niedziela, 16 grudnia 2018

Stosikowe losowanie 1/19


Zapraszam do zgłaszania się do rundy styczniowej! Pary rozlosuję 1 stycznia lub kilka dni później, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 15 grudnia 2018

"Harry Potter i więzień Azkabanu" J.K. Rowling


Myślę, że do lektury tego cyklu zachęcać nikogo nie trzeba, tak samo jak do wersji ilustrowanej. Ten tom czytałam po raz trzeci, tym razem na głos dziewięcioletniemu synowi. I mimo, że była to moja trzecia lektura, to ponownie odkrywałam wiele szczegółów, które mi umknęły albo o których zwyczajnie zapomniałam. Ilustracje Jima Kaya miały ogromny wpływ na odbiór książki, a także zupełnie zmieniały dynamikę czytania na głos. Pamiętam, że córce czytałam zwykłą wersję, bez obrazków i wspominam to bardzo monotonnie i nużąco. Teraz sporo czasu spędziliśmy na analizowaniu ilustracji, dyskusji, czy wizja Kaya jest zgodna z naszymi wyobrażeniami, a także na odszukiwaniu szczegółów i szczególików. Przyznam, że było to tym przyjemniejsze, że bardzo odpowiada nam kreska ilustratora. 





Inaczej także spojrzałam na treść tego tomu, ale nie tylko. Odkąd kilka miesięcy temu rozpoczęliśmy lekturę tego cyklu, utwierdzam się w moim przekonaniu o złożoności fabuły tych książek i tym, że nawet mój, bystry zresztą, dziewięciolatek jest za mały, by wszystko zrozumieć. Wiele godzin spędziliśmy na dyskusjach o złożoności świata Rowling, syn ciągle i ciągle wracał do kwestii dementorów, istoty Voldemorta, powiązań między Snapem a rodzicami Harry'ego. Z każdym tomem ta tematyka się komplikuje i staje bardziej wyrafinowana. Dlatego bardzo się cieszę, że nie pozwoliłam na wcześniejsze obejrzenie ekranizacji tych powieści. Z radością obserwuję frajdę syna i jak zatapia się w świecie Hogwartu. Przeżywa te książki tak, jak ja, będąc dzieckiem, przeżywałam moje lektury. To wspaniałe obserwować, jak pracuje jego wyobraźnia, jak składa elementy poznawanego świata, jak myśli o tym, co przeczytaliśmy przez wiele dni.


W tym tekście powinnam pisać o ilustracjach, ale nie mogę dodać nic więcej, niż to, co napisałam w tekstach o poprzednich tomach. Jesteśmy zachwyceni tymi wydaniami. Kreska Keya wspaniale wprowadza w świat Rowling, jest dynamiczna i pełna emocji. Jest dla nas tym, czym była dla mnie ilustracje Szancera, gdy byłam mała. Mam nadzieję, że niebawem wydany zostanie kolejny tom, bo syn chce czytać dalej.

Moja ocena: 6/6

J.K. Rowling, Jim Kay, Harry Potter i więzień Azkabanu, tł. Andrzej Polkowski,328 str., Media Rodzina 2017.

czwartek, 13 grudnia 2018

"Weisswurstconnection" Rita Falk


Franz Eberhofer to jeden z moich ulubionych policjantów. I choć seria od dawna już nie jest tak świeża jak pierwsze tomy, to kontynuacji nie odpuszczę. Tych książek trzeba słuchać, bo Christian Tramitz czyta tak, że nie można się oderwać, idealnie oddając bawarski akcent i koloryt powieści.

W Niederkaltenkirchen właśnie otwarto hotel - w ostatnim tomie jego budowa wywołała we wsi niemal zamieszki. Budynek jednak już stoi i planowane jest wielkie otwarcie. Szefostwo ma tylko jeden problem - trupa w wannie. I to takiego trupa, którego należy się pozbyć skrycie, żeby nie zaszkodzić opinii hotelu. Na posterunku jest Franz, który robi wszystko, by zadbać o bezkonfliktowe rozwiązanie sprawy, tymczasem babcia i pół wsi wszystko wie, bo nigdzie plotki nie rozchodzą się tak szybko jak w Niederkaltenkirchen. Chcąc nie chcąc, Franz rozpoczyna, opieszale jak zwykle, śledztwo, które odrywa go od tak ważnych wydarzeń jak budowa domu wraz z nielubianym bratem Leopoldem czy parada karnawałowa we wsi, którą należy obstawić na wypadek zamieszek.

Okazuje się, że pod jego nosem nawiązała się w wioskowej knajpie grupa pod znakiem białej kiełbasy - otóż w hotelu wykiwano Flötzingera, wioskowego hydraulika, który miał mieć zleconą pieczę nad wszystkimi instalacjami w obiekcie. Tego grupa nie można puścić płazem, od czego już  bliski krok do powiązań z morderstwem. Trup z wanny bowiem nie popełnił samobójstwa, lecz ktoś mu dopomógł, a wszystko wskazuje na to, że była to tajemnicza kobieta.

I jak to bywa w Niederkaltenkirchen, śledztwo sobie, a życie sobie. Na szczęście jest jeszcze niezawodny Rudi, kolega Franza, którego pomoc znacznie popycha działania policyjne do przodu.

Książki Rity Falk to gwarancja przedniej rozrywki, uwielbiam te bawarskie smaczki i wioskową atmosferę. Franzowi na razie pozostaję wierna.

Moja ocena: 4/6

Rita Falk, Weisswurstconnection, czyt. Christian Tramitz, 304 str., Der Audio Verlag 2016.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Mary Ann Shaffer, Annie Barrows



Ta książka-wędrowniczka przyfrunęła do mnie z Niemiec i gdyby nie ta akcja, pewnie nigdy bym nawet nie wpadła na pomysł jej przeczytania. Tymczasem to bardzo przyjemna i w pewnym sensie pouczająca lektura. 

Autorki wybrały formę listów, by opisać wydarzenia - akcja rozgrywa się tuż po wojnie, w większości na Guernsey. Juliet jest pisarką i w poszukiwaniu nowego tematu do felietonów i kolejnej powieści, trafia na niezwykłą grupę ludzi na tej wyspie. Podczas okupacji Guernsey całkowicie odcięta była od lądu i mieszkańcy zdani byli na łaskę okupanta, co szczególnie miało wpływ na zaopatrzenie żywnościowe. Mieszkańcy próbowali nielegalnie trzymać świnie, co było skrupulatnie kontrolowane przez Niemców. Podczas jednego z nalotów, rezolutna Elisabeth wytłumaczyła spotkanie w jednym z domów klubem książkowym. Od tego czasu wyspiarze zaczęli czytać i rozmawiać o książkach. Zaciekawiona tą historią Juliet, wybiera się na Guernsey i zakochuje się w krajobrazie wyspy i jej mieszkańcach. Tam poznaje smutne wojenne losy mieszkańców, szczególnie Elisabeth, która została wysłana do obozu i musiała opuścić malutką córeczkę. 

Styl listów Juliet jest bardzo lekki, dowcipny, autoironiczny i to one dominują w powieści, odpowiedzi, które otrzymuje służą tylko poszerzeniu wiedzy czytelnika i podtrzymaniu narracji. Taka kompozycja powieści powoduje, że czyta się ją błyskawicznie. Mnie bardzo przypadła do gustu sama Juliet - podobał mi się jej dystans do siebie oraz miłość do książek. Nie ma dla niej milszego zajęcia niż buszowanie po księgarniach, uwielbia rozmawiać o książkach i przebywać wśród nich. Jednym słowem to moja bratnia dusza. Autorki bardzo umiejętnie łączą lekki styl z tematyką wojenną, czyniąc tę powieść uroczą i pouczającą zarazem. To sztuka pisać o wojnie i jej grozie takim stylem, zarazem jej nie trywializując. 
Po lekturze od razu poszukałam zdjęć z Guernsey i wrzuciłam tę wsypę na listę miejsc do odwiedzenia.

Moja ocena: 5/6

Mary Ann Shaffer, Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, tł. Joanna Puchalska, 255 str., Świat Książki Warszawa 2018.

sobota, 8 grudnia 2018

"Wyspa" Sigríður Hagalín Björnsdóttir


Nieco sceptycznie podeszłam do tej książki, ale chciałam wrócić do czytania literatury islandzkiej, której kiedyś, z racji mojej pracy, czytałam bardzo wiele, więc zdecydowałam się na zakup. Jak wiadomo na niewielkiej Islandii pisarzy jest bez liku, stąd mój sceptyzm, zwłaszcza, że ta powieść jest debiutem Sigríður. Przez sporą część książki nie mogłam się więc wyzbyć wrażenia, że to niezbyt udana powieść, ot kolejne czytadło, ale stopniowo pochłaniała mnie wizja autorki i nagle okazało się, że nie mogłam przestać słuchać. Myślę, że Wyspa będzie ciekawsza dla osób, które znają Islandię i specyfikę tej wyspy.

Sigríður przedstawia scenariusz współczesnej katastrofy. Otóż pewnego dnia zostaje zerwana łączność ze światem: nie działa Internet, samoloty i statki znikają z radarów, wszystkie alternatywne i awaryjne ścieżki łączności są martwe. Nikt nie wie dlaczego. Premier i prezydent Islandii są w Europie, więc szybko utworzony zostaje sztab kryzysowy i ustanowiony nowy premier i prezydent. Nikt nie wie, jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy, pojawiają się najdziwniejsze teorie o katastrofie, którą przetrwała tylko Islandia. Wyspa staje przed szeregiem problemów - przede wszystkim kwestią wyżywienia a także kilkudziesięciu tysięcy turystów i cudzoziemców, którzy przebywają w kraju. Mimo usilnych prób zachowania porządku, zaczyna szerzyć się anarchia.

Te wydarzenia dotykają Hjaltiego i jego byłą partnerkę. Hjalti jest dziennikarzem, który ma bliskie kontakty z nową premier, Maria i jej dwójka dzieci są cudzoziemcami. Mają wprawdzie islandzkie paszporty, ale kobieta pochodzi z Hiszpanii, a jej młodszy syn jest ciemnoskóry. Maria była skrzypaczką, ale z chwilą, gdy najważniejsze jest zdobywanie jedzenia, nikogo nie interesuje muzyka poważna. Hjalti miota się między tym, co widzi na ulicach, a tym, co głosi rząd. Gdy staje się pomocnikiem nowej premier i tworzy dla niej propagandowe teksty, ta przepaść staje się coraz wyraźniejsza. Dzieci i młodzież tworzą gangi i komuny, w których żyją wspólnie i razem zdobywają jedzenie z ostatnich jeszcze nie do końca splądrowanych sklepów. Na ulicach rządzą nowe siły, których rzekomych zadaniem jest utrzymanie porządku, a tak naprawdę są brutalną bojówką, szykanującą cudzoziemców i turystów. Gdy zaczyna brakować leków, ludzie zaczynają umierać na dotychczas niegroźne choroby.

Słuchając tej powieści, podświadomie szukałam słabych punktów w wizji Sigríður. I faktycznie, jej dystopia nie miałaby racji bytu, gdyby została umiejscowiona w którymś z europejskich krajów. Na Islandii świetnie się sprawdza, znając Islandczyków z przerażeniem podążałam za narracją. Świetnie potrafiłam sobie wyobrazić jak izolacja i surowy klimat wyspy ograniczają szansę zapewnienia wyżywienia takiej liczby osób. Największym zaskoczeniem jednak była dla mnie rosnąca niechęć, a potem nienawiść do cudzoziemców. W obliczu katastrofy, stają się oni zbędni, co więcej umniejszają szanse przeżycia rdzennych Islandczyków.

Podobała mi się konstrukcja powieści - połączenie wydarzeń po katastrofie i sprzed. Początkowo sądziłam, że dzielą je lata, nie spodziewałam się, jak szybko może nastąpić rozkład w społeczeństwie, jak wątpliwa i krucha jest jego stabilność i nie wątpię, że dotyczy to tylko Islandii. Brak jedzenia i kontroli niszczy wszelkie humanitarne odruchy, a ludzi zamienia w hordę zwierząt.

Mimo moich niezbyt wysokich oczekiwań, polecę wam więc tę książkę. Nie spodziewajcie się jednak islandzkich krajobrazów, a nastawcie na dość uniwersalną opowieść o upadku więzi społecznych.

Moja ocena: 4/6

Sigríður Hagalín Björnsdóttir, Wyspa, tł. Jacek Godek, czyt. Andrzej Ferenc, 288 str., Wydawnictwo Literackie 2018.

środa, 5 grudnia 2018

"Południca" Julia Franck


To najbardziej zaskakująca książka, jaką ostatnio przeczytałam. Powieść subtelna i dosadna zarazem, o kobietach i mężczyznach, o obcości, o wojnie, która toczy się gdzieś w tle, ale jest, o rodzicielstwie, o matkowaniu, o miłości i o filozofii. I zapewne o jeszcze wielu, wielu innych kwestiach, bo przekonana jestem, że każdy odnajdzie w niej coś innego i każdego poruszy inny aspekt.

W pierwszym rozdziale obserwujemy powojenną scenerię w Szczecinie, Rosjanie rabują i gwałcą. Młoda kobieta Alice, pielęgniarka i jej syn próbują opuścić miasto pociągiem. Gdy im się to udaje, matka opuszcza syna na jednym z dworców. Franck zostawia czytelnika z tą sceną i od razu przerzuca go wstecz do Budziszyna u progu XX wieku, gdzie w bardzo dziwacznym domu dorastają dwie dziewczyny. Marthę i Helene dzieli dziewięć lat a łączy poniekąd kazirodczy związek. Nie mogą one liczyć na troskę i miłość matki, która żyje w swoim własnym świecie pełnym bibelotów, gratów, śmieci i zbieranych wszędzie drobiazgów. Matka nigdy nie przynależała do miejscowej społeczności, jako obca z pochodzenia i wyznania, miłością otaczał ją tylko ojciec, który teraz jest na wojnie. Dziewczyny zdane są więc na siebie i gdy nadarza się okazja do wyjazdu do Berlina i zamieszkania u dalekiej ciotki nie zastanawiają się ani chwili. Franck świetnie oddała stosunki w niewielkim mieście, ale jeszcze lepiej wyszedł jej koloryt Berlina lat 20. Dziewczyny zatapiają się w dekadencji stolicy - mają kontakty z artystami, bohemą, chadzają do klubów, są wyzwolone, zmieniają styl bycia i ubierania się. Helene zakochuje się w studiującym filozofię Carlu - ten związek nadaje jej życiu sens, oboje snują plany na przyszłość, które jednak nie zostaną zrealizowane. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z dalszej narracji, bo z pewnością ucierpiałaby na tym przyjemność lektury. Ta powieść jest jednak tak pełna wydarzeń, myśli, nawiązań, że nawet w tym fragmencie, który powyżej streściłam, można odnaleźć o wiele więcej wątków.

Dlaczego więc twierdzę, że Południca mnie zaskoczyła - przede wszystkim nie spodziewałam się takiej treści a czytając ciągle się zastanawiałam dokąd mnie autorka zawiedzie. Narracja była dla mnie całkowicie nieprzewidywalna, losy Helene zaskakujące. Ponadto zdumiewało mnie osadzenie akcji w kontekście społeczno-historycznym. Wojna ma ogromny wpływ na losy opisanych kobiet, ale nie jest ona tak wszechobecna jak w innych powieściach i takie jej ukazanie czyni ją groźniejszą. Przerażającą. Oczywiście uwikłanie w uwarunkowaniach politycznych ma ogromny wpływ na życie, ale ja jestem skłonna widzieć tę powieść bardziej jako analizę stosunków między matką i córką. Odrzucenie przez matkę ma wpływ na całe życie Helene, a także na jej macierzyństwo. Zresztą sama Helene jest zagadkowa - czasem zimna i niedostępna, a równocześnie współczująca i troskliwa. Zastanawiam się czy tytułowa południca to nawiązanie do niej czy raczej do matki. W moim odczuciu to żadnej z nich nie pasuje. Sama autorka odnosi tę legendę do Helene, która wraz z rosnącymi problemami staje się coraz cichsza, małomówna i niedostępna. 

Południca to ten typ powieści, o których jeszcze długo się myśli, pamięta, rozważa. Z upływem czasu coś innego staje się ważniejsze, inny szczegół zaprząta myśli. Moim zdaniem to jedna z najlepszych laureatek Deutscher Buchpreis.

Moja ocena: 5/6

Julia Franck, Die Mittagsfrau, 430 str., S. Fischer Verlag 2007.


"Kalamburka" Małgorzata Musierowicz



Kalamburka jest najbardziej nietypowym tomem Jeżycjady. Mało tu perypetii rodzinnych, bo główną bohaterką jest Mila, czyli mama Borejko. Musierowicz opowiada o jej życiu i historii poznania Ignacego, cofając się w czasie. Każdy rozdział to kolejny etap życia najpierw dorosłej, potem nastoletniej i wreszcie całkiem malutkiej Mili.

Podczas pierwszej lektury Kalamburki, życie Melanii Borejko było dla mnie na pewno, choć tego nie pamiętam, sporym zaskoczeniem. Oczywiście jej historia zakochania się w Ignacym jest dość szablonowa i typowa dla Jeżycjady, osiłkowatego Zbysława i liczne zbiegi okoliczności włączając. Nie specjalnie mi się podoba wartościowanie pracy Mili, która sztuki teatralne pisze w ukryciu, na kolanie, w kuchni między jednym garem, a drugim. Nie czuję takiej gloryfikacji ukrywania talentu i zdolności pisarskich. Mam wrażenie, że w oczach autorki właśnie to czyni Milę taką świetną - potrafi ogarnąć dom, zająć się dziećmi, nagotować, przypilnować wnuków i machnąć wybitną sztukę. No sorry, ale ja w to nie wierzę. I odbija mi się tą skromnością i umniejszaniem własnej pracy.

Podobało mi się za to tło powieści - Musierowicz bardzo starannie i wiernie opisała ówczesne wydarzenia w Poznaniu, sytuację polityczną, nastroje w społeczeństwie. Ta powieść to w zasadzie mała lekcja historii lokalnej. Dla współczesnego, młodego raczej, człowieka zupełnie niezrozumiałe będą warunki mieszkaniowe, marzenia ówczesnych dzieci czy nastolatków, zainteresowania, sposób spędzania czasu. Cały ten koloryt naprawdę świetnie autorce wyszedł.

Opisanie historii rodziców sióstr Borejko dobrze temu cyklowi zrobił - nadał mu szerszego wymiaru, łatwiej teraz zrozumieć powiązania rodzinne, niektóre zachowania Mili i Ignacego. Mimo moich wątpliwości co do samej postaci Kalamburki, to jeden z lepszych tomów Jeżycjady.

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Musierowicz, Kalamburka, 286 str., Akapit Press 2001.

niedziela, 2 grudnia 2018

Stosikowe losowanie 12/18 - pary

Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 99 książek) - 44
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 222 książki) - 111
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1150 książek) - 1111
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 43 książki) - 37
Maniaczytania wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowe (w stosie 150 książek) - 15

czwartek, 29 listopada 2018

"Żar" Sándor Márai



Powieści Sándora Máraia od lat były na mojej liście do przeczytania. Wiele osób, których gustom ufam, je polecało i zachwalało, więc byłam nastawiona na świetną literaturę. Niestety, bardzo żałuję, ale Żar zupełnie do mnie nie trafił. Temat sam w sobie świetny, konstrukcja niezła, a jednak między mną, a Węgrem nie zaskoczyło. Być może zawinił audiobook (ale nie mogę lektorowi niczego zarzucić), być może powinnam była zacząć od innego tytułu.

Żar to powieść o przyjaźni dwóch bardzo różnych osób. Główny bohater, Henrik, pochodzi z dobrego, bogatego węgierskiego domu - ojciec jest wojskowym, matka pochodzi z Francji. Starannie wychowany chłopiec wyjeżdża do Wiednia, do szkoły wojskowej. Tam od razu poznaje Konrada, który staje się jego najbliższym przyjacielem. Chłopcy są nierozłączni, choć różni ich wiele. Konrad pochodzi z Polski, z biednej rodziny, jego rodzice wyrzekają się jakichkolwiek wygód, by umożliwić chłopcu edukację, ten natomiast nie ma odwagi przyznać im, że te poświęcenia są daremne, gdyż nie czuje powołania do służby wojskowej. Konrad ma duszę artysty, wspaniale gra na pianinie. Mimo to przyjaźń przetrwa lata szkolne. Konrad zamieszka na Węgrzech i nadal będzie spędzał czas z Henrikiem i jego żoną. Któregoś dnia podczas polowania dochodzi do pewnego incydentu, po którym Konrad znika. 

Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy Henrik, już jako starzec niemal, otrzymuje list od Konrada, który zamierza go odwiedzić po latach. Mężczyźni spotykają się na kolacji i rozmawiają, a właściwie głównie mówi Henrik, który wspomina wydarzenia z przeszłości, analizując ich przyjaźń oraz przyczyny wyjazdu Konrada. W centrum tych rozważań nie stoi jednak przyjaźń, lecz chęć poznania prawdy. Henrik ma tę możliwość w zasięgu ręki - wystarczy przycisnąć Konrada, spojrzeć do pamiętnika zmarłej dawno żony, zadać pytania. Kwestią jest jednak, czy ta prawda jest przydatna, czy coś zmieni?

Márai świetnie oddaje atmosferę tej rozmowy, powieść jest gęsta od niewypowiedzianych zdań i myśli, wciąga czytelnika do pokoju, gdzie przebywają mężczyźni, pochłania bez reszty. Mimo to, nie jest to moja percepcja i chyba nie mój temat.

Moja ocena: 4/6

Sándor Márai, Żar, tł. Feliks Netz, czyt. Mariusz Bonaszewski, 168 str., Wydawnictwo Agora 2014.

środa, 28 listopada 2018

"Oskar i Fabrycy. Straszne smoczysko" Mieczysław Fijał


Oskar i Fabrycy to dwóch znudzonych szkolną wycieczką chłopaków, typowych łobuziaków. Bardziej niż zamczysko i muzeum interesuje ich gra na telefonie. Fabrycy nie rozstaje się z telefonem i nawet się nie spodziewa, do czego doprowadzi ten nałóg. Kilka wieków wcześniej na zwiedzanym przez chłopców zamku wybuchła panika, ponieważ w pobliżu osiedlił się smok. Smok na tyle groźny, że nikt nie potrafi sobie z nim poradzić. Monrou, nadworny czarownik, popada w tarapaty, gdy podsuwa księciu niefortunne pomysły na usunięcie bestii. Na skutek swoich działań, musi poradzić sobie ze smokiem sam. I wtedy wpada na pomysł sprowadzenia pogromcy poczwary z przyszłości.


Monrou trafia w sam środek szkolnej wycieczki i przypadkowo słyszy, jak chłopcy dyskutują o grze, w której zabijają smoki. Oskar i Fabrycy lądują więc w przeszłości i muszą zmagać się ze smokiem. Początkowo zupełnie nie rozumieją, co się stało i wietrzą żart nauczyciela, stopniowo jednak sprawa staje się coraz poważniejsza.

Autor ze swadą opisuje przygody chłopców, komiks czyta się jednym tchem. Bardzo fajne są nawiązania do bajek, jak np. do Szewczyka Dratewki, a także połączenie współczesnego języka z anachronizmami.


Wizualnie, a i poniekąd narracyjnie, komiks przypomina mi Kajko i Kokosza, ale skierowany jest on raczej do młodszych czytelników, którzy niekoniecznie będą mieć takie skojarzenia. Ten komiks skierowany jest głównie do chłopców, dziewczyny nie odgrywają w nim żadnej roli, a przedstawiony świat jest bardzo czarno-biały, trafiają się zdania o nie płakaniu jak baba na przykład. Zakładam, że taka wizja świata ma odpowiadać Średniowieczu. Natomiast zakończenie nieźle spina oba światy i łączy wątek współczesny z przeszłością, przy okazji zaskakując czytelnika.

Mieczysław Fijał, Oskar i Fabrycy. Straszne smoczysko, 40 str., Egmont 2017.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Stosikowe losowanie 12/18


Zapraszam do zgłaszania się do rundy grudniowej! Pary rozlosuję 1 grudnia, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 24 listopada 2018

"Góra duszy" Gao Xingjian


Gao Xingjian będzie pierwszym noblistą, na którym poległam. Z wielką niechęcią przebrnęłam przez blisko sto stron jego powieści i postanowiłam zrobić sobie przerwę, jednak teraz na myśl, że miałabym wrócić do lektury, czuję wręcz odrazę. Nie sądzę więc, że będę miała na tyle samozaparcia, by dalej czytać, zwłaszcza, że powieść ma grubo ponad pięćset stron. Zanim podjęłam ostateczną dezycję, przejrzałam recenzje na goodreads i z wielu dowiedziałam się, że rozdziały można w zasadzie czytać dowolnie i że niestety nie będzie lepiej. To oczywiście zupełnie zniechęciło mnie do podjęcia wyzwania.

Powieść, jak czytałam, jest w szerokim sensie autobiograficzna. Główny (?) bohater dowiaduje się, że postawiona uprzednio śmiertelna diagnoza, była błędna i wcale nie umiera na raka. Po otrzymaniu tej szczęśliwej wiadomości wybiera się w podróż. Jego celem jest odnalezienie Góry duszy, która mieści się gdzieś w terenach wysokogórskich, ale nikt nie wie dokładnie, gdzie. Każdy rozdział opisuje spotkania, obserwacje i spostrzeżenia wędrowca. Brzmi ciekawie, ale niestety takie nie jest. Autor przedstawia je w najbardziej nudny ze wszystkich sposobów, snując jakieś opowieści, które zupełnie nie mają ze sobą związku. W powieści brakuje jakiejkolwiek kontynuacji narracji, wątku przewodniego (rzekome poszukiwanie góry nie wystarcza), związku przyczynowo-skutkowego. Rozumiem, że nie jest to konieczne, by stworzyć dobrą powieść, lecz poszczególne rozdziały powinny być na tyle interesujące, by zatrzymać czytelnika. Niestety rozpływają się, nudzą. Powieści nie służy także ciągła zmiana perspektywy, narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, a potem nagle w trzeciej, a nawet w drugiej. Trudno zorientować się, czy powieść traktuje o tej samej osobie. Każdy kolejny rozdział zaskakuje miejscem, postaciami, wydarzeniami. Męczył mnie ten zupełny brak kontynuacji, nie byłam w stanie odnaleźć ani jednego ciekawego aspektu w tej powieści, a jej objętość mnie odstraszała. Nie wyobrażam sobie, przebrnąć przez tyle stron tych rozważań. Kompletny niewypał!

Moja ocena: 2/6

Gao Xingjian, Der Berg der Seele, tł. Helmut Forster-Latsch, Marie-Luise Latsch, Gisela Schneckmann, 548 str., Fischer Taschenbuch Verlag 2004.

niedziela, 18 listopada 2018

"The Yellow Wall-Paper" Charlotte Perkins Gilman



Po tę niewielką objętościowo nowelkę nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie ponownie mój klub książkowy. Charlotte Perkins Gilman była amerykańską feministką i sufrażystką, czego zupełnie nie dostrzegłam w tym autobiograficznym opowiadaniu. Stanowi ono krótkie studium depresji poporodowej. Główna bohaterka przebywa w domu letniskowym, pod opieką męża-lekarza, by dojść do sił. Dzieckiem zajmuje się ktoś inny, a kobieta spędza dni w pokoju, który zupełnie jej nie odpowiada. Nie ma ona jednak sił i energii, by przeciwstawić się mężowi, by wyrazić swoje uczucia, by sformułować prośbę. Resztki energii pochłania obserwowanie obrzydliwej żółtej tapety. Podążanie za jej wzorkiem, zatapianie się w jej świat. 

To krótkie opowiadanie niesie ze sobą niezwykle mocny ładunek emocjonalny. Bez problemu wczułam się w odczucia bohaterki, rozumiałam jej stan psychiczny i poczucie osamotnienia. Nie ma w tym tekście jednak żadnej analizy, czytelnik nie znajdzie w nim przyczyn depresji, diagnoz - to tylko zapis samopoczucia, wizji, stanu kobiety. I bagatelizowanie jej choroby przez męża i brata, który także jest lekarzem. Gorsze samopoczucie, histeria to najczęstsze określenia, jakimi kwitowano depresję. Kobieta traktowana jest z pobłażaniem, jak dziecko, nie ma tu przestrzeni dla jej życzeń i próśb. 

To opowiadanie powstało ponad sto lat temu i mimo że współcześnie o depresji słyszał niemal każdy, to opisany tutaj stan kobiety i podejście do niej nadal są w wielu sytuacjach aktualne. Podejrzewam, że ten klasyk literatury amerykańskiej jest jednym z pierwszych utworów literackich, o ile nie pierwszym, traktującym o depresji poporodowej. 

W moim odczuciu to opowiadanie mogłoby być dłuższe, pogłębione o przyczyny i historię powstania choroby. W tej formie miałam wrażenie, że jeszcze dobrze nie zaczęłam lektury, a już ją skończyłam.

Moja ocena: 3/6

Charlotte Perkins Gilman, The Yellow Wall-Paper, 64 str., Harper Perennial Classics.

piątek, 16 listopada 2018

"Wszystko czego wam nie powiedziałam" Celeste Ng



Po lekturze Małych ognisk nie planowałam sięgania po debiut Celeste Ng. Tymczasem mój angielski klub książkowy wybrał tę pozycję na następne spotkanie i dobrze, bo to była bardzo satysfakcjonująca lektura. Ta książka podobała mi się bardziej od Małych ognisk, choć w wielu aspektach tę powieść przypomina.

To opowieść o na pozór normalnej rodzinie, która tragicznie traci dziecko. Średnia córka, Lydia, topi się w pobliskim jeziorze. Nie wiadomo, czy popełniła samobójstwo czy została zamordowana. Relacjonując wydarzenia po śmierci Lydii, Celeste Ng wraca do przeszłości oraz oddaje głos wszystkim członkom rodziny, w ten sposób przedstawiając możliwe przyczyny tragedii.

Matka Marilyn wychowana została przez samotną matkę na przykładną panią domu, która dba o regularne posiłki, porządek i męża. Celem Marilyn jednak było wyrwanie się z tego schematu, studia i kariera lekarki. W collegu poznaje jednak Jamesa, za którego wychodzi za mąż i niestety rezygnuje ze studiów, bardzo szybko rodzi się pierwsze dziecko - syn. 
Także James niesie ze sobą bagaż problemów. Jako dziecko chińskich imigrantów, całe życie czuje się inny i ciągle walczy o akceptację. Jego trójka dzieci, mimo że są Amerykanami z krwi i kości, ma podobne kompleksy. James kończy z sukcesem studia i zostaje wykładowcą, koncentrując się szczególnie na aspektach ściśle związanych z kulturą amerykańską. Całym swoim ja zaprzecza swojej chińskości. Marilyn przynajmniej z wyglądu jest typową Amerykanką i zarazem jego pierwszą dziewczyną. Co ciekawe James ma problemy z akceptacją pierworodnego, który w wielu aspektach go przypomina. Pierwsze skrzypce w rodzinie gra Lydia - to ona ma spełnić marzenia matki, ma zostać tym wszystkim, czym ona sama nie mogła się stać. Marilyn realizuje swoje ambicje, zachęcając córkę do nauki chemii i fizyki, zarzuca ją książkami na ten temat, ćwiczy w matematyce od najmłodszych lat. W rodzinie liczą się tylko sukcesy i wyniki Lydii.
O najmłodszej córce, cichutkiej Hannah już nikt nie pamięta. Tymczasem to bystra obserwatorka i ona jedyna podejrzewa, co się działo w głowie starszej siostry.

To ciekawa psychologiczna powieść o samoakceptacji, o rolach, jakie przyjmujemy w społeczeństwie i wreszcie o projekcji własnych ambicji na dzieci. Ng świetnie panuje nad tekstem, doskonale omawia wszystkie te aspekty, równocześnie zachowując lekkość narracji. Mimo że problem odnalezienia swojej tożsamości i swojego miejsca w społeczeństwie interesuje mnie najbardziej, to pozostałe kwestie równie mnie poruszyły.

Moja ocena: 5/6

Celeste Ng, Was ich euch nicht erzählte, tł. Brigitte Jakobeit, 284 str., Dtv 2016.

"W otchłani mroku" Marek Krajewski



Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak rzadko sięgam po kryminały Krajewskiego. Mam ich jeszcze kilka do przeczytania i nie wiedzieć czemu, muszą czekać, aż się nad nimi zlitują uczestnicy stosikowego losowania. Na szczęście już po raz drugi się ulitowali, ku mojej uciesze i satysfakcji. Po raz kolejny zachwyca mnie intelektualizm, że tak się wyrażę, tych kryminałów. W moim pędzie do książek, z których mogę się dowiedzieć czegoś nowego, zapominam, że od Krajewskiego można nauczyć się sporo. Mój sentyment do Wrocławia, gdzie studiowałam to już tylko mała kropeczka nad i, jeśli chodzi o satysfakcję z lektury.

Otchłań mroku roztacza się nad powojennym Wrocławiem. W pierwszych latach po zakończeniu wojny, w tym mieście nadal trwają małe wojenki. O przetrwanie, o wyszabrowanie jak najwięcej, o byt. Bezkarni Rosjanie grasują po ulicach, biorąc, co uważają za swoje, czyli wszystko, nie wyłączając młodych kobiet, najlepiej dziewic. Ostatni Niemcy żyją w zawieszeniu, niepewni swojego losu, a przesiedleńcy z Lwowa układają sobie życie na nowo. Sytuacja polityczna Polski jest niepewna, rodzący się komunizm napawa lękiem, więc w mieście powstaje Gimnazjum Subterraneum, które ma umożliwić zdolnym uczniom niezabarwioną ideologicznie klasyczną edukację. Dwóch profesorów prowadzi wykłady z filozofii i języków klasycznych. Jeden z nich kontaktuje się z Edwardem Popielskim, ponieważ podejrzewa, że UB ma u nich wtyczkę. Lwowski policjant podejmuje się śledztwa, które powiedzie go w nieoczekiwanym kierunku. Okaże się, że będzie musiał skoncentrować się na uczennicach tajnej szkoły. Sześćdziesięcioletni Edward ociera się o granice swoich fizycznych możliwości, prowadząc to śledztwo - będzie musiał wykazać się niezłą tężyzną fizyczną, równocześnie dzieląc czas na pracę i opiekę nad chorą kuzynką Leokadią. 

Krajewski oczywiście łączy historię powojenną ze współczesną - otóż idea Gimnazjum Subterraneum nie umarła i ma zostać odtworzona współcześnie. Pracujący nad tym pomysłem doktor filozofii otrzymuje niezwykłe zlecenie od niemieckiego wydawcy książki filozoficznej, które stworzy klamrę, wiążącą wydarzenia współczesne z powojennymi.

Krajewski jak zwykle uwiódł mnie językiem, zamysłem, subtelnością i dosadnością zarazem i delikatną ironią. 

Moja ocena: 4,5/6

Marek Krajewski, W otchłani mroku, 320 str., Wydawnictwo Znak 2013.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Statystyka październik 2018


Przeczytane książki: 6

Ilość stron: 1814

Przeczytane tytuły: 
Najlepsza książka: "W ogrodzie pamięci", "Bestia", "Jezioro"

niedziela, 11 listopada 2018

"Zielone sari" Ananda Devi


Przemoc psychiczna, trudne związki międzyludzkie, osaczenie w utartych rolach, manipulacja - sporo, jak na moje pierwsze spotkanie z literaturą Mauritiusu. Ananda Devi stworzyła poruszającą kreację starszego mężczyzny, który odraża i poraża swoją butą, zachowaniem i sposobem myślenia.

Doktor był zawsze zwycięzcą - w domu i w zawodzie. Nieważne, że odnosił w leczeniu średnie sukcesy, że jego rola wcale nie była tak istotna, jak sobie wyobrażał. Ważna była poza, status, strój i mores w domu. Nikt nie wie, jak zmarła młodziutka i piękna żona doktora. Kobieta, której imienia nie poznajemy, stopniowo umiera psychicznie w domu doktora. Jego cynizm, manipulacja, dręczenie psychiczne niszczą jej młodość, chęć życia i radość. Jej śmierć jest rodzinną tajemnicą, którą pragnie rozwikłać wnuczka doktora. Dopiero ona ma siłę postawić się tyranowi, dosadnie odpowiedzieć, nie poddać się manipulacji. Jej matka nadal pełna jest lęku, wychowywana od maleńkości przez takiego ojca, z troską pielęgnuje teraz schorowanego człowieka. 

Doktor to kreator, zarządca ludzkiego życia. To on ma siłę i wiedzę, by uratować chorych i zdolność zapominania o tych, których życie nie ocalił. Tak, jak decyduje o ich losie, tak chce decydować o losie żony. Pyszni się tą zależnością od jego wiedzy. Poślubia piętnastolatkę, zapewne by łatwiej móc wpływać na jej charakter, na jej życie, na jej myśli. Niestety pomylił się, nie spodziewał się, że młodziutka piękność będzie aż tak niepokorna. Swoją niepohamowaną nienawiść do kobiet przenosi na córkę, a następnie na wnuczkę. Ta ostatnia potrafi mu jednak się przeciwstawić, przynajmniej na płaszczyźnie seksualnej, manifestując swój homoseksualizm.

Wybierając dla powieści formę monologu, Devi świetnie ukazuje, pokręcony sposób rozumowania doktora. Jego tyrady są odrażające, jego pokrętna logika przeraża, a sposób w jaki szuka winy w najbliższych mu osobach jest obrzydliwy. Ten całkowicie pozbawiony empatii i respektu człowiek przekonany jest o swojej nieposzlakowanej opinii, niewinności i widzi w sobie ofiarę kobiet-czarownic. Co ciekawe ten mocno mizoginiczny, ukazujący najgorsze zakamarki ludzkiej duszy, mający znamiona psychopatii monolog stworzyła kobieta. Devi zaskakuje ekspresją języka, wyszukanymi epitetami, jakimi obdarza kobiety doktor, wczuciem się w rolę i sposób myślenia bohatera.

Mimo że autorka mocno osadza powieść w realiach Mauritiusu, to jest ona niezwykle uniwersalna. Postać doktora to kreacja charakteru despoty uniwersalnego - na takich typów można trafić wszędzie. Nie chcę jednak zapomnieć tutaj o Mauritiusie - autorka wspomina o wojnie domowej, delikatnie szkicuje tło społeczne, ale mam wrażenie czyni to na tyle delikatnie, by nie odebrać swojej powieści uniwersalizmu.

Mocna, świetnie przełożona proza, opatrzona ciekawym posłowiem, napisanym przez tłumacza. Krzysztof Jarosz nie tylko skupia się na samej powieści i jej autorce, ale tworzy krótki szkic o literaturze Mauritiusu.

Moja ocena: 5/6

Ananda Devi, Zielone sari, tł. Krzysztof Jarosz, 240 str., Wydawnictwo w Podwórku 2018.

piątek, 2 listopada 2018

Stosikowe losowanie 11/18 - pary

Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 15 książek) - 11
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 11
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 211 książek) - 49
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 107 książek) - 13

piątek, 26 października 2018

"Bestia" Magda Omilianowicz


Dziś skończyłam słuchać tę książkę i z pełnym przekonaniem twierdzę, że to najlepszy audiobook, jakiego słuchałam. Świetnie zrealizowany, z bogatym tłem dźwiękowym i rewelacyjnie przeczytany. Krzysztof Czeczot bardzo sugestywnie odtworzył rolę Pękalskiego oraz świadków, policjantów, prokuratora itd. Jak dobrze mu się to udało, dowiedziałam się dopiero, gdy wysłuchałam wywiadu z wampirem na YouTube. Zdumiewające podobieństwo, Czeczot fantastycznie oddał charakterystyczny sposób wypowiadania się Pękalskiego.

Nie chcę jednak chwalić tylko audiobook, bo cała książka jest rewelacyjna. Z serii Na F/Aktach czytałam Preparatora oraz Smutek cinkciarza, które równie mnie poruszyły i po tych trzech publikacjach jestem pewna, że muszę poznać pozostałe. 

Omilianowicz stworzyła niepowtarzalny portret przestępcy - zadbała, by stworzyć postać autentyczną, ukazać wszystkie jej wymiary. Jej Leszek to zaniedbane, niekochane dziecko, wyśmiewany uczeń, nieporadny człowiek, a zarazem psychopata i zboczeniec. Może to zaskakujące, ale autorka potrafiła zbudować w książce napięcie, poprowadzić narrację tak, że znający przecież fakty czytelnik, będzie czytał z zainteresowaniem. Omilianowicz dopuszcza do głosu Pękalskiego, postaci, które spotkał na swojej drodze, prokuratora, psychiatrów, policjantów, a nawet pracownika więzienia. Wszystkie te wypowiedzi są jak elementy układanki, które składają się w postać wyjątkowo niebezpiecznego człowieka. Bezradnego i sprytnego zarazem, nieporadnego i niebezpiecznego. Nie sposób uwierzyć, że policja przez tyle lat nie była w stanie wpaść na jego trop - ta książka jednak podaje wiele sensownych wytłumaczeń tego faktu. Zaniedbany, niezauważalny wręcz człowiek mógł się poruszać po całej Polsce niepostrzeżenie. Cichy menel, na którego nikt nie zwracał uwagi, ciamajda, w którego siłę nikt by nie uwierzył. Ten reportaż to równocześnie próba poszukania przyczyn dewiacji Pękalskiego. I właśnie to budzi niepokój, niejasne podejrzenie, że zło może się zrodzić wszędzie, że niewiele brakuje, by z człowieka zrodziła się bestia. A zarazem nie wiadomo, czy wyrastanie w domu pełnym miłości i akceptacji uchroniłoby Pękalskiego przed zmianą w bestię.

Omilianowicz stara się także odpowiedzieć na pytanie, co powinno się robić z przestępcami pokroju Pękalskiego i jak mają wyglądać ich losy po ukończeniu kary więzienia. Co się stało z Pękalskim wiemy, ale wydaje się, że nie ma jednego rozwiązania w takich przypadkach. 

To wiele rozsądnych, wyważonych głosów, relacji, rozważań, które układają się w zastraszającą całość - odrażającą i fascynującą, które wzbudzają w czytelniku całą gamę emocji - od litości po obrzydzenie. Świetna, mocna rzecz.

Moja ocena: 6/6

Magda Omilianowicz, Bestia. Studium zła, 275 str., czyt. Krzysztof Czeczot, Wydawnictwo Od deski do deski.