piątek, 25 maja 2012

Stosikowe losowanie 6/12


Zapraszam do zgłaszania się do rundy czerwcowej. Pary rozlosuję 1 czerwca, a na przeczytanie książki mamy czas do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.
2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.
3. Wylosowaną książkę należe przeczytać do końca miesiąca.
4. Mile widziana recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.
5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach u góry strony.
6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną częścią cyklu, można zacząć czytanie od pierwszego tomu.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaną liczbą książek w stosie.

czwartek, 24 maja 2012

"Służące" Kathryn Stockett



Służące przeczytałam jednym tchem. Tak jak za dawnych czasów podczytywałam w każdej wolnej chwili, przerywałam wszystkie zajęcia, żeby tylko czytać i czytać:) 

Stockett przeniosła mnie w lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku, do stanu Missisipi. Podczas gdy w Kalifornii czy Nowym Jorku hipisi słuchają Boba Dylana, a Martin Luther King opowiada o swoim śnie, w Jackson w Missisipi niewiele się zmienia. Białe panie prowadzą swoje nieskazitelne domy, podczas gdy ich mężowie znikają na całe dnie w pracy. Rzekome prowadzenie domu jednak redukuje się do wysługiwania się czarną służącą i do organizowania spotkań brydżowych, zbiórek na biedne afrykańskie dzieci, zakupów, plotek, tenisa i leżenia przy basenie. Służąca nie tylko sprząta, gotuje, ale także wychowuje białe dzieci. I chociaż to ona spędza z nimi najwięcej czasu, tuli je, przewija, nosi, nie może korzystać z tej samej toalety, co państwo czy nie może siadać przy tym samym stole. Przecież jest źródłem strasznych, zaraźliwych chorób, a do tego permanentnym brudasem. Hipokryzja wydziera z każdej karty książki, trudno nie raz zachować spokój i zrozumieć, że zaledwie pięćdziesiąt lat temu osoby czarne były traktowane w ten sposób. Dzięki tej książce lepiej zrozumiałam wiele z rozmów, które prowadziliśmy ze znanymi nam Amerykanami z Georgii.

Powieść Stockett zaskakuje narratorem - autorka przedstawia bowiem ówczesne życie z punktu widzenia służących. To one opowiadają o swoim życiu, o pracy, o codziennych troskach. Ich jedynym sojusznikiem jest Skeeter - jedna z młodych i bogatych białych dziewczyn. Jej poglądy jednak odbiegają od oficjalnej postawy białych, a jej pisarskie ciągoty połączą ją ze służącą najbliższej przyjaciółki. Między kobietami nawiąże się najpierw nić zrozumienia, a w końcu głęboka przyjaźń.

Jak wspominałam, powieść przeczytałam bardzo szybko. Nie tylko wartka akcja ale także tematyka powieści mnie wciągnęły. Dotąd nie miałam okazji czytać książki o podobnej tematyce przedstawionej z punktu widzenia służących właśnie.

Mam tylko jedno zastrzeżenie. Doceniam pracę tłumaczki, zwłaszcza w kwestii przekładu sposobu wypowiadania się służących - prostych osób, nie władających idealnym językiem. Nie mogłam jednak  przyzwyczaić się do błędów językowych i zwrotów jakich używały. Rozumiem, że tłumaczka wybrała najlepszą drogę, stosując popularne błędy językowe stosowane przez Polaków i nie jestem w stanie poprzeć moich odczuć żadnymi argumentami. 

Moja ocena: 5,5/6

Kathryn Stockett, Służące, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, 581 str., Media Rodzina 2010.

Ósmy raz zapraszam was do Archipelagu!

Mam nadzieję, że zachwycicie się tak, jak ja:)


środa, 23 maja 2012

"Tylko sam siebie możesz ofiarować" Magda Szabó



To już ostatnia książka Szabó z mojego stosu, co nie oznacza, że nie planuję zdobyć kolejnych;)

Ta szczupła powieść zawiera w sobie ogromny ładunek emocjonalny. Napięcia między bohaterami rozkładają się na osi rodzice - dzieci. Pokolenie rodziców przeżywało swoją młodość w czasie wojny. Ówczesne wydarzenia, ich lęki i traumy czynią z nich rodziców nieudolnych, egoistycznych, skoncentrowanych na sobie. Wojna wciąż trwa w ich duszach, nie są w stanie się do niej zdystansować i umożliwić swoim dzieciom przeżycie beztroskiego, pełnego miłości dzieciństwa. Każdy problem i przeżycie dzieci nie przystaje do traumy wojennej rodziców. Dzieci zasypywane są utyskiwaniami, zarzutami, wypominaniami, oczekuje się od nich bezwzględnej wdzięczności i źle pojętej grzeczności. Nie ma tu miejsca na beztroskę, zabawę, szczery śmiech, a przede wszystkim na uczucia. Dzieci dorastają w surowym, pozbawionym kontaktu i ciepła środowisku.

Autorka zawiera całą akcję powieści w jednym dniu, a wydarzenia poprzedzające ten dzień układają się z wypowiedzi wszystkich bohaterów. Czytelnik w miarę postępu lektury uzyskuje pełny obraz motywów, które doprowadziły do nagłego ślubu Gabi (jeszcze nastolatki) i Miklósa, z którego, wydaje się, nie cieszy się nikt. Zaplanowana przez młodych ludzi ciąża i ślub miały by ć sposobem na ucieczkę od toksycznych rodziców, która jednak nie przynosi oczekiwanej wolności.

Szabó przedstawia historie bohaterów w paraleli do biblijnych Abrahama i Izaaka. Zmusza do refleksji nad istotą ofiary i jej biernością. Autorka nie ocenia postępowania bohaterów - zachęca jednak do rozważenia postawy ofiary, ukazuje, że protest nie zawsze przynosi zamierzony efekt, sugeruje, że nie ma rozwiązań idealnych, ukazując zarówno błędy wychowawcze rodziców, jak również egoizm dzieci.

Niewiarygodne jest ile treści i emocji zawiera w sobie ta szczupła książka. To kolejna powieść Szabó, o której długo nie zapomnę.

Moja ocena: 5/6

Magda Szabó, Tylko sam siebie możesz ofiarować (Mózes egy, huszonketto), tł. Krystyna Pisarska, 168 str., PIW 1974.

czwartek, 17 maja 2012

"Bambus läßt sich nicht brechen" Rüdiger Siebert



Zbiór Sieberta zawiera jakiego reportaże publikowane już wcześniej w niemieckiej prasie. Pisane w latach osiemdziesiątych teksty zostały na cele tego zbioru ponownie opracowane. Autor kładzie szczególny nacisk na zmiany społeczno-gospodarcze oraz warunki życia najbiedniejszych obywateli na Filipinach, w Indonezji, Malezji i Tajlandii. Dodać należy, że książka powstała we współpracy z organizacją terre des hommes, która wspiera dzieci żyjące w ciężkich warunkach.

Podczas lektury należy pamiętać, że Siebert pisał swoje reportaże około trzydzieści lat temu. Kraje Azji Południowo-Wschodniej rozwijają się tak szybko, że wiele z uwag autora nie ma już przełożenia na rzeczywistość. Jednocześnie zaskakująco wiele spostrzeżeń jest uniwersalnych, jak na przykład informacje historyczne, zarys rozwoju danego kraju czy stosunki społeczne. Każdy z krajów zaciekawia swoim indywidualnym rysem.

Pierwsza część książki poświęcona jest Filipinom, rządzonym przez Ferdinanda Marcosa. Siebert koncentruje się między innymi na kwestii zamieszek między ludnością chrześcijańską i muzułmańską na Mindanao - z jednej strony opisuje niewyjaśnione zniknięcia ludzi, samowolkę armii, a z drugiej strony zwykłych ludzi, ich codzienne problemy, dzień dziewczyny pomagającej najbiedniejszym. Niektóre z reportaży to krótkie impresje - autor obserwuje beztrosko śmiejące się dzieci czy walkę kogutów. Bardzo podobała mi się historia podróży zdezelowanym busem po niebezpiecznej drodze, podczas której podróżujący cudem uniknęli wypadku, mimo to jednak ze stoickim spokojem obserwowali poczynania kierowcy, który za pomocą zardzewiałego gwoździa naprawił autobus oraz ruszyli z nim dalej. Nie wątpię, iż dla autora była to jedna z najbardziej stresujących podróży w życiu. Nie brak w zbiorze także spostrzeżeń na temat najważniejszego środka lokomocji na Filipinach czyli jeepney. Te fantazyjnie ozdobione i polakierowane przerobione jeepy służą Filipińczykom nie tylko w Manilii, ale także na innych wyspach. Najsmutniejsze reportaże opowiadają o życiu dzieci w slumsach - dzieci, które wykonują ciężką pracę przekopując śmietniska w poszukiwaniu zdatnych do użytku przedmiotów; dzieci, które na śmietnisku się urodziły i w ciągu całego życia nie widziały niczego innego.

Indonezja jest mi krajem mało znanym. Podczas lektury nie mogłam w duchu kiwać głową, potwierdzając spostrzeżenia autora lub rozpoznając opisywane miejsca. Siebert analizuje sytuację zaopatrzenia kraju w ryż - opisuje rozwój gospodarki i eksplozję urbanizacyjną w Jakarcie, nie pomija skutków nieprzemyślanego rozrostu miasta. Świetny jest reportaż o roli bambusa w życiu codziennym Azjatów. Ta niewiarygodna roślina jest wykorzystywana (podobnie jak palmy kokosowe) na wszystkie możliwe sposoby. 

Tylko jeden reportaż poświęcony jest Singapurowi. Z ciekawością przeczytałam (znaną mi już wprawdzie) historię powstania tego niewielkiego państwa. Siebert opisuje ówczesny boom budowlany w Singapurze - już wtedy zaskoczony był stopniem rozwoju tego tygrysa Azji Południowo-Wschodniej. Czytelnik jednak uśmiechnie się, wiedząc jak dalece Singapur zmienił się w ciągu ostatnich trzydziestu lat.

Kolejna część poświęcona jest Malezji z chińską mniejszością (a czasami nawet większością), jej kolonialną przeszłością (vide cmentarz w Penang) i z dawno minionymi problemami - wszak Kuala Lumpur to metropolia high-tec. Siebert zwraca uwagę na brak wiedzy o ochronie środowiska - wycinanie lasów, niekontrolowane wydobywanie miedzi na zboczach największego szczytu Azji Południowo-Wschodniej Mount Kinabalu czy niezwykle nieprzyjazne środowisku kopalnie cyny.

I wreszcie Tajlandia. Jeden z reportaży zaskakuje aktualnością - problem powodzi w Bangkoku nie jest nowy. Od lat mieszkańcy borykają się ze skutkami likwidacji kanałów. Siebert ponownie obraca się wśród podobnej gamy tematów - wykorzystanie dzieci jako siła robocza, bieda rolników uprawiających ryż, rozwój miast kosztem natury oraz napływ taniej siły roboczej ze wsi. Rolnicy, którzy porzucają swoje domostwa i uprawę roli, skuszeni szybkim zarobkiem na licznych budowach w Bangkoku, szybko pozostają bez środków do życia i lądują w slamsach.

Pomimo pewnej jednostronności tematyki dobrze czyta się reportaże Sieberta. Autor potrafi uchwycić chwile, umiejętnie podsumować swoje obserwacje oraz dobrze przedstawić przyczyny opisywanych fenomenów i procesów społecznych. Z przyjemnością czytałam o miejscach mi znanych ale  zdecydowanie wolałabym by teksty były bardziej aktualne.

Moja ocena: 4/6

Rüdiger Siebert, Bambus läßt sich nicht brechen, 215 str., Arena Verlag1986.

poniedziałek, 14 maja 2012

"Staroświecka historia" Magda Szabó



Ta książka Szabó bardzo odbiega od jej pozostałych utworów. Staroświecka historia to biografia rodziny węgierskiej pisarki. Dodać jednak należy, że biografia bardzo nietypowa.
Przyczynkiem do napisania tej powieści był kupiony w sklepie ze starociami dzbanek z łabędziami. Autorka kupiła go nie pamiętając, iż właśnie taki sam dzbanek używany był w jej rodzinnym domu. Ten incydent był motorem do rozpoczęcia badań genealogicznych oraz odszukania własnych korzeni.

Szabó wybiega daleko w przeszłość, rozpoczynając swoją opowieść w pokoleniu jej prapradziadków. Historię najbardziej odległych pokoleń opowiada dość prędko - zapewne z braku wystarczających źródeł, a przede wszystkim opowieści świadków. Dopiero dziadków ze strony matki poznajemy bliżej - zasługują oni na wiele uwagi, bo to niezwykła para. Zakochani w sobie do nieprzytomności młodzi ludzie popełnili mezalians, a swoim nierozsądnym i rozrzutnym życiem zrazili do siebie rodziny. Efektem ich lekkomyślności jest samotność,  bieda, utrata dzieci i miłości. 
Główną bohaterką Staroświeckiej historii jest jednak Lenke Jablonczay - matka Szabó. Jej losy są tak fascynujące i w gruncie rzeczy skomplikowane, że nie sposób opisać je w kilku zdaniach. Zresztą nie chcę odbierać wam przyjemności lektury.

Szabó zalewa początkowo ogromną ilością nazwisk i powiązań rodzinnych - w orientacji pomaga spis postaci umieszczony na początku książki, ale przyznam szczerze, że nie jest łatwo. Nie rezygnujcie jednak w żadnym wypadku z lektury! To nie tylko biografia ale porządny kawałek węgierskiej historii. Autorka dba o szczegóły, osadza wszystkie wydarzenia rodzinne w historii Węgier, a nawet Europy. Opisując nowe perypetie rodzinne, zawsze szkicuje zmiany polityczno-społeczne, a także sposób życia oraz zwyczaje właściwie dla danego okresu czasu.

Znawca powieści Szabó odszuka wiele motywów wykorzystanych przez nią w innych powieściach - nie są to ewidentne wydarzenia, a raczej niuanse, stosunki rodzinne, drobne wydarzenia, które wydają się być kanwą innych utworów Węgierki.

Niełatwa ale pouczająca i niezwykle satysfakcjonująca lektura tej książki pozostanie zdecydowanie długo w mojej pamięci. Żałuję, że autorka nie pokusiła się o własną autobiografię!

Moja ocena: 4,5/6

Magda Szabó, Staroświecka historia (Régimódi történet), tł. Krystyna Pisarska, 425 str., Państwowy Instytut Wydawniczy 1988.

niedziela, 6 maja 2012

"Samotny Jędruś" Wojciech Widłak, Joanna Rusinek


Jędrusiowi dobrze się żyje, jednak ma problem - czegoś mu brakuje, ale Jędruś sam nie wie czego. Wybiera się więc na poszukiwanie owego braku. Po drodze wpada do kałuży i na drzewo, potyka się o kamień, spotyka gołębia, moczy go deszcz. To jednak nie wszystkie kłopoty samotnego Jędrka - zanim spotka samotną Joasię dopadnie go złość, zniechęcenie i smutek. 


Treść książki była impulsem do rozmów z Sześciolatką - o poczuciu samotności,  o istocie dobrego samopoczucia, a także o szukaniu i znajdowaniu.


Równocześnie z uwagą odkrywała coraz nowe szczegóły na ilustracjach Joanny Rusinek. Szata graficzna książki jest niezwykle zaskakująca i idealna dla dzieci, wychowujących się w mieście. Tu nie ma łąk, kwiatów i sielskich krajobrazów. Rusinek wykorzystała asfalt, kamienie, bruk, klatki ściekowe i studzienki. Ciemne strony podkreślają zagubienie Jędrusia i świetnie wprowadzają w klimat historii. 

Rusinek udało się ukazać, że ulica może być miejscem wielu odkryć, że w spękanym asfalcie można ujrzeć drzewo, a w pokrywie studzienki buzię samotnego chłopca. 



Sześciolatka postanowiła na następny spacer zabrać kredę i stworzyć sobie towarzysza zabaw - własnego Jędrusia.
Czytelnicy z Krakowa znajdą natomiast spis ulic, które zostały wykorzystane do stworzenia szaty graficznej książki - świetny pomysł na wspólny spacer po mieście.

Polecamy!

Wojciech Widłak, Joanna Rusinek, Samotny Jędruś, 45 str., Wydawnictwo Czerwony Konik 2011.

wtorek, 1 maja 2012

Stosikowe losowanie 5/12 - pary


Anna wybiera numer książki dla Kalio (w stosie 360 książek) - 357
Kalio wybiera numer książki dla Izy (w stosie 185 książek) - 100
Iza wybiera numer książki dla Momarty (w stosie 70 książek) - 53
Momarta wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 141 książek) - 18
Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 34 książki) - 7
Guciamal wybiera numer książki dla Zacofanego w lekturze (w stosie 400 książek) - 75
Zacofany w lekturze wybiera numer książki dla Z głową w książce (w stosie 100 książek) - 77
Z głową w książce wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 200 książek) - 199
Bujaczek wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 140 książek) - 100
Karto_flana  wybiera numer książki dla Paidei (w stosie 43 książki) - 38
Paideia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 133 książki) - 20


Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce z boku strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 31 maja.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Statystyka kwiecień 2012


Przeczytane książki: 3


Ilość stron: 1954 (Ilość przeczytanych książek nie zawsze ma przełożenie na ilość przeczytanych stron.)

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 0
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 0
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 0
Książki w ramach wyzwania azjatyckiego: 0

Najlepsza książka: "Szkarłatny płatek i biały" Michel Faber

Ilość książek w stosie: 133


"Balzakiana" Jacek Dehnel



Po lekturze Lali pragnęłam Dehnela niczym przysłowiowa kania dżdżu - mój zachwyt nad jego prozą był tak wielki, że nie mogłam się doczekać lektury Balzakian. Zresztą nie musiały na nią czekać długo, bo całkiem niedawno zdobyłam tę książkę, a Momarta miała bardzo celne oko w ostatnim stosikowym losowaniu. 

Na zachwyt czekałam jednak dość długo. Książkę przeczytałam wprawdzie, ale pierwsze opowiadanie wręcz mnie nudziło i poważnie rozważałam odłożenie lektury. 
Balzakiana to zbiór czterech opowiadań korespondujących z balzakowską Komedią ludzką, której niestety nie czytałam.
Dehnel przedstawia losy ludzkie, stawiając w centrum osoby proste, nieco naiwne, a przy tym żądne sławy czy pieniądza. Ich życiem kierują małostkowość, wyrachowanie, a często nawet głupota. 
Mimo że autor obraca się w środowiskach ludzi prostych czy nowobogackich, jego język jest niezwykle wyrafinowany. Mimo długich zdań, porównań i starannie dobranego słownictwa, opowiadania czyta się lekko. 
Gdy styl pisarza jest świetny, jestem skłonna wybaczyć mu każde niedociągnięcie. Czytałam więc dla ironii i sarkazmu, dla zachwycającego zmysłu obserwacji, dla wyszukanych, często staroświeckich słów i dopiero w ostatnim opowiadaniu doceniłam ten zbiór.

Była piosenkarka, która właśnie przechodzi na emeryturę, zostaje namówiona przez podejrzanego impresario, kolegę wnuczki, do zakrojonego na wielką skalę come-backu. Dehnel świetnie ukazuje postawę emerytki, która po początkowym oporze, coraz bardziej skłania się ku propozycji mężczyzny. 
Bez wątpienia zdolność tworzenia wiarygodnych postaci należy do mocnych stron autora, jednak mam wrażenie, że w pierwszym opowiadaniu z ową wiarygodnością przesadził - postaci Weroniki i Asi, wprawdzie barwne, wydawały mi się być zupełnie nierealne. 

Realizmu natomiast nie brakuje drobiazgowym opisom mieszkań, ich wnętrz, mebli, ulic, strojów, a także odniesieniom do współczesności. Dehnel tak bardzo osadza akcję opowiadań we współczesnej Polsce (odwołania polityczne, kulturalne, medialne), iż obawiam się, że za kilkadziesiąt lat jego teksty, teraz dowcipne, mogą stać się mało czytelne.

Opowiadania Dehnela zaskakują smutkiem, który jednak dociera do czytelnika dopiero po zakończeniu lektury. Tragiczna jest postać córki sprzedawcy tekstyliów, która wychodzi za mąż za artystę - zderzenie dwóch odmiennych środowisk oraz przypadkowość małżeństwa nie mają szansy na przetrwanie próby czasu. 

Niełatwe jest życie Tońki, traktowanej przez rodzeństwo i ich potomstwo jako źródło pieniędzy. Gdy na starość wymaga opieki, przerzucana jest między rodziną jak zbędny balast.

W trzecim opowiadaniu Dehnel opisuje losy swoistego alter-ego - porzuconego przez ojca, wychowywanego przez sfrustrowaną matkę potomka rodu arystokratycznego. Młody mężczyzna przedzierzga się z konserwatora zabytków w nauczyciela savoir-vivru córki nowobogackiego właściciela fabryki drobiu. Zaplątany między czterema kobietami prowadzi gorzkie życie. 

Balzakiana warto przeczytać przede wszystkim ze względu na język Dehnela - wybaczcie ale powtórzę - niepowtarzalny i niezwykle wykwintny!

Moja ocena: 4/6

Jacek Dehnel, Balzakiana, 410 str., WAB 2009.

wtorek, 24 kwietnia 2012

"Szkarłatny płatek i biały" Michel Faber



Od dawna spoglądałam na to opasłe tomiszcze i nie miałam odwagi (ochoty?), by rozpocząć lekturę. A teraz zdradzę wam, dlaczego tak rzadko pojawiałam się ostatnio na blogu.... Czytałam! I czytałam, i czytałam, i czytałam...... Gdy dotarłam do dwusetnej strony bliska byłam zwątpienia, zwłaszcza gdy widziałam jaka to szczupła część całej powieści. Moje wydanie ma ponad tysiąc gęsto zadrukowanych stron! Ale czytałam dalej, a gdy przeczytałam kolejne dwieście stron, żadna siła nie była w stanie oderwać mnie od lektury!

Faber umieścił akcję powieści w dziewiętnastowiecznym Londynie - narrator (z innych recenzji ze zdumieniem dowiedziałam się, że to narratorka!) zabiera nas na przechadzkę po najbiedniejszych ulicach. Poznajemy Caroline - prostytutkę, która mieszka i pracuje w obskurnym, zimnym pokoju, klepiąc biedę. Najważniejszym jednak jest to, że doprowadzi nas do Sugar - słynnej koleżanki po fachu. Sugar słynie z inteligencji, zdolności prowadzenia konwersacji oraz z faktu, że spełnia każde życzenie klienta. Np. Williama Rackhama - nieporadnego właściciela stworzonej przez ojca fabryki mydeł i perfum, nieudacznika, wałkonia mającego o sobie wysokie zdanie. Rackham jest zafascynowany Sugar do tego stopnia, że pragnie ją mieć na wyłączność. To życzenie natomiast skłania go do przyłożenia się do pracy i ostatecznego przejęcia pałeczki od ojca. Ten wyniosły dandys staje się nie znającym skrupułów biznesmenem. Dzięki temu posunięciu "wykupuje" Sugar. Dodać jednak należy, że Sugar sumiennie pracowała na ten skok na społecznej drabinie. Pracę prostytutki rozpoczęła jako trzynastolatka, zmuszona została do niej przez własną matkę, która w roli sfiksowanej burdelmamy ciągle ma oko na swój najlepszy kąsek. W ciągu pięciu lat prostytucji Sugar wypracowała swój własny styl. W wolnym czasie natomiast pisze powieść, w której mści się na całym rodzie męskim. Gdy spotyka Rackhama wyczuwa w nim potencjalnego wybawcę i roztacza swój cały czar, by dopiąć celu. 

Powieść Fabera ma wiele mocnych stron. Przede wszystkim niezwykle wierne (na ile jestem w stanie to ocenić) oddanie życia w ówczesnym Londynie. Zrobił to tak świetnie, że potrafił zainteresować kogoś, którego ta epoka zupełnie nie kręci, czyli mnie;) Z przyjemnością zamieszkałam na ponad trzy tygodnie w świecie turniur, dorożek, pijawek i guwernantek. Faber nie szczędzi detali, opisuje życie wszystkich warstw społecznych, nie bojąc się nieeleganckich szczegółów i dosadnych sformułowań. Zwłaszcza ten fakt jest warty podkreślenia - bohaterowie co rusz wdeptują w końskie łajno, śmierdzą wsunięte pod łóżko nocniki, czy wylewane na ulicę ekskrementy. Mnie przede wszystkim wciąż na nowo zdumiewa przepaść czy też cywilizacyjny skok jaki dokonał się w ciągu stu lat. Wszak to tak niewielki okres czasu, a ówczesne warunki życia, poziom medycyny czy status kobiet są nam tak odległe jak średniowiecze. 

Wspomnieć muszę też o bohaterach - bo nie tylko Sugar i William odgrywają rolę w Płatku. Faber bardzo dobrze szkicuje sylwetki Agnes (chorej żony Williama), ich córki Sophie, brata Williama oraz jego przyjaciółki. Każda z tych postaci ma niezwykle umiejętnie zarysowany charakter. Bardzo podobało mi się, że nie ma tu bohaterów idealnych. Każdy ma wiele wad i potrafi być niezwykle irytujący. Choć musze przyznać, że szczególną antypatię odczuwałam do Williama (która nie przeszła mi do końca powieści i słusznie) i poniekąd Agnes. Właściwie tylko Sugar nie wzbudzała we mnie negatywnych odczuć, za to często zaskakiwała swoimi decyzjami! 
Wydaje się, że Faber ze szczególną starannością stworzył postaci kobiecie. Sylwetki Sugar, Agnes oraz Emmeline Fox to wręcz studia psychologiczne kobiecej duszy. 

Najbardziej zdumiał mnie zabieg wprowadzenia narratora, który czytelnika bierze pod rękę i oprowadza po Londynie. Później narrator znika na jakiś czas, jego wtręty są bardzo sporadyczne, by wrócić znów na końcu. Niespecjalnie przepadam za zabiegami tego typu, w "Płatku" nie razi on jednak bardzo mocno.

Polecam wam tę powieść. Dajcie się skusić idei slow reading:) Na pewno w tym czasie przeczytałabym pi ęć innych książek, goniąc za liczbami albo redukcją stosu ale już od dawna planowałam odpuścić (nie gonienie za liczbami, bo to mnie nie dotyczy) i rozsmakować się w jednej lekturze na wiele tygodni. Szkarłatny płatek i biały nadaje się do tego idealnie!

Moja ocena: 5/6

Michel Faber, Das karmesinrote Blütenblatt, tł. Hans-Ulrich Möhring i Claus Varrelmann, 1056 str., List Verlag 2004.

Stosikowe losowanie 5/12

Zapraszam do zgłaszania się do rundy majowej. Pary rozlosuję 1 maja, a na przeczytanie książki mamy czas do końca miesiąca.



Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.
2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.
3. Wylosowaną książkę należe przeczytać do końca miesiąca.
4. Mile widziana recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.
5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach u góry strony.
6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną częścią cyklu, można zacząć czytanie od pierwszego tomu.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaną liczbą książek w stosie.

sobota, 7 kwietnia 2012

"Déjà dead" Kathy Reichs


Bohaterka pierwszej powieści Reichs, podobnie jak autorka jest antropologiem klinicznym, pracującym w Montrealu. Temperance Brennan współpracuje ściśle z policją, analizując odnalezione kości. Jej współpraca jednak nie ogranicza się tylko do szacowania wieku i pochodzenia ofiar, gdy na jej stół trafiają kości brutalnie zamordowanej kobiety. Tempe przeczuwa, że jest ona jedną z wielu ofiar seryjnego mordercy i anagżuje się w śledztwo.

Sięgnęłam po tę książkę skuszona dość dobrymi recenzjami oraz tematyką - nie mogę powiedzieć, że wybitnie interesuję się antropologią, ale chętnie czytam książki z medycyną, nie tylko tradycyjną, w tle.

Déjà dead okazało się jednak być wpadką, może nie katastrofą, bo jednak powieść doczytałam, ale bardzo się rozczarowałam. 
Co mi się nie podobało?

- Postać Tempe: nierealna, niepogłębiona, nieracjonalna, popijająca colę light papierowa nudziara. która w zrywach odwiedza siłownię. Amerykańska do bólu.

- Prowadzenie akcji: wszyscy działają wyjątkowo nieporadnie i niepraktycznie. Głowę można dać, że Tempe zrobi zawsze to, czego nie powinna: wyjdzie z domu, gdy niebezpiecznie, nie zadzwoni do policjanta z istotną informacją, zapomni przejrzeć kluczowe zdjęcia, średnio intenswynie martwi się o ukochaną przyjaciółkę itd., itp. Denerwujące i przewidywalne.

- Maniera zwracania się do siebie przez Tempe: otóż nasza pani antropolog zagrzewa się do działania albo ochrzania sama siebie za głupoty, zwracając się do siebie per Brennan, w przeniesieniu na polski, zakładając, że Brennan to Kowalska, brzmiałoby to mniej więcej tak: No i co, Kowlaska, znów zawaliłaś sprawę? Weź się w garść Kowlaska, no dalej. Sztuczne? Pewnie. Do tego śmieszne,

- Złudzenie, że nie czytam książki tylko oglądam amerykański film, bardzo średni film.

- Scena kluczowa: była tak fascynująca, że trzydzieści stron przed końcem musiałam odłożyć książkę, bo pewna byłam, że w ostatniej sekundzie (a jakże) nadejdzie ratunek i że księciem na białym koniu będzie najmniej lubiany policjant. Oh, jakie zaskakujące!

Dlaczego więc doczytałam książkę? Bardzo podobały mi się frankofoński elementy oraz miejsce akcji. Montreal odgrywa dużą rolę, Reichs szczegółowo opisuje miasto, zwyczaje mieszkańców Quebec oraz realia (gazety, działanie urzędów, dwujęzyczność). Z ciekawością zagłębiłam się także w opisy sekcji zwłok, sposoby badania kości oraz analizy przedmiotów znalezionych w miejscu zbrodni Strony przewracały się niemal same i tak niepostrzeżenie dotarłam do końca.

Mam na półce kolejny tom z Brennan w roli głównej, ale podaruję sobie, mimo że czytałam, że jest lepszy. 

Moja ocena: 3/6

Kathy Reichs, Déjà dead, tł. Thomas A. Merck, 538 str., Blanvalet 2000.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Stosikowe losowanie 4/12 - pary

Anna wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 200 książek) - 112
Bujaczek wybiera numer książki dla Paidei (w stosie 46 książek) - 15
Paideia wybiera numer książki dla Izy (w stosie 185 książek) -  17
Iza wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 135 książek) -  133
Maniaczytania wybiera numer książki dla Kalio (w stosie 360 książek) - 5
Kalio wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 138 książek) - 22
Karto_flana wybiera numer książki dla Zacofanego w lekturze (w stosie 400 książek) - 316
Zacofany w lekturze wybiera numer książki dla Magdy (w stosie 91 książek) - 66
Magda wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 36 książek) - 36
Guciamal  wybiera numer książki dla Momarty (w stosie 54 książki) - 3
Momarta wybiera numer książki dla Anny (w stosie 133 książki) - 101


Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce u góry strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 30 kwietnia.

sobota, 31 marca 2012

Statystyka marzec 2012

Przeczytane książki: 6 plus 1 przewrana


Ilość stron: 1949

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 1
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 0
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 0
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 0
Książki w ramach wyzwania azjatyckiego: 1

Najlepsza książka: "Chmurdalia" Joanny Bator

Ilość książek w stosie: 137


"Wina" Ferdinand von Schirach

 
Z ogromną przyjemnością przeczytałam kolejną książkę von Schiracha. Już  Przestępstwo bardzo mi się podobało, ale Wina zachwyciła jeszcze bardziej.
Mniej tu filozoficznych rozważań i przemyśleń, tym razem autor prezentuje tylko same przypadki, z którymi zetknął się w swojej kancelarii.

Należałoby czytać jedną opowieść dziennie, poddać się jej atmosferze i zadumać nad losem człowieka. Każda z nich to perełka, czytając ciągle nasuwało mi się słowo etiuda - von Schirach niezwykle umiejętnie uchwytuje kruchość losu i życia. Jego historie ukazują nietypowe losy, cienką granicę między uregulowanym trybem życia, a przestępstwem czy bezsilność człowieka, którego każdy wybór będzie zły.

Celowo nie opisuję treści Winy - nie ma takiej potrzeby, zresztą trudno opisać tak surowe, lakoniczne w swojej formie opowiadania. Po lekturze pozostaje w czytelniku pytanie o istotę winy, o moralną odpowiedzialność za swoje poczynania - pozornie winnymi stają się ci, którzy nie popełnili przestępstwa, przestępcy zaś uchodzą bezkarnie.

Bardzo, bardzo zachęcam!

Moja ocena: 5,5/6

Ferdinand von Schirach, Schuld, 208 str., Piper 2010.

czwartek, 29 marca 2012

"Miłość we Wrocławiu" zbiór opowiadań



Nieco sceptycznie byłam nastawiona do tego zbioru, wpadło mi przecież w oko kilka niezbyt pochlebnych recenzji, ale Wrocław w tytule jednak kusił. We Wrocławiu spędziłam moje studenckie lata więc darzę to miasto szczególną sympatią. 

Gdybym poprzestała na dwóch pierwszych opowiadaniach, pewnie podzieliłabym zdanie osób, których zbiór nie zadowolił. I mnie rozczarował (po raz kolejny) Chwin, a także nie zachwyciła Iwasiów, której prozę bardzo chciałam poznać. Autorem trzeciego opowiadania jest Karpowicz, którego Balladyny i romanse czekają cierpliwie na lekturę. A ja nie wiedzieć czemu jeszcze się za nią nie zabrałam. Teraz pewnie nastąpi to szybciej, bo opowiadanie Karpowicza było pierwszym, które naprawdę przypadło mi do gustu. Ciekawy pomysł, zręczny styl oraz happy end. Szczęśliwego zakończenia właściwie nie oczekuję od książek (co więcej wręcz go unikam), ale Karpowicz w jakiś sposób mnie ujął spójnością swojego opowiadania. 

Lektura nabrała rozpędu, tym bardziej, że autorem kolejnego utworu jest jeden z moich ulubionych polskich pisarzy - Wojciech Kuczok. Przewrotny pomysł na miłość, nietypowe miejsce akcji i styl, który lubię:)

Idealne opowiadanie w moim odczuciu musi mieć intrygujące, najlepiej zaskakujące zakończenie - takie ma świetny utwór Macieja Malickiego.
Niezwykle przypadły mi do gustu także teksty Orbitowskiego, Pachły, Vargi i nawet Pilipiuka. 
Szczególnie Orbitowski podejmując temat wody, rzeki, powodzi utrafił w mój gust. Dotąd nie spotkałam się z tym nazwiskiem, teraz będę uważnie śledzić jego twórczość.  

Z ciekawością śledziłam różnorakie ujęcia tematu miłości przez najlepszych polskich prozaików. Czasami wysuwała się ona na pierwszy plan, czasami trzeba było ją powoli odkrywać, ale zawsze gdzieś wypływała - szczęśliwa lub pechowa, namiętna lub wstydliwa. 

A Wrocław? Z przyjemnością czytałam o znanych mi miejscach i ulicach oraz zadziwiałam się zmianami jakie nastąpiły od mojej ostatniej wizyty w tym mieście.

Polecam, zwłaszcza osobom szczególnie z Wrocławiem związanym:)

Moja ocena: 4/6

Miłość we Wrocławiu, 266 str., Wydawnictwo EMG 2011.

poniedziałek, 26 marca 2012

"Cyferki" Jacek Cygan, Ola Woldańska-Płocińska



Mamy problem z szóstką. Nie lada problem:) Dwulatek liczy bowiem: jeden, dwa, tsi, ćtery, pienć, siedem, osiem, dziewienć. I koniec. Szóstki nie akceptuje. Mama strasznie się przejmuje, bo jak żyć bez szóstki, wszak starsza siostra sześć wiosen liczy. Mama myślała więc i poszła po rozum do głowy. Pokazała Dwulatkowi Cyferki Jacka Cygana. 

Tam wszystkie cyferki stoją w kolejce i bardzo elegancko się prezentują. Każda inaczej. Jedynka jest chudziutka, dwójka pozawijana, trójka okrągła, czwórka przypomina krzesełko, a piątka nie wiadomo co. I jest szóstka, jak róg barani. 


Ale Syn nie wie co to róg barani, więc szukamy wśród klocków duplo owieczki, ale masz ci los, też nie ma rogów. Oglądamy jeszcze bocianią siódemkę i bałwankową ósemkę, przy okazji żałując, że tej zimy nie udało nam się ulepić ani jednego bałwana. O i jest dziewiątka, niezwykle podobna do naszej pechowej szóstki. Cyferkowy porządek zniszczyło jednak nieposłuszne zero, a potem Sześciolatka pochwyciła książkę, bo liczenie ją bardzo interesuje. Zanim zaczęła jednak liczyć fachowym okiem oceniła ilustracje bezbłędnie rozpoznając, że książki pani Oli Woldańskiej-Płocińskiej już znamy i bardzo nam się podobają. Popatrzcie jak ciekawie rysuje cyferki:




A Dwulatek? Dalej ignoruje szóstkę i dobrze nam z tym:)

Jacek Cygan, Ola Woldańska-Płocińska, Cyferki, Wydawnictwo Czerwony Konik 2011.

"Chmurdalia" Joanna Bator



Po świetnej Piaskowej górze, z niecierpliwością czekałam na możliwość przeczytania Chmurdalii, która, jak się okazało, nie jest typową kontynuacją swojej poprzedniczki. Bator oplata akcję wokół ocalałej z wypadku Dominiki Chmury, a w powieści przewijają się znane już z Piaskowej góry osoby, autorka jednak wprowadza szereg nowych bohaterów, odsuwając Wałbrzych na drugi plan.

Dominika przemierza świat, znajduje się w stanie ciągłej ucieczki od Piaskowej góry, osiedlając się w Niemczech, USA, Anglii i Grecji. W trakcie swojej odysejowskiej tułaczki (nawiązania do Odysei są nie do przeoczenia) trafia na wiele osób, które w jakiś sposób oddziaływują na jej życie. Pierwszą z nich jest potomkini Hotentockiej Wenus - Sara. Ta czarnoskóra Amerykanka pomaga Dominice stanąć znów na nogi, cierpliwie rehabilitując jej ciało oraz poniekąd duszę. Gdy Dominika postanawia wyruszyć w świat, towarzyszy jej aż do Nowego Jorku. Istotną rolę odgrywa także Ivo - cukiernik z powołania i homoniewiadomo, którego Dominika poślubia, zapewniając obojgu wymierne korzyści. I w końcu Małgosia z Piaskowej Góry, Grażynka, Greczynka Apostolea, poznana w Londynie, dzięki której Dominika spotyka  greckiego przyjaciela z dzieciństwa. Na kartach powieści przewijają się nie tylko niezliczone postaci, Bator porusza się niemal w czasie całego dwudziestego wieku, opowiadając historie (głównie z okresu drugiej wojny światowej) przynajmniej kilku bohaterów.

Mnogość wątków i zupełnie nieprawdopodobne zbiegi okoliczności są jednak słabszą stroną powieści. Odniosłam wrażenie, że Bator przesadziła z konstelacją powiązań między wszystkimi napotykanymi przez Dominikę osobami. 
Nocnik Napoleona, który jest leitmotivem snutych przez autorkę historii śmieszy i straszy swoją rolą. 
Te wszystkie fakty czyniły lekturę momentami nużącą i zniechęcającą.

Chmurdalia ma jednak jedną cechę, która plasuje się w moim odczuciu w kategorii między wybitnością, a geniuszem, a jest nią język. Styl pisania, skojarzenia, słowotwórstwo, niewiarygodny zmysł obserwacji, dobór imion i nazwisk oraz sarkazm Bator są dla mnie Mount Everestem pisarskich możliwości. A że styl cenię sobie w powieściach bardzo, bardziej nawet od treści, czytałam paplanie Jadzi (mojej ulubionej bohaterki zresztą) z rozkoszą, a mój podziw dla Bator rósł z każdą kolejną stroną. Pani Joanno, chapeau bas!

Moja ocena: 4,5/6

Joanna Bator, Chmurdalia, 502 str., WAB 2010.