wtorek, 27 września 2011

"Tajemnica Abigél" Magda Szabó


Dzięki miłemu czytelnikowi mojego bloga (serdecznie dziękuję za pożyczenie!) mogłam przeczytać kolejna powieść Magdy Szabó.

"Tajemnica Abigél" to kolejna powieść Szabó, która można zaliczyć do jej "nurtu młodzieżowego" - przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością i z żalem opuściłam mury pensji biskupa Matuli.

Czternastoletnia Gina Vitay mieszka z ukochanym ojcem w eleganckim mieszkaniu w Budapeszcie. Prowadzi tam życie lekkie i przyjemne: najlepszą jej przyjaciółką jest francuska guwernantka, ma już pierwszego absztyfikanta, otrzymuje mnóstwo prezentów od nieco zwariowanej ciotki, a wolny czas spędza w gronie przyjaciółek. Tymczasem jesienią 1943 roku ojciec nagle wywozi ją na wschód Węgier, gdzie zamieszkać ma na pensji. Gina nie rozumie skąd ta decyzja i dlaczego musi rozstać się z ukochanym ojcem. 
Pensja biskupa Matuli okazuje się być niemal twierdzą - Ginę przeraża surowa kalwińska reguła, jednakowe bezpłciowe stroje, absolutne posłuszeństwo, brak prywatności i uczuć. Dziewczyna zostaje całkowicie odizolowana od świata, a zwłaszcza od toczącej się wojny. Jej wybuchowa, niepokorna natura utrudnia aklimatyzację. Gdy Gina nieopatrznie wyjawia nauczycielom sekret swoich koleżanek z klasy piątej, zostaje wykluczona z ich grona, a jej życie staje się koszmarem. Zrozpaczona Gina postanawia uciec ze szkoły. Jej los odmienia wizyta ojca, który wyjawia jej przyczyny ukrycia na pensji oraz list od tajemniczej Abigél. Tak dziewczęta nazywają rzeźbę, stojącą w ogrodach budynku, która wyciąga uczennice z najgorszych opresji. Wystarczy tylko napisać do Abigél list i podrzucić go do kamiennej amfory.
Gina akceptuje swój los, nawiązuje przyjaźnie lecz nadal, z powodu swego niesfornego charakteru, popada w ciągłe konflikty z nauczycielami.

To jednak nie tylko powieść o życiu na pensji, Szabó niepostrzeżenie opisuje sytuację Węgier podczas II wojny światowej oraz tworzy wspaniałe portrety psychologiczne bohaterów. Czytelnik z zapartym tchem śledzi rozwój i dojrzewanie niesfornej Giny czy skomplikowane relacje między nauczycielami. 
Mimo, że dość szybko zorientowałam się kto jest tajemniczym opiekunem Giny, prędko przewracałam kolejne strony, delektując się staroświecką, trącącą myszką atmosferą.

Moja ocena: 6/6


Magda Szabó, Tajemnica Abigél, tł. Alicja Mazurkiewicz, 376 str., Iskry 1977.

"Gratka dla małego niejadka" Emilia Dziubak



Dawno nie recenzowałam książek dla dzieci - przez całe lato byliśmy poza domem, miałam więc utrudniony dostęp do naszej biblioteczki. Ale wracam wreszcie i pragnę zaprezentować wam prawdziwą perełkę.

Znacie książki kucharskie dla dzieci? Na pewno tak - jest ich przecież tak wiele. Emilia Dziubak stworzyła jednak coś wyjątkowego - to niby książka kucharska, ale brak tu typowych przepisów, nudnych poleceń i nieciekawych zdjęć potraw. Dziubak wpadła na świetny pomysł - u niej warzywa to główni bohaterowie, a mały czytelnik jest współtwórcą książki. Posłuchajcie, postaram się wam opowiedzieć jak tego dokonała.

Już na pierwszych stronach traficie na wywiad z marchewką. Tak, z marchewką. I to nie wszystko, wywiad przeprowadził niezwykle dociekliwy liść laurowy:



Kolejne strony zatrzymały moją prawie Sześciolatkę na dłużej - witaminy od dawna są u nas na tapecie. Przy każdym posiłku głowiłam się jak odpowiadać na liczne pytania dotyczące zawartości witamin. No bo kto spontanicznie wie jakie witaminy są w płatkach kukurydzianych albo w krewetkach:) Ja niestety nie:( Teraz wystarczy jeden rzut oka do Gratki:


Po tych wiadomościach Dziubak zamieściła przepisy pogrupowane w kilka działów: przekąski, zupki, dania główne, desery i napoje. Każdy przepis przedstawiony jest w inny sposób i każdy zachęca wpierw do wspólnej dogłębnej lektury i wyszukiwania szczegółów. Najbardziej zachwyciły nas obrazkowe spisy składników:




Taki opis wykonania jak na ostatniej ilustracji bardzo przemówił do mojej córki i obawiam się, że najbliższe weekendy spędzimy w kuchni:)

Pisałam wcześniej, iż autorka angażuje dzieci do współtworzenia książki. Robi to w różnoraki sposób: są tu obrazki do kolorowania, zadania do rozwiązania czy potrawy do ozdabiania, np. pierniczki:




Na końcu mały czytelnik pozna smakoszy, czyli zwierzątka, które także przepadają za warzywami, na przykład stonkę:


"Gratka dla małego niejadka" to pozycja wyjątkowa - łączy w sobie wiele walorów - z tą książką nie tylko będziemy gotować, czy poszerzać wiedzę z zakresu żywienia, ale także umożliwimy dziecku zamianę we współautora. Wydawnictwo albus po raz kolejny wydało książkę, która zachwyca. 
Zachęcam was także do odwiedzenia bloga książki oraz strony autorki.


Emilia Dziubak, Gratka dla małęgo niejadka, 96 str., Wydawnictwo albus 2011

"Der gute Liebhaber" Steinunn Sigurðardóttir



"Der gute Liebhaber" czyli Dobry kochanek to najnowsza powieść Steinunn. Tytuł to przewrotny, ironiczny niemal, ale i zaskakujący.

Karl przyjeżdża po siedemnastu latach do rodzinnego Reykjaviku. Dzięki niezwykłemu zbiegowi okoliczności poznaje przedziwną kobietę, jak się okazuje sąsiadkę jego dawnej miłości Uny. Karl opuścił bowiem miasto gdy Una dała mu niespodziewanego kosza i równocześnie zmarła jego ukochana matka.
Wyjechał do USA, gdzie zrobił zawrotną karierę i jest teraz bardzo bogatym człowiekiem. Przez wszystkie te lata jednak ciągle kochał Unę, a wobec przypadkowych kochanek wypracował sztywny rytuał. Nigdy nie spotykał ich ponownie, nigdy nie opowiadał o swoim prywatnym życiu i zawsze starał się im dać jak największą rozkosz. Ten rytuał złamał tylko raz, po nocy spędzonej z Doreen Ash, której odpowiedział na kilka prywatnych pytań. Do Doreen, która jest psychoterapeutką, zadzwoni także, gdy wyląduje w domu poznanej w Reykjaviku sąsiadki. Karl interpretuje spotkanie przyjaciółki Uny jako znak i pragnie nawiązać kontakt z dawną miłością, boryka się jednak z wątpliwościami. Dzięki Doreen historia ma szczęśliwy finał, a zakochana para opuszcza Islandię.

Losy Karla i Uny oraz ich dalsza historia wydają się być banalne, ale to nie one stoją w centrum powieści. Steinunn pokusiła się o szczegółową analizę miłości, zahacza (jak we wszystkich swoich powieściach) o aspekt przemijania, śmierci oraz wreszcie tematyzuje centralny punkt pracy Doreen Ash czyli losy mężczyzn wychowanych na maminsynków. Stwierdzić można, że autorka potwierdza wszelkie stereotypy na ten temat, zwłaszcza gdy opisuje samotną matkę Karla, która w synu widziała wszystko oraz jego wielką miłość do matki. Czytelnik nie może się jednak wyzbyć uczucia, że wszystkie rozważania podszyte są nutką ironii, a po każdym stwierdzeniu Steinunn stoi delikatny znak zapytania. Karl pozornie pasuje do teorii Ash, ale tylko pozornie - w wielu punktach wymyka się stereotypowi - zachęcam was, przeczytajcie sami w jaki sposób autorka ujęła ten aspekt.

Steinunn wprawdzie analizuje i przedstawia różne rodzaje i odcienie miłości, ale brak tu moralizatorstwa czy dydaktyzmu, wiele za to, tak typowych dla niej, poetyckości, zadumania, spokoju. Dla tej książki trzeba mieć czas - ja nawet odłożyłam ją w połowie, a po kilku dniach dosłownie pochłonęłam końcówkę. Podczas czytania zachwyciło mnie świetne tłumaczenia i piękna okładka - zobaczcie sami!


Moja ocena: 4,5/6

Steinunn Sigurðardóttir, Der gute Liebhaber, tł. Coletta Bürling, 223 str., Rowohlt 2011

niedziela, 25 września 2011

Stosikowe losowanie - runda 10/11


Zapraszam do zgłaszania się do rundy 10. Pary rozlosuję 1 października, a na przeczytanie książki mamy czas do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.
2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.
3. Wylosowaną książkę należe przeczytać do końca miesiąca.
4. Mile widziana recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.
5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach u góry strony.
6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną częścią cyklu, można zacząć czytanie od pierwszego tomu.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaną liczbą książek w stosie.

środa, 21 września 2011

"Die glücklichste Nation unter der Sonne" Þórarinn Eldjárn


Z ogromną przyjenością przeczytałam trzynaście opowiadań Þórarinna Eldjárna - jednego z najbardziej znanych islandzkich eseistów, syna trzeciego prezydenta tej północnej republiki.
Zbiór ten właśnie ukazał się na niemieckim rynku w ramach szeroko zakrojonego programu tłumaczeń literatury islandzkiej, który towarzyszy tegorocznym Targom Książki we Frankfurcie. Islandia odgrywa na nich szczególną rolę, gdyż jest gościem honorowym.

Þórarinn Eldjárn zaskoczył mnie treścią i kompozycją swoich opowiadań. Żadnego z nich nie mogę nazwać typowym. Mimo że w większości z nich ani razy nie pada słowo Islandia, to uważny czytelnik odczuje wiele nawiązań do kraju, jego kultury czy języka. Przez opowiadania pobrzmiewa specyfika położenia, zaludnienia i języka, tradycja literacka Islandii i historia kraju. Autor z przymrużeniem oka obserwuje swoich krajan, dostrzega ich słabości i przywary, ale opisuje je z ogromną dozą sympatii.

Wspaniałe jest opowiadanie, w którym autor w niezwykle dowcipny sposób opisuje ogromne znaczenie słów "w przeliczeniu na jednego mieszkańca". Okazuje się bowiem, że stosując taki przelicznik Islandia ma największą ilość szachistów światowej rangi, noblistów czy też śpiewaków operowych w La Scali. A możliwe jest to dzięki temu, że Islandię zamieszkuje tylko 318000 obywateli.

Pewnego dnia do bardzo odległego północnego fjordu przybija statek z rodziną wikingów - przypadkowi obserwatorzy stwierdzają, że zarówno łódź jak i żeglarze mówią i zachowują się jak pierwsi osadnicy na Islandii. Cały naród obserwuje ich zachowanie dzięki potajemnie zainstalowanym kamerom, ale przygoda nie kończy się dobrze. Zachwycający pomysł i świetna pointa mnie zachwyciły.

Do średniowiecza nawiązuje ostatnie opowiadanie: kilku mężczyzn zakończyło właśnie niezwykle pracochłonną rekonstrukcję domu torfowego, jakie były budowane w Islandii jeszcze do II wojny światowej. Dom powstał na użytek filmu historycznego. Zanim robotnicy zaczną świętować swój sukces odwiedza ich urzędnik z najbliższej miejscowości wraz ze starym ojcem, który urodził się w podobnym domu oraz reżyserem. Trudno opisać złość i rozczarowanie mężczyzn, gdy starzec krytykuje ich pracę. Ich wybuch złości kończy się pijacką balangą, której nieoczekiwane skutki poznają dopiero na drugi dzień. 

Opowiadania Þórarinn Eldjárna zachwycają wyrafinowanym humorem, spostrzegawczością, niewielkimi dziwactwami nawet. I warto zauważyć, że pointa opowiadań zauważalna jest także dla czytelnika zagranicznego, choć pewna jestem, że Islandczycy wyczują w tekstach o wiele więcej "smaczków". Polecam!

Moja ocena: 5/6

Þórarinn Eldjárn, Die glücklichste Nation unter der Sonne, tł. Coletta Bürling, 155 str., Conte Verlag 2011.

piątek, 16 września 2011

"Lekarze" Noah Gordon


Wiele lat temu pochłonęłam trylogię Gordona o Medicusie i jego potomkach. Nie są to książki najwyższych lotów ale porządna literatura historyczna, zapewniająca dobrą rozrywkę czytelnikowi. Mając te książki w pamięci, sięgnęłam po "Lekarzy" tego samego autora i .... załamałam się. Poważnie się zastanawiam czy faktycznie Gordon napisał wszystkie te powieści. Nie przypominam sobie, by styl Medicusa był zły, nie wykluczam, że przez tych paręnaście lat mój gust się zmienił, ale to, co na płaszczyźnie językowej zaprezentował w "Lekarzach" przechodzi moje możliwości percepcji. Zdania są toporne, drewniane na niewiarygodnie niskim poziomie. Czarę goryczy dopełniło bardzo średnie tłumaczenie. Nawet biorąc pod uwagę, iż "Lekarze" są jedną z pierwszych powieści Gordona, nie potrafię zrozumieć jak ta sama osoba mogła napisać tak różne językowo książki. 

Ale to nie koniec krytyki. Treść jest może tylko o pół oceny lepsza od stylu. Gordon opowiada historie kilku młodych lekarzy, pracujących w tym samym szpitalu. Wszyscy stoją u progu kariery, a staż na oddziale chirurgicznym ma pomóc zdobyć pierwsze szlify w zawodzie. Równocześnie jest to dla nich czas kiedy próbują sobie ułożyć życie prywatne - ich związki jednak pełne są zawirowań i kłopotów. 
Gordon próbuje także naszkicować problemy zawodowe - konkurencja, praca pod presją czasu, niepowodzenia, konsekwencje podejmowanych decyzji. Napisałam próbuje, bo żaden z wątków nie jest pogłębiony, a losy bohaterów zupełnie nierealne. Jedynym plusem książki jest to, że czyta się ją naprawdę szybko. Gdyby nie to, na pewno bym jej nie skończyła. 
Zdecydowanie odradzam.

Moja ocena: 2/6

Noah Gordon, Lekarze, tł. Jacek Makojnik, 438 str., Książnica 1999.

czwartek, 15 września 2011

"Illustrado" Miguel Syjuco


Ciało znanego filipińskiego pisarza Crispina Salvadora zostaje wyłowione z Hudson River. Salvador miał wielu wrogów, w swoich powieściach nie stronił od krytykowania Filipin i nie unikał szczerego wypowiadania swojego zdania. Jego protegowany, młody pisarz Miguel Syjuco nie jest pewny czy śmierć mentora była zabójstwem czy samobójstwem. Jego wątpliwości potęgują się gdy odkrywa zaginięcie najnowszego manuskryptu Salvadora - powieści "The Bridges Ablaze", która miała być rozrachunkiem z korupcją i gierkami filipińskiej elity.
Syjuco wyrusza więc na Filipiny, by odkryć prawdę o pisarzu. 

Powieść Syjuco balansuje stale między fikcją, a prawdą. Wymyślony przez niego Salvador wydaje się być postacią autentyczną - co podkreślają przypisy podające dane gazet, z których pochodzą cytaty z wywiadów z nim. Młody pisarz, mający przecież takie samo imię i nazwisko, jak autor, wydaje się mieć wiele punktów stycznych z biografią tego ostatniego. 
Wyrafinowana konstrukcja książki wymaga od czytelnika całkowitego zatopienia się w lekturze. Syjuco pracuje na wielu płaszczyznach, rozróżniając je krojem czcionki. Opowiada on więc historię życia Salvadora cytując z pisanej przez Syjuco biografii mistrza, opisuje życie młodego pisarza oraz aktualne wydarzenia podczas podróży na Filipiny, a nieznany narrator komentuje jego działania. I to nie wszystko. Powyższe wątki przeplatane są fragmentami z bogatego dorobku Salvadora, wywiadami z nim, fragmentami blogów, e-mailami i wreszcie dowcipami.

Opowiadając dzieje Salvadora, Syjuco przemyca w swojej powieści niemal dwieście lat historii Filipin, opisuje aktualną sytuację w kraju, przetasowania polityczne, problemy z muzułmańskimi ekstremistami z południa kraju oraz życie nocne w Manilii. 
Równocześnie porusza bardzo ciekawy dla mnie problem tożsamości narodowej pisarza, żyjącego zagranicą oraz obrazu współczesnej literatury filipińskiej.

Sam Syjuco urodził się i ukończył szkołę w Manilii, studiował jednak na Uniwersytecie Columbia oraz doktoryzował się na Uniwersytecie w Adeleide, mieszka w Kanadzie. Swoje powieści tworzy w języku angielskim, jednak odczuwalny jest jego silny związek z ojczyzną. "Illustrado" zostało zresztą uhonorowane w 2008 roku Man Asia Literary Prize. Syjuco próbuje uwolnić się od postkolonialnego nurtu - jego powieść jest taka, jakiej od współczesnej literatury dowolnego kraju oczekuję: komentuje aktualne wydarzenia, przedstawia współczesne życie, nie stroniąc od wycieczek historycznych, a równocześnie zaskakuje rozwiązaniami literackimi.
Zachwyciła mnie bowiem elokwencja Syjuco - jego powieść pełna jest odwołań literackich - są tu cytaty z Miltona i Cervantesa, nawiązania do Borgesa i Prousta. To prawdziwa uczta literacka, a wyszukiwanie tych smaczków daje czytelnikowi ogromną satysfakcję.

W zeszłym tygodniu miałam przyjemność wraz z Chihiro być na spotkaniu z Miguelem Syjuco, które odbyło się w ramach Internationales Literaturfestival w Berlinie. Osoba prowadząca spotkanie była świetnie przygotowana, a pisarz rozmowny i niezwykle ujmujący.
Autor przede wszystkim wyjaśnił znaczenie tytułu powieści. Pojęciem Illustrados określano młodych Filipińczyków, którzy z końcem XIX wieku opuścili ojczyznę, by studiować w Hiszpanii. Ci młodzi ludzie wracali do kraju bogatsi nie tylko o wiedzę, ale także "oświeceni" czyli gotowi do przeprowadzenia rewolucji i zapoczątkowania zmian na Filipinach.

Syjuco wpadł na pomysł tak nietypowej konstrukcji powieści podczas oglądania dokumentacji o południowofilipińskich tkaczkach i sposobu ich pracy. Autor wydrukował więc każdy z wątków powieści, następnie podzielił go na fragmenty rozcinając papier, by później posklejać poszczególne ustępy, tworząc ostateczne rozdziały swojej powieści. W ten sposób uciekł od monotonii, nadając każdemu rozdziałowi własną dynamikę i punkt kulminacyjny. Syjuco opowiadał o tym pomyśle i swojej pracy z nutą rozbawienia w głosie, dokładnie opisując jak rozcinał i sklejał poszczególne ustępy.
Równocześnie podkreślił, że taki układ powieści dał mu możliwość wypróbowania siebie w wielu gatunkach literackich: od prozy, poprzez wywiad, blog, e-mail, po poezję.
Autor również wspomniał, iż liczne dowcipy zawarte w "Illustrado" są, jak podejrzewałam, znane wszystkim Filipińczykom i należą już niemal do tamtejszego folkloru.

Zdaniem Syjuca beletrystyka jest najbardziej szczerym środkiem przekazu, a literatura światowa medium godnym podkreślania/wychwalania (kto się nie zgodzi?), z tego powodu zawarł liczne odwołania intertekstualne w "Illustrado".

Padło również pytanie o sytuację współczesnej literatury filipińskiej. Syjuco odrzuca dwa główne nurty, w jakich najczęściej umiejscawiana jest literatura krajów postkolonialnych: realizm, najczęściej w postaci reportaży oraz realizm magiczny w stylu południowoamerykańskim. Trudno mu jednak znaleźć alternatywę dla tych trendów. Uważa, że pisarze filipińscy powinni tworzyć powieści w stylu odrębnym oraz odrzucić odwołania postkolonialno-romantyczne, na przykład opiewanie piękna zachodów słońca, egzotycznych owoców i krajobrazów. Filipiny mają cały szereg dobry młodych pisarzy, którzy potrafią pisać ciekawie, zaznaczając swój własny styl.

Moja ocena: 5/6

A na koniec dostałam ten piękny autograf:


Miguel Syjuco, Die Erleuchteten, tł. Hannes Riffel, 446 str., Klett-Cotta 2011

Deutscher Buchpreis 2011 - finaliści

Wczoraj opublikowano listę z sześcioma finalistami tegorocznej Deutscher Buchpreis. Nagroda zostanie wręczona 10 października podczas Targów Książki we Frankfurcie.
Pośród finalistów znalazły się następujące pozycje:

  







"Gegen die Welt" Jan Brandt - akcja powieści rozgrywa się w małej wschodniofryzyjskiej wiosce. Życie w niej toczy się spokojnym rytmem aż do narodzin Daniela Kupera. Nagle zaczynają się dziać dziwne rzeczy, za które mieszkańcy wioski winią Daniela. Kuper rozpoczyna walkę z mieszkańcami. Brandt szkicuje obraz zachodnioniemieckiej prowincji po upadku muru berlińskiego.


"Wunsiedel" Michael Buselmeier - książka określana jako powieść teatralna. Moritz Schoppe organizował latem 1964 roku festiwal w małej miejscowości Wunsiedel, położonej we Frankonii. Niestety festiwal zakończył się fiaskiem. 44 lata później Schoppe wraca do Wunsiedel i wyrusza w podróż w przeszłość - szuka oznak dawnego festiwalu, odwiedza cmentarze i wędruje po okolicy. 

"Das Mädchen" Angelika Klüssendorf - główną bohaterką jest dorastająca w trudnych warunkach dziewczynka - ojciec pije, mama tyranizuje dzieci, w szkole nie ma przyjaciół, a z bratem dobrego kontaktu. Mimo tego, dziewczynka wciąż od nowa znajduje siłę, by walczyć o swoje życie. Nawet gdy ląduje w poprawczaku, odnajduje dobre strony swojego losu. To powieść o sile charakteru i woli życia.


"Blumeberg" Sibylle Lewitscharoff - w pokoju uznanego filozofa Blumenberga nagle pojawia się lew. Zwierzę nie znika, co gorsza pojawia się także podczas wykładu. Filozof zachowuje zimną krew, a pojawienie się dzikiego zwierzęcia ma niespodziewany wpływ nie tylko na jego życie, ale także na losy kilku studentów. 

"In Zeiten des abnehmenden Lichts" Eugen Ruge - to wielka powieść rodzinna, obejmująca losy trzech pokoleń. Dziadkowie, zwolennicy komunizmu, wracają z emigracji do Meksyku, by pomóc w budowaniu NRD. Syn emigruje do Moskwy, skąd trafia na Syberię. Tam poznaje swoją żonę, z którą, podobnie jak rodzice, wraca do NRD. Wnuk odczuwa ciasnotę polityczną kraju, który wybrali rodzice i dziadkowie, i w dniu dziewięćdziesiątych urodzin dziadka wyjeżdża do Niemiec Zachodnich.

"Die Schmerzmacherin" Marlene Streeruwitz - Amy pracuje w prywatnej firmie ochroniarskiej, ale podejrzewa, że zamieszana jest ona w korupcję i brutalne kombinacje. Gdy postanawia wypowiedzieć pracę, zostaje wplątana w sidła organizacji. Amy jest zagubiona, nie rozróżnia rzeczywistości od fikcji, poszukuje istoty własnego ja.

Nie znam żadnej z tych powieści, ale zainteresowała mnie najbardziej powieść Angeliki Klüssendorf i Jana Brandta. Ciekawa jestem czy właśnie któraś z nich otrzyma nagrodę?



czwartek, 1 września 2011

Stosikowe losowanie 9/11 - pary


Bujaczek wybiera numer książki dla Izy (w stosie 175 książek) - 55
Iza wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 148 książek) - 52
Karto_flana wybiera numer książki dla Anny (w stosie 126 książek) - 25
Anna wybiera numer książki dla Paidei (w stosie 47 książek) - 6
Paideia wybiera numer książki dla Balbiny (w stosie 102 książki) - 42
Balbina wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 111 książek) - 47
Maniaczytania wybiera numer książki dla Kalio (w stosie 300 książek) - 3
Kalio wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 150 książek) - 100

Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce u góry strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 30 września.

środa, 31 sierpnia 2011

Statystyka sierpień 2011

Przeczytane książki: 7
Ilość stron: 1736

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 0
Książki w ramach wyzwania japońskiego: 0
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 1
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 1 (Wybrzeże Kości Słoniowej)
Książki w ramach wyzwania Haruki Murakami: 0
Książki w ramach wyzwania Bracie, siostro, rodzino: 0
Książki w ramach wyzwania koło barw: 0

Najlepsza książka: "Matka odchodzi" Tadeusz Różewicz

Ilość książek w stosie: 133

Na dobre wróciłam do domu i wreszcie postaram się znaleźć więcej czasu dla bloga. Na razie zatrzymuje mnie jeszcze pisanie tekstu dla Archipelagu, ale gdy tylko go skończę planuję ruszyć pełną parą. Teraz czytam właśnie wydaną po niemiecku powieść filipińskiego autora, na spotkanie z którym wkrótce się wybieram.

niedziela, 28 sierpnia 2011

"Dożywocie" Marta Kisiel


Po tej entuzjastycznej recenzji, po prostu musiałam mieć tę książkę. Od razu zamówiłam ją i czekała na mnie w Polsce. Gdy tylko przyjechałam do rodziców zabrałam się za lekturę i niestety wcale się nie zachwyciłam.

Lichotka to gotycki dom, gdzieś w środku lasu, którego właścicielem nieoczekiwanie zostaje Konrad. Stojący na rozdróżu młody literat przyjmuje niespodziewany spadek wraz z dożywociem. Dopiero na miejscu przekona się, co, a raczej kto, kryje się za tajemniczym dożywociem. To przede wszystkim Licho czyli dziecinny, wiecznie zasmarkany z powodu alergii na pióra, maniakalnie sprzątający anioł stróż, cztery utopce, które wciąż korzystają z wanny, kotka Zmora o niezwykle ostrych pazurach, Krakers - mistrz kuchni, zamieszkujący piwnicę i używający do gotowania swoich macek oraz Szczęsny - panicz-widmo, który nieszczęśliwie zakochany popełnił przed dwustu laty samobójstwo. Ów ostatni niezwykle denerwuje Konrada swoim egocentryzmem i zamiłowaniem do kiczowatej poezji.

Mimo zaskoczenia, złości, problemów i długiego okresu adaptacji Konrad pokochuje swoich współmieszkańców. W "Dożywociu" nie dzieje się zbyt wiele, czytelnik śledzi perypetie Konrada ale sama akcja toczy się dość leniwie. Autorka koncentruje się na barwnym portretowaniu mieszkańców Lichotki oraz na, trzeba przyznać, świetnym stylu.

Mnie jednak wyczarowany przez Martę Kisiel świat nie uwiódł, nie bawiły dowcipy, a przygody Konrada nudziły. Kilka razy zastanawiałam się nad przerwaniem lektury, ale jednak byłam ciekawa jak autorka zakończy "Dożywocie" - na szczęście uniknęła łzawych akcentów:)

Moja ocena: 3/6

Marta Kisiel, Dożywocie, 369 str., Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2010.

sobota, 27 sierpnia 2011

"Kroniki Jakuba Wędrowycza" Andrzej Pilipiuk


Już jakiś czas temu przeczytałam pierwszą książkę z cyklu o Jakubie Wędrowyczu, niestety dotąd nie miałam okazji jej opisać. W czwartek wróciłam do domu po prawie dwumiesięcznych podróżach, o których krótko pisałam tutaj i powolutku nadrabiam niesamowite zaległości.

Moje wrażenia z "Kronik" niewiele różnią się od tych, które miałam po przeczytaniu "Weźmi czarno kurę", z tą różnicą, że tym razem zabrakło efektu zaskoczenia i niektóre opowiadania mnie nużyły. Najlepszym wydaje mi się być "Z archiwum Y" - cudownie prześmiewcze i przewrotne.

Mam na półce jeszcze jedną książkę z tego cyklu i myślę, że na niej poprzestanę. Nie przeczę, że opwiadania Pilipiuka dostarczają całkiem niezłej rozrywki ale w moim wypadku, co za dużo, to jednak niezdrowo. Ciekawa jestem w jakim stylu utrzymane są inne powieści Pilipiuka? Czytaliście? Polecacie?

Moja ocena: 4/6

Andrzej Pilipiuk, Kroniki Jakuba Wędrowycza, 291 str., Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2007.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Stosikowe losowanie - runda 9/11

Zapraszam do zgłaszania się do rundy 9. Pary rozlosuję 1 września a na przeczytanie książki mamy czas do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.
2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.
3. Wylosowaną książkę należe przeczytać do końca miesiąca.
4. Mile widziana recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.
5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach u góry strony.
6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną częścią cyklu, można zacząć czytanie od pierwszego tomu.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaną liczbą książek w stosie.

wtorek, 16 sierpnia 2011

"Małe zbrodnie małżeńskie" Eric-Emmanuel Schmitt


Po pierwszym niezbyt zachwycającym spotkaniu ze Schmittem, ciekawa byłam kolejnego. Nieprzypadkowo sięgnęłam po tak szczupłą książkę. Kołysząc gorączkującego syna potrzebowałam czegoś łatwego do utrzymania w ręce, a zarazem niezbyt trudnego w odbiorze - "Małe zbrodnie małżeńskie" pasowały jak ulał.
Naprawdę pasowały, bo książkę przeczytałam za jednym zamachem, odłożyłam i już niemal zapomniałam.
Utrzymana w konwencji dramatu powieść to rozmowa między mężem i żoną. Powrócili właśnie ze szpitala, gdzie przebywał mąż, który po wypadku doznał amnezji. Żona przypomina mu ich dotychczasowe życie, jego zwyczaje i powiedzenia, do momentu gdy okazuje się, że amnezja męża nie była tak poważna, jak się wydawało, a żona dotychczasowe życie małżeńskie przygięła nieco d swoich wyobrażeń. Dalsza rozmowa kryje jeszcze kilka niespodzianek.

Eric-Emmanuel Schmitt dokonuje analizy życia małżeńskiego, ustami męża interpretuje problemy i podsuwa rozwiązania ale dobę po przeczytaniu książki nie jestem już w stanie ich streścić.
Reasumując to lekka książka, na jedną - dwie godziny, bez pretensji do pozostawienia po sobie śladu.

Moja ocena: 2/6

Eric-Emmanuel Schmitt, Małe zbrodnie małżeńskie, tł. Barbara Grzegorzewska, 97 str., Wydawnictwo Znak.

niedziela, 14 sierpnia 2011

"Matka odchodzi" Tadeusz Różewicz


"To, co w naszym domu było najdroższe i najpiękniejsze, to Mama."

Książka Różewicza zaskakuje różnorodnością. Nie spodziewałam się tylu form literackich w tak szczupłej przecież pozycji. Po prozatorskim wstępie poety, czytamy relacje pisane przez Stefanię Różewicz. Pierwsza z nich opisuje życie na wsi na początku dwudziestego wieku. To wyśmienity obraz przerażającej biedy, zacofania, braku higieny i wiary w zabobony. W drugiej relacji Stefania Różewicz wspomina narodziny i dzieciństwo małego Tadeusza.
Bezpośrednio po tych klarownych, prostych ale równocześnie bardzo sugestywnych opisach, Różewicz umieścił kilkanaście wierszy. Ta część jest dla mnie zdecydowanie najmniej ciekawa - czytelnicy mojego bloga wiedzą, że za poezja nie przepadam.
Zapiski Różewicza z 1957 roku - roku śmierci matki - uderzają z ogromną siłą w rozczytanego w wierszach czytelnika. Kontrast formy literackiej nie mógłby być większy. Głęboko intymne odczucia, jakie towarzyszą poecie, wspierającego umierającą matkę, boleśnie wdzierają się w świadomość. Przepełnione miłością do matki słowa poety wzruszają swoją prywatnością. Powolne odchodzenie matki, jej cierpienie, zawstydzenie fizjologią wdzierają się w świadomość czytelnika i długo jej nie opuszczą. Różewicz opisuje umieranie matki tak szczerze, dosłownie wręcz, że jego słowa ranią i koją zarazem.
Późniejsze wspomnienia poety, tekst starszego brata Janusza oraz opowiadanie Stanisława Różewicza wraz z czarno-białymi fotografiami dopełniają obrazu matki.

Wszystkie te relacje są bardzo różne. Świat matki jest poukładany, logiczny, rozsądny. Świat syna to chaos, zaplątanie, kluczenie, zabłąkane myśli. Te światy łączy jednak głęboka miłość. Miłość wzruszająca i szczera, miłość bolesna i trudna. Niełatwo ująć w słowa wszystkie aspekty tego uczucia, Różewiczowi to się udało.

Moja ocena: 5/6

Tadeusz Różewicz, Matka odchodzi, 134 str., Wydawnictwo Dolnośląskie

sobota, 13 sierpnia 2011

"Kupię rękę" Agnieszka Szygenda


Olgierd, Mariusz, Iga i Tomek - zaplątani we własne losy, uzależnieni od innych lub od własnych negatywnych uczuć, niezdolni do komunikacji - to czwórka głównych bohaterów powieści Agnieszki Szygendy.

Olgierd prowadzi w gruncie rzeczy szczęśliwe życie - ma miłą, troskliwą żonę, mądre, zdrowe dziecko, świetną pracę w dobrze prosperującej firmie teścia. Ale to osoba pełna gniewu, żądzy władzy, cierpiąca na permanentny brak akceptacji i szukająca go w najbardziej pokrętne sposoby. Jego najnowszym pomysłem jest kupowanie na aukcjach skóry innych ludzi, by umieścić na niej tatuaż. Jego pierwszym "klientem" jest Tomek, który po poznaniu naprawdę perfidnej treści tatuażu przechodzi psychiczne załamanie, a w końcu wewnętrzną przemianę.

Iga uzależniona jest od swojego chłopaka, dla którego zrobi wszystko. By upewnić go w swojej miłości wystawia dla niego na aukcję swoje ciało. Tymczasem Mariusz chce być królem - rządzić wszystkimi i korzystać z życia. Iga dawno go już nie interesuje, ale chętnie żeruje na jej usłużności.

Szygenda nie tylko opisuje losy i myśli swoich bohaterów ale także analizuje ich postępowanie i i jego przyczyny. Niestety te analizy odebrałam jako zbyt dydaktyczne, nachalne wręcz. Zbyt dużo interpretacji i dywagacji nie sprzyja płynnej lekturze i własnym przemyśleniom.

Autorka porusza w swojej powieści kilka istotnych problemów. Po pierwsze potrzebę akceptacji oraz niedostateczną komunikację. Bohaterowie wydają się rekompensować sobie tę drugą rozmowami na forach internetowych. Drugi problem to właśnie rola Internetu w ich życiu - aukcje i pogoń za okazjami dominują w życiu Mariusza czy Olgierda. Tomasz unikając ludzi ze względu na szpecący tatuaż także ucieka się do Internetu.
W drugiej części powieści Szygenda poniekąd rozwiązuje problemy bohaterów - w moim odczuciu jednak zbyt łatwo. Przejażdżka ze starym dziadkiem oraz aż trzy śmierci w rodzinie nagle zmieniają Olgierda. Oprócz wymienionych już dydaktycznych pouczeń zniechęciły mnie takie proste rozwiązania skomplikowanych przecież problemów Olgierda.
Również sposób pisania autorki mnie nie przekonał - wprawdzie cenię sobie krótkie, dobitne zdania, ale styl Szygendy mnie nie przekonał. Na próżno szukałam zachwalanego na innych blogach prześmiewczego stylu i groteski.
Przyznam, że powieść przeczytałam do końca, ciekawa byłam losów bohaterów ale jednak nie jestem w stanie jej polecić.

Moja ocena: 3/6

Agnieszka Szygenda, Kupię rękę, 214 str., Wydawnictwo Bliskie.

piątek, 12 sierpnia 2011

"Die stolze Rebellin" Fatou Keïta


Przypadkowo trafiłam na tę powieść - do lektury skusiło mnie pochodzenie autorki, jeszcze nigdy nie miałam styczności z literaturą z Wybrzeża Kości Słoniowej.
Keïta opowiada historię Malimouny, która mieszka w małej wiosce wraz z matką. Szczęśliwe dzieciństwo kończy się w momencie, gdy dziewczynka przypadkowo unika obrzezania i w wieku czternastu lat zostaje wydana za mąż. Jej mężem okazuje się być starzec, znany w okolicy z zamiłowania do niezwykle młodych wybranek. Malimouna ucieka w noc poślubną, po tym jak mąż ją brutalnie gwałci. Szczęśliwe zrządzenia losu pomagają jej w stolicy znaleźć pracę jako opiekunka dzieci. Co rusz jednak prześladuje ją pech i szczęśliwe chwile się kończą, a Malimouna musi szukać nowego zajęcia. Los zaprowadza ją do Francji, gdzie kończy studia i zakochuje się w swoim nauczycielu. Wraz z nim wraca do ojczyzny, gdzie następują kolejne komplikacje..

Ta niewielka książka zawiera tyle niezwykłych zbiegów okoliczności i szczęśliwych przypadków oraz niespotykanych przeciwności losu, że możnaby nimi obdzielić kilkustetodcinkową telenowelę.
Domyślam się, że autorka chciała w swojej powieści zamieścić jak najwięcej problemów afrykańskich kobiet (obrzezanie, gwałt, brutalność mężczyzn, analfabetyzm) - Malimouna angażuje się w działania organizacji pomagającej kobietom, stąd pewnie tytuł ("Dumna rebeliantka"). Niewątpliwie istotnym aspektem jest także fakt jej powrotu do ojczyzny i rozpoczęcia działalności właśnie tam.

Niestety niedociągnięcia warsztatu pisarskiego są zbyt duże, by książka mogła się podobać. Dodatkowo nie mogłam się oprzeć wrażeniu wtórności wobec "Kwiatu pustyni". Fatou Keïta jest autorką książek dla dzieci i mam wrażenie, że przy tym gatunku literackim powinna pozostać.

Moja ocena: 2/6

Fatou Keïta, Die stolze Rebellin, tł. Sigrid Groß, 166 str., Ullstein

wtorek, 2 sierpnia 2011

Statystyka lipiec 2011

Przeczytane książki: 5 (jedna przerwana)
Ilość stron: 1357

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 1
Książki w ramach wyzwania japońskiego: 0
Książki w ramach wyzwania od zmierzchu do świtu: 0
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 0
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 0
Książki w ramach wyzwania Haruki Murakami: 1
Książki w ramach wyzwania Bracie, siostro, rodzino: 0
Książki w ramach wyzwania koło barw: 0

Najlepsza książka: "Powiedzcie Zsofice" Magda Szabó

Ilość książek w stosie: 118

W ostatnich tygodniach mam mniej czasu dla bloga, stąd moja sporadyczna obecność. Za około dwa tygodnie powinnam pojawiać się częściej. Czytelniczo lipiec też nie był najlepszy, bardzo długo zatrzymała mnie "Księga niepokoju". Do regularnego czytania wkrótce!

"Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę" Wolfgang Büscher


Pewnego dnia Büscher zakłada plecak i rusza z Berlina do Moskwy, przez Polskę i Białoruś. Nie jest to jednak książka z rodzaju blogowych relacji z podróży. Początkowo autor zaskakująco mało pisze o swoich przeżyciach jako wędrowiec na rzecz spostrzeżeń dotyczących mijanych miast i ich uwarunkowań historycznych. II wojna światowa odgrywa tu ogromną rolę. Büscher wciąż spotyka ludzi, którzy relacjonują mu swoje przeżycia z tego okresu, a wszystkie odwiedzane miejsca zdają się nosić piętno polsko-niemieckich stosunków. Część dotycząca Polski zresztą jest dość krótka. Najwięcej miejsca autor poświęca Białorusi – pod każdym względem zaskaującej. Büscher odwiedza zrujnowane miasteczka, których nikt nie remontuje, nocuje w urągających jakiemukolwiek smakowi hotelach, ciesząc się z dachu nad głowem i spotyka interesujące osoby.
Nietypowym dla tego typu relacji jest także język Büschera, który stara się nie wartościować, lecz w krótkich, dosadanych zdaniach opisywać rzeczywistość. Autor nie wyciąga daleko idących wniosków, nie analizuje. Najmocniejszą stroną jego relacji są celne spostrzeżenia, nietypowe spotkania oraz zdolność asymilacji. Büscher staje się w czasie wędrówki Białorusinem, a potem Rosjaninem. Dodać jednak muszę, że autor ma skłonności do uciekania w dygresje, czy nawet w fantazję, gdy opisuje stan swojego ducha, co mi zdecdyowanie najmniej odpowiadało.
Dopiero opuszczając Białoruś i wkraczając do Rosji autor poświęca więcej czasu na opis trudów wędrówki, zmęczenia, głodu, niepewności i dążenia do celu. O samej Rosji dowiadujemy się już mniej niż o poprzednich krajach.
Polskiego czytelnika z pewnością zainteresują przede wszystkim rozdziały dotyczące Polski, choć opisy Białorusi wydają się być dużo bardziej fascynujące. Spojrzenie Niemca jest z pewnością różne od słowiańskiego oka, tak więc tym bardziej ciekawe.
Moja ocena: 4/6
Wolfgang Büscher, Berlin-Moskau, 237 str, Rowohlt Taschenbuch Verlag.

"Księga niepokoju napisana przez Bernarda Soaresa" Fernando Pessoa


„Księga niepokoju“ to dość świeży zakup, po który dzięki stosikowemu losowaniu stosunkowo szybko sięgnęłam. O tym portugalskim pisarzu sporo czytałam, a po literackim spotkaniu z jego przewodnikiem po Lizbonie nabrałam ochoty na poznanie jego najważniejszego dzieła. „Księga niepokoju“ to zapiski Bernarda Soaresa, skromnego buchhaltera, którego całe życie kręci się wokół lizbońskiej Rua dos Duradores oraz biura, w którym pracuje.

Fernando Pessoa poznaje go w jednej z restauracyjek i podejmuje się publikacji jego zapisków. Dodać jednak należy, że Soares to jedno z wielu alter ego pisarza. Teksty składające się na tę powieść znalezione zostały w spuściźnie autora po jego śmierci.

Soares nie koncentruje się na opisie swojego życia lecz na notowaniu spostrzeżeń raczej metafizycznych, przemyśleń dotyczących jego bytu, oraz sensu istnienia. Jego życie jest tak nudne, że nie jest warte opisu, jak sam twierdzi. Dlatego wiele tu myśli na temat sensu istnienia.

Owe rozważania zaskakują pointami, głębią i nietuzinkowością i równocześnie są niewiarygodnie trudne dla czytelnika. Każde zdanie wymaga maksymalnej uwagi, spokoju i namysłu. I mimo, że wiele z nich zachwyciło mnie celnością to po przeczytaniu dokładnie 142 stron z ponad pięciuset z dalszej lektury zrezygnowałam. Przebrnięcie przez te ponad sto stron zabrało mi ponad dwa tygodnie, a lektura nie przysporzyła oczekiwanej satysfakcji. Długo nie chciałam się poddać, do Pessoi odczuwam sympatię ale w końcu dałam za wygraną, bo nie jest to książka do czytania jednym tchem. Należy po nią sięgać przez wiele tygodni, czytać fragmenty, smakować je i rozważać. Ja obiecałam sobie kiedyś ponownie sięgnąć po tę powieść.

Moja ocena: -

Fernando Pessoa, Das Buch der Unruhe des Hilfsbuchhalters Bernardo Soares, tł. Inés Koebel, 556 str., Fischer Taschenbuch Verlag