czwartek, 21 grudnia 2017

"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci" Anna Kamińska


Po tę książkę sięgnęłam w ramach wspólnego czytania w Klubie Polek na Obczyźnie. Nie trafiłby zapewne w moje ręce, gdyby nie ta akcja. Lubię wprawdzie biografie, a i postać Wandy Rutkiewicz nie jest mi obca, ale w nawale ciekawych lektur, książka ta nie trafiła na szczyt mojego stosu. Lektury oczywiście nie żałuję, bo warto było poznać słynną himalaistkę bliżej.

Kamińska szkicuje bardzo szeroki obraz Rutkiewicz, opierając się na licznych wywiadach, rozmowach, dokumentach i korespondencji, jak na biografkę, zresztą, przystało. Nie mogę tej książce nic zarzucić, ale nie należy ona do biografii, które porywają od pierwszej strony, zaskakują spojrzeniem i ujęciem tematu. To po prostu porządnie opracowana i umiejętnie spisana historia. Najwięcej pazura dodaje jej sama bohaterka, postać niepokorna, trudna do skategoryzowania, indywidualistka o dwóch obliczach. 

Nie zdawałam sobie wcześniej sprawy jak trudne były osobiste losy Wandy - otoczona widmem śmierci od najmłodszych lat, miała do niej bardzo specyficzny stosunek. Można powiedzieć luźny, akceptujący - i to właśnie ta nonszalancja w parze z determinacją, pozwalały jej osiągać najwyższe szczyty. Śmierć przewija się przez całą biografię, nie tylko jako faktyczny zgon bliskich i przyjaciół (tych ostatnich było mnóstwo), ale jako stan, towarzyszący Rutkiewicz. Jej ciągłe igranie ze śmiercią, gotowość na jej przyjęcie, pozwalają sięgać po największe sukcesy. 

Kamińska stara się nie zanudzać czytelnika datami i faktami, snuje swoją opowieść, opierając się na rozmowach z przyjaciółmi, towarzyszami, znajomymi i wrogami słynnej himalaistki. Wanda polaryzowała i wydaje się, że w swoim otoczeniu miała tylko dwa typy osób - gorących zwolenników lub wrogów. Przyznać należy jednak, że nawet ci, którzy jej nie lubili, wypowiadają się o niej z szacunkiem i respektem. 

Mimo że Rutkiewicz odnalazła w himalaizmie swój cel w życiu, mam wrażenie, że nie była do końca szczęśliwa. Chorobliwie ambitna, niezwykle wysportowana, dobra we wszystkim, za co się zabrała, pozostała wiecznie samotna. W krótkich chwilach odsłaniała swoją twarz osoby kruchej, szukającej ciepła i oparcia. Na codzień Wanda potrafiła jednak kontrolować te emocje, przeć do wyznaczonego celu, nie zważając na innych, jak twierdzi wielu ze wspinających się z nią himalaistów.

Śmierć Rutkiewicz jest tak samo zagadkowa, jak ona sama. Nie można jej wyjaśnić, nie można do końca zrozumieć, w jaki sposób zginęła. Czy na ten krok zdecydowała się świadomie? 

Jak napisałam na początku, nie żałuję tej lektury, która była dla mnie niezwykle pouczająca, bo o Rutkiewicz na dobrą sprawę nie wiedziałam nic. 

Moja ocena: 4/6

Anna Kamińska, Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz, 480 str., Wydawnictwo Literackie 2017. 

czwartek, 14 grudnia 2017

"Machiną przez Chiny" Łukasz Wierzbicki


Machiną przez Chiny to kolejna po Afryce Kazika rewelacyjna książka spod pióra Łukasza Wierzbickiego. Autor tym razem na warsztat wziął dzienniki Haliny Korolec-Bujakowskiej, która w latach trzydziestych wraz z mężem Stanisławem odbyła podróż z Druskiennik do Szanghaju. Ta nietypowa wyprawa była podróżą poślubną młodego małżeństwa, a środkiem lokomocji obojga była machina czyli motocykl. 


Para przemieszcza się przez tereny mało znane i mało, w tamtych czasach, odwiedzane, wzbudzając wszędzie sensację i zaciekawienie, obojętnie czy przemierzają Turcję, Persję czy birmańską dżunglę. W tej ostatniej spędzają najwięcej czasu. Przerwa w podróży spowodowana jest awarią machiny i koniecznością długiego oczekiwania na części zamienne. Podróżnicy zakładają obozowisko, przygarniają niedźwiedzia i rozkoszują się ciszą oraz bezpośrednim kontaktem z naturą.


Wierzbicki świetnie opisuje przygody pary. Nie ma on ambicji ukazania każdego kroku małżeństwa, dokładnego przedstawienia każdego etapu podróży, koncentruje się raczej na wydarzeniach, które wywarły na podróżnikach największe wrażenie. Są to więc przede wszystkim spotkania z innymi ludźmi, świadczące o niezwykłej ciekawości innych kultur, respekcie i nieustającej chęci poznawania nowego. Otwarte zakończenia rozdziałów skłoniły nas do rozmów i rozważań na temat ich losów.
Fantastyczne jest podejście Haliny i Stacha do problemów, którzy przyjmują je najczęściej ze stoickim spokojem, starając się we wszystkim dojrzeć dobrą stronę. Wojna przerwała ich pobyt w Szanghaju i właśnie to wydarzenie jest cezurą, która dzieli książkę. Halinę poznajemy bowiem w 1947 roku, podczas podróży do Indii. Towarzyszy jej syn, któremu opowiada o wielkiej wyprawie, która niestety zakończyła się rozdzieleniem małżonków. 


Równie piękna jak treść, jest szata graficzna książki, stworzona przez Mariannę Oklejak. Ilustratorka wykorzystała fotografie z podróży, tworząc na ich podstawie kolaże - wspaniałe, ciekawe, pełne detali. Prócz tego karty książki zdobią mniejsze ilustracje. Cała szata graficzna jest bajecznie kolorowa, obramowania stronic zmieniają barwę od pomarańczowej po niebieską, tworząc fantastyczną tęczę. Nie zapominajmy o mapce, bardzo istotnej, z której stale korzystaliśmy podczas lektury. 

To przepiękne wydanie, książka, którą polecam każdemu dziecku!

Łukasz Wierzbicki, Marianna Oklejak, Machiną przez Chiny, 175 str., Wydawnictwo Poradnia K.

piątek, 8 grudnia 2017

"Kopciuszek", "Królewna Śnieżka u krasnoludków" Gabriela Mistral


Te dwie książki zachwyciły nas swoją urodą od pierwszego wejrzenia i zaskoczyły nazwiskiem autorki. Nie spodziewałam się, że chilijska noblistka pisała książki dla dzieci. Tymczasem to prawdziwe perełki literackie. Autorka spisała znane baśnie w postaci wierszy, rymowanych wprawdzie, ale jej rymy nie są oczywiste, a rytm często się załamuje, przerywając monotonię ośmiozgłoskowca. 
Taki żar bije znad ognia,
że nadpalone ma rzęsy.
Od mycia posadzek ogromnych
garbią się stale jej plecy.
W tym miejscu ukłony dla tłumaczki, Krystyny Radowskiej, która z pewnością miała przed sobą niełatwe zadanie. Bardzo podobały mi się akcenty latynoskie, takie jak nazwanie balu w Kopciuszku, fiestą. 

To nie są bajki w stylu zinfantylizowanych i uproszczonych wersji, które mają podobno ułatwić dziecku odbiór tekstu. Mistral trzyma się grimmowskiej wersji utworów, wplatając jednak w tekst wymienione wyżej nawiązania do własnej kultury, a także niesztampowe porównania. U niej "noc rozrasta się jak kałuża", a stópka jest wielkości migdała.

Co ciekawe w swojej wersji Królewny Śnieżki autorka całkowicie rezygnuje z motywu wizyt złej królowej, która próbuje otruć dziewczynę, podczas gdy w Kopciuszku pozostaje bardzo bliska oryginału. W Śnieżce bardzo szeroko rozpracowana została scena wizyty w domu krasnoludków, którzy zaskoczeni gościem, postanawiając chronić królewnę.

Obie książki są przepięknie wydane - grube, kartonowe, surowe wręcz, okładki świetnie komponują się z kreską ilustratorów. Każda z książek została opracowana graficznie przez kogoś innego, ale ich styl jest podobny i na pierwszy rzut oka nie rozpoznałam, że to dwie różne osoby.

Zarówno moje dzieci i ja lubimy taki rodzaj ilustracji, więc z przyjemnością tylko przeglądamy te książki i cieszymy nimi oko.



Obie książki to prawdziwa gratka dla kolekcjonerów różnych wersji tych baśni oraz możliwość poznania noblistki od jej innej, mniej znanej, strony.

Gabriela Mistral, Królewna Śnieżka u krasnoludków, il. Carles Ballesteros, tł. Krystyna Radowska, Nasza Księgarnia 2017.
Gabriela Mistral, Kopciuszek, il. Barnardita Ojeda, tł. Krystyna Radowska, Nasza Księgarnia 2017. 

sobota, 2 grudnia 2017

Stosikowe losowanie 12/17 oraz 1/18 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 264 książki) - 198
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 17 książek) - 13
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 200 książek) - 23
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 219 książek) - 213
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 200 książek) - 17
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1050 książek) - 15
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 95 książek) - 81

Anna wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 264 książki) - 18
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 6 książek) - 3
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1050 książek) - 61
ZwL wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 219 książek) - 66
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 200 książek) - 2
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 219 książek) - 117
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 95 książek) - 74

sobota, 25 listopada 2017

"Marek i czaszka jaguara" Marek Kamiński, Katarzyna Stachowicz-Gacek


Z ciekawością, a może nawet z pewną dozą sceptycyzmu, sięgnęłam po tę książkę. Moja córka czyta aktualnie tylko i wyłącznie książki przygodowe, ale to jednak mój syn stał się odbiorcą tej powieści. Przez ponad miesiąc niemal codziennie czytaliśmy wspólnie wieczorem po kilka rozdziałów tej niezwykle wciągającej opowieści. 

Marek jest starszy do mojego syna, właśnie skończył piątą klasę i cieszy się na wspaniałą wyprawę do Meksyku. Ma być to wyjątkowy czas sam na sam z tatą. Niedawno w rodzinie Marka zaszły bowiem wielkie zmiany, urodziła się maleńka Zosia i rodzice zajęci są tylko i wyłącznie niemowlęciem. Marek z całego serca chce spędzić czas z tatą i odlicza dni do wyprawy. Wraz z nimi do Meksyku ma polecieć też kumpel taty - znany podróżnik i fotograf Orinoko. To ten ostatni ma szczegółowy plan zwiedzania. Dodatkowo zabierze do Meksyku pewien tajemniczy obiekt, który przechowywał znajomy profesor. Przedmiot należy do plemienia Lakandonów, a Orinoko zobowiązuje się go przekazać Indianom. Niestety cały plan się sypie. Najpierw się okazuje, że dorośli pomylili datę odlotu i nie ma już możliwości zawiadomienia, mających na nich czekać Lakandonów, potem choruje Zosia i tata nie może towarzyszyć Markowi i do tego pojawiają się tajemniczy dwaj mężczyźni w garniturach. 

Marek nie przepada za Orinoko - jego sposobem bycia, podróżowania, a przede wszystkim nie może się wyzbyć uprzedzeń wobec niego. Chciałaby podróżować z tatą, a nie z gburowatym wujkiem. Podróż od początku układa się inaczej niż chłopiec ją sobie wyobrażał - nie wolno mu zabrać komputera, Orinoko nie zapowiada żadnych wygód, a cały dobytek trzeba dźwigać samodzielnie w ogromnym plecaku. Stopniowo okazuje się, że zwiedzanie nie jest takie straszne. Podróżnicy, nieświadomi śledzących ich mężczyzn, wpadają jednak co chwilę w różne tarapaty, aż w końcu muszą się ukrywać i uciekać. Wtedy jednak Marek nie pamięta już o początkowej niechęci do towarzysza wyprawy oraz braku komputera.

Powieść naszpikowana jest mnóstwem faktów o Meksyku, informacji o zabytkach, o cywilizacjach indiańskich, o kulturze i krajobrazie. Wiadomości te jednak wplecione są w tekst, przekazywane mimochodem, tak że czytelnik połyka je przy okazji. Mój syn naprawdę dużo dowiedział się o Meksyku i ciągle konsultował trasę Marka z mapą na okładce. Z tyłu książki umieszczono bowiem mapę świata, by ukazać odległość między Polską, a Ameryką Środkową, z przodu zaś mapkę Meksyku oraz wszystkie punkty, w których bohaterowie się zatrzymali. Dodatkowo tekst wzbogacony jest bardzo klimatycznymi czarno-białymi rycinami, które bardzo mi się podobają. Naprawdę duży plus dla wydawnictwa za szatę graficzną książki! I za mapy!

Właściwie nie mogę nic zarzucić tej powieści. Czyta się świetnie, napisana jest ze swadą, akcja jest wartka, a autorzy nie koncentrują się tylko na wydarzeniach współczesnych, lecz, jak wspominałam wyżej, naprawdę wyjątkowo dobrze przemycają mnóstwo dodatkowych informacji. Jeśli miałabym się przyczepić do czegokolwiek, to może do delikatnie nachalnego morału, ale wydaje mi się, że mój syn zupełnie go nie spostrzegł. Dla niego to powieść o rodzinnej miłości, przyjaźni i odwadze. 

Bardzo ciekawa jestem czy duet autorów planuje kontynuację przygód Marka. Wyobrażam sobie, że ta powieść byłaby idealnym sposobem na przygotowanie dziecka do podróży do Meksyku i jeśli się tam wybierzemy, na pewno do tej książki wrócimy. Cieszyłabym się z podobnej książki o innych krajach, na przykład azjatyckich. A może Marek wybierze się w kolejną wyprawę?

Moja ocena: 5/6

Marek Kamińdki, Katarzyna Stachowicz-Gacek, Marek i czaszka jaguara, 352 str., Wydawnictwo Znak emotikon Kraków 2017.

Stosikowe losowanie 12/17 i 1/18

Ponieważ z końcem grudnia będę miała ograniczony dostęp do internetu, ogłaszam dziś podwójne losowanie!
Zapraszam więc do zgłaszania się do rundy grudniowej i styczniowej! Pary rozlosuję 1 grudnia, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Proszę podajcie mi czy do obu rund powinnam wziąć pod uwagę tę samą liczbę książek w stosie.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

czwartek, 23 listopada 2017

"Dziennik Franciszki Krasińskiej" Klementyna Hoffmanowa


Po raz pierwszy zdecydowałam się na udział w Pikniku z Klasyką, organizowanym przez Pierogi Pruskie oraz Czytam to i owo, niestety nie udało mi się przeczytać książki na czas, więc moja recenzja ukazuje się z dwudniowym opóźnieniem. Zaciekawiła mnie wybrana przez organizatorki książka, a także jej autorka. 
Nigdy nie słyszałam wcześniej o Klementynie z Tańskich Hoffmanowej, która nota bene, dziś obchodziłaby urodziny. Ta wszechstronna kobieta prowadziła, jak na ówczesne czasy, bardzo światowe życie. Nigdy nie słyszałam o pisanych przez nią książkach dla dzieci, a była przecież prekursorką na tym polu. Co więcej wydawała nawet czasopismo dla dzieci! 

Dziennik Franciszki Krasińskiej opisuje dzieje prawdziwej postaci historycznej, polskiej szlachcianki, która potajemnie zawarła małżeństwo z synem króla Augusta II Sasa. Autorka stworzyła jej fikcyjny dziennik, pragnąc ukazać życie młodych kobiet, szlachcianek, w XVII wieku. Udało jej się to wspaniale. Poznajemy Franciszkę jako nastolatkę, kochającą głęboko rodziców, cieszącą się każdym dniem na zamku. Jej oczyma obserwujemy polowania, uczty, święta oraz przygotowania i ślub jej starszej siostry. Franciszka jest pełna oczekiwań, mam ogromny apetyt na życie, jest pełna energii i entuzjazmu, a zarazem darzy rodziców pełnym zaufaniem i żyje całkowicie według ich i boskiej woli. 

Cezurę w życiu dziewczyny stanowi wyjazd do Warszawy, gdzie rozpoczyna naukę na najlepszej pensji dla dziewcząt, a potem zamieszkuje u księżnej wojewodziny, z którą jest spokrewniona. To właśnie wtedy poznaje warszawski świat, bale, spotkania, stroje. I oczywiście Karola, królewskiego syna. 

Hoffmanowa w krótkich wpisach świetnie oddaje ówczesny styl życia, mentalność, troski, a przede wszystkim konwenanse. Równocześnie obserwujemy dojrzewanie Franciszki, powolne stygnięcie jej entuzjazmu do życia, powolne rozgoryczenie, narastający smutek i tęsknotę. Kończące książkę listy przedstawiają kobietę, którą los rzucił daleko od rodziny, niezbyt szczęśliwą.

Bohaterka dziennika to na swoje czasy kobieta wykształcona, obyta, a jednak całkowicie zamknięta w swoim świecie. Jej światopogląd nie wybiega dalej niż stroje, robótki ręczne, uroda, rodzina. Wielokrotnie potwierdza zainteresowanie losem Polski, aczkolwiek w listach niewiele z faktycznie gruntownego zainteresowania widać. Z drugiej strony pamiętać trzeba, że jest to jednak kreacja autorki i jaka naprawdę Franciszka była, nie wiemy. Ta książka potwierdza rzeczywiste oderwanie od siebie poszczególnych warstw społecznych. Świat Krasińskiej jest całkowicie zamknięty, jej późniejsze problemy finansowe nie budzą współczucia u czytelnika, która ma szerszy ogląd ówczesnego życia w Rzeczpospolitej. Zaskakujący jest brak jakiegokolwiek uświadomienia młodych kobiet, ich ślepe zaufanie w wolę rodziców i wiarę w dobroć przyszłego męża, aczkolwiek nie są to dla mnie fakty całkiem nowe.

Dla mnie to była przede wszystkim przyjemna lektura, zdecydowanie poznawcza - bo jednak obraz życia młodej szlachcianki naszkicowany jest niezwykle umiejętnie, ponadto nie znałam wcześniej losów ani autorki, ani jej bohaterki. Bardzo podobał mi się język - z przyjemnością przypomniałam sobie wiele staropolskich słów, czytałam jednak, nie korzystając z umieszczonego na końcu słowniczka (mankament ebooków). 

Moja ocena: 4/6

Klementyna Hoffmanowa, Dziennik Franciszki Krasińskiej, 188 str., Wolne Lektury.

piątek, 17 listopada 2017

1945. Wojna i pokój" Magdalena Grzebałkowska


Mimo że od wojny dzieli mnie jedno pokolenie, jestem dzieckiem wojny. Dorastałam słuchając o niej i o roku wyzwolenia. Towarzyszyły mi historie trudne - babcia opowiadała o wojnie na Śląsku, o lęku przed nadejściem Rosjan, o marszu śmierci z Auschwitz. Przyjmowałam te opowieści bezwiednie, nasiąkałam nimi, były dla mnie naturalne, choć ich groza wyzwalała niezdrową ciekawość, każącą pytać o jeszcze i jeszcze. Potem w innej części Polski poznałam chłopaka, syna znajomych mojej drugiej babci, który czterdzieści lat po wojnie z pasją zbierał części umundurowania, czapki, łuski nabojów. W międzyczasie odbyłam traumatyczną dla mnie wycieczkę do Auschwitz, której nie zapomnę chyba nigdy. Jako dorosła osoba wysłuchałam opowieści teściowej, która jako młoda kobieta wypędzona została wraz z rodziną z gospodarstwa w ówczesnych Prusach Wschodnich. Skutki tej traumy widziałam u niej aż do jej śmierci. Odwiedziłam z nią jej rodzinną wioskę, tuż pod rosyjską granicą - nadal zrujnowaną, zachwaszczoną, martwą. 

Rok 1945 nie był rokiem radości i szczęścia. To nie była trwająca cały rok wiosna z budzącym się do życia nowym światem. To był nadal czas rozpaczy, zgryzoty, rozstań i śmierci. Nie miał nic wspólnego z celebrowanym na szkolnych akademiach Dniem Zwycięstwa. Wciąż był rokiem tułaczki, ukrywania się, biedy, głodu, szukania, mordowania, odwetu. Grzebałkowska przedstawia świat, który po części znałam z opowiadań, systematyzując go dla mnie, dzieląc na rozdziały, a przede wszystkim poszukując spojrzenia totalnego. 

To nie jest książka o Polakach, nie jest także o Niemcach. To książka o tym jednym roku. Miesiące przesuwają się przed naszymi oczami wraz z tobołami, pierzynami, rozczochranymi i głodnymi ludźmi, przepychanymi z kąta w kąt, ze stacji, na stację. Migają obrazy tych, którzy odwiedzali opuszczone wioski, by umeblować swoje, często wypalone domy. Widzimy pisane kredą informacje o (tymczasowym) miejscu pobuty, karteluszki z rozpaczliwymi prośbami o wiadomości o bliskich. Obserwujemy powstające sierocińce, czytamy setki gazetowych ogłoszeń. Otwarto sklep, podejmuje się usługi krawieckie, tworzy się chór, ruszamy na Ziemie odzyskane, a między tym, jak litania - oddam dziecko za swoje, zdrowy niemowlak do oddania, przyjmę sierotę, przyjmę kilkuletnią dziewczynkę, oddam noworodka, szukam synka, szukam zaginionego malucha. 

Ogrom opisywanego przez Grzebałkowską cierpienia przytłacza, tak samo jak zagmatwane losy ludzkie - Polaków, Niemców, Ślązaków, Kaszubów, Ukraińców, Żydów. Nie sposób przepracować takiej traumy w kilkadziesiąt lat. My (autorka i ja na przykład), urodzeni, trzydzieści - czterdzieści lat po wojnie, nadal jesteśmy jej dziećmi, nadal nosimy w sobie tę traumę, najczęściej podświadomie. Dlatego tak bardzo dotknęła mnie ta książka, dlatego uparcie sięgam po pozycje tematycznie związane z wojną. 

Grzebałkowska kolejny raz napisała świetny reportaż - co ciekawe, starała się ująć temat z wielu perspektyw (co znakomicie jej wyszło), równocześnie zostawiając niewielki, ale bardzo istotny, skrawek dla siebie i swojej rodziny.

Moja ocena: 6/6

Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i Pokój, 420 str., Agora Warszawa 2015.

wtorek, 14 listopada 2017

"Basia i basen" Zofia Stanecka, Marianna Oklejak


Basia nie przestaje nas zachwycać i bawić. Mój syn ma już osiem lat i nadal czyta wszystkie Basie. Ma swoje ulubione tomy, a Basia i basen do nich ostatnio dołączyła. Zaraz wam opowiem, dlaczego.
Pierwszy raz przeczytałam tę książkę właśnie jemu oraz jego dziewięcioletniej (!) kuzynce i sześcioletniemu kuzynowi. Wszystkie dzieci jednogłośnie śmiały się w tych samych momentach. Zanim jednak do tego doszło, dowiedziały się, że mama Basi się rozchorowała i że nie należy jej budzić, bo sen leczy nawet lepiej niż tata. Pracujący ciągle tata okazał się być optymistą w kwestii spędzania czasu wolnego z dziećmi i zdecydował się zabrać je na basen. Z takimi samymi zjeżdżalniami jak w Żorach, stwierdziły dzieci.

A na basenie, jak to na basenie, dużo się dzieje. Można się na przykład niemal śmiertelnie skaleczyć, tak bardzo, że aż poleci krew. Można też poczynić ciekawe obserwacje. O grzybicy, o rekinach i o rysuneczkach na rękach. Te ostatnie stały się naszym rodzinnym hitem i syn ciągle je przypomina. Nasz tata także nie ma takich ładnych rysuneczkach, ale jak Basia, mimo to lubimy.



Zjeżdżalnie okazują się być próbą dla dzieci, każde z nich musi zebrać się na odwagę, by wskoczyć do ciemnej rury. Doświadczenie, które zapewne podzieli wiele czytelniczek i czytelników. 

A co z mamą? Spokój, sen i cisza pomogły jej odrobinę dojść do siebie. W przeciwieństwie do taty oczywiście!

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i basen, 24 str., Literacki Egmont 2017.

sobota, 11 listopada 2017

"Miasto świętych i złodziei" Natalie C. Anderson


Sangui jest sporym miastem w Kenii. Mieszkają tu ludzie bogaci, bardzo bogaci, biedni, bardzo biedni i tacy, którzy nie mają niczego. Jest też Tina - sierota, żyjąca na opuszczonym strychu. Dziewczyna należy do bandy Goondan, jest niemal idealną złodziejką. Jest sprytna, zwinna, niewielka i niewidzialna - jednym słowem Drobinka. Tina nie bez przyczyny dołączyła do szajki - ma bowiem pewien plan, plan zemsty. Kilka lat wcześniej zginęła jej matka. Dziewczyna nie jest całkowicie pewna w jaki sposób ale podejrzewa, że zabił ją jej chlebodawca, a zarazem kochanek. Ma ku temu przesłanki, ponieważ dzień wcześniej przypadkowo była świadkiem kłótni między nimi.

Pan Greyhill zatrudnił matkę Tiny, która uciekła przed prześladowaniami we wschodnim Kongu. Tina była wtedy małą dziewczynką. Później dołączyła do niej Kitty, nieślubne dziecko pana G. Po śmierci matki Tina ma tylko siostrę, którą kocha nad życie i dla której zrobi wszystko. Całe jej życie podporządkowane jest zapewnieniu bezpiecznego życia dziewczynce, która przebywa w przyklasztornej szkole z internatem oraz planom zemsty na domniemanym zabójcy matki.

Gdy Tina wreszcie w długo planowanej akcji dostaje się do niezwykle intensywnie strzeżonego domu pana Greyhilla, okazuje się, że nie wszystko jest takie oczywiste. Przede wszystkim podczas kopiowania danych z laptopa bogacza, zostaje nakryta przez jego syna. Tina nie widziała Michaela od momentu pogrzebu matki i opuszczenia rezydencji. Z chłopcem łączy ją jednak wspólne dzieciństwo i przyjaźń, chcąc nie chcąc opowiada mu więc o swoim planie wykrycia mordercy matki. Chłopak nie chce uwierzyć w winę ojca i decyduje się na wspólne śledztwo. Początkowo jest one podszyte wzajemnym brakiem zaufania i odkrywaniem zmian, jakie nastąpiły w nich przez ostatnie lata. Nastolatkowie stopniowo odkrywają, że wspólny front jest konieczny, zwłaszcza, gdy dotrą do targanego wojną domową Konga.

To powieść o dorastaniu, o odkrywaniu własnej tożsamości i przeszłości, a także o trudnej sytuacji politycznej we wschodnim Kongu, która ma ogromny wpływ na życie kobiet. Anderson opisuje tereny, gdzie panuje samowola i bezprawie, a głównym celem jest bogacenie się za wszelką cenę. Bogacą się politycy, jak i zachodni przedsiębiorcy, którzy nadal traktują Afrykę jak kolonię. Chętnie dowiedziałabym się więcej o tle zamieszek w Kongu oraz pobudkach poszczególnych grup, zwalczających się na tych terenach. Autorka skoncentrowała się przede wszystkim na cierpieniu kobiet, za co jej chwała, wyobrażam sobie jednak, że mogła pogłębić to tło.

Mam zresztą jeszcze inne zarzuty wobec tej powieści. Przede wszystkim nie ujął mnie język Anderson. Fragmentami wydał mi się być zbyt prosty, dziecinny wręcz. Przez pierwszą połowę książki akcja wlekła się i zabrakło mi dynamiki w jej prowadzeniu. Druga część tymczasem okazała się być typowym pageturnerem, aczkolwiek bardzo łatwo domyśliłam się rozwiązania zagadki. Z drugiej strony jest to powieść skierowana raczej do młodzieży i sądzę, że język autorki ma większe szanse trafienia właśnie do tej grupy wiekowej.

Najbardziej jednak rozczarowała mnie okładka. Gdyby nie to, że książka została mi polecona oraz że zainteresowało mnie tło geograficzne akcji, nigdy bym po nią nie sięgnęła. Zachód słońca, baobab, żyrafa i profil afrykańskiej piękności nijak mają się do treści powieści, za to spełniają każdy, najbardziej nudny, stereotyp o Afryce.

Powieść podsunę mojej córce, myślę, że ma spore szanse jej się spodobać - ze względu na wyraziste charaktery (oprócz Tiny i Michaela, jest jeszcze Boyboy, który jest kolorowym ptakiem, nie przystającym do żadnej grupy) oraz wyżej wymienione ramy geograficzno-polityczne.

Moja ocena: 4/6

Natalie C. Anderson, Miasto świętych i złodziei, tł. Marta Weronika Najman, 464 str., Wydawnictwo Initium, Kraków 2017.

piątek, 3 listopada 2017

Stosikowe losowanie 11/17 - pary

Marianna wybiera numer książki dla Zwl (w stosie 1010 książek) - 575
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 220 książek) - 188
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 108 książek) - 3
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 29 książek) - 14
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 170 książek) - 17
McDulka wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 196 książek) - 111

niedziela, 29 października 2017

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłana Aleksijewicz


Jestem pacyfistką, nienawidzę wojny, ani niczego, co w jakiś sposób związane jest z wojskowością. Nigdy nie kupiłam dzieciom ubrania, którego wzór w jakikolwiek sposób przypominałby moro, nigdy nie zachęcałam ich do zabaw, imitujących wojnę, nie kupowałam militarnych zabawek i zabraniałam innym, darowania im takich. Nigdy nie byliśmy na żadnych paradach, ani pokazach wojskowych. Czytając reportaż Aleksijewicz jeszcze bardziej utwierdzałam się w tym przekonaniu, a ostatnia wypowiedź w książce dosłownie mnie zamurowała. Słowa tej kobiety oddają dokładnie to, co powyżej napisałam i co kotłowało się w mojej głowie podczas lektury.

Opowieści wojenne kobiet w żaden sposób nie przypominają męskich. Pamiętam, jak wypytywałam dziadka o wojnę i jak on wspominał nazwy jednostek, miejsca, przesunięcia, obozy, ale mnie wtedy  interesowało, co się działo w okopach, co czuł i jak przeżył pobyt w wojsku. Mimowolnie miałam więc spojrzenie kobiece, takie, jakie opisuje Aleksijewicz. Jej kobiety nie wspominają bowiem nazw jednostek, ani wielkich bitw, opowiadają za to o codzienności na wojnie. Niemal wszystkie z nich zostały żołnierkami jako młodziutkie dziewczyny, często dopiero szesnastoletnie. Większość z nich zaciągnęła się na własną prośbę, a często musiały o pozwolenie dostania się do pierwszej linii walczyć. Pełne idealizmu nastolatki pragnęły bronić ojczyzny, nie miały żadnego wyobrażenia wojny, ani konkretnej wiedzy o wojsku. Pierwsze spotkanie z frontem było dla nich szokiem ale największa trauma nadchodziła zawsze dopiero po zwycięstwie. Życie w czasie wojny toczyło się na adrenalinie, kobiety spełniały swoje zadania, nie zastanawiając się, ani nie analizując. 

Aleksijewicz przeplata wypowiedzi kobiet, grupuje je tematycznie, tworząc w ten sposób reportaż ciekawy i unikając monotonii. Wspomnienia są krótkie, ale nie muszą być rozwlekłe, by poruszyć czytelnika. Kobiety opowiadają o tęsknocie za kwiatami, poczuciem kobiecości, brakiem domu, w czasie wojny borykały się z zupełnie innymi problemami niż mężczyźni. Armia nie była przystosowana na przyjęcie dziewczyn - brakowało dla nich strojów, nie tylko o żeńskim kroju, ale także w odpowiednim rozmiarze, nie miały podpasek, możliwości mycia bardzo długich włosów, często były jedyną kobietą w wąskim i ciasnym okopie. Wraz z obcięciem włosów i przywdzianiem męskiego munduru traciły kobiecy chód, zwyczaje, a nieczęsto i miesiączkę. Oprócz przyziemnych problemów, trawiła je tęsknota za pozostawionymi dziećmi, martwiły się o matki, rodzeństwo. 

Co ciekawe, kobieca wizja wojny, nie była pożądana. W Związku Radzieckim obowiązywały wspomnienia bohaterów, pozbawione opisów głodu, wszy, krwi i wszystkiego, co mogło im ująć godności. Wypowiedzi kobiet często były cenzurowane już przez ich mężów. Aleksijewicz jako pierwsza oddała im głos, szukając wspomnień, na które odważały się tylko, gdy poczuły się pewnie, gdy wytworzyła się intymna atmosfera. 

Ten reportaż Białorusinki stylistycznie bardzo przypomina dwie jej książki, które już czytałam. Ponownie największym atutem jest przeźroczystość autorki, jej umiejętność słuchania oraz takiego doboru opowieści, by stworzyły spójną i nie przeładowaną całość. Przyznam, że po raz kolejny podczas lektury reportażu Aleksijewicz, musiałam walczyć ze łzami i po raz kolejny, musiałam przerywać czytanie, by zaczerpnąć tchu.

Moja ocena: 5/6

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tł. Jerzy Czech, 352 str., Wydawnictwo Czarne 2010. 

czwartek, 26 października 2017

"Das Joshua-Profil" Sebastian Fitzek


Nikt nie nadaje się lepiej do słuchania w samochodzie niż Fitzek :) Kilka tygodni temu sięgnęłam więc po tę powieść i już na pierwszych stronach czekało na mnie spore zaskoczenie. Autor rozpoczyna od cytatu z powieści Die Blutschule (Szkoła krwi), której autorem jest główny bohater tego thrillera, czyli Max Rhode. Zupełnie nie zaskoczyłam, że tuż przed wydaniem Das Joshua-Profil, faktycznie ukazała się taka powieść. Na szczęście można obie te książki czytać osobno, aczkolwiek te powiązania są świetnym, dodatkowym smaczkiem i na pewno sięgnę teraz po Blutschule

Max Rhode jest autorem thrillerów, niestety niezbyt poczytnym. Po pierwszym sukcesie, czyli wyżej wymienionej książce, nie potrafi stworzyć równie dobrej powieści. Max wychowuje przysposobioną córkę Jolę, którą bardzo kocha, jego małżeństwo z Kim znajduje się natomiast w rozkładzie. Jest jeszcze brat - Cosmo - który, skazany za pedofilię, przebywa w zakładzie zamkniętym. 
Historia rozpoczyna się w momencie, gdy w domu Maksa zjawiają się pracownicy urzędu do spraw dzieci z rozporządzeniem, wg którego Jola ma wrócić do biologicznych rodziców. Okazuje się, że wysyłano listy i zaproszenia na rozmowy, ale żaden z nich nie dotarł do Maksa i Kim. Równocześnie Maks spotyka na swojej drodze dziwne osoby, które ostrzegają go przed Joshuą. Pisarz wpada w macki dziwnej organizacji, jego życie zamienia się w chaos, a przede wszystkim traci swoją ukochaną córkę. Czytelnik natomiast wodzony jest na manowce i traci przekonanie, czy Max faktycznie jest takim kochającym ojcem i przykładnym obywatelem, za jakiego się podaje. 

Fitzek, podobnie jak w thrillerze Noah, zasadza intrygę na problemie socjopolitycznym. Tym razem zachęca czytelnika do rozważania kwestii prewencji przestępczości. Nie napiszę więcej, bo temat ten staje się jasny dopiero pod koniec książki. Główna część to akcja, szybkie dialogi, pościgi i poczucie bycia w matni. Najbardziej zaskakujące jest zakończenie - pozornie przewidywalne. Słuchając książki, nie wiedziałam ile stron pozostało do końca i gdy sądziłam już, że intryga została doprowadzona do końca, Fitzek po raz kolejny udowodnił, że potrafi zwodzić czytelnika, jak nikt inny.

To kolejny wciągający thriller Niemca, dodatkowe tło i problematyka są jego atutem, aczkolwiek ja chyba wolę typowe psychothrillery Fitzka, bez dodatkowego morału.

Moja ocena: 4/6

Sebastian Fitzek, Das Joshua-Profil, czyt. Simon Jäger, 432 str., Lübbe Audio.

Stosikowe losowanie 11/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy listopadowej! Pary rozlosuję 1 listopada, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

czwartek, 19 października 2017

"City Crime - Vermisst in Florenz" Andreas Schlüter


Musiałam przeczytać tę książkę, po tym jak zachwycona była nią moja córka. To był dla niej strzał w dziesiątkę, podczas lektury zaśmiewała się i nie mogła się od niej oderwać. Gdy tylko miała okazję kupiła wszystkie tomy tej serii.

Seria Schlütera, jak sam tytuł wskazuje, to powieści kryminalne dla młodszych nastolatków. Głównymi bohaterami jest rodzeństwo - jedenastoletni Finn i jego starsza siostra Joanna. Dziewczyna mieszka z tatą we Florencji. Tata jest malarzem i we Włoszech przebywa na stypendium. Finn został z mamą, w Niemczech. Między rodzicami niezbyt dobrze się układa, więc stypendium jest dobrą okazją na nabranie dystansu do konfliktów. Finn i Joanna jednak tęsknią za sobą i bardzo chcą, by rodzice jak najprędzej wrócili do siebie. 
Finn i mama za kilka dni po raz pierwszy od rozstania wylatują do Florencji. Dzieci nie mogą doczekać się spotkania, tymczasem we Włoszech dzieje się coś dziwnego. Znika tata, ale Joanna nie chce poinformować o tym mamy, bojąc się, że zaginięcie stanie się kolejnym argumentem w nieustających konfliktach. W sprytej rozmowie, udaje się jej przekonać mamę, że Finn musi przylecieć wcześniej i pojechać z nią na wyjątkowy obóz. Nie podejrzewająca niczego rodzicielka przebukowuje lot chłopca i Finn rusza w objęcia przygody.

We Florencji okazuje się, że tata najprawdopodobniej coś odkrył, bądź odnalazł skarb i dlatego został porwany. W swojej pracowni pozostawił jednak tajemniczy notes ze wskazówkami, które Joanna bezskutecznie próbowała sama rozwikłać. Dzieci decydują się na samotne poszukiwania taty, krok po krok rozszyfrowują notatki i wyruszają w miasto. Finn w ten sposób poznaje Florencję, jej zaułki i zabytki, a także skonfrontowany zostaje z Włochami i ich językiem. Dzieciom pomagają bowiem w poszukiwaniach mieszkańcy tego miasta - Andrea, którego Finn poznał w samolocie oraz grupa miejscowych złodziejaszków!

Książka naszpikowana jest językiem włoskim, wiele zwrotów świetnie wplecionych jest w dialogi, a na końcu autor zamieścił słowniczek podstawowych słówek. Akcja toczy się bardzo wartko, choć nie brak tu nieścisłości, czy uproszczeń. Nie jestem pewna, czy są one zauważalne tylko dla dorosłego czytelnika, córka bowiem nie miała żadnych zastrzeżeń. Schlüter bardzo sympatycznie naszkicował charaktery głównych bohaterów - rodzeństwo ma ze sobą dobry kontakt, a dzięki wspólnej przygodzie jeszcze bardziej zacieśniają się ich więzy.

Myślę, że teraz rozumiem, dlaczego ta książka tak dobrze trafiła w gust mojej córki. To naprawdę kawałek świetnie napisanej literatury przygodowej.

Andreas Schlüter, City Crime - Vermisst in Florenz, 192 str., Tulipan Verlag 2013.

wtorek, 17 października 2017

"Matka Makryna" Jacek Dehnel


Przyznam, że nie słyszałam wcześniej historii Makryny Mieczysławskiej, rzekomej przełożonej klasztoru bazylianek w Mińsku. Dehnel nie tylko o niej słyszał, ale poświęcił jej kilka lat dogłębnych badań i stworzył dzieło totalne i kompletne, przedstawiając tę niezwykłą osobowość.

Makryna to bowiem Irena Wińczowa, najprawdopodobniej z pochodzenia Żydówka, która urodzona w biednej i wielodzietnej rodzinie, szybko opuszcza dom, by sama zarabiać na swoje utrzymanie. Przypadkiem poznaje rosyjskiego oficera Wińcza, który po ślubie robi sobie z niej worek treningowy. Regularnie katowana kobieta traci wiarę w świat, życie i ludzi. Gdy Wińcz umiera, tuła się bez grosza przy duszy, aż trafia do klasztoru, gdzie pomaga jako kucharka. Nie wiadomo kiedy rodzi się pomysł poddawania się za przełożoną bazylianek. Kobieta zapewne nadal nie jest rozpieszczana przez życie, przypadkowo zostaje uznana za zakonnicę i na tej bazie tworzy swoją legendę. Materiału do gawęd dostarcza jej spotkanie z bazyliankami, które zmuszane było do konwersji na prawosławie. Irena tworzy szczegółową historię ich męczeństwa, wymyślając przeróżne tortury jakim mniszki rzekomo zostały poddane. 
Kobieta trafia do Francji, gdzie staje się ówczesną celebrytką, uwielbianą przez tęskniącą za nieistniejącą Polską, emigrację. Makryna opowiada swoją historię setki razy, która pada na podatny grunt wśród nienawidzących cara Polaków. Jej sława zaprowadza ją aż do stóp samego papieża.

Dehnel prowadzi narrację kilkutorowo - równolegle przedstawia opowieść Makryny i Wińczowej, tak że ja, jako osoba nie znająca tej historii i nie przygotowana merytorycznie do lektury, z ciekawością podążałam za akcją, zastanawiając się, co połączy obie kobiety. Relacje są niezwykle autentyczne, dzięki mistrzowskiemu językowi, pełnemu archaizmów i dopasowanemu do poziomu wykształcenia Wińczowej. Z podziwem przewracałam wirtualnie kolejne strony, nie mogąc wyjść z podziwu nad udaną stylizacją. Dzięki językowi, wierzyłam w każe słowo autora i także dzięki językowi, nie przerwałam lektury. Muszę szczerze przyznać, że rozważałam przerwanie książki, bo jednak powieść jest bardzo obszerna i w pewnym momencie stała się nużąca. O ile wymyślona historia martyrologii zakonnic była fascynująca, to opisy kolejnych spotkań z dostojnikami, pisarzami i polską arystokracją po pewnym czasie zaczęły się zlewać w jedno. 

To naprawdę fascynująca, a przede wszystkim mistrzowsko skonstruowana i napisana powieść. Cieszę się, że dotrwałam do końca, a przede wszystkim, że poznałam powieść Makryny.

Moja ocena: 5/6

Jacek Dehnel, Matka Makryna, 400 str., WAB 2014.

niedziela, 15 października 2017

"Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku" Roberto Santiago


Kolejna książka, czytana wspólnie z synem - niespodziewany prezent, który musiał zostać przeczytany w pierwszej kolejności. Przyznam, że mnie ta publikacja niezbyt się podobała, natomiast synowi zdecydowanie bardziej.

To już szósty tom o przygodach Najfutbolniejszych - drużyny piłkarskiej Soto Alto z niewielkiego hiszpańskiego miasteczka. Tym razem dzieci wyjeżdżają do Szkocji - trener drużyny jest Szkotem i zorganizował wyjazd na tajemniczy Turniej Sześciu Klanów. Hiszpanie zupełnie nie wiedzą o co turnieju chodzi i przekonani są, że będą w Szkocji grać w piłkę. Tymczasem trafiają na pustkowie, do starego zamczyska, w którym straszy duch. Do tego zaraz po przybyciu muszą wziąć udział w pierwszej, wcale niełatwej, konkurencji. Drużyn jest sześć i po każdych zawodach odpada jedna, reguły są jasne i niezachwiane. Przewagę mają oczywiście zawodnicy szkoccy, należący do klanu MacLeodów i broniący tytułu. 

Narratorem powieści jest Łamaga, jeden z członków Najfutbolniejszych. Chłopak staje się ofiarą zamkowego ducha, który podrzuca mu czarne krzyże. Dzieci próbują na własną rękę wyśledzić ducha, co oczywiście dostarcza im wiele nieplanowanych przygód. W obliczu niebezpieczeństwa zacieśnia się przyjaźń między nimi, a nawet następują pierwsze wyzwania miłosne - w drużynie jest przecież kilka dziewczyn. 

Autor zadbał o wartką akcję, różnorodne charaktery (w drużynie jest łamaga, maruda, dowcipniś), szkockie realia (aczkolwiek dość stereotypowe) oraz zaskakujące zaskoczenie. Dlaczego więc nie podobała mi się ta książka?

Przede wszystkim nie byłam w stanie strawić jej stylu. Dominują w niej krótkie zdania, każde z nich zaczyna nową linijkę, także graficznie nie widać jednolitego testu tylko szereg zdań, wyglądających jak podpunkty. Denerwowały mnie ciągle powtórzenia - co kilka stron autor powtarzał gdzie dzieci są, co to za turniej, co się wydarzyło. Jak w serialu albo telewizyjnym show. Nawet w dialogach ciągle powtarzane są te same informacje, tym bardziej, że Szkoci mówią po angielsku i jedna z osób stale tłumaczy. Taki sposób pisania przywoływał mi na myśl tylko jedno słowo - sieczka. Popatrzcie sami:

Znienacka wyskoczył ogromny cień.
Pochodnia nagle zgasła.
Telefon wypadł mi z ręki na posadzkę.
Coś mnie prawie stratowało.
Przeleciało jak na złamanie karku.
Z przeraźliwym hałasem.
Przpadłem do ziemi i zasłoniłem twarz.
I chyba też przeraźliwie wrzasnąłem.
Ale nie jestem tego pewien.
Minęła krótka chwila.
Gdy otworzyłem oczy, od razu go zobaczyłem.
Tuż obok mnie.
Na podłodze.
Czarny krzyż.
Tak wygląda cała książka. Serio. Nie zdawałam sobie sprawy, że można w ogóle tak pisać! Mojemu synowi to nie przeszkadzało, ale mnie przy czytaniu trafiał... Przemilczę może, co mnie trafiało. Zakładam, że taki styl ma zachęcić do lektury dzieci, które za czytaniem nie przepadają. I być może nawet zachęca, zwłaszcza, że kilka razy rozdziały przedstawione są w formie komiksu. Sama w efekcie nie wiem, czy lepiej, by dzieci czytały takie książki, czy by nie czytały wcale. 
Sama treść też nie jest specjalnie odkrywcza - jest wprawdzie akcja, są uczucia, ale wszystko to jest jakieś takie płaskie i niezbyt odkrywcze. 

Moja ocena: 3/6

Roberto Santiago, Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku, tł. Jan Wąsiński, 319 str., finebooks 2016.

sobota, 14 października 2017

"Chata" William Paul Young



Ostrzegali mnie, nie czytaj, zniechęcali i radzili, ale ja się uparłam. Trzeba było słuchać mądrzejszych, bo przeczytanie Chaty jest niemałym wyzwaniem. O ile początek jest jeszcze do zniesienia, to po otrzymaniu przez głównego bohatera zaproszenia jest po prostu źle.

Young w pierwszej części dość oględnie szkicuje historię rodziny Mackenziego. Ojciec piątki dzieci, były student teologii, prowadzi normalne życie do momentu wyprawy na kemping. Mackenzie wybiera się z trójką najmłodszych na weekend w głuszy. Gdy Kate i Josh wywracają się z kajakiem i ojciec zajęty jest ratowaniem syna, znika najmłodsza dziewczynka. Poszukiwania są bezowocne, córka najpewniej stała się kolejną ofiarą seryjnego porywacza i mordercy, który uprowadził już kilka podobnych dziewczynek, za każdym razem pozostawiając w miejscu zdarzenia spinkę z biedronką. Policja jest bezradna, rodzina wpada w rozpacz. Ten wątek mógłby być o wiele bardziej rozbudowany, autor jednak koncentruje się na innych wydarzeniach.

Kilka lat później Mackenzie znajduje w skrzynce dziwny list - to zaproszenia na weekend do chaty, gdzie znaleziono zakrwawioną sukienkę porwanej dziewczynki. Najbardziej zaskakujący jest jednak adresat listu, którym jest tata. Mackenzie źle wspomina swojego ojca, który maltretował go w dzieciństwie, lecz to nie on wysłał list. Jego żona w ten sposób określa Boga. Ciekawość każe mężczyźnie zdecydować się na tę nietypową podróż. Gdy przybywa na miejsce, zastaje w chacie trzy osoby, uosabiające świętą Trójcę. W dalszej części powieści Young opisuje rozmowy, jakie Mackenzie prowadzi z Bogiem, Jezusem i Duchem świętym. Gdybym czytała tę książkę, zapewne rzuciłabym ją w tym momencie w kąt. Jadąc samochodem nie mogłam jednak wyłączyć audiobooka, więc tym sposobem kontynuowałam lekturę. Dyskusje między członkami Trójcy i Mackenziem były jednak tak nudne i naiwne, że miałam trudności z utrzymaniem koncentracji. 

Reakcje Mackenziego często mnie śmieszyły, kreacja Boga i Ducha świętego zresztą też. Young zadbał o polityczną poprawność oraz o to, by książka zadowoliła każdego czytelnika, niezależnie od rady i miejsca zamieszkania. Zakładam, że czytelnik tej książki musi mieć w sobie gotowość do przyjęcia takich prawd objawionych, a pewnie i głęboką wiarę, choć nie wiem czy w tym ostatnim wypadku rewelacje Younga są do przełknięcia. Dla mnie, w każdym razie, były jednym wielkim bełkotem uwieńczonym naiwnym i na siłę spektakularnym zakończeniem.

Moja ocena: 2/6

William Paul Young, Die Hütte, tł. Thomas Hörden, 301 str., czyt. Johannes Steck, Hörbuch Hamburg 2016.