piątek, 24 lutego 2017

"Kłamczucha" Małgorzata Musierowicz


Kontynuuję moją przygodę z Jeżycjadą i tym razem sięgnęłam po Kłamczuchę. Okazała się być lekturą idealną na chorobę i słabe samopoczucie. I dużo lepszą od Szóstej Klepki.

Bohaterką Kłamczuchy jest Aniela Kowalik, piętnastoletnia mieszkanka Łeby, która w wakacje przypadkowo spotyka Pawła. Półgodzinne spotkanie wystarcza, by zakochała się w nim na zabój i powzięła decyzję do zdawania do szkoły ponadpodstawowej do Poznania. Tylko do jakiej? Okazało się, że tylko w Poznaniu jest Liceum Poligraficzne, a więc chcąc nie chcąc, decyduje się na tę szkołę. Egzamin przebiega pomyślnie, dopiero później zaczynają się kłopoty. Misterny plan Anieli nie zawsze bowiem się sprawdza. Po pierwsze należy znaleźć mieszkanie w pobliżu Pawła, w tym celu trzeba przebrać się za biedną krewną i usiłować zatrzymać się u wuja. Następnie zadzwonić do ukochanego, ale nie przyznać się do przeprowadzki. Kolejny krok jest jeszcze bardziej szalony - znaleźć pracę w domu Pawła, wykreować się na wiejską dziewuchę i szpiegować chłopaka. Piramida kłamstw i kombinacji w końcu zaczyna się chwiać, a Aniela zaczyna się uczyć, że dobro i bezinteresowność zazwyczaj popłacają.

Musierowicz umiejętnie wykreowała postać Anieli - zagubionej nastolatki, która uwikłała się w niefortunne zakochanie. To nie jest tak sympatyczna postać jak dobroduszna Cesia, Aniela bywa złośliwa, samolubna i egoistyczna. I może dlatego wydaje się być bardziej realna.
Najsympatyczniejsza w całej książce jest  jednak rodzina wuja Mamerta, a zwłaszcza ich dzieci Tomcio i Romcia. Scena szukania w butach prezentów od Mikołaja cudna!

Dla czytelników cyklu miłe jest spotkanie bohaterów Szóstej Klepki, bo przecież ukochany Anieli to Paweł z klasy Cesi! Musierowicz zręcznie snuje powiązania między kolejnymi bohaterami, tworząc podwaliny sagi.

Także w tym tomie znaleźć można kilka przeżytków takich jak nagminne palenie papierosów przez dorosłych bohaterów czy bicie dzieci jako metoda wychowawcza.
Ciekawe, że już tutaj autorka opisuje smród i tłok wielkiego miasta. To, co stało się obsesją w najnowszych tomach, wyraźnie zaznacza się już w Kłamczusze. Musierowicz ubolewa nad brakiem zieleni, nad hałasem, spalinami i brudem.

Ciekawa jestem jakie wrażenia przyniesie mi kolejny tom. Na razie cieszę się jednak, że w książce o Anieli odnalazłam dawny urok Jeżycjady.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Musierowicz, Kłamczucha, 222 str., Nasza Księgarnia 1991.

czwartek, 23 lutego 2017

"Love and Obstacles" Aleksandar Hemon


Do sięgnięcia po tę książkę skusił mnie kraj pochodzenia autora. Hemon jest Bośniakiem, który opuścił swoją ojczyznę jeszcze przed wojną. Jako stypendysta zamieszkał w Chicago i tam już pozostał. 

Love and Obstacles to zbiór ośmiu opowiadań. W pierwszym z nich Hemon wspomina Conrada - emigranta, który pisał po angielsku. To odwołanie ściśle związane jest z autorem, także on tworzy w tym języku - na pozór zasymilowany z amerykańskim społeczeństwem, w swoich opowiadaniach ciągle wraca do Bośni. Każde z nich wydaje się być zabarwione autobiograficznie, bohaterem jest młody chłopak, kochający książki i marzący o karierze pisarza. Alter ego Hemona poznajemy na początku lat osiemdziesiątych w Kongu. Jako szesnastolatek odwiedza wraz z rodziną ojca, jugosłowiańskiego dyplomatę. W kolejnym opowiadaniu wysłany zostaję na granicę słoweńską, w celu zakupienia koniecznej dla rodziny zamrażarki. I te dwa pierwsze opowiadania najbardziej mi się podobały. Wraz z kolejnym tekstem Hemon przenosi się do Stanów Zjednoczonych, a Bośnia obecna jest tylko w reminiscencjach oraz pod postacią nie umiejących się przystosować do kanadyjskiej rzeczywistości rodziców. 
Bohater opowiadań wraca wprawdzie do powojennej Bośni, ale nie jest to już takie samo spotkanie. Poczucie bezpaństwowości, ulotności i stałego poszukiwania jest w byłej ojczyźnie jeszcze bardziej dotkliwe.
Hemon to utor, który żyje na pograniczu - pozornie zintegrowany, zafascynowany demokracją i językiem angielskim, jednak wciąż powiązany z ojczyzną.

Styl Hemona zaskoczył mnie wyrafinowaniem. Nie spodziewałam się aż tak kunsztownych zdań i skrupulatnie dobranego słownictwa. Językowo opowiadania są bardzo wyrównane, jednak do mnie trafiły właściwie tylko trzy, może cztery. Jak wspomniałam, najciekawsze są dwa pierwsze, mocno osadzone w bośniackich czy też rodzinnych realiach (akcja pierwszego rozgrywa się przecież w Kongu). Trzecie, które mi się podobało, także bardzo mocno odwołuje się do przeszłości - to spis wspomnień ojca, który zajmował się hodowlą pszczół. I także w kolejnym wyróżnionym przeze mnie, autor opowiada o swoim dzieciństwie, zabawach z kolegami, w których kreował się na amerykańskiego żołnierza.

Hemon nie zachwycił mnie, myślę, że lepiej jednak sięgnąć po którąś z jego powieści i zagłębić na dłużej w jednej fabule.

Moja ocena: 4/6

Aleksandar Hemon, Liebe und Hindernisse, tł. Rudolf Hermstein, Knaus 2010.

Stosikowe losowanie 3/17 - pary

McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 960 książek) - 543
ZwL wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowe (w stosie 120 książek) - 49
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 779 książek) - 333
Marianna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 104 książki) - 73
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 16 książek) - 11
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 226 książek) -
Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 150 książek) - 101

środa, 22 lutego 2017

"Śniadanie u Tiffany'ego" Truman Capote


Kolejny klasyczny utwór, którego dotąd nie czytałam. Jak widać największe zaległości mam w literaturze anglosaskiej. Tym razem trafiłam na świetnie przeczytany audiobook i z przyjemnością wysłuchałam powieści, a właściwie opowiadania Capote.

Nieznany z imienia młody mężczyzna opowiada historię tajemniczej Holly Golightly. Oboje zamieszkują ten sam budynek na Manhattanie. Narrator pracuje nad swoimi debiutem literackim i przypadkiem poznaję Holly, która prowadzi niezwykle ekscentryczne życie. Wieczory i noce spędza w klubach, gdzie korzysta z hojności bogatych mężczyzn, a wracając późną nocą do domu, systematycznie budzi mieszkańców innych apartamentów i zupełnie nic sobie z tego nie robi. Holly żyje na przekór wszystkim, w zgodzie z własnymi zachciankami, rozsiewając dookoła aurę tajemniczości. Narratorowi nadaje imię Fred, gdyż przypomina jej brata, który nosił to imię . Równocześnie niewiele zdradza mu ze swojej przeszłości. Dopiero później dowiaduje się on, że Holly pochodzi z prowincji, gdzie bardzo młodo wyszła za mąż za wdowca. Pewnego dnia uciekła bez słowa do Hollywood, gdzie miała szansę na karierę aktorską. Jej fantazja ponosi ją jednak do Nowego Jorku, ku rozpaczy jej agenta.

Fred zafascynowany jest Holly, jej sposobem życia i postępowania. Nie do końca pewny jest, czy kieruje nią fantazja, czy wyrafinowanie. A Holly poszukuje i tak jak napisała na swojej wizytówce, jest w nieustającej podróży. Niedościgniona, nieuchwytna. Przekonajcie się sami.

Moja ocena: 4,5/6

Truman Capote, Frühstück bei Tiffany, tł. Heidi Zerning, czyt. Ingrid Andree, Roof Music 2004.

poniedziałek, 20 lutego 2017

"Pani Dalloway" Virgina Woolf


W ramach nadrabiania klasyki sięgnęłam po nigdy nie czytaną przeze mnie Panią Dalloway i niestety srogo się rozczarowałam. Mój brak zachwytu ma jednak dwojakie przyczyny.

Przede wszystkim tym razem nie trafiłam w lektora, a właściwie lektorkę. Angela Winkler czytała tak monotonnie i na siłę uduchowionym głosem, że przy lekturze zasypiałam albo niestety się wyłączałam, a moje myśli odbiegały z Londynu do portugalskiej codzienności. Obawiam się, że ta książka jednak lepsza jest w czytaniu osobistym - długie poetyckie zdania, metafory i dygresje utrudniają odbiór audiobooka.

Z drugiej jednak strony myślę, że nawet gdybym czytała tę książkę na papierze, nie zachwyciłabym się prozą Woolf. Moja niechęć do przesadnie (w moim odczuciu oczywiście) poetyckich utworów na pewno utrudniłaby lekturę. Woolf opisuje jeden dzień z życia ponad pięćdziesięcioletniej pani Dalloway. Kobieta spaceruje po londyńskich ulicach i prowadzi dywagacje nad swoim życiem. Wspomina sielskie lata na wsi i rozważa słuszność wyboru męża. Kiedyś bowiem stała przed dylematem i wahała się między statecznym i rozważnym politykiem - Richardem Dalloway, a lubiącym przygody Peterem Walshem. Ten ostatni właśnie wrócił z Indii i planuje rozwód i pojęcia za żonę swojej kochanki.

Ta powieść ma jednak więcej bohaterów. Woolf dopuszcza do głosy wiele postaci - czytelnik nie poznaje ich wszystkich z punktu widzenia pani Dalloway, lecz dzięki ich własnym myślom. Najciekawszy jest wśród nich Septimus, cierpiący na zespół stresu pourazowego żołnierz I wojny światowej. Jego zagubiona, młoda włoska żona nie jest w stanie mu pomóc, a przede wszystkim nie uchroni go przed samobójstwem.

Pani Dalloway planuje w opisanym dniu przyjęcie, na które zaprasza Walsha, a także całą śmietankę towarzyską Londynu. Taka konstrukcja powieści pozwala Woolf przedstawić różne osoby, ich zapatrywania, problemy i myśli. Oprócz licznych postaci, bohaterem książki jest także ówczesny Londyn. Miasto jest obecne podczas spacerów, rozmów, pulsuje i żyje w tle.

To nie jest zła książka, myślę, że dla wielu to małe arcydziełko, perełka literacka. Mnie niestety zraziły rozważania i senny styl, bo same problemy bohaterów są przecież nadal na czasie.

Moja ocena: 3/6

Virgina Woolf, Mrs. Dalloway, czyt. Angela Winkler, tł. Walter Boehlich, 208 str., Der Hörverlag 2001.

Stosikowe losowanie 3/17

Zapraszam do zgłaszania się do rundy marcowej! Pary rozlosuję 23 lutego, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 18 lutego 2017

"Galeria dzikich zwierząt" Dieter Braun


Galerie dzikich zwierząt to jedne z najpiękniejszych książek, jakie ostatnio czytaliśmy. Przez wiele wieczorów oglądaliśmy, dziwiliśmy się łacińskim nazwom i delektowali tekstem. Te książki dopracowane są bowiem na każdej płaszczyźnie.


Charakterystyczna kreska Dietera Brauna wpada od razu w oko. Dynamiczne, niezwykle barwne wielkoformatowe ilustracje zapierają dech w piersiach. Ale nie od pierwszego wejrzenia spodobały się Siedmiolatkowi. Najpierw przyglądał się im ze ściągniętymi brwiami, analizował, szukał realizmu, po chwili jednak stwierdził, że dobre, a potem już oglądał i oglądał.


Portretom zwierząt towarzyszą krótkie notki. Nie są to jednak encyklopedyczne teksty, to kilka ciekawostek opisanych bardzo barwnym, powiedziałabym wykwintnym językiem. Wyszukane przymiotniki, nietypowe metafory, a także czasem fachowe wyrażenia były przyczynkiem niekończących się pytań. Syn nie znał niektórych słów, dopytywał o fakty, porównywaliśmy wielkość zwierząt do naszego pokoju i szukaliśmy synonimów trudniejszych słów. Jednym słowem to nie była na pewno szybka ale za to stuprocentowo pouczająca lektura.


W gust syna trafił pomysł podania nazw łacińskich. Najpierw musiałam wyjaśniać celowość ich istnienia, a potem odczytywaliśmy wszystkie, a Siedmiolatek z dumą powtarzał je tacie. Fajnie było odszukiwać podobieństwa ze znanymi nam językami, a zwłaszcza z portugalskim, który łacinie jest najbliższy.



Książki wydane są niezwykle starannie - duży format, twarda oprawa, grubsze strony, które łatwo przewracać są bardzo przyjazne dla młodszego czytelnika. Obie książki mają dodatkową obwolutę, która rozłożona tworzy plakat. Jak pewnie zauważyliście, każda z książek poświęcona jest innej części świata - jedna z nich to północ, druga południe. Bardzo pomocne są mapy kontynentów, ujętych w danym albumie oraz obrazkowy spis treści. 




Polecam te albumy wszystkim, nie tylko Siedmiolatkom ;)

Dieter Braun, Galeria dzikich zwierząt. Północ, tł. Agnieszka Hofmann, 144 str., Egmont 2016.
Dieter Braun, Galeria dzikich zwierząt. Południe, tł. Agnieszka Hofmann, 144 str., Egmont 2016.

środa, 15 lutego 2017

"Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat" Rachel Swaby


Ile słynnych kobiet związanych z nauką jesteście w stanie wymienić? Poza Marią Curie-Skłodowską? Założę się, że zapewnie tylko kilka. Nie inaczej było ze mną. Kojarzyłam nazwiska Ireny Joliot-Curie, Lise Meitner, Florence Nightingale czy Ady Lovelace ale głębszej wiedzy o ich osiągnięciach nie miałam. 

Rachel Swaby zebrała w swojej książce informacje o aż 52 kobietach, które zasłużyły się w takich dziedzinach jak fizyka, chemia, medycyna itd. Nie są to tylko osoby, które żyły w XX wieku, co bardzo mnie ucieszyło. Urodzone w XVIII wieku niezwykle utalentowane kobiety miały przecież najtrudniejszy start, choć ta sytuacja nie zmieniała się znacząco aż do XX wieku. Te zdeterminowane kobiety musiały walczyć o możliwość uczenia się, studiowania i w końcu pracy naukowej. Odrzucane, poniżane, nie dopuszczane do gremiów naukowych, nie poddawały się i najczęściej wiele lat pracowały w uwłaczających warunkach, bez jakiegokolwiek wynagrodzenia. Co gorsza, w wielu przypadkach ich praca nie została doceniana czy wręcz przywłaszczana przez kolegów po fachu. 

Temat dyskryminacji i równości przewija się u mnie w domu stale, moja jedenastoletnia córka jest bardzo na niego wyczulona. Ta książka wstrzeliła się więc idealnie w nasze zainteresowania. Z jednej strony sytuacja kobiet w wielu kwestiach się poprawiła: studia, możliwość prowadzenia badań, publikowania, wygłaszania odczytów, uznanie w świecie nauki, ale z drugiej strony w głowach wielu mężczyzn nadal siedzą uprzedzenia. Już nie mówię o niższych zarobkach kobiet ale o kąśliwych uwagach na temat przeznaczenia i roli płci żeńskiej, pobłażliwym traktowaniu czy sprowadzaniu wielu kwestii do podtekstu seksualnego. 

Podobało mi się, że rozdziały nie przypominają encyklopedycznych notek. To raczej opowieści o kobietach, a przede wszystkim próba przystępnego przedstawienia istoty ich pracy i badań. Nawet osoba zupełnie nie zainteresowana fizyką czy chemią, będzie w stanie wyobrazić sobie nad czym dana osoba pracowała. 

Czytałam tę książkę w formie elektronicznej ale zachęcam do wersji papierowej. Upór i przekora to właściwie encyklopedia, którą warto kartkować, wracać do niej, a także używać po prostu tak, jak korzysta się z leksykonu. Ponadto obszerna bibliografia i przypisy zachęcają do dalszych poszukiwań.

Zachwyciła mnie wspaniała okładka - nienachalna i równocześnie bardzo treściwa. Po prostu w punkt! Wielkie brawa dla Uli Pągowskiej. Informacje o autorce projektu znalazłam dopiero na blogu Chiary. Zupełnie niezrozumiałym dla mnie jest, dlaczego wydawnictwo nie opublikowało jej nazwiska na stronie internetowej? Podobnie ma się sprawa z tłumaczem - ani słówka na ten temat na stronie internetowej, nawet brak tej informacji w pełnym opisie produktu. 

Książce mogę zarzucić tylko jedną rzecz - jest bardzo anglocentryczna. Zdecydowana większość przedstawionych kobiet pochodziła z Wielkiej Brytanii lub Stanów Zjednoczonych, a z pozostałych biografii sporo pań wprawdzie urodziło się w jednym z europejskich krajów, ale karierę naukową prowadziło już w USA. Może się mylę, ale nie mogę uwierzyć, że świat kobiecej nauki aż tak bardzo skoncentrowany jest na tych krajach. 

Moja ocena: 4,5/6

Rachel Swaby, Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat, tł. Krzysztof Kurek, 312 str., Agora 2017.

wtorek, 14 lutego 2017

"Rzecz o mych smutnych dziwkach" Gabriel García Márquez


Tę niewielką objętościowo powieść przeczytałam w kilka godzin - na urlopie miałam czas na nieprzerwaną lekturę. Wspaniale było wrócić do prozy Márqueza! Niesamowite jak wiele treści potrafił zawrzeć na tak niewielu stronach.

Dziewięćdziesięcioletni samotny dziennikarz stoi na końcu swojego życia. Jego ostatnim marzeniem jest spotkanie z dziewicą, w którym pomaga mu zaprzyjaźniona właścicielka domu publicznego. Starzec zastaje piękną dziewczynę, która, prawdopodobnie odurzona, śpi. To jednak wystarczy dziennikarzowi, który zakochuje się w niej, a kolejne spotkania są przyczynkiem do wspomnień. Podczas gdy zmęczona pracą w szwalni dziewczyna śpi, on przypomina sobie kobiety swojego życia - te, które kochał, te, które porzucił i te, które wykorzystał. Równocześnie wraca jego wena i chęć do pisania artykułów, jego stałe felietony przeżywają renesans. Jednak pewnego dnia w domu publicznym popełnione zostaje morderstwo i starzec traci z oczu ukochaną.

To książka emanująca duszną, gorącą atmosferą i zaskakująca niezwykle pozytywnym przesłaniem. Miłość jest możliwa zawsze, nawet u samotnego człowieka stojącego u krańcu życia. Co więcej ta miłość dodaje mu energii, uskrzydla i pozwala przygotować się na spokojne odejście z tego świata.

Proza Márqueza ponownie zachwyciła mnie soczystością, wyrafinowaniem i subtelną ironią. Gdy czytam wielkich klasyków zawsze żałuję, że tak rzadko po nich sięgam, marnując czas na średniej jakości wypociny.

Moja ocena: 5/6

Gabriel García Márquez, Erinnerung an meine traurigen Huren, tł. Dagmar Ploetz, 160 str., Fischer Taschenbuch.

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Moje wypieki" Dorota Świątkowska


Nie lubię gotować, ale za to uwielbiam piec. Blogi kulinarne od dawna należą do moich ulubionych ale nie znoszę szukać przepisów w zakładkach, linkach i przez wyszukiwarkę. Wiele lat drukowałam je i wklejałam do zeszytu ale to też nie jest najlepsze rozwiązanie. Pytacie czemu dotąd nie kupowałam książek kucharskich? Bo rzadko kiedy z danego blogu pasuje mi każdy przepis. 
Chyba że jest to blog moje wypieki, na który zaglądam od lat. Ta książka jest pierwsz ą. napisaną przez blogerkę, która znalazła się w mojej biblioteczce.
Zawiera ona ponad 100 zupełnie nowych przepisów, które dotąd nigdzie nie były publikowane. Nie sprawdzałam na blogu, ale nie mam powodu nie wierzyć autorce.


Największą zaletą przepisów Doroty Świątkowskiej jest to, że zawsze się udają. I są pyszne. Z tej książki wypróbowałam ich już kilkanaście i nie było ani jednego niewypału. Koledzy i koleżanki moich dzieci uwielbiają do nas przychodzić, bo wiedzą, że zawsze będzie pyszne ciasto na stole. Co więcej, zaczęłam już tłumaczyć niektóre przepisy na portugalski i puszczać je w świat!


Książki kucharskie lubię nawet jak z nich nie gotuję - traktuję je jak piękne albumy. Moje wypieki to cudownie wydana publikacja. Zdjęcia autorki są fantastyczne, ale to wiedzą wszyscy wielbiciele jej bloga. Przepiękna jest także szata graficzna - niezwykle kolorowa ale w żadnych wypadku nie kiczowata! Przepisy podzielone są na dziesięć rozdziałów, takich jak ciasta do kawy czy serniki albo ciasta bez pieczenia. Na końcu umieszczony jest pomocny indeks rzeczowy, dzięki któremu możemy dopasować przepis do posiadanych w domu składników. Książka ma solidną, twardą oprawę, a zakładka-wstążeczka jest bardzo przydatna. Wielkie brawa dla wydawcy za tak skrupulatne i dopracowane wydanie!


Wśród przepisów są ciasta łatwe i szybkie, które wyjdą nawet początkującemu cukiernikowi, a także bardziej wyrafinowane i skomplikowane torty. Do tych ostatnich jeszcze się nie zabrałam ale jestem pewna, że i one będą sukcesem. 
Jestem tak zachwycona tą książką, że zastanawiam się nad zakupem poprzedniej publikacji Doroty Świątkowskiej. Mój zachwyt podzielają także moje dzieci, które ciągle przeglądają zdjęcia i wyszukują nowe przepisy do natychmiastowego, koniecznie natychmiastowego, wypróbowania.

Moja ocena: 6/6

Dorota Świątkowska, Moje wypieki, 377 str., Wydawnictwo Egmont 2016.

niedziela, 12 lutego 2017

"Karaluchy" Jo Nesbø


Po sporym rozczarowniu Człowiekiem-nietoperzem niezbyt chętnie sięgałam po kolejny tom o śledztwach Harry'ego Hole'a. Na szczęście wylosowano mi go w stosikowym i chcąc nie chcąc zabrałam się za lekturę.

Ten tom dużo bardziej przypadł mi do gustu. Zdecydowało o tym miejsce i okoliczności akcji - w podrzędnym hotelu w Bangkoku znalezione zostaje ciało norweskiego ambasadora. Z nożem w plecach. Sprawę należy wyciszyć, zatuszować, dyskretnie rozwiązać. Tajskiej policji pomóc ma norweski policjant czyli nikt inny jak Harry Hole. Sprawa jest oczywiście dużo bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Rolę odgrywa tu wiele czynników - powiązania polityczne, np. bliski związek ambasadora i premiera, przeszłość, liczne przypadki działalności norweskich pedofilów w tajskim pół-światku oraz wielkie projekty budowlane, prowadzone przez Norwegów. Harry musi odnaleźć się nie tylko w skomplikowanej sieci, kryjącej się za śledztwem, ale w tajskich realiach.
Pomagają mu w tym pracownicy policji - o dziwo nie tylko Tajowie. Śledztwo prowadzi bowem Liz - pół-Tajka, pół-Amerykanka o łysej głowie i ekscentrycznym sposobie bycia. Harry nie ma żadnego pojęcia o tajskiej kulturze, języku, jedzeniu więc pomocna dłoń Liz i kolegów jest konieczna.

Akcja Karaluchów jest ciekawsza niż w tomie pierwszych, ale autorowi nie udało się uniknąć dłużyzn. Wiele fragmentów, odnosi się do przeszłości Hole'a i na początku miałam wrażenie, że zapomniałam już szczegółów treści Człowieka-nietoperze, potem jednak doszłam do tego, że Nesbø nadal sieje poszlaki, nie odkrywając jeszcze wszystkiego. Sam Harry nie znosi Bangkoku, cierpi z powodu lepkiego upału, a także z powodu odstawienia alkoholu. Na szczęście w tym kryminale jest więcej wyrazistych charakterów, które mają wpływ na akcję. Właśnie dzięki ciekawemu rozpracowaniu tła historyczno-kulturowego przeczytałam tę książkę bardzo szybko. Samo rozwiązanie zagadki jest dla mnie nie całkiem satysfakcjonujące - Harry rozwiązał ją niejako mimochodem.

Co ciekawe, dużo lepiej czytało mi się Nesbø po polsku, niż po niemiecku. Jestem zaskoczona, bo jednak kryminały zazwyczaj wolę w tłumaczeniu na niemiecki. Myślę, że ten fakt także odegrał niemałą rolę w moim odbiorze tej książki.

Bardzo ciekawa jestem jak Nesbø rozpracuje postać Harry'ego w kolejnym tomie i myślę, że na pewno zdecyduję się na kontynuację tego cyklu.

Moja ocena: 4/6

Jo Nesbø, Karaluchy, tł. Iwona Zimnicka, 320 str., Wydawnictwo Dolnośląskie 2013.

czwartek, 9 lutego 2017

"Czarnoksiężnik z Krainy Oz" L. Frank Baum


To jedna z tych książek, które uwielbiałam będąc dzieckiem. Do dziś pamiętam jak wyszukiwałam w szkolnej bibliotece ten i kolejne tomy przygód Dorotki w Krainie Oz. Nawet przypominam sobie, w którym miejscu stały i czuję wspaniałą atmosferę tego miejsca. Niestety w bibliotece było niewiele egzemplarzy i trudno było je wypożyczyć. Zawsze marzyłam o powrocie do książek Bauma i gdy kilka lat temu okazało się, że Starsza Czytelniczka będzie wraz ze szkołą wystawiać przedstawienie na podstawie tej książki, zaczęłam szukać polskiego wydania. Na początku trafiłam na same koszmarnie ilustrowane wersje, aż udało mi się odnaleźć tę, cudownie wydan ą książkę.


Wtedy przeczytałam tę książkę córce, a teraz synowi, bo i u niego przyszła kolej na przedstawienie, a na dodatek przypadła mu rola Blaszanego Drwala!


Dorotka mieszka na suchej, bezbarwnej prerii, z której trąba powietrzna unosi ją do cudownej krainy Oz. Dziewczynka niechcący, lądując tam, zabija Złą Czarownicę ze Wschodu i poznaje pierwszych mieszkańców zadziwiającej krainy, czyli Manczkinów. Od nich i od Dobrej Czarownicy dowiaduje się, że w powrocie do Kansas może pomóc jej tylko Wielki Oz. W czasie długiej i pełnej przygód wędrówki poznaje Stracha na Wróble, Blaszanego Drwala i Lwa. Myślę, że historia czwórki podróżników jest powszechnie znana i dlatego nie będę jej przytaczać w detalach, wolę napisać o naszych wrażeniach z lektury.


W moich oczach powieść się nie zestarzała, a i z przyjemnością obserwowałam błysk w oczach dzieci i dość łatwo ulegałam namowom do przeczytania kolejnego rozdziału. Zauważyłam, że nie tylko przygody bohaterów ciekawiły dzieci ale także nietypowe spotkania z mieszkańcami Krainy Oz oraz sposób w jaki rozwiązywali pojawiające się w czasie wędrówki problemy. Przed każdą kolejną przeszkodą Dorota i jej towarzysze dyskutowali możliwości jej pokonania, mój syn także miał swoje propozycje, wtrącał uwagi, dopytywał.


Najważniejszym jednak punktem i impulsem do dyskusji był cel wyprawy Stracha, Drwala i Lwa. Strach, który pragnie uzyskać rozum, zaskakuje bowiem racjonalnym myśleniem i dobrymi pomysłami. Drwal, który niczego nie pragnie tak, jak serca rozczula wrażliwością, a tchórzliwy lew udowadnia raz po raz swoją odwagę.
Zaskoczeniem za to był sam Oz - szarlatan i oszust. Dla dorosłych to smutny przykład jak łatwo omamić cały naród, dla dziecka niespodziewany obrót akcji.


Sporo czasu spędziliśmy na podziwianiu cudownych ilustracji Roberta Ingpena. Wiele z nich zajmuje obie strony, niektóre wspaniale skomponowane są z tekstem. Nastrojowe, delikatne szkice zachwyciły nas wszystkich. Zresztą książka jest pięknie wydana - twarda oprawa, zakładka, przemyślany układ stron - po prostu zachwyt!

Bardzo chciałabym przeczytać kolejne tomy, na język polski zostały przetłumaczone jeszcze trzy, ale ogarnęła mnie rozpacz, gdy zobaczyłam ilustracje. Obawiam się, że będziemy musieli zdecydować się na wersję angielską. Na szczęście dzieciom, w przeciwieństwie do mnie, wszystko jedno.

Moja ocena: 5/6

L. Frank Baum, Czarnoksiężnik z Krainy Oz, tł. Stefania Wortman, 192 str., Buchmann 2011.

poniedziałek, 6 lutego 2017

"Zdążyć przed zmrokiem" Tana French



Tana French nigdy nie była na celowniku moich kryminalnych zainteresowań. Zupełnie przypadkowo trafiłam na ten audiobook, zaciekawił mnie jego tytuł - tylko niemiecki, polski wydaje mi się być totalnie nietrafiony.
W pewnym sensie to dość nietypowy kryminał, bo opowiadany z perspektywy czasu przez Roba Ryana. Policjant ma za sobą traumatyczne przeżycie - jako dwunastolatek stracił dwoje przyjaciół. Cała trójka bawiła się w lasku położonym tuż obok osiedla, na którym mieszkali. Gdy nie wrócili do domu zawiadomiono policję, w trakcie poszukiwań odnaleziono jednak tylko zakrwawionego, będącego w szoku Roba. Mimo usiłowań nie był sobie w stanie przypomnieć, co w lesie zaszło, a jego przyjaciół nigdy nie odnaleziono.

Teraz Rob jest dorosły i pracuje w policji w Dublinie. Ze swoją partnerką Cassie Maddox rozumieją się bez słów i także bez chwili zastanowienia przejmują nową sprawę. W tym samym lesie, gdzie zakończyło się dzieciństwo Roba, archeolodzy odnajdują ciało dwunastoletniej dziewczynki. To Katy, która zaginęła dwa dni wcześniej. Jej ciało leży skrupulatnie udrapowane na kamieniu ofiarnym. Miejsce, gdzie przeprowadzane są wykopaliska jest istotne dla celtyckiej historii wyspy, niestety prace dobiegają końca, ponieważ plany nowej drogi szybkiego ruchu, przewidują natychmiastowe rozpoczęcie budowy.

Policjanci rozpoczynają śledztwo od rozmów z archeologami, rodzicami i siostrami Katy. Równocześnie Rob walczy z widmami przeszłości, przypomina sobie urywki zdarzeń. Powieść Tany French to nie tylko kryminał ale także powieść psychologiczna, o czym świadczą skrupulatnie naszkicowane charaktery dwójki śledczych oraz perspektywa powieści. Nie tylko Rob mierzy się ze wspomnieniami, także Cassie naznaczona jest trudnymi przeżyciami. Głównym problemem, który tematyzuje autorka, jest przede wszystkim manipulacja. Postaci o cechach manipulatorskich zjawiają się zarówno w przeszłości, jak i w opisanym śledztwie. Zarówno Rob i Cassie zaskakują wielowymiarowością, skomplikowanymi układami, nawet ich związek, czy przyjaźń nie są jednoznaczne. Sama nie wiem, co bardziej zaciekawiło mnie w tej książce - tło psychologiczne czy zagadka kryminalna?

Ciekawa jestem kolejego tomu, a przede wszystkim tego, jak została rozwiązana jego konstrukcja - czy autorka dalej stawia na pierwszoosobową narrację i wspomnienia?

Moja ocena: 4,5/6

Tana French, Grabesgrün, tł. Ulrike Wasel, Klaus Timmermann, czyt. David Nathan, 672 str., Argon Verlag 2009

Statystyka styczeń 2017


Przeczytane książki: 9

Ilość stron: 2407

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0

niedziela, 5 lutego 2017

"Jak mówić do nastolatków, żeby nas słuchały, jak słuchać, żeby z nami rozmawiały" Adele Faber, Elaine Mazlish


To już kolejna książka duetu Faber/Mazlish, po którą sięgam. Dzieci rosną i na szczęście autorki podążają za tym rozwojem, proponując pozycję skierowaną dla rodziców nastolatków. Nie zmienia się jednak metoda, prezentowana już w poprzednich poradnikach.

Faber i Mazlish stawiają na słuchanie, mówienie o własnych uczuciach, dialog. Zmienia się jednak nieco sposób rozmowy, a przede wszystkim odmienne są problemy nastolatków. Co innego martwi rodziców, na inne niebezpieczeństwa narażona jest młodzież.

Książka napisana jest w formie relacji ze spotkań z rodzicami w pewnej szkole. Terapeutka prowadzi kilka rozmów z rodzicami, podczas których poznaje ich problemy, a następnie przedstawia swoje propozycje. Czyni to w formie warsztatów, by umożliwić dyskusje i pozwolić rodzicom wypróbowa ć poprzez ćwiczenia nowe sposoby prowadzenia rozmowy. Głównymi tematami są więc uczucia, zakres nadzoru nad poczynaniami dzieci, kary czy wspólne poszukiwanie rozwiązań zaistniałych problemów. Po kilku spotkaniach z rodzicami, terapeutka przeprowadza warsztaty z nastolatkami. Te spotkania tak bardzo podobają się rodzicom i dzieciom, że postanawiają przeprowadzić warsztaty wspólnie.

Ten blog nie jest odpowiednim miejscem na merytoryczną dyskusję na temat metody autorek, więc jej ocenę, a także możliwość wypróbowania pozostawię wam. Dodam jednak parę słów na temat samej konstrukcji książki.

Jasne, proste zdania, przejrzysty układ i mnóstwo przykładów są największą zaletą tego poradnika. Nie ma tu długiego wstępu czy rozważań teoretycznych, autorki stawiają na praktykę, przedstawiając konkretne życiowe przykłady konfliktów z nastolatkami, takich jak godzina powrotu z imprezy, sprzątanie pokoju, odrabianie zadań domowych, ale także omawiając poważniejsze problemy, jak na przykład seks, narkotyki, zły wpływ rówieśników.
Przyswojenie sobie nowego sposobu rozmowy ułatwiają krótkie komiksy, przedstawiające rozmowy, przebiegające w starym schemacie, oraz propozycje innego rozwiązania codziennych sprzeczek.

Książka Faber i Mazlish nie jest typowym poradnikiem, to raczej próba nakreślenia nowych ścieżek. Autorki nie obiecują złotego środka ani cudów, pragną tylko wskazać, jak można poprawić komunikację w rodzinie oraz poza nią.
Gorąco polecam wam tę, jak i pozostałe książki, tych autorek.

Adele Faber, Elaine Mazlish, Jak mówić do nastolatków, żeby nas słuchały, jak słuchać, żeby z nami rozmawiały, tł. Beata Horosiewicz, 208 str., Media Rodzina 2016.

piątek, 3 lutego 2017

"Szósta klepka" Małgorzata Musierowicz


Po kilku rozczarowaniach najnowszymi tomami Jeżycjady postanowiłam wrócić do pierwszych książek, która tak chętnie czytałam trzydzieści lat temu.

Szósta klepka jest moją rówieśnicą! Akcja rozpoczyna się dzień przed moimi urodzinami w domu Celestyny Żak. Cesia żyje w niewielkim mieszkaniu wraz z siostrą Julią - studentką sztuki, mamą-artystką, ojcem-ścisłowcem, ciotką-rozwódką, jej pomysłowym synem oraz dziadkiem. W tym chaotycznym, wiecznie przykurzonym i zagraconym mieszkaniu panuje rodzinna atmosfera, prowadzone są serdeczne rozmowy i systematycznie wykorzystywana jest stopająca twardo po ziemi Cesia. Dziewczyna sprząta, zmywa, robi zakupy, a nawet pomaga w pielęgnacji niemowlęcia. Nie wspominałam o niemowlęciu? Otóż Julia przyjmuje do swojego pokoju ciężarną koleżankę ze studiów.

Cesia ma szesnaście lat i jest głęboko przekonana o swojej brzydocie i nieatrakcyjności. Swoją wartość definiuje przez grube łydki i brzydką cerę. Przypadkowo jest też całkiem dobrą uczennicą, ale to jest mało istotne. Przydaje się tylko jako argument wychowawcy - Dmuchawcowi, który poniekąd zmusza ją do wyciągnięcia ze złych ocen obrzydliwie leniwej koleżanki. Zarobiona, niewyspana, żyjąca w ciągłym chaosie i śpiąca, gdzie popadnie Cesia na wszystkie sposoby próbuje wywiązać się z obietnicy i zmusić traktującą ją pogardliwie Danusię do nauki. Co więcej wpatrzona jest w głupiutką dziewczynę jak w obrazek, uważając ją za piękną i uduchowioną. Ta sprzeczność między praktycznym podejściem do życia, a kompletnym zaślepieniem mało sympatyczną Danką, zwalona zostaje na okres dojrzewania. Nie zapomnijmy jednak o miłości. Cesia chciałaby mieć chłopaka, ale w klasie nikt jej nie zauważa, oprócz Jerzego, którego nie zauważa ona. Jak się pewnie domyślacie, cała sytuacja się skomplikuje i oczywiście szczęśliwie rozwiąże. Nie bez pomocy cudownej rodziny.

Trzepotanie przedsionków i stan przedzawałowy wywołały u mnie opisy traktowania noworodka - kilkugodzinny nocny płacz głodnego dziecka jest dla mnie makabryczny. Do tego opisywany przez Musierowicz bez krzty empatii jako ryk noworodka i zakłócenie snu mieszkańców. Jak sobie pomyślę, że taki był standard opieki nad niemowlętami w latach siedemdziesiątych to mi słabo.

Po przeczytaniu Szóstej klepki już wiem, że Jeżycjada nie wytrzymała próby czasu. W pierwszym tomie widzę dokładnie te same punkty, które zaczęły mnie denerwować w ostatnich tomach - cukierkowość, bezkresna dobroduszność i jeden słuszny schemat rodziny. To zawsze chaotyczna mieszanina charakterów, zamieszkująca przyciasne i zakurzone mieszkanie w sypiącej się kamienicy.

Główna bohaterka Szóstej klepki jest naiwna ale może to naiwność wieku młodzieńczego? Nie będę się upierać. Za to zaskoczył mnie Dmuchawiec - pamiętałam go jako kultowego, mającego świetny kontakt z młodzieżą nauczyciela. Tutaj jest słabym pedagogiem, który nie zauważa problemów swoich uczniów.

Podoba mi się za to styl Musierowicz - zwłaszcza w dialogach, rzutkich i dowcipnych. Książkę oczywiście przeczytałam w niecałe dwa dni, bo z treści nie pamiętałam zupełnie nic. Planuję też czytanie dalszych tomów Jeżycjady, ale jej czar dla mnie niestety prysł.

Moja ocena: 3/6

Małgorzata Musierowicz, Szósta klepka, 191 str., Wydawnictwo Nasza Księgarnia 1989

czwartek, 2 lutego 2017

"Pasażer 23" Sebastian Fitzek


Jakoś dawno nie sięgałam po Fitzka, ostatnią jego książką, którą czytałam jest chyba Noah, która zupełnie mnie nie ujęła i doszłam do wniosku że mam przesyt autora i jego pomysłów.
Tymczasem Pasażer 23 to całkiem dobra lektura i właściwie mało fitzkowa. Przyzwyczaiłam się, że u Fitzka zaskakują psychologiczne układy, że nic nie jest takie, jak się wydaje i że bohaterowie są w sytuacjach bez wyjścia. Pasażer 23 natomiast to bardziej kryminał niż thriller psychologiczny. Akcja zasadza się na fakcie, że corocznie na statkach wycieczkowych ginie w niewyjaśnionych okolicznościach około 23 osób. Pasażer 23 jest więc określeniem takiej problematycznej osoby, która znika. Nie ma bowiem lepszego sposobu na popełnienie samobójstwa, niż skok z najwyższego pokładu ogromnego transatlantyku.

Akcja powieści rogrywa się na wielkim statku Sultan of the Seas i toczy się na kilku połączonych ze sobą frontach. Jest więc Martin Schwarz - policjant z Berlina, pracujący w najbardziej niebezpiecznych misjach, który kilka lat temu stracił podczas rejsu żonę i syna. Zagadkowy telefon, sugerujący informacje na temat zaginięcia rodziny, skusił go do przybycia na pokład znienawidzonego statku. Na tym samym okręcie znajdują się także Julia i Lisa - przyjaciółka i chrześnica kapitana. Stosunek między matką, a córką jest napięty. Nastoletnie Lisa odcięła się od matki, która podejrzewa, że dziewczyna może chcieć popełnić samobójstwo. Skłonić ma ją do tego krążący w sieci film, na którym podobna do Lisy dziewczyna się prostytuuje. Jakby tego nie było mało, na pokładzie nagle zjawia się Anouk - dziewczyna, która kilka tygodni wcześniej zaginęła wraz z matką na tym statku. Anouk jest w złej kondycji psychicznej, nie ma z nią kontaktu, a Schwarz ma się zająć wyjaśnieniem jej zagadkowego zniknięcia i pojawienia się. Armator statku - bogaty Rosjanin prowadzi właśnie rozmowy, dotyczące sprzedaży kupcom z Chile i nic dziwnego nie ma prawa zakłócić transakcji.

Poraniony psychicznie Schwarz jest w pułapce, nie chce wracać do przeszłości, ale równocześnie chce poznać szczegóły śmierci żony i syna. I naturalnie, jako psycholog, chce pomóc Anouk. Nie spodziewa się jednak, że sprawa jest dużo bardziej zagmatwana niż wydawało mu się na początku. Pozornie winni, okazują się być sprzymierzeńcami i na odwrót. Fitzek przygląda się szerokiej gamie problemów - od samobójstwa, przez traumy psychiczne po molestowanie seksualne i gwałt. To wszystko na tle bezkresnego oceanu, kołysania statku, fal i poczucia beznadziei.

Ten thriller trzyma w napięciu ale także uwodzi dobrze naszkicowanymi portretami psychologicznymi bohaterów. Znak rozpoznawczy Fitzka czyli uczucie uwikłania, znalezienia się w sytuacji bez wyjścia wzmocnione jest tutaj przez specyficzne miejsce akcji. Cieszę się, że dałam autorowi kolejną szansę.

Moja ocena: 5/6

Sebastian Fitzek, Passagier 23, czyt. Simon Jäger, 432 str., Lübbe Audio 2014.

środa, 1 lutego 2017

Stosikowe losowanie 2/17 - pary

Marianna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 117 książek) - 17
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 202 książki) - 111
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowe (w stosie 120 książek) - 12
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 105 książek) - 91
Guciamal wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 965 książek) - 159
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 21 książek) - 17
Maniaczytania wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 770 książek) - 140