piątek, 31 lipca 2020

"Bajki Hankowe dla dzieci grzecznych i rozumnych" Aleksander Lubina



Bajki Hankowe to kolejna śląska perełka, którą mogą czytać także dzieci i dorośli nie znający języka śląskiego. Ja połknęłam ją w bardzo szybko, ciesząc oko nastrojowymi ilustracjami Ewy Wrożyny.

Bajki Hankowe to dwujęzyczny zbiór sześciu opowieści rozgrywających się w gospodarstwie Filipa, a opowiedzianych przez Hanka, zapewne dziadka lub wujka. Bajki traktują o przygodach zwierząt gospodarskich - kur, kóz, świni, konia, owiec, bocianów, które co roku przylatują do gniazda i o różnorodnym ptactwie. To właśnie w przypadku ptaków pomogła mi polska wersja, bo nie znałam śląskich nazw wszystkich ptaków.



To nie są typowe bajki z morałem, ani klasyczne opowieści ezopowskie. To raczej gawędy, które czasem urywają się w najciekawszym miejscu, by słuchające dzieci same mogły sobie dopowiedzieć koniec albo podyskutować z rodzicami nad możliwymi rozwiązaniami problemu.


Dla mnie te bajki mają mnóstwo uroku. Przypominają mi babcię i dziadka oraz ich gospodarstwo, gdzie spędziłam dzieciństwo. Cudne są imiona wszystkich zwierząt - takie, jakich się używało i jakie nosili także członkowie mojej rośliny. Jest Pyjter i Yma i Erna i Paulek, Gryjta i Berta na przykład.


To już kolejna publikacja Lubiny, po którą sięgnęłam i którą z czystym sercem wszystkim pasjonatom języka śląskiego polecę.

Moja ocena: 5/6

Aleksander Lubina, Bajki Hankowe dla dzieci grzecznych i rozumnych, 74 str., Lubina sp. z o.o. 2016.

środa, 29 lipca 2020

"Duszpasterstwo koło Lodowca" Halldór Laxness



Ta książka islandzkiego noblisty jest dla mnie całkowitym znaczeniem. Inne jego utwory wspominam jako realistyczne, mocno osadzone w islandzkich realiach i historii. Tymczasem Duszpasterstwo koło Lodowca to powieść surrealistyczna, absurdalna, magiczna wręcz.

Główny bohater, młody człowiek, zostaje przedstawicielem biskupa Islandii, który wysyła go na jeden z lodowców w zachodniej Islandii, by skontrolował sytuację tamtejszego kościoła. Do biskupa doszły bowiem słuchy, że pastor Sira Jon nie spełnia swoich obowiązków, że kościół niszczeje, że rozwiódł się z żoną, a na lodowcu ukryto trumnę z ciałem młodego mężczyzny. Wszystkie te fakty są wielce niepokojące, więc wysłannik udaje się wraz z aparatem do nagrywania w odległe okolice. I faktycznie napotyka tam na całą gamę dziwacznych postaci. Począwszy od pastora, który właściwie pastorem nie jest, bo zajmuje się naprawą starych urządzeń, ale cieszy się wśród wiernych ogromną estymą. Jest też hodowca koni, który ciągle szuka zwierząt. I kucharka pastora, która dzień i noc piecze torty i częstuje kawą nawet w środku dnia polarnego. Pod lodowiec przybywa także były imigrant islandzki z trzema uczniami-hipisami, który głosi kazania na tematy teologiczno-eschatologiczne, łącząc wszystkie religie świata. Nie zapomnijmy o kobiecie, która podobno jest rzekomą żoną pastora i być może żyje, a być może jest martwa. 
Sam kościół jest zabity dechami, dosłownie. W środku zdemolowany, zarośnięty grzybem i pozbawiony schodów wejściowych. Natomiast zdeponowany na lodowcu sarkofag powraca, by zostać uroczyście otwarty i zaskoczyć swoją zwartością. 

Laxness postawił na krótkie rozdziały i telegraficzny miejscami styl. Wypowiedzi poszczególnych osób przedstawione są po dwukropku, w taki sposób, jak nagrywa i notuje je przedstawiciel biskupa, który nazywa sam siebie niżej podpisanym lub skrótem od powyższego tytułu (tu niestety nie wiem, jak to wygląda w polskim tłumaczeniu). 

Nie powiem, że jest to książka, którą polecę każdemu. Na pewno nie na pierwsze spotkanie z islandzkim noblistą. Ta powieść wymaga pewnej wiedzy na temat Islandii, ale także sporo samozaparcia, by móc towarzyszyć bohaterom i faktycznie zrozumieć jej przesłanie. Dla mnie to była dość dowcipna, groteskowa opowieść, która niespecjalnie mnie porwała.

Moja ocena: 3/6

Halldór Laxness, Am Gletscher, tł. Bruno Kress, Steidl 2002.

poniedziałek, 27 lipca 2020

"O Atlas da V" Lisa Vicente



Lisa Vicente jest lekarką, ginekolożką i seksuolożką. Ta książka powstała, by przybliżyć w prostej formie temat żeńskich narządów płciowych. Nie tylko kobietom, ale wszystkim posiadaczkom i posiadaczom wyżej wymienionych oraz osobom zainteresowanym tą tematyką. Vicente zadbała o przejrzystą strukturę, krótkie rozdziały, które nie przytłaczają medycznymi terminami, lecz w jasny i klarowny sposób przedstawiają najnowszą wiedzę. Tekstom towarzyszą liczne ilustracje, które pomagają zrozumieć tekst. 

Autorka rozpoczyna od vulvy (celowo używam terminów z książki, bo chodzi tu także o mylenie tych dwóch słów), opisując szczegółowo jej budowę i rozróżnienie od vaginy, następnie w kolejnych rozdziałach przechodzi do organów wewnętrznych i do seksualności. Tutaj bierze pod uwagę takie kwestie jak płeć biologiczna, orientacja seksualna, orgazm, podniecenie, zapobieganie ciąży. 
Kolejny rozdział to zmiany zewnętrznych organów seksualnych od narodzin po menopauzę. Ostatnia część książki porusza inne problemy, np. okaleczanie narządów, pochwica a także sam wygląd narządów płciowych. Autorka wielokrotnie podkreśla i omawia tę ostatnią kwestię, twierdząc, że nie ma ideału, ceniąc różnorodność i potępiając propagowany w firmach porno idealny wygląd sromu.

Ten atlas to bardzo ciekawe kompendium, dla osób w każdym wieku, które borykają się z różnymi pytaniami i problemami. W wielu rozdziałach Vicente zawarła pytania pacjentek, dając na nie krótkie odpowiedzi, a na końcu książki zamieściła wiele linków do stron internetowych i innych publikacji.

Bardzo podoba mi się tolerancyjne podejście autorki, kwestia wzięcia pod uwagę wszystkich osób posiadających żeńskie narządy płciowe (nie nazywa ich tylko kobietami), obiektywne podejście do seksualności, antykoncepcji oraz ważna kwestia wyglądu narządów płciowych.

Moja ocena: 5/6

Lisa Vicente, O Atlas da V, 157 str., Arena 2019.

piątek, 24 lipca 2020

"Szukając diagnozy" Lisa Sanders



Jako psychofanka dr House'a nie mogłam przejść obojętnie obok tej książki. Zresztą nie odpuszczę żadnej powiązanej z medycyną książce. A ta książka to prawdziwa gratka, bo jej autorką jest lekarka, autorka felietonów o diagnostyce, które były inspiracją dla scenarzystów mojego ulubionego serialu. Co tu wiele mówić, połknęłam tę książkę w dwa dni. 

Autorka opisuje wiele zaskakujących historii medycznych pacjentów, którzy trafili do nich lub do jej kolegów po fachu. Przypadki zostały podzielone na osiem działów według najważniejszego lub pierwszego symptomu, jaki zaobserwowali chorzy, czyli gorączki, bólu brzucha czy głowy, duszności, urojeń, utraty przytomności, wysypki i osłabienia. Każda historia jest odmienna, bo zależy od wielu czynników - momentu zgłoszenia się na pogotowie, sposobu opisania symptomów oraz wywiadu lekarskiego. O sukcesie diagnozy decydują często drobnostki lub nawet przypadek. Czasem jest to zatajona informacja albo symptom, który wydał się być pacjentowi nieistotny, czasem koncentracja lekarza na wynikach badań i pobieżne badanie pacjenta, które nie pozwoliło dostrzec wszystkich symptomów. W przypadku bardzo rzadkich schorzeń często decyduje doświadczenie lub kwestia tego, czy medyk już spotkał się z daną chorobą. Dochodzenie do właściwej diagnozy może trwać wiele lat, gdy symptomy są wynikiem dwóch schorzeń lub branych leków na chorobę przewlekłą.

Wszystkie teksty są napisane bardzo przystępnym językiem, nie przytłaczają medyczną terminologią, autorka dba, by nawet laik zrozumiał zawiłości diagnostyczne, a tłumaczka bardzo sprawnie poradziła sobie z tematyką. Ciekawym tłem są informacje o życiu pacjenta czy jego rodzinie, okolicznościach zachorowania. Każdy rozdział to osobna opowieść, czasem przypominająca kryminał, którą pochłania się w momencie. Polecam wszystkim fankom i fanom książek medycznych.

Moja ocena: 5/6

Lisa Sanders, Szukając diagnozy, tł. Dominika Braithwaite, 360 str., Wydawnictwo Insignis 2020.

czwartek, 23 lipca 2020

"Emilka ze Srebrnego Nowiu", "Emilka dojrzewa", "Emilka na falach życia" Lucy Maud Montgomery

                                    

Cykl o perypetiach Emilki Lucy Maud Montgomery jest mniej znany niż Ania z Zielonego Wzgórza, ale niemniej warty uwagi. Z lektury tych książek mam mniej wspomnień, zachowały się u mnie da tomy - pierwszy i trzeci, więc drugi (zapewne wtedy nie udało mi się go zdobyć) przeczytałam po angielsku. 
Emilkę poznajemy w przełomowym momencie jej życia - właśnie umiera jej ojciec i dziewczynka zostaje sierotą. Jej mama nie żyje od dawna, jedynymi krewnymi jest rodzeństwo matki. Rodzina kostyczna, o sztywnych zasadach i o dobrym zapleczu finansowym. Spotkani ciotek i wujów z Emilką jest jednak zderzeniem dwóch światów. Emilka została wychowana w swobodzie, dziko, bez reguł, karcenia, za to otoczona miłością i zrozumieniem. Nowo poznani członkowie rodziny są zgoła inni - krytykują dziecko na każdym kroku w jego obecności, traktują ją jak przedmiot, który należy rozdysponować. Nieświadoma niestosowności swoich zachowań Emilka od razu sprawia złe wrażenie. Na szczęście zostaje zabrana do domu ciotek Elżbiety i Laury, który wydawał się być jej najmniej obcy. I faktycznie Laura to dobra dusza, emocjonalna, która od razu pokochuje dziewczynkę. Elżbieta bardzo długo utrzymuje wiktoriańską fasadę w swojej próbie wychowania Emilki na rozsądną panienkę. Na szczęście na Srebrnym Nowiu mieszka też kuzyn Jimmy, który jest nieco dziwaczny i na swoje dziwactwa może sobie pozwolić. W dzieciństwie z winy Elżbiety wpadł do studni i na skutek urazu jest podobno nieco upośledzony, np. pisze wiersze. Emilka znajduje w nim pokrewną duszę, ponieważ tak jak on kocha naturę, zachwyca się nią, uwielbia poezję i prowadzi pamiętnik, w którym sama tworzy pierwsze wiersze.

Emilka stara się zadowolić swoim zachowaniem surowe wymagania nowej rodziny, ale jej nieokiełznana, fantazyjna natura nie raz wprowadza ją w tarapaty, a rodzina matki nie rozumie zamiłowania do pisania i tworzenia fikcji, uznając że te zainteresowania musiała odziedziczyć po ojcu. Emilka bardzo szybko zakochuje się w urodzie okolicy nowego domu i poznaje przyjaciół - Ilzę, Perry'ego i Tadzia. W kolejnych tomach Montgomery opisuje dorastanie dziewczyny, jej wyjazd do miasta, gdzie kontynuuje naukę, mieszkając u bardzo jej niechętnej ciotki Ruth. Wtedy też coraz bardziej poważnie zaczyna myśleć o pisarstwie, zwłaszcza gdy po raz pierwszy jej wiersze zostaną opublikowane w czasopismach. Wraz z ukończeniem szkoły, Emilka wraca na Srebrny Nów, a jej przyjaciele rozjeżdżają się na studia. Młoda kobieta decyduje poświęcić się pisarstwu, ale jako panna na wydaniu ma sporo innych problemów. Jej miłość z dzieciństwa - Tadzio nie wydaje się być nią zainteresowany, a wszyscy kandydaci do jej ręki są nie do zaakceptowania. Najpoważniejsza jest przyjaźń z Deanem Priestem - przyjacielem jej ojca, którego zna od pierwszego roku zamieszkania na Srebrnym Nowiu i który jest dla niej niekończącą się inspiracją do rozmyślań i źródłem wiedzy. To jedna z najbardziej polaryzujących postaci cyklu. Trudno go polubić, bo jego stosunek do Emilki jest dziwny, czasem wręcz zatrważający - od momentu poznania oplata dziewczynkę siecią, stale sugerując, że należy do niego. Emilka poddaje się tej przyjaźni, Dean traktuje ją poważnie, wspiera w pasjach, pokazuje wielki świat, opowiada o podróżach. Ten związek jednak budzi niepokój, dorosły mężczyzna spędza nad wyraz dużo czasu z dzieckiem, a potem nastolatką.

Montgomery bardzo ciekawie przedstawia charaktery - szczególnie Emilki, Ilzy, Perry'ego, kuzyna Jimmy'ego i ciotki Elżbiety. Dość blado wypada natomiast ciotka Laura oraz Tadzio. Niewiele dowiadujemy się o ich usposobieniu. Zwłaszcza ten ostatni, postać tak ważna, znika wśród innych silnych postaci. Autorka stawia przede wszystkim na wiele niespotkanych wydarzeń i przypadków, które zmieniają bieg akcji. Mimo że daleko wielu tym przygodom do realizmu, to jednak czynią one akcję wartką i zwyczajnie ciekawą. Liczne opisy przyrody, która tak zachwyca romantyczną Emilkę są po prostu piękne - dobór słów, antropomorfizacja wielu zjawisk i ścisłe powiązanie ich z akcją czynią z Wyspy Świętego Edwarda kolejnego bohatera książki. 

To nie jest cykl, który poleciłabym każdemu współczesnemu czytelnikowi. Wiem, że moja córka na pewno by nie strawiła tego stylu, a także zasad, podziału klasowego, roli kobiety w ówczesnych czasach. I mnie ówczesne traktowanie i wychowanie dzieci oraz naiwność Emilki mierziły, ale dla mnie była to raczej nostalgiczna podróż wstecz - w trakcie lektury przypominałam sobie niektóre fragmenty, choć całości już nie pamiętałam. Cieszę się, że wróciłam do L. M. Montgomery już teraz - planowałam ten powrót dopiero na przyszły rok, tymczasem Emilka umiliła mi pandemiczną rzeczywistość.

Moja ocena: 5/6

Lucy Maud Montgomery, Emilka ze Srebrnego Nowiu, tł. Maria Rafałowicz-Radwanowa, 334 str., Krajowa Agencja Wydawnicza Poznań 1988.
Lucy Maud Montgomery, Emily rises, 325 str., Starfire 1983.
Lucy Maud Montgomery, Emilka na falach życia, tł. Maria Rafałowicz-Radwanowa, 222 str., Krajowa Agencja Wydawnicza Poznań 1990.

poniedziałek, 20 lipca 2020

"Wdech i wydech" Dominika Horodecka




Ciemne podwórko, odrapane ściany, brzydki blok, obok cmentarz. W bloku mieszka Natalia, mama Marlena i tata Ryszard. Znaczy tata różnie, bo czasem też jest w Łodzi. Bo tata to artysta, który lubi wypić, a po alkoholu lubi gadać i się awanturować. I potem kłóci się z mamą, wychodzi z domu i nikt nie wie, kiedy wróci. Natalia asystuje tej odwiecznej wojence rodziców i sobie z nią w ogóle nie radzi. Bo jak  małe dziecko ma sobie z problemami rodziców poradzić? Może zaciskać pośladki, wdychać i wydychać, eksplorować cielesność, ale problem nie zniknie.

Na życie Natalii wpływ ma cała rodzina, bo są dziadkowie z obu stron, ciocie, wujkowie i kuzynostwo. Niektórych członków rodziny spotyka na co dzień, jak dziadków, rodziców mamy, niektórych w czasie wakacji spędzanych zawsze w tym samym miejscu, m. in. w Ustroniu. Dorastająca, a potem dojrzewająca Natalia kształtowana jest przez te relacje, nie zawsze zdrowe. Babcia Rózia, matka ojca Ryszarda, to babcia nadopiekuńcza, który usłuży, pomoże, ugotuje, naprawi i posprząta, a przy okazji podszepnie Natalii, żeby wpłynęła na matkę, by ta była łagodniejsza dla męża. Rodzinna sieć nie jest jednak jedynym punktem odniesienia dla dziewczynki. Są jeszcze koleżanki, przedszkole a potem szkoła i kościół. Zwłaszcza temu ostatniemu się należy przyjrzeć, prawdy wpajane dziewczynkom na spotkaniach Dzieci Maryi to jeden z najlepszych fragmentów powieści. Jest i zakład pogrzebowy dziadka - trumny, śmierć,  ciała, pogrzeby. Autorka stara się utrzymać linearną narrację, ale to raczej zlepek wspomnień, opowieści dziecka, z dygresjami, wybieganiem w przyszłość (gdy narodzi się brat Natalii) i retrospekcjami. Ta gęsta narracja przerywana jest poetyckimi fragmentami, które stanowią pewnego rodzaju podsumowanie każdego z rozdziałów, które jednak nie zawsze tłumaczą lub wyjaśniają, a często zupełnie z poprzednim tekstem nie współgrają i wydają się być zbędne.

Pisząc gęsta narracja, mam na myśli nie tylko intensywność narracyjną tekstu, ale także jego językową stronę. Horodecka przytłacza opisami, detalami, szczegółami i szczególikami. I cielesnością - piszę to jako zwolenniczka naturalizmu w prozie. Po kilkudziesięciu stronach natłok pierdzenia, sików, kup, srania i dup zaczyna nużyć. O ile początkowo ta natrętna cielesność ma wytłumaczenie w zachowaniu Natalii, która w ten sposób kompensuje dość traumatyczne dla niej sceny z ojcem pijakiem, to z czasem ten koncept się zużywa. Na tym tle moment, gdy Natalia dostaje pierwszy okres wypada blado. Wręczenie córce podpasek, bez zbędnych komentarzy, było sceną, która odegrała się w ten sposób w większości polskich domów, więc ten opis nie dziwi. Zaskakuje jedynie kontrast z rozbuchaną cielesnością w innych sytuacjach - wspólne mycie się nad miską z mamą i ciotką czy wspólne wizyty w wychodku. 

Ta powieść wpisuje się w szerszy trend opowieści o dorastaniu u schyłku PRL-u, problemach rodzinnych i postrzeganiu świata oczyma dziecka. Dla mnie wyjątkowo interesujące było osadzenie jej na Śląsku, ale typowego Śląska tu dość mało, bo rodzina głównej bohaterki nie pochodzi z tego regionu, nie mówi po śląsku i nie kultywuje śląskich tradycji. W zasadzie wspomniane Katowice mogłyby być jakimkolwiek polskim miastem. Proza Horodeckiej nie poruszyła we mnie także struny nostalgicznej - być może dlatego, że główna bohaterka jest ode mnie dekadę młodsza, a może dlatego, że nie doszukałam się tu wspólnoty doświadczeń, której podświadomie oczekiwałam. Mimo to postrzeganie świata przez Natalię może zainteresować, nie jako dokument minionej epoki, ale jako świadectwo inicjacji i dorastania w toksycznej rodzinie. Warto jednak zaznaczyć, że toksyczność tej rodziny nie opiera się na patologii. Horodecka umiejętnie nakreśla te relacje, które bazują na chęci dobrego wychowania córki, otoczenia jej poczuciem bezpieczeństwa, co jednak się nie udaje, głównie ze względu na zagubienie rodziców i brak sprawczości w rozwiązaniu własnych problemów. 

Jest w tej powieści jedna scena, która mnie dotknęła i do której wracałam kilka razy, bo nie wierzyłam własnym oczom - Natalia porównuje w niej nieudaną podobiznę Maryi do Mongołki (faktycznie chodzi tu o osoby cierpiące na Zespół Downa), a jej ciemną karnację do brunetek o dość obfitym owłosieniu, które wygląda jak parch pokrywający ciało. Nawet biorąc pod uwagę, że to przemyślenia dziecka, nie mam w sobie zgody na publikowanie takich porównań.

Jeśli przyciąga was świetna okładka Wdechu i wydechu i ciekawi jesteście debiutanckiej prozy - śmiało sięgajcie po tę powieść, Horodecka ma wiele do powiedzenia i czyni to hipnotyzująco. 

Moja ocena: 4/6

Dominika Horodecka, Wdech i wydech, 358 str., Wydawnictwo Warstwy 2020.

wtorek, 14 lipca 2020

"Aller Tage Abend" Jenny Erpenbeck



Jakby wyglądało nasze życie, gdybyśmy w tym jednym momencie zdecydowali inaczej. Albo ktoś zdecydował inaczej za nas. Gdybyśmy poszli na inne studia, wybrali inne miasto, inny zawód, innego partnera? Jenny Erpenbeck szkicuje w tej książce odmienne losy jednej osoby. W pierwszej wersji kobieta umiera jako niemowlę, w innej jako młoda kobieta, później jako dorosła, w innej zaś dożywa wieku dojrzałego. Na bieg życia tej osoby mają wpływ drobne gesty, przypadkowe decyzje i spotkania. Tak niewiele brakuje, by całkowicie zmienić życie. 

Życie głównej bohaterki, pół-Żydówki, komunistki, słynnej pisarki umieszczone jest bardzo głęboko w kontekście historycznym: pierwsza i druga wojna, pogrom Żydów, powstanie komunizmu, życie w NRD. Taki okres uświadamia, jak nikły wpływ mamy na własne życie i jak bardzo zależy one od kontekstu, w którym żyjemy. Od decyzji lub błędu urzędnika na przykład. Albo od decyzji matki ratującej niemowlę, które straciło oddech. Albo babki, która wepchnęła córkę w małżeństwo z gojem. To bardzo smutna wizja, odbierająca nam całkowicie sprawczość, poddająca losowi. 

Najpiękniejszy w tej książce jest język. Erpenbeck stawia na krótkie rozdziały, krótkie zdania, ale zarazam piękne, głębokie, poruszające. Pióro autorki jest największą siłą tej książki, składania do rozważań, dokąd mogło zaprowadzić nas życie, gdyby... wtedy.... 

To powieść filozoficzna, wyrafinowana w swojej konstrukcji, dla której trzeba mieć czas. Ja słuchałam jej bardzo długo, w czasie pandemii nigdy nie byłam sama, by móc w spokoju posłuchać książki, więc proza i przemyślenia Erpenbeck towarzyszyły mi przez wiele tygodni.

Moja ocena: 4/6

Jenny Erpenbeck, Aller Tage Abend, 283 str., czyt. autorka, Der Hörverlag 2012.

środa, 8 lipca 2020

"Nie ma" Mariusz Szczygieł



Proza i percepcja świata Mariusza Szczygła często współgra z moją, dlatego bardzo cieszyłam się na lekturę Nie ma, która mnie nie rozczarowała, ale też nie zachwyciła. Były momenty wspaniałe, jak opowieść o ojcu jadącym do Pragi czy o pisarkach mojego dzieciństwa, siostrach Woźnickich, o których dotychczas nic nie wiedziałam, ale były też chwile nużące, nie pasujące do drgań mojej duszy.

Problemem takich książek, jak Nie ma, jest to, że bardzo szybko umykają poszczególne opowieści. Moim problemem jest to, że czytam na raz, zachłannie, za szybko. Zamiast kupić wersję papierową, położyć na stoliku nocnym i czytać fragmentami, rozmyślać i obracać w głowie przeczytaną treść, ja lecę jak z przysłowiowym koksem. Potem wyłączam czytnik i nie ma. Znaczy jest, najpierw pustka, a potem wracają fragmenty, przypominają się zdania, ale są też takie ustępy, które gdzieś tam podskórnie zamieszkały, ale mózg nie potrafi podsunąć mi, które to, o czym, gdzie. I to mnie smuci. Ale ja nie wracam do książki, już skasowana, już jej na czytniku nie ma. Już następna na tapecie, lecę ku nieuchronnemu końcowi, pożeram kolejne i kolejne, nie pytajcie czemu. Jest lepiej, gdy podczas lektury robię notatki, ale taki luksus mam tylko podczas urlopu, w pandemii nie mam żadnego luksusu. Luksusem jest możliwość przeczytania jednego rozdziału ciągiem. Możliwość czytania w ogóle. Czytania w międzyczasie, pod stołem, wśród gwaru, mamo, daj, pomóż, gdzie to jest. Wśród myśli, że trzeba, że jeszcze, że pranie, że obiad, że wartościowe spędzanie czasu z dzieckiem. I potem mam tę musztardę, wcale nie tańszą - przeczytałam, chcę kilka dni później coś napisać i nie ma czego. Bo po co pisać banały, że mi się podobała, że ciekawe spostrzeżenia, że historie dla mnie nowe, że Czechy są, jak niczego mądrego nie napiszę. Kto to w ogóle przeczyta? Kto w zalewie słów wyłuska jakieś słowo czy myśl? Może lepiej mniej czytać, ale rodzić, już nie fizycznie, lecz górnolotnie, bez wrzasku, łez i krwi? Ale kto powiedział, że pisanie to nie wrzask, łzy i krew? Nie ma u mnie pomysłu na nic. Jest koronna niemoc i bezruch. Pranie wyprane jest, powiesić trzeba. Obiad dać. Pozamiatać. Zetrzeć. Poukładać. Psa pogłaskać. Życie trzeba spędzać, bo nie pozwala na nudę. Nie daję czasu na nic poza. Nie ma uczy, że trzeba. Że trzeba zrobić to, co rozsadza duszę, bo inaczej nie warto żyć.

Moja ocena: 4/6

Mariusz Szczygieł, Nie ma, 336 str., Dowody na Istnienie 2018.

poniedziałek, 6 lipca 2020

"Duchowni o duchownych" Artur Nowak



Rozmowy Artura Nowaka są bardzo różnorodne. Spotkał księży katolickich, którzy opuścili stan duchowny lub nie przyjęli wszystkich święceń, rozmawiał z zakonnikami i duchownymi protestanckimi. Każdy rozdział przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, każdy był zupełnie inny, naświetlał inny aspekt kościoła katolickiego. 

Rozmówcy o wierze katolickiej koncentrują się w swoich wypowiedziach na kostyczności kościoła, na ogromnych niedociągnięciach w kształceniu księży, twierdząc, że to właśnie one są źródłem wielu problemów. Brak wsparcia psychologicznego, rozmów, wiktoriański styl nauczania bazujący na posłuszeństwie i pamięciowym opanowywaniu materiału nie przysługują się kształceniu księży na miarę dzisiejszych czasów, ale przede wszystkich takich, którzy będą partnerami parafian, którzy będą rozumieli ich problemy i którzy będą potrafili tchnąć życie w parafię. Kolejnym problemem jest mur księży ze starszego pokolenia, zasiedziałych, pewnych siebie, niechętnych zmianom. Ich wizja kapłaństwa nie sprawdza się i ma szanse istnienia tylko dzięki pewnej grupie parafian, która księdza traktuje jako wcielenie Boga. Inną kwestią jest mafia homoseksualna w kościele, która podobno ma w swoich rękach sposób rozdziału parafii, stanowisk i kontakty na wszystkich szczeblach. Rozmówcy nie kwestionują wiary chrześcijańskiej ani celibatu, starają się znaleźć słabości w samej instytucji kościoła.

Inaczej to wygląda w rozmowie z duchownym kalwińskim, który jako homoseksualista nie mógł w Polsce prowadzić czasopisma i pracuje w Stanach Zjednoczonych. Jego kościół nie miał żadnych obiekcji wobec jego orientacji, problemem był kościół katolicki, który takiego stanowiska by nie zaakceptował. W tej rozmowie kościołowi katolickiemu zarzucana jest powierzchowna interpretacja wiary, ludyczność wręcz, brak głębokiego teologicznego podejścia. 

Wypowiedzi duchownych otwierają oczy na wiele spraw, pokazując spojrzenie od strony wewnętrznej, kościelnej. Dodam, że spojrzenie wyważone, dalekie od sensacji, wyrażone w sposób rozsądny, rzeczowy. Bardzo ciekawa książka.

Moja ocena: 5/6

Artur Nowak, Duchowni o duchownych, 200 str., Wydawnictwo Od deski do deski 2019.

czwartek, 2 lipca 2020

"Polskie morderczynie" Katarzyna Bonda



Z Katarzyną Bondą nie miałam dotychczas do czynienia i raczej nie planuję sięgać po jej kryminały. Ta książka mnie skusiła, bo spodziewałam się reportażu o ciekawej tematyce. Ta publikacja jednak klasycznym reportażem nie jest, to raczej wywiady czy właściwie monologi najsłynniejszych polskich morderczyń. 

Każdy rozdział poświęcony jest innej kobiecie, która przedstawia swoją wizję własnego życia, na końcu opatrzony  jest natomiast krótką notką biograficzną oraz wyrokiem, jaki dana kobieta otrzymała. Te rozmowy ukazują, jak bardzo różnią się od siebie poszczególne bohaterki, jak odmienne są ich zbrodnie, jak rozmaite środowiska, z których pochodzą. Są osoby o pewnym stopniu upośledzenia, są kobiety wychowane w środowiskach głęboko patologicznych, większość z nich ma zaburzenia empatii. Są też kobiety inteligentne, wykształcone, spracowane, zaszczute. Są takie, które zamordowały w afekcie, z rozpaczy, z niemocy, ale i takie, które czyn zaplanowały i drobiazgowo wykonały. Wszystkie opowiadają, w jaki sposób znoszą zamknięcie, jak odnalazły się w więzieniu, jakie mają plany na przyszłość i wolność.

Bonda stara się przerwać monotonię takiej formy książkowej, pozwalając każdej z czternastu bohaterek na nieco inną formę wypowiedzi - w jednym rozdziale będą to urojenia, inny będzie analizą, kolejny zaś pytaniami jak z badania wariografem. Stałym elementem jest tylko konfrontacja z faktami: danymi osobowymi, pochodzeniem, dzieciństwem oraz oceną psychologiczną skazanych. Praktycznie każda z przedstawionych postaci widzi swoją zbrodnię i życie inaczej niż przytoczone dane. 

Bonda próbuje odnaleźć podobieństwa między morderczyniami, które pomogłyby jej zdefiniować kobietę-zbrodniarkę, a także pobudzić czytelnika do rozważań nad samą istotą zbrodni, uświadomić, że zdolny jest do niej niemal każdy.

Ciekawa książka, warto po nią sięgnąć i poznać te historie, zwłaszcza, że celem ich spisania nie jest szukanie sensacji.

Moja ocena: 4/6

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie, 398 str., Muza 2013.

środa, 1 lipca 2020

Stosikowe losowanie lipiec 2020 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 17 książek) - 13
Agnes wybiera numer książki dla Natalii (w stosie 8 książek) - 3
Natalia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 250 książek) - 41
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 19 książek) - 15
Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 53 książki) - 10
Guciamal wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 333

wtorek, 23 czerwca 2020

"Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej" Joanna Ostrowska



Ta książka mnie całkowicie zaskoczyła. Spodziewałam się reportażu, ciężkiego tematycznie, ale lżejszego stylistycznie, tymczasem Ostrowska wykonała tytaniczną, mrówczą pracę, by sporządzić jak najbardziej kompletną monografię o ofiarach seksualnej pracy przemysłowej. Podstawą do napisania tej książki była praca doktorska autorki i podczas lektury jest to jednoznacznie widoczne. Ostrowska operuje językiem naukowym, aczkolwiek strawnym, opiera się na twardych danych, wszystkie informacje popiera faktami i teksami źródłowymi, dbając o jak największą skrupulatność. 

Temat, jak sam tytuł wskazuje, jest delikatny i bardzo trudny badawczo, ponieważ obarczony jest ogromną dozą wstydu. Kobiety, które w czasie wojny zmuszone zostały do przymusowych usług seksualnych o swoich przeżyciach w ogromnej większości milczały, ze wstydu, z powodu wyparcia, zajęte walką o byt po wojnie. Wiadomości w zachowanych dokumentach są bardzo skromne, nazwiska często zakryte, wymazane, fakty połowiczne. Wiadomo jednak, że naziści metodycznie organizowali burdele dla żołnierzy w poszczególnych miastach i obozach koncentracyjnych. Wybierane były do nich kobiety, które były prostytutkami przed wojną, ale nie tylko. W obozach stawiano na świeże transporty kobiet, które jeszcze nie były zniszczone katorżniczą pracą i warunkami w obozie. Na robotach przymusowych wybierano kobiety, które dopuściły się drobnych przewinień. O samych przeżyciach tych kobiet trudno pisać wiele - są to zaledwie krótkie relacje, kilkuzdaniowe spisane podczas przesłuchań prowadzonych po wojnie wśród osób, które ucierpiały pod okupacją. Celem tych przesłuchań było wykrycie zbrodniarzy nazistowskich, informacje o seksualnej pracy przymusowej wypływały niejako prz okazji. Większość z nich pochodzi zresztą z opowieści mężczyzn, którzy takie burdele, np. w Auschwitz, odwiedzili lub mogli obserwować.

Ostrowska nie epatuje w tej książce, nie opiera się na emocjach, nie prezentuje swojego zdania, jest rzeczowa i obiektywna. Ona tylko relacjonuje. I to uderza w czytelnika najbardziej, trzeba mieć wiele siły, by wytrwać, by przebrnąć przez ten strumień zła. Z wyrywkowych opowieści wyłania się obraz kobiety uprzedmiotowionej. Upokarzające badania przed i po stosunku, kontrola przyjmowania "klientów", zmiana klienta co 15 minut, utrata możliwości posiadania dzieci - to wszystko dotyczyło kobiet, które w obozowych puffach służyły jako sposób nagradzania więźniów. Przeraża jak systematycznie i drobiazgowo zostały zaplanowane burdele na froncie, w dużych miastach, wszędzie tam, gdzie byli żołnierze, którym należało umilić wojaczkę. To przerażające świadectwo, ważne!

Moja ocena: 5/6

Joanna Ostrowska, Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej, 480 str., Marginesy 2018.

czwartek, 18 czerwca 2020

"Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?" Justyna Kopińska



Historia domu dziecka prowadzonego przez siostry boromeuszki w Zabrzu znana jest chyba wszystkim. Systemowa przemoc ze strony sióstr o przymykanie oczu na przemoc szerzącą się wśród wychowanków są tak przerażające i porażające, że brak słów, by opisać ten proceder i nie na tym chcę się skupić w tym tekście. Bardziej porusza mnie kilka innych aspektów.

Po pierwsze specyfika życia zakonnego. Siostry przyzwyczajane są do przemocy od pierwszych dni w zakonie. Młode dziewczyny przyuczane są do bezwzględnego posłuszeństwa, bezmyślnego wykonywania rozkazów, do łamania ich woli, do tracenia marzeń, myśli, do przystosowywania się. Ten chory układ znają często od późnych lat nastoletnich, czyli od okresu, gdy ostatecznie kształtuje się charakter człowieka. Takie osoby nie mogą być dobrymi wychowawcami dla nikogo, a już na pewno nie dla dzieci z rodzin patologicznych, poranionych psychicznie, skrzywdzonych fizycznie, dzieci upośledzonych lub zaniedbanych. Te dzieci wymagały profesjonalnej psychologicznej pomocy, nie pomocy doraźnej, ale pomocy rozłożonej na lata, takiej, która pomogłaby im poznać swoją wartość i która przygotowałaby je na dorosłe życie. Coś czego dzieci z domów tzw. patologicznych w Polsce nie mogą zaznać, bo takich szeroko zakrojonych programów brak. Na Śląsku te dzieci były problemem, który spychano do sióstr, bo one, kierowane fałszywie pojętym miłosierdziem, przyjmowały wszystkie dzieci. Przekonana jestem, że większość z maltretujących dzieci sióstr sama wymagała głębokiej pomocy psychologicznej. Z książki nie dowiadujemy się wiele o ich przeszłości, jedynie w przypadku siostry Bernadety autorka zamieściła krótki opis jej życia, ale nie można się w nim doszukać żadnych przyczyn jej charakteru i postępowania. Wracając jednak do klasztoru - to zamknięta społeczność kierująca się własnymi prawami, w której siłą rzeczy nikt nic nie zauważył, a jeśli nawet, to nie miał odwagi podjąć kroków albo były one od razu tłumione. Tu jednak przechodzimy do kolejnej kwestii. Przez lata, wiele lat nikt nie zainteresował się na tyle losem wychowanków boromeuszek, by coś w tej kwestii uczynić. Sygnały, że w domu dziecka dzieje się źle docierały do nauczycielek, lekarzy, kuratorów, urzędów. Głęboko zakorzeniony respekt przed kościołem nie pozwalał większości z tych osób podjąć żadnych kroków. A jeśli nawet takiego respektu nie miały, to bały się ruszać instytucję cieszącą się w Polsce wyjątkową estymą. I to mnie najbardziej przeraża - fakt, że tyle osób było w stanie poświęcić dobro dziecka z lęku przed oskarżeniem zakonnic, w domyśle osób świętych. 

Ta opowieść to jak najbardziej namacalny dowód tego, że zło rodzi zło. Opisuje to Kopińska i pisze o tym Winnicka w książce Był sobie chłopczyk - śląscy policjanci szczególnie mają na oku wychowanków sióstr, bo niestety niezwykle często kończą oni jako przestępcy. Zresztą "dzięki" morderstwu popełnionemu przez wychowanków sióstr odkryto to, co się w domu dziecka działo. Także tego przestępstwa można było uniknąć, gdyby ludzie mieli nieco bardziej otwarte oczy, bo młodzi mężczyźni kręcili się wokół ofiary od dawna. Rodzice jednak nie słuchają dzieci, a postronni dorośli wolą nie mieszać się w nie swoje sprawy. Odwracanie wzroku jest takie proste, prawda?

Opowieść o tym domu dziecka przypomin mi bardzo to, co działo się w kanadyjskich podobnych instytucjach, a co opisała w książce 27 śmierci Toby'ego Obeda Joanna Gierak-Onoszko. Z tą różnicą, że wydarzenia te dzieli pół wieku. Siostry boromeuszki zatrzymały się lata świetlne temu i nikt tego nie zauważył, a one same były przekonane o słuszności swoich poczynań. Ten fakt jest tak przerażający, tak bardzo nie pasuje do mojego światopoglądu, że trudno mi ubrać w słowa moje wzburzenie. 

To książka warta lektury, oczywiście jest to lektura trudna i bolesna i zapewne nie każdy będzie w stanie się jej podjąć. Nie chciałam się skupiać na samej treści, ale napiszę jeszcze słówko o stylu autorki i konstrukcji książki - bowiem pióro Kopińskiej mi nie leży. Nie podobał mi się jej styl, wydał mi się monotonny, nieadekwatny, miałam wrażenie, że autorka powtarza wiele razy to samo. To moje pierwsze spotkanie z Kopińską, więc nie wiem, czy tak pisze zawsze, będę musiała się niebawem przekonać.

Moja ocena: 4/6

Justyna Kopińska, Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadecie, 232 str., Świat Książki 2014.

sobota, 13 czerwca 2020

"Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu" Agata Romaniuk



Reportaż Romaniuk to dla mnie ogromne, pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się aż tak pasjonującej i wciągającej lektury. Autorka świetnie opowiada o Omanie, wplatając w narrację swoją osobistą historie. Czyni to nienachalnie, bardzo dyskretnie, koncentrując się na swoich rozmówczyniach. Bo rozmawia głównie z kobietami i o nich pisze.

Romaniuk przedstawia historię Omanu, niesamowity skok rozwojowy, który nastąpił wraz z przejęciem władzy przez sułtana Kabusa ibn Sa'ida oraz idące za nim przemiany społeczne. Na tym tle prezentuje historie wielu kobiet. Są tu bogate Omanki, które doświadczyły przemocy domowej, ale też służące z Azji Południowo-Wschodniej, które traktowane są jak niewolnice, są kobiety, które ukończyły prestiżowe uczelnie i wykonują szanowane zawody, jest ginekolożka, która zna wszystkie tajemnice swoich pacjentek, są kobiety, które odważyły się na rozwód i takie, które zdecydowały się na zszycie błony dziewiczej, są młodziutkie Hinduski, które zostały sprzedane wiekowym Omańczykom na żony. Jest wreszcie historia Polki, która do Omanu przeprowadziła się w latach osiemdziesiątych.

Autorka z wielkim wyczuciem i pokorą szkicuje odmienną kulturę i rolę kobiet. Nie ocenia ani nie wartościuje, przedstawia losy, które mimo tak różnych od europejskich uwarunkowań, są w gruncie rzeczy bardzo podobne do losów wszystkich kobiet. 
Dzięki wpleceniu wątków osobistych, powstała bardzo czuła, serdeczna, intymna wręcz książka. Romaniuk nie stroni bowiem od żadnego tematu. Mnie najbardziej ujął jej respekt wobec innych, pokora, pozycja przychylnej obserwatorki. Mam ogromną nadzieję, że w kwestii reportażu Romaniuk nie powiedziała ostatniego słowa. 
Polecam.

Moja ocena: 5/6

Agata Romaniuk, Z miłości? To współczuję. Opowieści z Omanu, 245 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

niedziela, 7 czerwca 2020

"Pianie kogutów, płacz psów" Wojciech Tochman


Kambodża należy do tych krajów, które wspominam najmilej. Nasza dość krótka wizyta w Siam Raep w 2011 roku była jedną z najcudowniejszych podróży. Były z nami nasze wtedy dwu- i sześcioletnie dzieci, które były wspaniałym pretekstem do nawiązywania rozmów, których udało się nam przeprowadzić zaledwie kilka. Mając w pamięci historię tego kraju, miałam nadzieję na poruszenie tego tematu. Ale, ja pierwsza nie zaczynałam, a Khmerowie go unikali. Rozmawialiśmy o życiu, dzieciach, szkole i obserwowaliśmy codzienne życie. Odbierałam ich jako osoby niezwykle uprzejme, przyjazne, gościnne. Mam wielką świadomość, że obserwowanie kraju tak doświadczonego i biednego z perspektywy turysty, ma wiele wad, a mnie zawsze stawia w niezręcznej pozycji. Zdaję sobie sprawę, że w oczach Khmerów byłam bogatą białą, która wpadła na chwilę do ich świata i która niczego nie zmieni. Gdybym wtedy znała książkę Tochmana, czułabym się pewnie jeszcze gorzej.

Jadąc przez wioski i bezdroża, pewnie dokładniej spoglądałabym w zieleń za domami na palach, by dostrzec uwięzionych chorych. Przedzierając się przez grupy żebrzących dzieci, byłabym jeszcze bardziej dotknięta ich losem. Patrząc na uśmiechy ludzi, jeszcze częściej myślałabym z jakimi traumami się zmagają. Książka Tochmana to tekst o beznadziei, biedzie, rozpaczy, braku uczuć, przemocy, odrętwieniu o wieloletniej, wielopokoleniowej, nie kończącej się traumie. Książki, które tematyzują traumę dotykają mnie najbardziej. Bo by zachorować na zespół stresu pourazowego, nie trzeba iść na wojnę, nawet nie trzeba żyć w nieludzkich warunkach przez wiele lat, nie trzeba nawet patrzeć na mordowanie bliskich, tu wystarczy jedno tragiczne wydarzenie. Jak głęboka, jak otępiająca musi być więc trauma Khmerów, którzy wydarzeń indukujących tę chorobę widzieli i przeżyli setki. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Co ciekawe, to, co dotknęło mieszkańców Kambodży ma swoją własną jednostkę chorobową - baksbat, syndrom złamanej odwagi.

Tochman napisał książkę trudną, bolesną, szczerą. Szukałam w niej choć jednego pozytywnego zdania, jednej pozytywnej historii. Nie ma ich. Został smutek, zagubienie i beznadzieja. Jeśli macie siłę zmierzyć się z taką tematyką, powinniście sięgnąć po ten reportaż. Nie tylko ze względu na przedstawione historie, ale ze względu na postawę autora. To ona najbardziej mnie ujmuje - pokora, tolerancja, brak oceny, empatia, próba zrozumienia. Tego szukam u reporterów i tak sama próbuję postępować, gdy podróżuję. To wybitna i empatyczna proza.

Moja ocena: 6/6

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów, 224 str., Wydawnictwo Literackie 2019.

środa, 3 czerwca 2020

"Ostatni Szwajcar na ziemi" Lambert Król



Jestem fanką prozy Króla, odkąd przeczytałam jego pierwszą książkę Mersi filmol. Kibicowałam autorowi, gdy pisał kolejne teksty i gdy przygotowywał swoją pierwszą książkę do druku. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać przedpremierowo, co więcej przeczytałam ją w jeden dzień. Proza Króla jest dla mnie pewnym fenomenem - jego umieszczone na granicy realizmu i fantazji opowiadania mnie pociągają i uwodzą, do czego właściwie nie mają prawa, bo jestem zagorzałą wielbicielką realizmu i naturalizmu. 

Król intryguje, zaciekawia, zaskakuje pointą - te właśnie cechy jego prozy są gwarancją sukcesu. Jego opowiadania poruszają ogromną gamę tematów bliskich każdej emigrantce i każdemu emigrantowi, nie powiela on jednak schematów, wplatając wątki poniekąd fantastyczne, a czasem futurystyczne. 
Polacy w Szwajcarii nie mają łatwo - trudno im zaprzyjaźnić się ze Szwajcarami, znaleźć pracę, odnaleźć się w obcym społeczeństwie, nauczyć języka a przede wszystkim dialektu. Tematy przemielone już sto razy i w każdą stronę - Król jednak nadaje im fantastycznej świeżości, przy okazji jeszcze przedstawiając szwajcarskie zwyczaje. Niezwykle lekki styl, dowcip i ironia nie ujmują powagi problemom emigrantów. Autor snuje wizje Polaków ratujących tonącą pod inwazją ziemniaków Szwajcarię czy też nawracających Szwajcarów na polskie smaki, ale także karkołomnego pomysłu na integrację dzieci poprzez zamianę ich w świstaki. Świetny jest tekst o królu przekleństw, w którym walczą ze sobą Polak ze Szwajcarem, miotając coraz to bardziej wymyślnymi wiązankami - zwykła kurwa bowiem już jest powszechnie znana. I tu muszę dodać, że moja sympatia do autora ma także inne podłoże - podobnie jak ja pochodzi bowiem ze Śląska.

Chciałabym coś w tej książce skrytykować, ale, mimo że się bardzo staram, niczego nie potrafię znaleźć. To jedna z tych książek, które idealne trafiają w moje poczucie humoru (groteska, czarny humor), postrzeganie świata (tolerancja, ciekawość) i tematyka (emigracja, tożsamość).

Mam głęboką nadzieję, że to nie jest ostanie słowo Króla, we mnie ma na pewno wierną czytelniczkę.

Moja ocena: 5/6

Lambert Król, Ostatni Szwajcar na ziemi, 124 str., Wydawnictwo Seqoja 2020.

poniedziałek, 1 czerwca 2020

Stosikowe losowanie czerwiec 2020 - pary

Anna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 14 książek) - 9
Agnes wybiera numer książki dla Natalii (w stosie 16 książek) - 3
Natalia wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 4 książki) - 3
Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 55 książki) - 11
Guciamal wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 200 książek) - 177
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 999
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 257 książek) - 6

niedziela, 31 maja 2020

"Szwedzi. Ciepło na Północy" Katarzyna Molęda


Szwecja nie jest mi krajem całkiem obcym, całkiem sporo naczytałam się na blogach koleżanek z Klubu Polek na Obczyźnie, słyszałam od znajomych i dowiedziałam się z różnych artykułów. Katarzyna Molęda ten obraz jednak systematyzuje i uzupełnia, do tego robi to lekko i dowcipnie, opierając się na własnych doświadczeniach i nie stroniąc od porównań z Polską. 

Książka podzielona jest na kilka rozdziałów, w których autorka porusza takie tematy jak równość, uprzejmość, gender, praca, święta, starość, zdrowie, urzędy, finanse. Molęda celnie opisuje samych Szwedów, ich sposób bycia, mentalność, wartości, które wyznają, przy okazji zaznaczając, że jej obraz jest subiektywny i ogólny, bo nie sposób opisać wszystkich dziesięciu milionów Szwedów w ten sam sposób. Ten brak generalizacji i świadomość konieczności pewnego uogólniania bardzo mi się podoba, bo niewiele denerwuje mnie tak bardzo jak stereotypy. 

Równie ciekawie Molęda opisuje wszelkie aspekty życia w Szwecji - język, dialekty, urzędy, sposób załatwiania spraw, zwyczaje świąteczne, sposób spędzania czasu wolnego itd. Z tych tekstów wyłania się obraz kraju niemal idealnego (gdyby nie ta pogoda), na pewno bardzo pasuje mi spokój, łatwość załatwiania wszystkich spraw, a przede wszystkim tolerancja. Nie przeszkadzały mi zupełnie porównania do Polski, którą Molęda często krytykuje, bo wychodzi na to, że mamy bardzo podobne spojrzenie na świat i najwyraźniej denerwują i zachwycają nas te same kwestie. 

Ta książka to w zasadzie lekka pozycja na dwa wieczory, autorce jednak udało się połączyć przyjemne z pożytecznym, bo w ten rzutki sposób potrafiła. przekazać ogrom informacji o swojej drugiej ojczyźnie. 

Moja ocena: 5/6

Katarzyna Molęda, Szwedzi. Ciepło na Północy, 352 str., Wydawnictwo Czarna Owca 2015.