Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2025

"11%" Maren Uthaug


Maren Uthaug naszkicowała świat w przyszłości – świat, w którym rządzą kobiety, a mężczyźni stanowią tylko niewielki odsetek populacji. Poznajemy ów świat z perspektywy czterech różnych bohaterek. Pierwszą z nich jest Medea, która mieszka w podupadłym klasztorze. Kobieta posiada rzadką zdolność rozumienia węży, hoduje gady i wyrabia miłosne ciasteczka, korzystając z krwi miesięcznej. Jej kochanka jest natomiast kapłanką w nowej wersji kościoła. Bliżej poznajemy także lekarką zamieszkującą świątynię oraz Cichą, jedną z nielicznych już osób, które pozostały w klasztorze. Na zewnątrz można natrafić na przeróżne grupy kobiet – te zajmujące się szczurami i takie, które przyszywają sobie sztuczne penisy, ale też takie, które mieszkają w ruinach starego świata.
Nowy kobiecy świat buduje bowiem inaczej – domy są okrągłe, jak najbardziej oddalone od architektury, którą wymyślili mężczyźni. Mężczyźni to mityczne wręcz stworzenia, które wspominane są jako ciągłe zagrożenie. Ci, którzy pozostali, są kontrolowani, przetrzymywani w specjalnych miejscach i praktycznie nie przypominają ludzi.

Kobiety stawiają na świat bliski naturze, gdzie seksualność jest swobodnie wyrażana i powiązana z pozytywnymi skojarzeniami, dziewczynki wychowywane są przez dwie matki, a mężczyźni kojarzeni tylko z zagrożeniem i niebezpieczeństwem. Uthaug kreuje świat bardzo oryginalny i zaskakujący. Początkowo zupełnie nie mogłam się wtopić w tę wizję, ale z czasem wszystko zaczęło się układać, a ja byłam ciekawa, czym autorka mnie jeszcze zaskoczy. 

Ten kobiecy świat ma wady, nie jest idealny, jedynym pewnikiem jest to, że patriarchat był zły. Nie oznacza to jednak, że świat, w którym rządzą kobiety jest rajem. Są konflikty i spory, są protesty i są osoby, które mają się czego obawiać. Do tego autorka świetnie splata losy czterech bohaterek, przy okazji szkicując przeszłość oraz aktualne warunki życia.

"11%" to nie jest wyidealizowana utopia, to zwykły świat ze swoimi wadami, tyle że bez mężczyzn grających pierwsze skrzypce. To także próba pokazania ogromnej roli natury, seksualności, rytuałów, a to wszystko okraszone nie zawsze dla mnie jasną symboliką (węże, ptaki, rośliny). Ciekawa jestem, jak autorka pociągnie tę kreację i zapewne sięgnę po dalszy ciąg.

Moja ocena: 4,5/6

Maren Uthaug, 11%, tł. Joanna Cymbrykiewicz, 356 str., ArtRage 2024.

wtorek, 18 lutego 2025

"Metry na sekundę" Stine Pilgaard


Bezimienna młoda kobieta przeprowadza się z partnerem i malutkim synkiem na wieś w Jutlandii. Jej partner podejmuje pracę w szkole ludowej – placówce z internatem dla młodych dorosłych. Wszyscy nauczyciele mieszkają na tym samym terenie i tworzą swoistą wspólnotę. Narratorka jednak nie potrafi w nią wsiąknąć, obserwuje nieco z boku ten małomiasteczkowy vibe. Obserwujemy ją w codziennym życiu – w interakcjach z dyrektorką szkoły, na kursie prawa jazdy, w rozmowach w domowym żłobku, do którego oddaje dziecko. Z czasem podejmuje pracę w lokalnej gazecie, w której prowadzi kącik porad. 

Pilgaard stawia na trzy rodzaje narracji – pierwszoosobową ukazującą przemyślenia i przeżycia narratorki, drugi rodzaj to listy do gazety i odpowiedzi Wyroczni. I tutaj także mamy okazję poznania narratorki, bo jej odpowiedzi zasadzają się na własnych doświadczeniach. Wreszcie są tu duńskie pieśni ludowe ze zmienionym tekstem. O ile lubię takie eksperymenty narracyjne, to tutaj nie do końca u mnie siadły. Problemy narratorki wydały mi się być błahe, jej nastawienie do życia zupełnie nie rezonuje z moim, a jej podobno dowcipne i cięte spostrzeżenia ani mnie śmieszyły, ani zdumiewały. 

Zupełnie umknął mi urok tej książki, choć byłam przekonana, że to będzie typ opowieści, który mnie zainteresuje. Podejrzewam, że nie zagrał tu styl, nie łapałam podobno ciętego dowcipu autorki.

Moja ocena: 3/6

Stine Pilgaard, Metry na sekundę, tł. Zuzanna Zywert, 288 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

wtorek, 14 stycznia 2025

"Die Sonne hat Gesellschaft" Dorthe Nors

 


To niewielki zbiór opowiadań, który przynajmniej częściowo pozostanie w pamięci. Nors posiadła bowiem tę zdolność oddania na kilku stronach treści niepokojącej i zastanawiającej. Jak to przy zbiorach opowiadań bywa, nie każdy tekst dotknął i dotarł do mnie w podobny sposób, ale jest tu kilka, na które zwróciłam szczególną uwagę. 
Już pierwsze opowiadania mnie "chwyciło". Przedstawia mężczyznę, który od kilku dni siedzi o chłodzie i głodzie na ambonie myśliwskiej, obawiając się licznych w tej okolicy wilków. Nie potrafi z niej zejść o własnych siłach, a na pomoc nie bardzo może liczyć. Opuścił dom nagle, po kłótni z żoną. 
W innym tekście aspirująca autorka zatrzymuje się u starszej kobiety, która unika kontaktów, by ta jej nie opisała. Przyczyna: trudno by jej było znieść własne życie na kartach książki.
Albo opowieść o Einarze, który zachorował na raka. Relacjonowana w formie pamiętnika, bezlitosna, sarkastyczna. Było życie, nie ma życia.

Język Nors uwodzi i zwodzi, często na manowce. Jej fantazja nie zna granic, dzięki czemu tworzy zaskakujące światy. Ten niewielki zbiór to ciekawa lektura, choć jednak wolałabym przeczytać powieść, bo opowiadania mają tę właściwość, że w większości ulatują, szczególnie jeśli chodzi o treść. To, co pozostaje, to wrażenie, atmosfera, język. 

Moja lektura: 4/6

Dorthe Nors, Die Sonne hat Gesellschaft, tł. Frank Zuber, 142 str., Kein & Aber Verlag 2020.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

"Życie Sus" Jonas T. Bengtsson

 


Bengtsson należy do grona pisarzy, na których zwracam szczególną uwagę, a to od świetnego Submarino. Choć jego Baśń nie zachwyciła mnie aż tak bardzo, to jednak jego charakterystyczny styl bardzo mi pasował i planowałam przeczytać jego kolejne książki. Jedna czeka od dawna na czytniku, ale najpierw sięgnęłam po Życie Sus. Duńczyk ulokował akcję powieści w znanych z jego prozy terenach. To blokowisko na przedmieściu, zamieszkane przez dilerów i margines społeczny, gdzie prym wiedzie beznadzieja i brak perspektyw. 

To tu mieszka dwudziestoletnia Sus, sama. Ojciec siedzi w więzieniu po tym, jak dopuścił do śmierci matki-narkomanki, brat leży na OIOM-ie z odłamkiem w ciele, którego dorobił się na wojnie. Sus jest drobna, dziecięca wręcz, ćwiczy więc ciało i ducha, by być gotową na wyjście znienawidzonego ojca z więzienia. Resztę czasu spędza na paleniu haszu, kołowaniu jakiegoś jedzenia i wymyślaniu sobie wyzwań. To one mają sprawdzać stan jej ciała i jego gotowość. Na co? Na zemstę, na życie, na przetrwanie.

Bengtsson operuje krótkimi, dosadnymi zdaniami, jego narracja jest rwana, podzielona na krótkie rozdziały, które są poszczególnymi scenami z życia Sus.

Oprócz Sus, Duńczyk szkicuje kilka innych portretów - studenta znudzonego uniwersytetem, dilera na wózku, pozornie dobrego policjanta, którego pogrążyły realia. To smutna powieść o beznadziei, szukaniu sensu w życiu, ale też o tym, jak miejsce urodzenia determinuje nasze życie. Niby nic odkrywczego, a jednak poruszające.

Moja ocena: 5/6

Jonas T. Bengtsson, Życie Sus, tł. Iwona Zimnicka, 216 str. Wydawnictwo Poznańskie 2020.

sobota, 31 grudnia 2022

"Śmierć jeździ audi" Kristian Bang Foss

 


Powieść Śmierć jeździ audi jest jak duńskie kino (przynajmniej to, które znam i lubię) - nieprzewidywalna, groteskowa, pełna komizmu sytuacyjnego, ale i nostalgii i zadumy.

Asger prowadzi życie niby udane, ale jednak nie całkiem. Że nie całkiem okazuje się, gdy traci pracę. Nagle to życie nie jest już takie fajne i lukę trzeba zalać piwem albo czymś mocniejszym. To znowuż nie ma najlepszego wpływu na związek Asgera. Gdy przewraca się na rowerze, na którym w foteliku wiózł pasierbicę, porzuca go żona. Teraz pozostaje mu już tylko alkohol i telewizor. I czarne albo żadne myśli. Gdy kończy się kasa, Asger zaczyna rozglądać się za pracą. W branży reklamowej nie ma już szans, więc chwyta się czegokolwiek, a tym czymkolwiek jest opieka nad Waldemarem.

Waldemar ma wszystkie choroby świata, wegetuje w małym mieszkaniu na przedmieściach, w dzielnicy o najgorszej z możliwych renom. Nie jest na tyle chory, by potrzebował opieki non-stop, ale potrzebuje kogoś do towarzystwa i do tzw. pilnowania. Bo może zasłabnąć, stracić oddech, nie dać rady dojść gdzieś lub wrócić. Asger początkowo nie odnajduje się w okolicy, wszystko jest dla niego nowe i nieznane, ale stopniowo między mężczyznami nawiązuje się nić porozumienia. I życie toczyłoby się pewnie swoim spokojnym torem, gdyby nie pomysł Waldemara. Postanowił wyjechać do Maroka, gdzie podobno żyje cudotwórca i uzdrowiciel. Asger początkowo sądzi, że Waldemar widzi w tej wyprawie ostatnią deskę ratunku dla swojego zdrowia, ale stopniowo okazuje się, że w wyjeździe będzie chodzić o coś zupełnie innego. 

Bang Foss stworzył powieść niekonwencjonalną, nie uniknął dłużyzn i słabszych fragmentów, ale to na pewno rzecz, która zapada w pamięć. To opowieść o przyjaźni, ale też o rozwoju, jaki przechodzą obaj mężczyźni. To droga fizyczna, ale i mentalna. Mnie urzekły komizm i groteska - nie przesadzone, ale na tyle obecne, że tworzą z tej powieści coś specyficznego.

Moja ocena: 4/6

Kristian Bang Foss, Śmierć jeździ audi, tł. Agata Lubowicka, czyt. Mikołaj Krawczyk, 236 str., Marpress 2022.

wtorek, 18 stycznia 2022

"Chlorek sodu" Jussi Adler Olsen

 


Naczekałam się na kolejny tom cyklu o Carlu Mørcku - czego bardzo nie lubię, bo zaczynając lekturę dziewiątej części, usilnie próbowałam sobie przypomnieć, jak skończyła się i o czym tratowała w ogóle poprzednia! Po jakimś czasie mi się to na szczęście udało, ale nie zmienia to faktu, że takie przerwy między kolejnymi tomami, mojemu zadowoleniu z czytania nie służą.

Akcja tego tomu rozgrywa się w grudniu 2020 roku - są więc maseczki, kwarantanny i chorzy na covid, co skutecznie utrudnia pracę na policji. I jest bardzo skomplikowany przypadek - pracownicy departamentu Q wysnuli paralele między kilkoma rzekomymi samobójstwami. Wszystkie te samobójstwa łączy kilka faktów - osoby te nie miały depresji ani obniżonego nastroju, wszystkie zajmowały się w życiu sprawami wątpliwymi etycznie i, co najbardziej kuriozalne, w miejscu ich śmierci technicy znajdowali sól kuchenną. Stopniowo zespół Carla odkrywa coraz więcej punktów wspólnych - jednym z nich jest data, w której osoby giną. Co więcej nagle pojawia się coraz więcej przypadków, które pasują do tego schematu. A wszystko zaczęło się od ataku na pewien warsztat samochodowy, w którym zginęli wszyscy pracownicy oraz przypadkowo mały chłopiec. W 1998 tę zagadkę próbował bezskutecznie rozwikłać Marcus Jacobsen. 

Sporo dzieje się także prywatnie u członków departamentu - przede wszystkim u Assada, który od nowa układa sobie życie ze straumatyzowaną rodziną. Carl także nie ma lekko - okazuje się, że prowadzone jest śledztwo w sprawie handlu narkotykami, w który Carl i Hardy mieli być zamieszani. Carl zupełnie się tym nie przejmuje i angażuje się całkowicie w aktualny przypadek - chodzi przecież o masowego zabójcę. 

Książkę czyta się świetnie - zresztą nie miałam żadnych wątpliwości, że tak nie będzie. Pandemiczna aktualność jest dla mnie wciąż smaczkiem pachnącym nowością, nadal mnie zaskakuje, że już to mamy w książkach. Jussi Adler Olsen bierze na tapet ciekawe tematy - samosąd, poczucie sprawiedliwości, chęć uporządkowania świata, ale także aktualne problemy społeczne i oczywiście pandemię. 

To z pewnością nie będzie ostatni tom cyklu, autor zostawił furtkę, i to szeroko otwartą furtkę, teraz trzeba tylko czekać, co wykombinuje.

Moja ocena: 4/6

Jussi Adler Olsen, Natrium Chlorid, tł. Hannes Thiess, czyt. Wolfram Koch, 528 str., Der Audio Verlag 2021.

czwartek, 19 sierpnia 2021

"Trylogia kopenhaska" Tove Ditlevsen

 


Proza Tove Ditlevsen, niedawno ponownie odkryta, cieszy się ogromnym zainteresowaniem w Niemczech, a i w Polsce niebawem zostanie wydana. Ja zdecydowałam się na pierwszy tom trylogii kopenhaskiej, poniekąd na próbę. Autorka w trzech kolejnych książkach opowiada o swoim dzieciństwie, dorastaniu i uzależnieniu. Dzieciństwo Tove przypadło na lata dwudzieste i trzydzieste XX wieku. Urodzona w rodzinie robotniczej dziewczynka od początku dotkliwie odczuła, jak te dwa fakty determinują jej życie. Starszy brat ma możliwość kształcenia się z racji bycia chłopcem, a nie dzieckiem bardziej uzdolnionym. Tove ze swoim dzieciństwem walczy sama. Tak, walczy, bo dzieciństwo jest dla niej tworem, postrachem, czymś, co tłamsi ją każdego dnia. Dziecko pozbawione troskliwych uczuć, często pozostawione same sobie, traktowane jako głuptas, który niczego nie rozumie, ale któremu także nic się nie wyjaśnia, nie ma prawa rozkoszować się dzieciństwem. 

Tove to nietypowa dziewczynka, która spędza czas na czytaniu książek (czytać i pisać nauczyła się sama), pisaniu wierszy i obserwowaniu. Trudno jej zrozumieć wiele zachowań dorosłych, nikt jednak nie poświęca jej czasu na wyjaśnienie zawiłości świata. Gdy rozpoczyna szkołę, znajduje w nauczycielce i bibliotekarce osoby spoza rodziny, które stanowią kolejne punkty odniesienia. To w zasadzie bardzo smutna opowieść o dzieciństwie pozbawionym miłości i zrozumienia, równocześnie bardzo dotkliwie ukazująca, jak całkiem niedawno rola kobiet sprowadzona była do funkcji służebnej mężczyźnie oraz prowadzenia domu i wychowywania dzieci. W takim społeczeństwie bardzo trudno było dorastać uzdolnionej, cichej dziewczynce. 

Proza Ditlevsen jest zgrabna, jeśli można w ogóle tak opisać jej zdania. Autorka cytuje mnóstwo wierszy, które napisała w dzieciństwie, bardzo dojrzałych nota bene, które mają spory wpływ na odbiór tekstu, również bardzo poetyckiego. Mimo to Ditlevsen nie zainteresowała mnie na tyle, bym chciała kontynuować tę trylogię, aczkolwiek tego nie wykluczam. W moim odczuciu nie jest to powieść odkrywcza, kuriozalnie fragmentami przypominała mi Genialną przyjaciółkę Eleny Ferrante (ta zaś powieść wcale do mnie nie trafiła). Najbardziej jednak uwierało mnie to, że Ditlevsen nie ustrzegła się przed projekcją swojego rozumienia świata na jej dziecięce ja. Wiele ze spostrzeżeń dziecka wydało mi się być przefiltrowanych przez spojrzenie dorosłej Tove i chyba to najbardziej przeszkadzało mi w odbiorze tej książki.

Moja ocena: 4/6

Tove Ditlevsen, Kindheit, tł. Ursel Allenstein, 118 str., Aufbau Verlag 2021.

poniedziałek, 22 lutego 2021

"Pożegnanie z Afryką" Karen Blixen

 


Nigdy nie czytałam tej powieści, zapewne widziałam film, choć nic z niego nie pamiętam, więc miałam całkowicie błędne wyobrażenie o książce Karen Blixen. Nie spodziewałam się, że nie jest to ciągła narracja lecz raczej zapiski, wspomnienia, opowieści, nie zawsze chronologiczne.

Blixen opisuje życie na farmie we wszystkich jego aspektach. Wiele miejsca poświęca samej uprawie kawy, troskom, problemom, plagom, zbiorom i zarobkom. Ważniejsi jednak są ludzie. Autorka z równą czułością opisuje przyjaciół, którzy do Afryki przybyli z Europy jak i tubylców, którzy dla niej pracują. Te opowieści są niezwykle piękne, pełne czułości i zrozumienia. Autorka cudownie opisuje zwyczaje Kikujusów i Somalijczyków - czyni to z ogromną pokorą, zrozumieniem i respektem. Zaskoczona jestem tych faktem, bo nie oczekiwałam od autorki książki, która powstała sto lat temu takiej serdeczności wobec, bądź co bądź, jej poddanych. Te dokładnie opisy zwyczajów, koneksji rodzinnych, a przede wszystkim sposobu pojmowania świata, sprawiedliwości, rozsądzania sporów są cudownym świadectwem czasu. 

Wielkim bohaterem tej powieści jest także afrykańska natura, która jest stale obecna w prozie Blixen. Autorka opisuje zwierzęta (także polowania, aczkolwiek nie są one dla niej rozrywką, a raczej koniecznością), zmiany w przyrodzie, noce, gwiazdy, roślinność, ukształtowanie terenu. Czyni to z wielką miłością i zaangażowaniem. Faunę i florę traktuje z taką samą pokorą i respektem jak Afrykańczyków. Zawsze pamięta, że to ona jest przyjezdną i że jej rolą jest służyć ziemi. 

W tych opowieściach przewijają się też tematy osobiste - samotność, zwątpienie, podejmowanie trudnych decyzji, ale i przyjaźń z Denysem Finchem-Hattonem oraz jego tragiczna śmierć. Mimo to Blixen jest tu postacią drugoplanową, wyraźniej pojawia się tylko na końcu książki, gdy pisze o przygotowaniach do opuszczenia Afryki. Nie sposób jednak nie dostrzec, że była to kobieta nietuzinkowa, samodzielna, wyemancypowana, szczególnie pamiętając, że mówimy tu o latach 20. i 30. XX wieku. 

Nie można nie przyznać Blixen talentu literackiego - jej język jest zachwycający, aczkolwiek sama powieść mnie nie porwała. Nastawiona byłam na ciągłą narrację, a nie zaledwie zapiski i pewnie stąd wynika moje rozczarowanie. Obawiam się, że wiele z treści bardzo szybko umknie z mojej pamięci. Pożegnanie z Afryką to raczej książka do podczytywania i powrotów do niektórych fragmentów. Cieszę się jednak, że dzięki pięknej serii skandynawskiej po nią sięgnęłam, przede wszystkim ze względu na postać autorki. Lektura była dla mnie przyczynkiem do zapoznania się z jej biografią i dalszych poszukiwań.

Moja ocena: 4/6

Karen Blixen, Pożegnanie z Afryką, tł. Józef Giebułtowicz, Jadwiga Piątkowska, 458 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

"Codziennie jest piątek" Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Aleksandra Michta-Juntunen, Magdalena Szczepańska, Kinga Eysturland, Agnieszka Jastrząbek

 


Choć z krajów nordyckich znam tylko Islandię, a i tę tylko pośrednio, to chętnie sięgam po książki traktujące o tych krajach, ale także napisane przez autorów z nich pochodzących. Mam wrażenie, że nordycka mentalność, o ile oczywiście można aż tak uogólniać, bardzo współbrzmi z moim podejściem do życia. Innym, ważnym impulsem do sięgnięcia po tę książkę były jej autorki, a zwłaszcza trzy z nich, które cenię i znam z klubu Polek na Obczyźnie. Co ciekawe, książkę sprezentowała mi jedna z klubowiczek, mieszkająca w Danii, w ramach naszej corocznej akcji mikołajkowej. To była cudowna niespodzianka - w przeciwnym razie nie miałabym szans na dostanie wersji papierowej przez wiele miesięcy. 

O Skandynawii i krajach nordyckich powstało już mnóstwo publikacji, czy więc ta książka ma szansę na wyróżnienie w tym natłoku? Moim zdaniem tak, a to dlatego, że autorki nie starały się stworzyć obszernego kompendium o tych krajach, lecz wyszły z założenia, że opowiedzą o swoich nowych ojczyznach, wybierając za leitmotiv poczucie szczęścia. Poszukiwanie szczęścia to temat oczywiście medialny, szczególnie w okresie pandemii, która pobrzmiewa także na kartach tych książki, a szczęście nordyckie przewija się przecież od dawna w licznych publikacjach - czy będzie to słynne duńskie hygge, czy mniej znane szwedzkie lagom, fińskie sisu, norweskie kos, farerskie hugni czy tak dobrze mi znane islandzkie þetta reddast

Począwszy od wstępu Kingi Eysturland, która przybliża mniej zorientowanemu czytelnikowi pojęcia nordyckości i skandynawizmu, poprzez wywiady i teksty o istocie szczęścia, kuchni i dobrobycie, czytelnik stopniowo zagłębia się w tematykę książki. Te wstępne rozdziały mają na celu poszerzenie perspektywy oraz ukazanie pewnych wspólnych punktów łączących w gruncie rzeczy dość różne kraje. 

Kolejne rozdziały poświęcone są poszczególnym nacjom - tu widać, że każda z autorek ma swój styl i swoją koncepcję przedstawienia pojmowania poczucia szczęścia w swojej ojczyźnie. I o ile dopiero na podstawie tej lektury widać spore różnice między mieszkańcami europejskiej północy, to warto się skupić na podobieństwach. Wszystkie te kraje łączy minimalizm, który wyraża się nie tylko w wystroju mieszkań, ale i w kuchni i podejściu do życia. To właśnie on jest moim zdaniem kluczem do szczęścia. Unikanie zalewu rzeczy czy informacji poprzez obcowanie z naturą jest tym, co sama odnalazłam dla siebie. Mieszkaniec krajów nordyckich z nabożną czcią traktuje swój dom letniskowy, do którego wyjeżdża na weekend, by celebrować czas wolny, kontemplować naturę i ewentualnie zmęczyć się podczas pracy fizycznej. Niezbyt zachęcająca pogoda przez większą część roku nauczyła Skandynawów do korzystania z każdej pięknej chwili. Od dziecka wyrastają w głębokim poszanowaniu dla natury i respekcie dla innego człowieka, co wydaje się być kluczem do poczucia spełnienia. Tu nie trzeba wodotrysków i wielkich pieniędzy - wystarczy dobre jedzenie (żadne cuda, pizza robi robotę), bycie w gronie bliskich i wspólne spędzanie czasu. Dla Fina kropką nad i będzie sauna, dla Islandczyka gorące źródło, dla Norwega wyprawa na ryby - niczego więcej nie trzeba. 

Rozdziały poświęcone poszczególnym krajom są wprawdzie zbudowane według podobnego schematu, ale każda z autorek nadała im indywidualny rys. Najmniej podobał mi się ten o Danii, bo miałam problem ze stylem autorki (co ciekawe ten rozdział ma inną redaktorkę), pozostałe były świetne. To ogromna dawka wiedzą w pigułce, podana z perspektywy każdej z autorek. Świetnym uzupełnieniem są wywiady z obywatelami poszczególnych krajów, a przede wszystkim przepisy z przepięknymi fotografiami. Zdjęcia są zresztą integralną częścią tej pięknie wydanej książki, dlatego tak bardzo cieszę się, że mogłam przeczytać ją w wersji papierowej. 

Moja ocena: 5/6

Aldona Hartwińska, Iga Faurholt Jensen, Aleksandra Michta-Juntunen, Magdalena Szczepańska, Kinga Eysturland, Agnieszka Jastrząbek, Codziennie jest piątek. Szczęście po nordycku, 240 str., Wydawnictwo Pascal 2020.

czwartek, 14 maja 2020

"Ofiara numer 2117" Jussi Adler Olsen



Nareszcie doczekałam się kolejnego tomu o Departamencie Q i to jakiego! Adler Olsen wreszcie zdradza szczegóły z przeszłości Assada, co więcej to on będzie głównym bohaterem tego kryminału.

Najpierw jednak jest Joan - przeciętny dziennikarz z Barcelony, którego życie nie rozpieszczało. Joan stoi na krawędzi i jego ostatnią próbą zrobienia jakiejkolwiek kariery jest artykuł o uchodźcach, którzy dotarli na Cypr, a konkretnie o zmarłej kobiecie, która dostała numer 2117 w smutnej statystyce uciekinierów z terenów objętych wojną, którzy karkołomnej przeprawy przez Morze Śródziemne nie przeżyli. Joan wyjeżdża za ostatnie pieniądze na Cypr i odkrywa, że nic nie jest takie, jak się wydawało początkowo być. 
Równocześnie działa Alexander - młody mężczyzna, maniak gier komputerowych, który dąży do kolejnego highscore, mającego mu dać przyzwolenie na zrobienie porządku w życiu swoim i jego rodziców.
Pierwsza sprawa dotyczyć będzie Assada, druga przeszkadzać będzie w rozwiązaniu pierwszej.

Ofiara 2117 to znajoma Assada, osoba, która pomogła jego rodzinie. Łącznik z żoną i córkami. Więcej jednak nie napiszę, żeby nie zepsuć wam niespodzianki i zaskoczenia. Ten wątek jest bowiem w tym tomie najciekawszy. Każdy pewnie snuł domysły i był ciekawy, co kryje się za Assadem. Tutaj dowiemy się wszystkiego - całej brutalnej przeszłości, która będzie także okaże się być próbą przyjaźni z Carlem. 

Wątek duński natomiast służy temu, bo do departamentu mogła powrócić Rose. Oba te wątki nie służą na pewno budowaniu napięcia i ciekawej zagadki kryminalnej. Pierwszy jest zagmatwany i przekombinowany, drugi dość banalny.

Ta powieść przyciągnie tylko fanów tej serii i z pewnością zaspokoi ich ciekawość, aczkolwiek nie należy się tu spodziewać pełnokrwistego kryminału. Wątek terrorystyczny, który dotyczy Assada jest bardzo przekombinowany - rozdrabnia się na wiele krajów, wiele miejsc i równie wiele perspektyw. Wszystko w nim się rozpływa i rozjeżdża, by w karkołomnym finale połączyć nierealne z realnym. Drugi wątek, jak wspominałam, nie odgrywa ważnej roli, właściwie jest tylko na przyczepkę i mam wrażenie, że został stworzony po to, by dać robotę drugiej części zespołu departamentu. 

Ciekawa jestem, czy będą kolejne tomy i co nowego Duńczyk wymyśli, obawiam się, że będzie mu trudno utrzymać poziom serii.

Moja ocena: 3/6

Jussi Adler Olsen, Opfer 2117, 608 str., tł. Hannes Thiess, czyt. Wolfram Koch, Der Audio Verlag 2019.

niedziela, 13 sierpnia 2017

"Kobieta z blizną" Jussi Adler-Olsen



Słuchanie siódmego tomu o departamencie Q ciągnęło się jak flaki z olejem. Po pierwsze ze względu na wyjazd, na który musiałam przerwać słuchanie, a po drugie ze względu na długość książki. Gdyby Adler-Olsen skrócił ją o 1/3 wyszłoby jej to tylko na dobre. 

Najnowsze śledztwo przychodzi do departamentu właściwie samo - stary, nierozwiązany przypadek zamordowania młodej kobiety nad wyraz mocno łączy się ze świeżym morderstwem starszej osoby. Równocześnie ktoś grasuje po Kopenhadze samochodem i celowo potrąca, a właściwie zabija młode kobiety - wszystkie ładne i wyjątkowo dbające o swój wygląd, stroniące za to od pracy fizycznej. Jakby tego było mało w jednej z dyskotek należy wyjaśnić napad rabunkowy. Carl i Assad nie mogą się jednak poświęcić śledztwu, bo coś dziwnego zaczyna się dziać z Rose, która w końcu na własną prośbę ląduje w szpitalu psychiatrycznym. Jej stan pogorsza się do tego stopnia, że pozostali członkowie departamentu postanawiają poznać przeszłość Rose. Jakby tego nie było dość, wszystkie te przestępstwa jak i choroba Rose łączą się ze sobą, o czym wie jednak tylko czytelnik. Akcja nie koncentruje się jednak tylko na niej, na drugim biegunie znajduje się opętaną żądzą zemsty i źle zrozumianej sprawiedliwości samotna kobieta.

Narracja prowadzona jest z wielu perspektyw - autor dopuszcza do głosu zarówna Carla, Assada, jak i Rose. Tylko Gordon pozostaje osobą poboczną, choć bardzo zaangażowaną w śledztwo. 
W tym tomie zdecydowanie najciekawsze są szczegóły z przeszłości Rose - Adler-Olsen wyczerpująco opisuje jej dzieciństwo i młodość, poznajemy bliżej siostry i przede wszystkim stosunek do ojca oraz powody jej problemów psychicznych. Od kilku tomów zresztą bardziej interesują mnie losy głównych bohaterów niż same śledztwa. W Selfies połączenie pracy policyjnej z życiem prywatnym z jednej strony jest świetne, z drugiej jednak bardzo często popada w działkę - za dużo wszystkiego, co powoduje, że powiązanie wszystkich prowadzonych spraw staje się niewiarygodne.

Podobno w przyszłym tomie poznamy bliżej przeszłość Assada i na to po trosze cieszę się, ale i obawiam się, że autor ujawni zbyt wiele. Mimo słabszych punktów pozostanę wierna tej serii, zbyt bardzo polubiłam jej bohaterów, by ich teraz porzucić.

Moja ocena: 4/6

Jussi Adler-Olsen, Selfies, tł. Hannes Thiess, czyt. Wolfram Koch, 576 str., dtv 2017.

czwartek, 8 czerwca 2017

"My, topielcy" Carsten Jensen


Nie pamiętam już jakim cudem ta książka znalazła się na mojej liście powieści, które koniecznie muszę przeczytać. W efekcie książki nie przeczytałam, tylko wysłuchałam, a zajęło mi to blisko dwa miesiące. Nie podzielę jednak entuzjastycznych opinii z goodreads. Gdybym zdecydowała się na wydanie papierowe, nie wiem czy w ogóle ukończyłabym lekturę. Nie dlatego, że jest to nudna czy źle napisana powieść. Na pewno nie! To wręcz monumentalne dzieło, napisane klasyczną, soczystą prozą. Mnie przeszkadzała jednak gęstość wydarzeń, mnogość postaci, wątków i opowieści, dygresji i anegdot. Słuchając czekałam na punkt kulminacyjny, na przełom, na zwrot akcji i to zapewne był mój błąd, bo powieść Jensena to gawęda, przypomina baśń przekazywaną z pokolenia na pokolenie. 

Do końca nie wiem, kto jest narratorem tej powieści. To anonimowa grupa osób z duńskiej miejscowości Marstal, słynącej z najlepszych marynarzy. Powieść snuje się dookoła losów trzech osób Lauridsa Madsena, Alberta Madsen oraz Knuda Erika Friisa, a rozpoczyna się w połowie XIX wieku. Jensen opisuje losy mieszkańców Marstal na tle stu lat europejskiej historii. Jego celem nie jest jednak epos historyczny lecz pochylenie się nad jednostkami. 

Marstal to miasto marynarzy. Całe życie miasta kręci się wokół morza. Każdy chłopiec od urodzenia wie, że będzie marynarzem. Każdy chłopiec także wie, że nie będzie miał grobu, bo zginie na morzu. Marstal to miasto żyjące pod znakiem śmierci, brakujących mogił i samotności. Samotne są kobiety, których życie polega na czekaniu na mężów i wychowywaniu synów na kolejnych nieobecnych. Samotne są także dzieci, dorastające bez ojców i w końcu samotni są mężczyźni na morzu, niepewni przyszłości. Codziennym kompanem wszystkich tych osób jest tęsknota oraz widmo śmierci.

Jensen snuje swoją powieść na wielu płaszczyznach. Ma ona znamiona eposu, a może nawet hymnu o duńskich marynarzach. Odnaleźć tu można ślady powieści historycznej - akcja rozgrywa się na wszystkich oceanach i wielu kontynentach, a na działania bohaterów mają wpływ wojny, rewolucje i odkrycia geograficzne. I w końcu to powieść psychologiczna - każdy z trzech głównych bohaterów, a także Klara Friis, matka Knuda Erika zostaje dogłębnie scharakteryzowany. Jensen nie stroni także od opisów, dygresji, rozważań, co dopełnia obrazu powieści totalnej. Zahaczając od tak wiele aspektów, autor jednak gubi główny wątek, zbyt mocno rozmienia fabułę na drobne. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych czytelników właśnie to będzie zaletą tej powieści, mnie ten zabieg męczył. Niemniej nie żałuję czasu poświęconego na wysłuchanie tej książki - spełniła ona jeden z najważniejszych aspektów, które są dla mnie ważne podczas lektury - była pouczająca. Dowiedziałam się wiele o życiu w Danii, o życiu na morzu i o rozwoju żeglugi.

Moja ocena: 4/6

Carsten Jensen, Wir Ertrunkenen, tł. Ulrich Sonnenberg, czyt. Samy Andersen, 816 str., Saga Egmont Verlag 2015.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

"Młyn na wzgórzu" Karl Gjellerup


Gdyby nie Nagroda Nobla przyznana Gjellerupowi w 1917 roku, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po jego prozę. Dzięki serwisowi Wolne Lektury trafiłam właśnie na ten tytuł, zresztą jedyny tam oferowany, więc wybór był prosty. Dopiero teraz przeczytałam w jego biografii, że w swojej twórczości poruszał także wątki buddyjskie i wyraźnie autobiograficzne i podejrzewam, że te utwory są ciekawsze od Młyna na wzgórzu

Jakub jest właścicielem młyna, ojcem małego Janka i mężem umierającej Chrystiany. Atmosfera w młynie jest napięta - służąca w nim Lisa to kobieta demoniczna, w której kochają się wszyscy, zarówno parobek, pomocnicy jak i sam Jakub. Targany wyrzutami sumienia właściciel stara się trzymać służącą na dystans, jego żona jednak zdaje sobie sprawy z namiętności do niej i na łożu śmierci prosi męża o poślubienie kobiety, która będzie dobra dla Janka. Jakub odgaduje, że Chrystyna myśli o bogobojnej i skromnej Hannie - siostrze swojego przyjaciela i pragnie w ten sposób wyrazić swoją obawę przed małżeństwem z Lizą, której Janek nie lubi. 

Po śmierci Chrystyny, pochodząca z kłusowniczej rodziny Liza stawia sobie za cel zostanie młynarzową i konsekwentnie omotuje Jakuba, na przykład wzbudzając w nim zazdrość. Ten natomiast spędza dużo czasu w leśniczówce przyjaciela, by spotykać się z Hanną, a także by uciec od dusznej atmosfery w młynie. Mimo to wewnętrzna walka między czystą miłością, a grzeszną namiętnością nigdy się nie kończy. A właściwie kończy się tragedią.

Młyn na wzgórzu nie zachwycił mnie właściwie niczym - językowo bardzo rozwlekły, liczne opisy natury, nastrojów są nudne, spostrzeżenia dotyczące uczuć, charakterów niemniej nieciekawe. Nawet sam konflikt wewnętrzny głównego bohatera wydał mi się wręcz śmieszny, a demonizm i owijania wokół małego palca poszczególnych samców przez Lizę bardzo nierealne. Ten szkic kobiety na wskroś złej, pochodzącej z niegodziwej rodziny i ukazanie w kontraście pogodnej, bogobojnej i cichej przeciwniczki nie zdał egzaminu czasu.

Nie jestem w stanie ocenić słuszności przyznania Nagrody Nobla Gjellerupowi, gdyż nie dostał jej za konkretną powieść lecz za różnorodną twórczość poetycką i wzniosłe ideały i z tym drugim spostrzeżeniem mogę się zgodzić. Ideałów w tej powieści zaiste nie brak, jego poezji jednak nie zamierzam poznawać.

Moja ocena: 3/6

Karl Gjellerup, Młyn na wzgórzu, tł. Stanisław Sierosławski, 378 str., Wolne Lektury.

poniedziałek, 10 października 2016

"Baśń" Jonas T. Bengtsson


Zachwycona Submarino tego autora, kupiłam jakiś czas temu dwie pozostałe jego powieści i dość długo, jak to zwykle bywa, zwlekałam z ich lekturą. Dzięki stosikowemu losowaniu sięgnęłam po Wie keiner sonst ale ta książka nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia. Nadal podoba mi się język Bengtssona ale sama fabuła nie była tak zaskakująca i poruszająca, jak w przypadku Submarino.

Narratorem pierwszej części jest mały chłopiec, który mieszka z ojcem. Tata ewidentnie przed czymś lub kimś ucieka, stale zmienia zajęcia i miejsca zamieszkania. Pieniędzy jest mało, więc często podprowadza książki z biblioteki czy jedzenie z supermarketu lub wprowadza syna do muzeum czy zoo. Malec nie zna innego świata niż ten, który ukazuje mu ojciec. Gdy tata pracuje, spędza całe dnie samotnie w mieszkaniu, rysując. Ojciec jest kreatorem i nauczycielem, całym światem. Malec nie chodzi do szkoły, mimo że tego bardzo pragnie, stara się odgadywać życzenia ojca, być posłusznym synem, nigdy nie pyta o przyczyny takiego życia, a ojciec nigdy mu nic nie wyjaśnia.
Nad wiek odpowiedzialny chłopiec opowiada o swoim życiu w prostych, krótkich zdaniach. Bengtsson unika opisywania emocji czy analizowania powodów konkretnych zachowań. To bardzo oszczędna, beznamiętna proza, która właśnie dlatego porusza do głębi.

Druga część książki opowiada o życiu tego samego chłopca dziesięć lat później. Nie dowiadujemy się jak trafił w to miejsce, w którym jest. Nie znamy jego losów, domyślamy się tylko, że przeżył traumatyczny szok. Chłopak próbuje dowiedzieć się prawdy o ojcu, ale ze strzępów informacji możemy tylko domyślać się, co zaszło w jego dzieciństwie.

To obraz zagubionego młodego człowieka, który miota się między różnorakimi uczuciami i zapewne poszukuje swojej tożsamości. Tego ostatniego można się jednak tylko domyślać, bo Bengtsson nadal nie wyjaśnia przyczyn postępowania ani przemyśleń bohaterów. Tu są tylko czyny ubrane w krótkie zdania. Do mnie taka proza trafia, wolę niedomówienia od podawania wszystkiego jak kawę na ławę. Mimo to zabrakło mi w tej książce pointy, która ujęła by wszystkie niedomówienia w ramy. Pewny jest jednak, że to książka o samotności, o trudności w zawieraniu relacji z innymi oraz o głębokiej miłości między ojcem, a synem. Milczenie, które panuje między członkami rodziny, niechęć, by mówić o wydarzeniach z przeszłości odnajdują w surowym języku. Proza Bengtssona symbolizuje niemożność rozmawiania o uczuciach w rodzinie chłopca.

Wie keiner sonst należy do książek, które uwierają, zmuszają do refleksji.

Moja ocena: 4,5/6

Jonas T. Bengtsson, Wie keiner sonst, tł. Frank Zuber, 448 str., Klein & Aber Verlag 

sobota, 25 czerwca 2016

"Og hun takkede guderne" Jussi Adler-Olsen


Jussi Adler-Olsen pozostanie dla mnie przede wszystkim autorem cyklu o departamencie Q, jego pozostałe (wcześniejsze) książki są znacznie słabsze. 

Akcja tego kryminału rozgrywa się w latach 90-tych w Niderlandach, sporą rolę odgrywa tu także Indonezja oraz ówczesne wydarzenia w Iraku. Nicky - młoda absolwentka dobrego kierunku, wywodząca się z jednej z najpodlejszych dzielnic Amsterdamu stara się o prestiżowy staż w firmie Christie NV prowadzonej przez Petera de Boera. Christie NV specjalizuje się w rozbijaniu wielkich koncernów i przygotowaniu przejęcia ich przez jej zleceniodawców. 

Rodzina Nicky nie interesuje się jej planami, list z potwierdzeniem przyjęcia na staż ginie, ponieważ ojciec interesuje się tylko alkoholem i biciem matki, jedna z sióstr się prostytuuje, a druga jest uzależniona od narkotyków. Pochodząca z jednego ze starych indonezyjskich rodów matka przekazuje tuż przed śmiercią najstarszej córce wielką tajemnicę. 

Peter także związany jest z Indonezją - spędził tam pierwsze lata swojego życia. Teraz uwikłany w skomplikowaną historię rodzinną, poddany zostaje szantażowi i zmuszony do wymuszenia upadku wielkiego koncernu naftowego. Stoją za tym kurdyjskie i irackie zawirowania polityczne, których marionetkami w Holandii są walczący o uwolnienie brata z irackiej niewoli Marc de Vires oraz jego arabscy pomocnicy. Peter znajduje się w potrzasku, groźba ujawnienia tragedii rodzinnej zmusza go do współpracy z szantażystami. Do pomocy wybiera obiecującą i wyjątkowo ładną Nicky. Dziewczyna zrobi wszystko, by wyrwać się z domowego piekła i zdobyć dobrze płatną pracą, równocześnie zauroczył ją Peter, więc godzi się na współpracę, nie domyślając się nawet jakie niebezpieczeństwa na nią czekają. 

Adler-Olsen szkicuje szerokie tło polityczne - powiązania Husseina z politykami europejskimi, tajemniczą katastrofę samolotową, która została umiejętnie zatuszowana czy działalność CIA. Ten aspekt książki stoi w cieniu historii miłosnej, tak jakby autor nie mógł się zdecydować, czy pisze thriller polityczny czy powieść obyczajową. Nie przekonało mnie także prowadzenie akcji - wiele tu dłużyzn, nadmiar szczegółów niepotrzebnie gmatwa akcję, a rozwiązanie wątków mnie nie przekonało.

Moja ocena: 3/6

Jussi Adler-Olsen, Take over, tł. Hannes Thiess i Marieke Heimburger, 608 str., czyt. Wolfram Koch, Der Audio Verlag 2015.

czwartek, 1 października 2015

"Wisząca dziewczyna" Jussi Adler-Olsen


Na spotkanie z Assadem, Carlem i Rose cieszyłam się od dawna. Dopiero kilka miesięcy temu kupiłam tę książkę, Wrzesień z kryminałem po raz kolejny stał się impulsem do przeczytania od dawna planowanej lektury. Do serii o Departamencie Q podchodzę niemal bezkrytycznie, a po wątpliwej przyjemności czytania kryminału Läckberg, byłam w siódmym niebie. I jeśli nawet ten tom miał jakieś słabości, to nie miały wpływu na moje rozkoszowanie się lekturą. Gdybym tylko miała więcej czasu i mogła przeczytać ten kryminał jednym tchem!

Carl odbiera telefon od policjanta pracującego na wyspie Bornholm, który prosi go o pomoc w pewnym śledztwie. Carl, jak to Carl, zbywa nagabującego go Christiana Habersaat i oddaje się odpoczynkowi. Niestety tuż potem Habersaat popełnia samobójstwo. Rose jest wściekła i wini Carla. Członkom decernatu nie pozostaje nic innego, jak wybrać się na Bornholm. Tam okazuje się, że Christian prowadził śledztwo na własną rękę, w dochodzenie zatopił się do tego stopnia, że zapomniał o całym świecie. Jego rodzina się rozpadła, mieszkańcy wyspy i koledzy z pracy mieli dość jego natarczywego sposobu bycia. A co się właściwie stało? Blisko 20 lat temu Habersaat przypadkowo odkrył wiszące w dziwnej pozycji w koronie drzewa ciało pięknej, młodziutkiej Alberte. Nikt nie wie, w jaki sposób dziewczyna się tam znalazła, jak zginęła i jaki mógł być motyw ewentualnego zabójstwa. Policjant zgromadził w domu imponujące materiały, można powiedzieć, że całe mieszkanie zawalone jest teczkami i segregatorami. Wygląda na to, że na Carla, Assada, Rose i, last but not least, Gordona czeka ciężka robota.

Równocześnie Adler Olsen opisuje życie pewnej sekty na Olandii - wyznawcy charyzmatycznego Atu żyją w oderwaniu od świata, pod czujnym okiem niejakiej Pirjo. Nietrudno się domyślić, że oba wątki w końcu się splątą. Właściwie od początku wiadomo, co się musiało wydarzyć na Bornholmie, a i tak autor na koniec zatrzymał w rękawie niezłego asa. 

Prywatnie także co nieco dzieje się w życiu śledczych. Adler Olsen ujawnia kilka nowych informacji na temat Assada, a pewna sesja hipnozy spowoduje u całej trójki powrót kilku traumatycznych wspomnień.

Muszę przyznać, że krytycy, którzy twierdzą, że wątek kryminalny jest tylko sceną dla Assada, Carla i Rose, mają rację. Ale ja o tego stopnia polubiłam tę trójkę, że mi to zupełnie nie przeszkadza.
Duńczyk ma we mnie wierną czytelniczkę i nie mogę się doczekać kolejnego tomu!

Moja ocena: 5/6

Jussi Adler-Olsen, Verheissung. Der Grenzenlose, tł. Hannes Thiess, 608 str., dtv 2015.

niedziela, 2 marca 2014

"Pogrzebany" Jussi Adler-Olsen




Po raz pierwszy moja lektura powieści o decernacie Q trwała nadzwyczaj długo. Liczne przerwy nie sprzyjały przyjemności czytania, a i zaczęłam odczuwać lekkie znużenie perypetiami Moercka, Assada i Rose.  Tym razem akcja powieści rozwija się dość wolno, Adler-Olsen wprowadza sporo wątków, pozornie nie mających ze sobą związku.

Po pierwsze Afryka - rząd duński wspiera projekt pomocowy w Kamerunie. Ciężkie miliony płyną do Afryki, gdzie niewielkie plemię Pigmejów ma otrzymać środki na założenie plantacji bananów i zapewnienie sobie utrzymanie. Opiekujący się projektem na miejscu Luis Fon ginie po tym, gdy zaczyna podejrzewać nieprawidłowości, to samo spotka duńskiego współpracownika ministerstwa Williama Starka. Staje się jasnym, że za pomocą humanitarną stoi milionowy przekręt, w który zamieszany jest jeden z największych duńskich banków.

Po drugie Marco - piętnastoletni chłopak, członek komuny, której guru - Zola, żyje z tego, co dzieci i nastolatkowe wyżebrają na ulicach Kopenhagi. Żaden z nich dokładnie nie wie, skąd pochodzą, jakiej są narodowości i w jaki sposób są ze sobą spokrewnieni. Zola trzyma ich żelazną ręką, rozlicza z utargu, szkoli na złodziejaszków i oszustów, a w razie potrzeby okalecza, by szanse na ludzk ą litość były wyższe. Niestety Marco jest zbyt inteligentny, by poddać się temu systemowi. Chłopak uczy się czytać, szybko pojmuje świat i bardzo pragnie się uczyć. Gdy przypadkowo dowiaduje się, że Zola obawia się jego inteligencji i także postanawia go okaleczyć, ucieka. Podczas pościgu ukrywa się w pobliskim lesie w norze, w której odkrywa ciało. Dzięki rozmowie Zoli, Marco dowiaduje się, że to klan jest mordercą mężczyzny, który w ręce ściska tajemniczy, afrykański amulet.
Dla chłopca rozpoczyna się samodzielne życie na ulicach Kopenhagi. Mimo że Marco ciągle obawia się nakrycia przez Zolę, układa sobie całkiem wygodne życie. Dzięki licznym dorywczym pracom może odłożyć sporo grosza, a dzięki bibliotekom publicznym pogłębia swoją wiedzę. Niestety pozorny spokój kończy się, gdy chłopak odkrywa ogłoszenie, na którym rozpoznaje trupa z leśnej jamy. Równocześnie na jego trop trafia jeden z żebraków Zoli.

A co słychać w decernacie? Bardzo żałowałam, że nie pamiętałam już szczegółów z ostatniego tomu i mozolnie musiałam sobie je przypominać. Assad po ostatnim wypadku jest nieswój ale powoli wraca do formy i nieśmiertelnych bonmotów o wielbłądach, Carl boryka się z problemami miłosnymi i wcale, ale to wcale nie ma ochoty na kolejne śledztwo, Rose natomiast zawiera bliższą znajomość z Gordonem, nowym współpracownikiem, którego obecność działa na Moercka jak przysłowiowa płachta na byka. Na domiar złego dotychczasowy szef policji odchodzi na emerytur ę i chyba już się domyślacie, kto przejął jego stanowisko...

Adler-Olsen porusza poważne tematy (bieda, nielegalni emigranci, żebracy, afrykańscy żołnierze-dzieci, korupcja), chwytające za serce, równocześnie ostro krytykując, obojętnych na krzywdę innych, a zwłaszcza cudzoziemców Duńczyków.  
Autor po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem prowadzenia akcji, sceny ucieczki i pościgów zapierają dech w piersiach i nie sposób przerwać lekturę. W zasadzie trudno mi powiedzieć, czemu uważam tę książkę za słabszą, być może to faktycznie tylko zmęczenie materiału. Na pewno z utęsknieniem czekam na kolejny tom o decernacie Q.

Moja ocena: 4,5/6

Jussi Adler-Olsen, Erwartung, Der Marco-Effekt, tł. Hannes Thiess, 576 str., dtv 2013. 

środa, 27 lutego 2013

"Washington Dekretet" Jussi Adler-Olsen



Jussi Adler-Olsen to jeden z tych pisarzy, po których sięgam w ciemno. Nie zmieniła tej opinii nawet jego książka Alfabethuset, nie należąca do cyklu o Departamencie Q. Niestety Washington Dekretet to klapa. Wynudziłam się podczas słuchania tej książki jak mops.

Bruce Jensen chce zostać prezydentem USA, ma ogromne szane, jego sztab wyborczy pewny jest wygranej. Podczas wieczoru wyborczego w zamachu ginie jego ciężarna żona. Mimo tej tragedii Jensen , po ogłoszeniu jego wygranej, przyjmuje urząd prezydenta i zmienia w kraju wszystko. Nowy dekret wprowadza Amerykę w stan wyjątkowy - celem jego jest kraj bez broni, bez przestępczości, bezpieczny i przyjazny. Jak się można spodziewać Amerykanie protestują - demonstracje są na  porządku dziennym, w kraju zaczynają grasować bandy.
Doggie Rogers pracuje w sztabie wyborczym Jensena, a później w Białym Domu. Pechowy wieczór wyborczy odbywał się w hotelu jej ojca i właśnie on podejrzany jest o zorganizowanie zamachu.
Doggie i jej przyjaciele stopniowo odkrywają spisek, który stoi za decyzjami prezydenta, a także walczą o uchronienie ojca dziewczyny od kary śmierci, która teraz wykonywana jest masowo.

Czemu mi się nie podobało? USA nie są moim ulubionym tematem więc Adler-Olsen miał już z góry utrudnione zadanie. Zakładałam jednak, że Duńczyk jest w stanie zainteresować mnie każdą swoją książką. Niestety, ze stron Washington Dekretet wydziera nuda - długaśne dyskusje w Białym Domu mają wprawdzie służyć wyjaśnieniu działań prezydenta ale u mnie wywoływały tylko kompulsywne ziewanie i mimowolne przełączanie mózgu na inne tory myślowe. Jedyny wątek jaki był w stanie mnie zainteresować to prywatne problemy Doggy, niesłuszne skazanie jej ojca i jej walka o jego uwolnienie. Ale i to udało się Adlerowi-Olsenowi rozmienić na drobne i z ucieszki Doggy zrobił się maraton. Właściwie trudnom i powiedzieć w czym sęk - są zwroty akcji, jest ucieszka, jest pościg, nawet kilka morderstw jest. Nie mogę się przyczepić do języka ani do samego zamysłu książki. Zabrakło jednak w thrillerze czy może kryminale Duńczyka jednego - napięcia!
Mimo to z niecierpliwością czekam na kolejny kryminał o Departamencie Q, a o Washington Dekretet zapominam.

Moja ocena: 2/6

Jussi Adler-Olsen, Das Washington Dekret, tł. Hannes Thiess und Marieke Heimburger, 656 str., dtv 2013.

wtorek, 27 listopada 2012

"Kartoteka 64" Jussi Adler-Olsen



Nareszcie zdobyłam kolejny tom z Mørckiem i Assadem w roli głównej! Odłożyłam wszystkie zaplanowane lektury i rzuciłam się na kindle'a jak na pudełko czekoladek. I to, że czytałam tę książkę tak długo, nie oznacza, że była zła. Brak czasu nie pozwalał mi zatopić się całkowicie w lekturze. A było w czym!

Adler-Olsen prezentuje czytelnikowi niemal dwie osobne powieści, które (oczywiście) w pewnym momencie się splatają. Mamy więc prowadzone przez Mørcka & co (choć dodać trzeba, że ten pierwszy tym razem nie błyszczy umiejętnościami) śledztwo, które zasadza się na nietypowo wysokiej liczbie osób zaginionych w 1964 roku. Wszystkie te osoby zginęły mniej więcej w tym samym czasie i nigdy nie zostały odnalezione. Równocześnie autor pozwala Nete Hermansen opowiedzieć historię jej życia. To nie wszystko! W Journal 64 nie brak polityki, losy Nete ściśle związane są z Curtem Wadem - lekarzem, który założył w podeszłym wieku partię polityczną. Jego przekonania polityczne opierają się na eliminacji jednostek słabych i nieprzydatnych dla społeczeństwa. W imię tych przekonań dokonuje aborcji i sterylizacji kobiet. 

Praca nad tym przypadkiem szczególnie dotyka i angażuje Assada i Rose, którzy wydają się być emocjonalnie poruszeni losem kobiet, więzionych swego czasu na małej wyspie Sprogø, gdzie przetrzymywano dziewczęta uznane za rozwiązłe i debilne.
Postać Assada nadal pozostaje tajemnicza, poznajemy kilka faktów ale Adler-Olsen nadal trzyma Mørcka i czytelnika w niepewności. Inaczej ma się kwestia ekscentrycznej Rose - ale przeczytajcie sami...!

Ciekawy wątek socjologiczny, oparty zresztą na faktach oraz całkiem dobrze skonstruowana intryga mają swój finał na ostatnich stronach książki. Finał nie byle jaki - godny najlepszej powieści kryminalnej - zaskakujący i łączący wszystkie postaci.

Co tu zresztą pisać - jestem fanką wszystkiego, co wyjdzie spod pióra Duńczyka, a losy Carla, Assada i Rose śledzę z przyjemnością. Zagadki kryminalne są dla mnie prawie przyjemnym dodatkiem:)
Wyczytałam, że kolejna powieść ukaże się 6 grudnia - nie mogę się doczekać!!

Moja ocena: 5/6

Jussi Adler-Olsen, Verachtung, tł. Hannes Thiess, 544 str., dtv 2012.

środa, 6 czerwca 2012

"Alfabethuset" Jussi Adler-Olsen



Druga wojna światowa, dwóch angielskich pilotów zostaje zestrzelonych podczas lotu zwiadowczego w okolice Drezna. James i Bryan - przyjaciele z dzieciństwa - pragnąc uniknąć pewnej śmierci, wskakują na pędzący pociąg. Okazuje się, że jest to pociąg wiozący rannych z frontu wschodniego. Dwaj młodzi mężczyźni, wyrzucają z pociągu ciężko rannych żołnierzy i kładą się na ich prycze. Dzięki znajomości niemieckiego przez Jamesa, dowiadują się, że przyjęli tożsamość dwóch chorych psychicznie SS-manów. Gdy dojeżdżają do ukrytego w południowym Szwarcwaldzie lazaretu, zaczyna się poważna walka o przetrwanie. Na oddziale psychiatrycznym panują surowe warunki, pacjenci poddawani są elektrowstrząsom oraz eksperymentalnym terapiom. Ponadto lekarze i strażnicy ciągle kontrolują chorych, by wyłapać ewentualnych symulantów, którzy pragną uniknąć skazanej na przegraną walki na froncie wschodnim.
Niebawem James i Bryan orientują się, że symulantów jest więcej oraz że troje z nich ma pod kontrolą cały oddział i ważne powody, by przetrwać i wyeliminować ewentualnych zdrajców. 

Druga część powieści przenosi czytelnika w czasy powojenne, do Anglii, gdzie mieszka Bryan. Podejmuje on ostatnią próbę odnalezienia Jamesa, którego po swojej ucieczce z lazaretu stracił z oczu. We Freiburgu trafia na trop byłych współpacjentów i postanawia odszukać przyjaciela. Tutaj akcja przyspiesza, co więcej tempo jest wręcz zawrotne, tak że tę część książki czyta się dosłownie jednym tchem.

Czytałam kilka krytycznych recenzji powieści - że przewidywalna, że mało kryminalna, że charaktery papierowe, a wydarzenia nieprawdopodobne. Zgodzę się, że nie jest to szczyt sztuki prozatorskiej, ale mnie książkę Adlera-Olsena czytało się dobrze. Rzekome małe prawdopodobieństwo wydarzeń mnie nie raziło, czytałam wszak powieści o wiele bardziej konstruowane, a mające status bestsellera; co więcej byłam w stanie kupić wersję wydarzeń, przedstawioną przez Duńczyka. Zdecydowanie czytałam dużo lepsze kryminały, ale Alfabethuset zajął mnie na tyle, by nie odłożyć książki, a i by dokończyć ją z zainteresowaniem. 

Bardziej podobała mi się część pierwsza - właśnie ta mało kryminalna. Duży plus dla autora za osadzenie akcji w tak nietypowym miejscu oraz za wzięcie na warsztat tak mało popularnego tematu. Nie spotkałam się dotąd z powieścią tematyzującą kwestię chorób psychicznych niemieckich żołnierzy, ich prób ucieczki z frontu oraz warunków panujących w niemieckich lazaretach. Zdaję sobie sprawę, że to, mimo licznych źródeł, nie powieść naukowa, ale zaledwie wizja Duńczyka. Mimo to cieszy mnie, że przynajmniej zwrócił uwagę na ten temat, choćby pośrednio. 

Zachęcę do sięgnięcia po Alfabethuset ale z zastrzeżeniem - nie spodziewajcie się kryminału podobnego do serii o Mørcku!

Moja ocena: 4/6

Jussi Adler-Olsen, Das Alphabethaus (Alfabethuset), tł. Hannes Thiess i Marieke Heimburger, 592 str., dtv 2012