środa, 31 sierpnia 2016

"81:1. Opowieści z Wysp Owczych" Marcin Michalski, Maciej Wasielewski



Z zapartym tchem przeczytałam ten fantastyczny reportaż i cięgle nie mogę wyjść z podziwu, że to debiut literacki tego duetu autorów! Michalski i Wasilewski opisali miejsce bardzo wyjątkowe, o którym pewnie wiele ludzi nigdy nie słyszało. Mnie Wyspy Owcze interesowały od dawna, fascynacja tym miejscem jest konsekwencją mojej bliskości z Islandią. Mimowolnie podczas lektury wyłapywałam podobieństwa między tymi narodami.

A co robią autorzy? Zatapiają się w społeczność 18 wysp, co nie jest bardzo trudne. Dość łatwym wydaje się poznanie narodu, który liczy blisko 48 tysięcy mieszkańców oraz ponad 70 tysięcy owiec. Michalski i Wasilewski to ten typ, który wlezie w każdą dziurę, czyli zrobi wszystko, by dogłębnie zbadać temat. Bardzo lubię takich ludzi więc piszę to jak najbardziej pozytywnie. Czego więc autorzy doświadczają? Pracują w fabryce ryb, obserwują nocne życie Farerów, włóczą się po bibliotekach (których jest tam bardzo dużo), podążają śladem Polaków, mieszkających na wyspach, rozmawiają z politykami i całkiem zwykłymi ludźmi. Wszystko po to, żeby móc powiedzieć - znam to miejsce, mogę o nim pisać. A przede wszystkim potrafią zarazić zainteresowaniem tym krajem.
Ich książka naszpikowana jest ciekawostkami, dykteryjkami, przygodami, faktami historycznymi - to kolaż wszystkiego, co miłośnik wysp powinien wiedzieć.

Świetne są opisy języka farerskiego, który ma multum wyrazów na opisanie deszczu (który nieustannie pada) i wiele ciekawych głosek (niektóre podobne do islandzkiego), ale jeszcze ciekawsze jest badanie fenomenu tej społeczności. Farerzy są dumni, trzymają się razem, dbają o swoją tożsamość i unikalność. Życie w izolacji ma jednak także swoje trudniejsze strony. Ten reportaż nie jest tylko peanem pochwalnym i bezrefleksyjnym uwielbieniem Farerów, to szeroki i w gruncie rzeczy dość obiektywny obraz. Wyżej wspomniana izolacja i dystans do reszty świata, który stale się zmniejsza, niosąc ze sobą groźbę utraty tożsamości i takie atrakcje jak narkotyki powodują, że lata tej społeczności wydają się być policzone. Wszechobecna globalizacja, dobrobyt nie zatrzymują się przed żadnym miejscem i trzeba mieć ogromną siłę woli i wspólny front, by uniknąć zalania przeciętnością.

Ten reportaż to balans między zachwytem nad odkryciem społeczności idealnej, pierwotnej niemal, a lękiem przed jej utratą. Ale przede wszystkim to fascynująca lektura, piękny język i ekscytacja odkrywania nieznanego. Oh, jak chciałabym tam pojechać!

Moja ocena: 6/6

Marcin Michalski, Maciej Wasielewski, 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, 328 str., Wydawnictwo Czarne 2011.

wtorek, 30 sierpnia 2016

"Podmorska wyspa" Isabel Allende


Przełom XVIII i XIX wieku, Saint-Domingue - czas kolonializmu i fortun zbijanych na plantacjach trzciny cukrowej. Właścicielem jednej z nich jest Toulouse Valmorain, młody Francuz, który nigdy nie planował życia we francuskiej kolonii. Planowany na kilka miesięcy przyjazd do ojca okazuje się być emigracja na zawsze. Gdy ojciec umiera, Valmorain obejmuje zarządzanie plantacją, znajduje na Kubie ponętną żonę i zamierza wieść spokojne i dostatnie życie. Dla żony kupuję niewolnicę - dziecko właściwie - Zarite, zwaną Tete. To właśnie ona, a nie zadufany w sobie i słaby Valmorain, jest główną bohaterką Podmorskiej wyspy. Jej życie stanie się przyczynkiem do napisania pełnej rozmachu powieści historycznej.

Zarite jest mulatką, sierotą, która niczego bardziej nie pragnie niż wolności. Tymczasem staje się osobistą niewolnicą dony Eugenii, a po zapadnięciu przez nią na chorobę psychiczną, konkubiną Valmoraina. Allende bardzo sprawnie opisuje losy Tete, nie wpada w pułapkę sztampowych rozwiązań i unika łzawych i nieprawdopodobnych zwrotów akcji. Przede wszystkim jednak koncentruje się na przedstawieniu historii Haiti - wyrżnięcie pierwszych mieszkańców wyspy, brutalnie prowadzone plantacje, bunt niewolników, krwawe zamieszki, wiele stron dążących do zagarnięcia władzy, w dziejach tego kraju brak pozytywów. Autorka pisze także sporo o kulturze kreolskiej, o stylu życia białych, mulatów i czarnych, nie zapomina o szamanizmie i voodoo.

Po rewolucji na Saint-Domingue Valmorain przenosi się do Luizjany, gdzie ponownie wychodzi za mąż, a życie Zarite całkowicie się zmienia. Ta przeprowadzka ponownie jest przyczynkiem do szerszego spojrzenia na losy Stanów Zjednoczonych i Francji. Podczas gdy we Francji upada monarchia i Napoleon obejmuje władzę, życie we francuskiej kolonii toczy się własnym trybem. Nawet sprzedaż Luizjany Stanom Zjednoczonym nie zmienia podejścia plantatorów. I znowu Allende drobiazgowo opisuje ramy życia w Nowym Orleanie i na plantacjach. Szkicuje sytuację w jakiej znaleźli się byli niewolnicy, atmosferę panującą w wyższych sferach, a także życie na ulicy.

By skompletować ówczesny obraz świata, autorka wprowadza całą gamę ciekawych bohaterów - złośliwa i podstępna druga żona Valmoraina, jego hiszpański szwagier - bawidamek i nicpoń o dobrym sercu, Violette - była ekskluzywna kokota, doktor Parmentier i wielu innych.
Podmorska wyspa to jednak głównie powieść o kobietach - ich woli walki, sile i cierpieniach.

Mimo całego kunsztu pisarskiego Allende, trudno mi nazwać tę powieść dziełem. To w gruncie rzeczy tylko czytadło, które jednak z czystym sumieniem mogę polecić.

Moja ocena: 4/6

Isabel Allende, Die Insel unter dem Meer, tł. Svenja Becker, 552 str., suhrkamp 2011.

sobota, 27 sierpnia 2016

"Hotel New Hampshire" John Irving


Bardzo długo słuchałam tej książki. Przytłoczyła mnie ilość wątków, postaci, losów i historii. 
Win Berry i Mary Bates poznają się podczas wakacyjnej pracy w pewnym hotelu, zakochują się w sobie i w końcu biorą ślub oraz stają się rodzicami piątki dzieci. Frank, Franny, John, Lilly i Egg to niezwykłe zestawienie przeróżnych charakterów. Historię rodziny opowiada John, dodać trzeba, że robi to bardzo szczegółowo i skrupulatnie. Największy wpływ na życie rodziny ma zakup byłej szkoły dla dziewcząt, którą, zgodnie z marzeniem ojca, przerabiają na tytułowy Hotel New Hampshire. 

Irving tworzy wybuchową mieszankę osobowości, która ma być bazą do bliższego przyjrzenia się różnym problemom. Przede wszystkim jest to seksualność - gwałt, homoseksualizm, biseksualizm czy kazirodztwo i prostytucja. Na dobrą sprawę cała fabuła kręci się wokół tych zagadnień - bardzo wcześnie seksualnie rozbudzona Franny dopytuje rodziców na temat ich życia seksualnego, przyjmująca na godziny w swoim pokoju hotelowa pokojówka wprowadza Johna w tajniki seksu, stale przewijający się temat gwałtu i ciąży, cała grupa prostytutek, które towarzyszą dorastaniu dzieci - ta książka przytłacza seksualnością. Na pierwszym planie jest jednak gwałt - jego przebieg, wyparcie, trauma i wreszcie przepracowanie. Koncentracja na tym wątku by wystarczyła. Tak szerokie ujęcie tematu moim zdaniem książce szkodzi, rozdrabnia ją i czyni momentami niestrawną, bo zwyczajnie nierealną. Nagromadzenie absurdalnych sytuacji i zbiegów okoliczności miejscami mnie nużyło. Niektóre sceny uwodziły komizmem sytuacyjnym ale w skali całej książki były dla mnie rażące. I rozumiem, że Irving ma taką manierę i jego sposób kreowania świata czemuś służy, podoba mi się zresztą jego dosadny język, ale sama narracja w mój gust nie trafia. I o ile Regulamin tłoczni win był dla mnie spójny, skierowany na jeden główny temat, to w tej książce autor zwyczajnie przedobrzył. Czasami czułam się jak podczas lektury Stulatka Jonasa Jonassona. 

Gawędziarski sposób prowadzenia narracji, dykteryjki, szkicowane z rozmachem sceny tworzą mieszankę wybuchową. Taka proza jest są natarczywa, dokuczająca, wyzywa czytelnika, tak jakby autor mrugał do niego okiem, ciągle udawadniając, że w swojej powieści może wszystko. 

W jednym zgadzam się z Irvingiem całkowicie - by ogarnąć rzeczywistość, by przystosować ją do własnej koncepcji na życie, trzeba być w jakiś sposób szalonym, odstawać od reszty, iść pod prąd i nie bać się. Tacy są bohaterowie Irvinga i w taki sposób idą przez życie. 

Moja ocena: 4/6

John Irving, Das Hotel New Hampshire, tł. Hans Hermann, 605 str., czyt. Rufus Beck, Random House Audio 2012.

piątek, 26 sierpnia 2016

Stosikowe losowanie 9/16

Zapraszam do zgłaszania się do rundy wrześniowej! Pary rozlosuję tradycyjnie 1 września, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

Dziękuję za wszystkie linki, sporo już uzupełniłam. Proszę spojrzyjcie na zestawienie w zakładce po prawej stronie, także na te z wcześniejszych lat, czy wszystkie recenzje są już ujęte. Dziękuję!

środa, 17 sierpnia 2016

"Absurdy PRL-u" Michał Matys, Piotr Lipiński



Do PRL-u sentyment ma wiele osób - mimo szarości i pustych sklepów, to jednak czas mojego dzieciństwa, który wspominam z łezką w oku. Nie przeszkadza mi to być krytycznym wobec tych czasów i dzięki reportażom odkrywać kulisy wielu wydarzeń i afer, które wstrząsały krajem. Z perspektywy czasu wiele aspektów życia w PRl-u wydaje się być komicznych i absurdalnych w swoim braku logiki. 

Inspiracją do powstania książki były powstałe w 2009 roku filmy, które opowiadały o związanych z PRL-em nieznanych szerokiej publiczności historiach. W tym zbiorze znajdziemy aż 16 tekstów, które można czytać odrębnie. 

Reportaże dotyczą spraw, które dotykały każdego obywatela PRL - autorzy na przykład próbują dociec przyczyn braku papieru toaletowego, mięsa i cukru. Kto z nas nie pamięta kolejek po papier i widocznych na okładce korali robionych z zakupionych rolek. Kwestia mięsa jest poważniejsza - afera mięsna doprowadziła do jedynego w powojennej Polsce wyroku śmierci w wyniku przestępstwa gospodarczego. Pamiętam, że czytałam o tej histerii w Dużym Formacie, nie wiem już jednak czy autorami byli Matys i Lipiński, czy może ktoś inny.

Zaciekawił mnie bardzo reportaż o nastolatkach, tzw. junakach, którzy przymusowo musieli odbudowywać nową Polskę. Autorzy piszą także o zmarnowanym talencie genialnego informatyka i wynalazcy Jacka Karpińskiego. Nie sposób pojąć motywacji działania i traktowania jego wynalazków przez ówczesny rząd. 

Nie mogło zabrakanąć także tekstów o słynnych perfumach Pani Walewska i Brutal, o magii sklepów PEWEX (do dziś pamiętam ten zapach!), a także o łódzkich włókniarkach, które miały podczas strajku pokazać premierowi pewne części ciała. 

Autorzy wykonali kawałek świetnej roboty - widać, że skrupulatnie badali poszczególne tematy, studiowali teksty źródłowe i przeprowadzali liczne rozmowy. Każdy z tych teksów ma ambicje być kompletnym. Wiele się z reportaży dowiedziałam, wiele razy potrząsałam ze zdumienia głową, a i nie raz zasmuciłam się nad tym, jak rządzono Polską. Ta książka byłaby na pewno świetną lekturą dla tych, którzy PRL-u już nie pamiętają, zamiast nudnej książki do historii. 

Moja ocena: 4,5/6

Michał Matys, Piotr Lipiński, Absurdy PRL-u, 320 str., Dom Wydawniczy PWN 2014.

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Wyspa na ulicy Ptasiej" Uri Orlev


Dwunastoletni Alek mieszka z tatą w warszawskim getcie. Jest rok 1943, trwają wywózki z getta, a ludność stara się na wszelkie sposoby przetrwać. Mama Alka zniknęła - poszła odwiedzić koleżankę i nigdy nie wróciła. Tata pracuje w fabryce lin, ale wraz z zaufanym kolegą ma obmyślony plan uratowania chłopaka, na wypadek czyszczenia getta. I faktycznie nadchodzi ten dzień, kiedy pracownicy fabryki muszą opuścić budynek, Alkowi udaje się uciec. Chłopiec chowa się w opuszczonym, zrujnowanym budynku, początkowo w piwnicy. Stopniowo wpada na pomysł urządzenia sobie kryjówki na jednym ze zrujnowanych pięter. Alek bardzo sprytnie buduje drabinkę sznurową, obmyśla sposób dostania się na piętro, zbiera prowiant i urządza swoją wyspę. Chłopiec żyje między ziemią, a niebem, za towarzystwo ma jedynie ptaki i małą białą myszkę. Jest wojennym Robinsonem, samotnym i pozostawionym samemu sobie.

Podczas swoich wypraw po opuszczonych domach w getcie Alek spotyka ludzi - dobrych i złych. To jednak przede wszystkim powieść o jego dojrzewaniu. Czytelnik obserwuje jak ewoluują jego myśli, jak chłopiec rozumie świat i walczy o przeżycie. Orlev wspaniale przedstawia mechanizmy obronne dziecka, jego wolę życia i sposób radzenia sobie z utratą rodziców.

To przepiękna opowieść o dorastaniu i woli życia umieszczona w nieludzkich realiach. Na początku nie byłam w stanie czytać więcej niż jeden rozdział na raz, gdy jednak ochłonęłam i nie brałam sobie grozy wojny tak bardzo do serca, nie mogłam odłożyć książki. Zachwycił mnie sposób w jaki autor pozwala Alkowi opowiadać o swoich przemyśleniach. Chwile, gdy reflektuje, że zachowuje się tak, jak zawsze uczyli go mama i tata, a kiedyś puszczał te nauki mimo uszu, są niezwykle wzruszające.

Wyspę na ulicy Ptasiej przełożył wspaniale Ludwik Jerzy Kern - to literatura wysokich lotów, czyta się świetnie! A lekturę dopełniają nastrojowe, przypominające szkice ilustracje.


Przeżycia Alka wydają się być niemal fantastyczne, on sam wspomina, że urodził się w czepku - całą książkę byłam przekonana, że jest ona autobiograficzna. Tymczasem Orlev wprawdzie korzysta ze swoich wojennych doświadczeń, ale tworzy na ich podstawie nowe historie. To wspaniała książka przygodowa, historyczna, psychologiczna - jednym słowem koniecznie po nią sięgnijcie!

Uri Orlev, Wyspa na ulicy Ptasiej, tł. Ludwik Jerzy Kern, 230 str., Media Rodzina 2011. 

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"Zrób sobie raj" Mariusz Szczygieł



Niepotrzebnie tak długo zwlekałam z lekturą tej książki. Już Gottland bardzo mi się podobał ale tak to jest z książkami na półce - wiem, że są świetne, ale tyle ich jest, że czekają i czekają.

Szczygieł ponownie zabiera czytelnika w podróż po czeskiej mentalności. Bada jej wszystkie aspekty, dziwiąc się ale przede wszystkim słuchając. To najbardziej lubię w reportażach Szczygła - jego świetny zmysł obserwacji, pokorę wobec rozmówcy i zaskakujące pointy. I humor - odnoszę wrażenie, że autor stara się być przeźroczysty ale ja zawsze czuję jego uśmiech, czasem delikatną ironię, a czasem mrugnięcie okiem. No i jak tu być obiektywnym skoro tak bardzo kocha się Czechy?

Wracając jednak do książki - z wielką przyjemnością udałam się w tę czeską podróż. Nie powiem, że Czechy to mój ulubiony kraj ale należy do tych, które mnie interesują od dawna. Nie mogę się nadziwić, jak różni są od Polaków Czesi, jakby stali dokładnie na drugim biegunie, ale właśnie ta ich przyziemność, brak patosu i zamiłowanie do humoru bardzo mi się podoba. 

Teksty w książce dotyczą przeróżnych aspektów, najbardziej Polce jednak wpadną w oko reportaże dotyczące czeskiego stosunku do wiary - ich tak odmienna od polskiej postawa jest totalnie zaskakująca. Świetnie czyta się o podejściu Czechów do kwestii śmierci, pogrzebów i Boga. Reportaż o policjancie, który nawrócił się na wiarę chrześcijańską jest rewelacyjny!

Czesi u Szczygła stawiają na pohodę czyli nieustanny dobry humor, na zabawę, uśmiech, wypierają temat śmierci, unikają tematów trudnych i bolesnych. To uwodzi Polaków, zmęczonych martyrologią, patosem i cierpieniem. Ja widzę tu jednak drugie dno - obawiam się, że zamiatanie wszystkiego pod dywan nie ma najlepszego wpływu na psychikę. I taki wydźwięk dostrzegam także u Szczygła - trzeba tylko bardzo się wysilić, żeby go dojrzeć. 

Myślę, że Szczygieł chciałby by jego książka zachęciła czytelnika do polubienia Czechów, do zakochania się w tym kraju i jestem przekonana, że mu się to w wielu przypadkach udaje. Z drugiej strony z dziką przyjemnością przeczytałabym podobną książkę, napisaną przez Czecha.

Moja ocena: 5/6

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, 290 str., Wydawnictwo Czarne 2011.

sobota, 13 sierpnia 2016

"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" Adam Jaromir, Gabriela Cichowska



Temat II wojny światowej fascynował moją córkę już kilka lat temu. Teraz to zainteresowanie na szczęście zelżało, bo zawsze to były trudne rozmowy. Ostatnie przedstawienie panny Esterki znalazło się u nas, by powiększyć spory zbiór książek poświęconych wojnie. Dzięki lekturze Pamiętnika Blumki córka zna historię Janusza Korczaka i jego domu dla dzieci. Książka Jaromira i Cichowskiej w pewien sposób przypomina książkę Chmielewskiej ale zaskoczyła nas spora ilość tekstu i jej objętość. 
Jaromir konstruuje książkę na wielu płaszczyznach, dopuszczając do głosu dzieci, Korczaka jak i pannę Esterkę. Te głosy splatają się ze sobą, łączą się, a uważny czytelnik zauważy podążającą za nimi zmieniającą się czcionkę. 


W Ostatnim przedstawieniu panny Esterki widzimy więc życie w getcie oczyma wielu narratorów.
Stary Doktor zatroskany jest losem dzieci, głodem, brakiem środków, nie potrafi przejść obojętnie obok żadnego dziecka. Jego dni to zmartwienie, wędrówka od drzwi do drzwi i ciągłe starania, by nawet w obliczu nieuchronnej śmierci wychować dzieci na dobrych ludzi. 


Gienia opisuje życie w sierocińcu - przeżycia dzieci, ich mały świat. Dzieci cieszą się z możliwości pielęgnowania kwiatów, kłócą się, rozmawiają, trzymają w pudełkach swoje skarby, dorastają po prostu. Życie w zamknięciu oraz nieustanny głód mają wpływ na nastroje - dzieci są apatyczne, smutne. Panna Esterka wie jednak jak dodać życiu dzieci koloru - dzięki literaturze pragnie pomóc im zrozumieć rzeczywistość oraz odwrócić uwagę od wojennej rzeczywistości. Zachęca więc dzieci do wystawienia sztuki na podstawie Poczty Rabindranatha Tagorego. To trudny i smutny tekst o chorym chłopcu, który nigdy nie opuszcza swojego pokoju. Dzieci jednak z zapałem zabierają się do opracowania przedstawienia - wspólnie robią dekoracje i stroje, uczą się ról i z niecierpliwością wyczekują dnia wystawienia sztuki. Trzy tygodnie po przedstawieniu trafiają na Umschlagplatz.



Ta książka to perełka, wyraźnie inspirowana pracami Iwony Chmielewskiej, równie refleksyjna i poruszająca. Autorka ilustracji Gabriela Cichowska używa stonowanych kolorów - sepii, beżu, szarości i czerni. Szkice i kolaże uzupełniają tekst. Mnie jednak najbardziej zachwyciły dokumenty archiwalne - stare pocztówki, mapy, zapiski, wycinki z gazet czy pieczęcie. To właśnie one tworzą klimat książki oraz osobną płaszczyznę. Podczas pierwszego czytania najważniejszy był tekst, potem jednak jest czas na rozszyfrowywanie wspomnianych wyżej dokumentów - adresów, kartek z kalendarza czy ogłoszeń. A potem jeszcze na smakowanie ilustracji, na otwarcie domu i przyjrzenie się buziom jego mieszkańców. 


To nie jest książka tylko dla dzieci, to książka dla wszystkich. Dziecko odkryje w niej co innego, niż dorosły. Mnie ona bardzo poruszyła, nie czuję się na siłach, by rozmawiać o niej z dziećmi, bo jak wytłumaczyć to, co przeżyły sieroty Korczaka? Córka chyba instynktownie odłożyła tę książkę na później, choć z uwagą przejrzała ilustrację. A mnie po lekturze było tak bardzo smutno :(

Bardzo ważna książka - polecam wam ją z całego serca!

Adam Jaromir, Gabriela Cichowska, Ostatnie przedstawienie panny Esterki, 124 str., Media Rodzina 2014.

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Book of you"


Pomyślicie, że ta książka niespecjalnie pasuje do mojego blogu? A jednak przeczytałam i czytam ją nadal. Pewnie wpisuję się w któryś z aktualnych trendów ale tematyka zmiany swojego życia i poszukiwania tożsamości interesuje mnie od dawna. Od kilku lat przerabiam już lektury z różnych kręgów kulturowych oraz te luźno związane z poszukiwaniem siebie i sensu życia.
Tego ostatniego pewnie nie odnajdę nigdy ale swoje życie mogę choć trochę zmienić, załóżmy, że na lepsze. Dwa lata temu przewróciłam już wszystko do góry nogami, zmieniając ramy życiowe, teraz warto by je inaczej wypełnić, zwłaszcza, że znowu dochodzę do momentu, w którym pędzę w dzikim kołowrotku i niespecjalnie mogę się z niego wyrwać.


Wiadomo, że zmienić wszystkiego na raz się nie da. Ci, którzy polegli na realizacji postanowień noworocznych wiedzą dobrze, że bardzo łatwo przedobrzyć. Z drugiej strony łatwo popaść z jednej w drugą skrajność - czyli nie robić nic. Bo za trudno, bo nie wiadomo jak, bo i tak się nie uda. Book of you ma pomóc w podjęciu pierwszych kroków w kierunku zmiany. Zespół autorów proponuje w tym celu mikroakcje. Zastanawiacie się pewnie w czym rzecz? To żaden nowy wynalazek ani epokowe odkrycie. To raczej zachęta do działania i impulsy, jak się za zmiany zabrać. Autorzy mikroakcjami nazywają bardzo małe zmiany, które dzielą na cztery kategorie - jedzenie, umysł, ruch i miłość.
Taka mikroakcja faktycznie jest mikro - to właściwie drobnostka. Każdego dnia trzeba jednak się zastanowić, którą kategorię wybrać i jaką mikroakcję zaplanować. Zastanawicie się co to właściwie da?


Otóż idea autorów bazuje na przysłowiu - ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Systematycznie wykonywane mikroakcje wejdą w nawyk, a co za tym idzie zmuszą nas do poświęcenia kilku minut  dziennie właśnie na nie. To porzucenie gonienia z obowiązkami i zatrzymanie się na kilka chwil. To może być minuta, w której obserwujemy otoczenie, miły gest wobec kogoś bliskiego, kilka ćwiczeń, zastanowienie się nad własnymi celami. Jednym słowem refleksja, namysł, zauważenie czegoś innego niż kolejne zadanie.


Ja ten pomysł kupuję i małymi kroczkami staram się wprowadzić go w życie. Niektóre z proponowanych akcji wdrożyłam u siebie jakiś czas temu i wykonuje je bezrefleksyjnie, ale nadal nie opanowałam sztuki nic-nie-robienia i zauważania siebie. 

Dopełnieniem książki jest aplikacja you. Zawiera więcej propozycji mikroakcji, a przede wszystkim jest dodatkową motywacją, bo najważniejsze jest przecież wsparcie innych. Zdjęcia innych użytkowników zachęcają i pokazują, jak inni sobie radzą z mikroakcjami. Autorzy aplikacji proponują szczególne mikroakcje na początek, zachęcają do pracy nad sobą, na przykład mikroakcjami tygodnia. Obsługa jest intuicyjna, przypomina bardzo instagram. Jeśli macie ochotę podpatrzyć mnie i moje mikroakcje, znajdziecie mnie tam jako Anna Barbara.


Zespół autorów, Book of you, tł. Maria Brzozowska, 288 str., Wydawnictwo Insignis 2016.

wtorek, 2 sierpnia 2016

"Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery" Piotr Strzeżysz


Piotr Strzeżysz urzekł mnie swoim sposobem podróżowania podczas lektury jego Campy w sakwach. Szanuję go za skromne i pełne respektu podejście do tubylców oraz pokorę. W Makaronie w sakwach autor opisuje swoje podróże po obu Amerykach, w sumie trzy, nie każda z nich udana. Tym razem Strzeżysz zrezygnował z transportu roweru i w pojazd zaopatrzył się na miejscu. 

Mimo że autor jest wytrawnym rowerzystą, zaprawionym podróżnikiem, to czasami każde naciśnięcie w pedały to ból, wyrzeczenie i walka. W tej książce mniej jest wrażeń krajoznawczych, mniej spotkań z ludźmi, a więcej właśnie istoty pedałowania, poszukiwania samego siebie, siedzenia w samotności w namiocie i myślenia. Poszukiwanie siebie, badanie swojego ja i zakresu własnych sił wysuwają się na pierwszy plan. Jeśli więc czytelnik nastawia się na typową książkę podróżniczą, może się rozczarować. Krajobrazy i zachwyt naturą ustępują miejsca zmaganiom z brakiem pieniędzy, porządnego jedzenia czy surowym klimatem. Ważniejsze wydają się być spotkania i rozmowy z tubylcami - czasami kuriozalne, czasami bardzo przyjacielskie, ale wielokrotnie bardzo wrogie. 

Na dobrą sprawę z samej treści książki niewiele zapamiętałam. To bowiem jedna z moich urlopowych zaległości, której nie miałam możliwości opisać na świeżo. O dziwo o wiele więcej utkwiło mi w pamięci z książki Siłami natury Michała Kozoka, którą czytałam rok temu. 
Nie przeczę, że opowieść Strzeżysza mnie zaciekawiła, jednak jego pierwsza książka wywarła na mnie o wiele większe wrażenie. Tę zapamiętałam przede wszystkim jako przedstawienie walki z własnymi ograniczeniami. 

Ponieważ od lektury Makaronu w sakwach upłynęło zbyt dużo czasu, bym mogła napisać więcej o treści, postanowiłam napisać choć taką krótką notkę, by zaznaczyć jej obecność na blogu.

Cenię Strzeżysza jako podróżnika i przekonana jestem, że to na pewno bardzo sympatyczny człowiek. Mam na czytniku jeszcze jedną jego książkę i na pewno po nią sięgnę, bo mimo wszystko jestem ciekawa jego rozterek oraz podróży.

Moja ocena: 3,5/6

Piotr Strzeżysz, Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery, 280 str., Wydawnictwo Bezdroża 2014.



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Statystyka lipiec 2016

Przeczytane książki: 5

Ilość stron: 1352

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0


Przeczytane tytuły: 

"E.E." Olga Tokarczuk


To jedna z nielicznych książek Tokarczuk, której jeszcze nie czytałam. Właściwie to dawno już nie sięgałam po Tokarczuk i zapomniałam jak wspaniale jest zatopić się w jej stylu. W tej kwestii nic się nie zmieniło, nadal trafia do mnie i urzeka mnie jej sposób przedstawiania rzeczywistości.

Akcja E.E. rozgrywa się na początku XX wieku w niemieckim Wrocławiu. Tytułowa E.E. to piętnastoletnia Erna Eltzner, która wychowuje się pod okiem zafascynowanej seansami spirytystycznymi matki wraz z pięcioma siostrami i dwojgiem braci w dostatnim mieszczańskim domu. Erna nie wyróżnia się wśród rodzeństwa, niknie pośród starszych sióstr i wymagającego większej opieki młodszego rodzeństwa. Zdaje się być niezauważana przez nikogo aż do dnia, gdy mdleje podczas rodzinnego obiadu i zwierza się matce, że ten stan wywołała zjawa - według zafascynowanej okultyzmem pani Eltzner - duch jej dawno zmarłego ojca. Od tego dnia pozycja Erny w rodzinie całkowicie się zmienia - matka bardzo interesuje się nieco zaniedbaną córką, regularnie odwiedza ją lekarz oraz przyjaciel matki - prowadzący seanse spirytystyczne pan Walter Frommer. 

Zdolności Erny jako medium stają się słynne, coraz więcej osób interesuje się seansami, ale także samą dziewczyną. Wokół niej toczą się losy kilku najważniejszych przyjaciół domu - Waltera Frommer i jego upośledzonej siostry Teresy, która utraciła swoje zdolności medium w okresie dojrzewania, starego doktora Löwe, młodego Artura Schatzmanna, który czyni Ernę obiektem swoim badań do pracy doktorskiej i wreszcie matki i sióstr Erny. 

Delikatnie nakreślone losy tych osób są tłem do rozmów o rodzącej się psychoanalizie, istocie psychologii, duszy i świadomości, a wreszcie śmierci. Stykają się tu poglądy naukowe z intuicją, cielesność z duszą. Wydarzenia przypadają na okres dojrzewania dziewczyny - ten tajemniczy czas odkrywania ciała i przemiany w kobietę. Wizje Erny wydają się być ściśle sprzężone z tym stanem i być tak krótkotrwałe jak on. 
Powieść Tokarczuk to przede wszystkim książka o dojrzewaniu kobiety - jego tajemnicy, ulotności i magii.

Moja ocena: 5/6

Olga Tokarczuk, E.E., 221 str., Wydawnictwo Ruta 1999.

niedziela, 31 lipca 2016

Stosikowe losowanie 8/16 - pary

Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 7 książek) - 5
Maniaczytania wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 600 książek) - 60
Marianna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 950 książek) - 385
ZwL wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 100 książek) - 13
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla Anny (w stosie 218 książek) - 98
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 102 książki) - 69

"Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku" Bożena Aksamit


Najsłynniejszy polski transatlantyk, osiągnięcie młodej polskiej gospodarki lat międzywojnia, legenda i okno na świat. Batory - któż nie słyszał o tym statku? Muszę jednak przyznać, że oprócz tego, że o statku faktycznie słyszałam, o jego historii nie wiedziałam właściwie nic. Tymczasem to fascynujące dzieje, pełne wydarzeń i ściśle powiązane z polską historią, polityką i życiem kulturalnym.

W związku z ogromną emigracją Europejczyków na nowy kontynent i profitu jaki z niej ciągnęły kraje, oferujące rejsy za Atlantyk, także w młodej Polsce powstaje idea budowy własnych transatlantyków. W latach trzydziestych XX wieku powstają dwa - Piłsudski i Batory. Do historii przejdzie ten drugi, znany jako szczęśliwy statek. Fascynacja transatlantykami trafiła w Polsce na dobry grunt. Kraj, który nigdy nie miał ścisłego związku z morzem, który dopiero rozpoczyna budowę portu, pokochał morze miłością bezgraniczną, a duma z własnych, do tego tak wielkich i eleganckich statków, uczyniła z nich obiekty, można powiedzieć, kultowe.

Bożena Aksamit stworzyła biografię statku, Batory w jej książce ma swoje życie, to postać, osobistość. W pierwszej części biografii skupiła się na czasie od budowy transatlantyku po wybuch wojny. To najpiękniejsze lata Batorego - podróżują nim wszystkie znane osobistości takie jak Arkady Fiedler, Monika Żeromska czy Melchior Wańkowicz, a bryluje wśród nich kapitan Eustazy Borkowski. Postać kontrowersyjna, ale powszechnie kochana. To on był duszą statku, potrafił zabawić każdego gościa, osiągnąć każdy cel, równocześnie błyszcząc i rozkoszując się byciem gwiazdą.

Po latach rejsów, na których pasażerowie bawili się na conocnych dansingach i kosztowali smakowitych dań, Batory wkracza w etap wojny. Statek zostaje przebudowany na okręt wojenny i właśnie wtedy zyskuje status szczęśliwego. Udaje mu się wymknąć z każdego ataku, a najwięcej sławy przynosi mu rejs, w którym przetransportowano kilkaset angielskich dzieci do Australii. Polska obsada statku skradła dzieciom serce i szczęśliwie zawiozła je na drugi koniec świata.

Po wojnie komunistyczne władze postanawiają przywrócić Batoremu świetność, który ponownie rozpoczyna rejsy między Polską, a Nowym Jorkiem. To już jednak nie ten sam Batory - brakuje kapitana Borkowskiego, a nastrój wśród załogi psują regularnie okrętowani szpiedzy i współpracownicy UB. Pogarsza się współpraca z Amerykanami, statek zyskuje miano komunistycznego i niestety trzeba zmienić trasę rejsów. Mimo to Batory pływa jeszcze do 1969 roku, aż do ostatniego rejsu do Hongkongu, gdzie zostaje zezłomowany.

Nie całkiem przypadł mi do gustu styl autorki. Bezsprzecznie wykonała niewyobrażalną pracę, świadczy o tym choćby liczna bibliografia - niestety często miałam wrażenie, że książka jest sprawozdaniem tego, co Aksamit wyczytała w źródłach. Uczucie czytania streszczenia powracało wiele razy, zaledwie niektóre z rozdziałów, jak ten o transporcie dzieci, czytałam jednym tchem. Zachwyciła mnie za to okładka i liczne fotografie. Przekonałam się ponownie, że niektóre książki należy czytać na papierze - w przypadku Batorego cała szata graficzna (na przykład tytuły rozdziałów, numeracja stron) jest piękna, czego niestety nie widać w e-booku.

Moja ocena: 4/6

Bożena Aksamit, Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku, 320 str., Wydawnictwo Agora 2015.

czwartek, 28 lipca 2016

"Arystokratka w ukropie" Evžen Boček



Po niezwykle udanej lekturze Ostatniej Arystokratki nie mogłam nie przeczytać drugiego tomu. I mimo, że na głos śmiałam się rzadziej, ubawiłam się przy lekturze przednio. 

Jak sobie możecie wyobrazić kłopoty finansowe na Kostce się nie skończyły. Wszyscy mieszkańcy wiedzieli, że należy działać czyli wykorzystać nadchodzący sezon na wycieczki szkolne i oprowadzić po zamku jak najwięcej dzieci. Każdy rodzic wie, że dzieci to kłopoty, a dużo dzieci to kosmiczne kłopoty. Powiem wam w sekrecie, że dzieci na Kostce to kłopoty do kwadratu i szczególne zainteresowanie toaletami. No właśnie zamkowe toalety to finansowa studnia bez dna - nie dość, że ciągle brudne, to goście potrafią podwędzić wszystko: od papieru toaletowego po żarówkę. Oszczędny właściciel zamku czyli ojciec narratorki jest na granicy załamania nerwowego i nie wypuszcza z rąk pieniędzy. Co więcej co rusz wpada na nowy pomysł, jak owe pieniądze pomnożyć. Zdjęcia z podobiznami mieszkańców Kostki? Czemu nie! Zdjęcia z autografem? Jeszcze lepiej!

Zjazd europejskiej arystokracji w Karlowych Warach ma być świetną odskocznią od życia na Kostce oraz możliwością spotkania księżnej Diany. Nie muszę pewnie wspominać, że zjazd nie potoczy się tak, jak sobie wymarzyła matka bohaterki, największa fanka Diany pod słońcem. Właściwie to potoczy się całkiem inaczej, żeby nie powiedzieć zakończy się bardzo źle. Ale co tam zjazd, gdy trzeba zorganizować wesele w stylu Helenki Vondrackovej? To dopiero wyzwanie!

O dziwo surrealistyczny humor autora, nieprawdopodobne wydarzenia, slapstick i niezwykłe nagromadzenie sytuacji komicznych wcale mnie nie nużyły. Zazwyczaj mam alergię na książki w tym stylu i w moim odczuciu granica między komizmem, a przesadą jest bardzo płynna. Jak dobrze, że Boček jej nie przekracza! Dołączam do grona fanów czeskiego pisarza i ma wielką nadzieję, że napisze kolejną książkę.

Moja ocena: 5/6

Evžen Boček, Arystokartka w ukropie, tł. Mirosław Śmigielski, 216 str., Wydawnictwo Stara Szkoła 2016.

środa, 27 lipca 2016

"Diabeł i tabliczka czekolady" Piotr Paweł Reszka


Nie mogę sobie już przypomnieć kiedy i dlaczego kupiłam tę książkę ale cieszę się, że była na moim czytniku. Uwielbiam reportaże, a szczególnie polskich autorów. Dzięki namiętnej lekturze Dużego Formatu kilka tekstów było mi znanych, co jednak zupełnie nie przeszkadzało i w lekturze.

Reszka koncentruje się na mieszkańcach Lublina i okolic - bohaterowie niemal wszystkich reportaży pochodzą z tamtego regionu. Wspólnym mianownikiem tekstów jest także szczęście - zupełnie nie wiem dlaczego tego nie wyłapałam, dopiero teraz przeglądając stronę wydawnictwa doczytałam, że autor chciał uchwycić istotę poczucia szczęścia. 

Początkowo miałam wrażenie, że autor szczególnie na warsztat wziął tematykę religijną - przypomina historię Betanek z Kazimierza Dolnego, rozmawia z dziewicami konsekrowanymi czy opisuje egzorcyzmy, które odbyły się nad uczniami lubelskiego liceum, a także docieka konieczności i sensowności wieszania krzyży w szkolnych klasach. Później jednak okazało się, że Reszka nie boi się żadnego tematu. Pisze o problemie mieszkańców domu społecznego, którzy przeciążyli miejską sieć przez nagminne oglądanie stron pornograficznych, rozmawia z rodziną, wychowującą niepełnosprawne dziecko, bada obraz biednych dzieci wśród rówieśników i wreszcie wysłuchuje opowieści matki, która po porodzie zabijała dzieci i ukryła je najpierw w zamrażarce, a potem w beczce. 

Reszka jako autor jest przeźroczysty, neutralny, pozostawia czytelnika sam na sam z tekstem, pozwalając mu na zajęcie stanowiska. Język reportera jest klarowny, prosty wręcz - podobnie jak sam autor, nie dominuje nad tekstem. Taki styl pasuje do bohaterów reportaży - to przede wszystkim całkiem zwyczajni, prości ludzie. Ludzie i ich problemy, życie po prostu. Reszka odnajduje swoje tematy pośród nas, na ulicy obok, w sąsiednim miasteczku - takie reportaże czytam najchętniej. Dla mnie lektura tej książki była po części odkrywaniem nowego świata - mało znam wschód Polski, słynną Polskę B, wydaje mi się odległa nie tylko fizycznie, ale i kulturowo. Reszce udało się rzeczowo i ciekawie ukazać ten kawałek Polski. Te teksty na pewno na długo pozostaną w mojej głowie.

Moja ocena: 5/6

Paweł Piotr Reszka, Diabeł i tabliczka czekolady, 220 str., Agora 2015.

wtorek, 26 lipca 2016

"Widok z Castle Rock" Alice Munro



Po drugim podejściu do prozy Munro stwierdzam, że się z nią chyba nie polubię. Przepadam za historiami rodzinnymi, za poszukiwaniem przodków i splataniem odnalezionych informacji w całość. Na taką wyprawę w przeszłość wybrała się autorka. Najstarsze dokumenty zaprowadziły ją do Szkocji, gdzie tropiła informacje o rodzinie Laidlawów. Pierwsza część książki to właśnie mozaika faktów i dopisanych do nich historii, zlepek pojedynczych informacji, fragmenty i urywki połączone w całość.

Munro opisuje trudne, pełne wyrzeczeń życie na szkockim pustkowiu oraz emigrację do Ameryki. Większa część rodziny osiadła na terenach kanadyjskich ale nowy świat nie okazał się być przyjazny. To ponownie wyrzeczenia, poznawanie nowego kraju, ciężka praca i walka z przyrodą.

Ostatnia część książki to dzieciństwo autorki, lata młodzieńcze i w końcu wiek dojrzały. Wszystkie jedenaście opowiadań tworzą spójną całość - to właściwie powieść, a opowiadania w moim odczuciu mają funkcję rozdziałów. Język noblistki jest stosunkowo prosty, dopasowany do opisywanych wydarzeń. To przecież książka o zwykłym życiu zwykłych ludzi. Ich losy kręcą się wokół walki o przeżycie, ich dogmatem jest uczynność, religijność i prawość. Nie ma miejsca w ich życiu na fanaberie, artyzm czy rozrywkę.

W zasadzie nie mogę tej książce nic zarzucić, mimo to zabrakło mi w niej ikry, tego nieuchwytnego składnika, który nie pozwala oderwać się od lektury. Po raz kolejny Munro zaprezentowała mi dobrą prozę, która jednak w żaden sposób mnie nie porwała i nie pozostawiła po sobie żadnego wrażenia. Pewna jestem, że za miesiąc nie będę już pewnie pamiętać wiele z treści. Nie sądzę, bym skusiła się na kolejne spotkanie z prozą Munro.

Moja ocena: 3/6

Alice Munro, Wozu wollen Sie das wissen?, tł. Heidi Zerning, 384 str., Fischer Verlag.

niedziela, 24 lipca 2016

Stosikowe losowanie 8/16

Zapraszam do zgłaszania się do rundy sierpniowej! Pary rozlosuję tradycyjnie 1 sierpnia, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

Kochani, ostatnio dostaję bardzo mało linków do recenzji, proszę posprawdzajcie, czy wszystkie mi posyłaliście!

piątek, 8 lipca 2016

"Fantastyczne miasta" Steve McDonald


Wszyscy kolorują, tylko nie ja. Z zaskoczeniem obserwuję od dawna falę zamiłowania do kolorowania - regały pełne zeszytów dla dorosłych widziałam wszędzie - w Niemczech, Polsce, Portugalii, na Filipinach. Każdy może znaleźć coś dla siebie, takiej różnorodności życzyłabym sobie w każdej dziedzinie. Niektóre kolorowanki, nawet w postaci czarno-białej są zachwycające!

W księgarni w Manili

Zanim matka tylko pomyślała o wzięciu kredki do ręki, nadal pamiętając niezwykle pasjonujące kolorowanie z trzylatkiem, dzieci same sobie kupiły dorosłe kolorowanki i starannie dziergają mandale i ornamenty. A matka wciąż się zastanawia po kim u nich artystyczne zainteresowania?
Jaki temat byłby najlepszy na pierwszą próbę matki? W grę wchodziła tylko literatura lub geografia. Miasta wydały si ę być idealne. Po wszystkich kątach i szufladach walają się u nas projekty osiedli i ulic, studiowanie atlasu należy do codziennej rutyny więc odkrywanie przedstawionych w książce miast poprzedziło wzięcie do rąk kredek.

Najwięcej tu kanadyjskich miast, co nie zaskakuje, autor jest absolwentem Ontario College of Art and Design, ale są też miasta europejskie, szczególnie ucieszyły nas niemieckie, azjatyckie, australijskie. Dzieci od razu zwróciły uwagę na niedawno odwiedzony przez nas Singapur, a mnie zaskoczył Jemen!

A samo kolorowanie? Okazało się, że wcale nie jest takie łatwe. Nadal pracujemy nas pierwszymi stronami i robimy to wspólnie. Koloruje Sześciolatek, koloruje Dziesięciolatka i koloruję ja. I wiecie co? Ja najmniej. To jednak nie jest dla mnie, a może jest, ale nie mam czasu. Gdybym jeszcze mogła słuchać audiobooka przy kolorowaniu, to bym ten czas jako ś wynalazła, a tak, jednak wolę tę chwilę poświęcić na czytanie albo na naukę języka. 


Kolorowanka sprawdziła się za to jako zajęcie rodzinne - tata nie dał się namówić, ale we trójkę siadamy i rysujemy po kawałku. Ja z córką Bremę, syn Singapur. Dziesięciolatka się naśmiewa z dobory kolorów Sześciolatka, ten znowu złości się na siostrę, ja panicznie staram się zażegnać kolejną kłótnię i tak nam mija czas przy kredkach :P

Wydawnictwu Egmont z serca dziękujemy za umożliwienie nam bliższego poznania magii kolorowania. Jestem przekonana, że gdy zaczniemy kolorować takie obrazki, jak poniżej, książkę dokończymy najwcześniej na Boże Narodzenie :)


Steve McDonald, Fantastyczne miasta, Egmont 2016.

środa, 6 lipca 2016

"Opowiem ci, mamo, co robią samoloty" Marcin Brykczyński, Artur Nowicki


Dotychczas nie znaliśmy serii Opowiem ci mamo wydawnictwa Nasza Księgarnia. Skusiła nas książka o samolotach, bo bardzo często podróżujemy i o samolotach oraz lotniskach dużo rozmawiamy. 


Brykczyński i Nowicki dbają o różnorodne przedstawienie tematu lotnictwa. Polski samolot Wilga - zwinna i rezolutna - oprowadza młodego czytelnika po swoim świecie. To przecież nie tylko samoloty pasażerskie - autorzy przedstawili i narysowali chyba każdy rodzaj pojazdu latającego -  od szybowca po odrzutowiec, nie zapominając o samolotach użytkowych.



Kolejne strony to historia lotnictwa - pierwsze maszyny latające, nazwiska słynnych lotników, mapa pierwszych przelotów. Tutaj zatrzymaliśmy się na dłużej i dyskutowaliśmy na ten temat - mój syn już nie pamięta wizyty w Muzeum Techniki, gdzie oglądaliśmy właśnie takie stare samoloty więc mieliśmy dużo do omówienia. Zaciekawiła nas także mapa - szkoda, że taka mała!

Nie mogło w książce zabraknąć lotniska - to przecież nie tylko hale odlotów i przylotów. Na lotnisku dzieje się o wiele więcej - zimą trzeba przygotować samoloty do odlotu usuwając z nich lód, samoloty są myte, serwisowane oraz tankowane. 

Bardzo podobały nam się ilustracje - barwne, różnorodne, pełne szczegółów, nie sposób odkryć wszystkich podczas pierwszej lektury. Ja czasami miałam wrażenie przeładowania stron i chaosu ale syn się nie skarżył i sporo czasu spędził nad tą książką. 
Natomiast niezbyt przypadły nam do gustu teksty. Nie wiem czy tak jest tylko w przypadku moich dzieci ale oboje nie przepadają za rymowankami. Mam wrażenie, że przy krótkich formach odczuwają niedosyt, że chciałaby dowiedzieć się więcej. Ponadto wydaje mi się, że nie zawsze rozumieją przesłanie lub sens zdania, jeśli jest to zaledwie dwuwiersz, np. w przypadku słów "Wilga, z nową modą w zgodzie, świetnie trzyma się na wodzie" - musiałam tłumaczyć o jaką modę chodzi i czemu trzyma się na wodzie, a nie stoi :) 

Bardzo dobrym pomysłem jest połączenie książki do czytania z zadaniami - jak mówią moje dzieci. Strony z tekstem przeplatają się z labiryntami czy zagadkami, co świetnie uzupełnia i urozmaica lekturę. Wiadomo, łatwiej zapamiętać nowe wiadomości przez zabawę.


To bardzo udana publikacja wydawnictwa Nasza Księgarnia i wbrew pozorom skierowana nie tylko do najmłodszych dzieci, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka widząc grubą kartonową oprawę. Tę książkę można także czytać, a właściwie opowiadać ze starszymi dziećmi, na przykład z sześciolatkiem :)

Marcin Brykczyński, Artur Nowicki, Opowiem ci, mamo, co robią samoloty, 28 str., Wydawnictwo Nasza Księgarnia 2015.