niedziela, 31 sierpnia 2008

"Pan Lehmann" Sven Regener


Pan Lehmann mieszka w Berlinie, konkretnie na Kreuzbergu. Już od dziewięciu lat i czuje się tam świetnie. Pracuje w jednej z knajpek Erwina, śpi w dzień i kręci się w swoim mikrokosmosie, który obejmuje tylko Kreuzberg 36. Jego świat jest zaburzony, gdy musi przejść przez jedną z ulic Neukölln, by dostać się do niemiłosiernie nudnego Kreuzbergu 61. Wyjazd do Charlottenburga jest już wyprawą. Franka Lehmann poznajemy tuż przed jego trzydziestymi urodzinami. Znajomi, pracujący w lokalach Erwina nazywają go Panem Lehmannem, ze względu na stateczny wiek, a Frank poznaje Katrin, w której się zakochuje i dowiaduje się, że do Berlina wybierają się rodzice. Ty wszystkie wydarzenia zmieniają uporządkowane życie bohatera. Frank swoje trzydzieste urodziny będzie obchodził 9 listopada, w dniu, w którym rozpadł się berliński mur.
Regener opisuje szczegółowo ulice Kreuzbergu, knajpy, życie bohaterów, które toczy się od jednego piwa, do drugiego piwa. Przez pierwszych niemal sto stron trudno było mi odnaleźć cokolwiek interesującego w tej historii. Jedynie opisy znanych mi miejsc trzymały mnie przy lekturze. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się do stylu Regnera i doczytałam książkę do końca, nie znajdując w niej jednak niczego dla siebie. Styl Regnera nie jest łatwy - buduje on kolosalnie długie zdania, które mają śledzić tok myślenia Lehmanna. A tok ten często zakłócony jest przez alkohol i różne dziwne wydarzenia. "Głębokie" filozoficzne przemyślenia i dialogi bohaterów były dla mnie często tylko bełkotem podchmielonych błękitnych ptaków żyjących z jednego dnia na drugi:
"Er kommt sich noch großzügig dabei vor, wenn er die Leute zum Schnapstrinkenüberredte, dachte Herr Lehmann, dabei tut er das bloß, um selbst Vorwand zum Saufen zu haben, aber andererseits, dachte er, ist es auch nicht richtig, am Ende ist man immer selber schuld, wenn man Schnaps trinkt."


Jakoś nie mam szczęścia do wyzwaniowych książek, żadna dotąd mnie nie zachwyciła. Na razie robię przerwę i wracam do literatury islandzkiej.

31 sierpnia Blog Day - Dzień Blogu

Dziś blogowicze mają swoje święto. Tradycją tego dnia jest polecenie pięciu blogów, nie związanych tematycznie z własną dziedziną, które się czyta. Sęk w tym, że czytam li tylko blogi książkowe. Tak więc siłą rzeczy muszę się ograniczyć tylko do nich. Zaglądam na wszystkie, które mam w zakładkach. Zwrócić uwagę muszę jednak na blog prowincjonalnej nauczycielki, dzięki której bardziej zajęłam się swoim blogiem i poznałam świat książkowych blogów. Bardzo lubię również czytelnię, miasto książek, blog chihiro oraz bibliomanię.
Zaglądam jednak chętnie na każdy z zakładkowych blogów i dziękuję wam, że je piszecie. Bez was brakowałoby mi codziennego rytuału przeglądania blogów - jednoznacznego dla mnie niemal z codzienną prasówką. Happy Blog Day!

sobota, 30 sierpnia 2008

"Lekcje pana Kuki" Radek Knapp


Radek Knapp - Polak mieszkający we Wiedniu - opowiada historię i przygody młodego polskiego chłopaka, który po raz pierwszy postanawia wyruszyć na Zachód. Już samo słowo Zachód wzbudza w nim tęskne wizje świata rajskiego, cudwonego, kuszącego od dawna. Do swojej podróży przygotowuje się skrupulatnie, zasięgając rady u obytego z życiem na zachodzie pana Kuki. Uzyskane trzy rady okażą się być nienajlepsze, ale wpierw pomogą podjąć Waldemarowi decyzje o wyjeździe do Wiednia i zapewnić środek transportu, jakim jest autokar firmy Dream Travel. Autokar okaże być się rzęchem pełnym przemytników o podejrzanych zamiarach, a po przyjeździe do stolicy Austrii o życiu Waldemara kierował będzie przypadek oraz szczęście w nieszczęściu:)
Knapp dowcipnie opisuje perypetie Waldemara oraz wielu innych Polaków, szukających szczęścia na Zachodzie. To lekka, pełna humoru lektura, w sam raz na jeden wieczór. Irytującym był dla mnie jednak język książki. Knapp z pewnością celowo użył języka potocznego, prostego, bez wyszukanych metafor i rozbudowanych zdań. Czasem jednak wywierał on na mnie wrażenie wręcz prymitywnego, a niektóre zdania przypominały wymuszoną rozprawkę na poziomie szóstej czy siódmej klasy. Niestety tak się złożyło, że czytałam powieść w polskim tłumaczeniu, więc być może to tylko niedociągnięcia tłumacza. Nie przeszkadzało to jednak w przeczytaniu tej pozycji z uśmiechem na twarzy, zwłaszcza że temat jest mi dość bliski.
Wiedeń i wiedeńczycy odgrywają tu sporą rolę - wraz z Walemarem zwiedzamy zabytki, poznajemy punkty miasta istotne dla nielegalnego imigranta i dziwimy się sposobowi bycia wiedeńczyków. Pierwsze obserwacje Waldemara wyglądają tak:

"Autobus wjechał na Ring i zobaczyłem wreszcie pierwszych wiedeńczyków. Wyglądali na całkiem nieszkodliwych. Tyle że trudno było odróżnić ich od siebie. U nas na pierwszy rzut oka wiadomo, kto jest robotnikiem, a kto dyrektorem banku. A wiedeńczycy byli do siebie zdumiewająco podobni. Nosili prawie identyczne modne ciuchy. Na dodatek wszędzie unosiła się jakaś dziwna powolność."


Tak charakteryzuje wiedeńczyków pani Simackowa, od której Waldemar wynajmuje łóżko:

"Nie mam nic przeciwko obcokrajowcom. Wręcz przeciwnie, uważam, że wiedeńczycy powinni się cieszyć, iż cudzociemcy przyjeżdżają wyręczać nas w najcięższych robotach. Czyszczenie ubikacji, zamiatanie ulic i sprzedawanie gazet, to zajęcia nie dla nas, my jesteśmy na to zbyt wytworni. A mimo to nie przepadamy za obcokrajowcami. (...) To właśnie dla waszego dobra głosuję zawsze na wolnościową partię FPÖ. Żeby do naszego kraju nie przyjeżdżało jeszcze więcej Murzynów i nie zabierało wam pracy."


Polecam jako lekką lekturę na letni dzień.

czwartek, 28 sierpnia 2008

"Chłopiec z latawcem" Khaled Hosseini

To historia dwóch chłopców - wzrastających w Kabulu lat siedemdziesiątych. Chłopców bardzo podobnych - obaj nie mają matki, obaj wychowywani są przez ojców, obaj kochają latawce. Jednak Amir jest synem bogatego ojca, a Hassan jego sługą. I wiernym przyjacielem, na dobre i na złe, w każdej sytuacji. Amir takim przyjacielem nie jest, nie starcza mu odwagi. W końcu Hassan jest tylko Hazarą, członkiem gorszego narodu.
To zaledwie początek długiej historii, którą Hosseini zgrabnie opisuje. Rozpoczyna w roku 2001, gdy Amir snuje wspomnienia, opisuje swoje dzieciństwo i wspólne życie z Hassanem. Podążamy za tą historią do momentu powrotu Amira do Afganistanu.
Nie można odmówić Hosseiniemu talentu pisarskiego, ciekawej kompozycji powieści, umiejętnie skontrułowanych zdań, żywego opisu postaci, miasta i przyrody. Ja jednak ciągle miałam wrażenie, że jestem wodzona za nos, że autor tych wszystkich zabiegów użył celowo, by właśnie skomponować zgrabną i wciągającą powieść (co oczywiście powinno być celem każdego pisarza, tu jednak ciągle się o tą myśl potykałam). Nie mogłam wyzbyć śledzenia warsztatu pisarskiego Hosseiniego, odgadywania celu zabiegów pisarskich. Sama historia, z pewnością ciekawa i wzruszająca, wydaje mi się niewiarygodna. Każde z opisywanych wydarzeń z osobna ma racje bytu, ale przytłacza mnie nagromadzenie ich wszystkich w życiu jednej osoby. Hosseini nie rezygnuje z niczego: jest śmierć, choroba, samobójstwo, gwałt, walka wręcz. A little bit to much.
Bardziej interesowało mnie tło powieści: życie w przedwojennym Kabulu, afga ńskie zwyczaje, stosunek do religii i szczególnie sytuacja imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Ten temat wydaje mi się być wartym rozszerzenia i dyskusji, a zwłaszcza takie punkty jak asymilacja, zachowanie zwyczajów czy znajomości języka.
Dużym walorem powieści jest Kabul - przedwojenny, wojenny i ten, zajęty przez Taliban. Sugestywne opisy pozwalają wchłaniać miasto wszystkimi zmysłami - Hosseini opisuje zapachy, rośliny, bazar, życie na ulicy. Nie szczędzi też opisów miasta zniszczonego, zrujnowanego, zamienionego w ruiny, wśród których wegetują ludzie. Opisy obejmują też inne miasta afgańskie i pakistańskie - choćby dla nich warto sięgnąć po tą książkę.
Z pewnością warto sięgnąć po "Chłopca z latawcem", ja jednak chyba zbyt bardzo oczekiwałam "dzieła".

piątek, 22 sierpnia 2008

"Aimée & Jaguar" Erika Fischer

Książka to niezwykła, poruszająca temat trudny i na pierwszy rzut typowy - temat miłości w czasie wojny. Jednak nie jest to zwykła miłość. To uczucie łączy dwie kobiety: Niemkę i Żydówkę, które po raz pierwszy spotykają się w 1942 roku. Elisabeth Wust nazywana Lilly czy Aimée, matka czterech synów jest zwykłą dziewczyną, która zbyt wcześnie wyszła za mąż i zakończyła szaleństwa młodości, wiodąc życie przykładnej żony i matki. Nie interesuje się polityką i wojną. Dzięki przydzielonej jej pomocy domowej, poznaje Felice czyli Jaguara - piękną, młodziutką Żydówkę, żyjącą, mimo trudnych warunków, pełnią życia. Felice uwodzi Lilly i tak rozpoczyna się historia miłości szalonej, bezwarunkowej, pełnej czułości i oddania. Lilly nie wie, że Felice jest Żydówką, dowiaduje się tego od niej samej dopiero później. Od tego momentu ich miłość jest coraz bardziej rozpaczliwa, podświadomie dążąca ku nieuchronnemu.
Jednak nie historia związku dwóch kobiet była dla mie w tej powieści najciekawsza. Zupełnie nieznane mi były losy Żydów, mieszkających w Berlinie - ich próby uniknięcia deportacji, kończące się najczęściej egzystencją w ukryciu. Ale nie w zupełnym ukryciu, jak uczyniła to rodzina Anny Frank. Tutaj Żydzi igrają ciągle z ogniem, podszywają się pod inne osoby, prowadzą na pozór normalne (na ile to w czasie wojny możliwe) życie, ciągle walcząc ze strachem przed odkryciem. Tutaj odnajdujemy wojenny Berlin - wręcz z mapą w ręce można śledzić miejsca, gdzie spotykają się bohaterki, gdzie mieszczą się berlińskie instytucje i bunkry.
Nie są to jednak poetyckie opisy. "Aimée & Jaguar" napisana jest oszczędnym językiem - brak tu długich opisów, rozbudowanych zdań. Pokusiłabym się o nazwanie tej książki reportażem, a nie powieścią. Autorka surowo, wręcz sucho zdaje relacje z wydarzeń, przeplatając je opisem sytuacji w Berlinie oraz cytując wypowiedzi bohaterów i listy Felice oraz Lilly. Długo było mi trudno zaprzyjaźnić się z tym stylem. Oczekiwałam powieści, w całkowitym tego słowa znaczeniu, a trzymałam w rękach suchy opis wydarzeń. Dopiero w momencie aresztowania Felice książka mnie wciągnęła. Aresztowano ją 21 sierpnia 1944 - 21 sierpnia skończyłam czytać książkę. Wzruszył mnie ten zbieg okoliczności. Wzruszjące są zresztą listy obu kobiet - tak przepłnione miłością i czułością, a zarazem pozbawione kiczu, że aż wyjątkowe.
Historia Lilly i Felice stawia wiele pytań - nie tylko tych oczywistych, dotyczących holokaustu. Najbardziej zaciekawiła mnie przemiana w Lilly - z osoby, dla której sytuacja Żydów i propoganada Hitlera w najlepszym przypadku była obojętna w zwolenniczkę judaizmu. Jej początkowa postawa to z pewnością przykład setek, tysięcy osób, które w jakiś sposób umożliwiły to, co się wydarzyło. A jej przemiana jest tylko wynikiem miłości do Felice, obejmuje tylko płaszczyznę emocjonalną, nie sięga do przekonań politycznych. Drugi aspekt warty dyskusji, to życie Lilly po wojnie. Jak wyglądałoby jej życie gdyby Jaguar wrócił? Czy byłyby szczęśliwe? Czy miałaby dość siły na życie w związku homoseksulanym? Pytań i refleksji mam wiele i czekam niecierpliwie na kolejne recenzje tej książki:)

wtorek, 12 sierpnia 2008

Ciekawostki netowe

Buszując w poszukiwaniu ciekawych niemieckich blogów książkowych trafiłam na świetną stronę. Stronę stworzoną w formie portalu społecznościowego dla moli książkowych. Po zalogowaniu się można dodawać książki, tworzyć własne półki, pisać recenzje i co najlepsze w ten sposób odszukiwać innych uczestników, mających np. te same książki na półkach, pochodzących z tego samego miasta, czytających te same książki itd. Za aktywność na portalu zbiera się tzw. "ośle rogi". Funkcji jest sporo, a portal dopiero się rozwija. Jeśli macie ochotę, poznajcie lovely books.
Drugie odkrycie jest w duchu wyznaniowym. Na mapie świata umiejscawia się książki wg miejsca ich akcji. Stronka tu.

"Kradnąc konie" Per Petterson


Kolejna wyznaniowa książka - tym razem Oslo. Nie było łatwo ją zdobyć, ale zapisałam się na listę w bibliotece i za niewielką opłatą książkę mi zarezerwowano.
7 kwietnia 1990 roku wybuchł pożar na promie "Scandinavian Star", na skutek którego zgnięli rodzicie i dwaj młodsi bracia narratora. To powieść z elementami autobiograficznymi. Narrator, kilka lat po tragedii, wciąż boryka się z jej skutkami. Nie radzi sobie z własnymi uczuciami wobec zmarłego ojca, który był osoba diametralnie różną od niego. Nie potrafi znaleźć wspólnego języka ze starszym bratem, który również pochłonięty jest żałobą. Arvida, głównego bohatera spotykamy na jednej z ulic Oslo, gdy stoi przed księgarnią, w której niegdyś pracował. Z urywanych wspomnień, krótko szkicowanych wydarzeń i przemyśleń Arvida pomału wyłania się obraz jego aktualnej sytuacji psychicznej i życiowej. Miota się on między wspomnieniami, miejscami swojego dzieciństwa, a jego mieszkaniem w ponurym bloku. Jego życie po katastrofie uległo diametralnej zmianie - nie jest już poczytnym pisarzem, opuściła go żona i nie ma prawa widzenia swoich córek.
Styl Pettersena jest bardzo surowy, wiele zdań jest bardzo krótkich, wręcz urywanych i wymaga sporej koncentracji czytelnika.
Długo szukałam na kartach książki Oslo - wśród mrocznego, zimnego, wciąż zaśnieżonych lub deszczowych bloków. Bloków, które mogłyby być wszędzie. Dopiero w połowie książki natykamy się na fjordy, nazwy dzielnic, zatłoczone ulice - wciąż zimne, wręcz mroźne, nieprzyjazne. Ja Oslo tu nie odkryłam - odniosłam wrażenie, że miasto nie odgrywa tu istotnej roli.
Nie da się ukryć, że książka mnie rozczarowała, zarówno wyzwaniowo jak i swoją treścią, czy też może sposobem jej przekazania. Sam styl pisania Pettersona jest bardzo ciekawy, zachwycił mnie sposób konstrukcji zdań. Nie wciągnęła mnie jednak historia Arvida i książkę tylko i wyłącznie skończyłam czytać ze względu na wyzwanie i trudności z jej zdobyciem. Nie jestem pewna, czy sięgnę po pierwszą powieść tego autora.

sobota, 9 sierpnia 2008

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa


To historia wielkiej miłości, miłości grzecznego chłopca do niegrzecznej dziewczynki. Fabuła podzielona jest na siedem części, z których każda opisuje inny etap życia i miłości do niegrzecznej dziewczynki. A owa niegrzeczna dziewcyznka to skandalistka, perfidna osoba, żądna bogactwa i luksusu, gotowa dopuścić się każdego szelmostwa, by osiągnąć swój cel. Nigdy nie zdradza swego pochodzenia, szczegółów ze swojej przeszłości, nigdy nie można być pewnym czy nie wymyśla kolejnej historii. Zarazem jest niesamowicie piękna i świadoma swej urody. Grzceny chłopiec - Ricardo - to skromny chłopak z jednej dzielnic Limy. Poznajemy go jako ucznia, króty pewnego lata poznaje Chilijeczkę - piękną, śmiałą i pewną siebie dziewczynę, która rzekomo przybyła z Chile. Tak nagle jak przybyła, znika, po wykryciu jej oszustwa. Marzeniem Ricarda jest wyjazd do Paryża. I następnym razem spotykamy go właśnie w tym mieście, gdzie po wielu latach biedowania zostaje tłumaczem przy UNESCO. Gdy przypadkiem spotyka Chilijeczkę w innym wcieleniu, jego miłość wraca z całą siłą, romantyzmem i tkliwo ścią, by nie opuścić go już nigdy. W kolejnych etapach autor opisuje wybryki niegrzecznej dziewczynki, skromne życie Ricarda oraz przede wszystkim jego przemyślenia na temat własnych uczuć. Jednak Llosa nie ogranicza się tylko studium psychologicznego historii niezwykłej miłości, a także opisuje sytuację polityczną w Peru, na Kubie a także w Europie. Wiele miejsca poświęca także na opis Paryża - ukochanego miasta Ricarda.
Llosa prowadzi swoją narrację z wielką starannościa, wręcz leniwie, budując długie i niezwykle rozbudowane zdania - zwłascza na początku powieści. Dlatego też czytając pierwszych kilkanaście stron nie byłam przekonana do tej powieści. Jednak mimo tak niespiesznego sposobu przedstawiania wydarzeń, powieść wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam jej odłożyć. To znów książka z kategorii tych, o których trzeba myśleć, gdy się jej akurat nie czyta.
Z wielką uwagą i pieczołowitością autor opisuje sceny erotyczne, wyznania miłosne, "banały" Ricarda, jak je nazywa niegrzeczna dziewczynka - łatwo w takich momentach o otarcie się o kicz, na co akurat bardzo jestem wyczulona. Muszę jednak przyznać, że Llosie udało się to znakomicie.
Przeczytałam już kilka książek Llosy, ale dotąd nie miałam konkretnego zdania na temat jego pisarstwa. Każda z jego powieści wydawała mi się zupełnie inna. Tą niniejszym oceniam jako najlepszą z dotąd przeze mnie przeczytanych.

wtorek, 5 sierpnia 2008

"Pan Norris się przesiada" Christopher Isherwood

Berlin to pierwszy przystanek mojego miejskiego wyzwania. To miasto szczególnie mi bliskie, tak więc moje oczekiwania wobec książki Isherwooda były wysokie.
William Bradshaw - Anglik, mieszkający w Berlinie - poznaje w pociągu pana Norrisa. Osoba to bardzo oryginalna, dystyngowana, posługująca się wyszukanym słownictwem i mająca eleganckie maniery. Nic dziwnego, że od pierwszych chwil fascynuje on narratora powieści. Nawiązana w pociągu znajomość przeradza się w przyjaźń. William, wciąż pozostający pod urokiem Norrisa, przyjmuje zagadkowe wyjaśnienia, dotyczące jego zajęć i finansów, poznaje wraz z nim świat prostytutek oraz angażuje się po troszę w działania partii komunistycznej. Jego zainteresowania i przyjaźni do Norrisa nie zachwieją wskazówki znajomych ani wątpliwe tłumaczenia Arthura dotyczące jego zajęć. Krok po kroku William zbliża jednak się do poznania prawdziwego Arthura.
Isherwood opisuje postaci i wydarzenia bardzo dokładnie, wręcz fotograficznie. Wiele miejsca poświęca na szczegółowe opisy wyglądu i mimiki postaci, szczególnie Arthura Norrisa. Ten styl powoduje, że akcja powieści toczy się powoli, ró∑nocześnie nie nudząc czytelnika.
A co z Berlinem? Berlin tutaj to głównie atmosfera. Atmosfera nienawiści, rewolucji, niepokoju i dochodzenia nazistów do władzy. Czytelnik gdzieś ją miedzy wierszami przeczuwa, ale więcej miejsca na jej opis Isherwood poświęca dopiero w połowie książki oraz w ostatnim rozdziale, który poniekąd jest konkluzją i podsumowaniem całej narracji Bradshawa.
Dla mnie to zbyt mało, odczuwam niedosyt - oczekiwałam bardziej namacalnych opisów miasta, odszukiwania znanych mi ulic i realistycznych opisów stolicy w latach trzydziestych.
Mimo że książka mi się podobała, raczej nie planuje w najbliższym czasie sięgnięcia po kolejne utwory Isherwooda. Raczej sięgnę najpierw po inne książki z Berlinem w tle.

niedziela, 3 sierpnia 2008

"Lexikon der bedrohten Wörter II" Bodo Mrozek

Druga część leksykony słów zagrożonych. Mrozek znów opisuje szereg słów zapomnianych oraz tych, które mają za sobą bardzo krótką karierę. Każdemu z nich poświęca osobną notkę, gdzie dowcipnie i celnie szkicuje użycie, etymologię i przyczyny zniknięcia danego słowa. Wiele ze słów opisanych przez Mrozka, zostało zgłoszonych na specjalnie w tym celu założonej stronie. Jeśli ktoś chce ratować ginące słowa, może to uczynić tu.

piątek, 1 sierpnia 2008

Biblioteka

Tak jest, zapisałam się do biblioteki! Pierwsze podejście, przedwczoraj, było nieudane - wzięłam paszport, ale nie zabrałam potwierdzenia meldunku. Byłyśmy niepocieszone - ja i córka - bo obie nastawiłyśmy się na wypożyczenie książek. Na drugi dzień poszłam sama - wszystko poszło jak po maśle i po paru minutach byłam posiadaczką karty bibliotecznej i bogatsza o wiedzę korzystania z biblioteki. Bardzo podoba mi się katalog online i możliwość zamawiania książek z domu, również z innych bibliotek. Sama biblioteka jest dobrze zorganizowana - mieści się na 3 piętrach, wszystko przestronne, na każdym piętrze stanowisko bibliotekarza i komputerowe, a na samej górze dział dla dzieci i młodzieży. Tam książki posortowane są tematycznie - książki dla maluchów ustawione są w wielkich skrzyniach, które znowu mieszczą się w wielkim kącie do zabawy. Dzieci mają okazję pooglądać książki i samemu wybrać coś dla siebie. Żałuję, że wcześniej nie odkryałam tego miejsca - musimy nadrobić zaległości i wybrać się z córką niebawem. Tymaczasem wypożyczyłam jej kolejną część przygód Elmerka, którą już kilkakrotnie przeczytałyśmy. A po co ja szłam do biblioteki? Miałam nadzieję znaleźć książki wyzwaniowe. Przede wszystkim szukałam Isherwooda, bo ani w amazonie, ani na ebayu nie mogłam "Pana Norrisa" dostać. Akurat tą książkę znalazłam ale poza tym wszystko wypożyczone. Rushdiego próbuję właśnie dostać za rozsądną cenę na ebayu. Jeśli nie dostanę pozostałych, chyba zmienię listę lektur.

wtorek, 29 lipca 2008

Pytania i odpowiedzi podróżniczo-literackie

Chihiro zadała na swoim blogu pytania, inspirując czytleników do odpowiedzi. Pytania arcyciekawe, więc chętnie dodam swoje spostrzeżenia.

1. Czy zdarza Ci się wybierać książki ze względu na miejsce akcji?
Czasem tak. Najczęściej po powrocie z kraju, który mnie zaciekawił kupuję książki powiązane z danym krajem, by jeszcze smakować atmosferę miejsca i oczywiście, by dowiedzieć się czegoś więcej o mieszkańcach i kulturze. Tak było z Tajlandią, USA, Karaibami. Świetne są tu książki Jamesa A. Michenera, który w swoich "cegłach" ciekawie opisuje historię kraju powiązując ją z losami fikcyjnych bohaterów. Mam na półce jeszcze sporo nieprzeczytanych książek tego wyjątkowo płodnego autora, ale fascynacja jego prozą ostatnio mi minęła.

2. Książki o których krajach czytasz najczęściej?
Ostatnio czytam mnóstwo prozy islandzkiej - nie są to książki stricte podróżnicze, ale niemal każda islandzka powieść jest mocno powiązana z wyspą, więc siłą rzeczy pozostawia czytelnika bogatszym o wiedzę o wyspie. Bardzo chętnie czytam książki opisujące wyprawy - czy to żeglarskie dookoła świata, czy wędrówki po jakimś małym obszarze czy wyprawy do dalekich krajów. Na pierwszym miejscu zdecydowanie jednak są wyprawy żeglarskie - czyli świat oglądany z pokładu.

3. Czy dzięki książkom chciałabyś odwiedzić jakieś konkretne miejsca?
Tak, zdecydowanie chciałabym zobaczyć kiedyś Wiszącą Skałę, przejść trasę do Santiago de Compostelli, pojechać na Zielone Wzgórze, powędrować w Great Smoky Mountains i pożeglować w Oceanii.

4. Czy są miejsca/kraje, o których lubisz czytać, ale do których nie miałabyś ochoty się wybrać?
Chyba nie....nic mi nie przychodzi na myśl.

5. W jaki sposób dobierasz książki do podróży?
Ostatnio biorę mnóstwo zaległych czasopism, które po przeczytaniu wyrzucam oraz książki, które zostawiam w miejscu urlopu. Nasze podróże często były bardzo dalekie i trudno było wozić ze sobą ciegle kilka książek. Tematycznie raczej nie mam szczególnych preferencji - najczęściej dobieram książki z aktualnego stosu.

6. Czy książki w jakikolwiek sposób zmieniły Twoje postrzeganie danego kraju?
Tak, zdecydowanie wykształciły jakiekolwiek postrzeganie kraju w stosunku do krajów, na temat których nie wiedziałam nic poza faktami geograficznymi. Praktycznie cała moja wiedza na temat Chin, Japonii czy krajów Ameryki Płd. (czyli krajów, w których nie byłam) bazuje na książkach.

7. W jaki sposób Twoje czytanie o innych krajach i kulturach zmieniło twoje postrzeganie świata?
Wyczuliły na różnice, pomagają zrozumieć inne sposoby myślenia i z pewnością pomagają żyć w społeczeństwie wielokulturowym. Niemal namacalnie czuję to jak z każdą przeczytaną powieścią poszerzam własne horyzonty, zaczynam rozumieć pewne zachowania społeczne.
Zdecydowanie największy komfort daje mi jednak poczucie, że książki dotyczącej właściwie
każdej kultury są w zasięgu ręki.

8. Czy są kraje, o których chciałabyś się wiecej dowiedzieć z książek?
Chętnie przeczytałabym coś o takich krajach jak Gruzja, Armenia, Kazachstan, pociągają mnie tematycznie Karaiby i na samym szczycie są kraje Azji Płd.-Wsch., koniecznie Filipiny i Malezja. Z Europy ostatnio Portugalia.

9. A podróżowanie w czasie? Czy jakaś epoka interesuje Cię bardziej niż inne?
Średniowiecze - odbieram jako najciekawszą epokę i chętnie sięgam po książki, których akcja dzieje się w tym czasie lub których akcja do tej epoki nawiązuje. Ponadto dwudziestolecie międzywojenne. Może odwrócę trochę pytanie - bardzo lubię pewne epoki literackie. Najciekawszy jest dla mnie naturalizm i realizm. Swego czasu pochłaniałam tylko literaturę tych epok. Nie mogłam odżałować, że tylko kilka pozycji z dwudziestotomowego cyklu Emila Zoli o Rougon-Macqartach było dla mnie osiągalnych. Tak więc gdy wreszcie zaczęłam czytać książki w innych językach, cały cykl kupiłam. Ale od tego czasu stoi i się kurzy. Powinnam zdecydowanie wrócić do Zoli! Najmniej interesuje mnie chyba przyszłość. Prkatycznie wogóle nie czytam sf, za to bardzo lubię fantasy czyli światy tworzone poza naszym czasem:)

niedziela, 27 lipca 2008

"Weź moją duszę" Yrsa Sigurðardóttir


Kolejny kryminał Yrsy, którego główną bohaterką jest prawniczka Dóra. Tym razem Dóra rozwiązuje zupełnie inną zagadkę. Jónas, właściciel ezoterycznego hotelu, prosi Dórę o wspracie, gdyż w jego nowo wybudowanym hotelu straszy. Twierdzi iż sprzedawcy zataili przed nim ten fakt. Gdy Dóra zgadza się na współpracę zostaje zamordowana architektka hotelu Birna. Dóra trafia na zdjęcia z przeszłości, związane z byłymi mieszkańcami dwóch gospodarstwach, w miejscu których powstał hotel. Jej śledztwo obejmuje duchy, dwa morderstwa, nazistowską przeszłość i tajemnice dwóch rodzin. Tym razem znów wspiera ją Matthias - Niemiec, z którym współpracowała przy wykryciu morderców Haralda - studenta z Niemiec.

Ta powieść Yrsy jest bardziej islandzka - więcej tu obyczajów i realiów tej wyspy. Alcja koncentruje się wokół losów dwóch rodzin. Nie ma tu ekskursów historycznych, co jednak nie ma wpływu na walory czytlenicze książki. Powieść przeczytałam jednym tchem - ostatnie sto stron już ciurkiem, skulona w łazience, w środku nocy - żeby nikogo nie obudzić:) Odniosłam wrażenie, że Yrsa stała się troszkę dojrzalsza - z jeszcze większą pieczołowitością szkicuje postaci, jeszcze bardziej gmatwa historię. Trochę niedopracowany wydaje mi się wątek osobisty Dóry. W poprzednim tomie dzieci oraz ex-mąż odgrywali bardziej istotną rolę. Teraz mam wrażenie, że Yrsa trochę ciągnie nieoptarzne wprowadzony wątek. Nierealny wydaje się być stosunek matki do dzieci, spokój z jakim przyjmuje wybryk syna oraz absolutna nieświadomość nastolatków względem ciąży i porodu.
Wielką zaletą jest dla mnie styl pisania Yrsy - szczegółowy, sugestywny, trzymający w napięciu.
To zdecydowanie warta przeczytania powieść. Ja z niecierpliwością czekam na kolejny tom przygód Dóry, który ma ukazać się w listopadzie.

czwartek, 24 lipca 2008

Miejskie czytanie

Dziś rozpoczęło się nowe wyzwanie czytelnicze - należy wybrać cztery miasta i cztery książki, na których przeczytanie są trzy miesiące. Padma zebrała mnóstwo tytułów - wybór jest bardzo trudny. Z zadowoleniem stwierdziłam, że wiele z podanych tytułów jest mi znanych, choć w kilku przypadkach niestety treść już uleciała. Wtedy jeszcze nie pisałam bloga:(
Po długich rozważaniach, przeczytaniu informacji o autorach i pobieżnym przejrzeniu kilku recenzji zdecydowałam się na te pozycje:

BERLIN Christopher Isherwood "Pan Norris się przesiada"

BOMBAJ Salman Rushdie "Ostatnie westchnienie Maura"

KABUL Khaled Hosseini "Chłopiec z latawcem"

LIZBONA: Antonio Molina Munoz "Zima w Lizbonie"

Berlin wybrałam z przyczyn wiadomych - dobrze się chyba będzie czytało powieść, dziejącą się w mieście, które tak dobrze znam. Bombaj nie jest moim miastem marzeń, ale Salman Rushdie i jego "Szatańskie wersety" od dawna są na liście książek do przeczytania. Tak więc zacznę od innej książki tego autora. Podobnie rzecz ma się z Kabulem. Miasta bym nie wybrała, gdyby nie chęć poznania Khaleda Hosseini. I w końcu Lizbona - którą odwiedziłam w tym roku i którą pewnie jeszcze nie raz odwiedzę. Czas bliżej poznać to miasto od strony literackiej. Nie wykluczę, że sięgnę po inne książki z listy. Na drugi ogień wybrałam:

BERLIN Erica Fischer "Aimee i Jaguar"

MOSKWA Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata"

OSLO Per Petterson "In the wake"

Znowu Berlin - pamiętam film na podstawie książki Fischer. Ciekawił mnie, w Berlinie było mnóstwo plakatów, ale jednak go nie widziałam. Mam nadzieję sięgnąć teraz po książkę. Bułhakowa chcę sobie odświeżyć. Stoi na półce już kilku lat ale jakoś dotąd czasu mi na niego brakowało. Ostatni raz "Mistrza i Małgorzatę" czytałam pewnie piętnaście lat temu i niewiele pamiętam. A czemu Oslo? Sama nie wiem. Chyba udzieliła mi się fascynacja koleżanki, która właśnie w Oslo studiowała.

Zabieram się za kupowanie książek!

"Elmer" David McKee

To znów lektura mojej córki, która Elmerka bardzo lubi. Bo jest w kratkę, bo ma dużo kolorów i zawsze jest wesoły! Można się nawet oblepiać plasteliną, żeby zmienić kolor, głośno obwieszcając: Mamo, bawię się w Elmerka! A mamie książka też się podoba, bo ma piękne ilustracje, bo treść ciekawa i co ważne dająca dobrą podstawę do rozmów o inności. Kilka dni temu odkryłam w księgarni kolejne książeczki o Elmerze. Kupiłam tę o tęczy i dziś wieczór została przeczytana i opowiedziana kilka razy. Mamo co to jest tęcza, a czemu nie ma kolorów? Co się z nią stało? Oj mamy tematy do rozmów na wiele najbliższych dni!

środa, 23 lipca 2008

"Trzeci znak" Yrsa Sigurðardóttir


Yrsa to bardzo ciekawa postać - z wykształcenia jest inżynierem, pracuje na wschodzie Islandii przy pełnej kontrowersji tamie Kárahnjúka i pisze książki dla dzieci. To jej pierwsza powieść dla dorosłych. Wraz z nią dołączyła do Islandczyków, piszących kryminały: Arnaldura Indriðasona i Viktora Arnara Ingólfssona. Obu bardzo z resztą lubię!
Powieść Yrsy ma wszystko, co według mnie dobry kryminał/thriller mieć powinien - główną sympatyczną bohaterkę, prowadzącą śledztwo; wyjątkowo brutalne morderstwo i szeroko pojęte jego okoliczności. I te są tu najciekawsze - obejmują tematykę inkwizycji, palenia czarownic oraz historię Islandii. Mnóstwo tu odwołań to starych manuskryptów, kontrowersyjnych i mało zbadanych faktów historycznych oraz do ciemnych kart historii kościoła czli to, co tygrysy lubią najbardziej. Powieść Yrsy jest z gatunku tych, które wciągają i nie pozwalają się od książki oderwać. Niestety nie jest mi dane czytać bez przerwy, zazwyczaj skubnę parę stron rankiem, kilka tu i tam, a wieczorem dopiero mogę się zatopić w powieści. W tej sytuacji bardzo cenię sobie książki, które w momencie gdy biorę je do ręki zabierają mnie w inny świat. Wtedy dosłownie zmienia się moje postrzeganie świata, jestem zupełnie gdzie indziej, myślę inaczej, a bohaterowie powieści to moi znajomi. Yrsie wyszło to znakomicie. Muszę koniecznie dodać, że tłumaczenie Tiny Flecken również jest świetne.
Bardzo się cieszę, że tuż obok leży kolejny tom, którego bohaterką jest prawniczka Dóra. Zaraz zaczynam czytać.

niedziela, 20 lipca 2008

"Früher war noch viel mehr Lametta"


To zbiór opowiadań świątecznych. Pewnie to śnieszne, ale tak, w środku lipca czytałam opowiadania bożonoarodzeniowe. Jako że mam urodziny w grudniu, na początku stycznia mój zapas książek do przeczytania jest conajmniej o połowę większy. Wśród tych książek miałam lektury, które mnie bardziej pociągały, tak więc opowiadania czekały na lepsze czasy. Czyli na lipiec.
Zbiór zawiera opowiadania autorów mi mniej i bardziej znanych, są wśród nich Joyce, Lodge, Loriot, Noll, Green, Kästner etc. Same historie nie są opowiadaniami typowo świątecznymi. Opowiadaniami skrzącymi się śniegiem i kapiącymi miłością, nadmiernie wyrażaną w tym okresie. Wiele z nich jest bardzo przewrotnych i ze świętami ma niewiele wspólnego. Choć muszę przyznać, że jednak najbardziej spodobały mi się te, które w jakiś sposób odkrywają obłudę i pustość świąt. Jedno z nich to pamiętnik mężyczyzny, pracującego w okresie przedświątecznym w ogromnych domach towarowych jako krasnoludek i pomocnik Mikołaja. Autorem jest dotąd nieznany mi David Sedaris. Bohater opowiadania obserwuje szał rodziców upychających dzieci w kilkugodzinnej kolejce, a potem na kolanach Mikołaja, w celu zdobycie TEGO zdjęcia.
Podobne przesłanie ma opowiadanie Dina Buzzati, który opisuje wyprawę na ziemię duchów osiołka i woła, którzy onegdaj stali przy żłobku.
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam opowiadania Ingrid Noll i Doris Dörrie, bo to autorki, których książki znajdują się na liście do przeczytania. Podobał mi się styl i pomysł na historię w obu przypadkach czyli nadal zachwouję ich nazwiska w pamięci.
Zupełnie za to nie podobała mi się historia Stevensona i Joyce. Tej ostatniej nawet do końca nie przeczytałam.
Z ulgą zakończyałam czytanie tej książki, bo należy do katergorii takich, których bym nigdy sama nie kupiła. Wędruje już do biblioteczki, a ja już czytam pierwszy kryminał Yrsy Sigurðardóttir.

czwartek, 17 lipca 2008

Blogi i wyzwania

Niedawno dzięki prowincjonalnej nauczycielce odkryłam inne blogi książkowe i zatonęłam w ich świecie: zaglądam, przeglądam, potem szukam interesujących mnie książek na amazonie i delektuję się biblioteczną atmosferą. Czemu biblioteczną? Nie wiedzieć czemu gdy przeglądam blogi czuję się tak, jakbym przeglądała katalogi biblioteczne, wręcz namacalnie otacza mnie atmosefra starej bliblioteki. Do bibliotek już nie chodzę, książki, które chcę przeczytać kupuję w amazonie albo na ebayu, a tamtej atmosfery mi brak. Szkoda, że zwycięża wygoda. Na szczęście pracuję wśród książek, gdyż moje biuro to nasza pracowa biblioteka:) Ale miało być o blogach. Dzięki nim odkryłam wyzwania padmy i na nie zachorowałam. W dotychczasowych dwóch już udziału nie wezmę, pewnie posłużą mi za inspirację do dalszych lektur. Pozostaje mi się cieszyć, że przegapiłam tylko dwa i z niecierpliwością czekać na rozpoczęcie kolejnego!

"Cztery życia wierzby" Shan Sa


Bardzo lubię literaturę związaną z Chinami, szczególnie opowieści pełne tradycji i zwyczajów oraz opisów chińskich krajobrazów. Książka Shan Sa powinna mnie więc zachwycić ale niecałe dwieście stron czytałam niemal trzy dni. Autorka zawarła w swojej książce cztery opwieści. Każda z nich toczy się w innej epoce ale każda w jakiś sposób dotyczy samotności i ludzkich wyborów. Autorka stara się szczegółowo opisywać otoczenie bohaterów, krajobrazy, wspomina chińskie zwyczaje. Każda historia sama w sobie jest ciekawa ale... No właśnie długo zastanawiałam się, co mi nie pasuje. Przy pierwszej historii na pewno przeszkadzał mi styl - przez chwilę nawet zastanawiałam się czy to może wina niezbyt udanego tłumaczenia. W drugiej historii autorka pisze jednak w sposób bardziej rzutki a i zdania są zgrabniejsze. Ponadto po przeczytaniu książki nie mogę się oprzeć wrażeniu, że postacie są płaskie, bez wyrazu. Podsumowując skończyałam czytać kilka godzin temu i już nie jestem w stanie szczegółowo opisać fabuły. Dla mnie niestety to niewypał.

poniedziałek, 14 lipca 2008

"Sarna albo rozmowa Szatana z chłopcem, aniołem i Lucyferem" Julian Stryjkowski

To nie jest rodzaj literatury, po który sięgam codziennie i który mnie fascynuję. Książkę dostałam ponad dwa lata temu od Marysi, której jest ona pracą dyplomową. I właśnie dlatego to bardziej książka do oglądania i smakowania niż do czytania. Przeglądałam ją wiele razy, ale dopiero teraz przeczytałam. To lektura właściwie na jeden wieczór i na pewno dla wielu tygodni interpretacji. Tej ostatniej się tu nie podejmuję, bo pisać zamierzam o tym, co Marysia z książką zrobiła. A zrobiła wiele ciekawego. Niemal każda strona upstrzona jest dopiskami, między kartami poutykane są karteluszki, informacje, artykuły. Strony roją się od podkreśleń i cytatów, często rozmazanych i nieczytelnych. Gdzie niegdzie znaleźć można ilustracje w formie pieczątek - mam nadzieję, że dobrze rozumuję. Jeśli nie, Marysiu nie zabijaj:) Wszystkie dopiski związane są w jakiś sposób z treścią powieści - na stronach wręcz roi się od diabła we wszystkich wcieleniach. Ciekawam ile razy jeszcze przejrzę książkę zanim zrozumiem, co Marysia chciała powiedzieć:) Dziękuję bardzo za ten egzemplarz, to świetne uczucie wiedzieć, że ma się w domowej biblioteczce taki unikat!