Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą USA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lipca 2026

"Obywatelka" Claudia Rankine


O rasizmie przeczytałam wszystko, No dobrze, nie wszystko, ale bardzo dużo. W różnych utworach, z różnym podejściem, różnych autorów z różnych okresów. Trudno mi było sobie wyobrazić, że można pokazać tu coś nowego, innego, ale Claudia Rankine mi pokazała, że mało wiem.

To amerykańska pisarka i poetka urodzona na Jamajce, która pokazuje, że obywatelka może być drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Rankine powołuje się tu na drobnostki dnia codziennego z własnego doświadczenia, ale i na niezauważalne dla białych oczu doświadczenia znanych osób takich jak Serena Williams czy Zinédine Zidane, oddaje głos ofiarom prześladowań ze względu na kolor skóry, tym żywym i zamordowanym. Jej książka to wcale nie barwny, a czarno-biały kalejdoskop mikroagresji, zdań wypowiedzianych mimochodem, bezrefleksyjnych reakcji, które są produktem wychowania, wszechobecnych schematów. I nawet jeśli te zachowania nie są podszyte rasizmem, to towarzyszy im myśl o poprawności, autorefleksja, krótkie zawahanie, by przypadkiem nie wpaść w rasistowski wzorzec.

Największą siłą i zaskoczeniem w tej książce jest jednak jej kompozycja. Rankine stworzyła patchwork wielu stylów i gatunków literackich. W krótkich akapitach balansuje między esejem, autofikcją, poezją, narracją powieściową, artykułem? I pewnie czymś jeszcze, bo "Obywatelkę" można czytać na wiele sposobów, na wyrywki, wracać do niej. Dla mnie to świetny wstęp do poezji, której nie umiem ani czytać, ani recenzować, w tej książce jednak odnalazłam się bez problemu. Świetna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Claudia Rankine, Obywatelka, tł. Joanna Makowska, 176 str., Wydawnictwo Karakter 2025.

środa, 24 czerwca 2026

"Awanturnica" Lauren Groff


Że Lauren Groff dobrze pisze, wiem. Tak samo jak to, że potrafi uchwycić moment graniczny w życiu. Tę chwilę, która decyduje o być lub nie być, która wpływa na naszą przyszłość, o której już zawsze będziemy myśleć. W "Awanturnicy" oczywiście nie jest inaczej. Dziewięć tekstów to dziewięć różnych światów. Trudnych, poruszających, nieoczywistych.

Pierwsze opowiadania uderza od razu w środek brzucha, pięścią. Przemoc domowa tak oczywista, że nie potrzeba dokładnych słów. Drugie zaczyna się mniej spektakularnie, Groff opisuje kochające się małżeństwo. Ona przechodzi na emeryturę i zapada się w sobie. Do czasu. Koniec tego opowiadania mnie poruszył, a autorka mimochodem pokazała ludzkie okrucieństwo.
Sunland jest słoneczny tylko z nazwy, bo to dom dla ludzi niechcianych, a bohaterka tego opowiadania musi podjąć trudną decyzję, być może najcięższą w życiu. Tytułowa awanturnica to tylko pozornie łebska dziewczyna, bo w domu musi być dorosła, bardzo dorosła. Czyż nie każda z nas ma wspomnienie wykluczenia? Zghostowania – jak teraz to określamy? Groff też i wie, jak to ująć w słowa. A jak to jest przynależeć do klasy uprzywilejowanej? Do bogatych, którzy wszystko mają i którym wszystko wolno? Jak w takiej sytuacji odnaleźć swoją drogę? A co z tym pierwotnym lekiem, że nadejdzie wielka fala i nas zmiecie? Która matka nie obawia się, że wychowa dziecko-demona? Pozornie słodkie i niewinne, a tak naprawdę knujące coś strasznego? Jak żyć, gdy trzeba szukać nowego domu, nowej rodziny? Akceptacji? 

To nie wszystkie tematy, które można wyłuskać z tego zbioru. A czy muszę dodawać, że literacko jest to wysmakowane, obrazowe, oddziałujące na zmysły? Naprawdę warto wejść do świata Lauren Groff.

Moja ocena: 5/6

Lauren Groff, Awanturnica, tł. Dobromiła Jankowska, 240 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

środa, 27 maja 2026

"Odrzucenie" Tony Tulathimutte


Niby to powieść, niby zbiór opowiadań, ale na pewno coś, co pochłania od pierwszych stron, ale z czasem nieco traci na tej sile. Każdy rozdział to osobna opowieść o kimś, kto sobie nie radzi z życiem na płaszczyźnie emocjonalnej. Te osoby powracają w kolejnych rozdziałach, czyniąc z tych opowiadań coś na kształt powieści.

Tulathimutte opisuje osoby zagubione emocjonalnie, takie, które uważają, że robią wszystko dla dobra innych, a świat ich nie rozumie. Osoby samotne, wyśmiewane, bez prawdziwych przyjaciół, osoby, które mają problemy z seksualnością, poczuciem własnej wartości, wykluczeniem. Autor kreuje postaci, które budzą współczucie i odrazę, sympatię i oburzenie. Pierwszy rozdział to historia Craiga – feministy, mężczyzny, który tak bardzo chce rozumieć kobiety, że je odstrasza. Następnie mamy Alison, która niefortunnie lokuje swoje uczucia, traci rzekome przyjaciółki, a w innym z rozdziałów ląduje w niby perfekcyjnym związku. Tyle że jej partner wszystko optymalizuje, a jego życie to jeden wielki biznesplan. Jest też rodzeństwo z matką Tajką: brat to zahamowany seksualnie gej, który żyje w swoich fantazjach, a siostra to właściwie osoba o nieokreślonej płci. 

Autor rewelacyjnie portretuje przeróżne schematy zachowań, cechy, które znamy z własnego doświadczenia lub które się przewinęły wśród znanych nam osób. Jego przenikliwość i zdolność oddania tych zachowań jest fantastyczna, ale jeszcze leszy jest język, którym operuje, a dla mnie, jako polskiej czytelniczki, tłumaczenie Adriana Stachowskiego. Mnóstwo tu wyrażeń slangowych, z różnych żargonów – czy to studenckiego, czy korpo, czy potocznego, używanego przez przyjaciółki na czacie. Mimo całego smutku, który towarzyszy tym postaciom, opowiadania zaskakują humorem, a właściwie sarkazmem. 

Niestety dwa ostatnie rozdziały zepsuły mi lekturę, uważam, że są niepotrzebne. Wprawdzie lubię formalne fikołki w powieściach i początkowo rozdział w formie maila mi się spodobał, ale już samo tłumaczenie treści rozdziałów mniej, podobnie jak zbiór metafor, który nie wiem, czemu ma służyć. Niemniej uważam, że Tulathimutte zrobił w tej powieści / w tych opowiadaniach wiele dobrego, dał głos odrzuconym, zachwycił językiem, więc nie żałuję lektury.

Moja ocena: 4/6

Tony Tulathimutte,  Odrzucenie, tł. Adrian Stachowski, 304 str., Wydawnictwo Filia 2025. 

piątek, 15 maja 2026

"Przekleństwa niewinności" Jeffrey Eugenides


 

Powieść Eugenidesa należy już niemal do klasyki, do mnie trafiła w starszym z trzech polskich tłumaczeń dzięki aukcji charytatywnej. Pozwoliłam się więc przenieść do amerykańskiego miasteczka lat 70., o którym opowiada nam grupa chłopców. A właściwie mężczyzn, którzy wspominają swoje lata nastoletnie i fascynację siostrami Lisbon. To pięć nastolatek, które otacza aura tajemnicy. Ani nie są wyjątkowo piękne, ani mądre, nie wyróżnia ich żaden talent, mimo to ten kwintet przyciąga uwagę chłopców. Siostry zawsze pokazują się razem i wydają się tworzyć zamkniętą, tajemniczą grupę. Gdy najmłodsza z nich podejmuje pierwszą próbę samobójczą, fascynacja rośnie, a chłopcy po raz pierwszy odwiedzają dom Lisbonek. Ta zaaranżowana prywatka kończy się jak najgorzej, śmiercią najmłodszej z nich. 

Niemal od początku wiemy, że z własnej ręki zginą wszystkie siostry, Eugenides pokazuje czytelniczce, jak do tego dojdzie. Opisuje stopniową degradację domu, życia rodzinnego, po tym, jak decyzją matki pozostałe siostry przestają opuszczać cztery ściany. To obraz społeczności, w której wszyscy wiedzą i nikt nic nie robi. To także obraz rodziny, w której ultrakonserwatywna, religijna matka narzuca swój porządek, nie akceptuje dojrzewania córek, a słaby ojciec ulega tym działaniom. Cztery pozostałe siostry tworzą swoistą symbiozę, poddają się rygorowi, nie podejmując żadnej konkretnej próby wyrwania się z domu.

Eugenides napisał tę powieść w latach 90., stylistycznie umieściłabym ją jednak dużo wcześniej. To dość monotonna narracja, która stawia na budowanie dusznej atmosfery niepokoju niż na wartką akcję. Autor nie daje tu żadnych odpowiedzi na temat przyczyn samobójstw sióstr, choć z perspektywy czytelniczki, przynajmniej na pierwszy rzut oka wydają się one oczywiste. Nie żałuję lektury, ale nie stałam się jej fanką. Doceniam kreację społeczności i nastroju, ale reszta mnie nie zachwyciła.

Moja ocena: 4/6

Jeffrey Eugenides, Samobójczynie, tł. Tomasz Bieroń, 192 str., Wydawnictwo Zysk i s-ka 2001. 


środa, 6 maja 2026

"My Abandonment" Peter Rock


 
"My Abandonment" to to opowieść o trzynastoletniej dziewczynie, która wraz z ojcem mieszka na obszarze ochrony przyrody w Oregonie. Żyją tak już około czterech lat, a przebywanie w dziczy pozwoliło im nabrać niezwykłych umiejętności adaptacyjnych i współżycia z naturą. Oboje potrafią wtopić się w krajobraz, obserwować z bliska zwierzęta, zbudować kryjówki niewidoczne dla normalnego śmiertelnika, rozpoznawać sygnały zwierząt, czytać las i naturę. Dziewczyna wydaje się być kompletnie zaadaptowana do takiego życia i pogodzona z nim, ale zdarzają się momenty, w których obserwuje inne osoby i dzieci.

Gdy pewnego dnia ojca i córkę łapie policja, ich życie początkowo się zmienia. Podczas testów psychologicznych okazuje się, że Caroline jest bardzo mądra, dobrze wykształcona, a ojciec zadbał o to, by miała szeroką wiedzę z wielu dziedzin. Dziewczynka zaskakuje psycholożkę swoją inteligencją i dojrzałością.
Ta historia nie potoczy się jednak tak, jak mogłabym się spodziewać czytelniczka. Oczywistym jest, że ojciec cierpi na zespół stresu pourazowego, że po wojnie nigdy nie doszedł do siebie, a po nocach śni mu się dźwięk helikopterów. To on jest głównym motorem tego, żeby uciekać i odnajdywać szczęście na łonie natury, z dala od innych, a dziewczynka tylko mu towarzyszy i przyjmuje ten styl życia.

Z czasem na kolejnych kartach powieści dowiemy się, jakie były wcześniejsze losy tej dziewczyny, ale bez szczegółów, bo to raczej opowieść o tym, jak ważną rolę w naszym życiu odgrywa wychowanie i otoczenie. To powieść o roli natury, o ciszy, o poszukiwaniu spokoju, o opuszczeniu cywilizacji i o tym, jak na nasz dalszy los, szczególnie w przypadku dziecka, wpływają wybory rodziców. Autor stawia tu pytanie, na ile jesteśmy w stanie ukształtować dziecko i jaką rolę wybrany sposób życia będzie odgrywał w jego przyszłym życiu.

To bardzo ciekawa powieść, która nie tylko jest refleksyjna i skłaniająca do przemyśleń, ale też wciągająca. Przyznam, że zafrapowały mnie losy Caroline i jej ojca, a otaczająca je nuta tajemnicy dodała tej powieści dodatkowego dreszczyku emocji.

Moja ocena: 5/6

Peter Rock, My Abandonment, 240 str., Mariner Books 2018.

sobota, 18 kwietnia 2026

"O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku" Timothy Snyder


 

Wydaje się nam, że o tyranii wiemy wszystko. Mamy świadomość, jakie są mechanizmy powstawania państw totalitarnych, wiemy, jak tyranii dochodzą do władzy, jakie stosują środki kontroli, jak zręcznie sięgają do demagogii. Wiemy, że populizm mają we krwi. Wiemy to, a mimo wszystko wciąż i wciąż obserwujemy te same mechanizmy. I często wpadamy w pułapkę poczucia, że nic nie możemy zrobić. 

Snyder w tej krótkiej książce stara się nam nakreślić, że nie jesteśmy bezsilni. W dwudziestu króciutkich rozdziałach opisuje wcześniej wymienione mechanizmy i daje konkretne wskazówki, jak my, jako zwykli ludzie, możemy ich przeciwdziałać, nawet jeśli to będzie jednostkowy protest.

To nie jest odkrywcza proza, ale też nie ma takich pretensji. Widzę tę książkę jako przewodnik dla młodego człowieka. Przewodnik, które współczesne procesy totalitaryzujące osadza w kontekście historycznym i literackim. Wiele tu odwołań do wydarzeń historycznych, wiele do prozy – sporo do polskiej. Dla mnie ta książka może nie była nowatorska, ale jednak warta lektury. Bo utwierdza mnie w moich przemyśleniach. Bo systematyzuje wiedzę. Warto.

W Polsce książka ukazała się pod tytułem "O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku" w przekładzie Bartłomieja Pietrzyka, a nakładem Wydawnictwa Znak.

Moja ocena: 4,5/6

Timothy Snyder, Über Tyrannei. Zwanzig Lektionen für den Widerstand, tł. Andreas Wirthensohn, 127 str., C.H. Beck 2025.

piątek, 10 kwietnia 2026

"The Diver's Clothes Lie Empty" Vendela Vida


 

Główną bohaterkę powieści poznajemy w samolocie do Maroka, do Casablanki, gdzie planuje spędzić wakacje. Niestety już podczas wypełniania formularza przy recepcji hotelu ktoś kradnie jej plecak z dokumentami, pieniędzmi, aparatem fotograficznym i laptopem. Zmęczona po podróży kobieta jest zdezorientowana i nie ma wielkiej nadziei na odzyskanie swoich rzeczy. Gdy na posterunku policji komendant wręcza jej odnaleziony plecak, nie protestuje, mimo że nie jest to jej własność. Kobieta przyjmuje więc tożsamość innej osoby i zaczyna używać jej karty kredytowej. Dziwnym zbiegiem okoliczności staje się członkinią ekipy kręcącej tuż obok film i poznaje słynną amerykańską aktorkę. Gdy sprawy zaczynają się komplikować, ponownie zmienia tożsamość. 

Vendela Vida prowadzi tę narrację w drugiej osobie liczby pojedynczej, wprowadzając dystans do głównej bohaterki i skłaniając czytelniczkę do postawienia się w jej roli. Początkowo jest to zresztą tylko opowieść o przyjmowaniu obcej tożsamości, ale z czasem odkrywamy, od czego kobieta ucieka. Krok po kroku wspomina dość traumatyczne wydarzenia z okresu przed wyjazdem. Autorka pociąga tu bowiem temat tożsamości na inną płaszczyznę – główna bohaterka ma siostrę bliźniaczkę, a dziewczynki dorastały w opozycji do siebie, jedna z nich była tą ładniejszą, tą, która odnosiła większe sukcesy. Tożsamość bliźniaczek bywa trudna do rozdzielenia, a staje się jeszcze bardziej problematyczna, gdy jedna z nich prosi o przysługę. To zachwianie w oddzieleniu własnej osobowości od siostrzanej ma zapewne wpływ na dalsze wybory bohaterki, która ze sporą łatwościązaczyna wskakiwać w różne role, czego ukoronowaniem jest bycie dublerką słynnej aktorki. 

Vida podsuwa swojej bohaterce tytułowe ubrania w różnych momentach, stwarzając okazje, do podjęcia decyzji o zmianie swojego ja, a jej bohaterka za tymi okazjami podąża, zmuszając czytelniczkę do rozważenia, czy podjęłaby podobne decyzje. Powieść napisana jest bardzo prostym językiem, jednak wyżej wspomniana druga osoba liczby pojedynczej utrudnia lekturę, irytuje, drażni.

Początkowo miałam problem z tą książką, Vida nie potrafiła mnie zainteresować, ale z czasem, gdy pojawiało się więcej retrospekcji, wtopiłam się w tę narrację i byłam ciekawa zakończenia. To dość interesująca, skłaniająca do przemyśleń książka, po którą zapewne nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie mój klub czytelniczy. W efekcie jestem w pewnym sensie zadowolona z lektury, ale Vendela Vida nie zachęciła mnie do sięgnięcia po innej jej powieści.

Moja ocena: 3,5/6

Vendela Vida, The Diver's Clothes Lie Empty, 224 str., HarperCollins 2015.

sobota, 28 lutego 2026

"Fatum i furia" Lauren Groff


Lancelot i Mathilde to para idealna – oboje piękni, wysocy, świetliści, charyzmatyczni. Lancelot zwany Lotto przyciąga wszystkich swoją osobą, jest uwielbiany przez matkę, siostrę i przyjaciół. Sam kocha imprezy, dziewczyny i aktorstwo. Na jednej z szalonych imprez poznaje Mathilde – piękną, małomówną i tajemniczą. Wybucha miłość na śmierć i życia, a oni mimo młodego wieku biorą natychmiastowo ślub. Matka Lotta nie jest zadowolona z takiego przebiegu spraw i odcina napływ gotówki z rodzinnej fortuny. Ale zarówno to jak i wszystkie inne przeciwności losu nie zniszczą tej pary. 

Pierwsza część tej książki, czyli "Fatum" to opowieść z perspektywy Lancelota. Groff relacjonuje dzieciństwo, dorastanie, małżeństwo i karierę dramaturga. To jego perspektywa na świat, zauroczenia, szaleństwa i fenomenalny talent w zjednywaniu sobie ludzi. "Furia" to Mathilde, tajemnicza kobieta, którą bez zastanowienia poślubił Lotto. Autorka stopniowo odkrywa jej przeszłość oraz relacjonuje jej życie po Lancelocie. Te naprzemienne opowieści ujawniają wiele tajemnic, ale i nie dają łatwych odpowiedzi. Trudno tu określić jednoznacznie, kto jest czarnym charakterem, a kto białym. Amerykanka zachęca do własnej refleksji na temat motywacji działań, jej słuszności ale też tego, jak łatwo oceniamy ludzi. Tutaj nikt nie jest taki, jaki się wydaje na pierwszy rzut oka, a wyciąganie pochopnych wniosków nigdy nie jest dobrym pomysłem. 

Największą siłą tej powieści są liczne nawiązania mitologiczne i szekspirowskie – Groff szpikuje swoją opowieść cytatami, drobnymi smaczkami, ale i umieszcza ją w szerszej perspektywie literackiej już przez sam tytuł oraz tytuły poszczególnych sztuk Lancelota. Językowo jest to także znakomita rzecz – ironiczna, pełna erudycji, Groff pokazuje się tu jako prozatorka i dramatopisarka. Mimo tych wyraźnych zalet nie przekonała mnie jednak historia, której zabrakło wiarygodności. Oczywiście pamiętam, że życie pisze najbardziej niespodziewane scenariusze i nawet taka sytuacja, jak opisana w tej powieści, jest możliwe, ale jednak mnie nie przekonała, szczególnie postać Mathilde. Zakładam nawet, że Groff celowo tak stworzyła te postaci i że wiarygodność nie była tu nadrzędnym celem, a raczej próba pokazania tego, jak sami możemy wpływań na nasz los, a także, że to, co sami bierzemy za zrządzenia owego losu, mogą być wynikiem nieznanych nam działań innych. Doceniam tę strategię, ale jednak nie będzie to moja ulubiona powieść tej autorki.

Moja ocena: 4/6

Lauren Groff, Fatum i furia, tł. Jerzy Kozłowski, 528 str., Wydawnictwo Pauza 2023

poniedziałek, 23 lutego 2026

"Wymieranie Ireny Rey" Jennifer Croft


Sześcioro tłumaczy przyjeżdża do domu słynnej polskiej pisarki w Białowieży. Irena Rey jest chimeryczna i lubi gwiazdorzyć, więc jej tłumaczki i tłumacze mają zakaz podejmowania się innych przekładów, a praca nad jej dziełami następuje grupowo pod jej okiem. Podczas pobytu uczestniczki i uczestnicy nazywani są od języka, na który tłumaczą, muszą dostosować się do szeregu reguł ustanowionych przez Irenę. Zadaniem grona tłumaczy jest przekład najnowszego dzieła pisarki, tylko że pisarka znika i zaczynają się mniej lub bardziej systematyczne, ale raczej mniej, poszukiwania. 

Narratorką powieści jest Emilia, tłumaczka na hiszpański, ale sama powieść jest tłumaczeniem i okraszona jest szeregiem przypisów, które są  w niej najlepsze. Pozostała treść skupia się wobec dziwnych zachowań tłumaczy, wycinki Puszczy Białowieskiej, działań rządu, okolicznych mieszkańców, ptaków, grzybów, legend itd. Do około 40% lektury ciągle czekałam na jakiś wątek przewodni i usystematyzowanie tego chaosu. Gdy zorientowałam się jednak, że chaos jest tym wątkiem przewodnim i że działania postaci nie mają żadnego sensu i rozsądku poddałam się. Owszem doczytałam tę książkę, bo liczyłam na katharsis, ale nie dość, że go nie znalazłam, to pozostałam tak samo zagubiona jak podczas lektury.

Nie jestem w stanie odnaleźć w tej książce żadnego sensu, myśli, punktu zaczepienia. Nie rozumiem, czemu ma służyć, co autorka chciała mi przekazać, a jeśli to tylko igraszka, zabawa konwencją i słowem, to niestety, ale zupełnie jej nie kupuję. 

Moja ocena: 2/6

Jennifer Croft, Wymieranie Ireny Rey, tł. Kaja Gucio, 464 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

czwartek, 12 lutego 2026

"Stan raju" Laura van den Berg


Bezdroża na Florydzie, wszędzie daleko, gorąco, wilgotno, samotnie – w taki świat wrzuca Laura van den Berg. W tym miejscu mieszka główna bohaterka książki i jej mąż. Tymczasowo. U matki. Pandemia pokrzyżowała jednak ich plany i utknęli na Florydzie na dłużej. Kobieta jest ghostwriterką i pracuje dla autora poczytnych kryminałów. Nigdy jednak go nie poznała, a zlecenia dostaje mailowo od grupy jego asystentów. Poza tym prowadzi mało spektakularne życie – rozmawia z siostrą i matką, spędza czas z mężem i psem, ale też niepokoi się stanem świata. Wraca on po pandemii do równowagi, ale pozornie. Na Florydzie następują po sobie przedziwne zjawiska atmosferyczne – przypominające potop ulewy, ale bez huraganowego wiatru, giną ludzie, a plakaty z ich podobiznami wiszą niemal wszędzie, wiele osób spędza czas z okiem umysłu. To urządzenie, które pewna firma rozdawała w czasie pandemii. Pomaga ono przenieść się w inne wymiary, ale i powoduje znikanie osób. Te obserwacje narratorki przeplatane są jej fragmentarycznymi wspomnieniami z młodości – przede wszystkim z pobytu w szpitalu psychiatrycznym. 

Powieść Amerykanki żyje atmosferą – zaduchem, upałem, ulewą, niepokojem. To nie piękna Floryda z palmami, oceanem i plażami. To przysłowiowe zadupie, gdzie nic się nie dzieje, wszędzie jest daleko i niczego nie ma. Pozornie niewiele jest w tej powieści akcji, ale retrospekcje i ów wątek poniekąd science-fiction powiązany z okiem umysły wprowadzają atmosferę niepokoju, grozy, poczucia nadchodzącego niebezpieczeństwa. I ja ten vibe kupiłam, namacalnie poczułam, ale niestety już sama historia mnie nie poruszyła. Owszem, czyta się tę powieść dobrze, ale na płaszczyźnie emocjonalnej nie zarejestrowałam u siebie żadnych wahań. 

Moja ocena: 3/6

Laura van den Berg, Stan raju, tł. Dobromiła Jankowska, 208 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

niedziela, 8 lutego 2026

"Męczennik" Kaveh Akbar


Jak pisać o powieści, która na Goodreads ma wysokie oceny, podoba się większości znajomych, a mnie nie zachwyciła? Co ja mówię, nie zachwyciła! Nie podobała się do tego stopnia, że po 40% ją porzuciłam. Gdy dotrwam do tego etapu, zazwyczaj nie rezygnuję z dalszej lektury, bo jednak szkoda mi poświęconego jej czasu. Niestety w "Męczenniku" nie znalazłam niczego, co by mnie zainteresowało, choć początkowo spodziewałam się, że będzie to lektura idealna dla mnie. 

Cyrus Sharm – główny bohater pochodzi z Iranu, a w USA wylądował jako niemowlak po tym, jak jego matka zginęła w samolocie przypadkowo zestrzelonym przez siły amerykańskie. W Indianie ojciec pracuje w fabryce kurczaków, a Cyrus dorasta bardziej jako dziecko amerykańskie niż irańskie. Teraz, już dorosły, próbuje swoich sił jako poeta, a poza tym głównie pije i konsumuje różne substancje. Jego idée fixe jest śmierć męczeńska i ten temat postanawia eksplorować w swojej sztuce. W tym celu udaje się do Nowego Jorku, gdzie umierająca na raka artystka w ramach performansu w muzeum odpowiada na pytania odwiedzających. 

Historia Cyrusa przeplatana jest wspomnieniami z dzieciństwa i młodości matki oraz wujka, którego zamierzała odwiedzić w Emiratach, gdy siedziała w owym pechowym samolocie. Nie wiem oczywiście, jak dalej rozwija się ta powieść, ale, jak pisałam, nie znalazłam w tym, co przeczytałam, żadnego punktu zaczepienia. Co gorsza książki słuchałam, więc w zasadzie powinna być lżej strawna, ale nawet w takiej formie nie utrzymała mojej uwagi.

Jednak nie tylko sama historia jest tu męcząca, nomen omen, ale i sposób jej podania. Autor operuje tym rodzajem pióra, którego nie trawię. Jego opowieść to relacja, która opiera się na zdaniach: Cyrus poszedł, Cyrus powiedział, Cyrus usiadł itd. oraz opisie picia, ćpania i miałkich rozmów. Szkoda, ale odkładam bez żalu.

Kaveh Akbar, Märtyrer!, tł. Stefanie Jacobs, 400 str., Rowohlt 2025.

sobota, 24 stycznia 2026

"Lapvona" Ottessa Moshfegh


W średniowiecznej Lapvonie nie ma lekkiego życia. Przynajmniej jeśli mieszka się w wiosce. Życie to harówka, niedojadanie, przemoc i ból. U pana na zamku natomiast jest wręcz odwrotnie – przesyt, przepych i nuda. Pan Wilhelm nie wie, co robić z czasem, jedzeniem i życiem. Marek natomiast aż nadto wie – musi pomagać ojcu owczarzowi, poddawać sie jego humorom i biciu, harować i wierzyć, że po śmierci czeka na niego zbawienie. Marek musi na to liczyć, bo na ziemi nie ma dobrego startu. Urodzony jako pokraka nie wzbudza pozytywnych myśli, nie ma matki, która podobno umarła, za to ma niezbyt przystępnego ojca, którego jedynym przejawem zainteresowanie jest robienie z Marka worka treningowego. I tak to życie w Lapvonie leci, aż ginie syn pana. A Marek staje się nowym synem, a zarazem zabawką i igraszką. Los się dla niego odwraca, ale nie dla wioski. Nastaje głód, ludzie mrą jak muchy, czym nikt się nie interesuje. Ksiądz hula na dworze i pojęcia o religii nie ma, pan Wilhelm zupełnie na wieś nie zwraca uwagi, a Marek jest w szoku, jak odmieniło się jego życie.

Moshfegh wprawdzie umieszcza akcję tej powieści w jakiejś bliżej nieokreślonej wiosce w bliżej nieokreślonej epoce, która poniekąd przypomina średniowiecze, choć nie wszystko się zgadza. Autorka opisuje stosunki międzyludzkie od najgorszej strony – sięgając po tę lekturę warto nastawić się na brud, przemoc, krew i brutalność. Nie to jednak przeraża najbardziej, a raczej alegoria współczesnego świata. Pan Lapvony to głupiec, który nie interesuje się finansami, zarządzaniem, ani ludźmi. Najchętniej otacza się ludźmi, którzy mu przyklaskują, wymyśla najdurniejsze rozrywki i korzysta z władzy, jak chce. Marek wpada w te sidła i staje się zabawką pana, nie daje mu to jednak szczęścia, ani poczucia bliskości. Wciąż będzie tęsknił za miłością i dotykiem bliskiej osoby. 

Lapvona to fantastycznie napisana satyra współczesnego świata, gorzka, uniwersalna i bolesna. Do mnie trafiła.

Moja ocena: 5/6

Ottessa Moshfegh, Lapvona, tł. Teresa Tyszowiecka, 304 str., Wydawnictwo Pauza 2023.

poniedziałek, 5 stycznia 2026

"A Burst of Light and Other Essays" Audre Lorde


"Dzienniki raka" były ważną lekturą, moim pierwszym spotkaniem z Audre Lorde – jej spojrzenie na takie tematy jak rasizm, feminizm, traktowanie kobiet, szczególnie chorych było w wielu aspektach inspirujące, choć niekoniecznie odkrywcze. Ten eseistyczny zbiór jest kontynuacją tych tematów, wzbogacony o seksualność, szczególnie homoseksualizm, a także poszerza perspektywę na problemy kobiet całego świata. 

Równocześnie jest to zbiór nierówny. Na początku umieszczono krótsze teksty – przemowy czy wykłady Lorde, a tytułowy esej to już zupełnie inna kategoria. To pamiętnik z okresu nawrotu choroby autorki. Są więc tu jej przemyślenia – szczególnie na temat własnej postawy wobec propozycji leczenia, podejmowanie wybory, rezygnacja z medycyny konwencjonalnej, rozważania na temat postawy lekarzy wobec niej oraz opis samopoczucia. Te opisy przeplatane są nieustającą działalnością Lorde – spotkaniami, wyjazdami, pracą publicystyczną itd. Autorka też oddaje się wspomnieniom, podsumowaniu życia, autorefleksji, wspomina partnerkę, dzieci. 

O ile doceniam niestrudzoną pracę Lorde na rzecz równouprawnienia i wyczulania na problemy mniejszości oraz szanuję jej wybory, to jednak nie wszystkie jej myśli były dla mnie do przełknięcia, a szczególnie trudna była argumentacja na temat odwrócenia się od medycyny konwencjonalnej. Niemniej Audre Lorde warto znać, doceniać jej pracę i publikacje.

Moja ocena: 4/6

Audre Lorde, A Burst of Light and Other Essays, 144 str., Ixia Press 2017.

czwartek, 4 grudnia 2025

"Wiem, dlaczego w klatce śpiewa ptak" Maya Angelou


Maya Angelou była mi dotąd, wstyd przyznać, osobą praktycznie nieznaną. Nie czytałam jej poezji, nie znałam życiorysu, mignęło mi zaledwie jej nazwisko. Dzięki tej powieści zatopiłam się w klimat amerykańskiego południa lat 30. - 50., klimat oczywiście niezbyt radosny, aczkolwiek sama Maya opisuje go w tak ciepły sposób, że czyta się tę książkę jak przygodówkę.

Powieść podzielona jest na trzydzieści sześć rozdziałów, z których każdy stanowi odrębną opowieść z życia autorki, ale przy zachowaniu chronologii. Tym sposobem nie mamy dłużyzn o zwykłych dniach, Angelou koncentruje się na najważniejszych lub na najbardziej znaczących wydarzeniach z jej życia, przy okazji wspaniale oddając koloryt i warunki życia osób czarnoskórych w ówczesnych Stanach Zjednoczonych. Mogłoby się wydawać, że na ten temat wie się wszystko, ale jednak spojrzenie, a zwłaszcza odczucia dziecka rzucają inne światło i pokazują inne aspekty – dla mnie na przykład zaskoczeniem było jak odległy dla małej Mayi był świat białych i jak zerowa była styczność między tymi dwoma grupami. 

Autorka opisuje wydarzenia pozytywne, radosne, ale i te traumatyczne, po których faktycznie pozostawiono ją samej sobie. Oczywiście świadomość ówcześnie była inna, a i podejście do wychowania , ale jest to jednak porażające, podobnie jak całe podejście rodziców Angelou do dzieci. 

Czytałam dużo zachwytów nad językiem, tymczasem ja miałam z nim niejaki problem. Doceniam bardzo jego plastyczność i metaforyczność, ale w wielu miejscach owe metafory czy porównania były dla mnie niezrozumiałe – wracałam do zdań i próbowałam je zrozumieć, ale nawet po kilkukrotnym przeczytaniu pozostawałam w kropce. Podobało mi się natomiast rozróżnienie rejestrów języka, także języka białych i czarnych oraz to, jak wielką, kształtującą rolę sam język tu odgrywa.

To ważna książka, niektóre rozdziały powinien przeczytać każdy i każda, by zrozumieć istotę rasizmu, np. ten o dentyście czy o zakończeniu szkoły. Może wywalmy "Zabić drozda" z kanonu, a zastąpmy go tą autobiografią?

Moja ocena: 4,5/6

Maya Angelou, Wiem, dlaczego w klatce śpiewa ptak, tł. Elżbieta Janota, 320 str., Wydawnictwo Relacja 2022.

środa, 22 października 2025

"Dom mojej matki" Shari Franke


Rodzina Franke znana jest niemal całemu światu. Ruby, mormonka i matka szóstki dzieci, założyła kanał na YouTube, w którym dzieliła się życiem swojej rodziny. Urodzona w 2003 roku Shari to najstarsza córka, która napisała tę powieść po tym, jak jej matka została skazana na karę wiezienia za dręczenie dzieci. Niesamowicie popularny kanał był bowiem nie początkiem, ale zwieńczeniem jej metod wychowawczych bazujących na pozbawianiu dzieci miłości, traktowaniu ich jak projekt, następnie jako aktorki i aktorów w wyreżyserowanym życiu, a wreszcie na karach fizycznych. Ruby po poznaniu rzekomej psycholożki Jodi całkowicie uległa jej wpływowi i założyła z nią podcast na temat wątpliwych metod wychowawczych oraz dążeniu do prawdy. To mieszanka religii, narcyzmu, przedziwnych zasad, której efektem było regularne dręczenie dzieci psychiczne i fizyczne oraz wyproszenie z domu bezwolnego męża, Kevina, który w żaden sposób nie potrafił zatrzymać szaleństwa żony.

Jako że kanał miał miliony subskrybentów sprawa odbiła się echem na całym świecie, a Shari, wedle własnych słów, potraktowała tę książkę jako możliwość pokazania jej perspektywy oraz sposób na rozliczenie się z traumą dorastania w przemocowym domu pod okiem narcystycznej matki. Dziewczyna bez wątpienia jest ofiarą i nie umniejszam funkcji terapeutycznej tej publikacji, ale niestety nie jest to udana książka.

Z posłowia zrozumiałam, że Shari miała pomocniczkę/ghost writerkę, ale chyba wątpliwej jakości, bo brnięcie przez tę powieść jest wyzwaniem. Przede wszystkim językowo jest to bardzo słaby tekst. Dominują tu zdania pojedyncze, proste, ale okraszone przesadzonymi metaforami, które poziomem egzaltacji przypominają pamiętnik młodszej nastolatki. Na każdej stronie mogłabym wyliczyć kilka niezręczności, dziwnych porównań, niespójnych zdań itd. Czyta się to jak esej z końcowych klas podstawówki, a nie powieść. Konstrukcyjnie niestety nie jest lepiej. Shari wprawdzie trzyma się chronologii, ale nie ma wyczucia w kwestii ciągu przyczynowo-skutkowego, wątki i postaci pojawiają się nagle, bez wprowadzenia. Jest tak w przypadku Dereka, o którym pisze początkowo naprawdę mało, choć oczywistym jest, że jego zachowanie miało ogromny wpływ na dziewczynę, ale także w przypadku przybranych rodziców, którzy pojawiają się nagle jako dawni przyjaciele. Nie inaczej jest z innymi wydarzeniami – zmianami mieszkania, studiami, relacją z bratem. Pojawiają się fakty, ale nie trzymają się przysłowiowej "kupy", brakuje wciąż kilku zdań łączących, wyjaśniających, tak jakby w trakcie pisania autorce coś się przypominało i w tym momencie tworzyła dopisek. 

Rozumiem, że ta powieść jest poczytna i wysoko oceniania ze względu na tę historię, której zwyczajnie nie sposób i nie wolno wartościować, ale patrząc na tę książkę z punktu stricte pisarskiego, jest to niestety bardzo słaba rzecz. Wyrażę zapewne niepopularną opinię, ale uważam, że zwłaszcza w przypadku takich książek, czyli poruszających bardzo trudne przeżycia i emocjonalnie skrajną tematykę, strona językowa i kompozycyjna powinna być wyjątkowo dobrze wypracowana. Nawet jeśli w takiej formie ta powieść spełniła funkcję autoterapeutyczną dla Shari, to skoro już się ukazała, dobrze by było, gdyby podobną funkcję mogła nieść dla innych osób, a jeszcze lepiej, gdyby dołączył tu element edukacyjny dotyczący sharentingu, narcyzmu, sekt, opresyjnej roli kościoła, a niestety ginie on i to nie tylko ze względu na słaby język, ale z powodu chaosu i braku jednolitej struktury. W efekcie otrzymujemy książkę o wszystkim, ale o niczym konkretnie. Bo że o życiu Shari ona jest, to wiemy, ale też w tej kwestii możemy tę wiedzę uzyskać w inny sposób. 

Moja ocena: 3/6

Shari Franke, Dom mojej matki, tł. Monika Skowron, 408 str., Wydawnictwo Filia 2025.

poniedziałek, 6 października 2025

"10 grudnia" George Saunders


Ten zbiór nigdy nie leżał w kręgu moich zainteresowań. Po męską, amerykańską prozę współczesną nie sięgam zresztą niemal programowo. No ale klub czytelniczy wybrał, to się sięgnęło. I to tak bardzo, że się przeczytało całość, mimo że wymagane były tylko dwa pierwsze teksty. 

Saunders szkicuje niewesołe obrazy popapranych żyć smutnych ludzi. Nieudaczników, biedaków, zimnych emocjonalnie, opuszczonych, przegranych ludzi żyjących współcześnie lub w niedalekiej przeszłości. Czytelniczka wpada w to bagno od pierwszej strony i próbuję nie dać się wciągnąć, czując na plecach oddech grozy. Autor pokazuje dzieci wychowane według surowego szablonu, złe decyzje finansowe, wykorzystanie osób z krajów tak zwanego trzeciego świata jako dekoracji, wpływanie na uczucia innych, opresyjne związki, oziębłość. Tak jak haczy treść tych opowiadań, tak samo niewygodny jest język Saundersa. Pozornie niekonsekwentny, brawurowy, bawiący się formą, pisownią, ortografią. Początkowo miałam wobec niego opór, posądzając autora o epatowanie swoimi umiejętnościami, ale z czasem polubiłam ten sposób pisania. Nie wiem, czy taki a nie inny dobór na przykład wielkich liter ma sens, ale nie dociekałam, tylko pozwoliłam się ponieść tej brawurze.

O samej treści opowiadań nie napiszę nic, bo niosą w sobie jakiś element zaskoczenia, warto wejść w nie bez wiedzy, bez czytania blurbów czy streszczeń. Dajcie szansę panu Saundersowi, mówię wam.

Moja ocena: 5/6

George Saunders, 10 grudnia, tł. Michał Kłobukowski, 384 str., Wydawnictwo Znak 2021.

niedziela, 28 września 2025

"Fuga" Lauren Groff


 
Debiutancki zbiór Lauren Groff bardzo mi się podobał – każdy tekst to osobny świat i miniaturowa powieść o kobietach. Mimo że to właśnie kobiety są punktem łączącym te opowiadania, to zbiór jest niezwykle różnorodny, a autorce udało się przedstawić odmienne bohaterki w przeróżnych momentach życia. Co więcej – miejsce i czas akcji opowiadań zabierają nas w oddalone od siebie miejsca: do Francji, Ameryki Południowej czy różnych stanów USA. Przenosimy się na początek XX wieku czy w lata 80. Groff tak dobrze kreśli te realia, że od pierwszych zdań kupujemy każdą historię. Punktem łączącym i linią przewodnią są kobiety, które stoją w decyzyjnym momencie swojego życia: muszą z czegoś zrezygnować, coś porzucić, poświęcić się lub ugiąć. Dla kariery, miłości lub z powodu mężczyzn.

Jak pisałam, te opowiadania to małe powieści – Groff kondensuje te historie w krótką formę, ale z każdej z nich można by stworzyć pełnowymiarową powieść. To dość długie teksty, więc warto czytać je powoli, rozkładać na kilka dni, by docenić fabułę. Jak to w zbiorach bywa, nie wszystkie zapadną w pamięć, ale na pewno na zawsze zapamiętam tekst o pływaku i jego chorej na polio uczennicy czy ten o grupie dziennikarzy podczas II wojny światowej. To nie jest ten rodzaj opowiadań, który ma wiele ścieżek interpretacyjnych czy wbija w fotel pointą, to raczej pełnowymiarowe, choć krótkie narracje, bez ani jednego zbędnego zdania, z nawiązaniami do innych utworów czy faktów historycznych – swoiste lustra wydarzeń, które mogły przebiec dokładnie tak. 

Myślę, że to wspaniałe teksty dla kogoś, kto ma ochotę na fabułę, ale nie ma czasu na dłuższą powieść. To trzydzieści minut czytania i kilka godzin myślenia. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Lauren Groff, Fuga, tł. Dobromiła Jankowska, 320 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

środa, 27 sierpnia 2025

"Stoner" John Williams


"Stoner" to powieść napisana w 1965, która przeszła bez echa. Na nowo odkryto ją dopiero w XXI wieku, co po lekturze wcale mnie nie dziwi, bo to rzecz niezwykle uniwersalna, ponadto napisana pięknym językiem. William Stoner pochodzi z ubogiego domu rolników, w którym niewiele się rozmawia, wcale nie dyskutuje, a już na pewno nie o uczuciach. Życie wypełnione jest ciężką pracą. Gdy syn przypadkiem trafia na studia rolnicze otwiera się przed nim zupełnie nieznany świat. Pobyt na uniwersytecie ma pomóc w lepszym zarządzaniu gospodarstwem, więc ojciec godzi się na wyjazd syna. William jednak kolejnym przypadkiem odkrywa pasję do literatury, zmienia kierunek i do domu nie wraca. Na kolejnych kartach Williams opisuje nieszczególnie spektakularne życie Stonera, niezbyt obfite w wydarzenia radosne, za to chętnie rozdające ciosy: nieudane małżeństwo, utrata więzi z córką, konflikt na uniwersytecie, porzucenie miłości itd. Co więc się stało, że tego podrzędnego doktora i niezbyt utalentowanego wykładowcę zaczęła otaczać aura kultu?

"Stoner" to niezwykle smutna powieść, napisana bezpretensjonalnie, bez jakiejkolwiek sztuczności, z dystansem, a równocześnie świetna kompozycyjnie i zmuszająca do wielu przemyśleń dzięki fantastycznym kreacjom bohaterów. Na klubie książkowym dyskutowałyśmy o niej blisko dwie godziny. Po tej rozmowie sądzę, że ta powieść ujmuje prostotą bohatera, który mimo że nie jest wybitny, mimo że żyje w mało znanym miejscu i zajmuje się nic nie zmieniającą w świecie tematyką, prowadzi swoje życie w sposób w jego mniemaniu jak najbardziej godny. Równocześnie to smutny obraz tego, jak brak zdolności wyrażania emocji, głębszej komunikacji rzutuje na całe życie. Ta całkowita przeciętność i zwykłość Stonera tworzy z niego everymana – a my, czytając, przeglądamy się w nim jak w lustrze. 

Lektura tej powieści była dla mnie ucztą literacką  – zachwyciły mnie eleganckie zdania, przemyślana kompozycja, która jednak nie sprawia wrażenia sztucznej. Wydaje się, że tworzenie tej książki przyszło autorowi mimochodem. Mimo że akcja rozgrywa się w pierwszej połowie XX wieku, można by ją swobodnie przenieść w lata choćby 60., a jak pisałam wyżej i dziś wciąż porusza wiele różnych strun i zmusza do przemyśleń.

Moja ocena: 5/6

John William, Stoner, tł. Maciej Stroiński, 352 str., Wydawnictwo Filtry 2023.

czwartek, 24 lipca 2025

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie"

 


Justyna Czechowska, tłumaczka literatury szwedzkiej i norweskiej skomponowała zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, których tematem przewodnim jest kobieta. Są tu teksty z przeróżnych stron świata, wspaniale, że zbiór nie ogranicza się tylko do Europy i USA, mamy teksty z Egiptu, Chin, Korei, Argentyny, Kanady. Dzięki tej różnorodności geograficznej uzyskujemy szeroką perspektywę na tak przecież złożony i wszechstronny temat. Co więcej, w zbiorze znalazły się też opowiadania napisane przez mężczyzn, wprawdzie tylko trzy, ale jednak zaskoczył mnie ten wybór w tak na wskroś kobiecej publikacji. Czechowska zadbała o to, by zebrane przez nią teksty objęły jak najwięcej aspektów kobiecości. Mamy dziewczynki, kobiety samotne, zakochane i nieszczęśliwe, matki i bezdzietne, kobiety kochające i zdradzane, kobiety oszukane, obsesyjne i czarownice, kobiety chore i zmarłe. 

Jak to w zbiorach bywa są tu opowiadania, które mnie szczególnie poruszyły i takie, które zupełnie do mnie nie trafiły. Dodam, że trzy z publikowanych tekstów już znałam, wśród nich wspaniałą "Żółtą tapetę", którą czytałam już kilka lat temu w oryginale. Z przyjemnością przeczytałam teksty nieznanych mi dotychczas autorek, zwłaszcza Any Marii Shua, Cory Sandel czy Nawal as-Sadawi. Nie zawiodły mnie Chimamanda Ngozi Adichie ani Margaret Atwood, które należą do moich ulubionych pisarek. Trudno jednak pisać o tak różnorodnym zbiorze, zwłaszcza, że trudno mi było go czytać. Myślę, że głównym problemem była to mnogość autorów i autorek. Sam temat jest zbyt słabym lepiszczem dla tak sporego zbioru. Kobiecość ma tak wiele aspektów, że w efekcie temat przewodni się rozpływał, a każde opowiadanie było zupełnie inne. Fakt, że bohaterkami są osoby płci żeńskiej nie wystarcza, by stworzyć spójny zbiór. Trudno było mi przeskakiwać z zupełnie innego świata, stylu i pomysłu w kolejny, a co za tym idzie czytać ten zbiór po kolei. Wyłapałam z niego kilka perełek, ale ogólnie jednak mnie rozczarował.

Rozczarował mnie też koniec książki – w momencie gdy doszłam do spisu treści zauważyłam, że w e-booku brakuje dwóch opowiadań! Nie ma tekstu Clarice Lispector ani Radki Denemarkovej! Jeszcze bym może zrozumiała, że e-book ma inną objętość, ale w spisie treści widnieją. Czuję się oszukana, bo akurat Lispector bardzo chciałam przeczytać. 

Moja ocena: 4/6

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie", wybór Justyna Czechowska, 464 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2023.

niedziela, 20 lipca 2025

"Czarnoksiężnik z Archipelagu" Ursula K. LeGuin



Lata temu poległam przy prozie LeGuin, nie przebrnąwszy nawet przez pięćdziesiąt stron. Na drugie podejście do Ziemiomorza wybrałam audiobook i to był bardzo doby pomysł. Tym razem książkę skończyłam, a podczas lektury wcale się nie nudziłam. 
Zacznę od końca – nie nudziłam się, bo oczarował mnie język autorki. To bardzo potoczyste, plastyczne pióro, które odmalowuje świat i bez reszty wciąga w tę kreację. Sama historia jest natomiast dość prosta. Ged dorasta na jednej z wysp archipelagu Ziemiomorza, nieświadomy swoich mocy. Po ich odkryciu ląduje w szkole dla czarnoksiężników na wyspie Roke. A w szkole, jak to w szkole, nawiązuje przyjaźnie, ale i wplątuje się w kłótnie. Podczas jednej z nich używa swojej nadzwyczaj silnej mocy, która wymyka mu się spod kontroli. Chłopak wychodzi z konfrontacji cało, przynajmniej fizycznie, ale nie bez nauki. Zadziorny i pewny siebie nastolatek zmienia się, pokornieje i jest gotowy na poniesienie konsekwencji swojego czynu.
Od tego momentu jego życia się zmienia, a Ged podąża za nieznanym, które obudził, wiedząc, że tylko ostateczna konfrontacja da mu oczyszczenie i wyzwolenie. Wędrówka nastolatka obejmie wiele z wysp  archipelagu, a poruszał się będzie głównie łodzią. Czytelniczkę czeka wiele dramatycznych opisów walk z przeciwnościami natury i nieprzychylnymi osobnikami oraz mnóstwo przemyśleń na temat własnych błędów i ich konsekwencji.

Ta klasyka fantasy to nic innego jak opowieść o dorastaniu, odnajdywaniu swojego ja, własnej ścieżki i przeznaczenia, o ponoszeniu konsekwencji własnych czynów i o sile przyjaźni. Doceniam kreację tego świata oraz postaci Geda, myślę jednak, że zdecydowanie za późno sięgnęłam po ten cykl. To książka do czytania w wieku nastoletnim – wtedy, gdy rozterki Geda są bliższe czytelniczce. Wtedy, gdy nie zna się już wielu światów i wielu kreacji, a Ziemiomorze może uwieść świeżością. 

Cieszę się, że wreszcie poznałam ten, bądź co bądź, słynny cykl, ale nie planuje jednak kontynuacji. 

Moja ocena: 4/6

Ursula K. LeGuin, Czarnoksiężnik z Archipelagu, tł. Stanisław Barańczak, 245 str., Prószyński i s-ka.