał w szkolnych czasach, jeszcze w Gleiwitz. Agnes zapanowała nad młodzieńczą wyobraźnią do tego stopnia, że chłopak nigdy o niej nie zapomniał i gotowy był spełnić każde życzenie kobiety. Ta demoniczna Agnes niszczy go, ale i ratuje, nadając sens życia. Bo Alois to człowiek pomiędzy. Pomiędzy rodziną, a warstwą społeczną, do której nie przynależy i nigdy należeć nie będzie. Pomiędzy niemieckością, śląskością i polskością. Pomiędzy Agnes, a życiem. Alois to człowiek bez właściwości, który płynie z nurtem, poddaje się mu i zwyczajnie próbuje przeżyć. To wreszcie człowiek bez korzeni, który nigdzie nie potrafi się odnaleźć i zadomowić. Wyrwany jako dziecko ze swojej rodziny nigdy nie został zaakceptowany przez wyższą klasę społeczną, a równocześnie odrzucony przez tę, do której przynależał. Zagubiony między przynależnością narodowościową, nigdy nie wybrał kierunku politycznego, który by popierał. Zamroczony młodzieńczą miłością zniszczył to, co mu było dane. Alois będzie podążał za kierunkiem, który się napatoczy, ale nigdy nie dowie się, czego właściwie od życia sam chce. 

Opisując losy Pokory, Twardoch z rozmachem pokazuje spory kawał historii - I wojnę światową, budzenie się państwowości polskiej, próby zagarnięcia Prus pod swój pazur przez przeróżne frakcje. Ta opowieść bije na głowę wszystkie podręczniki do historii. Jest pełna temperamentu, porywająca, frapująca, zagmatwana i nieoczywista. Tak jak narodowość Pokorów - bo jedni czują się Niemcami, a inni Polakami, a jeszcze inni sami nie wiedzą kim. Może Ślązakami? Ale tym pojęciem wcale się jeszcze nie operuje. Alois włada wieloma językami - swobodnie godo, mówi po polsku i niemiecku, poznał grekę i łacinę, angielski i francuski, ale to wcale nie pomaga mu w zidentyfikowaniu swojej przynależności państwowej. I pewnie nigdy by jej nie musiał identyfikować, gdyby nie rzeczywistość po pierwszej wojnie światowej i próby zagarnięcia Śląska przez Polskę i Niemcy. 

Twardoch fantastycznie opisuje tę płynną państwowość i narodowość, tę nadrzędną walkę o przeżycie, która nie daje przestrzeni na rozważania nad własną tożsamością. Kreacja Aloisa Pokory jest fantastyczna na wielu płaszczyznach - tej narodowościowej, ale także przynależności do konkretnej warstwy społecznej. Skok oczko wyżej nie może się udać, a Twardoch opisuje dlaczego. Oprócz Pokory mamy tu wiele innych ciekawych postaci - Agnes, Emmy, mamulki i tatulka, bracików i siostry Aloisa, proboszcza i kolegów Aloisa (tych, którzy go gnębili, ale i tych, którzy w jakiś sposób mu pomogli). Jest także wiele fantastycznych postaci drugoplanowych, jak szef Aloisa, który nazwisko dopasował do rzeczywistości (zresztą nie on jeden) czy wszystkie poznane w Berlinie osoby. Pojawiają się na chwilę, ale kształtują Aloisa i pozostawiają ślad. 

To jeden z nielicznych audiobooków, gdzie lektor nie zawiódł mnie na płaszczyźnie językowej. Książka naszpikowana jest niemieckim i śląskim i Michał Żurawski całkiem dobrze sobie radzi z tym wyzwaniem. Słychać, że nie zna niemieckiego, ale słychać też, że postarał się, by dobrze wymawiać nazwy, zdania, słowa, nazwiska. Na pewno nie było łatwo operować w trzech językach, ale Żurawskiemu się to udało.

Moja ocena: 5/6

Szczepan Twardoch, Pokora, czyt. Michał Żurawski, 518 str., Wydawnictwo Literackie 2020.

poniedziałek, 24 października 2022

"Od jednego Lucypera" Anna Dziewit-Meller

 


Tematyka śląska zawsze jest dla mnie magnesem i książkę Anny Dziewit-Meller od dawna planowałam przeczytać. Nie po raz pierwszy niepotrzebnie z lekturą zwlekałam, bo opowieść o rodzinie Solików wciągnęła mnie bez reszty, mimo że spodziewałam się bardziej reportażu fabularnego niż sagi rodzinnej.

Od jednego Lucypera to przede wszystkim powieść o kobietach, śląskich babach, które nie mają czasu na sentymenty, głupią godkę o uczuciach, bo je przeca tyle roboty, i trza łobiod narychotwać i pranie zrobić i chopu szłapy umyć i chałpa wypucować. Kaj by tam był czas na głupoty. W takiej właśnie zdominowanej przez kobiety rodzinie dorastała Kasia. Dodać należy, że to rodzina pełna tajemnic, bo niby czemu wszyscy mężczyźni z niej tak szybko znikają, czemu mama Kasi tak młodo umarła i kim jest tajemnicza postać na zdjęciu babci z komunii? 

Dziewit-Meller prowadzi swoją narrację dwutorowo. Jest więc Katarzyna, naukowczyni, która mieszka w Niderlandach, pracuje na uniwersytecie, pisze doktorat i próbuje zapomnieć o swojej rodzinie, z której ostała się już tylko babcia. Kasia odniosła sukces, zarabia przecież w euro, ma nawet panią do sprzątania. Nie ma jednak w sobie spokoju. Mimo że próbuje odciąć się od rodzinnych tajemnic i powiązań, to ta więź wciąż w niej tkwi i nie pozwala jeść. Nie pomoże na to żaden holenderski psycholog ani psychiatra. 

W latach 40. XX wieku tuż po wojnie cała Polska ruszyła do roboty, by odbudować nową ojczyznę. Kraj, w którym nie było miejsca na śląskość i obcość, za to wreszcie znalazło się w hutach i kopalniach miejsce dla kobiet. Do chorzowskiej huty ruszyła więc Maryjka Solik, starsza siostra Kasinej babci, która obiecywała sobie po tej pracy wyrwanie się z biedy i samodzielność. Dziewit-Meller opiera się tu na licznych tekstach archiwalnych, cytując ich fragmenty. Pozorne równouprawnienie kobiet oczywiście nie dawało im żadnej wolności, a jedynie dokładało pracy i zmartwień. Tak też było w przypadku Maryjki, która na własnej skórze doświadczyła niesprawiedliwości i chichotu historii. 

Od jednego Lucypera to powieść częściowo o śląskiej historii, o istocie śląskości kobiet i o rodzinnej toksyczności. To powieść z zacięciem feministycznym, ale głęboko osadzona w hajmacie, którego nie sposób się wyzbyć nawet na obczyźnie. To wreszcie powieść, która uwodzi językiem - opisywanym jako kwiecisty, ja go jednak odebrałam jako dosadny, nadający rzeczy słowo, różnorodny i cudownie śląski.

Dobra rzecz, ciekawa historia i świetnie opisany anturaż.

Moja ocena: 5/6

Anna Dziewit-Meller, Od jednego Lucypera, 304 str., Wydawnictwo Literackie 2020.

poniedziałek, 19 września 2022

"Drach" Szczepan Twardoch

 


Bardzo długo zwlekałam z tą lekturą. Drach leżakował na moim czytniku i czekał na lepsze czasy. I pewnie jeszcze długo by czekał, gdybym nie natknęła się na śląskie tłumaczenie i audiobook. Jako absolutna fanka języka śląskiego musiałam tej książki wysłuchać i była to dla mnie uczta, zakłócona jedyna niestety słabą wymową niemiecką. 

Twardoch nigdy nie mieścił się w gronie moich ulubionych pisarzy, ale Drach wykatapultował go niemal na szczyt. Ta książka mnie zahipnotyzowała, zachwyciła i zafascynowała. Słuchając jej, a potem przeglądając polską wersję na czytniku, wpadałam w ten sam trans, jak podczas indeksowania starych śląskich ksiąg kościelnych. Niekończące się listy nazwisk - urodził/-a się, umarł/-a, chrzest, ślub i tak się życie kręciło. Dla jednych znaczyło wiele, dla innych nic.

Drach jest dla mnie powieścią, która wyrasta z takich spisów śląskich nazwisk, śląskich imion, Ślązaczek i Ślązaków, którzy chodzili po ziemi, byli po niej rzucani przez koleje losów i historyczno-polityczne zawirowania i w niej kończyli żywot, tworząc maras albo nową ziemię. 

Pierwszą kwestią, która rzuca się podczas lektury Dracha, jest forma powieści. Wspomniany wyżej brak chronologii i linearności, ale i powtarzalność, która wprowadza czytelnika w pewien rodzaj melancholii.
Bardzo podobało mi się takie ujęcie, ten eksperyment językowy, mieszanie języków, powtarzanie nazw, stwierdzeń i określeń. Lubię grę formą, szczególnie jeśli autorowi uda się uniknąć kiczu lub sztucznej maniery. 

Na płaszczyźnie narracyjnej Twardoch relacjonuje losy rodziny Magnorów, ale czyni to wyrywkowo, pomija niektóre okresy, a inne uwydatnia. Pradziadek i prawnuk mogą się spotkać w tym samym miejscu, ale dzielić to spotkanie będzie kilkadziesiąt lat. Z tej przeplatanki wyłania się obraz kolejnych postaci rodu Magnorów, a przede wszystkim ich decyzji, decyzji podejmowanych w sekundę, które będą miały wpływ na ich być lub nie być w śląskim mikrokosmosie. Twardoch dotyka tematów dla Śląska typowych, gdzie ziemia stanowi największe dobro, a ludzie od lat zjeżdżają w jej wnętrze. Ta ziemia stanowi miejsce przepychanek granicznych, żywi, daje pracę i przyjmuje w siebie po śmierci. I to ona jest narratorką tej powieści, bezstronną narratorką, niezaangażowaną emocjonalnie w koleje losów poszczególnych postaci. W tych losach autor skupia się na początkowych latach XX wieku, na okresie powstań, na pierwszej wojnie światowej, na współczesności, o drugiej wojnie wspomina, ale okres powojenny już w większości pomija. Nie jestem pewna celowości tego zabiegu, ale podczas lektury nie odczuwałam tego braku. 

Największą siłą tej książki są opisy scen - świniobicia, starcia wojennego, spotkania ze słowackim żołnierzem przy torach itd. Te chwile, niby impresje, tworzą tak silną bazę, że nie odczuwałam potrzeby chronologicznego poznania życia bohaterów, choć zazwyczaj lubię, gdy autor jest bardziej drobiazgowy.

Świetna książka, która mocno trafiła w moją śląską wrażliwość. Będę wracać.

Moja ocena: 6/6

Szczepan Twardoch, Drach, tł. Grzegorz Kulik, 389 str., czyt. Dariusz Chojnacki, Wydawnictwo Literackie 2018.

niedziela, 1 maja 2022

"Kajś" Zbigniew Rokita


 

Książki o Śląsku czytam od dawna, właściwie odkąd zaczęłam odkrywać dla mnie samej znaczenie mojego hajmatu. Kajś leżał w orbicie moich zainteresowań praktycznie od ukazania się książki, ale odsuwałam w czasie tę lekturę, czekając na jakiś hipotetyczny dogodny moment. Kajsia w końcu wysłuchałam, w niekoniecznie idealnej interpretacji Wojciecha Chorążego. Nieidealnej, bo bardzo przeszkadzała mi jego nieznajomość niemieckiego i śląskiego.

Nie wiedziałam, czego się po Kajsiu spodziewać - nie wiedziałam, że otrzymam historię tak osobistą. Rokita zasadza swój reportaż bowiem na Gliwicach, a właściwie Ostropie, skąd pochodzi jego rodzina, a konkretnie śląska część jego rodziny. Tak jak bada swoje pochodzenie, bada istotę i pochodzenie Śląska. Krainy niedocenianej i przecenianej równocześnie. Autor próbuje zbliżyć się więc do Śląska, zagłębiając jego historię poprzez losy zbiorowe i indywidualne, poprzez język (a może gwarę?), poprzez zwyczaje (choć o nich tu niewiele) i wreszcie poprzez rozmowy. Rokita rozmawia z członkami swojej rodziny, ale też z osobami ze Śląskiem związanymi - pasjonat(k)ami, kryty(cz)kami, działacz(k)ami, profesor(k)ami, historykami i historyczkami, badacz(k)ami. Wiele z nazwisk jest mi oczywiście znanych i bardzo ciekawie było się na nie natknąć w tej książce.

Jest w reportażu Rokity śląskość dumna i wstydliwa, ta wszechobecna i ta skrywana przez wiele lata, jest śląskość bliska niemieckości i czeszczyźnie, ale także polskości, jest mała ojczyzna i wielki hajmat. Rokita stara się pochwytać i obrócić we wszystkie strony różne elementy tego regionu. Znajdzie się tu więc słynny dziadek z Wehrmachtu, ukryta frakcja niemiecka, niechęć do Sosnowca i robol z gruby, znajdą się powstania, godka, familoki, zanieczyszczenie powietrza i gleby. 

Największą siłą tej książki jest to, że Rokita osnuwa ją wokół historii swojej rodziny i swojej własnej dopiero odkrywanej śląskości. Tak jak zbliża się stopniowo do swoich własnych korzeni, tak stopniowo obiera z wierzchnich warstw istotę Śląska. Widać, że autor dopiero tej śląskości w sobie szuka i to nadaje reportażowi ciekawą perspektywę - ta postawa poszukiwacza i zbieracza, a także osoby z zewnątrz nadaje mu dystansu i zarazem bliskości. Ten balans wewnątrz nakreślonych historycznie granic ciągle się waha i przechyla: raz na stronę Niemców, raz na stronę Polaków, by nabrać równowagi po stronie Ślązaków. Rokita nie daje zresztą żadnych odpowiedzi - jego rozmówcy mają często sprzeczne poglądy, a czytelnik może wysnuć z nich swoją śląskość.

Ciekawa dla mnie książka, do której chciałabym wrócić na papierze, przynajmniej do niektórych fragmentów, szczególnie rozmów. Nie jest to na pewno reportaż, który dopełniałby moje przemyślenia, bo wydaje mi się, że w wielu kwestiach jestem przynajmniej o krok dalej, ale zawsze ciekawi mnie perspektywa innych Ślązaczek i Ślązaków.


Moja ocena: 5/6

Zbigniew Rokita, Kajś, czyt. Wojciech Chorąży, 320 str., Wydawnictwo Czarne 2020.

piątek, 24 września 2021

"Kōmisorz Hanusik" Marcin Melon

 



Kōmisorza Hanusika czytałam już kilka lat temu z ogromna przyjemnością, wiedziałam, że są kolejne tomy, ale nie miałam okazji po nie sięgnąć. Teraz skorzystałam z promocji i kupiłam wszystkie cztery części cyklu jako audiobooki. I to była świetna decyzja. Podczas słuchania bawiłam się przednio, Anna Krypczyk świetnie balansuje między językami: śląskim, polskim, angielskim, a nawet hiszpańskim. Dzięki słuchaniu tych książek, wrócił mój śląski w całej krasie, wróciły wspomnienia, nawet tonacja głosu babci czy dziadka. Taka imersja przez kilka dni zaskutkowała tym, że nawet po śląsku śniłam, za co jestem wdzięczna i autorowi, i lektorce, i wydawnictwu. 

Cykl Melona to jednak nie tylko sentymentalna podróż w przeszłość i lekkie historyjki, a świetnie przemyślana wizja Śląska. Śląska autonomicznego, gdzie nikt nie wstydzi się mówić po śląsku, gdzie każdy po śląsku mówić potrafi, gdzie ceni się śląskie zwyczaje, potrawy i baśnie. Gdzie nadal jest żywa wiara w śląskie stworki, gdzie powszechna jest znajomość historii tego regionu. 
W pierwszej części poznajemy więc Hanusika - Ślązaka, który dużą estymą darzy swoją babcię, jak się później dowiemy, to ona go wychowała. W kilkunastu opowiadaniach Melon wprowadza poszczególne śląskie stworki - beboki, połednice, fojermony, utopce, skarbnika. To właśnie one stoją za wieloma przestępstwami, ale by do tego dojść i uwierzyć trzeba kogoś takiego jak Hanusik. Kogoś, kto wychował się na śląskich baśniach i kogoś, kto jest w stanie w nie uwierzyć.
Co wiara w utopce i inne stwory może wywołać, dowiemy się w ostatniej opowieści tego tomu. 

Kolejna książka cyklu to już nie opowiadania, a powieść, w której Śląsk traci swoje prawa, język śląski jest zakazany, a stolica bacznie pilnuje tego, co się tutaj dzieje, by zapobiec kolejnej.... No właśnie, czemu należy zapobiec dowiecie się z książek. Nie wiedzie się dobrze ani w śląskiej policji, ani w poszczególnych urzędach. Gorole mają nad wszystkim pieczę i pilnują, by śląskość za bardzo się nie rozpanoszyła. Tymczasem po wydarzeniach z pierwszego tomu Achim Hanusik się stacza, odchodzi z policji i poświęca się piciu do nieprzytomności. Melon zręcznie przełamuje i obala wszelakie śląskie stereotypy, ale także balansując na delikatnej linii Ślązacy - Gorole. Fabuła zasadza się na historii słynnego śląskiego piosenkarza, jedynego któremu zezwolono śpiewać po śląsku. Cieszy się on ogromną popularnością, a jego nagła śmierć nie daje spokoju policjantom, zwłaszcza że Gorolom z Warszawy wydaje się bardzo na tym zależeć, by nikt się tą śmiercią nie zajmował. Ten tom nie jest jednoznaczny, Melon pokusił się tu o przedstawienie odwiecznych animozji między Śląskiem, a Warszawą, które na pewno nie jest łatwo przedstawić, zwłaszcza, że autor naturalnie nie zachował obiektywizmu. Mnie ta książka nie obruszyła, ani nie zniesmaczyła, ale potrafię sobie wyobrazić, że Gorole mogą być innego zdania. 

Kolejne dwa tomy to powrót do krótszych form, które jednak ściśle się ze sobą łączą. Melon bazuje na poczcie tych samych postaci, które pojawiają się jako postaci drugoplanowe, tak jak tytułowy Sznupok, ekspert od śląskiej historii. To właśnie dzięki niemu autor przemyca mnóstwo znanych na Śląsku wydarzeń, nie tylko tak wielkich jak powstania, ale na przykład wspomina powszechnie znanych przestępców, o których niegdyś szeptało się w całym regionie. Sznupok ukazuje czytelnikom ciekawe śląskie miejsca, takie jak zamek we Świerklańcu czy Pławniowicach, a także postaci np. Karola Godulę, o którym Amerykanie będą kręcić film. 
Autor wraca także do wysiedlania i zasiedlania Śląska tuż po wojnie - ta opowieść jest zresztą rewelacyjna i wspaniale ukazuje dezinformację ludzi pędzonych z jednego krańca Europy na drugi. Poznajemy także przeszłość Hanusika i wreszcie się dowiadujemy, dlaczego żyje samotnie. 

Powieści Melona to prawdziwa kopalnia wiedzy o Śląsku, nie tej książkowej, a tej ludowej, tej z gawęd i powtarzanych w domach opowieści. Dla Ślązaczek i Ślązaków to podróż sentymentalna wstecz, ale i zachęta do pielęgnowania języka, zwyczajów i całego hajmatu. Jestem zachwycona pomysłami autora, kreacją nieco utopijnego śląskiego świata, dyskretnymi aluzjami i umiejętną prezentacją śląsko-polskich animozji, bez podjudzania, bez wrogości, za to z ogromną dozą humoru. To są książki, do których będę wracać, by móc obcować z językiem mojego dzieciństwa, by wywołać w sobie poczucie swojskości i by na nowo się śmiać z wielu powiedzeń i pomysłów autora. 

Moja ocena: 6/6

Marcin Melon "Kōmisorz Hanusik", 222 str., Silesia Progress 2014.
Marcin Melon "Kōmisorz Hanusk. W tajnyj sużbie ślōnskij nacyje", 147 str., Silesia Progress 2015.
Marcin Melon "Kōmisorz Hanusik i Sznupok", 266 str., Silesia Progress 2016.
Marcin Melon "Umrzik we szranku", 208 str., Silesia Progress 2017.

wtorek, 13 października 2020

"Mimry z mamrami" Aleksander Lubina

 



Mimry z mamrami, mamałyga taka, plątania, zbieranina. Chaos, ale z sensem, z myślą przewodnią. Pomieszane języki, rozbuchane myśli, mądre i obrazoburcze. Takie, które współgrają z moim poczuciem świata i całkiem odwrotne. 

To myśli Hanka, który lubi gadać, lubi mieć zdanie, lubi się nim dobitnie dzielić. W swoich gawędach zawiera rys śląskiej historii, stosunków polsko-śląskich, współżycia i współistnienia Ślązaków i Niemców, i Polaków, i Czechów, i Żydów. Dużo tu osobistych wspomnień z dzieciństwa, bardzo mocno osadzonych w śląskiej tradycji, Hanek nie szczędzi opisów zwyczajów i śląskich obrzędów. Te fragmenty są bardzo nostalgiczne, wiele z nich przypomina mi moje dzieciństwo. By podążyć za słowami Hanka, dobrze znać śląski i niemiecki, dobrze jest orientować się w tematyce, bo Hanek nie tłumaczy, wykłada tylko swój światopogląd. I chętnie dzieli ludzi na elwrów, lebrów, hadziajów czy barbarów. Hankowi łatwo oceniać, zna swoje zdanie, jest go pewny i nie jest skłonny do kompromisu. Kategorycznie, dobitnie i bezpardonowo ogłasza swoje zdanie, nie unikając tematów bolesnych, trudnych i wstydliwych.

Po śmierci Hanka narrator odnajduje jego zapiski na kartach kalendarza i je przytacza - każde święto jest przyczynkiem do wspomnienia śląskich tradycji z nim związanych. Koniec książki do hankowe przykazania i prawdy. 

Czytałam tę książkę ze sporym dystansem oraz balansując między nostalgicznym wzruszeniem, a niezrozumieniem sposobu prezentacji swoich poglądów przez Hanka. Nie podobał mi się nie znoszący sprzeciwu i bezkrytyczny sposób, w jaki je demonstruje, niezależnie od tego, czy się z nimi zgadzałam. 
Książka natomiast zawiera cudowne, nastrojowe akwarele Grzegorz Chudego, które są wspaniałym uzupełnieniem lektury. 

Moja ocena: 4/6

Aleksander Lubina, Mimry z mamrami. Hanek i oni (elwry, lebry, pamponie, soronie, hadziaje i barbary) - albo o moich przodkach i zadkach, 80 str., Ligota 2016.

sobota, 7 kwietnia 2018

"Paula" Aleksander Lubina



Już kilka dni temu zaczęłam pisać o tej książce i zabrakło mi słów. Nadal nie mam dobrego pomysłu na tę recenzję. Z jednej strony to ważna powieść, z drugiej jednak wykonanie literackie zupełnie mnie nie przekonało. W zasadzie przeczytałam tę książkę dwa razy, ponieważ zawiera wersję polską i niemiecką, ale nadal do końca nie wiem, kto jest kim. 
Autor przedstawia życie jednej rodziny, nie tłumaczy jednak kto jest czyim dzieckiem czy rodzicem. Lubina od pierwszego zdania wrzuca nas w środek wydarzeń, co akapit zmieniając perspektywę i narratora. Z trudem składałam te okruchy w całość, a naprawdę nie jestem zwolenniczką wykładania wszystkiego, jak kawę na ławę. Myślę jednak, że w opowieściach, opierających się na losach, zakładam że prawdziwych, osób, powiązania powinny być klarowanie przedstawione.

Autor skupia się na tyglu kulturowym w jednej ze śląskich miejscowości - członkowie jednej rodziny mogą czuć się Niemcami, Polakami, Ślązakami albo przyjmować za swoje wszystkie te narodowości. Tak jak tożsamość, mieszają się języki, co przeskakując między śląskim, niemieckim i polskim przedstawia autor. Tutaj także mam zastrzeżenie - moim zdaniem robi to niekonsekwentnie, nagle wstawiając kilka słów z innego języka. Rozumiem, że ma to odzwierciedlać sytuację rzeczywistą, jednak takie wtrącenia były tak nagłe, że zakłócały rytm prozy. 

Brakowało mi tu szkieletu opowieści, głębszego rozpracowania postaci - niektóre sceny są obszerne, ciekawe nakreślone, wręcz żywe, a inne znowu pobieżne i lakoniczne. Autor zadbał o realizm, zamieszczając w tekście reprinty dokumentów, dotyczących życia opisywanych osób, ale czytelnikowi nieobytemu w śląskiej problematyce będzie bardzo trudno odpowiednio zrozumieć i zinterpretować historię. Nie są mi obce dzieje Śląska i Ślązaków, ale nawet korzystając z mojej wiedzy, było mi trudno dogłębnie przyporządkować wydarzenia i charaktery.

Wielka szkoda, ale książka nie jest dopracowana językowo - przydałaby się jej porządna redakcja i korekta. Szkoda, bo brakuje publikacji tego typu, a każda powieść, z której mogę dowiedzieć się czegoś o Śląsku jest cenna, zwłaszcza jeśli bazuje na życiu konkretnych osób.

Moja ocena: 3/6

Aleksander Lubina, Paula, dramat w kilku życiorysach, 133 str., Narodowa Oficyna Śląska 2014 - 2017.

środa, 6 września 2017

"Hanyska" Helena Buchner


Bardzo źle zrobiłam czytając Dzieci Hanyski przed lekturą tej książki. Niestety w takiej kolejności trafiły do mnie obie powieści. Dzięki lekturze Hanyski patrzę na cały cykl innymi oczami. Znając uprzednie losy bohaterów wiele faktów stało się dla mnie bardziej zrozumiałych oraz nabrało innego wymiaru. Ponadto pierwszy tom tej rodzinnej sagi jest zdecydowanie lepszy.

Marię Brunn poznajemy w ostatnich latach wojny, gdy mieszkańcy Śląska Opolskiego tkwią w zawieszeniu - niepewność jutra, systemu politycznego, a nawet własnej tożsamości nakazuje im podejmować decyzje, z których każda wydaje się być zła. Nadciągający Rosjanie budzą paniczny lęk - Ślązacy są bardzo przywiązani do swojego hajmatu i ziemi, którą sami uprawiają od wielu lat, a która należała do ich ojców i dziadków. Rozstanie z domem, obejściem i polem jest dla nich prawdziwym dramatem. Starzy nie chcą odchodzić, nie potrafią sobie wyobrazić, że znajomi od setek lat sąsiedzi mogą się obrócić przeciwko nim, nie wiedzą czego się spodziewać po Rosjanach i nawet nie przypuszczają, że niebawem do ich domów zaczną wprowadzać się przesiedleni zza Buga Polacy. W każdym domu rozgrywa się mały dramat. Ci którzy zostali muszą patrzyć, jak roztrwoniony zostaje dobytek ich życia, oddawać Rosjanom jedzenie kosztem życia dzieci, a ci, którzy uciekli, skazani są na tułaczkę, biedę i wyobcowanie. Maria po początkowym wyjeździe do Niemiec, gdzie zaznała tylko poniewierki i gdzie szczęśliwie spotkała zaginionego męża, decyduje się na powrót. Ta decyzja zaważy na jej dalszym życiu, zdeterminuje los małżeństwa i dzieci, wymusi deklaracje narodowościowe i polityczne. 

Buchner na podstawie życia rodziny Brunnów opisuje skomplikowane losy Ślązaków. Mieszkańcy podopolskich wsi byli przeważnie osobami prostymi, mało obeznanymi politycznie, niewykształconymi, prowadzącymi skromne, wypełnione ciężką pracą życie. Nie mieli szans z poradzeniem sobie w świecie, w którym trzeba było deklarować narodowość, wybierać język, szkoły i ludzi, którym można zaufać. 

Język Buchner pozostawia wiele do życzenia także w tej książce. Żałuję, że swoim stylem odebrała temu ważnemu tematowi powagi. Ciągłe potknięcia stylistyczne i monotonne zdania umniejszały jakość lektury. Niemniej to ważna i zapewne mało znana część historii Śląska, ale i Polski, dlatego polecam z serca tę książkę.

Moja ocena: 4/6

Helena Buchner, Hanyska, 187 str., Silesia Progress 2016.

piątek, 14 lipca 2017

"Dziedzictwo" Eva Tvrdá


Tak się ciekawie złożyło, że całkiem niedawno mój dobry kolega zza południowej granicy, doszkalał mnie na temat Kraiku Hulczyńskiego, o którym, muszę przyznać, poza nazwą nic nie wiedziałam. Minęło kilka tygodni, a przywędrowała do mnie książka, której akcja rozgrywa się właśnie w tym regionie. Autorka opowiada historie prostych, ciężko pracujących ludzi, którzy bardzo silnie związani są ze swoją małą ojczyzną. 

Pierwsza, najdłuższa opowieść rozpoczyna się w 1933 w przeddzień ślubu młodziutkiej Agnes. Dziewczyna trafia do rodziny, gdzie nie jest kochana, cichego sprzymierzeńca ma tylko w teściu. Teściowa i brat męża okazują jej jawną nienawiść, a jako zwolennicy Hitlera czują się powołani do wyższych czynów. Szczególnie Johann, który kryguje się przed pracą w gospodarstwie i robi karierę jako jeden z najgorętszych zwolenników nowej władzy. Agnes sceptycznie podchodzi do polityki, jako jedna z nielicznych nie cieszy się z wkroczenia niemieckich żołnierzy do Kraiku Hulczyńskiego. Boi się wojny. Jej życie to ciężka praca i opieka nad dziećmi. Wojna jednak nadejdzie, zabierze jej męża i nadzieję. 

Tvrdá niezwykle zajmująco opisuje zwykłe życie prostej kobiety. Po wojnie Agnes stanie przed trudnym pytaniem o tożsamość - jej gwara jest bardzo odmienna od języka czeskiego, w którym nagle wszyscy mówią i którego jej dzieci uczą się w szkole. Jej przeszłość, zwyczaje i historia różne od narzuconych przez władzę. Jej życie jest gorzkie, trudne i pełne rozczarowań.

W drugiej części książki Tvardá zawarła krótkie opowiadania luźno związane z historią Agnes. Pojawią się w nich postaci czytelnikowi już znane, jak i całkiem nowe, których losy pokrzyżowała wojna. Najciekawsze są oczywiście historie postaci, które w jakiś sposób były związane z główną bohaterką pierwszego opowiadania - synową czy szwagierką. Taka konstrukcja książki daje dużo pełniejszy obraz losów mieszkańców tego regionu Czech - spoglądamy na nie poniekąd z zewnątrz, oczami Czechów, poznajemy także historie innych mieszkańców hulczyńskich wiosek. Cudownym uzupełnieniem są stare fotografie z archiwum autorki - uwielbiam studiować takie zdjęcia!

Bardzo podobała mi się powieść pochodzącej z Opavy Tvrdej, dobrze napisana i świetnie przetłumaczona nie pozwoliła mi się oderwać od czytania choćby na chwilę. 

Moja ocena: 5/6

Eva Tvrdá, Dziedzictwo, tł. Karolina Pospiszil, 134 str., Silesia Progress 2016.

czwartek, 13 lipca 2017

"Dzieci Hanyski" Helena Buchner


Ta książka znalazła się u mnie w bardzo nietypowy sposób. Od lat niewidziana szkolna koleżanka przywiozła mi ją do Portugalii i przekazała. Do niej zaś książka dotarła z Klubu Twórców Górnośląskich Karasol, o którym wcześniej nigdy nie słyszałam. Gdy przyjadę (niebawem!) do Polski, książkę przekażę dalej.

Dzieci Hanyski to kontynuacja powieści Hanyska, której niestety nie znam. Nie lubię czytać drugich tomów, bez znajomości pierwszego, ale w tym przypadku nie miałam wyboru. W kilku momentach brakowało mi znajomości uprzednich dziejów głównej bohaterki, ale z podanych informacji, mogłam się wielu faktów domyślić. 

Maria Brunn pochodzi ze Śląska Opolskiego - czuje się Ślązaczką, ale po wojnie nagle staje się Niemką. Oficjalnie Niemką, ale dla ludności napływowej jest niemrą i hanyską, którą należy nienawidzić, za krzywdy jakie wyrządził Polakom Hitler. Maria żyje więc między dwoma światami i na próżno próbuje zdefiniować swoją narodowość. Czasem jest bardziej Niemką, Polką raczej nigdy, najbardziej jest po prostą Ślązaczką, która kocha swój hajmat. W jeszcze gorszej sytuacji są jej dzieci, które szkoły wychowują na Polaków. O ich pochodzeniu ciągle przypomina im jednak otoczenie - dzieci i młodzież wyśmiewają się ze śląskiej gwary, a nauczyciele w szkole szykanują jako Niemców. Ich jedynym wyjściem jest jak najszybsze dopasowanie się do sytuacji.

W okresie powojennym wielu Ślązaków opuściło Polskę, jako Niemcy otrzymali pozwolenie na wyjazd i najczęściej z ogromnym smutkiem pożegnali swoją małą ojczyznę. Mieszkając już w Niemczech spotkałam taką rodzinę - przyjaciółka mojej teściowej zawsze bardzo boleśnie wspominała ten czas i specjalnie dla moich rodziców wróciła do mówienia w niemal zapomnianym już przez nią języku polskim. Dlaczego więc nie wyjechała książkowa Maria? By dogłębnie zrozumieć tę kwestię, trzeba znać treść Hanyski - zakaz ma bowiem podłoże w wydarzeniach wcześniejszych oraz w prywatnej zemście urzędnika, decydującego o wyjazdach. Mężowi Marii udało się uciec, w Polsce wydano na niego zaocznie wyrok śmierci. Paul mieszka w Berlinie, a jego kontakty z rodziną są coraz luźniejsze. Dzieci niemal nie pamiętają ojca i do pomysłu wyjazdu odnoszą się sceptycznie. Maria jednak uparcie składa kolejne podania, związana obietnicą daną uciekającemu mężowi. To już nawet nie jest kwestia uczucia, lecz poczucia obowiązku.  Przyzwyczaiła się przecież do samotnego życia i wychowywania czwórki dzieci. Jedno z nich nie jest jej własne, przygarnęła synka zamordowanych niemieckich sąsiadów. 

Buchner opowiada skomplikowane losy tej rodziny - rozterki, niepewność przyszłości, niemoc podjęcia właściwej decyzji, ale także codzienne trudne sprawy. Maria ciężko pracuje na stacji kolejowej, dzieci oprócz nauki w szkole dużo pomagają w gospodarstwie i zmagają się ze swoimi problemami, o których wspominałam już wyżej. Ich śląskie, wiejskie pochodzenie jest świetnym celem szyderstw opolskiej młodzieży i nauczycieli. Starsze córki przeżywają swoje pierwsze miłości, Erika związuje się z Polakiem, którego matka jest jej bardzo nieprzychylna, Lisa także zakochuje się w polskim chłopcu, nawet nie spodziewając się jego o wiele bardziej dla swojej rodziny niekorzystnego pochodzenia. 

Warto sięgnąć po tę książkę, by poznać losy rodziny Brunnów, które na pewno są reprezentacyjne dla setek Ślązaków. Spodziewam się, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego trudnego dla Śląska okresu. Zaletą prozy Buchner jest jest wartkość oraz ciekawa fabuła, niestety ma ona także wady. Nie mogłam strawić stylu autorki. Jej język jest koszmarny - składnia zdań urąga jakimkolwiek zasadom języka polskiego. Bardzo chciałam wierzyć, że ten styl ma jakiś głębszy sens czy zamiar ale niestety nie widzę w nim żadnej konsekwencji. Cała powieść napisana jest w czasie przeszłym bardzo prostymi zdaniami, w których orzeczenie najczęściej znajduje się na końcu. Myślałam, że Buchner może chciała stworzyć język zainspirowany językiem śląskim czy niemieckim, ale jeśli tak, to niestety nie wyszło jej to zupełnie. Owszem po niemiecku czasowniki bardzo często są na końcu, ale w czasie przeszłym znajduje się tam zaledwie imiesłów. Znalazłam też wiele zdań, w których orzeczenie zostało przerzucone na początek, gdzie po niemiecku na pewno nigdy by się nie znalazło. Ale nie tylko czasowniki mnie przyprawiały o gęsią skórkę, ale także liczne powtórzenia czy nagminne zaczynanie zdań od już. Taka składnia powoduje, że ksi ążka ma raczej formę relacji, a nie opowieści, gawędy. Autorka wiele razy podkreśla w narracji, że któraś z osób odpowiedziała po śląsku. Dlaczego więc nie wprowadziła elementów języka śląskiego? Są tu zaledwie pojedyncze wyrazy, co ponownie podkreśla jej językową niekonsekwencję. Wyobrażałabym sobie w tego typu powieści wiele więcej śląskości na płaszczyźnie językowej. 

Szkoda mi bardzo, że styl Buchner umniejszył mi przyjemność lektury, bo to bardzo wartościowa i potrzebna książka. Dla wielbicieli i entuzjastów Śląska to oczywiście mus ale myślę, że zaciekawiłaby każdego czytelnia, niezależnie od pochodzenia. Jeśli tylko byłby w stanie przymknąć oko na styl.

Moja ocena: 3,5/6

Helena Buchner, Dzieci Hanyski, 201 str., Silesia Progress 2017.

piątek, 10 kwietnia 2015

"Pokład Joanny" Gustaw Morcinek



Oprócz nieśmiertelnego Łyska z pokładu Idy, którego nota bene mam zamiar sobie przypomnieć, nic Gustawa Morcinka nie czytałam. Jako że jest to jeden z największych twórców śląskich, czułam, że powinnam bliżej poznać jego prozę. Żałuję jednak, że nie sięgnęłam po Wyrąbany chodnik, pisany w latach międzywojennych, ponieważ uhonorowany Państwową Nagrodą Literacką Pokład Joanny wydał mi się pisany pod ówczesny ustrój polityczny.

Na przykładzie pokładu Joanny w kopalni Arnolda, Morcinek opisuje historię Śląska oraz zmiany w pracy górnika. Poczynając od powstania pokładu, nazwanego na cześć Joanny Gryszczyk von Schomberg-Godula po wczesne lata powojenne, autor drobiazgowo opisuje warunki pracy górnika, oraz zmiany polityczne i kulturalne zachodzące na Śląsku od XIX wieku. 
Legendarny Karl Godula, wywodzący się z pospólstwa samotnik, dochodzi dzięki swojemu sprytowi do ogromnej fortuny. To tak niespotykane, że po Śląsku krążą legendy o pakcie z diabłem. Gdy swój majątek przepisuje równie nisko urodzonej małej Joasi, plotkom nie ma końca. Joanna jest swoistą patronką nazwanego na jej cześć pokładu zwanego Johanna-Flöz. To wyjątkowo trudny pokład, niebezpieczny, pechowy ale uparcie eksploatowany ze względu na zawartość szczególnie dobrego węgla. Kolejne pokolenia górników kochają to miejsce i traktują je jak drugi dom. Morcinek bardzo sugestywnie opisuje tę szorstką miłość - zapach węgla, fakturę ścian, instynktowne wyczuwanie niebezpieczeństwa, surowe koleżeństwo wśród górników oraz ich wierzenia w Szarleja czy może Ziemskiego Ducha. 

Pokład Joanny to hymn na cześć ciężkiej pracy. Obrazowe opisy pracy na czworakach, w ciemnościach, w stałym poczuciu niebezpieczeństwa wyraźnie uświadamiają jak zmieniały się jej warunki. Stopniowo wprowadzane maszyny ułatwiały ale też powodowały nowe niebezpieczeństwa. Równocześnie Morcinek wskazuje jak mizerne wynagrodzenie otrzymywali pracujący mężczyźni i jak bardzo na ich pracy bogacili się właściciele kopalni. Te rozważania prowadzą do opisu rodzenia się wśród górników myśli rewolucyjnej. Autor podkreśla konieczność walki o lepszy byt, warunki i wynagrodzenie gładko przechodząc do gloryfikacji marksistowskich idei i do wskazania sielanki jaka następuje po wojnie, gdy kopalnia należy do górników, którzy pracują teraz tylko dla siebie. Warto na pewno pominąć te socjalistyczne wtręty, by skupić się na wątku górniczym oraz na wątku historycznym. Morcinek wiele miejsca poświęca walce o polskość Śląska, opisuje powstania, idee Karola Miarki oraz sytuację na Śląsku podczas II wojny światowej. To cenne, szczegółowe informacje, które powinien znać każdy Ślązak i każda Ślązaczka.

O tej książce pisała także nutta tutaj.

Moja ocena: 4/6

Gustaw Morcinek, Pokład Joanny, 452 str., Wydawnictwo Śląsk 1983.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:


niedziela, 5 kwietnia 2015

"Kōmisorz Hanusik" Marcin Melon


Moje drugie spotkanie z literaturą śląską było wyjątkowo udane. Marcin Melon stworzył książkę unikatową. Kōmisorz Hanusik z założenia ma być kryminałem, jeśli jednak spodziewacie się powieści o zawrotnej akcji to lepiej się z Kōmisorzem nie zaznajmiajcie. Książka Melona to raczej zbiór opowiadań, które łączy postać Hanusika - Ślązka pełną gębą, samotnika o mocnej głowie, który nie stroni od różnych uciech doczesnego żywota.

Każde z opowiadań poświęcone jest innemu przypadkowi, którymi zajmuje się Kōmisorz. Wszystkie jednak coś łączy - ludowe opowieści czyli magia śląskich wierzeń. Melon wprowadził na karty swojej powieści całą gamę śląskich beboków - nie brak tu skarbnika, nie brak utopca, połednicy czy Fojermona. I właśnie owe beboki są najmocniejszą stroną tej książki. Każde śląskie dziecko o wielu tych postaciach słyszało, dla mnie to była niezwykle nostalgiczna wyprawa w dzieciństwo. Co więcej jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad ich etymologią, mojej wiedzy daleko do systematyczności i bardzo jestem wdzięczna autorowi za przypomnienie mi tego tematu, który od teraz awansuje do ścisłego kręgu moich zainteresowań.

Książka Melona to jednak nie tylko powrót do śląskiego folkloru, to także wizja współczesnego Śląska. Melonowy Śląsk jest silny, autonomiczny niemal, Ślązacy są dumni ze swojej godki i nie wstydzą się własnej kultury, no i bez pardonu podśmiechują się z goroli. Książkowy Śląsk się zmienia, niektóre z miast upadają, niektóre rozkwitają - przekonajcie się sami!

A sam Achim Hanusik to swojski chłop - samotnik, wychowany przez babcię, lubi pohulać, ale nie boi się też roboty. Typowy Ślązak, można by powiedzieć. Sympatyczny i kanciasty zarazem.

Śląski Melona czytał się dużo łatwiej niż w przypadku "Listów z Rzymu". Tematyka policyjna i codzienne życie są łatwiejszym tematem, a i autorowi świetnie udało się oddać gwarę. W wielu miejscach pękałam ze śmiechu, wiele razy przypomniałam sobie o już zapomnianym słowie, a po lekturze naszła mnie przemożna ochota pogodoć, niestety czytałam tę książkę w drodze ze Śląska. Z przyjemnością sięgnę po kolejny tom o Hanusiku, a Ślązaczkom i Ślązakom z serca polecam tę pyszną książkę!

Moja ocena: 6/6

Marcin Melon, Kōmisorz Hanusik, 222 str., Wydawnictwo Silesia Progress.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:


piątek, 30 stycznia 2015

"Listy z Rzymu" Zbigniew Kadłubek



Ta książka była dla mnie absolutnie nowym doświadczeniem czytelniczym. Jeszcze nigdy nie czytałam żadnego utworu pisanego po śląsku! Początkowo musiałam się nawet przyzwyczaić do czytania w tym języku, wizualnie oswoić się z sylabami, głoskami, dźwiękami, a przede wszystkim treścią. Dla mnie język śląski jest językiem domowym, w którym opisuje się codzienność, żartuje, przeklina i zwyczajnie rozmawia. Nigdy w tym języku nie rozmawiałam na poważne, naukowe tematy. Kadłubek tymczasem udowodnił, że można w nim snuć egzystencjalne rozważania, analizować istotę czasu i przemijania oraz stawiać śląski na równi z innymi językami. To ostatnie najbardziej widoczne jest w zdaniach, gdzie słowa włoskie czy niemieckie stoją obok śląskich. Dla mnie, fascynatki języków i lingwistyki to prawdziwa uczta czytelnicza.

Kadłubek jest w Rzymie, snuje się po uliczkach, błąka po zaułkach, tęskni i pisze. Pisze listy do ukochanej, w których na równi opowiada o swoich niemocach i bolączkach jak i o kondycji Śląska i jego mowy. Autor ubolewa nad brakiem akceptacji, uznania dla równorzędności języka śląskiego oraz ignorowania sytuacji Ślązaków. W gorzkich słowach wyraża się o braku zainteresowania ze strony kolejnych polskich rządów. 

Równocześnie autor stara się uchwycić istotę jestestwa Ślązaka - człowieka bezdomnego, nieukorzenionego, bezpaństwowego. Człowieka o stoickim spokoju, które wie jak dopasować się do kolejnych zawirowań historycznych. Zachwyciło mnie stwierdzenie:

"Bycie Ślonzokym to je stan duszy, a niy żodne obywatelstwo."

Bardzo prawdziwe słowa. I w pewnym sensie smutne. Gdy Kadłubek pisze, że Ślonsk sie traci to ogarnia mnie przerażenie, ale wiem, że ma rację. Rzadkie języki wymierają, małe społeczności zanikają, padają ofiarą globalizacji, unifikacji i powierzchowności. 
Poruszyły mnie cytowane przez autora słowa Kazimierza Kutza, który twierdzi, że by Śląsk zrozumieć, trzeba z niego wyjechać. Temat hajmatu i przynależności narodowej interesuje mnie szczególnie ale jestem niemal stuprocentowo przekonana, że niekoniecznie by tak było, gdybym została w kraju. 

Wyjątkowe przeżycie literackie, polecam Ślązaczkom, Ślązakom i tym, którzy chcą zrozumieć Śląsk.

Moja ocena: 5/6

Zbigniew Kadłubek, Listy z Rzymu, 96 str., Wydawnictwo Silesia Progress.



Za przekazanie książki dziękuję wydawnictwu Silesia Progress:


środa, 10 grudnia 2014

"Pierony" Dariusz Kortko, Lidia Ostałowska




Wychowałam się na Śląsku, jestem Ślązaczką, kocham język śląski, śląskie tradycje i potrawy. Wiele lat intensywnie zajmowałam się genealogią mojej rodziny, a przy okazji historią mojego heimatu. Pierony to publikacja jakby stworzona dla mnie i książka, którą każdy mieszkaniec Śląska powinien poznać. 

Autorzy postarali się o jak najbardziej obiektywny i obszerny obraz Śląska, zbierając reportaże od połowy XIX wieku po lata 90-te wieku XX. To czas, w którym Śląsk uległ największym przemianom - okres rewolucji przemysłowej, powstania Katowic, tworzenia się państwowości polskiej na tym obszarze, powstań Śląskich, II wojny światowej i wreszcie PRL-u. 

W Pieronach zebrano utwory niemieckie, polskie, czeskie i żydowskie, są tu reportaże takich sław jak Wańkowicz, Iwaszkiewicz czy Krall, ale także opowieści czy listy zwykłych, nikomu nie znanych mieszkańców Śląska. Wiele z tych tekstów po raz pierwszy ukazało się drukiem. Różnorodne pochodzenie tekstów ma wpływ na ich odbiór. Niektóre mnie nudziły lub mniej interesowały, inne wręcz pochłaniałam. Na pewno zależne jest to od osobistych zainteresowań, dla mnie najmniej ciekawe były teksty początkowe, a najbardziej fascynujące te z czasu wojen i PRL-u. 

Największą zaletą zbioru jest zdecydowanie ogromna różnorodność publikacji, możliwość przeczytania o tym samym wydarzeniu z różnych perspektyw. Duże wrażenie zrobiły na mnie polski i niemiecki tekst o rozpoczęciu II wojny światowej w Katowicach. Relacje autorów nie mogły być bardziej odmienne. Wiele tekstów miało dla mnie nieoceniony ładunek poznawczy, tak jak te o powstaniu Katowic i życiu miasta w XIX wieku, inne znowu bardzo poruszyły mnie emocjonalnie, przede wszystkim listy Józefa Smyczka z frontu - czułe, zaskakująco uczuciowe, wzruszyły mnie do łez. Podobnie przejmujący jest reportaż o odnalezieniu po siedmiu dniach zasypanego Alojzego Piontka.

Najważniejsze jednak były dla mnie teksty traktujące o poszukiwaniu własnej tożsamości narodowej przez Ślązaków, którzy zawsze żyli na pograniczu, czerpiąc z kultury polskiej, niemieckiej i czeskiej. Ich tożsamość była bardzo labilna aż do połowy XX wieku, mimo intensywnych działań rządów zainteresowanych państw, by w mieszkańcach Śląska wyrobić poczucie przynależności. Te rozważania pociągają za sobą opis śląskiej duszy i charakteru. Wiele tekstów traktuje o fenomenie Ślązaka - człowieka nieco oschłego, niezwykle pracowitego, unikającego pokazywania uczuć. Czytając te reportaże nie mogłam nie porównywać tej wiedzy z moimi spostrzeżeniami. Choć może pisząc porównywać mylę się, wiele z tych spostrzeżeń dopiero otwarło mi oczy na fakty przecież dobrze mi znane. 

Reportaże z okresu II wojny światowej oraz powojenne były dla mnie najbardziej namacalne. Te pierwsze z jednej strony usystematyzowały moją wiedzę, np. na temat kennkart, a z drugiej przypomniały opowiadania babci, która zawsze dała się naciągnąć na wspomnienia. Teksty powojenne unaoczniły bardziej wyraziście konflikt między gorolami i hanysami. A reportaże najnowsze mogłam już konfrontować z własnymi przeżyciami i spostrzeżeniami. 

Książka zawiera arcyciekawe noty biograficzne wszystkich autorów reportaży oraz słowniczek, przydatny przede wszystkim tym, którzy nie znają języka śląskiego czy niemieckiego. 

Autorzy Pieronów zachęcili mnie do sięgnięcia po książki Morcinka, to wstyd, że tak mało znam prozę tego chyba najwybitniejszego śląskiego pisarza.

Pozycja obowiązkowa, godna polecenia, może idealny prezent pod choinkę?

Moja ocena: 5/6

Dariusz Kortko, Lidia Ostałowska, Pierony, 560 str., Agora 2014.