Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2026

"Das Ungeheuer" Terézia Mora


 

Darius Knopp stoi na zgliszczach swojego życia. Stracił pracę i żonę, i dom, i cała egzystencję, wegetuje i sprzeciwia się wysiłkom kolegi, by wyrwać go z marazmu. Jego żona, Flora, była Węgierką z pochodzenia, cierpiała na depresję i odebrała sobie życie. W lesie, całkiem sama, znaleziono ją dopiero półtora dnia po tym fakcie. Mora w naprzemiennej narracji oddaje głos obu osobom. Darius wyrusza bowiem w podróż na Węgry, by poznać miejsce pochodzenia żony i by ją pochować. Ta podróż jednak nie ma granic, ani ram i zamienia się w roadtrip po Europie południowej. Darius spotyka różne osoby, podąża za  przypadkowo poznaną dziewczyną, choruje, bije się, pije alkohol, daje łapówki, traci pieniądze, sens życia, wiarę. 

Podczas tej podróży czyta zapiski żony. Flora, mimo że odżegnywała się od swojej ojczyny, zostawiła mnóstwo zapisków po węgiersku, które Darius dał do przetłumaczenia. Z tego pamiętnika wyłania się obraz depresji, na którą kobieta cierpiała właściwie od zawsze. Z tych fragmentów można wyłuskać nieliczne informacje na temat jej dorastania, ale także na temat małżeństwa z Dariusem, które wcale nie było tak bezproblemowe, jak mogłoby się wydawać. Ten pamiętnik zaskakuje różnorodnością – są tu relacje, wspomnienia, wiersze, powtórzenia, fragmenty zupełnie niezrozumiałe. Tak jak Darius odbywa podróż fizyczną, samochodem, Flora odbyła podróż wgłąb depresji, równie samotną i równie przegraną.

"Das Ungeheuer" to powieść wielkich rozmiarów, która nużyła mnie niemal od początku. Nieliczne fragmenty z jakąś szczątkową akcją na chwilę zatrzymywały moją uwagę. Skąpe informacje o przeszłości Flory spełniały tę samą funkcję. Poza tym brnęłam przez tę książkę, a pod koniec już przebiegałam wzrokiem niektóre strony. Całkowicie odbiłam się od stylu, ale i od treści tej powieści, która z zasady powinna mi podejść. Czytałam już inną książkę tej autorki i miałam pozytywne wrażenia, niestety tutaj tytułowy potwór mnie pokonał.

Moja ocena: 2/6

Terézia Mora, Das Ungeheuer, 688 str., Luchterhand 2013.


poniedziałek, 15 czerwca 2026

"Die Habenichtse" Katharina Hacker


Jakob i Isabelle spotykają się ponownie po latach, w Berlinie, po atakach 9/11. Zakochują się, biorą ślub i lądują w Londynie. Jakob dostaje tę wyjątkową szansę, choć był dopiero drugim kandydatem. Jego kolega zginął jednak w Word Trade Center, więc to właśnie on może podjąć pracę w renomowanej kancelarii prawnej, która głównie zajmuje się pomocą w odzyskiwaniu utraconego mienia w Niemczech. Isabelle jest graficzką i może kontynuować współpracę ze swoją agencją z Wielkiej Brytanii. Ta para ma wszystko – siebie, miłość, pracę, dobre życie. I nie ma nic. Isabelle poznaje w Londynie Jima – ten handlarz narkotykami wywołuje w niej pewien rodzaj fascynacji. Jakob darzy estymą swojego szefa, który staje się dla niego mentorem, a jego homoseksualizm w pewien sposób opcją. 

Para mieszka w jednej z bardziej problematycznych dzielnic Londynu, co oznacza, że w sąsiedztwie słychać krzyki i awantury, a kilkuletnia Sara i jej kot zwracają uwagę Isabelle. Wiem, że brzmi to zachęcająco, ale to była chyba najnudniejsza książka ostatnich lat. Hacker tak poprowadziła swoje charaktery, że do końca nie były dla mnie zrozumiałe powiązania między nimi, nie mówiąc już o jakichś szczególnych cechach czy przywiązaniu do któregokolwiek z nich. Wszyscy, nawet to dziecko, byli mi całkowicie obojętni. Miała na to zapewne wpływ konstrukcja powieści – Hacker wplata dialogi w blok opisów, przeskakuje między osobami i miejscami, opuszcza części zdania, przestawia, powtarza, jednym słowem gmatwa swoją prozę do tego stopnia, że trudno odczuć jakąkolwiek przyjemność z tej lektury.

Nie jestem w stanie zrozumieć, co skłoniło jury do uhonorowania właśnie tej powieści Deutscher Buchpreis, bo nawet odrzucając moje powyższe uwagi, nie widzę tu niczego ciekawego i odkrywczego. Z pewną dozą zadowolenia zobaczyłam na choćby Goodreads, że nie jestem w mojej opinii odosobniona.

Moja ocena: 2/6

Katharina Hacker, Die Habenichtse, 310 str., Fischer 2012.

czwartek, 11 czerwca 2026

"Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969" Frank Witzel


Jak napisać powieść, która zawiera w sobie cały kraj? Jak ująć nastrój, problemy, życie, atmosferę tego kraju? Witzel podjął się tego zadania, biorąc na tapet RFN lat 60. i 70. XX wieku. Ta monumentalna powieść pokazuje ten okres z perspektywy trzynastolatka i jego dorastania, ale tylko początkowo i pozornie, bo dość szybko okazuje się, że wysłuchujemy rozmowy dorosłego z kimś – nie wiadomo, czy to psycholog, psychiatra, policjant – w której relacjonuje swoje dzieciństwo. I znowuż nie jest to relacja linearna, bo trzeba ją wyłuskiwać spośród miliona dygresji, niechronologicznych opowieści, cytatów i nawiązań. Witzel idzie tu na całość i cytuje całe piosenki, przy okazji je analizując i tłumacząc, sypie łacińskimi sentencjami, powołuje się na inne książki czy odpływa w zupełnie niepowiązane z głównym (czy na pewno?) wątkiem rewiry. Tłem tych wywodów jest rozbuchany katolicyzm, choroba matki, tworzenie się RAF, czyli Frakcji Czerwonej Armii. Ta lewicowa organizacja terrorystyczna działała w NRF w latach 60.-90. głównie poprzez organizowanie napadów, porwań osób publicznych, podkładanie bomb itd. 

Witzel utkał z tych wszystkich elementów powieść ponad tysiącstronicową, a przebrnięcie przez nią było dla mnie ogromnym wyzwaniem i stało się tylko możliwe dzięki audiobookowi. Podchodziłam do tej lektury kilka razy, ale za każdym razem poległam. Nie odnalazłam się w tym chaosie, nie odszukałam dla siebie niczego porywającego, nie poczułam atmosfery, być może dlatego, że nie dzielę tych doświadczeń z autorem i docelową czytelniczką. Ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie, że ta powieść uzyskała nagrodę Deutscher Buchpreis w 2015 roku, bo nie jest to coś, po co sięgnie przeciętny, a i pewnie ponad przeciętny, czytelnik. Rozumiem zachwyt, który może wywołać, bo mnogość tematów, gęsta narracja, absolutnie fantastyczna ilość nawiązań świadczą o niezwykłej erudycji autora, ale z drugiej strony nie ma tu żadnego kroku w stronę czytelniczki. Są tu fragmenty porywając, ale jest też wiele tak zagmatwanych, że zupełnie traciłam wątek. Podziwiam inwencję autora, podziwiam te wszystkie fikcyjne dialogi, ankiety, wiersze, wyliczanki, strumienie świadomości, ale po pewnym czasie były dla mnie tylko bełkotem. Gdy skończyłam słuchać tej powieści/dzieła/pozycji? odczułam tylko i wyłącznie ulgę.

Moja ocena: 2/6

Frank Witzel, Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969, 1127 str., Matthes & Seitz Verlag 2015.

wtorek, 2 czerwca 2026

"Die Unschärfe der Welt" Iris Wolff


 

W rumuńskim Banacie po wojnie wciąż żyje wiele Niemców. Jednymi z nich są Florentine i Hannes. On jest pastorem, ona zajmuje się domem i wielkim ogrodem. W centrum tej opowieści stoi Samuel – milczący, poważny chłopiec, który wyrasta na małomównego nastolatka. Ten jako młody człowiek ucieka z Rumunii wraz z przyjacielem awionetką. 

Wolff opisuje dzieje tej rodziny w kilku obszernych rozdziałach, każdy z nich poświęcając innej osobie i każdy umieszczając w sporym odstępie czasowym. Mimo takiej konstrukcji i niezbyt dużej objętości autorka tworzy coś na kształt sagi rodzinnej – wymagającej sporej uwagi, zapamiętania imion i relacji, ale jednak spójnej i fascynującej. Wolff sama urodziła się w rumuńskim Siedmiogrodzie i wyemigrowała do Niemiec w latach 80., co zapewne pomogło jej wykreować atmosferę owych czasów. Jej bohaterowie żyją w cieniu dyktatury Ceausescu, kobiety muszą rodzić dzieci, duchowni są na celowniku służb, a letni goście z Niemiec na pewno ściągną ich większą uwagę. Banat to region wielu języków – mieszają się tu rumuński, niemiecki, słowacki i węgierski – ale i wielu kultur, co wymaga sporej tolerancji. Rumunia to jednak kraj komunistyczny, gdzie różnorodność nie jest dobrze widziana. Ucieczka do Niemiec nie jest najłatwiejszym wyborem – przybyszów zdradza akcent, a potrzeba pracy i się utrzymania zmusza do wyborów, które nie są najprostrze.

Oprócz oczywistych tematów jak tożsamość, emigracja, język, Wolff wplata w swą powieść też wątki niespodziewane jak miłość jednopłciową, rolę książek w życiu (praca w księgarni), przyjaźń oraz to, co jesteśmy w stanie dla niej zrobić czy siłę wspomnień. Największą siłą tej powieści jest jednak jej język – Wolff maluje słowami, a tytułowa nieostrość nie dotyczy tylko relacji między bohaterami, ale języka także. Słowa autorki są jak impresjonistyczny obraz, nieco rozmyte, bez wyraźnych konturów, ale paradoksalnie bardzo celne, bo idealnie oddają sytuację bohaterów – niepewną, bez stałego fundamentu, z poczuciem bycia pionkiem historii. Nazwałabym język Wolff poetyckim, ale to jednak coś innego – to malarstwo prozą. 

Piękna powieść!

Moja ocena: 5/6

Iris Wolff, Die Unschärfe der Welt, 216 str., Klett Cotta 2020.

czwartek, 16 kwietnia 2026

"Kiedyś wszystko sobie opowiemy" Daniela Krien

 


Niespełna siedemnastoletnia Maria nie ma pomysłu na swoje życie, właśnie kończy się rok szkolny, a ona zupełnie nie ma ochoty na szkołę. Woli czytać "Braci Karamazow" i spędzać czas w gospodarstwie Brendelów. To rodzice jej chłopaka Johannesa, do którego się przeprowadziła. Maria stopniowo nabiera nowych umiejętności – pomaga w kuchni i w obejściu, a mieszkańcy ją akceptują, nawet babcia i Alfred – podobno były kochanek babci. Nadchodzi upalne lato, a z nim nowe wydarzenia. Mieszkaniec sąsiedniego gospodarstwa – Henner – zachodzi do sklepu Brendelów i zauważa Marię. Henner ma 40 lat i uchodzi za dziwaka. Mieszka sam, zagląda do kieliszka, chodzi swoimi ścieżkami. Maria jednak ulega mężczyźnie i zakochuje się w nim na zabój. 

Równocześnie życie wszystkich osób stoi u progu przemian. Upadł mur berliński, niebawem NRD zjednoczy się z RFN, a do Brendelów przyjeżdża niewidziany od 20 lat syn. Hartmut został wykupiony przez władze RFN z więzienia i rozpoczął nowe życie w Bawarii. Rodzina nie miała żadnego kontaktu i pierwsza wizyta syna z żoną i dziećmi jest nie lada wydarzeniem. Ale mimo że w wielkim świecie szykują się wielkie zmiany, to w tej małej wiosce życie toczy się utartym trybem wyznaczanym przez pory roku. 

Krien nie tłumaczy, dlaczego Maria wyprowadziła się z domu, ale przemyca pewne informacje, które skłaniają czytelniczkę do własnych domysłów. Wiemy, że matka i dziadkowie mieszkają niedaleko, wiemy, że ojciec opuścił rodzinę, wiemy, że dziewczyna była wzorową uczennicą. Krien świetnie pokazuje, jak rodzina Brendelów stopniowo akceptuje dziewczynę, jak Maria wskakuje w odpowiedni trybik gospodarskiej roboty i jak cierpi z powodu rozterek, gdy zakochuje się w Hennerze. Ten ostatni to zresztą postać dwuznaczna – Niemka balansuje w kreacji tego związku na cienkiej linii między romansem, a przemocą, a wychodzi z tego obronną ręką dzięki zakończeniu.

Warto też zwrócić uwagę na korelację między życiem mieszkańców, nawet jeśli jest ono poza głównym nurtem wydarzeń politycznych, a przemianami w NRD. Wszyscy podskórnie czują, że to czas wielkich wydarzeń, niekoniecznie zawsze dobrych – takie kwestie jak szkoła tracą na znaczeniu, dotychczasowe życie chwieje się w posadach, a to, co zakazane, staje się możliwe.

Krien należy do moich ulubionych pisarek niemieckich – uwielbiam jej na pozór mało spektakularną prozę, w której dotyka spraw bardzo ludzkich, emocji, rozterek, uwikłań w niełatwe relacje. Niemka pisze językiem dość prostym, ale sięga po ciekawe metafory, umiejętnie opisuje uczucia i relacje międzyludzkie. Ta powieść to jej debiut, a dla mnie jej ostatnia książka w dorobku. Pozostaje mi więc czekać na jej kolejne powieści.

Moja ocena: 5/6

Daniela Krien, Irgendwann werden wir uns alles erzählen, 259 str., Diogenes 2024.

wtorek, 14 kwietnia 2026

"Mord an der Algarve" Carolina Conrad


Gdyby nie tytułowe Algarve w tytule, nie sięgnęłabym po tę książkę. I zapewnie wiele bym nie straciła. Ale bardzo przyjemnie czyta się powieści, których akcja osadzona jest w regionie, w którym się mieszka. Nawet jeśli chodzi o miasteczko położone dokładnie na drugim końcu Algarve, w zasadzie dalej już się nie dało! Autorka sięga po sprawdzony już przez Gila Ribeiro sposób prowadzenia takiej historii – mamy główną bohaterkę, która mimowolnie ląduje w Portugalii i relacjonuje różnice kulturowe. 

Conrad stworzyła jednak zupełnie inną bohaterkę niż jej kolega po piórze. Anabela jest dziennikarką, urodziła się i wychowała wprawdzie w Niemczech, ale jej rodzice pochodzą z Portugalii i dzięki nim zna język i zwyczaje tego kraju. Wakacje spędzała przecież w rodzinnym Alcoutim. Tutaj też przylatuje na prośbę matki, która złamała rękę i potrzebuje pomocy w domu. Anabela właśnie przechodzi przez rozwód i taki wyjazd jest dla niej wytchnieniem. Tuż po przyjeździe dowiaduje się o wielu pogrzebach w okolicy, co skłania ją do spaceru po cmentarzu, gdzie faktycznie obserwuje, że w bliskim odstępie czasu zmarło wielu członków jednej rodziny. Anabela wietrzy tutaj nieprawidłowości i z dziennikarskim zacięciem rozpoczyna śledztwo, przy okazji poznając niezwykle pomocnego pracownika biblioteki. Równocześnie w bliskiej okolicy znaleziono ciało niemieckiego emigranta, który planował otwarcie projektu turystycznego dla wędrowców. Okazuje się, że policja kryminalna potrzebuje tłumaczki, a pracujący w policji kuzyn poleca właśnie Anabelę. Kobieta więc angażuje się w dwa różne śledztwa. I tutaj też nie brak wątku damsko-męskiego, bo kobieta zawiesza oko na jednym z komisarzy. 

Conrad w tych dwóch niezależnych wątkach tematyzuje szereg istotnych dla Portugalii kwestii. Śmierć Niemca jest bowiem wynikiem spekulacji nieruchomościami i ściśle wiąże się z rozwojem turystyki. Szereg zgonów we wiosce natomiast prowadzi w portugalską przeszłość – czasy Salazara i policji PIDE, biedę, lęk przed sąsiadem i emigrację. Wybierając takie właśnie wątki, Conrad przemyca w swojej książce wiele informacji na temat współczesnej historii Portugalii, a przyznać trzeba, czyni to umiejętnie. Sama postać Anabeli jest też przyczynkiem do wplecenia wielu kolokwializmów, idiomów czy portugalskich przysłów, choć sama kobieta nie będzie należała do moich ulubionych bohaterek. Conrad szkicuje osobę dość infantylną i skupioną na sobie (rzekomo przyleciała do Portugalii pomagać rodzicom) – ale moja sympatia do bohaterki oczywiście nie wpływa na odbiór całej książki. Wbrew tytułowi nie jest to jednak rasowy kryminał, raczej historia z dreszczykiem w tle, nie ma tu wielkiego napięcia i zwrotów akcji. Ot, lekka lektura na urlop w Portugalii.

Niestety odbiór całkowicie zepsuła mi lektorka audiobooka, która absolutnie nie zadała sobie trudu w czytaniu portugalskich, bardzo licznych, wtrąceń. Widać tu włoskie, brazylisjkie, niemieckie akcenty, ale jednego ze świecą szukać – portugalskiego Większość, o ile nie wszystkie, słów była dla mnie całkowicie niezrozumiała. I było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo dotychczas niemieckie lektorki i lektorzy bardzo mnie w tej kwestii rozpieszczali.

Moja ocena: 4/6

Carolina Conrad, Mord an der Algarve, 278 str., Rowohlt 2018.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

"Die Kieferninseln" Marion Poschmann


Gilbert Silvester jest docentem, a jakiego polem badań jest męski zarost, szczególnie w przypadku postaci religijnych. Ów Gilbert pewnego dnia budzi się z bardzo sugestywnego snu, według którego zdradza go żona. Jest on przekonany o prawdziwości tej wizji i niewiele myśląc, pakuje walizkę, kupuje bilet lotniczy i ląduje w Tokio. Po drodze kupuje kilka książek związanych z literatura japońskim, w tym tomik haiku Bashō. Ta lektura zachęca go do podążenia śladami słynnego poety i udania się na tytułowe sosnowe wyspy, czyli do Matsushimy. Tymczasem już w Tokio na stacji metra dostrzega młodego Japończyka, który chce zakończyć swoje życie. 
Gilbert zaprasza mężczyznę, by mu towarzyszył – ten jednak wcale nie chce poruszać się śladami Basho, lecz swojego podręcznika dla przyszłych sam0bójców. Ta niedobrana para szuka złotego środka i wyrusza we wspólną podróż, choć obojgu przyświeca inny cel.

Ta powieść nie uwodzi dynamiką akcji, Gilbert Silvester nie jest w Japonii po to, by zwiedzać i poznawać kraj, nieliczne retrospekcje także nie czynią tej książki ciekawszą, autorce chodzi tu o coś zupełnie innego. W centrum narracji stoi refleksja, zadumanie, rozważania, ale też różnice kulturowe między mężczyznami. Poschmann nie sięga tu po utarte obrazy Japonii, a raczej po szare osiedla, nieciekawe okolice, nudne krajobrazy, zabetonowane wybrzeża, w tle wciąż pobrzmiewa niedawne tsunami. 

Poschmann jest poetką, co widać w języku tym powieści. Autorka nie tyle cytuje haiku, ale każe swoim bohaterom tworzyć swoje, fragmenty prozatorskie także świadczą o jej lirycznym zacięciu – język jest piękny, obrazowy, zadumany. Mimo tych niewątpliwych zalet sama powieść mnie nie przekonała – nie jestem fanką tak lirycznej prozy, a samo przesłanie książki nie jest dla mnie jasne. Widzę tu chęć zatarcia granicy między snem a jawą, próbę oszukania czytelniczki i wzbudzenia jej wątpliwości.

Moja ocena: 3/6

Marion Poschmann, Die Kieferninseln, 165 str., Suhrkamp Verlag 2017.


sobota, 11 kwietnia 2026

"Mit kalter Hand" Michael Tsokos


Sabine Yao z poprzednich tomów tego cyklu ponownie ma twardy orzech do zgryzienia. Jej znajoma z policji kryminalnej próbuje odszukać właściciela znalezionej w berlińskim lesie stopy. Sabine zajmuje się obdukcją tej części ludzkiego ciała, podczas gdy policja szuka kolejnych części. Równocześnie o pomoc prosi znanych z poprzednich tomów profiler. Na jego biurku wylądowała sprawa zagadkowych śmierci koni. W północnym Berlinie w jednej ze stadnin w przeciągu kilku miesięcy zamordowano trzy konie. Istnieje realne podejrzenie, że osoba, która brutalnie zabija zwierzęta przeniesie swoje zainteresowanie na ludzi. Zadaniem Sabine jest przeanalizowanie zdjęć koni oraz obdukcji ostatniego zwierzęcia, by pomóc w odtworzeniu modus operandi sprawcy. 

Ale to nie wszystko. Zespół patologów współpracujących z urzędem kryminalnym ma codziennie pełne ręce roboty. Tak jak w pozostałych książkach i tu Tsokos rozpoczyna od normalnego poranka i wszystkich obdukcji, jakie lądują na stołach lekarzy. Dzięki temu zabiegowi jego kryminały są bardzo autentyczne. Mamy okazję zajrzeć patologom przez ramię, przyjrzeć się ich pracy, posłuchać nie zawsze miłych dyskusji. Oczywiście nie brak tu fachowych opisów oględzin ciał, obdukcji, szczegółowych wyjaśnień dotyczących nietypowych okoliczności śmierci, procesów zachodzących w ciałach itd. Tsokos rewelacyjnie sięga tutaj do swojego doświadczenia zawodowego, a fachowe przecież opisy potrafi w przystępny sposób wpleść w swoje książki. 

W przeciwieństwie do poprzednich dwóch tomów z Yao w roli głównej, tutaj mamy mało informacji o jej życiu prywatnym, a ciekawa byłam, jak zostanie pociągnięty wątek jej siostry. Jest ona faktycznie wspomniana, ale pozostaje w tle. Samo zakończenie też było dla mnie mało satysfakcjonujące, ale sprawy te rozwiązały się tak, jak to w życiu bywa, bez fajerwerków, choć ze smutnym finałem. 

Czekam na kolejny tom, bo odkąd Yao została wiceszefową swojego działu, widać zmiany w jej postawie, rosnącą pewność siebie i decyzyjność. Dodatkowych smaczkiem jest dla mnie Berlin w tle – w tym tomie ważną rolę odgrywają dobrze mi znane miejsca, więc lektura była dla mnie jeszcze ciekawsza.

Moja ocena: 4/6

Michael Tsokos, Mit kalter Hand, 357 str. DroemerKnaur 2025. 

piątek, 27 lutego 2026

"Płomienie" Daniela Krien


Rahel i Peter są małżeństwem z długim stażem. Ona zbliża się do pięćdziesiątki, on jest nieco starszy. Wychowali dwoje dzieci, które wyfrunęły już z gniazda rodzinnego. Para cieszy się na wspólny urlop. Jako że to okres pandemii, na wakacje wybrali domek w górach, na uboczu, oddalony od dużych miast. Niestety kilka dni przed wyjazdem dowiadują się, że miejsce spłonęło. Chwilę później do Rahel dzwoni bliska przyjaciółka, by ją zawiadomić, że jej mąż miał wylew. Po pobycie w szpitalu zostanie przeniesiony do sanatorium nad Bałtyk, a ona chce mu towarzyszyć. Rahel godzi się zaopiekować gospodarstwem przyjaciół. Peter początkowo nie jest zachwycony, ale z braku alternatywy wyjeżdża wraz z Rahel nad jezioro do domu Ruth i Victora. 

Narratorką tej powieści jest Rahel i to z jej perspektywy poznajemy problemy, jakie wynikły w małżeństwie. Peter jest profesorem i po skandalu na uniwersytecie wycofał się w swój świat, odrzucając także żonę. Rahel przechodzi klimakterium, zmaga się z własnym ciałem, ale wciąż kocha męża, pożąda go i cierpi bardzo z powodu tego odrzucenia. Kobieta relacjonuje kolejne dni w gospodarstwie, wracając także do przeszłości. Jako psycholożka rozumie problemy, jakie zaszły w jej rodzinie, szczególnie w stosunku do dzieci. Córka Selma odwiedza bowiem rodziców w czasie urlopu, a Rahel opisuje bez ogródek swoje uczucia wobec niej. 

Daniela Krien należy do grona moich ulubionych pisarek. Jej powieści nie są spektakularne, to spokojna, wyważona narracja, która skupia się na problemach postaci i ich psychologicznym aspekcie. Niemka opowiada zwykłe historie z życia, bez fajerwerków, czyni to jednak tak, że trudno się od nich oderwać. Czytając jej prozę, czuję się, jakbym podglądała życie sąsiadki. Powieści Krien osadzone są zawsze we wschodniej części Niemiec i bardzo podobają mi się nawiązania do dorastania w NRD – mam tu na myśli przede wszystkim nawiązania kulturowe i społeczne. Równocześnie sporo tu odwołań i komentarza do współczesnych trendów.
 

W języku polskim ukazały się trzy powieści Krien, ta w przekładzie Dariusza Guzika. Niestety mam wrażenie, że niefortunna okładka odstrasza od lektury. Dziwnym jest dla mnie także przetłumaczenie tego tytułu jako "Płomienie", oryginalny oznacza pożar i świetnie odnosi się do treści powieści. 

Moja ocena: 5/6

Daniela Krien, Der Brand, 272 str., Diogenes 2021.

piątek, 20 lutego 2026

"Kukolka" Lana Lux


Samira pamięta swoje dzieciństwo od mniej więcej piątego roku życia. Mieszkała wtedy w domu dziecka w Dniepropietrowsku. I mimo że jakoś się zaaranżowała z tą sytuacją, wcale jej nie było dobrze. Mimo że Ukraina jest już niezależnym państwem, w sierocińcu panują warunki iście sowieckie, a Samira ma najgorzej, bo przypomina z wyglądu dziecko romskie. Na drabinie społecznej to najniższy szczebel i opiekunki nie omieszkują tego faktu wykorzystywać. Dziewczynka ma nadzieję na zmianę losu, gdy do domu przyjeżdża niemiecka para, by wybrać dziecko. Pada na jej najbliższą koleżankę Marinę – piękną blondyneczkę. Samira tęskni i buduje nadzieję na obietnicach Mariny, potwierdzonych w liście, że jej nowi rodzice zaadoptują także ją. Gdy opiekunka po odczytaniu listu zabiera go Samirze, dziewczynka jest zrozpaczona i wykrada ten skarb. Kradzież oznacza wielkie konsekwencje, więc Samira postanawia działać na własną rękę i nocą ucieka z sierocińca. 

Dziewczynka zupełnie nie zna życia ani świata poza murami domu dziecka. Myśli, że w ten sposób dotrze do Niemiec i zupełnie nie jest świadoma niebezpieczeństw. Głodne i wystraszone dziecko szybko pada ofiarą Rocky'ego, Gruzina, który zawiaduje grupą żebrzących dla niego dzieci. Niewesołe dotąd życie Samiry zamienia się w koszmar. Dziewczynka jest tak ładna, że Rocky nadaje jej przydomek Kukolka - laleczka i pokłada w niej wielkie nadzieje zarobkowe. Samira rozpoczyna życie w brudzie, głodzie, w spartańskich warunkach, na ulicy, żebrząc, kradnąc i próbując przetrwać. I co gorsza nie ma perspektyw na zmianę losu. A nawet jeśli jakiekolwiek by się w jej głowie mogły urodzić, to Rocky poddaje swoich podopiecznych praniu mózgu. Samirę zresztą łatwo zwieść – wystarczy okazać jej choć odrobinę zainteresowania czy uczucia. Dalsze losy dziewczyny wcale nie będą lepsze, bo etap u Rocky'ego po kilku latach się zakończy. 

Lana Lux opowiada tę historię z perspektywy dziecka – dziecka naiwnego, niekochanego, zahukanego. Jej opowieść nie pomija żadnych szczegółów. To dziecko przytacza swoje losy, z wszystkimi okropnościami, detalami i niesprawiedliwościami, przy tym tłumacząc swoich oprawców. 
Powieść Niemki ukraińskiego pochodzenia przeraża i poraża brutalnością, wypełnia niemal wszystkie możliwe trigger warnings, ale nie jest z gatunku misery porn. Ta historia jest spójna i ma wszystkie elementy autentyczności, bo niestety takie rzeczy się działy i nadal dzieją. Kreacja Kukolki też jest bardzo udana i prawdziwa – bardzo jej kibicowałam. Bardzo rzadko książki wzbudzają we mnie głębokie emocje – ale przy tej i płakałam, i miałam dosłownie dreszcze. Jestem pewna, że nigdy nie zapomnę tej powieści. Trafia do mojej topki najlepszych ever.

W Polsce powieść ukazała się nakładem wydawnictwa MOVA, w przekładzie Anny Kierejweskiej. 

Moja ocena: 6/6

Lana Lux, Kukolka, 375 str., Aufbau Verlag 2017.

sobota, 14 lutego 2026

"Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" Wolfgang Münchau


Że niemiecki cud gospodarczy jest przeszłością wiem od dawna. Że kraj jest zacofany cyfrowo też. Obserwuję problemy niemieckiej gospodarki i polityki niemal namacalnie, więc książka Wolfganga Münchaua nie była dla mnie zaskoczeniem. Zresztą nie sięgałam po nią w ciemno. Raczej chciałam poznać spojrzenie na te problemy dziennikarza Financial Times, do tego pisane dla czytelniczki angielskiej, bo przecież książka powstała w tym języku. Po lekturze jednak nie jestem w stanie stwierdzić, że jest to książka konkretnie celowana w czytelniczki i czytelników zagranicznych, bo jednak naszpikowana jest nazwiskami, skrótami, faktami z niemieckiej polityki i gospodarki, które były mi znane, a i tak musiałam się skupić, by wszystko sobie dobrze przypomnieć, gdyby padały tu jeszcze nieznane mi nazwiska, musiałabym pewnie wracać do niektórych fragmentów. 

Pomijając jednak ten fakt, to jestem zadowolona z lektury tej książki. Analiza Münchaua celuje w ukazanie momentów, w których popełniono błędy, a doszukuje się ich on w polityce lat 90. i dalej, gdy władzę po wielu latach rządów kanclerza Helmuta Kohla objęło SPD. Ówczesny kanclerz Gerhard Schröder stawiał na neomerkantylizm i ścisłe wspieranie wielkich koncernów przemysłowych. Jego polityka celowała w budowanie bliskich stosunków gospodarczych wraz z zarządami największych niemieckich koncernów z Chinami czy Rosją. To skupienie się na wspieraniu niemieckich firm, które były dla tego kraju emblematyczne od lat, kazało zapomnieć o stawianiu na nowe technologie. Niemcy przespały cyfryzację, nie postawiły na samochody elektryczne, ładowały pieniądze na ciągłe wspieranie wielkich firm, które stopniowo traciły na konkurencyjności na rynku światowym. Münchau szczegółowo analizuje te kwestie na szczeblu politycznym, nie oszczędzając wszystkich partii (choć najwięcej dostaje się chyba SPD), ale powołuje się też na swoje własne doświadczenia jako dziennikarza, ale i obywatela mieszkającego zagranicą. Ciekawy jest tu wątek zagranicznych specjalistów i ściągania do Europy wysoko wykwalifikowanych pracowników, bo nawet to nie wyszło Niemcom. Przy wielu kwestiach kiwałam głową, bo autor potwierdzał moje przemyślenia. Choć naturalnie nie przy wszystkich! Münchau bazuje na bliskich kontaktach ze światem polityki, na latach pracy dla Financial Times, wiedzy insiderskiej, więc jest to cenny punkt widzenia, który pozwala poznać nową perspektywę. 

Jeśli wciąż sądzicie, że w Niemczech rządzi wysoka wydajność, porządek, a dobrobyt jest codziennością, polecam wam tę książkę. W Polsce ukazała się pt. "Kaput: Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" w Wydawnictwie Prześwity, w tłumaczeniu Barbary Kocowskiej.

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Münchau, Kaputt. Das Ende des deutschen Wirtschaftswunders, tł. Britta Fietzke, 257 str., Verlag Herder 2025.

piątek, 13 lutego 2026

"Drei Kameradinnen" Shida Bazyar


Saya, Hani i Kasih są kumpelkami z dzieciństwa. Dorastały w jednej dzielnicy, wszystkie trzy są w Niemczech cudzoziemkami, wyróżniającymi się cudzoziemkami. Ich odcień skóry może być inny, a także kultura, zwyczaje, zachowania i oczywiście język. Autorka jednak nigdy nie opisuje krajów pochodzenia swoich bohaterek, starając się stworzyć opowieść uniwersalną. Trzy kobiety spotykają się po latach z okazji przyjęcia weselnego koleżanki ze szkoły. Kasih jest narratorką tej opowieści i wspomina przeróżne wydarzenia z przeszłości, relacjonując aktualne spotkanie, przygotowania do wesela oraz głośny proces prawicowych narodowców, którzy dyskryminowali imigrantów, posuwając się do zabójstw. 

Kasih opowiada, jak wyglądało dorastanie w Niemczech, z jakimi bardzo przyziemnymi problemami borykała się ona i jej przyjaciółki, na jakie niezrozumienie trafiały, jak lawirowały wśród nieznanych im dotychczas zasad społecznych, by jak najlepiej dopasować się do otoczenia. Wspomina wszelakie mikroagresje, dyskryminacje, spojrzenia, uwagi. Podczas przygotowań do wesela przyjaciółki dyskutują o tym, jak im się żyje jako pracowniczki lub poszukujące pracy, postrzegają codzienną dyskryminację w inny sposób i zażarcie dyskutują te interakcje. 

Autorka tej powieści gra z czytelniczką, w bezpośrednich zwrotach odnosi się do przyszłych wydarzeń, stawia w wątpliwość prawdziwość konkretnych spotkań i zajść. Często okazuje się, że relacjonowane przez jedną z kobiet opowieści nie są prawdziwe albo podkoloryzowane. Zazwyczaj lubię taki związek na linii autorka-czytelniczka, tu jednak czułam się oszukana. Autorka była dla mnie zbyt obecna i zbyt często pogrywała w nieczyste karty. Nie mam tu w zasadzie pretensji do samej treści – poruszane tematy są arcyważne, punkt widzenia świetny, a pozostawienie bohaterek bez szczegółów co do ich pochodzenia świetnym zabiegiem, ale w nawale problematyki i przykładów umyka tu sama akcja, czy może w zasadzie historia tych trzech kobiet. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że kreacja tych postaci i ich losów służy tylko i wyłącznie stworzeniu manifestu o dyskryminacji i rasizmie. Autorka też wydaje się przekreślać wszystkich białych, w zasadzie nikt nie ma szans zrozumieć bohaterek i zostać przez nie zaakceptowanym. 

To ważna książka, zdecydowanie warta lektury, ale nie bez wad.

Moja ocena: 4/6

Shida Bazyar, Drei Kameradinnen, 350 str., Kiepenheuer & Witsch 2021.

poniedziałek, 9 lutego 2026

"Dżiny" Fatma Aydemir


 

Hüseyin Yilmaz po latach harówki spełnia swoje marzenie – kupuje mieszkanie w Stambule, urządza je i zaprasza żonę oraz dzieci. Gdy wszystko jest gotowe, dzieje się to, o czym śpiewała Alanis Morissette w swojej piosence "Ironic", Hüseyin umiera na zawał. Wedle muzułmańskiej tradycji zmarłego należy pogrzebać jak najprędzej, więc rodzina rusza do Turcji z Niemiec. Yilmazowie to tureccy emigranci, z małej kurdyjskiej wioski, a autorka opowiada o ciernistej drodze integracji, w której zapewne każda imigrantka i imigrant odnajdzie jakiś wspólny komponent z własnym doświadczeniem. 

Fatma Aydemir przytacza w sześciu rozdziałach historię każdego z członków rodziny – czwórki dzieci: Sevdy, Hakana, Perihan i Ümita oraz rodziców: Emine i Hüseyina. Narracja w przypadku dzieci jest trzecioosobowa, a rodziców w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak jakby tytułowe dżiny oceniały ich życie, zwracając się bezpośrednio do nich. Każda opowieść odkrywa całe pokłady traum, żalu, niewypowiedzianych i realnych problemów społecznych. Najstarsza Sevda została w Turcji, gdy rodzice przeprowadzili się do Niemiec. Ani tam, ani później w Niemczech nie miała możliwości chodzić do szkoły, a rodzice szybko wydali ją za mąż. Hakan stoi w rozkroku między kulturami, imponuje mu rap, subkultura, przerywa naukę zawodu i ciągle czuje się tym innym, cudzoziemcem, ale tym gorszym cudzoziemcem. Równocześnie wie, że nigdy nie spełni oczekiwań ojca. Peri wyrywa się z domu, robi maturę, studiuje, a edukacja jest dla niej kluczem do otwartości, ale i oddala ją od rodziny. Najmłodszy Ümit czuje, że nie pasuje do rodziny, nie jest twardzielem, nie powiela tradycyjnych wartości, walczy ze swoimi demonami. 
Rodzice niosą natomiast cały szereg traum, o których się nie rozmawia, których się nie przepracowuje, które się dusi w sobie. 

Aydemir opisuje walkę o godne życie pierwszej fali emigracji – ludzi prostych, nie znających języka, nie mających możliwości, by się zintegrować, zamotanych we własne traumy i zajętych dorabianiem się. Ich dzieci stoją w tragicznym rozkroku między kulturami, a krok w obojętnie którą stronę będzie dla nich wyrokiem. Tu nie ma kompromisów – ty wybór rodziny lub nowego społeczeństwa. To, co rodzice łykali bez dyskusji, jest już dla nich nie do przeskoczenia. W tle Aydemir szkicuje obraz ówczesnych Niemiec, a szczególnie rasizm lub w najlepszym wypadku pobłażliwe traktowania cudzoziemców. Na pierwszym planie są zawsze uczucia bohaterów – wstyd, bunt, żal, złość, duma, honor i poczucie odarcia z godności. Nawet jeśli miałam świadomość niełatwej sytuacji tureckich emigrantów, szczególnie pierwszej fali, to ta osobista jednostkowa perspektywa pokazuje jeszcze inny jej wymiar.

"Dżiny" czyta się jednym tchem, co więcej podczas lektury kilkakrotnie miałam ciarki (naprawdę, odczuwałam bardzo silne emocje) i nawet dość mocne zakończenie (kumulacja nigdy nie jest najlepszym pomysłem) nie zepsuło mi odbioru tej książki. Co więcej, jestem skłonna stwierdzić, że pasuje ono do całości, w wymiarze metaforycznym przede wszystkim. Bardzo podoba mi się także tytuł, który wspaniale nawiązuje do tureckiej kultury, a zły dżin obecny jest zresztą w życiu każdego bohatera i każdej bohaterki. To wspaniała powieść, już wiem, że na pewno będzie w topce tego roku.

W Polsce książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Cyranka w przekładzie Zofii Sucharskiej.

Moja ocena: 6/6

Fatma Aydemir, Dschinns, 368 str., Fischer 2022.

piątek, 16 stycznia 2026

"Ludzie szukają szczęścia i umierają ze śmiechu" Sibylle Berg



Sibylle Berg była moim odkryciem trzydzieści lat temu, a ta książka jedną z pierwszych niemieckich powieści, po które sięgnęłam z własnej woli (czyli nie na studia). Autorka uwiodła mnie swoim stylem – Berg to mistrzyni sarkazmu, cyniczna obserwatorka świata, która wkłada palec w ranę, a potem go przyciska tak długo, aż w oczach pojawią się łzy. Jej zdania są krótkie, ale dosadne, często pisane językiem potocznym, mimo to skłaniają do oddechu, przerwy, refleksji.

Ta powieść to jej debiut, a tytuł dokładnie oddaje treść. Króciutkie rozdziały są migawkami z życia kilku osób – w każdym wieku i różnej płci, które miotają się w życiu. Wyruszają w podróże bez celu, po których obiecują sobie odnalezienie tego czegoś. Spotykają się z przypadkowo poznanymi osobami, mając nadzieję na odkrycie uczucia, zrozumienie, nadanie sensu egzystencji. Robią rzeczy, które nie zawsze są zgodne z ich przekonaniami. Vera, Bettina, Nora, Pit, Tom, Karl, Ruth to nasze alter ego, zagubieni w świecie, siedzą sami i czują, że coś im gdzieś umknęło. 

To książka smutna, cyniczna, sarkastyczna – na pewno nie dla każdego – ale życie takie bywa, takie jest, a Berg nie ma obiekcji, by je takim opisywać. Jest szczera do bólu, sięga do najciemniejszych myśli, lęków i obaw. Lubię taką bezpardonową prozę i cieszę się, że wróciłam do tej książki. Dziś widzę ją już trochę inaczej, ale wciąż jest dla mnie oczywista moja ówczesna fascynacja. Lata temu ukazał się polski przekład – nie wiem, czy wciąż osiągalny, niemniej polecam. 

Moja ocena: 5/6

Sibylle Berg, Ein paar Leute suchen das Glück und lachen sich tot, 180 str., Reclam 1998. 


niedziela, 14 grudnia 2025

"Mein drittes Leben" Daniela Krien


Daniela Krien jest moją ulubioną pisarką niemiecką, jej najnowsza powieść także mnie nie rozczarowała. Linda wyprowadziła się na wieś – jej dni mają stały rytm. Pracuje w ogrodzie, zajmuje się zwierzętami, domem, czasem spotyka Nataschę, której córka Nine jest osobą z autyzmem. Nine i pies Lindy dobrze się rozumieją. Wyprowadzka Lindy była zaskoczeniem dla jej męża Richarda, dla niej jest jednak formą terapii. Przed dwoma laty zginęła tragicznie ich siedemnastoletnia córka. Krótko po tym u Lindy zdiagnozowano raka tarczycy. Po zakończeniu leczenia Linda zmienia życie, podczas gdy Richard ma nową partnerkę.

Z retrospekcji poznajemy historię małżeństwa Lindy i Richarda, który ma dwoje dzieci z poprzedniego związku i nie chciał się zgodzić na kolejne dziecko z Lindą. Sonja była więc w zasadzie jedynaczką. Ze wspomnień Lindy wyłania się obraz małżeństwa i życia rodzinnego, trudności, niedopowiedzeń, wspólnych chwil, ale i kłótni. Stopniowo kobieta przywołuje też pierwsze dni, tygodnie po śmierci córki. Wyłania się obraz mozolnego składania życia, które rozpadło się na kawałki, ale i przeraźliwej samotności. Mało kto podejmuje wysiłek rozmów z Lindą, mało kto, wie jak z nią w ogóle rozmawiać. Ta tragedia paraliżuje wszystkich, ale podczas gdy inni żyją dalej, Linda stoi w miejscu. 

Krien stworzyła ciekawe stadium żałoby, z mniej spotykanej perspektywy, czyli rodzica tracącego niemal dorosłe dziecko. Jak zwykle zachwycił mnie język Niemki – prosty, ale czuły, pełen wrażliwości, idealnie opisujący emocje, bez zbędnego sentymentalizmu. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Daniela Krien, Mein drittes Leben, 304 str., Diogenes 2024.

sobota, 1 listopada 2025

"Im Herzen der Katze" Jina Khayyer

 


Śmierć, a właściwie zamordowanie, Jiny Mahsy Amini jest punktem wyjścia tej powieści. Główna bohaterka ma na imię Jina, mieszka we Francji i jest Iranką. Tytułowy kot to Iran, którego kształt przypomina to zwierzę. A serce Iranu możemy odkryć, udając się w literacką podróż z Jiną Khayyer.
Narratorka śledzi wydarzenia w Iranie, a szczególnie działalność jej siostrzenicy Niki oraz siostry Roi. Morderstwo jej imienniczki wstrząsnęło także nią, mimo że mieszka tak daleko. 
Jina wspomina swoją podróż do Iranu w 2009 roku. Mimo że jest Iranką, to była jej pierwsza wyprawa do tego państwa, w którym odwiedzała starszą, przyrodnią siostrę Royę oraz spotkała liczną dotychczas nieznaną rodzinę. To również opowieść o tym jak Iran widzi młoda Europejka, która wprawdzie zna perski, zna historię, literaturę, baśnie, zwyczaje, jedzenie, ale mimo to przeżywa szok. Ten szok powoduje sytuacja w kraju – sytuacja kobiet, ściganie wszelakich przejawów niesubordynacji wśród kobiet i mężczyzn, ciągłe życie w lęku, obserwowanie otoczenia, pilnowanie się. Przewodniczką Jiny i Roi jest Iman – kobieta, która funkcjonuje jako mężczyzna i pociąga Jinę, która jest lesbijką.

Ta podróż dla Jiny to odkrywanie Iranu – poezji, zabytków, historii, dotąd nieznanych tradycji. To świetny zabieg literacki, bo w ten sposób autorka przekazuje czytelniczce sporo wiedzy, unikając stylu rodem z podręcznika czy przewodnika turystycznego. Patrzymy na Iran oczyma Jiny i podobnie do niej dziwmy się, ale i współczujemy kobietom. Mamy ochotę stawiać te same pytania, nie dowierzamy, że ludzie w takich warunkach żyją, nie rozumiemy, dlaczego Roya wróciła do ojczyzny.

Powieść Khayyer oprócz tych wszystkich powyższych aspektów podejmuje przede wszystkim pytanie o ojczyznę i stosunek do niej. To historia o tęsknocie, tożsamości i ogromnym gniewie. To gniew kobiet, które mają dość ucisku, widzą jawną niesprawiedliwość i gotowe są wziąć na siebie najcięższe kary, by walczyć o wolność. Piękna powieść, warto!

Moja ocena: 5/6

Jina Khayyer, Im Herzen der Katze, 253 str., Suhrkamp Verlag 2025.

poniedziałek, 20 października 2025

"Die schönste Version" Ruth-Maria Thomas


 

Jella i Yannick tworzą parę idealną – to związek pełen pasji, bliskości fizycznej i emocji. Ale to też związek, w którym jest przemoc. Pewnego dnia Yannick posuwa się za daleko i Jella ucieka do domu ojca. Tam pogrąża się w myślach na temat swojej relacji, przy okazji wspominając swoje dorastanie. Urodzona w 1993 roku pisarka wiarygodnie opisuje pokolenie, a przede wszystkim dziewczyny, dojrzewające na początku lat 2000. 
Jella wraz z przyjaciółką stroją się, malują, wychodzą na imprezy, uwodzą, robią wiele rzeczy wbrew sobie, ale zgodnie z trendem i oczekiwaniami środowiska. Ruth-Maria Thomas bezpardonowo i wprost opisuje te zagubione dziewczyny, które pozwalają na wykorzystywanie ich niewinności, które nie potrafią zgłębić własnych uczuć i dają się zwieść trendom, pozorom i kierują się przemożną chęcią przynależenia do grupy i bycia cool. Ich działaniami kieruje obraz dziewczyn kreowany przez Bravo i MTV, dziewczyn, które w domu są skromne i uległe, a które wieczorem robią wszystko, by być akceptowane. 

Związek z Yannickiem jest dla Jelli objawieniem i odskocznią od poprzedniego życia. On jest artystą, duszą kreatywną, która dostrzega w niej prawdziwą duszę. Niestety w ten związek wkrada się przemoc – z jej strony werbalna, z jego strony fizyczna. Gdy Jella ucieka od partnera i udaje się na policję, by zgłosić przestępstwo, pełna jest wątpliwości. Targają nią rozterki, nie jest przekonana, czy dobrze zrobiła, wciąż kocha Yannicka, wątpi w swoje poczucie i rozeznanie – czy można kochać, kogoś, kto krzywdzi? Czy sama jest bez winy? Czy można wycofać oskarżenie? 

Thomas pisze wprost, bez owijania w bawełnę, dużo tu scen zbliżeń fizycznych, nie zawsze dobrowolnych, nie zawsze świadomych. Przemoc przewija się na różne sposoby, a język autorki jest dosadny, czasem wulgarny. Ciekawe jest także tło, autorka urodziła się w Cottbus i w tych okolicach umieściła akcję powieści – dorastanie Jelli przypada więc na okres po upadku Muru Berlińskiego, w tle mamy małe miasteczko, pokopalnianie jeziorka, cekiny, miniówki i rozstanie rodziców. 

Ta książka boli, bo pokazuje społeczne stereotypy, pułapkę, w którą wpada(ło) wiele nastolatek, nawet tych, które mogą liczyć na rodziców, nawet tych wyedukowanych, ale z wyuczoną uległością. Na pewno wiele kobiet znajdzie w tej powieści coś z własnych przeżyć i odbierze ją emocjonalnie. Ciekawy debiut!

Moja ocena: 5/6

Ruth-Maria Thomas, Die schönste Version, 265 str., Rowohlt 2024.

środa, 15 października 2025

"Russische Spezialitäten" Dmitrij Kapitelman


Dima wprawdzie urodził się w Kijowie, ale wraz z rodzicami od lat mieszka w Lipsku, gdzie prowadzą sklep z ukraińskimi produktami. Ich "magazin" jest miejscem spotkań okolicznych Słowian, swoim centrum słowiańskiego ducha. Cała rodzina angażuje się w prowadzenie sklepu aż do pandemii. Dima zaczyna sam ogarniać sprzedaż, by uchronić rodziców przez zarażeniem. Stopniowo jednak biznes upada, a gwoździem do trumny jest wojna. Zainfekowana ciągłym oglądaniem rosyjskiej telewizja matka staje się wierną słuchaczką propagandy i wyznawczynią putinowskiej polityki. Dima jest zrozpaczony i w potrzasku. Wciąż kocha matkę i swój ojczysty język, czyli rosyjski, ale stoi też po stronie Ukrainy i przyjaciół, którzy pozostali w tym kraju. Dima postanawia wyjechać do Kijowa, mając nadzieję, że w ten sposób przekona matkę.

Mimo tematów wagi ciężkiej to dość lekka powieść. Tę lekkość zawdzięcza językowi autora, który nie boi się autoironii i potrafi odnaleźć komizm w wielu sytuacjach. Za językiem kryje się jednak wiele tematów. Przede wszystkim chodzi tu o język – rosyjski, który już nie przystoi, który nagle stał się językową personą non gratą, Dima nie zna ukraińskiego i wcale go dobrze nie rozumie, kocha natomiast rosyjski, choć wciąż ma obawy, że nie zna go dość dobrze, że ma zbyt ubogie słownictwo. Kapitelman dostrzega tu ów specyficzny tygiel narodowy ZSRR – jego ojciec jest ukraińskim Żydem, matka pochodziła z Mołdawii, rodzina zamieszkała zaś w Ukrainie, a rosyjski łączył i nadal łączy te tak różne osoby. Wiele z tych doświadczeń dotyczy powieściowego Dimy, który jest swego rodzaju alter ego autora. Agresja Rosji na Ukrainę to kolejny duży blok tematyczny. Autor porwał się tu na konflikty między dotychczas lubiącymi się osobami – podobnie jak w rodzinie głównego bohatera. 

To niezwykle aktualna powieść, poruszająca interesującą mnie tematykę, ale nie czuję, że mnie przekonała do końca. Początek był dość ciężko strawny, musiałam dopiero wejść w rytm Kapitelmana, a gdy już polubiłam jego styl, druga część zaciekawiła mnie dużo bardziej. 

Moja ocena: 4/6

Dmitrij Kapitelman, Russische Spezialitäten, 178 str., Hanser 2025.

poniedziałek, 13 października 2025

"Schwebende Lasten " Annett Gröschner


Hanna urodziła się w 1913 roku w Magdeburgu jako jedna z dwóch córek z drugiego małżeństwa matki. Po śmierci rodziców dorasta u przyrodniej siostry i pomaga w jej kwiaciarni, ta jednak wysyła ją do drugiej siostry do Berlina, gdzie Hannie się podoba. Niestety dziewczyna nie ma wpływu na swój los, musi wrócić do Magdeburga, pomóc siostrze i wyjść za pierwszego kandydata na męża, Karla. Nie jest to najszczęśliwszy wybór, ale Hanna stara się wziąć los w swoje ręce. Mimo licznych ciąż ciężko pracuje i realizuje się przy pracy z kwiatami. Ma talent, dryg i kocha to, co robi. Niebawem jednak nadchodzi wojna z nalotami na Magdeburg, a potem NRD. Hanna już dawno straciła sklep, popadła w biedę, nie ma pomocy w mężu, który preferuje alkohol i podejmuje pracę jako operatorka dźwigu. 

Gröschner snuje opowieść o ciężkim życiu kobiety na przestrzeni najtrudniejszych lat XX wieku. Hanna to matka i córka jakich wiele – próbuje walczyć o rodzinę, o najlepszy byt dla dzieci, pracuje, zabiega, rodzi, roni, cierpi, traci, klepie biedę. Jej pociechą są kwiaty, nawet gdy traci pracę w kwiaciarni, pozostają jej odskocznią, azylem i pociechą na starość. Motywem przewodnim jest obraz z wyjątkowym bukietem, który na zawsze pozostanie w jej myślach.
Mimo że Hanna mieszka w Niemczech i jest pionkiem w szponach historii z niemieckiej perspektywy, to jej życie nie odbiega od setek innych kobiet w Europie. To mogłaby być moja prababcia czy babcia przeniesiona w inne miejsce, ale walcząca o byt w ten sam sposób: ustawicznie i niestrudzenie.

Niemka stworzyła przepiękną powieść, klasyczną, bez udziwnień, wciągającą bez reszty. Wydarzenia historyczne są tu tłem, nie ma tu rozprawy z nazizmem czy długich elaboratów o wojnie. Hanna pozostaje w centrum, a kwiaty czynią z jej życia coś wyjątkowego. Szkoda, że ta książka została tylko na długiej liście do Deutscher Buchpreis. Ja bardzo polecam.

Moja ocena: 5/6

Annett Gröschner, Schwebende Lasten, 249 str., C.H.Beck 2025.

środa, 8 października 2025

"Single Mom Supper Club" Jacinta Nandi


Berlin przyciąga różne osoby, na przykład Brytyjki – samotne matki, które z różnych powodów zamieszkały w tym kultowym mieście. Tamara na przykład wynajęła swoje londyńskie mieszkanie i uciekła z trójką dzieci przed przemocowym partnerem. Wraz z Kaylą i Naną oraz Antje tworzą grupę, która regularnie spotyka się i tworzy tytułowy klub. Klub jednak rozrasta się i dołączają do niego inne, poznane na placu zbaw mamy – zupełnie rożne od tej czwórki i z innym tłem. Towarzyszymy im w spotkaniach, słuchamy plotek, patrzymy przez ramię, gdy biorą kokainę w łazience, podglądamy styl życia i oceniamy przekonania. A jest tu tematów całe multum. W pierwszej linii są kwestie wychowawcze – karmić piersią czy nie, co gotować, jak spędzać czas, jakie terapie, jakie zajęcia. Mamy tu dzieci specyficzne i całkiem zwykłe, takie, których ojcowie płacą alimenty i się interesują i wręcz przeciwnie, co daje pole do dyskusji i porównań. Kolejnym tematem jest kwestia bycia matką – co robię dobrze, co źle i czy wystarczająco, co można określić jako maltretowanie, a co jeszcze nie, kiedy wkroczyć i pomóc, a kiedy będzie to wtrącaniem się? Wiele z matek ma kontakt z urzędami i tu dochodzi kolejna warstwa – co według niemieckich urzędów i nauczycieli jest dobre, co złe, jak należy wychowywać dziecko, gdzie szukać przyczyn takiego a nie innego zachowania. Tutaj różnice kulturowe są ogromne, a stają się jeszcze większe, gdy dorzucimy różnicę między Niemcami zachodnimi, a wschodnimi. Te ostatnie sa reprezentowane przez Antje, jedyną Niemkę w tej grupie, do tego nazywaną okropną Antje. Jest ona niemieckim sumieniem, hiperpoprawną wyrocznią oraz drogowskazem bo zawiłościach niemieckiej biurokracji i mentalności. 

To arcyciekawy konglomerat tematów, sam pomysł na książkę też jest zaskakujący. Świat brytyjskich samotnych matek jest mi nieznany, co więcej, nawet nie miałam o nim pojęcia! Nandi poruszyła wiele trudnych tematów, kreując bohaterki różnorodne, choć nie każda z postaci otrzymuje tyle samo uwagi, co było dla mnie jednak wadą. Sama forma książki, bazująca na krótkich dialogach, była dla mnie też dość trudna i męcząca, a bohaterki tak odmienne od tego, co znam, że trudno było mi się wczuć w ich dylematy i poglądy. 

Mimo że Nandi zasadza się na tylu trudnych tematach, to wybrana przez nią forma nadaje tej książce lekkości i ma się wrażenie, że to literatura czysto rozrywkowa. I to w zasadzie mój największy zarzut do tej powieści. Ciekawa, dość lekka, ale jednak zabrakło mi tu głębokich emocji z mojej strony.

Moja ocena: 3/6

Jacinta Nandi, Single Mom Supper Club, 312 str., Rowohlt 2025.