niedziela, 26 stycznia 2020

"The Guilty Feminist" Deborah Frances-White



Wprawdzie książki o wydźwięku feministycznym są mi bliskie, to tej sama nie wybrałam. Mój DKK podrzucił ten tytuł i mimo bardzo pozytywnego nastawienia, bardzo mnie ta lektura rozczarowała. 

Deborah Frances-White jest Australijką, która od wielu lat mieszka w Wielkiej Brytanii i zasłynęła ze swoich występów komediowych. Ich mottem przewodnim jest właśnie feminizm a zdaniem rozpoczynającym każdy podcast jest: I am a feminist but... I właśnie po owym but zaczyna się to, co ciekawe i z założenia dowcipne. Piszę z założenia, bo ja w ogóle mam problem ze stand-upami

Książka Frances-White napisana jest wprawdzie lekko, ale ma tworzyć przeciwwagę do działalności komediowej i być na serio.
Autorka bazuje oczywiście na swoich wystąpieniach, rozwija je jednak o liczne aluzje, przemyślenia i wspomnienia. W kolejnych rozdziałach porusza mnogość tematów - cultural appropriation, płeć i jej definicję, ciałopozytywność, asertywność, dyskryminację pozytywną i wiele innych. Podczas przedstawiania swoich poglądów powołuje się na aktualne wydarzenia polityczne, cytuje rozmowy z działaczkami i aktywistkami oraz opiera się na własnych przeżyciach. I z tym mam problem. W tej książce jest po prostu za wiele wszystkiego - dla mnie to typowa kompilacja bazująca na podcastowej popularności. Gdyby autorka zdecydowała się napisać autobiografię, wplatając do niej wątki feministyczne, wyszłaby jej zapewne dużo lepsza pozycja. W tej książce najciekawsze są bowiem wątki wspomnieniowe - Frances-White została adoptowana, jej rodzina zdecydowała się na przystąpienie do Świadków Jehowy, gdy córka była nastolatką itd. Niestety upychanie przez nią fragmentów autobiograficznych między wywiadami i rozważaniami nie uatrakcyjnia tej książki tylko czyni ją jeszcze bardziej chaotyczną.

To zdecydowanie książka do czytania fragmentami i dla osób, które podzielają poczucie humoru autorki, ja niestety do nich nie należę.

Moja ocena: 3/6

Deborah Frances-White, The Guilty Feminist. From Our Noble Goals to Our Worst Hypocrisies, 336 str., Little, Brown Book Group 2018.

piątek, 24 stycznia 2020

"Mittagsstunde" Dörte Hansen



Ingwer Feddersen ma prawie pięćdziesiąt lat, pracuje na uniwersytecie w Kilonii i mieszka wraz z dwojgiem przyjaciół - w tej kwestii nic się nie zmieniło od czasu studiów. Ingwer musi jednak porzucić dotychczasowe życie i przeprowadzić się do rodzinnej wioski, by zając się starzejącymi się rodzicami.

Tak jak powoli odchodzą jego rodzice, tak zniknęło dawne wioskowe życie. Zaczęło się od pomiarów geodezyjnych, formalnego uporządkowania terenu, zniknięcia bocianów, ścięcia drzew, postawienia płotów i supermarketów. Wszystko, co dawne stało się śmieszne, staromodne, problematyczne.  Życie blisko natury, co więcej życie podporządkowane naturze to przeszłość, która odeszła na rzecz postępu i ułatwień, które przy okazji po cichu zabijały to, co było ważne. Dopiero przyjezdni, ci z miasta, zaczęli szukać minionego, tworząc izby pamięci, korzystając z opowieści najstarszych i dbając o relikty z przeszłości.
Na tym tle Hansen szkicuje historię rodziny Feddersenów a także innych mieszkańców Geestdorfu. Matką Ingewra była wioskowa dziwaczka Marret, wychowali go jednak dziadkowie, podczas gdy Marret biegała po wiosce w drewniakach, wykrzykując dziwne przepowiednie i zbierając kamienie, kości, liście, kwiatki. Nad edukacją wioskowych dzieci pieczę trzymał nauczyciel, który cierpliwie uczył je czystego niemieckiego, wtłaczał w głowy choć trochę podstawowej wiedzy. Gdy wśród gromady uczniów trafiało się dziecko, które lubiło czytać i było inteligentne, wypychał je do liceum i na studia. Tak stało się, ku rozpaczy rodziców, z Ingwerem. Ten krok zawiesił go między starym a nowym. Odkąd zamieszkał w Kilonii, odżegnywał się od kontaktów z wioską, znosił milcząco  prześmiewcze komentarze o swoim pochodzeniu. Nawet jego styl życia z dwójką przyjaciół, którzy czasem dzielą sypialnię, był odmienny od tego, czego został nauczony. Równocześnie zawodowo, jako archeolog, Ingwer tkwi w przeszłości.

Ta dwoistość uwypukli się, gdy wróci do rodzinnego domu. Gdy zajmie się staruszkami i będzie trafiał co krok na relikty z przeszłości. W jego głowie będą ciągle wracać szlagiery, którymi katowała go matka, znajomi ze szkoły, wioskowe wypadki i szczęścia, stały rytm, który kierował życiem Fryzyjczyków. 

To bardzo melancholijna powieść, zachwycająca językiem, pełna fryzyjskiego dialektu i czułości dla autochtonów. Nie jest to jednak książka smutna, gloryfikująca pogląd, że wszystko, co minęło było lepsze. Autorka podkreśla, że zmiany znacznie ułatwiły ciężkie życie rolników.
Melancholia, a może nawet portugalskie saudade, najlepiej oddaje ton Mittagsstunde. Nie przeczę, że niektóre fragmenty mogą nużyć, bo nie ma w narracji Hansen fajerwerków, zaskakujących odkryć, jest natomiast zwykłe życie. Z perspektywy czasu doceniam jednak tę powieść coraz bardziej, szczególnie wyszukany język autorki.

Moja ocena: 4/6

Dörte Hansen, Mittagsstunde, 319 str., czyt. Hannelore Hoger, Penguin 2018.

czwartek, 23 stycznia 2020

"Paw królowej" Dorota Masłowska



Lektura Pawia królowej jest męcząca, wymagająca, wyczerpująca wręcz. Brnięcie w zawiłości języka Masłowskiej nie jest zajęciem łatwym, zdecydowanie nie należy się go podejmować w "międzyczasie". Ja, niestety, przeważnie właśnie tak czytam książki, więc na początku trudno było mi się do tej prozy przekonać. Dopiero gdy poświęciłam powieści więcej czasu, załapałam flow, że się tak nowomodnie wyrażę. Zaczęła do mnie przemawiać fraza autorki, klarować się treść, ale do końca do samej książki się nie przekonałam.

W prozie Masłowskiej wiele mi się podoba - swoista monotonność rytmu, gra językiem, świetne ucho, wprowadzanie siebie jako bohaterki, ale mimo tych wszystkich zalet, nie mogę się wyzbyć wrażenia, że taki styl pisania jest udziwnianiem na siłę. Kombinowaniem, mataczeniem, celowym zwodzeniem czytelnika. Nie muszę mieć racji, ja tę prozę po prostu tak odczuwam i gdy kończę lekturę, oddycham z ulgą.

Nie piszę jednak o najważniejszym, czyli o treści. A to dlatego, że moim zdaniem nie jest ona szczególnie odkrywcza. Dziś nie jest, nie wiem, jak sprawa się miała, gdy książka powstawała. To powieść o polskim show-biznesie, którym rządzą kombinacje, akrobacje, wymyślanie, zaciemnianie i rozjaśnianie, żeby sprzedać, omamić odbiorcę, zadowolić przysłowiowe ciemne masy. Tu liczy się sprzedaż, a nie jakość czy estetyka. Każdy może być piosenkarzem, każdy może być twórcą. Masłowska opiera swoją relację na grotesce, niezwykle wybujałej grotesce balansując na osi: show-biznes i szary człowiek, który na swój kawałek chleba ciężko za...rabia. W środku umieszcza siebie jako McDoris, która komentuje własną książkę. To wszystko jest ciekawe, zabawne, ale męczy. A już fakt, że tak książka dostała Nagrodę Nike jest dla mnie kuriozalny. Oczywiście doceniam nowatorskość prozy Masłowskiej, jej pomysł, wyczucie rytmu, przede wszystkim język, ale nie widzę w tej akurat książce potencjału na dzieło.

Moja ocena: 3,5/6

Dorota Masłowska, Paw królowej, 156 str., Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża 2005.

środa, 15 stycznia 2020

"Niesamowity dwór" Zbigniew Nienacki


Ten tom był jednym z moich najulubieńszych w dzieciństwie, pamiętam to dziś, jak bardzo się bałam podczas lektury! Czekałam teraz na ten dreszczyk, ale niestety nic z tego. Już nie tak łatwo mnie przestraszyć, choć nie zaprzeczę, że lektura tego tomu była bardzo udana.

To pierwszy tom bez harcerzy, bez poszukiwań i podróży. Akcja jest ograniczona do jednego miejsca i kilku osób, przypomina nieco kryminały Agathy Christie. Pan Tomasz zostaje mianowany kustoszem - ma zorganizować nowe muzeum we dworku, którego właściciel niedawno zmarł. Dworek pełen jest ciekawych eksponatów i książek i idealnie nadaje się na muzeum. Tomasz udaje się na miejsce w towarzystwie świeżych absolwentów historii sztuki - panny Wierzchoń i Bigosa. Usłyszawszy uprzednio ich rozmowę na swój temat, próbuje odpowiedzieć swoim zachowaniem na ich oczekiwania, czyli zgrywa się na służbistę i bufona. Tymczasem w dworze straszy. Autentycznie. W nocy zapalają się światła, znikają rzeczy, niektóre meble zmieniają miejsce, a przede wszystkim słychać dziwne odgłosy.

Ta atmosfera nie służy współpracy nowego kustosza z podwładnymi. Wszyscy są poddenerwowani, Bigos i panna Wierzchoń odczuwają do Tomasza antypatię, co nie ma dobrego wpływu na współpracę. Stopniowo każdy podejrzewa każdego. Dwór faktycznie kryje w sobie wiele tajemnic, które ostatni właściciel odkrył, ale potomnym pozostawił tylko enigmatyczną wiadomość. Taka zagadka to gratka dla Tomasza, który zaczyna stopniowo podążać za właściwym tropem. Ta książka to kolejna okazja, na przekazanie czytelnikowi sporej dozy informacji na temat Templariuszy. Mimo że akcja jest w porównaniu z poprzednimi tomami bardziej statyczna, to książka trzyma w napięciu. Seans spirytystyczny, napięcie między głównymi bohaterami, tajemnice, zimowa aura świetnie tworzą atmosferę niepokoju i niepewności.

Nienacki rezygnuje wprawdzie z harcerzy, ale wprowadza i tutaj dwoje młodych bohaterów - dzieci, które mieszkają w pobliskim ośrodku FWP i w pewien sposób pomagają w śledztwie. Co miłe, główną rolę ma tu dziewczynka, ciągle deprecjonowana przez swojego kolegę. Kolejną pozytywną cechą jest brak propagandowych wtrętów, co czyni tę książkę jak dotąd najbardziej uniwersalną z cyklu.

Moja ocena: 4/6

Zbigniew Nienacki, Niesamowity dwór, 226 str., Liber Novus 2012.

poniedziałek, 13 stycznia 2020

"Wampir" Wojciech Chmielarz



Jestem chyba na szarym końcu blogosfery, tam, gdzie nie dotarły kryminały Chmielarza. A że wyskakiwał on z każdego blogu i fanpejdża, kupiłam na próbę tę książkę i wreszcie przeczytałam. Pierwszym pozytywnym zaskoczeniem było miejsce akcji - nie miałam pojęcia, że będą nim Gliwice, a co za tym idzie mój hajmat, czyli Śląsk.

Chmielarza dobrze się czyta, uwodzi sprawnym piórem, wartką akcją, ciekawym bohaterem, ale kilka tygodni po lekturze szczegóły historii się w mojej pamięci zatarły. Główny bohater to Dawid, młody człowiek po przejściach, nie wiadomo dokładnie jakich, który przerwał studia i pracuje jako prywatny detektyw. Zlecenia dostaje od pewnego prawnika, a właściwie dzięki protekcji ojca, byłego prokuratora. Najnowsze zlecenie to zadanie wyjaśnienia śmierci chłopaka, który rzekomo popełnił samobójstwo, skacząc z dachu wieżowca. W to samobójstwo nie wierzy matka, która od lat wychowywała go samotnie. Dawid próbuje dojść do prawdy, popełniając mnóstwo błędów, podejmując niewytłumaczalne decyzje a czasem zachowując się jak dziecko.

Podobało mi się, że śledczym nie był policjant czy prokurator, pomysł Chmielarza uwodzi świeżością, nawet jeśli Dawid ma skłonności do nieprzemyślanych decyzji. Za to jest everymanem - nie epatuje nadludzkością. To zwykły chłopak pełen słabości, w konflikcie z rodziną, niekonsekwentny, czasem zdruzgotany. Wbrew pozorom to te cechy pomogą mu odkryć okoliczności śmierci Mateusza - chłopaka, który nie potrafił spełnić marzeń matki. Chmielarz nieźle szkicuje społeczne tło i orbitę działań Mateusza - są narkotyki, alkohol, prostytucja, brak kontaktu z rodzicami lub ich wysokie oczekiwania i kasa. Mieszanka wybuchowa, która sprowadza młodego człowieka na manowce. Co ciekawe, Dawid jako śledczy, wcale nie jest oddalony od tych problemów. Zaledwie kilka lat starszy od Mateusza i jego paczki, rozumie jego położenie i problemy.

Podsumowując, Chmielarz nie był odkryciem, ani fajerwerkiem, raczej fajną lekturą na urlop, z której kilka tygodni później niewiele się pamięta. Nie znaczy to jednak, że nie sięgnę po jego kolejne powieści - zdecydowanie tak, nawet mam je już na czytniku, wciąż czekam więc na zachwyt.

Moja ocena: 4/6

Wojciech Chmielarz, Wampir, 328 str., Wydawnictwo Czarne 2015.

czwartek, 9 stycznia 2020

"Wyhoduj sobie wolność" Maria Hawranek, Szymon Opryszek



Niebawem wybieram się w okolice Urguwaju, choć ten kraj od lat też planujemy. Dlatego już dość dawno temu kupiłam tę książkę, a zbliżająca się podróż zmotywowała mnie do lektury. I dobrze, bo to bardzo sprawnie napisany reportaż. Książka podzielona jest na klarowne rozdziały, a każdy z nich poświęcony innemu zagadnieniu. Może to dość konserwatywna konstrukcja, ale w przypadku tego reportażu świetnie się sprawdza.

Autorzy podejmując kolejne tematy, nie ograniczają się tylko do głównego wątku, lecz dbają o szerszy zarys, dzięki czemu czytelnik dość dobrze może poznać Urugwaj. To państwo od dawna mnie interesuje, bo wiem, że jest bardzo nietypowe na tle swoich sąsiadów z Ameryki Południowej. I ten obraz potwierdzają reporterzy. W tekstach o religii, prostytucji, LGBT czy narkotykach ukazują państwo tolerancyjne, postępowe, nie bojące się podążania swoją ścieżką. Na tle katolickiego kontynentu i stosunkowo konserwatywnego kontynentu, Urugwaj jawi się jak raj, którym jednak nie jest.
Autorzy nie gloryfikują bowiem Urugwaju, ich celem jest raczej ukazanie, jak ten mały kraj radzi sobie z problemami, które są globalne i dotyczą nas wszystkich. Mottem przewodnim wszystkich działań jest wolność. To wolność wyboru takiego życia, jakie każdemu pasuje, zaufanie kraju do wyborów swoich obywateli. Urugwaj rozumie się jako kraj, który wyznacza ramy, ale nie prowadzi polityki opresyjnej, przymusowej, wykluczającej. 

Świetny jest rozdział o walce Urugwaju z koncernem Phillip Morris. Nie wiedziałam o tej nierównej walce - ten mały kraj odniósł ogromne zwycięstwo, co więcej jako pierwszy na świecie. Ciekawa relacja, autorom udało się dotrzeć do wielu osób związanych z tą sprawą i świetnie zrekonstruować proces. Niemniej fascynujące są opowieści o pierwszej adopcji pary homoseksualnej, rozmowa z prostytutką czy tekst o narkotykach.

Hawranek i Opryszek zadbali także o rozdziały, które ukażą czytelnikowi trochę urugwajskiego kolorytu - jest o nałogowym piciu mate, jest o narodowej pasji do piłki nożnej i jest o legendarnej wizycie papieża. 

Nad całym tekstem czuwa duch byłego i chyba najsłynniejszego prezydenta José Mujiki - postaci wyjątkowej wśród rządzących tego świata. Rozmowa z nim jest zaskakująca i błyskotliwa.

Polecam, świetna książka, chętnie przeczytałabym podobne reportaże o innych krajach.

Moja ocena: 5/6

Maria Hawranek, Szymon Opryszek, Wyhoduj sobie wolność, 280 str., Wydawnictwo Czarne 2018.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

"Polacos. Chajka płynie do Kostaryki" Anna Pamuła


Przedwojenna emigracja Żydów do Kostaryki nie jest tematem powszechnie znanym i omawianym. Anna Pamuła podjęła się szczegółowych badań nad tym zagadnieniem po przeanalizowaniu historii swojej rodziny, by potwierdzić przypuszczenie jej żydowskiego pochodzenia. Punktem centralnym jest jeden sztetl, który wydaje się prześladować autorkę. Pamuła wybrała się więc do Kostaryki, by porozmawiać z ostatnimi świadkami owej emigracji. Jej rozmówczynie i rozmówcy to często osoby wiekowe, którym pamięć potrafi płatać figle. Autorka potrzebuje więc wiele cierpliwości, dobrej woli i czasu, by wysłuchać wspomnień, dygresji, anegdot, opowieści. 

Pamuła słucha więc, a potem wykonuje mrówczą pracę rekonstrukcyjną. Bada archiwa, listy przewozowe, dokumenty, zapiski, by z wysłuchanych opowieści stworzyć jak najpełniejsze historie. Taka forma pracy powoduje, że książka jest początkowo zbiorem urwanych opowieści, cytatów, fragmentów i jej lektura bywa męcząca. Fascynujące są jednak przyczyny emigracji, przypadkowość wyboru kraju - większość z Żydów nie zdawała sobie sprawy, gdzie leży Kostaryka, sądząc, że znajdą się tuż przy granicą ze Stanami Zjednoczonymi. Ciekawy jest stosunek emigrantów do dopiero co opuszczonej ojczyzny oraz ogólny zarys sytuacji w przedwojennej Polsce. 

Przyznam, że nie mogłam się oderwać od tej książki, pochłonęłam ją szybko, ale nie tylko ze względu na emigranckie losy i życie w nowym kraju. Zaskakujący jest wątek powojennej reakcji emigrantów na zagładę. Poczucie winy tych ludzi jest obezwładniające. Potworne są myśli o zaprzepaszczonych szansach uratowania innych członków rodziny czy przyjaciół, które ciążą na tych ludziach i kształtują ich stosunek do Polski. 

Mimo pewnych niedociągnięć konstrukcyjnych polecam tę książkę. Przede wszystkim ze względu na mało znany temat, ogromny ładunek emocjonalny i poznawczy. 

Moja ocena: 4,5/6

Anna Pamuła, Polacos. Chajka płynie do Kostaryki, 208 str., Wydawnictwo Czarne 2017.

niedziela, 5 stycznia 2020

"Dzieci Aspergera" Edith Sheffer



Edith Scheffer jest amerykańską badaczką, historyczką, pracuje na University of California, ponadto jest matką dziecka autystycznego. Jej książka zapowiadała więc wyśmienicie przygotowane opracowanie. I faktycznie badaczka bardzo szeroko nakreśliła pole historyczne. Mimo że główną postacią jej książki jest Hans Asperger i jego diagnoza postawiona w kontekście nazistowskim i opierająca się na pojęciu Gemüt, czyli zdolności do aktywności i współdziałania społecznego. Autystyczni psychopaci, jak określał ich Asperger, oceniani byli pod kątem ich podporządkowania nazistowskiej wspólnocie.

Zanim jednak Scheffer dojdzie do Aspergera, jego kariery naukowej i konkretnych dzieci, szeroko zakreśla perspektywę historyczną, sięgając do sytuacji w Wiedniu lat 20. XX wieku. Austriacka stolica bardzo ucierpiała ze względu na przemiany polityczne i właśnie tam ustalono podwaliny pierwszego systemu społecznego, opierając się na pozytywnej eugenice. Ów rodzaj eugeniki miał wspierać rodziny, które ocenione zostały jako przydatne społecznie. W tym duchu rozwinęła się cała austriacka szkoła psychiatryczna, do której właściwie mimochodem wsunął się Asperger. Kariera wielu niemieckich i austriackich lekarzy w bardzo młodym wieku była właściwie tylko dlatego możliwa, że z pola usunięto żydowskich, zasłużonych konkurentów. Amerykanka świetnie przedstawia to tło i prowadzi czytelnika przez zawiłości społeczno-polityczne, korzystając z wielu źródeł i opierając się na ich dogłębnej analizie (tu nie jestem jednak w stanie powiedzieć więcej, nie wiem, czy Sheffer zna niemiecki, czy opierała się tylko na anglojęzycznych opracowaniach). Stopniowo przechodzi później do przedstawienia sylwetki Hansa Aspergera, który okazje się być postacią dość mdłą, oportunistyczną, człowiekiem, który świetnie potrafił się dopasować do systemu i przymykać oczy na wiele spraw. Sięgając po tę książkę, sądziłam, że będzie ona przedstawiała konkretne przypadki, którymi zajmował się lekarz, formułując swoją diagnozę. Dzieci jednak, mimo że są najważniejsze w tej historii, nie są głównym elementem narracji. Sheffer opisuje konkretne historie dopiero w ostatniej części książki. Na podstawie zapisków z domów dziecka, z kliniki Aspergera a także z kliniki Am Spiegelgrund autorka przedstawia sporo konkretnych losów dzieci opatrzonych diagnozą, która zaważyła na ich życiu. Co ciekawe trudno dopatrzyć się wśród nich dzieci autystycznych w takim rozumieniu, jak widzimy je dziś. To często dzieci przekorne, niedostosowane, rozmarzone, które nie spełniały ówczesnych standardów albo z drugiej strony dzieci głęboko upośledzone z rodzin bardzo biednych lub prostych. Zastraszające jak łatwo były skazywane na śmierć, eksperymenty lub wegetację w ośrodku Am Spiegelgrund, który był dla nich piekłem. 

Głównym celem Scheffer jest wykazanie ścisłych związków Aspergera z nazistowską propagandą i wreszcie współpracą z szefem ośrodka Am Spiegelgrund Jekeliusem. Asperger świadomie uczestniczył w programie eutanazji dzieci chorych. Po wojnie powoływał się na swój katolicyzm i oczyścił pracę doktorską z terminologii nazistowskiej. Nigdy jednak nie opracował ponownie swojej diagnozy. Syndrom Aspergera już od kilku lat nie jest używany w amerykańskiej psychiatrii, zastąpiono go pojęciem spektrum autyzmu. Autorka optuje za taką samą zmianą w Europie, czemu i ja od dawna przyklaskuję. 

Mimo że jest to publikacja (popularno-) naukowa, styl Scheffer jest również przystępny dla laika. Niestety polskie wydanie jest katastrofalnie zredagowane. Trafiłam na wiele karkołomnych zdań i literówek, a przede wszystkim na ogromną ilość błędów w niemieckich określeniach, nazwach, słowach. Są to literówki (niekonsekwentne raz będzie to poprawny Arzt, a kilka wierszy niżej Artz), błędy gramatyczne (dorastały w Heilpädagogischen Abteilung, złe rodzajniki, słowa ewidentnie wyrwane z kontekstu i pozostawione odmienione), brak umlatów, niekonsekwencja w pisowni wielką lub małą literą itd. Podczas lektury zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć błędów. Odczuwam przekazanie książki czytelnikowi w takiej postaci jako skandal, zwłaszcza, że to książka popularno-naukowa opatrzona bogatą bibliografią, również pełną błędów. Ta kwestia zdecydowanie zakłóciła lekturę, od pewnego momentu wyszukiwałam już tylko kolejne błędy. Poleciłabym tę książkę osobom zainteresowanym tematem autyzmu czy nazizmu i jego propagandy, ale ze względu na redakcję, niestety tego nie uczynię. Ta książka to bubel. Poniżej załączam kilka przykładów:


Moja ocena: 4/6 

Edith Sheffer, Dzieci Aspergera, tł. Sławomir Kędzierski, 432 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

piątek, 3 stycznia 2020

"Ona śpiewała fado" Fernando Sobral


Gdy dostałam tę książkę, bardzo się ucieszyłam, bo portugalskie klimaty bardzo mnie kręcą, wiadomo. Niestety powieść Fernada Sobrala okazała się dla mnie niestrawna. To niby kryminał, w którym detektyw Manuel da Rosa próbuje rozwiązać zagadkę zabójstwa fadystki Marii de Lurdes. Młodej, pięknej kobiety, która występowała w jednym z lizbońskich barów. Ciało kobiety zostaje znalezione w wielkim apartamentowcu, w którym zajęte jest tylko jedne mieszkanie. Detektyw podejrzewa powiązania ze światem polityki i biznesu. Śledztwo rozpoczyna więc od ustalenia inwestora opuszczonego budynku oraz przyczyn budowy bloku, w którym nigdy nie wynajęto mieszkań. Jego poszukiwania doprowadzą go do kandydata na nowego burmistrza Lizbony, tajemniczej Mary Nubii prezeski firmy inwestycyjnej. 

O samym Manuelu da Rosie nie dowiadujemy się wiele - w przeszłości był najemnikiem w Afryce, teraz mieszka z Aną Moreno, ale co go z nią łączy nie wiadomo. Cała książka opiera się na dialogach, naszpikowanych złotymi myślami. Niestety są to złote myśli w stylu Paula Coelho. Te objawione prawdy wyskakują z każdego zdania, zakłócając narrację. Atmosfera tajemniczości, ulice Lizbony, portugalskie tło rozpływają się wśród banalności tych myśli. 

Ciekawy zamysł, niestety autor nie wystrzegł się pretensjonalności.

Moja ocena: 2/6

Fernando Sobral, Ona śpiewała fado, tł. Jakub Jankowski, 237 str., Świat Książki 2018.

czwartek, 2 stycznia 2020

Podsumowanie roku 2019


Wszędzie, gdzie nie spojrzeć podsumowania, najlepsze książki, relacje. Nuda. Ja je jednak lubię i zgodnie z moją wieloletnią tradycją piszę moje, mam zresztą o czym pisać, bo udało mi się osiągnąć kilka za moich celów. 

Przeczytałam aż 116 książek, a właściwie o dwie mniej, ponieważ właśnie dwóch, mimo najszczerszych chęci, nie udało mi się skończyć, ale o tym później. Tradycyjnie przedstawiam więc najpierw listę krajów, które odwiedziłam. Było ich zresztą sporo. Jak zwykle dominuje polska literatura, zobaczcie sami:

Polska - 42
Niemcy - 17
USA - 12
Wielka Brytania - 8
Norwegia - 7
Francja - 3
Czechy - 2
Irlandia - 2
Włochy - 2
Bośnia i Hercegowina - 1
Bułgaria - 1
Chiny - 1
Dominikana - 1
Gwadelupa - 1
Gwatemala - 1
Irak - 1
Islandia - 1
Hiszpania - 1
Kanada - 1
Kirgistan - 1
Meksyk - 1
Niderlandy - 1
Nigeria - 1
Portugalia - 1
Rosja - 1
Rumunia - 1
Ruanda - 1
Singapur - 1
Słowenia - 1
Sudan - 1

Sporo z tych krajów odwiedziłam pierwszy raz, co mnie bardzo cieszy, ponieważ moja lista poznanych krajów co roku rośnie. 

W 2019 roku czytałam tylko w trzech językach - aż 80 książek po polsku, 32 po niemiecku i tylko 4 po angielsku. Za to po raz pierwszy od dawna przeczytałam więcej książek napisanych przez mężczyzn niż kobiety, a konkretnie: 54 książki napisały kobiety, 58 mężczyźni, jedną męski duet, jedną mieszany duet, a w przypadku trzech autor jest zbiorowy.

Przeczytałam aż 57 książek papierowych, głównie z półki, 45 e-booków i wysłuchałam 14 audiobooków. 

Teraz wrócę do książek nieprzeczytanych - kontynuuję poznawanie noblistów i im bardziej cofam się wstecz, tym trudniej jest mi przetrawić niektóre dzieła. W tym roku poległam na Claude Simonie i Octaviu Pazie. Czytanie noblistów jest również powodem, dla którego sięgałam częściej po literaturę pisaną przez mężczyzn. W sumie przeczytałam aż ośmiu noblistów, dwóch laureatów Deutscher Buchpreis i jednego NIKE.

I na koniec lista książek, które wywarły w tym roku na mnie największe wrażenie. Starałam się ograniczyć tylko do dziesięciu, co było niezwykle trudne.

Guzel Jachina "Zulejka otwiera oczy"
Joanna Sałyga "Chustka"
John Steinbeck "Myszy i ludzie"
Anne B. Ragde i jej saga
Katerina Tuckova "Wypędzenie Grety Schnirch"
Gaston Dorren "Babel"
Judith Schalansky "Atlas wysp odległych"
Octavia Butler "Kindred"
Łukasz Orbitowski "Inna dusza"
Tara Westover "Uwolniona"

Największymi rozczarowaniami za to były:

Octavio Paz "Labirynt samotności"
Jerzy Pilch "Marsz Polonia"
Weronika Murek "Uprawa roślin południowych metodą Maczurina"
Mircea Cartarescu "Nostalgia"
Elena Ferrante "Genialna przyjaciółka"
Leah Chishugi "Ucieczka z raju"
W.G. Sebald "Pierścienie Saturna"
Patrick Modiano "Nawroty nocy"
Hana Yanagihara "Małe życie"

Rok temu planowałam skończyć Jeżcyjadę i rozpocząć kolejny cykl z mojego dzieciństwa. I faktycznie Jeżycjadę skończyłam i rozpoczęłam moją przygodę z Panem Samochodzikiem, do teraz przeczytałam cztery tomy. Chciałam także czytać laureatów nagród wszelakich - i tu nie było źle, jak wyżej już wspomniałam, choć z nagrodą NIKE dość średnio mi wyszło. Czytałam też sporo z półki, ale też bardzo dużo książek kupiłam.

Jakie mam plany na ten rok? Takie same jak dotąd - nobliści, nagrody, świat, cykle z dzieciństwa, stos. Nuda. Mam nadzieję, że mimo to będziecie tu ze mną. Inspirujmy się nawzajem!!

środa, 1 stycznia 2020

Stosikowe losowanie 1/20 - pary

McDulka wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 23 książki) - 20
Guciamal wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 20 książek) - 15
Agnes wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 999
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 45 książek) - 21
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 278 książek) - 17
Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 150 książek) - 136