czwartek, 28 października 2021

"Tirza" Arnon Grunberg

 


Przeciętna niby rodzina. Okazały dom z ogrodem przy najlepszej ulicy w Amsterdamie, stateczny ojciec Jörgen Hofmeester, który niekoniecznie dobrowolnie kończy wieloletnią karierę redaktora w wydawnictwie, matka artystka i dwie córki. Starsza Ibi wyprowadziła się już z domu, prowadzi pensjonat we Francji wraz z niekoniecznie dobrze przyjętym przez ojca partnerem. Młodsza Tirza właśnie świetnie zdała maturę i urządza przyjęcie pożegnalne zanim z chłopakiem wyjedzie na rok do Afryki. A matka? Matka wróciła właśnie do domu po tym, jak na kilka lat zniknęła. Nikt nie wie, co robiła, nikt się tym też specjalnie nie interesuje.
No więc małżonka wchodzi do domu i rozpoczynają się kuriozalne rozmowy z ojcem, czyli Jörgenem. Rozmowy męczące w swojej bezcelowości i mówieniu bez trafiania do odbiorcy. Rozmowy, by mówić, a nie by się komunikować. Małżonka epatuje swoją rozwiązłością, bezkompromisowością, Jörgen epatuje swoim konformizmem. 

Mimo że Tirza jest tytułową bohaterką, to narracja prowadzona jest z punktu widzenia Jörgena, któremu życie się wydarza. Studiował język niemiecki i kryminologię, której nie skończył. Dostał pracę w wydawnictwie i tam został, choć wszyscy sądzili, że sam zostanie wydawcą. Ożenił się z małżonką, choć chyba jej nie kochał. Zgodził się na dzieci, bo małżonka wyraziła taką chęć. Absolutnie na serio wziął rolę ojca, bo tego oczekiwało od niego otoczenie. Ma dom przy najlepszej ulicy, porządne ubranie, zadbany ogród i odgrywa rolę najlepszego ojca świata, bo sądzi, że tego oczekują od niego inni. Małżonka natomiast nie robi niczego z tego. Ona ma swoje życie i żadnych skrupułów, by nim żyć. Jörgen skrupułów mieć nie musi, bo nie wie, jak żyć i jak podejmować swoje własne decyzje. Jörgen to taki człowiek, który chce zadowolić wszystkich, a własne pragnienia, czy bestię, jak sam mówi, uspokaja włoskim gewürztraminerem. W wielkich ilościach. Jego życie toczy się od pierwszego do pierwszego, gdy pobiera czynsz od najemcy mieszkania na piętrze. Rytm wyznaczają wyprawy do Luksemburga, gdzie przechowuje kasowane na czarno pieniądze. Filarami jego dni są cztery idealnie naostrzone ołówki i kolejne rękopisy do sprawdzenia. Są nimi wywiadówki, wożenie Tirzy na lekcje wiolonczeli i pianina, gotowanie obiadów, dbanie o dom i ogród. Taki Jörgen jest przedstawicielem całej klasy średniej, przeźroczystym reprezentantem, wtapiającym się w tło jedermanem

Tirza to jego ukochana córka, oczko w głowie, dziecko, jak wciąż powtarza, wyjątkowo utalentowane, słoneczna królewna. Starsza córka pojawia się we wspomnieniach Jörgena tylko raz i to w okolicznościach niezbyt dla niego przyjemnych. Jörgen krąży wokół młodszej córki jak satelita. To ona jest spełnieniem wszystkiego, czego nie zrobił ze swoim życiem. Przytłoczona i zagarnięta przez ojca, opuszczona przez matkę. Tirza nie ma szans, by sprostać oczekiwaniom ojca.

Grunberg na ponad pięciuset stronach wpakował w tę książkę ogromną ilość scen, myśli, wydarzeń. To nie są przyjemne sceny, w większości są obrzydliwe, podejrzane, obleśne, na pozór pozytywne i serdeczne kryją w sobie zawsze drugie dno. Tak jak rozmowy. Dziwaczne, pełne podtekstów i podszyte zwyrodniałym seksualizmem. Ta powieść to szkic psychologiczny przedstawiciela pewnej klasy i pokolenia, którego czas się już kończy, którego ramy życiowe zostały zachwiane w posadach. 

Ta powieść zawiera w sobie wiele wątków pobocznych, wiele aspektów - to ogromne pole do dyskusji i interpretacji. Świetny portret psychologiczny, rzecz, która na długo zostanie w pamięci.

Moja ocena: 5/6

Arnon Grunberg, Tirza, tł. Małgorzata Woźniak-Diederen, 560 str., Wydawnictwo Pauza 2018.

środa, 27 października 2021

"Der letzte Satz" Robert Seethaler

 


Gustav Mahler podróżuje na pokładzie transatlantyku z Nowego Jorku do Europy. Stary i schorowany kompozytor i dyrygent siedzi ciepło opatulony na pokładzie pod opieką młodego stewarda i wspomina swoje życie. Jego myśli wędrują swobodnie wstecz, pozbawione chronologii i nieuporządkowane. W ten sposób czytelnik poznaje różne, ważne i mniej istotne wydarzenia z życia słynnego Austriaka. Mahler wraca do swoich sukcesów jako dyrektor opery, dyrygent, reformator i kompozytor, przede wszystkim skupia się jednak na życiu prywatnym.

Czytelnik poznaje więc okoliczności poznania jego żony Almy, historię wielkiej miłości, ślub, wspólne życie i późniejszą zdradę Almy. Są narodziny córek i wielka miłość do nich, a także śmierć Marii w wieku pięciu lat, z którą kompozytor nigdy się do końca nie pogodził. Wszystkie wspomnienia zabarwione są nostalgią i świadomością zbliżającego się końca. Ta perspektywa pozwala Mahlerowi patrzyć na swoje życie inaczej. Trudno tu nie poddać się paraleli między zbliżającym się do celu transatlantykiem, a kończącym swoje życie Mahlerem. 

To nie jest długa powieść, krótka etiuda, impresja wręcz, zachęta dla czytelnika do zapoznania się bliżej z życiem Mahlera i jego żony - postaci niemniej ciekawej, a przede wszystkim kontrowersyjnej. Seethaler zachwyca swoim talentem pisarskim - jego zdania uwodzą, trafiają w sedno i czarują nostalgiczną atmosferę. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, wprawka przed lekturą jego słynnego Trafikanta, na którą nabrałam teraz jeszcze większej ochoty.

Moja ocena: 5/6

Robert Seethaler, Der letzte Satz, 126 str., czyt. Matthias Brandt, tacheles! / Roof Music 2020.

wtorek, 26 października 2021

"Polowanie na małego szczupaka" Juhani Karila

 


Sięgając po tę książkę, spodziewałam się głęboko osadzonej w realiach lapońskich powieści obyczajowej. I w zasadzie tak się cała rzecz zaczyna. Elina wraca na północ, jak co roku odwiedza rodzinne strony, by uczynić zadość tradycji i złowić szczupaka. Wyprawa do Laponii jawi się jak wyjazd do innego świata - stopniowe zanikanie cywilizacji, granica, coraz bardziej dominująca natura i coraz dziwaczniejsi ludzie. Sama Elina też nie jest całkiem zwyczajna - z poważnie uszkodzonym palcem u nogi, obcięta na jeżyka, surowa, zacięta, silna. Już od pierwszych stron zostajemy zbombardowani potokiem fachowego słownictwa dotyczącego wędkarstwa i ryb. W tym momencie trochę się zaczęłam obawiać, że ta kaskada słownictwa mnie zaleje, a także, że czytam coś na kształt Legendy o samobójstwie Davida Vanna.

Żadna z tych obaw nie była jednak konieczna, bo wszystko toczy się zupełnie inaczej. Stopniowo zaczęłam się orientować, że Karila stworzył swoistą powieść fantasy, choć nieco się przed tym przeczuciem wzbraniałam. Mój wewnętrzny opór przed tym gatunkiem literackim nie obejmuje tylko Pratchetta. Tymczasem karty powieści Fina zaczęły zaludniać stwory nie z tej ziemi, a nawet niekoniecznie z lapońskiej. Bo kogo tu nie ma! Karila garściami czerpie z mitologii wszelakich, omijając jedynie tę lapońską, twierdząc, że nie czuł się dość kompetentny, by korzystać z dorobku kulturowego Saamów. Uważny czytelnik dopatrzy się tu inspiracji powieściami Sapkowskiego, ale doszuka się także podobieństw do twórczości Pilipiuka na przykład. Ja natomiast nie mogłam się wyzbyć skojarzeń z powieściami graficznymi KaReLa. 

Karila zaludnia karty powieści całym szeregiem dość kuriozalnych czy też dziwacznych postaci - są tu szamani, jest postać o ksywce Szambonurek czy zagadkowy Sowa. No i policjantka, która zostaje oddelegowana z południa do zbadania sprawy podejrzanej o morderstwo Eliny. Co ciekawe, policjantka bez żadnych problemów wchodzi w fantastyczny świat Laponii i od razu akceptuje obecność chyłka w swoim aucie.

Sam wątek obyczajowy, choć bazuje na klątwie, potrafi wciągnąć. Dzięki niemu poznajmy dzieciństwo Eliny i historię jej miłości. Dużo tu opisów jej charakteru, który wydaje się być typowy dla mieszkańców północno-wschodniej Finlandii, ale także ciekawa jest kwestia chęci opuszczenia hajmatu i poznania czegoś nowego. O ile w przypadku Eliny nie jest to wyraźna potrzeba serca, to jej przyjaciel stoi już na innym stanowisku i wyraża dobitnie chęć poznania innego życia niż na lapońskiej zabitej dechami wsi. Tutaj nie można nie wspomnieć o języku, który w tej powieści zajmuje rolę dominującą. Otóż w oryginale bohaterzy mówią dialektem, który po polsku należało oddać. Bardzo dobrze rozumiem dylemat tłumacza, który przecież nie mógł tego dialektu zastąpić dowolnym dialektem czy gwarą polską. Musielak tłumaczy w posłowiu, jak stworzył język bohaterów, bazując na różnych, dość typowych fenomenach polskich dialektów, kompilując je w odrębny język. Mnie się ten zabieg bardzo podoba, zresztą nie widzę innej opcji, by oddać polskiemu czytelnikowi klimat oryginału. Potrafię sobie zresztą wyobrazić, jak trudne koncepcyjnie i pracochłonne w wykonaniu było to zadanie. Podobało mi się wprowadzenie tu słów, jak się okazuje z gwary kaszubskiej, które nie były na pierwszy rzut oka rozpoznawalne i nadają tym samym postaci tajemniczego klimatu. 

I wreszcie natura, przyroda, krajobraz - to kolejny bohater tej powieści. Bagna, ryby, drzewa, insekty, komary, upał, zaduch - to wszystko odgrywa ogromną rolę. Mimo że nigdy nie odwiedziłam Laponii, to uwierzyłam w każde słowo Karili, co więcej wędrowałam po opisywanych miejscach wraz z google maps. 

Podsumowując, nie jest to może powieść, po którą bym sięgnęła w pierwszej kolejności, ale wcale nie żałuję, że ją przeczytałam, przede wszystkim ze względu na miejsce akcji, ale i cały ten folklorystyczny entourage, mimo że z Laponią nie ma wiele wspólnego.

Moja ocena: 5/6

Juhani Karila, Polowanie na małego szczupaka, tł. Sebastian Musielak, 340 str., Marpress 2021.

poniedziałek, 25 października 2021

"Kain" José Saramago

 


To moje drugie spotkanie z prozą Saramago, spotkanie udane, bo Kain to powieść zaskakująca, prowokacyjna i pełna humoru. Portugalski noblista opisuje historię stworzenia świata, wygnania z raju i następnie skupia się na Kainie, które za zabójstwo brata zostaje przez Boga skazany na wieczne błąkanie.

W ten sposób Kain odwiedza różne biblijne miejsca i asystuje przy wielu znanych z Biblii wydarzeniach, takich jak budowa wieży Babel, wygnanie z Sodomy i Gomory, oddanie Izaaka jako ofiarę itd. Saramago przytacza biblijne opowieści, czyni to jednak z innej perspektywy. Obserwatorem, ale i uczestnikiem wydarzeń jest Kain. To uczestnik aktywny, który stara się wpłynąć na decyzje i wkracza do akcji, np. gdy Abraham chce złożyć w ofierze Izaaka. Kain jednak przede wszystkim komentuje decyzje i zachowania Boga, oceniając je. Jako osoba pokrzywdzona przez boskie decyzje - preferowanie Abla bez wyraźnej przyczyny, uzurpuje sobie do tego prawo. Kain bardzo celnie i bez skrupułów punktuje okrucieństwo Boga, jego zerojedynkowość, brak współczucia, nieprzemyślane decyzje. 

Saramago skupia się na ukazaniu niekonsekwencji wielu biblijnych wydarzeń. Jego powieść skrzy się od humoru, pełna jest odwołań do współczesności (a nawet do Portugalii, np. w historii o wieży Babel), a zarazem jest bardzo krytyczna wobec Starego Testamentu. Co jednak istotne, Portugalczyk nie uprawia krytyki wprost, nie gardłuje się, nie wywyższa, jego krytyka jest dyskretna, inteligentna, ironiczna, a przez to niezwykle celna. Kain jest tu przeciwnikiem Boga, ale to przeciwnik konsekwentny, racjonalny, który bada boskie decyzje z rozmysłem, mądrze wyszukując wszelkie niekonsekwencje. Tworząc takiego bohatera, Saramago nie musi uprawiać krytyki bezpośredniej, nie musi wchodzić w polemikę, samo działanie Kaina obnaża wszystkie powyższe boskie wady.

Ta książka zaskakuje, zmusza do zastanowienia, wyraża w sposób skondensowany to, nad czym pewnie wiele osób się zastanawiało (czyli okrucieństwo boskich decyzji, bujna seksualność wielu biblijnych postaci, łatwość w zabijaniu itd). Powieść Saramago można odczytywać jako igraszkę, literacką zabawę z biblijnym kanonem, ale zdecydowanie należy ją widzieć jako rozrachunek i krytykę Biblii spisaną w stylu najwyższej klasy.

Moja ocena: 5/6

José Saramago, Kain, tł. Karin von Schweder-Schreiner, czyt. Helmut Krauss, Hoffmann und Kampe Verlag 2011.

wtorek, 19 października 2021

"Histeryczki" Roxane Gay

 


Zbiór ponad dwudziestu opowiadań o kobietach, które w jakiś sposób nie pasują do społeczeństwa, więc są tytułowymi histeryczkami czy jak w oryginale kobietami trudnymi. To kobiety naznaczone przemocą, zranione, ciężko doświadczone, ukrywające swoje traumy. Kobiety niezwykle emocjonalne tak jak język tych opowiadań. Są tu teksty bardzo krótkie i nieco dłuższe, teksty niepodobne do siebie, ale wiele z nich łączą te same motywy: bliźniaczek, straty dziecka, gwałtu, ucieczki, problemy na tle rasowym, otyłość. To zaskakujące, jak Gay nawet w dwustronicowych tekstach potrafi ująć czytelnika do tego stopnia, że musi przerwać lekturę. Na tych dwóch-trzech stronach jest taki ładunek emocji i tak wiele treści, że nie sposób pojąć, jak autorka tego dokonuje. I niezależnie, czy są to właśnie takie krótkie migawki czy teksty dłuższe, bardziej rozpracowane wszystkie chwytają i trzymają w swoich szponach.

Gay jest bardzo dosadna w swoim języku - mnóstwo tu brutalności, zwłaszcza w seksie. Jej zranione bohaterki bolesnym seksem zagłuszają ból albo poddają mu się, bo mężczyzna tak chce. To emocjonalnie poranione kobiety, poranione przez patriarchat i dysfunkcyjne związki z mężczyznami, którymi może być ojciec albo partner. Żaden z tekstów nie ma dobrego zakończenia, optymistycznej pointy - to raczej opowiadania o smutku, melancholii, sytuacji bez wyjścia, a nawet jeśli to wyjście jest i zakończenie dają jakąś iskrę nadziei, to łączy się ono z ucieczką. Bardzo podoba mi się, jak autorka eksperymentuje z różnymi formami, nie ma tu podobnych do siebie tekstów. Nawet jeśli znajdą się dwa o podobnym punkcie wyjścia lub poruszające podobną tematykę, to Gay koncentruje się na innym problemie. Taka powtarzalność motywów jednak mnie nie nudziła, odbierałam ją jako trop autobiograficzny, pewną traumę autorki, którą próbuje w ten sposób przepracować. 

Gay mistrzowsko oddaje myśli swoich bohaterek - często w opowiadaniach głównym tematem nie są wydarzenia, a życie wewnętrzne. Autorka wrzuca czytelnika w środek i dopiero dzięki myślom bohaterki lub retrospekcjom dowiadujemy się, dlaczego kobieta zachowuje się w dany sposób.

Nie spodziewałam się, że aż tak bardzo spodoba mi się styl Gay i same opowiadania, bo ze zbiorami opowiadań różnie bywa. Na pewno niebawem sięgnę po kolejną książkę tej autorki, zresztą już ją kupiłam.


Moja ocena: 5/6

Roxane Gay, Histeryczki, tł. Dorota Konowrocka-Sawa, 272 str., Poradnia K 2018.

sobota, 16 października 2021

"Saharyjskie dni" Sanmao

 


Saharyjskie dni znalazły się na mojej liście książek do przeczytania ze względu na pochodzenie autorki. To było moje pierwsze spotkanie z literaturą z Tajwanu i to jak udane! Mimo że Sanmao opisuje swoje życie na Saharze, to Tajwan w jej wspomnieniach jest bardzo obecny - pod postacią rodziny, zwyczajów, języka i kuchni.

Sanmao to wyjątkowa postać, kobieta samodzielna i niezależna, podróżniczka, która od zawsze pragnęła zamieszkać na pustyni. W ten sposób dotarła do Al-Ujun na Saharze Hiszpańskiej. Jej partner, a później mąż Jose dostał pracę w pobliskiej kopalni, a Sanmao mogła wreszcie doświadczyć życia na pustyni wszystkimi zmysłami.

Tajwanka zachwyca swoim sposobem pisania, ale i bycia. W czasach kolonialnych jest osobą o ogromnej empatii, tolerancji i ciekawości drugiego człowieka. Dla niej zamieszkujący Saharę Sahrawi są partnerami, sąsiadami, ludźmi jak ona. Choć denerwują ją niektóre ze zwyczajów, brud, bark elementarnej wiedzy, nie traktuje tego jako motyw do wywyższania się, ale jako przyczynek do zaoferowania pomocy lekarskiej czy edukacyjnej. Wspaniała jest jej nieograniczona ciekawość świata i spontaniczność - każda chwila może być początkiem nowej przygody, spontanicznej wyprawy. 

O czym jednak pisze Sanmao? O zwykłym życiu, o zadziwieniach, spotkaniach, rozmowach. Niezwykle ciekawie oddaje miniony świat, pierwsze spotkania między Hiszpanami i saharyjskimi nomadami, ich zapewne już przebrzmiałe zwyczaje i sposób życia. Opisuje także zwykłe problemy dnia codziennego - potworny upał, zdobywanie jedzenia, kontakty z Hiszpanią i światem zewnętrznym w ogóle. Bez upiększania opisuje swoje lęki, rozterki, smutek, zdenerwowanie, szczególnie w związku z ruchem rewolucyjnym i wojną z Marokiem. Jej styl jest całkowicie bezpretensjonalny, szczery, a zarazem trafiający prosto w serce. Nie sposób nie polubić Sanmao, nie sposób nie kibicować jej integracji z lokalną społecznością. Chinka z ogromnym poczuciem humoru i życzliwością opisuje swoje zmagania z sąsiadkami - których kultura jest całkowicie odmienna od tej, w której ona została wychowania. Z kolejnymi rozdziałami książka staje się coraz mroczniejsza, bo i sytuacja polityczna się zaostrza, a Sahrawi żyją pod groźbą wojny.

Polubiłam Sanmao za jej absolutny zachwyt nad naturą, za poczucie humoru i zdolność do śmiania się z samej siebie. Cieszę się, że mogłam poznać przebrzmiały już saharyjski świat. Bardzo ciekawa książka!

Moja ocena: 5/6

Sanmao, Saharyjskie dni, tł. Jarosław Zawadzki, 344 str., Kwiaty Orientu 2018.

piątek, 15 października 2021

"Fallensteller" Saša Stanišić

 


Proza Stanišića czekała od dawna w kolejce na lekturę. Przyznana mu w ubiegłym roku nagroda Deutscher Buchpreis jeszcze bardziej mnie zmotywowała do zapoznania się w końcu z tym niemieckim pisarzem bośniackiego pochodzenia. Na pierwszy ogień wybrałam ten zbiór opowiadań i niestety zupełnie, ale to zupełnie nie jestem kompatybilna ze stylem Stanišica. 

Okazuje się, że autor bardzo chętnie balansuje na linii realizmu magicznego, jego opowieści są dziwaczne, zaskakujące, odpływają w kierunku bajkowym, nierealnym, dla mnie zupełnie niezrozumiałym. Stanišić lubi bawić się językiem, żonglować słowami, smakować je i oglądać z każdej strony. Na pewno niemałą rolę odgrywa tu fakt, że język niemiecki nie jest pierwszym językiem pisarza. Dzięki temu ma on na pewno inne spojrzenie na słowa i ich znaczenie. Bardzo cenię takie podejście do języka, ale czego nie lubię, to obracanie niemal każdego zdania w dowcip lub pakowania w niego sarkazmu, groteski czy ironii. Wszystko to lubię, a nawet sama stosuję, ale co za dużo to nie zdrowo, niestety. Takie nagromadzenie dowcipu nuży i wcale nie śmieszy. 

A same historie? Zupełnie mnie nie zainteresowały, co więcej miałam trudności w podążaniu za autorem, bo nudziły mnie aż do tego stopnia, że nawet nie miałam chęci dowiedzieć się, jak się skończą. Gdybym te książkę czytała, zapewne bym lekturę porzuciła. Audiobook łatwiej wchodzi, choć nie jestem przekonana, czy nie był tu problemem także fakt, że lektorem jest sam autor. 

Podsumowując, o samej książce niewiele napiszę, bo cokolwiek bym o treści napisała, nie będzie to płynęło z serca lecz bazowało na opisach samego zbioru. Stanišicowi będę musiała dać jedną szansę, sięgając po "Herkunft" - powieść laureatkę i mam nadzieję, że lepiej się odnajdę w tej formie.

Moja ocnea: 2/6

Saša Stanišić, Fallensteller, 288 str., czyt. Saša Stanišić, der Hörverlag 2016.

środa, 13 października 2021

"Lampart" Giuseppe Tomasi di Lampedusa

 


Na drugie podejście do Lamparta zdecydowałam się tylko dzięki pewnemu klubowi czytelniczemu, bo moja pierwsza próba lektury siedem lat temu nie została zwieńczona sukcesem. Ta napisana w połowie XX wieku powieść bynajmniej nie jest nowoczesna. To narracja w starym stylu, powolna, pełna opisów, szczegółów i długich zdań. Oczywiście nie boję się takich książek, ale jestem świadoma, że przyzwyczajona do innego typu narracji, muszę im poświęcić więcej czasu. I jeśli jest to tematyka lub tło historyczne, które mnie interesuje, chętnie w taką powieść się zagłębiam, ale w przypadku Lamparta tak nie było, choć teraz, po lekturze stwierdzam, że faktycznie sporo się dowiedziałam o tworzeniu się włoskiego państwa i rewolucji Garibaldiego, o której wiedziałam tylko to, że miała miejsce. 

Na tle tych wydarzeń Lampedusa snuje opowieść o schyłku szanowanego sycylijskiego rodu. To czas, gdy we Włoszech następują gwałtowne zmiany polityczne, które skutkują zmianami społecznymi. Szlacheckie rody i ich sposób życia niebawem odejdą do przeszłości. Wielkie posiadłości, służba, przepych, przyjęcia, wykwintne potrawy, kostyczne wychowanie, surowe zasady, głęboka religijność to niebawem pieśń przeszłości. Główny bohater - książę, tytułowy Lampart to głowa rodu, groźny i dobroduszny za razem Sycylijczyk z krwi i kości. To także człowiek świadom zmian, przyjmujący je ze stoickim spokojem, celebrujący życie, jakie zna. Na tle tych przemian toczy się normalne szlacheckie życie. Bratanek się żeni, córki zakochują, chodzi się na polowania i bale. Ale i tu widać pewne zmiany. Tancredi, bratanek przyłącza się do rewolucjonistów, świadom konieczności zmian, które w pewien sposób pomogą jednak zachować stary porządek rzeczy. Jego wybranką jest piękna córka miasteczkowego nowobogackiego. Ten człowiek nie ma szlacheckich manier, nie wie, jak się ubrać, ukrywa nieokrzesaną żonę, ale poprzez edukację córki i uposażenie finansowe aspiruje do wyższej klasy. 

Życie rodziny Lamparta to poniekąd metafora przemian o skali bardziej globalnej. Żadna z nich nie następuje nagle, lecz stopniowo odmienia tryb życia. Znamienny jest tu monolog umierającego Lamparta, który bez żalu odchodzi ze świata, odczuwając upływające z niego życie. Ten proces przypomina powtarzalność fal morskich, jest absolutnym połączeniem z naturą i najbardziej poruszającym opisem książki. Lampedusa w ostatnim rozdziale opisuje życie córek Lamparta, niezamężnych, bezdzietnych, epigonek rodu i całej epoki.

Lampart nie jest książką, którą bez zastanowienia polecę każdemu. To jednak powieść tak klasyczna, że po prostu warto ją znać, choć pewnie włoscy uczniowie mają jej serdecznie dość.

Moja ocena: 4/6

Giuseppe Tomasi di Lampedusa, Lampart, tł. Zofia Ernstowa, 276 str., PIW 1970.

poniedziałek, 4 października 2021

"Der verlorene Sohn" Olga Grjasnowa

 


Oparta na faktach opowieść o pogrążonej w wojnie z państwami kaukaskimi Rosji rozgrywa się w połowie XIX wieku. To wtedy dumny władca górzystego Dagestanu przystaje na umowę z Rosjanami i oddaje im jako zakładnika swego najstarszego syna - dziewięcioletniego Jamalludina. 

Rosjanie nie wywiązują się z umowy i wywożą chłopca do Sankt Petersburga, gdzie staje się osobistym protegowanym cara Mikołaja. Jamalludin zostaje umieszczony w najlepszych szkołach, poznaje języki, kulturę, historię, literaturę i szkolony jest na przykładnego rosyjskiego żołnierza. Tak w skrócie można streścić całą akcję książki. Oczywiście Grjasnowa opisuje wszelkie perypetie, rozwój chłopca, jego dorosłe życie, ale pisanie o tym odebrałoby przyjemność lektury przyszłym czytelni(cz)kom. 

To nie jest jednak powieść historycznam, choć zawiera w sobie multum informacji i tła wojny kaukaskiej. Grjasnowa świetnie odmalowuje atmosferę epoki, przede wszystkim życie wyższych sfer, przepych pałaców, specyfikę carskiego dworu, ale także stroje, architekturę, nowinki kulturalne i literackie. To przede wszystkim powieść o zagubionym człowieku, dziecku na granicy kultur, które nigdzie nie będzie przynależało, które zawsze będzie obce. To ogromne rozterki o lojalności, poczuciu zadomowienia, swobodzie językowej, wychowaniu bez bliskich, roli przyjaźni. 

Powieść Grjasnowej nie jest porywająca, ma do niej pewne zastrzeżenia (np. charakterystyka postaci mogłaby być bardziej pogłębiona), ale była dla mnie niezwykle interesująca. Ze względu na całe tło historyczne, ukazanie rosyjskiej taktyki podporządkowywania sobie kolejnych państw i ludów. Te kolonialne zapędy są tu świetnie przedstawione, a także wyrafinowane i długoterminowe sposoby zagarniania kolejnych terenów. 


Moja ocena: 4/6


Olga Grjasnowa, Der verlorene Sohn, 383 str., czyt. Julian Mehne, HörbuchHamburg 2020.

sobota, 2 października 2021

"Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie" Katarzyna Tubylewicz

 


Przeczytawszy Samotnego jak Szwed, zapragnęłam natychmiast sięgnąć po poprzednią książkę Katarzyny Tubylewicz, która zresztą odleżała na moim czytniku swoje lata. Samotnym jak Szwed byłam nieco rozczarowana, więc tym wyższe miałam oczekiwania wobec tak zachwalanych Moralistów. Od razu na początku lektury zorientowałam się, że i w tej książce autorka przyjęła podobną formułę, tzn zasadziła cały reportaż na wywiadach, dodając do nich jedynie kilka stron własnego wprowadzenia czy nawet podsumowania. Książka powstawała w czasach kryzysu uchodźczego, więc ten temat dominuje, bo Szwecja przyjęła przecież ogromną ilość osób. 

Tubylewicz w pewien sposób odczarowuje wyidealizowany obraz Szwecji, równocześnie czyniąc to z serdecznością. To nie jest bowiem czcza krytyka, wytykanie błędów, a raczej polemika, próba zrozumienia i przede wszystkim proponowania rozwiązań. Ten temat dominuje więc w rozmowach z osobami obcego pochodzenia, które w Szwecji odniosły sukces niekoniecznie zawodowy. To aktywiści, działacze, osoby pracujące w terenie bezpośrednio z uchodźcami. Tubylewicz nie skupiła się na jednej narodowości - dotarła do ludzi pochodzących z Afganistanu czy Kurdystanu, ale też do Polaków, których ścieżki emigracyjne były bardzo odrębne. Oprócz osób zaangażowanych w pomoc i integrację uchodźców znaleźli się tu rozmówcy i rozmówczynie, którzy pracują z więźniami czy angażują się w ruchu feministycznym. 

Autorka wraz ze swoimi rozmówczyniami i rozmówcami zastanawia się, dlaczego Szwedzi przyjęli tak wielką grupę emigrantów i czynili to przez lata. Mówią tu o szwedzkim poczuciu równości i o wierze w człowieka oraz zaufaniu do niego. Mimo tego, że zdarzały się konflikty z uchodźcami, że wielu obywateli zgłaszało wątpliwości, to ta postawa pozostała niezachwiana. Tubylewicz naświetla przyczyny takiego nastawienia i, co mi się bardzo podobało, szuka rozwiązań na lepszą integrację uchodźców. To właśnie te konkretne propozycje wypracowane w rozmowach są najmocniejszą stroną tej książki, czyniąc z niej wartościowy reportaż. I mimo że temat uchodźców dominuje, to łączy się on zarazem z innymi poruszanymi kwestiami - dobrocią, śmiercią, prawami mniejszości i osób LGBTQ+, rolą religii i kościoła. Pokazane tu postawy i poglądy są mi bliskie, więc pewnie dlatego ta książka uderzyła u mnie w pozytywną strunę. Równocześnie nie ma tu patosu i megalomanii, jest prostota i zwykła, ludzka dobroć i to właśnie mnie tak przekonuje. To jest to, co cenię w kraju, w którym mieszkam i coś, czego tak mi brakuje w Polsce. 

Warto sięgnąć, przemyśleć, bo choć książka powstała kilka lat temu, nadal jest bardzo aktualna.

Moja ocena: 5/6

Katarzyna Tubylewicz, Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie, 408 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2017.

piątek, 1 października 2021

"GRM. Brainfuck" Sibylle Berg


Sibylle Berg wyrzygała w tej książce wszystko, co tak strasznie mnie, pardon, wkurwia we współczesnym świecie. GRM. Brainfuck to dystopia, ale bardzo aktualna dystopia. Berg czerpie pełnymi garściami z aktualnych wydarzeń i odwołuje się do mnóstwa postaci, z których kojarzę zaledwie kilka (Musk, Zuckerberg). Autorka puściła wodze fantazji i pokazała najbliższą przyszłość w Wielkiej Brytanii, po Brexicie, wśród ludzi, którzy żyją tylko dla swoich urządzeń elektronicznych, chorych, depresyjnych, zagubionych, bezrobotnych, biednych, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei. To nie jest bowiem wesoła książka, owszem sarkastyczna, cięta, dobitna, ale przeraźliwie smutna. Cynicznie smutna. Przerażająco smutna. Bo Berg odwołuje się do tego, co się dzieje teraz. Zdania jakby wyjęte żywcem z ust polskich polityków. Decyzje, które, gdy pisała książkę, jeszcze należały do przyszłości, a teraz są w Polsce rzeczywistością. I do tego przerażającą rzeczywistością, bo jeszcze cztery lata temu nikt by nie uwierzył, że tak będzie ona wyglądała.

Berg prowadzi narrację zasadzoną na czwórce bohaterów - dzieci z nieuprzywilejowanych domów. Dzieci wychowanych bez miłości, czułości i akceptacji. Dzieci zdanych na siebie, które zamieszkują razem, gdy dookoła ludzie wierzą w każdą bzdurę, teorię spiskową, manipulację, pozwalają na stały monitoring, czipy, kontrolę. Łączy ich jedno, niezależnie od statusu finansowego - kompletny brak nadziei na cokolwiek. O przyszłości nawet nie myślą. Autorka wprowadza oprócz głównej czwórki cały szereg bohaterów, charakteryzując każdego według przydatności do społeczeństwa, zainteresowań seksualnych, płci, rasy itd. Seks jest tutaj bowiem ostatnią rozrywką, która zajmuje ludzi. Podczas gdy roboty, maszyny i różne inne ustrojstwa przejęły wszystkie prace, ludzie niezależnie od wykształcenia nie mają zajęcia, za to mają mnóstwo czasu na seks, Netflix i jedzenie. To co oglądają na telefonach i w telewizorach jest dla nich jak religia. A politycy robią, co chcą, czyli przejaskrawiają to, co już teraz przeraża. Świat zdominowany jest przez patriarchat, prawicę, kontrolę i kamery. Berg zgrabnie wplata te wizje w to, co dzieje się teraz, tak że granica między dystopią, a rzeczywistością jest bardzo płynna. Nie patrząc daleko, całkowity i surowo przestrzegany zakaz aborcji został osadzony na propozycji Polaków. 

Berg jak zawsze zachwyca językiem - niezwykle ostrym, celnym, krótkimi ciętymi zdaniami. Muszę jednak przyznać, że po pewnym czasie cała powieść trochę się rozjeżdża i rozdrabnia w szczegółach. Jest tu za dużo wszystkiego i wszystkich, główne przesłanie rozmywa się w natłoku postaci. To co pozostaje, to poczucie beznadziei i smutku. I niestety także poczucie, że autorka ma rację, a jej wizja jest bardzo, ale to bardzo możliwa i realna.

Moja ocena: 4/6

Sibylle Berg, GRM. Brainfuck, 634 str., Kiepenheuer & Witsch 2019.

Stosikowe losowanie październik 2021


 


ZwL
 wybiera numer książki dla Anny
 (w stosie 280 książek) - 88
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 16 książek) - 15
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 150 książek) - 
McDulka wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 5 książek) - 
Agnes wybiera numer książki dla Guci (w stosie 60 książek) - 48

Gucia wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1200 książek) - 

czwartek, 30 września 2021

"Kto zabił mojego ojca" Édouard Louis


 

Kolejna powieść Louisa i kolejny raz przenoszę się do wioski w Pikardii, gdzie umiera ojciec autora. Człowiek schorowany, bez odpowiedniej opieki, człowiek, którego kondycja zdrowotna jest wynikiem jego życia. To człowiek, który systematycznie niszczył swoje dziecko. I dziecko, które teraz odwiedza ojca. 

Ta niewielka powieść to studium ojca, który wraz z postępującą chorobą i zniedołężnieniem zmienia swój stosunek do syna. Dopiero stan zależności od innych powoduje wzrost tolerancji u ojca. Poznajemy tu przeszłość ojca, jego stosunek do własnych rodziców, wychowanie i koleje losu. Dowiadujemy się, że to naznaczony przemocą człowiek, który przekuł to na brak przemocy w swojej rodzinie. Louis w pewien sposób gloryfikuje ten sukces, zupełnie jakby zapominając, że to czego doznał od swojego ojca to też przemoc, tyle że psychiczna. Nie bardzo odbieram więc Louisowi to rzekome pojednanie z ojcem, wspomnienia chwil pięknych i czułych. To tak jakby starać się znaleźć w beznadziei lepsze chwile, które i tak są po prostu złe. 

Druga część książki to rozprawa z polityką, z kolejnymi decyzjami konkretnych osób, które miały wpływ na życie najbiedniejszych. Louisa udowadnia, że osoby przynależące do klasy wyższych, uprzywilejowanych nie odczuwają w ten sposób decyzji politycznych jak ci, którzy stoją na dole drabiny społecznej. Nie potrafię się tu do końca zgodzić z autorem, odnoszę bowiem wrażenie, że bardzo upraszcza sprawę, zapominając o bierności i braku wykształcenia, który nie jest wynikiem decyzji na najwyższym szczeblu, lecz zwykłej niechęci do nauki. I o ile przytoczenie nazwisk konkretnych osób to ciekawy zabieg, to brakuje mi tu głębszego rozpracowania problemu, a pozostaje tylko wrażenie ślizgania się po temacie. 

Zastanawia mnie także, jak Louis sprawdzi się jako pisarz, gdy zabraknie mu tematów biograficznych. Wszystkie jego książki kręcą się wokół podobnej tematyki, ale już w tej widać, że autor zaczyna się powtarzać. Tytuł następnej powieści wskazuje na to, że będzie traktowała o matce autora, a co będzie potem? Rodzeństwo? Niemniej będę miała Louisa na uwadze i czekam na powieść o zupełnie innej tematyce.

Moja ocena: 4/6

Édouard Louis, Wer hat meinen Vater umgebracht, tł. Hinrich Schmidt-Henkel, 80 str., Fischer 2020.

środa, 29 września 2021

"Koniec z Eddym" Édouard Louis


 

Koniec XX wieku w północnej Francji - to tam w niewielkiej miejscowości dorasta Eddy. Tata Eddy'ego to facet na schwał. Dokładnie taki, jaki powinien być mężczyzna według tamtejszej wizji. Chłop z jajami, który lubi piłkę nożną, zapieprza w fabryce, rujnując kręgosłup, bo odszedł wcześniej ze szkoły i na żadna inną pracę nie ma szans, ogląda non-stop telewizję, je najtańsze żarcie, pije pastis, nie nawidzi polityków, burżujów, Arabów, gejów, czyli ogólnie wszystkich, którzy są inni i ma poczucie dobrze przeżytego życia, bo obok mieszkają ci gorsi - ci, którzy nie mają pracy. Taki facet musi mieć syna. Syn musi być taki jak on. Ma też żonę, babę z jajami, która wychowa dzieci, poda obiad, posprząta dom i jeszcze coś tam zarobi na kasie w supermarkecie. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie syn. Jakiś taki chudy i dziwny. Ten syn to Eddy, który woli szlagiery od piłki nożnej, który dziwnie się rusza, nie chodzi jak facet i mówi zbyt wysokim głosem. Pedzio, jak malowany. I co z takim synem począć. Można te jego skłonności ignorować, próbować z niego zrobić faceta, np. manipulacją, upokorzeniem, wyśmiewaniem. Dla Eddy'ego to zresztą nic nowego, bo tak samo traktowany jest poza domem. Szykany w szkole, na boisku, wśród dalszej rodziny, na ulicy są na porządku dziennym.
W takiej sytuacji są dwa wyjścia - zmienić się, dopasować lub wyrwać się. Eddy wypróbowuje oba. Najpierw próbuje być facetem z jajami, z dziewczyną i męskimi zainteresowaniami. Wiadomo, że to się nie uda, więc musi spróbować tej drugiej drogi. 

Louis na okołu dwustu stronach przemyca tak wiele różnorodnych problemów, równocześnie nie przeładowując swojej książki. W pierwszej linii to homoseksualizm chłopca, który żyje w środowisku, gdzie nie ma miejsca na jakąkolwiek odmienność. To jednak w zasadzie mogłoby być cokolwiek, co nie pasuje do ustalonych ról społecznych. Dręczenie, niezrozumienie i mobbing jakich doświadcza chłopiec są niewyobrażalne, zwłaszcza że mówimy tu o końcówce XX wieku i o kraju powszechnie rozumianym jako postępowy. Skali tego zjawiska nie sposób sobie wyobrazić, nie żyjąc w takim środowisku i nie znając osób z najniższego szczebla drabiny społecznej. 

Opisane tu środowisko można spotkać w każdym miejscu - absolutny brak poczucia sprawczości, bierność życiowa, brak edukacji, zwalanie winy za własne nieszczęścia na obcych i innych oraz poczucie wyższości na ludźmi jeszcze biedniejszymi to mechanizmy, które istnieją w wielu społeczeństwach. Mimo to tak dobitnie opisane przez Louisa warunki życiowe całkowicie przerażają - brak drzwi w domu, hałas, ciasnota, telewizor w każdym pokoju grający non-stop, śmieciowe jedzenie, brak jakiegokolwiek waloryzowania edukacji są trudne do wyobrażanie dla kogoś, kto dorastał w zupełnie innym otoczeniu. Ta powieść to także krytyka francuskiej polityki, która pozwala na tak skrajne różnice społeczne, ale o tym będzie więcej w kolejnej książce Louisa.

Bardzo podobała mi się ta książka językowo - dość dosadna, bez zbędnych ozdobników, głęboko osadzona we francuskiej rzeczywistości. Niemiecki tłumacz dobrze rozwiązał nawiązania językowe do nazwiska czy różnorodność przezwisk i wyzwisk osób homoseksualnych. Cieszę się, że nie zraziłam się po Historii przemocy i sięgnęłam po tę książkę. 

Moja ocena: 5/6

Édouard Louis, Koniec z Eddym, tł. Hinrich Schmidt-Henkel, 224 str., Fischer 2019.

niedziela, 26 września 2021

"Porwanie Jane E." Jasper Fforde

 


Do tej książki zostałam gorąco zachęcona przez koleżankę, ale, jak to często bywa, dopiero stosikowe losowanie zmusiło mnie do przekonania się, czy faktycznie jest to powieść dla mnie. Wszystko zresztą na to wskazywało - utopijna wizja Wielkiej Brytanii, gdzie wszyscy czytają, książki cieszą się ogromną estymą, a agenci literaccy walczą odgrywają zupełnie inną rolę niż ta nam znana. 
Thursday Next taką agentką właśnie jest, jej praca polega jednak na ściganiu tych, którzy kradną oryginały wielkich dzieł literackich lub co gorsza próbują je zmanipulować!

Fforde stworzył całkiem nowy, spójny świat, w którym Wielka Brytania od ponad stu lat tkwi w nie kończącej się wojnie o Krym, Walia jest odrębnym państwem z pilnie strzeżoną granicą, a podróżowanie w czasie jest możliwe. Ten zarys nie brzmi dla mnie jak powieść, po którą sięgnęłabym w pierwszej kolejności, ale literatura! Tak, to ona mnie skusiła. I faktycznie jest jej sporo, ale to głównie literatura angielska. Jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci jest Shakespeare, a zwolennicy różnych teorii powstania jego sztuk organizują meetingi, a nawet krążą po domach, by dokoptować zwolenników. Ta książka jest pełna aluzji, odwołań i nawiązań do wielu znanych dzieł. Fforde sięga niemal geniuszu, tworząc tak skomplikowany świat, który przede wszystkim jest spójny. Czytelnik nie ma jednak możliwości poznania tego świata stopniowo, lecz zostaje wrzucony w sam środek od pierwszej strony. Tym sposobem lektura tej książki nie jest łatwa, przez pierwsze rozdziały głównie orientowałam się, kto jest kim i o co w ogóle chodzi.

Bardzo podobały mi się wykreowane przez Fforde postaci - Thursday, jej brat, ciotka i wujek, ojciec. Wszyscy oni mają swoje charakterki, wszyscy są, oględnie mówiąc, dziwaczni. Z przyjemnością poznawałam zakamarki tego świata. Nie porwał mnie jednak sam wątek kryminalny. Czarny charakter - Hades mnie nie przekonuje. Nie bardzo wiadomo, dlaczego dysponuje nadprzyrodzonymi siłami i skąd w ogóle się wziął.

Podsumowując, nie przeczę, że to ciekawa książka, ale nie czuję się zachęcona do kontynuowania tego cyklu, choć świat, w którym najważniejsza rolę odgrywa literatura zdecydowanie mnie kręci.

Moja ocena: 4/6

Jasper Fforde, Der Fall Jane Eyre, tł. Lorenz Stern, 376 str., Deutscher Taschenbuch Verlag 2007.

piątek, 24 września 2021

"Kōmisorz Hanusik" Marcin Melon

 



Kōmisorza Hanusika czytałam już kilka lat temu z ogromna przyjemnością, wiedziałam, że są kolejne tomy, ale nie miałam okazji po nie sięgnąć. Teraz skorzystałam z promocji i kupiłam wszystkie cztery części cyklu jako audiobooki. I to była świetna decyzja. Podczas słuchania bawiłam się przednio, Anna Krypczyk świetnie balansuje między językami: śląskim, polskim, angielskim, a nawet hiszpańskim. Dzięki słuchaniu tych książek, wrócił mój śląski w całej krasie, wróciły wspomnienia, nawet tonacja głosu babci czy dziadka. Taka imersja przez kilka dni zaskutkowała tym, że nawet po śląsku śniłam, za co jestem wdzięczna i autorowi, i lektorce, i wydawnictwu. 

Cykl Melona to jednak nie tylko sentymentalna podróż w przeszłość i lekkie historyjki, a świetnie przemyślana wizja Śląska. Śląska autonomicznego, gdzie nikt nie wstydzi się mówić po śląsku, gdzie każdy po śląsku mówić potrafi, gdzie ceni się śląskie zwyczaje, potrawy i baśnie. Gdzie nadal jest żywa wiara w śląskie stworki, gdzie powszechna jest znajomość historii tego regionu. 
W pierwszej części poznajemy więc Hanusika - Ślązaka, który dużą estymą darzy swoją babcię, jak się później dowiemy, to ona go wychowała. W kilkunastu opowiadaniach Melon wprowadza poszczególne śląskie stworki - beboki, połednice, fojermony, utopce, skarbnika. To właśnie one stoją za wieloma przestępstwami, ale by do tego dojść i uwierzyć trzeba kogoś takiego jak Hanusik. Kogoś, kto wychował się na śląskich baśniach i kogoś, kto jest w stanie w nie uwierzyć.
Co wiara w utopce i inne stwory może wywołać, dowiemy się w ostatniej opowieści tego tomu. 

Kolejna książka cyklu to już nie opowiadania, a powieść, w której Śląsk traci swoje prawa, język śląski jest zakazany, a stolica bacznie pilnuje tego, co się tutaj dzieje, by zapobiec kolejnej.... No właśnie, czemu należy zapobiec dowiecie się z książek. Nie wiedzie się dobrze ani w śląskiej policji, ani w poszczególnych urzędach. Gorole mają nad wszystkim pieczę i pilnują, by śląskość za bardzo się nie rozpanoszyła. Tymczasem po wydarzeniach z pierwszego tomu Achim Hanusik się stacza, odchodzi z policji i poświęca się piciu do nieprzytomności. Melon zręcznie przełamuje i obala wszelakie śląskie stereotypy, ale także balansując na delikatnej linii Ślązacy - Gorole. Fabuła zasadza się na historii słynnego śląskiego piosenkarza, jedynego któremu zezwolono śpiewać po śląsku. Cieszy się on ogromną popularnością, a jego nagła śmierć nie daje spokoju policjantom, zwłaszcza że Gorolom z Warszawy wydaje się bardzo na tym zależeć, by nikt się tą śmiercią nie zajmował. Ten tom nie jest jednoznaczny, Melon pokusił się tu o przedstawienie odwiecznych animozji między Śląskiem, a Warszawą, które na pewno nie jest łatwo przedstawić, zwłaszcza, że autor naturalnie nie zachował obiektywizmu. Mnie ta książka nie obruszyła, ani nie zniesmaczyła, ale potrafię sobie wyobrazić, że Gorole mogą być innego zdania. 

Kolejne dwa tomy to powrót do krótszych form, które jednak ściśle się ze sobą łączą. Melon bazuje na poczcie tych samych postaci, które pojawiają się jako postaci drugoplanowe, tak jak tytułowy Sznupok, ekspert od śląskiej historii. To właśnie dzięki niemu autor przemyca mnóstwo znanych na Śląsku wydarzeń, nie tylko tak wielkich jak powstania, ale na przykład wspomina powszechnie znanych przestępców, o których niegdyś szeptało się w całym regionie. Sznupok ukazuje czytelnikom ciekawe śląskie miejsca, takie jak zamek we Świerklańcu czy Pławniowicach, a także postaci np. Karola Godulę, o którym Amerykanie będą kręcić film. 
Autor wraca także do wysiedlania i zasiedlania Śląska tuż po wojnie - ta opowieść jest zresztą rewelacyjna i wspaniale ukazuje dezinformację ludzi pędzonych z jednego krańca Europy na drugi. Poznajemy także przeszłość Hanusika i wreszcie się dowiadujemy, dlaczego żyje samotnie. 

Powieści Melona to prawdziwa kopalnia wiedzy o Śląsku, nie tej książkowej, a tej ludowej, tej z gawęd i powtarzanych w domach opowieści. Dla Ślązaczek i Ślązaków to podróż sentymentalna wstecz, ale i zachęta do pielęgnowania języka, zwyczajów i całego hajmatu. Jestem zachwycona pomysłami autora, kreacją nieco utopijnego śląskiego świata, dyskretnymi aluzjami i umiejętną prezentacją śląsko-polskich animozji, bez podjudzania, bez wrogości, za to z ogromną dozą humoru. To są książki, do których będę wracać, by móc obcować z językiem mojego dzieciństwa, by wywołać w sobie poczucie swojskości i by na nowo się śmiać z wielu powiedzeń i pomysłów autora. 

Moja ocena: 6/6

Marcin Melon "Kōmisorz Hanusik", 222 str., Silesia Progress 2014.
Marcin Melon "Kōmisorz Hanusk. W tajnyj sużbie ślōnskij nacyje", 147 str., Silesia Progress 2015.
Marcin Melon "Kōmisorz Hanusik i Sznupok", 266 str., Silesia Progress 2016.
Marcin Melon "Umrzik we szranku", 208 str., Silesia Progress 2017.

czwartek, 23 września 2021

"Samotny jak Szwed" Katarzyna Tubylewicz


Samotny jak Szwed? Ja bym powiedziała, że raczej samotny jak Katarzyna Tubylewicz. Szweda w tej książce niemal ze świecą szukać, za to autorki jest aż nadto. Pod przykrywką analizy szwedzkiej samotności i mentalności, dostajemy bowiem dziennik poszukiwania własnej doskonałości albo może raczej własnego miejsca w życiu. Gdybym wiedziała, że ta książka to pseudo-poradnik o lepszym życiu, to zapewne miałabym inne oczekiwania przed rozpoczęciem lektury.

Trudno nazwać tę publikację reportażem, bo to raczej zbiór esejów i wywiadów opatrzony pięknymi zdjęciami, których jednak nie mogłam docenić, bo czytałam wersję elektroniczną. Tubylewicz rozmawia z wieloma ciekawymi postaciami, samotność ma być kluczem tych wywiadów, ale gdzieś wśród słów ta nuta przewodnia się rozmywa. Przyznam, że niedługo po lekturze z esejów pamiętam niewiele. Pozostało mi tylko wrażenie samozachwytu nad tym, że dzięki regularnym ćwiczeniu jogi autorce udało się osiągnąć szczęście i docenić samotność oraz piękno natury. Tak, wiem, jak to brzmi.

Natomiast wywiady bardziej zapadły mi w pamięć, zapewne za względu na postaci rozmówców. Najciekawszy wśród nich jest doktor Peter Strang, specjalista medycyny paliatywnej, który o swoich pacjentach i procesie odchodzenia mówi z ogromną czułością, empatią i zrozumieniem. Po przeczytaniu jego słów miałam wrażenie, że musi być cudownym, ciepłym człowiekiem. 
Z ciekawością przeczytałam rozmowę z pisarką Therese Bohman, noblistą Thomasem Tranströmmerem (choć tu główną rozmówczynią jest jego żona) czy psychoterapeutką Evą Heller Ekblad, która jako dziewczynka przeżyła warszawskie getto. Czytając jednak te wywiady, nie miałam poczucia spójności, nie odnosiłam wrażenia, że książka tworzy jedną całość. 

Co ciekawe, zaznaczyłam jednak wiele fragmentów, które idealnie pasują do moich przemyśleń na temat własnej samotności, introwertyzmu i mojej drogi do zrozumienia siebie. I o ile wiele z nich było dla mnie pięknych, potwierdzających to, o czym od dawna jestem przekonana, to jednak nie tego oczekiwałam od takiej książki. Miałam nadzieję na dowiedzenie się więcej o samych Szwedkach i Szwedach, a oni gdzieś znikają i rozmywają się w zalewie przemyśleń autorki. 
Wiele z wątków Tubylewicz zaczyna, ale jednak nie pociąga do końca, jak np. kwestię szwedzkiej polityki w czasie pandemii, która, jak wiemy, była odmienna od wielu krajów. Początkowo czytamy o izolacji osób starszych, które bardzo cierpiały z tego względu, bo objęła ona właściwie tylko tę grupę. Później jednak autorka wspomina o tym, że umierający podczas pandemii mieli możliwość spotykania bliskich, co brzmi po poprzedniej wypowiedzi paradoksalnie. Brakuje tu jednak jakiejkolwiek konkluzji - nie dowiemy się, czy taka polityka na tle uwarunkowań społecznych i geograficznych w Szwecji się przyjęła? Czy się sprawdziła?

Mam na czytniku jeszcze jedną książkę tej autorki, po którą na pewno niebawem sięgnę. Przekonana jestem nawet, że będzie ona lepsza, bo mam wrażenie, że Samotny jak Szwed jest stworzoną na szybko kompilacją gotowych tekstów, by wykorzystać trend na popularność książek z i o Skandynawii.

Moja ocena: 3,5/6

Katarzyna Tubylewicz, Samotny jak Szwed. O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami, 272 str., Wielka Litera 2021.

wtorek, 21 września 2021

"Historia przemocy" Édouard Louis

 


Mężczyzna, który słucha swojej własnej historii. Historii, którą opowiada swojemu mężowi jego siostra Clara. On stoi pod drzwiami i jest biernym słuchaczem, po raz pierwszy dystansuje się od tego, co się wydarzyło na tyle, by mógł przyjąć tę rolę. Pierwszy raz po tym, gdy opowiadał swoją historię od nowa i od nowa. Na pogotowiu wpierw pielęgniarce, potem lekarce, potem kolejnym medykom, potem jednemu policjantowi i kolejnemu, i przyjaciołom, i siostrze, wszystkim, którzy nadawali się na słuchaczy. To wielokrotne opowiadanie staje się swoistą terapią, pomaga nabrać dystansu, ale także analizować własne czyny, zachowania, decyzje. Co więcej pomaga zrozumieć, jak pochodzenie wpłynęło na powyższe, jak kulturowe tło i warunki wychowania zdeterminowały takie, a nie inne zachowanie. 

Édouard pochodzi bowiem z prowincji, z której musiał uciec, by w Paryżu zacząć żyć tak, jak chciał. Gdy wraca po spędzonej z przyjaciółmi Wigilii zostaje zagadnięty na ulicy przez przystojnego mężczyznę arabskiego pochodzenia. Reda jest piękny, sympatyczny i wydaje się być samotny, więc Édouard zaprasza go do siebie. W mieszkaniu spędzają upojną noc, lecz gdy rankiem Reda opuszcza mieszkania, Édouard zauważa, że ten próbuje skraść wiele cenny przedmiotów. Nie jest mu łatwo skonfrontować się z chłopakiem, ale w końcu to czyni, co wyzwala w nim falę gniewu. Zaskoczony taką reakcją Édouard nie bardzo wie, jak się zachować, próbuje załagodzić sytuację, ale nie ma już odwrotu. Reda zapędził się w swoim gniewie tak daleko i wysuwa tak absurdalne zarzuty, że wszystko musi się skończyć źle. 

Opowieść siostry, przeplata się ze wspomnieniami Édourada, tytułowa historia przemocy jawi się więc odbita przez lustro doświadczeń Clary, co dobitnie ukazuje kulturowe różnice między nią, a paryskimi przyjaciółmi brata. Rolę odgrywa tu oczywiście rasizm (pochodzenie Redy oczywiście determinuje jego obraz, ale także animozje i nierówności między francuską prowincją a stolicą odgrywają rolę), ale także różnice w wychowaniu i pochodzeniu osób, które wysłuchują historii i różnie ją i zachowanie Édouarda oceniają. Reda awansuje tu na rolę symbolu zagrożeń, jakie niesie ze sobą wielokulturowość, tak samo jak Édouard symbolicznie przyjmuje rolę typowych ofiar przemocy na tle seksualnym.

To jednak przede wszystkim powieść o traumie, o sposobie na jej przepracowanie, na radzenie sobie z nią. O tym, co czeka ofiarę, która zdecyduje się zgłosić przestępstwo, o procedurach i systemie, w którym trzeba się jako ofiara poruszać.

Stylistycznie i językowo miałam z tą książką problem. Zupełnie nie doceniałam jej pierwszej części, zajęta rozwikływaniem nieoczywistej konstrukcji i "wchodzeniem" w styl autora. O ile podoba mi się pomysł na poznawanie historii z punktu widzenia siostry, to jednak autor zbyt długo pozostawia czytelnika z domysłami, by mógł on w pełni zagłębić się w treści.

Moja ocena: 4/6

Édouard Louis, Historia przemocy, tł. Joanna Polachowska, 192 str., Wydawnictwo Pauza 2018.

poniedziałek, 20 września 2021

"Bittere Schokolade" Tom Hillenbrand


Gdy zaczynałam słuchanie tej książki, byłam przekonana, że to ostatni tom kryminałów kulinarnych z Xavierem Kiefferem w roli głównej. Tymaczem kolejny tom ukaże się już w listopadzie tego roku. Mimo że nie są to rasowe kryminały, to pozostałam przy kontynuacji tej serii, bo niesie ona w sobie ogromny ładunek edukacyjny o kulinariach z całego świata. W tym tomie Hillenbrand na tapet wziął kakao. Przyznam, że przed lekturą o produkcji tego ważnego składnika czekolady miałam niewielkie pojęcie, teraz mogłabym wziąć udział w dyskusji na temat odmian tej rośliny.

Hillenbrand uwodzi mnie właśnie tym, że udaje mu się wpleść ogrom informacji w całkiem składną akcję. A jak Kieffer wplątuje się w akcję kakao? Okazuje się, że przypadkiem spotyka w Luksemburgu swoją była dziewczynę, z którą łączyła go nader burzliwa znajomość, zakończona niezbyt polubownie. Ketti jest teraz słynną cukierniczką, ma w Brukseli własny sklep a na przedmieściach fabrykę czekolady. Ponadto Ketti chce zrewolucjonizować produkcję tego smakołyku, a przede wszystkim przenieść ją do Afryki, by zapewnić pracownikom plantacji kakao lepszy byt i godniejsze zarobki. Niestety utopijna niemal wręcz wizja Ketti nie ma szans na urzeczywistnienie, ponieważ kobieta zostaje zamordowana. Podobnie jak ambasador nowo utworzonej Republiki Wolnego Konga, gdzie znajduje się plantacją, z którą współpracowała Ketti. 
Gdy nie wiadomo do końca o co chodzi, chodzi o pieniądze. A tutaj nawet o diamenty, z których Kongo słynie. Sprawa jest bardzo skomplikowana, zwłaszcza, że Xavier jest szantażowany przez tajemniczego Rosjanina. Tymczasem Valerie stoi u skraju klasycznego bankructwa. Słynny Guide Gabin nie ma pieniędzy, bo okazuje się, że większą popularnością cieszą się aplikacje do oceniania restauracji niż pełen tradycji przewodnik. 
Oczywiście nie zabraknie tu też Pekki, który służy dobrą radą i zawsze ma czas na kieliszek rieslinga, albo butelkę. 

Moja ocena: 4/6

Tom Hillenbrand, Bittere Schokolade, czyt. Gregor Weber, 480 str., Audible Studios 2018.