czwartek, 29 marca 2018

"Arystokratka na koniu" Evžen Boček


Po raz kolejny spotkałam moją najulubieńszą arystokratkę, u której niewiele się zmieniło. Na Kostce jak zwykle cyrk i brak pieniędzy. Milada opracowuje więc nowy projekt, by przyciągnąć więcej muflonów czyli turystów. Otóż godzina śmierci Marii nadchodzi, więc startuje akcja z tym związana - przyszła trumna jest jej głównym punktem. Arystokratka jednak nie czuje się wcale mniej żywa, niemal martwy czuje się za to pan Spock, który na próbę nawet korzysta z trumny.

Akcja oczywiście obfituje w kumulację prześmiesznych wydarzeń, ale też w zaskakujący elementy. Przede wszystkim Maria - staje się bardziej drapieżna, wściekła i pewna siebie. Ta zmiana bardzo mi się podoba. Widać, że dziewczyna zadomowiła się na Kostce i postanowiła wziąć prowadzenie zamku w swoje ręce. Równocześnie jednak zaczyna odkrywać w sobie cechy ojca, co ją niepokoi. Jej zdecydowanie najwidoczniejsze jest w kwestii ciotki Nory. To tajemnicza staruszka, która pewnego dnia nagle zjawia się na zamku, twierdząc, że jest krewną Kostków. Nikt niespecjalnie jej wierzy, ale gdy z pełną pewności siebie naturalnością porusza się po zamku, raz po raz zaskakując jego mieszkańców znajomością dotąd nieznanych skrytek, wątpliwości zaczynają się ulatniać. Poza tym jej znajomość tarota okazuje się być niezwykle cenna. 

Bardzo podobało mi się powiązanie akcji na Kostce z wydarzeniami na świecie - czyli śmiercią księżnej Diany, która oczywiście nadchodzi całkowicie niespodziewanie w kulminacyjnym dla sezonu turystycznego momencie. Ta śmieć nadaje powieści zupełnie innego wymiaru. Cała książka kręci się przecież wokół śmierci, traktowanej w zasadzie z przymrużeniem oka, tymczasem nadchodzi ona z zupełnie innej strony, prawdziwa jak nigdy.

Dla Arystokratki trzeba mieć czas, najlepiej zacząć lekturę wczesnym wieczorem i nie przerywać jej do ostatniej strony. Ja niestety nie mogłam sobie na takie czytanie pozwolić :( Jeśli więc planujecie leniwe Święta, to koniecznie przeznaczcie kilka godzin dla Arystokratki!

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček, Arystokratka na koniu, tł. Mirosław Śmigielski, 180 str., Wydawnictwo Stara Szkoła 2018.

środa, 28 marca 2018

"Sogið" Yrsa Sigurðardóttir


Kolejny thriller Yrsy z serii o Huldarze i Freyi. Moim zdaniem dużo leszy od DNA
Huldar został zdegradowany, ostatnie śledztwo poszło tak źle, że zwierzchnicy zaledwie po kilku miesiącach wycofali go z pozycji szefa wydziału. Ten fakt Huldara wcale nie martwi - nie czuł się dobrze jako szef, nie lubił papierkowej roboty oraz zarządzania ludźmi. Wszystko byłoby ok gdyby nie koledzy. Huldar jest kompletnie ignorowany w biurze, nie dostaje żadnych odpowiedzialnych zadań, właściwie to nic nie dostaje do roboty. Dlatego ma czas zająć się banalną sprawą kapsuły czasu. W pewnej szkole dziesięć lat wcześniej zakopano pojemnik z listami, w których dzieci opisały, jak wyobrażają sobie Islandię dziesięć lat później. W 2016 roku dyrektor szkoły zgłosił na policji jeden z listów, w którym uczeń sporządził listę inicjałów osób, które zginą. Początkowo wydaje się, że to tylko wygłup nastolatka, ale gdy Huldar zaczyna drążyć, trafia na same niewiadome i zagubione akta. O pomoc prosi Freyę - która nadal szalenie mu się podoba, która jednak niestety po ostatnich wydarzeniach nie chce mieć z nim bliższych kontaktów. Ale także ona została zdegradowana i nie ma zbyt wielu zadań. Jako psycholożka angażuje się więc w pomoc Huldarowi i trafia na takie same problemy. 

Cała sprawa nadaje tempa, gdy w ogrodzie emerytowanego prawnika ktoś deponuje w gorącym źródle odcięte dłonie. Kilka dni później na wysypisko śmieci ktoś podrzuca wykopaną na cmentarzu trumnę. I całe śledztwo nabiera rumieńców. Okazuje się, że wszystkie te wydarzenia łączy postać Jóna Jónssona, który po szesnastu latach właśnie opuścił więzienie. Odsiadywał karę za gwałt i morderstwo ośmioletniej dziewczynki. 

To bardzo brutalny kryminał, pełen krwi, niewyobrażalnych morderstw i zemsty. To książka dla czytelników o silnych nerwach. Yrsa pokazała się z najlepszej strony - misternie skonstruowana akcja, ciekawe charaktery, trzymająca w napięciu akcja. Bardzo jestem ciekawa, jak Yrsa poprowadziła swoje postaci w kolejnym tomie. 

Moja ocena: 4,5/6

Yrsa Sigurðardóttir, SOG, tł. Tina Flecken, czyt. Dietmar Wunder, 448 str., der Hörverlag 2017.

poniedziałek, 26 marca 2018

Stosikowe losowanie 4/18

Zapraszam do zgłaszania się do rundy kwietniowej! Pary rozlosuję 1 kwietnia, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

"Brulion Bebe B." Małgorzata Musierowicz


Postanowiłam kontynuować moją powtórną przygodę z Jeżycjadą. W zeszłym roku przerwałam czytanie cyklu, ale wydanie Ciotki Zgryzotki zmobilizowało mnie do powrotu do tej serii.

Brulion Bebe B. przekonał mnie ponownie o tym, że narzekanie na najnowsze tomy oraz twierdzenie, że Musierowicz zmieniła się na gorsze jest całkowicie bezpodstawne. Brulion Bebe B. jest tak samo nieznośnie pedagogiczny, jak tomy wydane w ostatnich latach. Musierowicz ciągle narzeka na spaliny, brud, zaduch, beznadzieję miasta i tak samo gloryfikuje przyrodę i czystą, nienaruszoną naturę. Tworzy tak samo papierowe, jednoznacznie pozytywne lub negatywne postaci. Dyrektor szkoły jest tak odpychający że wierzyć się nie chce, że ktoś taki mógłby funkcjonować. Powracają nadal źli bracia Lisieccy. Główna bohaterka i jej otoczenie są tak kryształowi, jak powinni być bohaterzy Jeżycjady. Bebe ma wprawdzie swoje wady, ale są one wynikiem trudnego dzieciństwa, a nie złego charakteru. Ta biało-czarna kolorystyka jest wręcz odpychająca. Ciekawe, że gdy czytałam te książki jako nastolatka, wcale mi to nie przeszkadzało.

Najciekawszą postacią jest Aniela - nadal kłamczucha i nadal niejednoznacznie pozytywna. Denerwująca, egoistka, ale przynajmniej ciekawa. Głupia w zasadzie, jak na swoje 25 lat naiwna, ale nie przygniata bezgraniczną dobrocią.

W tym tomie Musierowicz opowiada historię Bebe Bitner - dziewczyny skrytej, która niechętnie ujawnia swoje uczucia. Jej matka, aktorka o bardzo egzaltowanym charakterze wyjeżdża do USA, gdzie zostaje na dłużej, by dorobić. Bebe i jej młodszy brat Konrad zostają pod opieką Anieli, która wcale się nimi opiekować nie zamierza. Bardziej zajmują ją problemy sercowe - musi zdecydować czy woli twardo stojącego na ziemi Krystiana czy też niepoprawnego i ekscentrycznego artystę Bernarda. Problemy sercowe ma też Bebe - do jej licealnej klasy dochodzi nowy uczeń, który od pierwszego wejrzenia kradnie jej serce. Gdyby dziewczyna tylko nie była aż tak skryta!

Tę książkę ratuje dowcip. Kuriozalny Bernard Żeromski, a szczególnie jego sposób mówienia może rozśmieszyć. Podobnie zachowanie Anieli. To jednak w zasadzie jest smutna książka, pełna beznadziei i złych ludzi, którzy wydają się zwyciężać nad tymi dobrymi.

Moja ocena: 3/6

Małgorzata Musierowicz, Brulion Bebe B., 222 str., Nasza Księgarnia 1991.

piątek, 23 marca 2018

"Macocha" Petra Hůlová


Stoi na balkonie i gada, wrzeszczy, wyzywa. Niekończący się potok słów. Całe jej życie jak na dłoni. Jakieś dzieci, a tak Justýna i Tomáš, jakiś mąż, a tak, ten, co odszedł, jakieś jedzenie, sprzątanie, zakupy, jakieś tam życie. Ale co tam to wszystko - najważniejsza przecież butelczyna. I pisanie. Jej harlekiny to bestsellery, każdy chce czytać o miłości. Romantycznej miłości. A jak Julie pisze, to pracuje, przeszkadzać nie wolno. Że dzieci? No przecież je kocha. Przytula je, najlepiej nago. A że wrzaski? No co, ma taki wybuchowy charakter. Poza tym, ma chyba święte prawdo do tego, żeby jej nikt nie przeszkadzał. I do powiadomienia całego świata o swoich przemyśleniach. A że z balkonu? I co z tego. Jej balkon w końcu. Jej szlafrok. Jej butelka. My nic nie rozumiemy. Co my wiemy o życiu pisarki. Samotnej matki. No co?

W potoku słów tytułowej bohaterki można się utopić, zagubić, bezskutecznie próbować złapać oddech. Macocha męczy, topi, całkowicie pochłania. Chcesz odłożyć książkę? Nie ma mowy. Teraz twoja uwaga należy do niej. Słynnej pisarki w końcu. Trzeba mieć na nią gotowość. Poddać się jej całkowicie. Nie dopuszczać do siebie głosów dzieci, które jak zwykle te swoje maaamoooo, a ja w końcu czytam. Niech sobie same coś do jedzenia zrobią. Ja teraz słucham Julie. No co, przecież mam jakieś prawo do swojego życia!

Zastanówcie się dobrze, czy chcecie poznać Macochę, bo jest destrukcyjna, bezwględna i nie lubi konkurencji.

PS. Najgłębsze wyrazy uznania dla tłumaczki!


Moja ocena: 4/6


Petra Hůlová, Macocha, tł. Julia Różewicz, 192 str., Wydawnictwo Afera 2017.

czwartek, 22 marca 2018

"Najgorszy dyrektor na świecie", "Najgorsze urodziny na świecie" Marius Horn Molaug


Te dwie książki przeczytałam z synem błyskawicznie. Niezbyt wiele tekstu, krótkie rozdziały, dużo obrazków i mnóstwo śmiechu. Moje dziecko zaśmiewało się podczas lektury, mnie niektóre dowcipy niekoniecznie bawiły. 


Marius Horn Molaug utrzymał swoje książki w konwencji Dziennika cwaniaczka czy Koszmarnego Karolka, trafiając idealnie w gust mojego dziecka. Co więcej, z niektórych dowcipów śmiała się także starsza siostra, a nawet mąż. Tylko pies się nie śmiał. I ja.
Głównym bohaterem książek jest Ruben - trochę nieporadny, zagubiony i zdecydowanie niepopularny w szkole chłopak. Na szczęście, a może na nieszczęście, ma kolegę - rezolutnego, trochę bezczelnego i gotowego na każde szaleństwo Kenta. Ten ma wiele karkołomnych pomysłów, głównie na życie Rubena oczywiście.


Ruben nie ma bowiem lekko. Niebawem ma urodziny, a w klasie jest tak zastraszająco niepopularny, że obawia się, że nikt do niego nie przyjdzie. Chłopcy rozpoczynają więc akcję uczynienia Rubena bardziej znanym - ich pomysły obejmują zmianę fryzury, jedzenie ślimaków, podjęcie próby stania się bogatym, zmianę wyglądu itd. Rubenowi nie jest łatwo zdobyć uznanie wśród kolegów, a zwłaszcza koleżanek, dzięki pomysłom Kenta balansuje jednak ciągle na cienkiej linii między śmiesznością a popularnością.


Kolejną katastrofą dla Rubena jest Dzień Pływania. To będzie tragedia, każdy musi zaprezentować chwyt ratowniczy i to na znienawidzonym dyrektorze. Ruben musi coś zrobić, żeby w ten dzień nie iść do szkoły, na przykład złamać rękę lub zachorować. Niestety nie jest to takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. Po długim perypetiach wszystko potoczy się zupełnie inaczej, niż chłopcy planowali. 


Sama pointa w obu książkach jest zaskakująco pozytywna - Rubenowi udaje się uniknąć obu problemów i to w zupełnie inny sposób, niż się spodziewał. Choć trudno się tu doszukiwać głębszego morału, lepiej traktować te książki jako lekką rozrywkę. Mnie największą satysfakcję z lektury dał język - tłumaczka spisała się na medal!

Marius Horn Molaug, Krisstofer Kjolberg, "Najgorszy dyrektor na świecie", tł. Katarzyna Tunkiel, 104 str., Media Rodzina 2017.
Marius Horn Molaug, Krisstofer Kjolberg, "Najgorsze urodziny na świecie", tł. Katarzyna Tunkiel, 104 str., Media Rodzina 2017.

poniedziałek, 19 marca 2018

"Kostek i zagubiony koń" Claire Barker, Ross Collins


Z utęsknieniem czekaliśmy na kolejny tom przygód Kostka - mój syn polubił tego wyjątkowego psa tak bardzo, że gdy tylko dotarła do nas ta książka, od razu musieliśmy rozpocząć lekturę. 

Ten tom rozpoczyna się... nudą! Nastała jesień, w Pechowej Woli cisza, nikt nie wpada, nie zaplącze się żaden turysta, Dusia w szkole, a pupile nie mają co robić. Wszystko się zmienia, gdy w szkole rozpoczynają się ferie, a do pechowowolskiego ogrodu przyjeżdża tajemniczy wóz podróżny, do którego zaprzężona jest Luna. 


Luna z miejsca oczaruje wszystkich pupilów, którzy są przecież płci męskiej. Klacz także jest pupilką, która straciła swoją panią dziesiątki lat temu, a o Pechowej Woli dowiedziała się od tygrysa Radzia. Luna przybyła więc do Dusi i Kostka po pomoc, co oczywiście elektryzuje wszystkich mieszkańców. Dusia rozpoczyna poszukiwania Rosabelli, właścicielki Luny, a następnie organizuje wielki bal astronomów. Oczywiście nie wszystko przebiegnie gładko, czarnym charakterem będzie tym razem ludzki duch, który przywłaszczył sobie Lunę.


Także ten tom jest pełen ciepła, serdeczności, a przede wszystkim przyjaźni. Z każdej strony tej książki bije dobroć i wiadomo, że ona zwycięży. Zdumiewające, ale mój syn woli właśnie takie książki od tych, pełnych akcji i agresji. Pozwalamy się oboje otulić ciepłem Pechowej Woli, oboje śmiejemy się z szalonych pomysłów rodziców Dusi i zachwycamy nastrojowymi ilustracjami. Ja, czytając, podziwiam świetne tłumaczenie Małgorzaty Hesko-Kołodzińskiej i Piotra Budkiewicza. Ta książka naszpikowana jest neologizmami, a para tłumaczy uporała się z tym wyzwaniem bezbłędnie. 

Poprzednie tomy cyklu:

Claire Barker, Ross Collins, Kostek i zagubiony koń, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, 268 str., Media Rodzina 2017.

sobota, 17 marca 2018

"Domofon" Zygmunt Miłoszewski


Kolejna stosikowa lektura, która była bardzo dobrym wyborem. Pióro Miłoszewskiego ma w sobie to coś, co nieustannie przyciąga mnie do lektury i nie pozwala odłożyć książki. Od pierwszego zdania czułam tę powieść, czułam jej styl i bohaterów. Rozpoczynając tę książkę, zakładałam, że będzie to kryminał. Horroru się nie spodziewałam. Nie czytuję wprawdzie tego gatunku, ale według mojego odczucia, nie jest to stricte horror, a raczej powieść o ludzkich lękach, koszmarach i uwikłaniu w nich.

Agnieszka i Robert są świeżo upieczonymi małżonkami, opuszczają prowincję, by rozpocząć nowe życie w stolicy. A właściwie to w malutkim mieszkanku, w bloku z wielkiej płyty, na Bródnie. Nie jest to zbyt eleganckie miejsce, ale na początek dobre. Agnieszka rozpoczyna pracę biurową, z której jest w miarę zadowolona, Robert natomiast musi się zadowolić zajęciem sprzedawcy, które zupełnie go nie satysfakcjonuje. Ale takie są początki w stolicy. Będzie lepiej. Przynajmniej w pracy, bo w domu niekoniecznie. 

Po dotarciu do Warszawy, Robert odkrywa w windzie ciało. Bez głowy. Głowa leży na korytarzu. Odcięta. Gorszy widok trudno sobie wyobrazić. I nawet nie trzeba, bo w bloku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Już wizyta w piwnicy okazuje się być traumatycznym przeżyciem - Agnieszka i Robert trafiają na enigmatyczne, kręte korytarze, malutkie pomieszczenia, a wreszcie na ziemię. Towarzyszy im tam irracjonalny lęk, który spotęgują kolejne wydarzenia. Klątwa z przeszłości opanuje mieszkańców, zasnuje blok czarną mazią, która otępi ludzi i wyzwoli z najdalszych zakamarków mózgu najgorsze koszmary.

Mimo że o przeszłości głównych bohaterów niewiele wiemy (autor przemyca tylko kilka informacji o dzieciństwie Roberta), nie są to papierowe figury. Każda postać w tej powieści jest pełnokrwista - także maturzysta Kamil czy świetnie zarysowana dewotka - pani Emilia oraz dziennikarz Wiktor. Smaczku tym charakterom dodaje spora doza czarnego humoru, który bardzo u Miłoszewskiego lubię. Ucieszyło mnie także spotkanie z Olegiem Kuzniecowem, znanym z trylogii o Szackim. I chociaż występuje on tu w duecie z Chudym - to wątek kryminalny jest zaledwie delikatnie zarysowany. Miłoszewski porusza się raczej na granicy realizmu i fantazji, wplatając do narracji wątki z historii Bródna. 

Mimo że nie przepadam za nierealnym, przypominającym fantastykę podejściem do tematu, to w tym przypadku autor mnie kupił. Stylem, pomysłem, wykorzystaniem domofonu, historycznym tłem i humorem.

Moja ocena: 4/6

Zygmunt Miłoszewski, Domofon, 360 str., Wydawnictwo W.A.B. 2013.

sobota, 10 marca 2018

Podsumowanie roku 2017

Tak późno jeszcze nigdy nie publikowałam mojego podsumowania, ale podróże i choroby pokrzyżowały mi plany. Mamy już marzec, mimo to podsumowania nie odpuszczę!


W 2017 roku przeczytałam aż 93 książki, do tego wszystkie przeczytałam do końca, nie trafiłam na ani jedną książkę, której nie dałam rady przeczytać!

W 2016 roku narzekałam, że czytam zbyt dużo polskiej literatury, wtedy chodziło o 28 książek, a tymczasem zobaczcie jak to wyglądało w roku 2017:

Polska - 45
Niemcy - 10
Wielka Brytania - 10
USA - 10
Czechy - 2
Dania - 2
Islandia - 2
Norwegia - 2
Białoruś - 1
Bośnia - 1
Chiny - 1
Francja - 1
Hiszpania - 1
Irlandia - 1
Nigeria - 1
Syria - 1
Szwecja - 1
Turcja - 1

W sumie odwiedziłam tylko 18 krajów, o wiele za mało! Bardzo chcę wrócić do mojej różnorodności lektur, ale już widzę, że i w tym roku dotąd dominuje Polska.

W 2017 czytałam tylko w dwóch językach - 29 książek po niemiecku i 64 książki po polsku. Po raz pierwszy przeczytałam więcej książek napisanych przez kobiety niż przez mężczyzn! Kobiety napisały aż 46 moich lektur, mężczyźni 43, autorami 3 książek były duety - dwa razy kobiece, raz męski, a 1 książka to zbiór opowiadań, także napisanych przez kobiety.

Przeczytałam wiele książek z mojego stosu - aż 46 z nich były tradycyjnymi, papierowymi publikacjami, co oznacza, że w większości pochodziły z mojej półki. Sięgnęłam po 30 ebooków i wysłuchałam 17 audiobooków. 

W zeszłym roku niespecjalnie kontynuowałam moje wyzwania - przeczytałam tylko dwie powieści noblistów i tylko dwa razy trafiłam do kraju, z którego jeszcze nic nie czytałam - do Bośni i Hercegowiny oraz do Syrii.

A jakie książki w 2017 roku poruszyły mnie najbardziej? Oto moja lista:

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz
"1945 Wojna i pokój" Magdalena Grzebałkowska
"Rozdarta zasłona" Maryla Szymiczkowa

Mam wrażenie, że przeczytałam sporo książek dobrych, ale mało wybitnych. 

Nadal jestem aktywna na goodreads, facebooku i instagramie - jeśli korzystacie z mediów socjalnych, zapraszam do zaprzyjaźnienia się ze mną. 

W tym roku nie mam żadnych planów. Chcę po prostu czytać, kupiłam na razie tylko jedną książkę i dobrze - mam dość lektur na półce i czytniku na cały rok. Od niedawna należę do DKK, założonego przez jedną z nauczycielek w szkole moich dzieci. Jest na nas na razie 5 - cztery Angielki i ja, ćwiczę więc dyskutowanie o lekturach po angielsku i czytanie w tym języku. Traktuje to jako nowe wyzwanie, na razie zresztą tylko ja sugeruję kolejne lektury, bo reszta uczestniczek nie czyta zbyt wiele. 

Dziękuję wam, że jesteście, za przyjaźnie książkowe, za wszystkie blogi, które namiętnie czytam, za wszystkie ciekawostki na waszych fanpejdżach, za miłe słowa, komentarze, uwagi, zachętę. Największym sukcesem jest dla mnie to, że czytacie te książki, o których piszę, że wiele z was zawierza mojej opinii. Pamiętajcie, że zawsze jestem do waszej dyspozycji, gdy szukacie książki dla siebie, kogoś innego, dziecka - chętnie poradzę, wysłucham, pomogę. 

środa, 7 marca 2018

"Drohobycz, Drohobycz" Henryk Grynberg


Losy ludzkie, splątane, pogmatwane, tragiczne, pełne łez, rozpaczy, straty, samotności. Tak mogę podsumować książkę Grynberga i właściwie nic więcej nie trzeba już dodawać.

Autor zebrał w tym zbiorze kilkanaście opowiadań - krótszych lub dłuższych, różnych stylistycznie. Łączy je wszystkie pochodzenie autorów - Żydów. Są to Polacy i Rosjanie, którzy wspominają swoje życie, poczynając od przodków, a na swoich losach powojennych kończąc. Każda z tych osób niesie ze sobą tak ogromny bagaż traumy, straciła tak wiele krewnych, że trudno pojąć, jak mogą nadal żyć. Wiele opowiadań to litania imion wujków, ciotek, kuzynów, kuzynek, babć, dziadków, którzy wszyscy zginęli w Oświęcimiu, Bełżcu, Treblince, Majdanku, na Syberii. Zastrzeleni, zagazowani, zagłodzeni, zabici. Same "z" bez szans na życie, na powrót, na szczęśliwe zakończenie. 

Gdy czytałam te opowiadania miałam wrażenie, że ich nie uniosę, nie dokończę, że utonę w nieszczęściu, empatii, rozpaczy. Mimo że o wojnie i holokauście przeczytałam już kilogramy książek, to każda kolejna rozkłada mnie na łopatki, przypomina traumę, z jaką wyszłam z Oświęcimia, który byłam zmuszona odwiedzić w siódmej klasie. 

Nie rozumiem, nie pojmuję, jak coś takiego było możliwe, a aktualne wydarzenia w Polsce przerażają mnie jeszcze bardziej. Autorzy wspomnień opowiadają o szykanach wobec Żydów w latach przedwojennych, o otwartym nawoływaniu do wytępienia żydostwa, do rozwiązania kwestii żydowskiej, do pozbycia się tego narodu. To nie są cytaty z nazistowskiej propagandy lecz z polskich mediów takich jak "Przegląd Katolicki".  Nie byłam świadoma, że takie nastroje były aż tak rozpowszechnione. Trudności Żydów w podjęciu studiów, znalezieniu pracy i mieszkania istniały zarówno przed jak i po wojnie. Gdy słyszę to, co mają czelność twierdzić aktualni politycy, gdy widzę nacjonalistów, wyznawców nazizmu i im podobnych, którzy bezkarnie głoszą swoje brednie, brakuje mi słów. Nie łudzę się jednak, że taka lektura by im pomogła. Niestety.

To ciężka, przejmująca książka, do przeczytania której trzeba poczuć w sobie gotowość. Nie śmiałabym nikogo do lektury namawiać, ale uważam, że należy ją znać.

Bez oceny

Henryk Grynberg, Drohobycz, Drohobycz, 382 str., WAB 2012.

poniedziałek, 5 marca 2018

"Most na rzece Kwai" Pierre Boulle


Nie widziałam ani tego słynnego filmu, ani nie czytałam tej książki. Gdy ją więc dojrzałam w antykwariacie na symboliczną złotówkę, zwłaszcza, że planowałam podróż nad rzekę Kwai. Ostatecznie przeczytałam tę powieść już po podróży i dobrze, bo to, co widziałam na miejscu, niewiele ma pokrycia z opisem Boulle.

Autor opisuje mało znaną w Europie wojnę w Azji Południowo-Wschodniej. Przegrane armie brytyjska i australijska znalazły się w japońskiej niewoli. Przetrzymywani w Malezji żołnierze stopniowo byli przerzucani na teren ówczesnego Syjamu, by wybudować połączenie kolejowe między Bangkokiem, a Birmą, które miało ułatwić przerzut wyposażenia wojennego, koniecznego do zakończenia wojny w Indiach. Japonia planowała opanować cały kontynent azjatycki, a do swoich celów wykorzystać jeńców wojennych i miejscową ludność. Plan kolei był karkołomny, ponieważ granica między Tajlandią a Birmą mieści się w górach, w terenach niedostępnych, porośniętych dżunglą. Jeńcy skazani byli na morderczą pracę, praktycznie gołymi rękami, nago, o głodzie. Jednym z najsłynniejszych odcinków tej kolei jest Hellfire Pass - wykuty w skale wąski wąwóz.


Właśnie w tym miejscu zginęło najwięcej żołnierzy. Boulle koncentruje się jednak na budowie słynnego mostu na rzece Kwai, który położony jest od powyższego wąwozu na wschód, daleko od granicy i najwyższych gór. Podczas lektury wydać się jednak może, że akcja rozgrywa się właśnie w bezpośredniej odległości od granicy, na terenach zupełnie niedostępnych. Zdaję sobie sprawę, że teraz sytuacja wygląda inaczej, ale nawet ukształtowanie terenu nie pokrywa się z tym, opisanym w powieści.


Boulle stosunkowo mało miejsca poświęca opisowi potwornych męczarni, przez jakie przechodzili więźniowie, skupiając się na stosunkach między japońskim kierownikiem budowy, pułkownikiem Saito oraz angielskim dowódcą, pułkownikiem Nicholsonem. Tych dwoje stacza między sobą walkę na siły, wygraną przez Anglika. Nicholson to służbista, przywiązany do reguł oficer, który nigdy nie odpuści. Jeśli uważa, że angielski oficer nie będzie pracował, to raczej umrze, niż odstąpi od swojej zasady. Budowa mostu stanie się dla niego planem ambicjonalnym, celem, by ukazać Japończykom wyższość nacji angielskiej. Bo o to głównie w tej powieści chodzi. Japończycy kreowani są na bezrozumne małpy, ludzie bez zasad, manier, inteligencji. Ta cofnięta w rozwoju, prymitywna nacja nie ma szans wygrać z dobrze wychowanymi angielskimi dżentelmenami. Nicholson będzie więc poświęcał zdrowie i życie kolejnych żołnierzy, by spełnić swoje ambicje. Ucieleśnieniem tych ostatnich jest perfekcyjny most, który ma przetrwać wiele lat. Pułkownik zapomina o celu wojny, o celu budowy mostu i skupia się na tym jednym zadaniu. Nie wie także i nie domyśla się nawet, że równocześnie planowana i wykonywana jest akcja sabotażu budowy kolei, której powstanie zdecydowanie zaszkodzi siłom angielskim. 

W trzyosobowej grupie specjalnej, której celem jest wysadzenie mostu znajduje się młody, świeżo upieczony absolwent kursów, który wydaje się być młodszą wersją Nicholsona. Tak samo jak pułkownik poświęca się sprawie i pracuje nad swoim hartem ducha. Boulle szeroko opisuje jego wewnętrzną walkę z własnymi emocjami, współczuciem, utrzymując czytelnika w niepewności, czy da radę spełnić powierzone mu zadanie.

Powieść o ambicjach i poświęcaniu im ludzkiego życia nie mogła trafić w mój gust. To coś, czego nie rozumiem i dla czego nie mogę wskrzesać nawet krzty poparcia. Najbardziej jednak denerwowało mnie szufladkowanie żołnierzy, podział na Japończyków i Anglików, oficerów i prostych żołnierzy. To nie mój świat i nie moja percepcja. 

Moja ocena: 3/6

Pierre Boulle, Most na rzece Kwai, tł. Juliusz Kydryński, 160 str., PIW 1989.

niedziela, 4 marca 2018

"Jolanta" Sylwia Chutnik


Sylwia Chetnik jest jedną z moich najbardziej ulubionych współczesnych polskich pisarek, dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w stosikowym losowaniu wybrano mi właśnie tę książkę. Jednak przynajmniej przez połowę książki, czytałam z niechęcią. Nie dlatego, że Jolanta jest zła, ale dlatego, że doprowadzała mnie do depresji. Atmosfera stworzona przez Chutnik była tak sugestywna, że dosłownie czułam marazm i beznadzieję, w których tkwiła główna bohaterka.

Tytułowa Jolanta dorasta w obskurnym bloku na warszawskim Żeraniu, w cieniu kominów, fabryki samochodów i pod czujnym okiem sąsiadów. Trudno znaleźć w jej życiu kolorowe i beztroskie chwile, a gdy od rodziny odchodzi ojciec, życie dziewczynki traci jakąkolwiek barwę. Rozwód rodziców jest nagły i traumatyczny, ale prawdziwym szokiem dla dziewczyny jest moment, w którym do jej życia wkracza śmierć. Jola nie ma szans wygrać życia, nie ma szans na małe szczęście w czterech ścianach blokowego mieszkania, jest skazana na siebie, na osąd sąsiadów, na ciasnotę, brak perspektyw i smutek. To właśnie ten ostatni zaważy na jej życiu - niezrozumiały dla otoczenia, a będący oczywistym objawem depresji. Życiowa szarpanina doświadczy Jolantę bardziej niż innych mieszkańców Żerania, którzy być może bardziej potrafią się cieszyć tym, co mają. Czyli w zasadzie niczym.

Dlaczego więc piszę, że czytałam Jolantę z niechęcią i to do połowy. Bo dopiero od mniej więcej tego momentu zaczęłam się rozkoszować prozą Chutnik. Jej woltyżerka słowna nie była dla mnie nowa, ale ponownie zachwyciła mnie, co więcej absolutnie oczarowała. Niektóre fragmenty musiałam czytać na głos, wracać do nich i rozkoszować się poszczególnymi zdaniami. Cholernie zazdroszczę Chutnik ucha i talentu do przekazywania na papierze tego, co usłyszała. Jej kreacje językowe nie mogłyby być bardziej prawdziwie. Te wszystkie nadużywanie powszechnie zwroty, językowa ekwilibrystyka spod budki z piwem, rzyganie słowami, potoki i lamenty są absolutnie autentyczne. I mimo przygnębiającej tematyki nie mogłam nie zaśmiewać się przy niektórych wypowiedziach.

Proza Chutnik idealnie wpisuje się w mój gust i ponownie się przekonałam, że muszę przeczytać wszystko, co wyszło spod jej pióra.

Moja ocena: 5/6

Sylwia Chutnik, Jolanta, 288 str., Znak Literanova.

sobota, 3 marca 2018

"Rzeczy, których nie wyrzuciłem" Marcin Wicha


Tę książkę przeczytałam w ramach lutowej lektury Klubu Polek - była to zresztą moja propozycja, bo od dawna planowałam tę lekturę. Szczególne planowanie jednak nie jest tu konieczne, bo książka Wichy jest objętościowo szczupła i mimo ciężkiego ładunku emocjonalnego, czyta się ją bardzo szybko. 

Wicha stracił matkę i stanął przed trudnym zadaniem uprzątnięcia jej mieszkania. Zgromadzony przez lata księgozbiór jest przyczynkiem do napisania tej książki. Każda sfatygowana okładka, podniszczona lektura i wielokrotnie czytana powieść jest przyczynkiem do snucia wspomnień o niełatwym charakterze matki, jej przekonaniach i zachowaniach, ale także do powrotu do własnego dzieciństwa.

Książka Wichy to zbiór luźnych myśli, anegdot, wspomnień, analiz książek, a zarazem refleksja o umieraniu i o tym, co człowiek po sobie pozostawia. Niby banalne, ale w swojej prostocie poruszające, obdzierające z iluzji i marzeń. Największym atutem książki jest szczerość autora, gotowość do pisania o trudnych, intymnych momentach. Wicha czyni to bez zbędnego dramatyzmu, szukania sensacji, po prostu szczerze. Mocna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem, 198 str., Wydawnictwo Karakter 2017.


czwartek, 1 marca 2018

Stosikowe losowanie 3/18 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 99 książek) - 44
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 21 książek) - 19
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 202 książek) - 4
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 208 książek) - 111
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1070 książek) - 1022

"Little fires everywhere" Celeste Ng


Ta książka została wybrana na ostatnim spotkaniu mojego angielskiego dyskusyjnego klubu książkowego. Trochę obawiałam się tej lektury, bo nie czytam zazwyczaj po angielsku, ale poszło mi lepiej niż się spodziewałam. Po pierwszych trzydziestu-czterdziestu stronach, wpadłam na tyle w rytm, że czytanie szło mi całkiem swobodnie. Nie ukrywam, że jestem z siebie dumna, że przełamałam tę barierę i odważyłam się na czytanie po angielsku. Z tego jednak powodu nie czuję się na siłach, by ocenić styl autorki oraz jej dobór słownictwa.

Ng opisuje życie w poukładanej i niemal idealnej dzielnicy Shaker Heights, położonej na obrzeżach Cleveland. Elena Richardson stworzyła rodzinę idealną - wspaniały dom, mąż prawnik, czwórka dzieci, dobra praca dziennikarki. Całe jej życie przebiega według planu, nie ma w nim miejsca na wyskoki i szaleństwa, zachwiania i zawirowania. I tak by zostało, gdyby nie najmłodsza córka, które nie akceptuje porządku matki, ma odwagę głosić swoje zdanie, które jest często odmienne. Największe zmiany jednak przynosi nowa lokatorka w domku, który rodzina Richardsonów tanio wynajmuje osobom, którym warto pomóc. Elena w ten sposób uspokaja swoje sumienie i ma poczucie spełnienia filantropijnego obowiązku. 

Nowymi lokatorkami są samotna matka z córką - Mia i Pearl. Mia jest fotografką, ale by związać koniec z końcem ima się wszelkich prac, na przykład kelnerowania w chińskiej restauracji. Pearl jest bardzo zdolna i po rozpoczęciu nauki w nowej szkole prędko zaprzyjaźnia się młodszym synem Richardsonów, niechcący wprowadzając w ustalonym porządku rodzinnym zmiany. Cicha i spokojna Pearl zaczyna mieć wpływ na wszystkie dzieci Richardsonów - najstarsza córka korzysta z jej pomocy, obaj synowie się w niej zakochują, a najmłodsza i najbardziej krnąbrna córka odnajduje w Mii to, czego jej brakuje w domu.

Elena długo nie dostrzega wpływu Mii i Pearl na jej rodzinę, do momentu, gdy ta pierwsza zakłóca szczęście rodzinne jej przyjaciółki. Mia przypadkowo odkrywa tożsamość matki dziecka adoptowanego przez ową przyjaciółkę. Mąż Eleny zostaje adwokatem rodziny, a sprawa porusza opinię społeczną spokojnego dotychczas Shaker Heights. Równocześnie Pearl i jej przyjaciele natrafiają podczas wycieczki do muzeum na zdjęcie Mii. Elena zaczyna badać przeszłość tajemniczej fotografki i trafia na zaskakujące fakty. 

Powieść Ng zaskakuje mnogością wątków i problemów, które jednak skupiają się wszystkie wobec dwóch głównych tematów. Jednym z nich jest prawo matki do dziecka, rola matki biologicznej i tej, która dziecko wychowuje. Autorka zahacza tu o całe spektrum tego problemu - od śmierci dziecka, przez niepłodność po korzystanie z usług surogatki, nie dając jednak jednoznacznych odpowiedzi. To czytelnik sam musi zdecydować kto lepiej wychowa dziecko - biologiczna matka, bez środków do życia, pogrążona w depresji czy dobrze sytuowana rodzina, która od lat pragnie dziecka i jest w stanie dać mu wszystko: od bezgranicznej miłości po nieskończone możliwości finansowe. 
Drugą niemniej ważną kwestią, poruszaną przez Ng, jest sposób organizowania życia - stawia tutaj na przeciwległych końcach uregulowany tryb życia, przewidywalność i racjonalizm oraz spontaniczność, zdolność adaptacji do wszystkich warunków i szaleństwo.

Ta książka spełnia więc wszelkie przesłanki, by przypaść mi do gustu, jednak niestety mnie rozczarowała. Przede wszystkim nie porwała mnie narracja Ng, stale miałam wrażenie, że można było z tą tematyką zrobić coś więcej. Elena Richardson jest najciekawszą kreacją, ale już wszyscy nastolatkowie są zwyczajnie nudni - ich życie toczy się wokół seksu i imprez, a ich charaktery są zwyczajnie mdłe. Zabrakło mi także ciekawszego rozpracowania postaci Mii - poznajemy ją w zasadzie tylko oczami innych, a ona sama w narracji się gubi. Mam wrażenie, że autorka chciała wprowadzić zbyt wiele wyrazistych charakterów i w efekcie udała się jej tylko Elena, a najbardziej straciła najmłodsza córka, na której działaniach zasadza się właściwie cała powieść.

Moja ocena: 4/6

Celeste Ng, Little fires everywhere, 352 str., Penguin Random House 2017.