Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2026

"Rana" Oksana Wasiakina


 

Bezimienna narratorka tej powieści to alter ego autorki – a jej opowieść zasadza się na śmierci matki. Ten tragiczny dla autorki/narratorki akt jest przyczynkiem do napisania książki. A jej treść obraca się wokół całego szeregu tematów. Na pierwszej linii jest więc śmierć matki, która umiera na raka, a Oksana towarzyszy jej w ostatnich dniach. Na kilka dni przed śmiercią umieszcza matkę w hospicjum, zanim to jednak uczyni śpi z nią na małej kanapie w niewielkim mieszkaniu. Wasiakina opisuje proces umierania, ale stopniowo poznajemy też dotychczasowe życie z matką, jej licznych partnerów, przeprowadzki w ramach Syberii, historię choroby. Autorka jednak wraca wciąż i wciąż do aktu umierania. Powtarza te same sceny, podobne zdania jak mantrę, wprowadzając wręcz medytacyjny klimat. Narratorka oswaja tę nową sytuację, brak matki, wchodzi w proces odpępowiania się. A w przebiegu tych mentalnych przemian zahacza o wiele tematów, szczególnie o swoją tożsamość. 

Wasiakina jest lesbijką, jej powieść, część tryptyku, jest w Rosji aktualnie niedostępna, czego dowiedziałam się z bardzo ciekawego posłowia tłumaczki. Swoją tożsamość rozkłada tu więc na czynniki pierwsze – opisuje swoje pierwsze fascynacje, nieudane próby zbliżania się do koleżanek, odkrywanie seksualności, porażki i upadki. Dużo tu szczerości, zagubienia, sensualności. 

Innym kompleksem tematycznym jest tu pamięć – pamięć wydarzeń z dzieciństwa, które autorka rekonstruuje, przytaczając pojedyncze sceny, zresztą w całej książce brak jest chronologii.

"Rana" jest książką trudną w lekturze, Wasiakina nie ułatwia czytelniczce odbioru i ma tego świadomość, co nawet wyraża wprost, bo autorka jest w tej powieści bardzo obecna. Rosjanka miesza style, wplata wiersze, eseje, poemat, zupełnie nie trzyma się chronologii, nie tłumaczy takich wyborów, skupia się na rozdrapywaniu rany, a my możemy jej tylko towarzyszyć w nieskoordynowanych myślach, w trudnej drodze pożegnania z matką i odnajdywania swojej tożsamości. 

Nie mogę powiedzieć, że lektura "Rany" mnie usatysfakcjonowała. Było w tej książce wiele wspaniałych fragmentów, ale jej kompozycja była dla mnie męcząca, a czasem wręcz uciążliwa. 

Moja ocena: 4/6

Oksana Wasiakina, Rana, tł. Agnieszka Sowińska, 280 str., Wydawnictwo Marpress 2025.

czwartek, 24 lipca 2025

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie"

 


Justyna Czechowska, tłumaczka literatury szwedzkiej i norweskiej skomponowała zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, których tematem przewodnim jest kobieta. Są tu teksty z przeróżnych stron świata, wspaniale, że zbiór nie ogranicza się tylko do Europy i USA, mamy teksty z Egiptu, Chin, Korei, Argentyny, Kanady. Dzięki tej różnorodności geograficznej uzyskujemy szeroką perspektywę na tak przecież złożony i wszechstronny temat. Co więcej, w zbiorze znalazły się też opowiadania napisane przez mężczyzn, wprawdzie tylko trzy, ale jednak zaskoczył mnie ten wybór w tak na wskroś kobiecej publikacji. Czechowska zadbała o to, by zebrane przez nią teksty objęły jak najwięcej aspektów kobiecości. Mamy dziewczynki, kobiety samotne, zakochane i nieszczęśliwe, matki i bezdzietne, kobiety kochające i zdradzane, kobiety oszukane, obsesyjne i czarownice, kobiety chore i zmarłe. 

Jak to w zbiorach bywa są tu opowiadania, które mnie szczególnie poruszyły i takie, które zupełnie do mnie nie trafiły. Dodam, że trzy z publikowanych tekstów już znałam, wśród nich wspaniałą "Żółtą tapetę", którą czytałam już kilka lat temu w oryginale. Z przyjemnością przeczytałam teksty nieznanych mi dotychczas autorek, zwłaszcza Any Marii Shua, Cory Sandel czy Nawal as-Sadawi. Nie zawiodły mnie Chimamanda Ngozi Adichie ani Margaret Atwood, które należą do moich ulubionych pisarek. Trudno jednak pisać o tak różnorodnym zbiorze, zwłaszcza, że trudno mi było go czytać. Myślę, że głównym problemem była to mnogość autorów i autorek. Sam temat jest zbyt słabym lepiszczem dla tak sporego zbioru. Kobiecość ma tak wiele aspektów, że w efekcie temat przewodni się rozpływał, a każde opowiadanie było zupełnie inne. Fakt, że bohaterkami są osoby płci żeńskiej nie wystarcza, by stworzyć spójny zbiór. Trudno było mi przeskakiwać z zupełnie innego świata, stylu i pomysłu w kolejny, a co za tym idzie czytać ten zbiór po kolei. Wyłapałam z niego kilka perełek, ale ogólnie jednak mnie rozczarował.

Rozczarował mnie też koniec książki – w momencie gdy doszłam do spisu treści zauważyłam, że w e-booku brakuje dwóch opowiadań! Nie ma tekstu Clarice Lispector ani Radki Denemarkovej! Jeszcze bym może zrozumiała, że e-book ma inną objętość, ale w spisie treści widnieją. Czuję się oszukana, bo akurat Lispector bardzo chciałam przeczytać. 

Moja ocena: 4/6

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie", wybór Justyna Czechowska, 464 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2023.

środa, 3 kwietnia 2024

"Przyszło nam tu żyć" Jelena Kostiuczenko

 


Kostiuczenko to reporterka, która pisze o sprawach, których doświadczyła, w które weszła i z którymi żyła. Nie boi się brudu, nędzy, niewygody ani kontaktu z człowiekiem z tak zwanego marginesu. Rosjanka spędziła czas w baraku prostytutek, wśród pracownic z byłych kaukaskich republik radzieckich, z rodzicami, którzy stracili dzieci w biesłańskiej szkole, w zabitych dechami wioskach na trasie szybkiego pociągu relacji Moskwa - Sankt Petersburg, na granicy z Ukrainą, w ruinie szpitala zamieszkanej przez opuszczone dzieci, wśród osób uzależnionych od narkotyków, w prowizorycznych, rozpadających się blokach, których mieszkanki pisały nawet do samego papieża z prośbą o lokal zastępczy czy w ekipie drogówki.

Świat, który wyłania się z reportaży Kostiuczenko, to świat, który nie zachęca do życia. To rozpacz, brak perspektyw i wyjścia, przede wszystkim dlatego, że aparat państwowy nie zważa na dobro człowieka. Reporterka świetnie ukazuje to uwikłanie w system, który coś działa, coś robi, ale wszystko albo znika, albo dochodzi częściowo, albo jest przekierowane, a zwykły człowiek nie ma najmniejszej szansy na to, by wywalczyć cokolwiek dla siebie. Zdumiewające jest to, jak wysoki jest stopień pogodzenia się z własnym losem, bierność i porzucanie walki – są tu pojedyncze zrywy, jak w przypadku kobiet, które napisały do papieża, ale na przykładzie weterana wojennego czy masowo gwałconych przez członków mafii dziewczyn widać, że machnięcie ręką jest najczęstszą strategią. 

Obraz Rosji potrafi wpędzić w depresję i pozbawić jakiejkolwiek nadziei. Czytając te reportaże, czułam współczucie i żal, było mi niewymownie smutno, że ludzie muszą tak żyć, że nie mają żadnych szans na zmianę swojego losu. Tu wyraźnie widać, jak autorytarnym krajem jest Rosja, jak mało istotne są prawa człowieka, jak bardzo liczą się działania na pokaz i jak mało faktyczna pomoc. Ta bezkarność aparatu przenosi się na obywateli – nie warto przestrzegać prawa, bo i tak tego nikt nie sprawdzi i nikt tego nie robi. Przeażające.

Moja ocena: 6/6

Jelena Kostiuczenko, Przyszło nam tu żyć, tł. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, 328 str., Wydawnictwo Czarne 2020.

czwartek, 30 czerwca 2022

"Biała gorączka" Jacek Hugo-Bader


Byłam przekonana, że Biała gorączka to opis podróży Hugo-Badera po Rosji, którą swego czasu śledziłam, czytając reportaże w Dużym Formacie. Faktycznie, ta książka osadzona jest na tej karkołomnej, zimowej wyprawie psującym się łazikiem, ale nie jest to opowieść chronologiczna ani linearna. Biała gorączka to zbiór reportaży na tematy, z którymi zetknął się reporter podczas tej wyprawy, a przede wszystkim w rozmowach z napotkanymi ludźmi.

Wszystkie tematy są bardzo ciekawe, a opowieści mieszkańców Rosji, ale także Ukrainy, Naddniestrza czy Mołdawii dla polskiego czytelnika/czytelniczki zaskakujące. Przede wszystkim te osób zamieszkujących Ukrainę - czytane w kontekście wojny często porażają. Mnie fascynowały jednak najbardziej opowieści osób przynależących do rdzennych ludów zamieszkujących Syberię. W rozmowach przewijają się tematy alkoholizmu, pozbawienia korzeni, utraty łączności z przeszłością własnego narodu, rasizmu czy szamanizmu. Sa też teksty poświęcone narkotykom, bezdomności czy homoseksualizmowi. Hugo-Bader wyłuskuje tematy zapalne, trudne. Może nie są to kwestie nieoczywiste, ale ich rosyjski kontekst jest bardzo odmienny od tego, jaki znamy z Europy Zachodniej czy nawet Środkowej. Ten rosyjski kontekst ma jednak wiele wymiarów, bo wciąż w opowieściach ludzi pobrzmiewa radziecka mentalność - rozpad ZSRR to sprawa nadal świeża, a specyficzne wychowanie, jakie doświadczyli obywatele tego państwa, niezależnie od pochodzenia i języka, będzie niosło swoje piętno jeszcze przez pokolenia. 

W tych tekstach pojawia się autor, jego obecność jest nawet bardzo mocno zaznaczona - bo wspomniana wyżej podróż odgrywa rolę. Auto się psuje, trzeba spać na ulicy, pogoda krzyżuje plany itd. Niestety taka konstrukcja książki (zbiór reportaży) czyni z tych fragmentów kuriozum, bo nie bardzo można je umieścić w czasoprzestrzeni. Nie wiem, w którym miejscu podróży autor się znajduje, a tu nagle brak części do samochodu staje się tematem wiodącym. Jesteśmy na Syberii, a potem nagle w Jałcie. Nie pasuje mi taka koncepcja książki, wprowadza chaos i powoduje, że obraz jest niepełny. Miałam wrażenie, że ta publikacja to po prostu zbiór już publikowanych reportaży. Nie znaczy to jednak, że Białej gorączki nie polecam. Wyniosłam z tej publikacji wiele ciekawostek, wiedzy o nieznanych mi regionach.

Moja ocena: 4/6

Jacek Hugo-Bader, Biała gorączka, 400 str., czyt. autor i przyjaciele, Wydawnictwo Czarne 2009.

piątek, 17 czerwca 2022

"Dni naszego życia" Mikita Franko


Tęczowa seria należy do moich ulubionych, wszystkie dotychczas w niej wydane książki mi się podobały, ale tom zielony przebił je wszystkie. Dni naszego życia podobały mi się tak bardzo, że nie mogłam odłożyć książki i jestem pewna, że treść pozostanie ze mną na długo.

Ta debiutancka powieść Mikity Franko wyrosła z pisanego przez autora blogu oraz bazuje na jego własnych doświadczeniach oraz przeżyciach przyjaciół. To pełnoprawna, dobrze skonstruowana powieść o życiu Mikity, który jako czterolatek traci matkę. Chłopiec zamieszkuje z wujkiem, który natomiast mieszka ze swoim partnerem. Mikita dorasta więc w nietypowej, szczególnie w Rosji, rodzinie, co zaczyna być problematyczne, gdy chłopiec zaczyna chodzić do szkoły. Tam poznaje nienawiść wobec gejów, słyszy obelgi, konfrontuje się ze stereotypami, ale także z realnymi problemami - nie może przecież spontanicznie nikogo zaprosić do domu. 

Ponadto Mikita nie jest typowym chłopcem - to oczytany introwertyk, który wypowiada się w sposób dużo bardziej elegancki niż koledzy, ma inne zainteresowania i inne poglądy. Wraz z upływem czasu, chłopiec rozumie coraz więcej i zaczyna mierzyć się z realnymi problemami. Początkowo są to konflikty domowe - Mikita ma trudności z nawiązaniem więzi z Lwem, partnerem wujka, a później szkolne i te związane z dojrzewaniem. Nastolatek stacza wiele wewnętrznych bitew, jest pełen rozterek, wątpliwości i złości na świat, samego siebie, sytuację, w której się znalazł. Ta wewnętrzna walka i dojrzewanie chłopca oraz jego stany depresyjne są rewelacyjnie oddane - Franko fantastycznie opisuje to, co się dzieje w głowie Mikity. Poruszający jest jednak obraz dorastania w opresyjnym otoczeniu, które gloryfikuje silnych chłopaków, którzy chcą iść do wojska, nie stroni od przemocy i piętnuje wszystko, co inne. Jak wygląda życie osób LGBTQ w Rosji niby wiemy, ale dopiero Franko faktycznie pokazuje, jak to życie autentycznie wygląda. 

Podczas lektury widać, że językowo ta powieść wyrosła z blogu, ale tłumaczka wspaniale oddała jej klimat - mam tu na myśli sposób myślenia i mówienia młodego człowieka czy całą paletę określeń osób homoseksualnych. To nie jest językowo wybitna literatura, ale taki styl nadaje jej realizmu, autentyczności. Nie sposób nie uwierzyć głównemu bohaterowi, nie sposób nie wczuć się w jego rozterki. 

Polecam wam bardzo tę książkę, dla mnie to jednak z najlepszych lektur tego roku.

Moja ocena: 6/6

Mikita Franko, Dni naszego życia, tł. Joanna Krystyna Radosz, 416 str., Wydawnictwo dziwny pomysł 2022.

piątek, 22 marca 2019

"Zulejka otwiera oczy" Gusel Jachina


Jednym z ważniejszych punktów budowania ZSRR było rozkułaczanie, czyli bardzo brutalne pozbawianie chłopów ich domów i pól, by utworzyć z nich kołchozy. Harujący od dnia do nocy ludzie, którzy przeważnie nie widzieli świata poza własną wioską, z dnia na dzień stali się elementem kapitalistycznym. Odbierano im ich cieżko wypracowane domostwa, zapasy ziarna czy zwierzęta. Bez krzty współczucia, bez krzty humanitaryzmu - byli wszak kułakami, śmieciami, robactwem, które pracowało na niekorzyść wielkiego ZSRR. 

I tak dzieje się w wiosce Zulejki i Mortazy. Zulejka jest młodą Tatarką, za o wiele starszego Mortazę wyszła piętnaście lat temu. W jego domu jest popychadłem, służącą, zmokłą kurą, którą można pomiatać i ją wykorzystywać. Despotyczna teściowa traktuje Zulejkę potwornie, to prawdziwa wiedźma, która zresztą utrzymuje, że ma talent jasnowidzenia. Zulejka znosi wszystko z pokorą, jest świadoma, że jej życiowym przeznaczeniem jest służba i praca. Wiecznie głodna i przemęczona kobieta spełnia swoje obowiązki bez słowa skargi. Nawet gdy traci swoje cztery córki tuż po porodzie, żałobę zachowuje dla siebie.

Gdy do jej wioski zawitają komuniści, zupełnie nie rozumie celowości ich działań. Patrzy na śmierć męża, na plądrowanie jej domu, zawierzając swój los Allahowi. Kobieta odbywa wpierw męczącą podróż na saniach do Kazania, gdzie zamknięta zostaje w więzieniu. Kolejnym etapem jest wielomiesięczny transport pociągiem na Syberię. Nikt nie zna celu podróży i nikt nie wie, kiedy dojadą na miejsce. Szczytne plany kute przez rządzących nie mają przełożenia na rzeczywistość. Na stacjach brakuje jedzenia, wody, nikt nie wie dokąd i kiedy pociąg odjedzie. Ludzie mrą z głodu, pragnienia, od chorób, nad Angarę przybywa wreszcie tylko garstka osób. Statek zawozi ich w głęboką tajgę, gdzie pozostawieni zostaną bez narzędzi, bez ubrań, bez jedzenia, za to ze szczytnymi planami zasiedlenia tego kawałka ziemi.

Opowieść Jachiny jest wielowątkowa, każda z osób, które zostały zesłane na Syberię zasługuje na swoje miejsce. Oprócz Zulejki, jest to przede wszystkim Iwan Ignatow - komendant transportu, zagorzały komunista, który stopniowo zmienia swoje poglądy, rozumiejąc, że ma szansę na przeżycie tylko wtedy, gdy będzie współpracował ze swoimi więźniami. Trudne warunki życia wymagają, by ludzie się zjednoczyli, stworzyli wspólnotę, w której każdy dzieli się tym, co potrafi najlepiej. 

Autorka zachwyca plastycznym językiem, przemyślaną strukturą powieści, jej złożonością i głębią. Otwieranie przez Zulejkę oczu można interpretować na wiele sposobów. Paradoksalnie, to  właśnie trudne doświadczenie zsyłki rozbudza w niej samodzielną kobietę, ukazuje, że sama może mieć wpływ na swoje życie. Uwięziona w nieprzebytej tajdze może kierować swoim losem w o wiele większym stopniu, niż gdy mieszkała jako wolna kobieta w tatarskiej wiosce. I tak, jak Zulejka odnajduje się w trudnej, nieludzkiej wręcz sytuacji, muszą odnaleźć się w niej jej współtowarzysze niedoli, uciekając w sztukę, poezję, naukę. Wszyscy mają świadomość, że muszą działać razem, wspierać się, by przetrwać w nieludzkich warunkach. Balansują więc między wspólnotą, a własnym, prywatnym azylem, który daje im wytchnienie od codzienności. 
Jachina opisuje tę sytuację z reporterską drobiazgowością, nie oceniając, nie analizując, ma dla swoich bohaterów wiele czułości i zrozumienia, czytelnika natomiast hipnotyzuje spokojnym rytmem słów.

Moja ocena: 5/6

Gusel Jachina, Suleika öffnet die Augen, tł. Helmut Ettinger, czyt. Frank Arnold, 541 str., Audible Studios 2017.

niedziela, 25 września 2016

"Kolacja z zabójcą" Aleksandra Marinina


To moje trzecie spotkanie z Marininą, niestety nie czytałam jej cyklu po kolei, czego bardzo żałuję, bo takiego braku chronologii bardzo nie lubię. Nawet nie wiem, jak do tego doszło, zapewne po prostu w takiej kolejności trafiały na moją półkę. Kolacja z zabójcą jest pierwszym tomem cyklu o Anastazji Kamieńskiej, z którego wreszcie się dowiedziałam jak ta niezwykle inteligentna kobieta trafiła do policji. Równocześnie po raz trzeci przekonałam się, że nie zaprzyjaźnię się ani z Kamieńską, ani ze stylem Marininy. Choć samemu stylowi nie mogę nic zarzucić, a po lekturze Theresy Monsour przywrócił mi wiarę w literaturę.

Pierwsza wielka sprawa Kamieńskiej to śledztwo w sprawie zabójstwa Iriny Fiłatowej - wybitnej badaczki, która zajmowała się tematyką korpucji w kryminologii. Wielu ze współpracowników podchodzi do zajęcia Anastazji sceptycznie, sądząc, że tylko siedzi w biurze i pije kawę. Tymczasem ona myśli, dedukuje i analizuje. Dzień rozpoczyna od tłumaczenia słów na wszelkie możliwe języki, biegle porusza się w zagadnieniach matematycznych i obdarzona jest magiczną wręcz intuicją. Jeśli nie myśli o rozwiązaniu przestępstwa, to nieustannie stwierdza jak beznadziejnie neutralny i szary jest jej wygląd i jak bez wyrazu jej twarz. Ten opis Kamieńskiej powtarza się w książce wielokrotnie. Jak widzicie nie mam ani krzty sympatii do Kamieńskiej, do tego jej postać jest w moim odczuciu mało spójna.

Sama intryga także mnie nie zachwyciła, do tego, ze wstydem muszę przyznać, ciężko mi zapamiętać imiona męskich bohaterów. Normalnie to mój konik i nigdy, przenigdy nie mam z tym problemów ale ci wszyscy Władimirowie Wasilijewicze i Aleksandrowie Jewgienijewicze mylą mi się na potęgę i co rusz musiałam wertować, by zweryfikować o kim mowa. Marinina wprowadziła ustępy rozmów zleceniodawcy i zabójcy, w których po pewnym czasie zaczęły występować imiona i otczestwa, więc dla zrozumienia akcji istotnym było dopasowanie powyższych do konkretnej osoby. Za każdym razem musiałam przerwać lekturę i analizować imina ojców poszczególnych panów.

Jednym słowem nie czuję rosyjskiego klimatu tych kryminałów i mam wrażenie, że w tych odczuciach jestem odosobniona. Niemniej mam jeszcze jedną książkę Marininy - za chińskiego boga nie mogę pojąć dlaczego kupiłam ich aż tyle - i zapewne przeczytam ją niebawem na zakończenia września z kryminałem.

Moja ocena: 3/6

Aleksandra Marinina, Kolacja z zabójcą, tł. Margarita Bartosik, 273 str., WAB 2007.

wtorek, 29 grudnia 2015

"Gra na cudzym boisku" Aleksandra Marinina


Chciałam sięgnąć po coś lekkiego, co przyciągnie mnie znowu do czytania. Ferie szkolne jednak nie są najlepszym momentem na długie godziny z książką, nawet na pięć minut z książką nie są. Na szczęście Marinina ogromnych pokładów skupienia nie wymaga i sprawnie przeczytałam ten kryminał. Niestety dopiero po lekturze zorientowałam się, że na półce miałam wcześniejszy tom, a bardzo nie lubię czytać cykli nie po kolei, no ale trudno, stało się.

Anastazja Kamieńska wyjeżdża do sanatorium do pewnego Miasta, w którym wyjątkowo spokojnie się żyje. Pewien biznesmen ma pod sobą cały świat gospodarczy, administracyjny i przestępczy miasta. Dochodzą go jednak słuchy, że ktoś postanowił działać na jego terenie. Obiektem działań jest to samo luksusowe sanatorium, w którym leczy się, przy okazji tłumacząc powieść, Kamieńska. To właśnie tam kręcone są okrutne pornole oraz poszukiwane dziewczęta dla psychopatycznych bogaczy z innych krajów. Niestety pewnego dnia grupa filmowców traci kontrolę nad swoim biznesem i do akcji wkracza miejscowa policja. Śledczy, oczywiście mężczyźni, nie doceniają Anastazji, a wręcz odrzucają jej propozycję współpracy, co bardzo źle działa na ego kobiety. 

Niestety nie zapałałam sympatią do Kamieńskiej - nie odbieram jej sposobu bycia jako naturalnego, a słynne zdolności analityczne nie są widoczne. Kobieta wprawdzie zamyka się w pokoju i myśli, rozumuje i dochodzi do celnych wniosków ale wyjaśnienie jej toku dochodzenia było moim zdaniem dość marne. Zakładam, że albo zbyt pobieżnie czytałam lub za wiele razy zmuszona byłam przerwać lekturę, bo w efekcie niespecjalnie dla mnie widoczna była błyskotliwość analizy policjantki. Niemniej moje założenia zostały spełnione - lektura była lekka i dość przyjemna. Na półce mam jeszcze dwa kryminały Marininy, więc na pewno nie było to moje ostatnie spotkanie z Rosjanką.

Moja ocena: 3/6

Aleksandra Marinina, Gra na cudzym boisku, tł. Ewa Rojewska-Olejarczuk, 271 str., WAB 2005.

piątek, 29 maja 2015

"Martwe dusze" Nikołaj Gogol


Gogol jest jednym z rosyjskich autorów, z którymi chyba nie miałam styczności. Piszę chyba, bo nie jestem pewna czy nie czytałam Płaszcza. Martwe dusze to chyba najbardziej znana jego powieść, zakrojona jako pierwsza część szerszego cyklu, niestety niedokończonego. Autor przedstawiając losy tajemniczego Cziczikowa charakteryzuje w niej rosyjskie społeczeństwo. Ów Cziczikow przybywa do prowincjonalnego miasta, gdzie bardzo szybko, dzięki swojemu ujmującemu sposobowi bycia, zdobywa poważanie i przyjaciół, oczywiście w odpowiednich sferach towarzyskich. Po ustaleniu swojej szanowanej pozycji Cziczikow odwiedza poznanych mężczyzn w ich dworkach. Każda wyprawa to okazja dla autora, by opisać krajobraz, wygląd rosyjskiej wsi, a wreszcie charaktery odwiedzanych. Gogol nie stroni od ironii, opisuje rodaków z dystansem, wytykając ich przywary, ułomności, a często brak inteligencji. Autor wręcz mistrzowsko opisuje poszczególnych gospodarzy Cziczikowa - żaden z nich nie para się samodzielnie zarządzaniem dworu i pól, za to mają mnóstwo czasu na pielęgnację własnych przywar, dziwactw i neuroz. Opisy ziemian to najlepsza część powieści. O co jednak chodzi z tytułowymi martwymi duszami? Otóż Cziczikow wie, że należący do gospodarzy chłopi umierają masowo - zanim jednak dokonany zostanie kolejny spis, zmarli liczą się jak żywi i właściciel uiszcza podatki liczone od głowy. Właśnie takich zmarłych, ale oficjalnie nadal żywych chłopców skupuje Cziczikow. Po co? Nikt nie wie.

Dopiero na samym końcu powieści Gogol zdradza czytelnikowi więcej informacji na temat Cziczikowa. Do tego czasu jest on postacią niemal przeźroczystą, nawet jego wygląd jest niepozorny, tak neutralny, że trudno go zapamiętać. To swoisty jederman, który beznamiętnie ukazuje wady rosyjskiego społeczeństwa. Ta kreacja jednak także jest pozorem, a Cziczikow takim samym pozerem jak odwiedzani przez niego ziemianie.

Podczas lektury stale wyczuwalna jest obecność autora - Gogol zwraca się bezpośrednio do czytelnika, a czasem tylko delikatnie mruga do niego okiem. Bardzo podoba mi się taka konwencja, w moich oczach podkreślająca alegorię utworu, dająca czytelnikowi poczucie komitywy z autorem.

Nie jestem przekonana czy wytrwałabym do końca książki, gdybym ją czytała. Bardzo dużo tu opisów, rozważań i dygresji. Ciesze się, że zdecydowałam się na audiobook, świetnie przeczytany. Po raz kolejny przekonuje się, że ta forma jest najlepsza do poznawania klasyki.

Moja ocena: 4/6

Nikołaj Gogol, Die toten Seelen, czyt. Gottfried John, 368 str., Kreuz Verlag 2006.

piątek, 13 września 2013

"Maturzystki" Aleksandra Brusztein



Trzeci i ostatni tom biografii Brusztein przeczytany i trochę mi smutno, bo bardzo polubiłam Saszę i jej rodzinę.
W tej książce Sasza to już poważna dziewczyna, towarzyszymy jej podczas nauki w ostatnich klasach przed maturą. Sprawozdania szkolne stanowią jednak coraz mniejszą część powieści. Instytut, do którego uczęszcza dziewczyna to zło konieczne, którego nie sposób zmienić, ważniejsze są wydarzenia spoza murów szkoły.
Przede wszystkim są to rozważania polityczne - autorka świetnie oddaję atmosferę kraju, podskóne wrzenie przed rewolucją, pierwsze jej sympotymy i niezgodę na carat.
Sasza szybko dorasta, jest dociekliwa i stara się zrozumieć procesy społeczne, przyczyny rewolucyjnych nastrojów i oczywiście angażuje się, dzięki znajomym, w ruch studencki.

W tym tomie najbardziej odczuwalne jest ideologiczne zabarwienie powieści, zwłaszcza gdy autorka wybiega w przyszłość chwaląc porewolucyjne zmiany. Ale także w opisach lat z początku XX wieku dużo jest negacji wobec podziału na klasy. Sasza angażuje się w nauczanie biedniejszych, by umożliwić im dalszą edukację, udziela jednak także lekcji córkom bogatej, wiernej caratowi rodziny, ktyrykując ich zachowanie.
Wydarzenia miłe, przeplatają się z trudnymi - są tu aresztowania i zgony. Jest smutek ale także wspólna rodzinna radość. Autorka świetnie kreśli sylwetki osób z różnych środowisk - czy to adiutanta znajomego, czy to kucharki i niani rodziny, czy znowu rozpieszczonej przybranej wnuczki przyjaciela rodziny.
Z przyjemnością towarzyszyłam Saszy w dorastaniu, w odkrywaniu świata i jego mechanizmów i z przykrością odwróciłam ostatnią stronę książki. Polubiłam ją za ciekawość świata, dobre serce i szczerość wobec siebie.
I temu tomowi uroku dodają ilustracje Leonii Janeckiej. Uwielbiam takie sentymentalne podróże w przeszłość.

Moja ocena: 4,5/6

Aleksandra Brusztein, Maturzystki, tł. Wanda Grodzieńska, 404 str., Iskry 1964.

wtorek, 3 września 2013

"Podlotki" Aleksandra Brusztein



To jedna z ukochanych książek mojego dzieciństwa. Wspomnienia z lektury napawały mnie takim sentymentem, że jakiś czas temu zaczęłam poszukiwać informacji o autorce i odkryłam, że Podlotki są drugi tomem jej wspomnień. Pisałam zresztą o tym tutaj.

Moje wrażenia z lektury są podobne. Ciepła, mądra, pełna miłości książka. Sasza rozpoczyna naukę w instytucie, gdzie zawiera przyjaźnie i poznaje prawdziwe życie. Już w pierwszy dzie ń szkoły jej ideały, wpojone przez ojca, padają. Jak nie kłamać, jeśli powiedzeniem prawdy wpakuje koleżankę w tarapaty, jak być szczerym, jeśli prawda nie jest w cenie? Sasza dorasta i poznaje życie. Brzmi banalnie, ale z przyjemnością śledziłam losy dziewczynki, a zwłaszcza jej rozwój emocjonalny.

I tutaj nie brak polityki. Dom Saszy jest miejscem spotkań - ojciec i jego znajomi chętnie politykują, dyskutują do późnej nocy na ówcześnie aktualne tematy. Po śmierci cara aktualny jest temat rewolucji, studenci spotykają się, kolportują materiały, dyskutują. Sasza uważnie obserwuje i słucha, staje się nawet świadkiem aresztowania. 
Autorka świetnie pokazuje nastrój ówczesnych czasów - niepewność, pączkująca rewolucja, coraz wyraźniejsze różnice między arystokracją, a biedotą. Wychowywana w duchu socjalizmu dziewczynka, mimo że pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny, pełna jest chęci pomocy, współczucia, pragnie wyrabiać w sobie dobre i silne cechy charakteru. Z własnej inicjatywy pomaga w szkole słabszym uczennicom, przed wyj ściem do szkoły udziela darmowych lekcji biednym chłopcom ze wsi, którzy ciężko pracują w miejskich drukarniach. 

Nie należy się jednak objawiać nachalnej propagandy. W pierwszej linii to książka o dorastaniu, o minionych czasach, które w trakcie lektury wcale nie wydają się być aż tak odległe.

Moja ocena: 5/6

Aleksandra Brusztein, Podlotki, tł. Wanda Grodzieńska, 386 str., Iskry 1960.

poniedziałek, 17 października 2011

"Droga biegnie w dal" Aleksandra Brusztein


Jedną z moich najukochańszych książek w dzieciństwie były "Podlotki" Aleksandry Brusztein. Pamiętam, że czytałam tę powieść kilka razy. Jakiś czas temu przypomniałam sobie tę książkę i odkryłam, że "Podlotki" są drugim tomem autobiograficznej trylogii napisanej przez Brusztein.

Akcja "Drogi biegnie w dal" rozgrywa się pod koniec XIX wieku w Wilnie - mała Sasza niebawem będzie starała się o przyjęcie do gimnazjum, więc do egzaminów przygotowują ją nauczyciele przychodzący do domu - rewolucjonista, niedoszły lekarz Paweł Grigoriewicz, nauczycielka niemieckiego Cecylchen oraz nauczycielka francuskiego Pol. Sasza bacznie obserwuje świata i rezolutnie opowiada o swoich przygodach. Ukochany tatuś - lekarz ma ogromny wpływ na kształtowanie jej światopoglądu. Ojciec Saszy leczy za darmo biednych, nawet złodziei, jest ateistą oraz zwolennikiem rewolucji. Jego socjalistyczne poglądy czynią z niego w oczach córki bohatera. Ale bohatera kochanego, bliskiego, namacalnego. 
Autorka cudownie ciepło opisuje przygody Saszy w ówczesnym Wilnie - jest tu pierwszy lot balonem, są pierwsze strajki, spacery po parku, wyjazdy za miasto i wyprawa do Zwierzyńca. Uwielbiam pasjami książki ukazujący świat miniony, uroczo staroświeckie, a jeśli, tak jak "Droga biegnie w dal" napisane są wartko i pięknym językiem to moje szczęście jest całkowite.

Tak jak wspominałam dużo tutaj ukrytej propagandy - tatuś Saszy ostro krytykuje znajomego właściciela browaru, który niewolniczo traktuje robotników, nauczyciel Saszy przygotowuje rewolucję, opowiada o swoich losach podczas zesłania, a sama Sasza zaprzyjaźnia się z Julką, która choruje na krzywicę z powodu biedy, niedożywienia i braku światła. 
Traktowałam te fragmenty jednak jako ówczesną wizję świata oraz jako procesy historyczne, które faktycznie miały miejsce. 
Nie ukrywam, że łatwo ocenić te książkę jako przestarzałą ale dla mnie nie straciła ona uroku, jaki miała w dzieciństwie i cieszę się, że po tylu latach mogłam wreszcie poznać pierwszy tom trylogii i ponownie przeczytam "Podlotki". 

Wspaniałym dopełnieniem ksi ążki są ilustracje Leonii Janeckiej, spójrzcie sami:






Moja ocena: 4/6

Aleksandra Brusztein, Droga biegnie w dal, tł. Wanda Grodzieńska, 328 str., Iskry.

wtorek, 17 marca 2009

"Śmierć i trochę miłości" Aleksandry Marininy


Jakoś ostatnio mi nie po drodze z recenzjami. Marininę skończyłam czytać kilka dni temu, czas więc książkę opisać, zanim wrażenia zostaną przesłonięte nową lekturą. "Śmierć i trochę miłości" była zakupem przypadkowym, kierowałam się chęcią bliższego poznania współczesnej literatury rosyjskiej, a i czułam się zachęcona recenzjami na innych blogach. Nie rozczarowałam się, bo dostałam to, czego oczekiwałam: szybką, lekką i przyjemną rozrywkę. To już kolejny kryminał z Anastazją Kamieńską w roli głównej. Anastazja wychodzi za mąż, a w przeddzień ślubu otrzymuje anonimowy list, ostrzegający ją przed tym krokiem. Gdy w USC zostaje zamordowana panna młoda, okazuje się, że nie tylko ona otrzymała podobny list oraz, że podobne morderstwo zostało popełnione również w innym urzędzie. Kamieńska nie korzysta więc w pełni ze swojego urlopu, lecz zajmuje się śledztwem. Podoba mi się ta postać - skromna, zdecydowana, unikająca blichtru i pompy. Z zainteresowaniem śledziłam również opisy i fakty, dotyczące współczesnej Rosji i pracy rosyjskiej policji. Mam jednak jedno ale - bardzo szybko domyśliłam się kto jest mordercą. A i psychologiczne i nieco rozwlekłe wyjaśnienia motywów mordercy nieco mnie znużyły. Mimo to pewnie sięgnę znów po Marininę, gdy nadarzy się okazja.

Aleksandra Marinina, Śmierć i trochę miłości, tł. Elżbieta Rawska, 318 str., WAB.

czwartek, 23 października 2008

"Mistrz i Małgorzata" Michaił Bułhakow

To moja ostatnia wyznaniowa lektura. Tę książkę czytałam już w liceum, wiele lat temu i postanowiłam odświeżyć lekturę. Poza mglistym wspomnieniem szatana i kota nie pamiętałam z lektury nic. Zupełnie nic. Sądziłam, że podczas czytania nadejdzie olśnienie, ale nie. Nadal pustka. Wiedziałam tylko, iż wtedy powieść bardzo mi się podobała.
Bułhakow splata w swojej książce kilka wątków. Do Moskwy lat trzydziestych ubiegłego wieku zawitał szatan wraz ze swoją świtą. Jako Voland, mistrz czarnej magii, sieje zamęt w całym mieście, a głównie w jego literackim i kulturalnym światku. Kulminacją jego działań jest występ w moskiewskim Variete. Równocześnie wplata Bułhakow swoją wersję ostatniego dnia Jezusa, napisaną z perspektywy Piłata. Powieść taką napisał tytułowy Mistrz, ukochany Małgorzaty. Szatan zawitał w Moskwie by wydać tradycyjny bal, odbywający się zawsze w noc pełni, 14 nisan. Królową balu zostaje zawsze kobieta o imieniu Małgorzata, która w zamian może prosić szatana o spełnienie jej życzenia. Małgorzata prosi o odnalezienie jej ukochanego Mistrza.
Bardzo dobrze czytało mi się tą powieść - piękny język, błyskotliwe opisy, bogactwo charakterów i nietypowa tematyka z pewnością wciągają. Jednak znów mam pewien niedosyt. Zabrakło mi zachwytu absolutnego, słabo przemawia do mnie symbolika powieści, z pewnością bogata. Nie brak tu satyry ówczesnego społeczeństwa sowieckiego, nie brak mistyki, wielu odniesień literackich a nawet wątku kryminalnego - to praktycznie kopalnia znaczeń, symboli i smaczków. Ja jakoś nie odczuwałam ochoty na odkyrwanie ich wszystkich, ale z miłą chęcią przeczytałabym dobrą interpretację powieści Bułhakowa. Przekonana jestem, że nie odkryłam nawet połowy z nich. Mimo to zadowolona jestem, że jeszcze raz (co mi się rzadko zdarza) sięgnęłam po tę książkę.
P.S. Trafiłam na ciekawą stronkę o tej powieści.

Michail Bulgakow, Der Meister und Margarita, tł. Thomas Reschke, 503 str., Deutscher Taschenbuch Verlag 2001.