wtorek, 17 czerwca 2014

"Wanna z kolumnadą" Filip Springer



Wannę z kolumnadą przeczytałam jeszcze podczas urlopu wielkanocnego i niestety jest jedną z książek, której nie udało mi się opisać bezpośrednio po lekturze. Piszę niestety, bo okazuje się, że taki sposób pisania mi nie odpowiada. Zbyt dużo wrażeń zblakło, zbyt wiele przemyśleń zatarło.

Niedawno u momarty była dyskusja na temat gustu. Niestety niecałkiem zgadzam się z nią. O ile nie interesuje mnie gust ludzi, jeśli dotyczy ich sfery prywatnej, to w kwestii takich książek jak Pierwsza książka mojego dziecka czy nowy Nasz Elementarz nie jestem aż tak tolerancyjna. Uważam, że publikacje, które z założenia mają dotrzeć do wszystkich dzieci, powinny spełniać szereg warunków. Zgadzam się, że trudno jest podać definicję dobrego smaku, ale akurat w przypadku grafiki można oprzeć się na nagrodach przyznawanych w tej dziedzinie, na sukcesach i uznaniu ilustratorów oraz autorów.

Podobnie ma się rzecz z architekturą. I o ile prywatne domy potrafią być kuriozalne, to jeśli bezguście rozciąga się na przestrzeń publiczną, zaczyna mnie to mierzić.

Przyznać jednak muszę, że zanim wyjechałam z Polski moje spostrzeżenia ograniczały się do antycznych kolumienek, setek wykuszy i wieżyczek, to teraz razi mnie o wiele więcej rzeczy. Najbardziej rzucającą się w oczy, i chyba najłatwiejszą do wyplenienia są wszędobylskie reklamy. Z momentem przekroczenia granicy wjeżdżam w kraj billbordów, szyldów, wywieszek itp. Budynki obwieszone dzieisątkami tabliczek, wskazówek, reklam przyprawiają mnie o oczopląs i zamiast informować jeszcze bardziej mylą.

O tym i o wielu innych problemach w polskiej przestrzeni publicznej pisze Springer. I nawet jeśli ta książka ma wady - krótkie rozdziały przypominają niezależne od siebie reportaże, co powoduje powtarzanie myśli - to jest moim zdaniem ważna. Autor porusza wiele kwestii, takich jak niekontrolowane rozrastanie się polskich miast, z pominięciem wszelkiej infrastruktury, czy pasteloza opanowująca bloki. Springer nie koncentruje się tylko na krytyce i wyliczaniu grzechów ale opisuje także ludzi, którzy walczą o zmiany. 

Czytałam tę książkę na kindle, co akurat w przypadku tej publikacji było złym wyborem, ponieważ zawiera bardzo dużo zdjęć. Zachęcam was więc do tradycyjnej lektury!

Moja ocena: 4,5/6

Filip Springer, Wanna z kolumnadą, 248 str., Czarne 2013.

niedziela, 15 czerwca 2014

"Uciekinier" Tomasz Morawski



Uciekinier to książka o wyborach, książka o emigracji, o oddaleniu, o samotności wreszcie. To także opowieść życia, opis niesamowitych perypetii i zbiegów okoliczności, niełatwych wyborów i barwnych wydarzeń. To życie, z którego czerpie się pełnymi garściami i i w którym się oddaje, co ma najlepszego.

Morawski dzięki swojemu nastawieniu do życia, otwartości na ludzi i przygodę zebrał materiał na niejedną książkę. Uciekinier to próba autobiografii. Autor opisuje swoje młodzieńcze lata w Krakowie, przypadkowo wybrane studia na AGH, a przede wszystkim bardzo rozrywkowe życie nocne. Morawski obraca się w środowisku artystycznym, przyjaźni się z artystami z Piwnicy pod Baranami, skrzętnie wykorzystując swój atut posiadania mieszkania w samym centrum Krakowa. Dzięki znajomości języka angielskiego udaje mu się załapać na wyjazdy zagraniczne, gdzie poznaje studentów z innych krajów. Najbardziej brzemienna w skutki będzie przyjaźń z pewnym Finem, który nalega na rewizytę. Tylko że ma się ona odbyć nieco dalej niż w Finlandii. Ów Fin ma bowiem objąć stanowisko attache w Ekwadorze. Morawski ma wprawdzie etat na AGH i dość ustabilizowane życie ale nie potrafi oprzeć się przygodzie. Chęć ucieczki od systemu odgrywa także swoją rolę. Zdobycie paszportu okazuje się być gratką, popiera je przecież bardzo ważne pismo z Finlandii, trudniej jest jednak dostać się na statek płynący do Ameryki Południowej. Ale i ta przeszkoda zostaje pokonana i rozpoczyna się prawdziwa przygoda.

Rejs przez pół świata obfituje w niesamowite przygody oraz spotkania, a Morawski dociera do Ekwadoru o wiele później niż zamierzał. Niebawem kończy się ważność wizy i paszportu, a podróżnik musi podjąć decyzję o swojej przyszłości. Urlop został przekroczony, obawa przed konsekwencjami odgrywa także swoją rolę - Morawski przedłuża pobyt. Opis życia w Quito jest fascynujący. Autor poznaję całą gamę ekspatów z wielu krajów europejskich, pracuje jako przewodnik w dżungli, uczy się hiszpańskiego, uczy się pokory pracując dla pewnego Amerykana i pomalutku buduje swój ekwadorski świat. Najpierw mieszkanie, zrujnowane ale to nie szkodzi, potem coraz większy krąg znajomych, potem rozbudowa firmy Amerykanina, potem nauka jazdy samochodem po Quito, poznawanie wszystkich zakątków kraju i nie wiadomo kiedy Morawski zadamawia się tam na tyle, że o powrocie nie myśli.
Co nie oznacza, że nie targają nim uczucia, znane każdemu emigrantowi. Tęsknota oczywiście na pierwszym planie, ale i samotność, troska o rodzinę, lęk przed bezpieką, niepewność, dotycząca wydarzeń w kraju, nadzieja na zmiany i znowu tęsknota.

Dom Morawskiego zamienia się w przystań dla wszystkich Polaków odwiedzających ten kraj. Pomoc jest dla niego oczywista, nie tylko ze względu na łączność kraju, przede wszystkim z dobroci serca. 

Z ciekawością towarzyszyłam Morawskiemu w jego opowieści i mimo że byłam świadoma, że książka z założenia jest gawędą, to bardzo często mierził mnie język autora. Pisze on krótkimi, urywanymi zdaniami, często ironicznymi, ale często także niezrozumiałymi. Wielokrotnie urywa myśl, dając do zrozumienia, że wybiega na teren prywatny, pozostawiając jednak zagubionego czytelnika. Naturalnie nie wymagam od autora opisu wszystkich szczegółów własnego życia, ale nie lubię myśli urywanych w pół słowa i niedopowiedzeń. Morawski pisze tak, jak mówi i taka formuła książki nie jest niczym zdrożnym, mnie jednak drażnią bardzo potoczne sformułowania więc od czasu, do czasu zmuszona byłam kręcić nosem. Mimo to książkę przeczytałam jednym tchem i bardzo zadowolona jestem z poznania Ekwadoru oczami Morawskiego.
Koniecznie muszę pochwalić szatę graficzną - wydanie jest starannie przygotowane, strony zdobią aplikacje przypominające kulturę indiańską, a lektury dopełniają dwie wkładki ze zdjęciami autora.

Moja ocena: 4/6

Tomasz Morawski, Uciekinier, 322 str., Wydawnictwo Stowarzyszenie Fragile Kraków 2013.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:


sobota, 31 maja 2014

Statystyka maj 2014


Przeczytane książki: 5

Ilość stron: 1948

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0


Przeczytane tytuły: 

- "Legion" Elżbieta Cherezińska
- "Sauerkrautkoma" Rita Falk
- "Duell" Arnaldur Indriðason


Najlepsza książka: "Legion" Elżbieta Cherezińska

Ilość książek w stosie: 170

Stosikowe losowanie - 6/14, pary

Iza wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 120 książek) - 48
Marianna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 731 książek) - 365
ZwL wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 135 książek) - 89
Karto_flana wybiera numer książki dla Paidei (w stosie 75 książek) - 74
Paideia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 141 książek) - 13
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 115 książek) - 79
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 133 książki) - 82
Maniaczytania wybiera numer książki dla Izy (w stosie 110 książek) - 2

wtorek, 27 maja 2014

Stosikowe losowanie 6/14

Zapraszam do zgłaszania się do rundy czerwcowej! Pary rozlosuję 31 maja, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

niedziela, 25 maja 2014

"Berlin. Przewodnik o duszy miasta" Dorota Danielewicz


Bardzo cieszyłam się na tę książkę, Berlin jest przecież moim ukochanym miastem. Nie polubiłam go od razu, musiałam dać nam czas, ale teraz doceniam jego rozmach i zarazem przytulność, wielokulturowość, a przede wszystkim przyrodę. Nie znam drugiego tak zielonego i pełnego wody miasta. Najmniejsza uliczka ma swój skwer, czy park, wszędzie mosty, kanały, śluzy. Bulwary wzdłuż Szprewy czy Haweli pełne są spacerowiczów i plażowiczów. Na wiosnę Berlin eksploduje zielenią, położony w samym centrum park Tiergarten otumania kolorami. Bardzo lubię przejść po nim choć chwilę w przerwie obiadowej (moja praca jest tuż obok) albo przejechać rano rowerem przez zaspane jeszcze alejki.




Byłam nieprzytomnie ciekawa jak Berlin widzi Danielewicz, tytuł książki przyprawiał mnie niemal o drżenie rąk, niestety sama lektura także przyprawiała mnie o dreszcze, nie były to jednak bynajmniej dreszcze rozkoszy:( Ale po kolei.

Autorka przyjechała do Berlina nagle, można powiedzieć została tutaj wywieziona przez matkę niemal podstępem, w wieku kiedy każda dziewczyna ma swój świat, i wcale nie chce go opuszczać. Rodzina wylądowała najpierw w obozie dla przesiedleńców w Marienfelde, gdzie również przebywała Julia Franck (o jej książce, w której tematyzuje swoje przeżycia pisałam tutaj). Danielewicz rozpoczyna eksplorację miasta na własną rękę, porusza się po nim komunikacją miejską, wysiada na chybił trafił na przypadkowych stacjach i poznaje miasto i uczy się je kochać. Bardzo szybko znajduje swoje miejsce wśród artystów. Autorka obraca się w środowiskach alternatywnych, by w końcu znaleźć swoje miejsce wśród literatury. Jej informacje na ten temat były niemal całkowicie dla mnie nowe, a te, dotyczące słynnego Literarisches Colloquium niezmiernie ciekawe. 

Zastanawiacie się pewnie co mi się nie podobało. Niestety właściwie wszystko. Przede wszystkim struktura. Danielewicz rozpoczyna snucie swojej opowieści na placu świętego Marka w dzielnicy Steglitz, wraca do wszystkich miejsc, w którym mieszkała, opisuje mieszkańców oraz ich często nietypowe historie. Z założenia miała to być chyba gawęda, wprowadzająca przytulną, intymną atmosferę. Danielewicz nie stroni od nietypowych porównań, nieco górnolotnych opisów, często ucieka się do perspektywy globalnej, refleksyjnego stylu. Niestety czytając książkę nie miałam wrażenia słuchania pasjonujących historii wręcz przeciwnie - chaos, w jaki popada narracja i liczne powtórzenia stale przyprawiały mnie o wrażenie, że powieść powstała z posklejanych niezależnych reportaży.
Nie widzę w tej książce struktury, myśli przewodniej, bardzo irytowały mnie wyżej wymienione powtórzenia (tak jakby czytelnik po przeczytaniu pięciu stron nie pamiętał w jakim teatrze autorka pracowała i jak się nazywała słynna aktorka), nawroty do już wypowiedzianych myśli i historii. I może nawet zniosłabym to, gdyby nie język, który irytował mnie jeszcze bardziej. Dopiero po lekturze, spojrzałam na inne recenzje i ze zdumieniem przeczytałam peany na temat tej książki, ze szczególnym uwzględnieniem polszczyzny!

Ja tymczasem zaznaczyłam kilkadziesiąt miejsc, które przyprawiały mnie o zgrzytanie zębów, do tego ciągle miałam wrażenie, że liczne wyrażenia są dokładną kalką z języka niemieckiego. By nie być gołosłowną, podam pierwsze z brzegu przykłady:

"Tuż po wojnie zapoznała Niemca (...)"

"Miała na sobie czarne spodnium (...)"

Do szału doprowadzała mnie niekonsekwencja w nazwach - raz podawanych po niemiecku, raz transkrybowanych na polski (w niektórych nazwach używana jest litera ß ale w słowie Straße zawsze jest pomijana). Niestety w książce roi się od błędów, nie tylko ortograficznych (np. Rudolf Virchov) ale i rzeczowych - nie wiedzieć czemu autorka pisze o nowo otwartym lotnisku Willy'ego Brandta, podczas gdy końca budowy tego nieudanego projektu nadal nie widać. Nie pojmuję maniery tłumaczenia imion postaci historycznych takich jak królowa Sophie Charlotte, która stała się Zofią Charlottą (czemu nie Karoliną wobec tego?) czy Ernst Reuter, który jest Ernestem Reuterem. Gdyby jeszcze tłumaczono wszystkie imiona, ale niestety i w tej płaszczyźnie panuje chaos, np. Spree jest Sprewą ale Elbe Elbą, a nie Łabą.
Mania tłumaczenia nazw obejmuje także znajomych autorki, bo zakładam że Fryderyke to Friedericke, a Iwonne to naprawdę Yvonne. Tłumaczenie niektórych nazw (np. cmentarzy czy ulic jak w zdaniu "Haus des Rundfunks w Alejach Mazurskich" - oryginalna nazwa ulicy zresztą jest w liczbie pojedynczej) bardzo utrudni odszukanie na mapie miejsc, o których pisze Danielewicz.
Nie jestem także przekonana, czy Tonmeister to na pewno po polsku mistrz dźwięku? Ciekawa jestem co autorka rozumie przez Bramę Chińską, prowadzącą do zoo od strony dworca? Przełożenia na rzeczywistość ta informacja niestety nie ma, być może chodziło o główne wejście, zwane bramą słoniową, a wybudowane właśnie w stylu chińskiej pagody, tylko że ono akurat nie mieści się od strony dworca...

Niestety nie polecam tej książki, za to zachęcam do odwiedzenia Berlina - z Polski to tak blisko!

Moja ocena: 2/6

Dorota Danielewicz, Berlin. Przewodnik po duszy miasta, 279 str., Wydawnictwo WAB 2013.

czwartek, 22 maja 2014

"Wszystko zależy od przyimka" Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski, Jerzy Sosnowski


Przepadam wręcz za książkami o języku, dlatego książkę największych polskich sław w tej dziedzienie, musiałam mieć. Połknęłam ją dosłownie w niecałe dwa dni, na szczęście w trakcie lotu do Azji miałam dużo czasu na lekturę. Lekturę świetną i niezwykle satysfakcjonującą.

W tej książce podobało mi się właściwie wszystko. Po pierwsze jej forma. Profesorowie oraz dziennikarz potrafili stworzyć niezwykle serdeczną atmosferę, nie brak im przy tym autoironii oraz wdzięku. Ich dyskurs pełen jest wzajemnego respektu i ciekawych spostrzeżeń.

Poloniści poruszają szeroką gamę tematów i co zaskakujące nie są upartymi strażnikami norm. Ta książka jest bowiem o tym, że język jest zmienny, że ciągle się rozwija i warto za nim podążać.

O czym konkretnie toczy się dyskusja? O języku w sieci, o słynnym "witam", które i mnie doprowadza do trzepotania przedsionków, jak mawiała w liceum moja pani od biologii, o mojej ulubionej interpunkcji, o polskich literkach, jest tu i małżonka, i bynajmniej, a także dokładnie, którego i ja nadużywam, są wulgaryzmy i regionalizmy, jest mowa o odmienianiu nazwisk (kolejny temat, który uwielbiam), o cudownej fleksyjności języka polskiego, o bogactwie zdrobnień, o zapożyczeniach, o żeńskich formach zawodów i o poprawności politycznej.

Zastanowił mnie tylko jeden akapit:

"...że polska ortografia należy do najłatwiejszych. Chciałbym tu obalić mit o jakiejś wyjątkowej trudności polskiej ortografii; ortografia polska jest sto razy łatwiejsza niż ortografia angielska, niemiecka czy francuska. "

O ile w przypadku ortografii francuskiej czy angielskiej mogę się jeszcze zgodzić, to moim zdaniem niemiecka ortografia jest bajkowo łatwa w porównaniu z polską. Mam okazję obserwować jak rozwija się język u dzieci wychowywanych trójjęzycznie i widzę jak prosto jest im zacząć mówić i pisać w miarę poprawnie po niemiecku czy po angielsku i ile pułapek ma język polski.
Pomijając jednak tę uwagę, z dziką rozkoszą czytałam o porównaniach do innych języków czy o rozwoju polszczyzny.

Każdy z rozdziałów w jakiś sposób nawiązuje jednak do stylu - o jego dopasowaniu do rozmówcy profesorowie mówią niemal ciągle. Odpowiedni dobór słownictwa, gra językiem, balansowanie między rejestrami to motyw przewodni ich dyskusji.

Rozmowy o j ęzyku mogłabym prowadzić godzinami, a że brak mi interlokutora, z przyjemnością słuchałam i żałowałam, że książka jest taka krótka.
Polecam i mam ogromną nadzieję na ciąg dalszy!

Moja ocena: 6/6

Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski w rozmowie z Jerzym Sosnowskim, Wszystko zależy od przyimka, 288 str., Agora 2014.

środa, 7 maja 2014

Statystyka kwiecień 2014


Przeczytane książki: 11

Ilość stron: 3314

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 1
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0


Przeczytane tytuły: 

- "Bez oręża" Zofia Kossak-Szczucka
- "Dampfnudelblues" Rita Falk
- "Wszystko zależy od przyimka" Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski, Jerzy Sosnowski
- "Berlin. Przewodnik po duszy miasta" Dorota Danielewicz
- "Wanna z kolumnadą" Filip Springer
- "Eli, Eli" Wojciech Tochman
- "Święty psychol" Johan Theorin
- "Leichendieb" Patrícia Melo
- "Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Jonathan Safran Foer
- "Miłość dobrej kobiety" Alice Munro


Najlepsza książka: "Bez oręża" Zofia Kossak-Szczucka

Ilość książek w stosie: 170

wtorek, 22 kwietnia 2014

"Bez oręża" Zofia Kossak-Szczucka


Ostatni tom o Krzyżowcach już za mną. Była to lektura bardzo satysfakcjonująca, z przyjemnością zatopiłam się w prozę tak wysokiej klasy. 
Kossak opisuje kolejny etap walki o Grób Pański. Jerozolima po nieszczęsliwych rządach Wita Luzytańskiego jest ponownie w arabskich rękach, a na kontynencie wydaje się to nikogo nie obchodzić. Wenecja ńscy kupcy widząc możliwość zarobku namawiają dzieci do krucjaty. Opętane niebiańskimi wizjami dzieci ruszają do Wenecji, by stamtąd wyruszyć na ratunek Grobu Pańskiego. Ze względu na opieszałość rycerstwa i słabą siłę przebicia umierającego papieża, dzieci wyruszaj ą same na pewną zgubę. Ich los porusza serca i rusza nowa krucjata. 
Równocześnie na nowego Króla Jerozlimy wybrany zostaje Jan de Brienne, który wcale nie ma ochoty na ten zaszczyt. Bardziej interesuje go ukochana Blanka, z którą potajemnie od dawna się spotyka. Rozstanie z zamężną Blanką jest dla niego tak trudne, że niezbyt obchodzą go losy przyszłego królestwa.
Autorka wprowadza jeszcze jeden bardzo ważny wątek - rodzenie się zakonu franciszkańskiego. Wraz z nią śledzimy pierwsze kroki Franciszka - wyśmiewanego, uważanego za przygłupiego wariata, który jako jeden pragnie walczyć bez oręża i żyć według Ewangelii. 

Tak jak w poprzednich powieściach zachwyca świetnie naszkicowane tło historyczne, mnogość wyrazistych charakterów oraz mimo licznych opisów wartka akcja. 
Zachęcam was do lektury powieści Kossak-Szczuckiej. Z zachwytem zatapiałam się w tej niespiesznej,  dopracowanej prozie, tak różnej od współczesnych powieści.

Moja ocena: 6/6

Zofia Kossak, Bez oręża, 307 str., Instytut Wydawniczy Pax 1983.

wtorek, 15 kwietnia 2014

"Winterkartoffelknödel" Rita Falk


Zupełnie przypadkowo sięgnęłam po pierwszy kryminał Rity Falk, utrzymany w stylu popularnych teraz w Niemczech heimatkrimi - czyli powieści ściśle związanych z danym regionem. Falk umieściła akcję w Niederkaltenkirchen - bawarskiej wiosce. Na początku muszę przyznać, że zupełnie irracjonalnie nie pałam wielką miłością ani do Bawarii, ani do dialektu. Dużo lepiej czuję się w północnych klimatach Niemiec i między innymi tak bardzo cenię Fitzka, który akcję swoich thrillerów umieszcza w Berlinie. Pani Falk udała się jednak rzecz niemożliwa - dzięki niej polubiłam prowincjonalne Niederkaltenkirchen, a przede wszystkim wioskowego policjanta Franza Eberhofera. 
Franz pracował wcześniej w Monachium, do rodzinnej wioski został przeniesiony dyscyplinarnie. I właściwie powinien się cieszyć, bo jak to na wsi, niewiele się dzieje. Jego praca toczy się między codziennymi spacerami z psem Ludwigiem (bardzo ważny jest pomiar czasu), zalecaniem się do gminnej sekretarki Susi oraz dyskusjami nad piwem u Wolfiego. 
Niestey Franz skazany jest na rodzinę - ojca namiętnie słuchającego Beatlesów, głuchą babcię, która maniakalnie śledzi wszystkie obniżki w okolicznych marketach oraz rewelacyjnie gotuje oraz na brata Leopolda, ulubieńca ojca, i jego rumuńską żonę Roxanę. 
Tak, dobrze się domyślacie, podczas lektury nie sposób powstrzymać się od śmiechu. Największego smaczku powieści dodaje jednak pierwszoosobowa narracja oraz bawarski akcent. Cieszę się, że książki słuchałam, bo podczas lektury na pewno zabrakłoby mi właśnie świetnie oddanego dialektu.

Piszę, że to kryminał, ale gdzie zagadka? Otóż śledztwo odbywa się tu mimochodem, tak samo wolno i spokojnie, jak toczy się życie Franza. Do tego nikt niespecjalnie wierzy w jego zasadność, bo przecież poczwórne morderstwo w Niederkaltenkirchen nie mogło się wydarzyć. A jednak, cała rodzina Neuhoferów zginęła w tragiczny sposób w bardzo krótkim czasie - chora na depresję matka powiesiła się w lesie, ojciec elektryk zginął podczas pracy, a jeden z synów pod dźwigiem. Ostał się tylko jeden, który sprzedawszy za bezcen ojcowiznę, także ginie. Powiem wam tylko, że Franz ma rację i warto potowarzyszyć mu podczas śledztwa.

Moja ocena: 5/6

Rita Falk, Winterkartoffelknöddel, czyt. Christian Tramitz, Der Audio Verlag 2010.