sobota, 28 lutego 2026

"Fatum i furia" Lauren Groff


Lancelot i Mathilde to para idealna – oboje piękni, wysocy, świetliści, charyzmatyczni. Lancelot zwany Lotto przyciąga wszystkich swoją osobą, jest uwielbiany przez matkę, siostrę i przyjaciół. Sam kocha imprezy, dziewczyny i aktorstwo. Na jednej z szalonych imprez poznaje Mathilde – piękną, małomówną i tajemniczą. Wybucha miłość na śmierć i życia, a oni mimo młodego wieku biorą natychmiastowo ślub. Matka Lotta nie jest zadowolona z takiego przebiegu spraw i odcina napływ gotówki z rodzinnej fortuny. Ale zarówno to jak i wszystkie inne przeciwności losu nie zniszczą tej pary. 

Pierwsza część tej książki, czyli "Fatum" to opowieść z perspektywy Lancelota. Groff relacjonuje dzieciństwo, dorastanie, małżeństwo i karierę dramaturga. To jego perspektywa na świat, zauroczenia, szaleństwa i fenomenalny talent w zjednywaniu sobie ludzi. "Furia" to Mathilde, tajemnicza kobieta, którą bez zastanowienia poślubił Lotto. Autorka stopniowo odkrywa jej przeszłość oraz relacjonuje jej życie po Lancelocie. Te naprzemienne opowieści ujawniają wiele tajemnic, ale i nie dają łatwych odpowiedzi. Trudno tu określić jednoznacznie, kto jest czarnym charakterem, a kto białym. Amerykanka zachęca do własnej refleksji na temat motywacji działań, jej słuszności ale też tego, jak łatwo oceniamy ludzi. Tutaj nikt nie jest taki, jaki się wydaje na pierwszy rzut oka, a wyciąganie pochopnych wniosków nigdy nie jest dobrym pomysłem. 

Największą siłą tej powieści są liczne nawiązania mitologiczne i szekspirowskie – Groff szpikuje swoją opowieść cytatami, drobnymi smaczkami, ale i umieszcza ją w szerszej perspektywie literackiej już przez sam tytuł oraz tytuły poszczególnych sztuk Lancelota. Językowo jest to także znakomita rzecz – ironiczna, pełna erudycji, Groff pokazuje się tu jako prozatorka i dramatopisarka. Mimo tych wyraźnych zalet nie przekonała mnie jednak historia, której zabrakło wiarygodności. Oczywiście pamiętam, że życie pisze najbardziej niespodziewane scenariusze i nawet taka sytuacja, jak opisana w tej powieści, jest możliwe, ale jednak mnie nie przekonała, szczególnie postać Mathilde. Zakładam nawet, że Groff celowo tak stworzyła te postaci i że wiarygodność nie była tu nadrzędnym celem, a raczej próba pokazania tego, jak sami możemy wpływań na nasz los, a także, że to, co sami bierzemy za zrządzenia owego losu, mogą być wynikiem nieznanych nam działań innych. Doceniam tę strategię, ale jednak nie będzie to moja ulubiona powieść tej autorki.

Moja ocena: 4/6

Lauren Groff, Fatum i furia, tł. Jerzy Kozłowski, 528 str., Wydawnictwo Pauza 2023

Stosikowe losowanie – marzec 2026

 


Agnes wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 30 książek) – 19
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 555
ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 19 książek) – 14
Katarzyna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 300 książek) – 117
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 255 książek) – 111
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 25 książek) – 9
Guciamal wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 5 książek) – 2

piątek, 27 lutego 2026

"Płomienie" Daniela Krien


Rahel i Peter są małżeństwem z długim stażem. Ona zbliża się do pięćdziesiątki, on jest nieco starszy. Wychowali dwoje dzieci, które wyfrunęły już z gniazda rodzinnego. Para cieszy się na wspólny urlop. Jako że to okres pandemii, na wakacje wybrali domek w górach, na uboczu, oddalony od dużych miast. Niestety kilka dni przed wyjazdem dowiadują się, że miejsce spłonęło. Chwilę później do Rahel dzwoni bliska przyjaciółka, by ją zawiadomić, że jej mąż miał wylew. Po pobycie w szpitalu zostanie przeniesiony do sanatorium nad Bałtyk, a ona chce mu towarzyszyć. Rahel godzi się zaopiekować gospodarstwem przyjaciół. Peter początkowo nie jest zachwycony, ale z braku alternatywy wyjeżdża wraz z Rahel nad jezioro do domu Ruth i Victora. 

Narratorką tej powieści jest Rahel i to z jej perspektywy poznajemy problemy, jakie wynikły w małżeństwie. Peter jest profesorem i po skandalu na uniwersytecie wycofał się w swój świat, odrzucając także żonę. Rahel przechodzi klimakterium, zmaga się z własnym ciałem, ale wciąż kocha męża, pożąda go i cierpi bardzo z powodu tego odrzucenia. Kobieta relacjonuje kolejne dni w gospodarstwie, wracając także do przeszłości. Jako psycholożka rozumie problemy, jakie zaszły w jej rodzinie, szczególnie w stosunku do dzieci. Córka Selma odwiedza bowiem rodziców w czasie urlopu, a Rahel opisuje bez ogródek swoje uczucia wobec niej. 

Daniela Krien należy do grona moich ulubionych pisarek. Jej powieści nie są spektakularne, to spokojna, wyważona narracja, która skupia się na problemach postaci i ich psychologicznym aspekcie. Niemka opowiada zwykłe historie z życia, bez fajerwerków, czyni to jednak tak, że trudno się od nich oderwać. Czytając jej prozę, czuję się, jakbym podglądała życie sąsiadki. Powieści Krien osadzone są zawsze we wschodniej części Niemiec i bardzo podobają mi się nawiązania do dorastania w NRD – mam tu na myśli przede wszystkim nawiązania kulturowe i społeczne. Równocześnie sporo tu odwołań i komentarza do współczesnych trendów.
 

W języku polskim ukazały się trzy powieści Krien, ta w przekładzie Dariusza Guzika. Niestety mam wrażenie, że niefortunna okładka odstrasza od lektury. Dziwnym jest dla mnie także przetłumaczenie tego tytułu jako "Płomienie", oryginalny oznacza pożar i świetnie odnosi się do treści powieści. 

Moja ocena: 5/6

Daniela Krien, Der Brand, 272 str., Diogenes 2021.

czwartek, 26 lutego 2026

"Todesfrist" Andreas Gruber


W Dreźnie, Kolonii, Monachium, Lipsku, Wiedniu nieznany sprawca uprowadza kobiety i poddaje je wymyślnym torturom – bliskie im osoby dostają natomiast ultimatum. W ciągu 48 godzin muszą odkryć, dlaczego dana kobieta została porwana. Akcja rozpoczyna się w Monachium w momencie odnalezienia w katedrze ofiary tajemniczego mordercy. To matka policjantki kryminalnej Sabine Nemetz. To morderstwo jest szokiem dla całej rodziny – nikt nie rozumie, kto chciałby uprowadzić matkę i do tego pozbawić ją życia w tak wyrafinowany sposób, Hannah Nemetz miała w ustach wąż, który do jej płuc wprowadził atrament. Kryminalni jeszcze nie wiedzą, że Hannah jest jedną z wielu ofiar, a na komendzie panuje nerwówka, bo niebawem w katedrze mszę ma odprawić papież. Wtedy do akcji wkracza pracownik Federalnego Urzędu Kryminalnego z Wiesbaden – Maarten S. Sneijder. 

Snijder jest Holendrem, mieszka jednak od wielu lat w Niemczech, mimo to nie pozbył się swojego akcentu. To postać niezwykle specyficzna i zarazem genialna. Wyróżnia go niezwykłe, psychologiczne spojrzenie, ale i obcesowość, arogancja i cynizm. Sneijder nie prosi, on żąda, nie dyskutuje, tylko wydaje rozkazy, nie pyta o samopoczucie, tylko epatuje swoim. Chcąc, nie chcąc, Sabine znosi jego fanaberie, bo wie że tylko w ten sposób może odnaleźć mordercę matki, a poza tym praca w urzędzie federalnym jest jej marzeniem. Stopniowo okazuje się, że policjantka ma dobre pomysły i pomaga Snijderowi wpaść na omodus operandi mordercy, więc Holender wciąga ją do swojej drużyny.

Andreas Gruber prowadzi akcję tego kryminału dwutorowo. Podczas gdy Sneijder i Nemetz działają w Monachium, w Wiedniu śledzimy życie psycholożki Helene oraz jej koleżanki po fachu. Pierwsza pracowała dla policji, lecz po nieudanym śledztwie stała się kozłem ofiarnym i zarzuciła tę pracę. Druga prowadzi terapię mężczyzny, któremu zalecił ją sąd. To trudny pacjent, skrzywdzony w dzieciństwie, niezwykle inteligentny, którego terapię zarzuciło już kilkoro psychologów. Krok po kroku zaczynamy rozumieć wszystkie powiązania, a Gruber umiejętnie łączy wątki. 

"Todesfrist" to początek serii wokół Martena S. Sneijdera i już teraz widać, że autorowi udała się dobra i oryginalna kreacja śledczego. Jeśli Sabine pozostanie jego partnerką, będzie stanowić ciekawą przeciwwagę do aroganckiego Holendra. Sama zagadka zasadzona na popularnej książce dla dzieci też zaskoczyła mnie swoją oryginalnością. Zdecydowanie pociągnę ten cykl.

Moja ocena: 5/6

Andreas Gruber, Todesfrist, 410 str., Goldmann 2013.

środa, 25 lutego 2026

"Rana" Oksana Wasiakina


 

Bezimienna narratorka tej powieści to alter ego autorki – a jej opowieść zasadza się na śmierci matki. Ten tragiczny dla autorki/narratorki akt jest przyczynkiem do napisania książki. A jej treść obraca się wokół całego szeregu tematów. Na pierwszej linii jest więc śmierć matki, która umiera na raka, a Oksana towarzyszy jej w ostatnich dniach. Na kilka dni przed śmiercią umieszcza matkę w hospicjum, zanim to jednak uczyni śpi z nią na małej kanapie w niewielkim mieszkaniu. Wasiakina opisuje proces umierania, ale stopniowo poznajemy też dotychczasowe życie z matką, jej licznych partnerów, przeprowadzki w ramach Syberii, historię choroby. Autorka jednak wraca wciąż i wciąż do aktu umierania. Powtarza te same sceny, podobne zdania jak mantrę, wprowadzając wręcz medytacyjny klimat. Narratorka oswaja tę nową sytuację, brak matki, wchodzi w proces odpępowiania się. A w przebiegu tych mentalnych przemian zahacza o wiele tematów, szczególnie o swoją tożsamość. 

Wasiakina jest lesbijką, jej powieść, część tryptyku, jest w Rosji aktualnie niedostępna, czego dowiedziałam się z bardzo ciekawego posłowia tłumaczki. Swoją tożsamość rozkłada tu więc na czynniki pierwsze – opisuje swoje pierwsze fascynacje, nieudane próby zbliżania się do koleżanek, odkrywanie seksualności, porażki i upadki. Dużo tu szczerości, zagubienia, sensualności. 

Innym kompleksem tematycznym jest tu pamięć – pamięć wydarzeń z dzieciństwa, które autorka rekonstruuje, przytaczając pojedyncze sceny, zresztą w całej książce brak jest chronologii.

"Rana" jest książką trudną w lekturze, Wasiakina nie ułatwia czytelniczce odbioru i ma tego świadomość, co nawet wyraża wprost, bo autorka jest w tej powieści bardzo obecna. Rosjanka miesza style, wplata wiersze, eseje, poemat, zupełnie nie trzyma się chronologii, nie tłumaczy takich wyborów, skupia się na rozdrapywaniu rany, a my możemy jej tylko towarzyszyć w nieskoordynowanych myślach, w trudnej drodze pożegnania z matką i odnajdywania swojej tożsamości. 

Nie mogę powiedzieć, że lektura "Rany" mnie usatysfakcjonowała. Było w tej książce wiele wspaniałych fragmentów, ale jej kompozycja była dla mnie męcząca, a czasem wręcz uciążliwa. 

Moja ocena: 4/6

Oksana Wasiakina, Rana, tł. Agnieszka Sowińska, 280 str., Wydawnictwo Marpress 2025.

wtorek, 24 lutego 2026

"Wo die Asche blüht" Nguyễn Phan Quế Mai


 

Planowałam lekturę innej książki tej autorki, która ukazała się po polsku pod tytułem "Góry śpiewają", ale okazało się, że dostęp mam tylko do "Dust Child" w przekładzie niemieckim. 
To opowieść głęboko osadzona w południowym Wietnamie i osnuta wokół wydarzeń wojennych. Autorka zasadza ją na trzech wątkach. 
Dan, były żołnierz amerykański wybiera się do Wietnamu w 2016 roku. To jego pierwsza podróż do tego kraju od czasu wojny. Żona Linda obiecuje sobie, że ta wyprawa pomoże mu zaleczyć wojenne rany psychiczne, a on ma nadzieję odnaleźć dawną kochankę i dziecko, o których żona oczywiście nie wie.
W tym samym czasie mężczyzna, który jest dzieckiem wojennym, stara się o wizę do USA. Jest on synem Amerykanina o czarnej skórze i Wietnamki. Ma ciemniejsza skórę i kręcone włosy, dorastał w sierocińcu i całe życie skazany był na prześladowanie, dręczenie, wyśmiewanie. Jego największym pragnieniem jest odnalezienie ojca i rozpoczęcie życia bez dyskryminacji w USA. Amerasians mieli szansę na uzyskanie takiej wizy tylko ze względu na swój wygląd, ale z powodu oszustwa bohaterowi powieści się to nie udało.
Trzeci wątek to historia dwóch sióstr, które w czasie wojny opuszczają rodzinną wioskę, by pomóc rodzicom. Uwikłani w długi rodzice nie mają szans na ich spłacenie, nawet pracując wraz z córkami przez całe dnie. Zatrudnienie w Sajgonie daje tę szansę, dziewczyny nie wiedzą jeszcze, że obiecane picie herbaty z amerykańskimi żołnierzami to coś więcej.

Wietnamka bardzo umiejętnie splata te trzy historie, a to co wydaje się być wielkim zbiegiem okoliczności bazuje na prawdziwych historiach, bo życie pisze najbardziej nieoczekiwane scenariusze. Autorce udało się oddać tło historyczne, codzienne zmagania bohaterów, ale i stworzyć wiarygodne charaktery, z których żaden nie jest jednoznacznie czarny lub biały. Opisywana przez nią historia wciąga, porusza i nie pozwala oderwać się od lektury. Miałam wprawdzie poczucie, że powieść skonstruowana jest pod konkretną tezę, ale wybaczam to autorce, bo faktycznie sporo się dowiedziałam o powojennym Wietnamie i reperkusjach, z którymi do dziś zmagają się obywatelki i obywatele tego kraju, a to jest dla mnie zawsze największą zaletą lektury.

Moja ocena: 4,5/6

Nguyễn Phan Quế Mai, Wo die Asche blüht, tł. Claudia Feldmann, 443 str., Insel Verlag 2025.

poniedziałek, 23 lutego 2026

"Wymieranie Ireny Rey" Jennifer Croft


Sześcioro tłumaczy przyjeżdża do domu słynnej polskiej pisarki w Białowieży. Irena Rey jest chimeryczna i lubi gwiazdorzyć, więc jej tłumaczki i tłumacze mają zakaz podejmowania się innych przekładów, a praca nad jej dziełami następuje grupowo pod jej okiem. Podczas pobytu uczestniczki i uczestnicy nazywani są od języka, na który tłumaczą, muszą dostosować się do szeregu reguł ustanowionych przez Irenę. Zadaniem grona tłumaczy jest przekład najnowszego dzieła pisarki, tylko że pisarka znika i zaczynają się mniej lub bardziej systematyczne, ale raczej mniej, poszukiwania. 

Narratorką powieści jest Emilia, tłumaczka na hiszpański, ale sama powieść jest tłumaczeniem i okraszona jest szeregiem przypisów, które są  w niej najlepsze. Pozostała treść skupia się wobec dziwnych zachowań tłumaczy, wycinki Puszczy Białowieskiej, działań rządu, okolicznych mieszkańców, ptaków, grzybów, legend itd. Do około 40% lektury ciągle czekałam na jakiś wątek przewodni i usystematyzowanie tego chaosu. Gdy zorientowałam się jednak, że chaos jest tym wątkiem przewodnim i że działania postaci nie mają żadnego sensu i rozsądku poddałam się. Owszem doczytałam tę książkę, bo liczyłam na katharsis, ale nie dość, że go nie znalazłam, to pozostałam tak samo zagubiona jak podczas lektury.

Nie jestem w stanie odnaleźć w tej książce żadnego sensu, myśli, punktu zaczepienia. Nie rozumiem, czemu ma służyć, co autorka chciała mi przekazać, a jeśli to tylko igraszka, zabawa konwencją i słowem, to niestety, ale zupełnie jej nie kupuję. 

Moja ocena: 2/6

Jennifer Croft, Wymieranie Ireny Rey, tł. Kaja Gucio, 464 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

piątek, 20 lutego 2026

"Kukolka" Lana Lux


Samira pamięta swoje dzieciństwo od mniej więcej piątego roku życia. Mieszkała wtedy w domu dziecka w Dniepropietrowsku. I mimo że jakoś się zaaranżowała z tą sytuacją, wcale jej nie było dobrze. Mimo że Ukraina jest już niezależnym państwem, w sierocińcu panują warunki iście sowieckie, a Samira ma najgorzej, bo przypomina z wyglądu dziecko romskie. Na drabinie społecznej to najniższy szczebel i opiekunki nie omieszkują tego faktu wykorzystywać. Dziewczynka ma nadzieję na zmianę losu, gdy do domu przyjeżdża niemiecka para, by wybrać dziecko. Pada na jej najbliższą koleżankę Marinę – piękną blondyneczkę. Samira tęskni i buduje nadzieję na obietnicach Mariny, potwierdzonych w liście, że jej nowi rodzice zaadoptują także ją. Gdy opiekunka po odczytaniu listu zabiera go Samirze, dziewczynka jest zrozpaczona i wykrada ten skarb. Kradzież oznacza wielkie konsekwencje, więc Samira postanawia działać na własną rękę i nocą ucieka z sierocińca. 

Dziewczynka zupełnie nie zna życia ani świata poza murami domu dziecka. Myśli, że w ten sposób dotrze do Niemiec i zupełnie nie jest świadoma niebezpieczeństw. Głodne i wystraszone dziecko szybko pada ofiarą Rocky'ego, Gruzina, który zawiaduje grupą żebrzących dla niego dzieci. Niewesołe dotąd życie Samiry zamienia się w koszmar. Dziewczynka jest tak ładna, że Rocky nadaje jej przydomek Kukolka - laleczka i pokłada w niej wielkie nadzieje zarobkowe. Samira rozpoczyna życie w brudzie, głodzie, w spartańskich warunkach, na ulicy, żebrząc, kradnąc i próbując przetrwać. I co gorsza nie ma perspektyw na zmianę losu. A nawet jeśli jakiekolwiek by się w jej głowie mogły urodzić, to Rocky poddaje swoich podopiecznych praniu mózgu. Samirę zresztą łatwo zwieść – wystarczy okazać jej choć odrobinę zainteresowania czy uczucia. Dalsze losy dziewczyny wcale nie będą lepsze, bo etap u Rocky'ego po kilku latach się zakończy. 

Lana Lux opowiada tę historię z perspektywy dziecka – dziecka naiwnego, niekochanego, zahukanego. Jej opowieść nie pomija żadnych szczegółów. To dziecko przytacza swoje losy, z wszystkimi okropnościami, detalami i niesprawiedliwościami, przy tym tłumacząc swoich oprawców. 
Powieść Niemki ukraińskiego pochodzenia przeraża i poraża brutalnością, wypełnia niemal wszystkie możliwe trigger warnings, ale nie jest z gatunku misery porn. Ta historia jest spójna i ma wszystkie elementy autentyczności, bo niestety takie rzeczy się działy i nadal dzieją. Kreacja Kukolki też jest bardzo udana i prawdziwa – bardzo jej kibicowałam. Bardzo rzadko książki wzbudzają we mnie głębokie emocje – ale przy tej i płakałam, i miałam dosłownie dreszcze. Jestem pewna, że nigdy nie zapomnę tej powieści. Trafia do mojej topki najlepszych ever.

W Polsce powieść ukazała się nakładem wydawnictwa MOVA, w przekładzie Anny Kierejweskiej. 

Moja ocena: 6/6

Lana Lux, Kukolka, 375 str., Aufbau Verlag 2017.

wtorek, 17 lutego 2026

"Kartka miłości" Émile Zola


Hélène Grandjean wywodzi się z rodziny Macquart, jest córką Ursuli. Jej małżeństwo z Grandjeanem było zwykłe, zawarte z rozsądku, bez głębokiego uczucia. Mąż zdecydował się na przeprowadzkę do Paryża, lecz tuż po niej umarł, zostawiając Hélène wraz z jedenastolenią Jeanne. Kobieta wiedzie spokojne życie na uboczu Paryża, poświęcając się całkowicie chorowitej córce, która wydaje się mieć w sobie gen zmarłej w szpitalu psychiatrycznym prababki. Jeanne cierpi na nerwowe napady, przypominające epilepsję. Podczas jednego z takich ataków Hélène wzywa na pomoc młodego lekarza z sąsiedztwa. Piękna wdowa wzbudza w nim ciepłe uczucia, ale i przystojny lekarz pokazuje jej, że nie jest obojętna na uczucia. Małżeństwo nie stanowiło dla niej w tej kwestii spełnienia, więc teraz Hélène pogrąża się w marzeniach o romantycznej miłości. Dalsza część powieści jest oczywiście przewidywalna, bo że do romansu dojdzie jest oczywiste, tak samo jak to, że cała historia skończy się tragicznie. 
Zola wprowadza tu jednak wiele wątków pobocznych – jest prosta miłość między Rosalie, kucharką Hélène, i jej chłopakiem. Jest też romans Juliette, żony lekarza. Są tysiące plotek na ten temat wymienianych na licznych spotkaniach organizowanych przez Juliette – Hélène bowiem mimowolnie wpada w to towarzystwo. Są także, typowe dla Zoli, odwołania do świata zwierząt i roślin. Jest w końcu wierny przyjaciel Hélène, zakochany w niej i cierpliwie czekający na swoją kolej. 
Zola ukazuje ulotność zakochania, przemijanie tych uczuć, które nie mają według ówczesnych standardów rozsądnej podbudowy, ale równocześnie kreśli też ciekawy obraz matczynej miłości. Jeanne to dziecko diaboliczne – umiejętnie manipuluje matką, wymuszając na niej wyłączność uczucia. Szantaż emocjonalny to ustalony schemat działania dziecka, któremu matka ciągle ulega, co oczywiście zaprowadzi ją do zguby. 

Ten tom cyklu jest szeroko krytykowany, ale mnie paradoksalnie czytał się on dobrze. Dużo mniej w nim opisów przyrody (choć oczywiście są, bo dom doktora otacza piękny ogród, w którym Hélène i Jeanne spędzają całe dnie), więcej za to miasta, które kobiety obserwują z daleka, ze swojego mieszkania. Autor skupia się na przedstawieniu życia emocjonalnego i samej akcji, co ma znaczący wpływ na komfort czytania. Widać także wyraźnie, jak prowadzi swój wątek genetyczny, obarczając Jeanne podobieństwem fizycznym do prababki oraz jej chorobą.

Moja ocena: 4/6

Émile Zola, Ein Blatt Liebe, tł. Paul Heichen, 224 str., die Gehörgäng.

sobota, 14 lutego 2026

"Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" Wolfgang Münchau


Że niemiecki cud gospodarczy jest przeszłością wiem od dawna. Że kraj jest zacofany cyfrowo też. Obserwuję problemy niemieckiej gospodarki i polityki niemal namacalnie, więc książka Wolfganga Münchaua nie była dla mnie zaskoczeniem. Zresztą nie sięgałam po nią w ciemno. Raczej chciałam poznać spojrzenie na te problemy dziennikarza Financial Times, do tego pisane dla czytelniczki angielskiej, bo przecież książka powstała w tym języku. Po lekturze jednak nie jestem w stanie stwierdzić, że jest to książka konkretnie celowana w czytelniczki i czytelników zagranicznych, bo jednak naszpikowana jest nazwiskami, skrótami, faktami z niemieckiej polityki i gospodarki, które były mi znane, a i tak musiałam się skupić, by wszystko sobie dobrze przypomnieć, gdyby padały tu jeszcze nieznane mi nazwiska, musiałabym pewnie wracać do niektórych fragmentów. 

Pomijając jednak ten fakt, to jestem zadowolona z lektury tej książki. Analiza Münchaua celuje w ukazanie momentów, w których popełniono błędy, a doszukuje się ich on w polityce lat 90. i dalej, gdy władzę po wielu latach rządów kanclerza Helmuta Kohla objęło SPD. Ówczesny kanclerz Gerhard Schröder stawiał na neomerkantylizm i ścisłe wspieranie wielkich koncernów przemysłowych. Jego polityka celowała w budowanie bliskich stosunków gospodarczych wraz z zarządami największych niemieckich koncernów z Chinami czy Rosją. To skupienie się na wspieraniu niemieckich firm, które były dla tego kraju emblematyczne od lat, kazało zapomnieć o stawianiu na nowe technologie. Niemcy przespały cyfryzację, nie postawiły na samochody elektryczne, ładowały pieniądze na ciągłe wspieranie wielkich firm, które stopniowo traciły na konkurencyjności na rynku światowym. Münchau szczegółowo analizuje te kwestie na szczeblu politycznym, nie oszczędzając wszystkich partii (choć najwięcej dostaje się chyba SPD), ale powołuje się też na swoje własne doświadczenia jako dziennikarza, ale i obywatela mieszkającego zagranicą. Ciekawy jest tu wątek zagranicznych specjalistów i ściągania do Europy wysoko wykwalifikowanych pracowników, bo nawet to nie wyszło Niemcom. Przy wielu kwestiach kiwałam głową, bo autor potwierdzał moje przemyślenia. Choć naturalnie nie przy wszystkich! Münchau bazuje na bliskich kontaktach ze światem polityki, na latach pracy dla Financial Times, wiedzy insiderskiej, więc jest to cenny punkt widzenia, który pozwala poznać nową perspektywę. 

Jeśli wciąż sądzicie, że w Niemczech rządzi wysoka wydajność, porządek, a dobrobyt jest codziennością, polecam wam tę książkę. W Polsce ukazała się pt. "Kaput: Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" w Wydawnictwie Prześwity, w tłumaczeniu Barbary Kocowskiej.

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Münchau, Kaputt. Das Ende des deutschen Wirtschaftswunders, tł. Britta Fietzke, 257 str., Verlag Herder 2025.

piątek, 13 lutego 2026

"Drei Kameradinnen" Shida Bazyar


Saya, Hani i Kasih są kumpelkami z dzieciństwa. Dorastały w jednej dzielnicy, wszystkie trzy są w Niemczech cudzoziemkami, wyróżniającymi się cudzoziemkami. Ich odcień skóry może być inny, a także kultura, zwyczaje, zachowania i oczywiście język. Autorka jednak nigdy nie opisuje krajów pochodzenia swoich bohaterek, starając się stworzyć opowieść uniwersalną. Trzy kobiety spotykają się po latach z okazji przyjęcia weselnego koleżanki ze szkoły. Kasih jest narratorką tej opowieści i wspomina przeróżne wydarzenia z przeszłości, relacjonując aktualne spotkanie, przygotowania do wesela oraz głośny proces prawicowych narodowców, którzy dyskryminowali imigrantów, posuwając się do zabójstw. 

Kasih opowiada, jak wyglądało dorastanie w Niemczech, z jakimi bardzo przyziemnymi problemami borykała się ona i jej przyjaciółki, na jakie niezrozumienie trafiały, jak lawirowały wśród nieznanych im dotychczas zasad społecznych, by jak najlepiej dopasować się do otoczenia. Wspomina wszelakie mikroagresje, dyskryminacje, spojrzenia, uwagi. Podczas przygotowań do wesela przyjaciółki dyskutują o tym, jak im się żyje jako pracowniczki lub poszukujące pracy, postrzegają codzienną dyskryminację w inny sposób i zażarcie dyskutują te interakcje. 

Autorka tej powieści gra z czytelniczką, w bezpośrednich zwrotach odnosi się do przyszłych wydarzeń, stawia w wątpliwość prawdziwość konkretnych spotkań i zajść. Często okazuje się, że relacjonowane przez jedną z kobiet opowieści nie są prawdziwe albo podkoloryzowane. Zazwyczaj lubię taki związek na linii autorka-czytelniczka, tu jednak czułam się oszukana. Autorka była dla mnie zbyt obecna i zbyt często pogrywała w nieczyste karty. Nie mam tu w zasadzie pretensji do samej treści – poruszane tematy są arcyważne, punkt widzenia świetny, a pozostawienie bohaterek bez szczegółów co do ich pochodzenia świetnym zabiegiem, ale w nawale problematyki i przykładów umyka tu sama akcja, czy może w zasadzie historia tych trzech kobiet. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że kreacja tych postaci i ich losów służy tylko i wyłącznie stworzeniu manifestu o dyskryminacji i rasizmie. Autorka też wydaje się przekreślać wszystkich białych, w zasadzie nikt nie ma szans zrozumieć bohaterek i zostać przez nie zaakceptowanym. 

To ważna książka, zdecydowanie warta lektury, ale nie bez wad.

Moja ocena: 4/6

Shida Bazyar, Drei Kameradinnen, 350 str., Kiepenheuer & Witsch 2021.

czwartek, 12 lutego 2026

"Stan raju" Laura van den Berg


Bezdroża na Florydzie, wszędzie daleko, gorąco, wilgotno, samotnie – w taki świat wrzuca Laura van den Berg. W tym miejscu mieszka główna bohaterka książki i jej mąż. Tymczasowo. U matki. Pandemia pokrzyżowała jednak ich plany i utknęli na Florydzie na dłużej. Kobieta jest ghostwriterką i pracuje dla autora poczytnych kryminałów. Nigdy jednak go nie poznała, a zlecenia dostaje mailowo od grupy jego asystentów. Poza tym prowadzi mało spektakularne życie – rozmawia z siostrą i matką, spędza czas z mężem i psem, ale też niepokoi się stanem świata. Wraca on po pandemii do równowagi, ale pozornie. Na Florydzie następują po sobie przedziwne zjawiska atmosferyczne – przypominające potop ulewy, ale bez huraganowego wiatru, giną ludzie, a plakaty z ich podobiznami wiszą niemal wszędzie, wiele osób spędza czas z okiem umysłu. To urządzenie, które pewna firma rozdawała w czasie pandemii. Pomaga ono przenieść się w inne wymiary, ale i powoduje znikanie osób. Te obserwacje narratorki przeplatane są jej fragmentarycznymi wspomnieniami z młodości – przede wszystkim z pobytu w szpitalu psychiatrycznym. 

Powieść Amerykanki żyje atmosferą – zaduchem, upałem, ulewą, niepokojem. To nie piękna Floryda z palmami, oceanem i plażami. To przysłowiowe zadupie, gdzie nic się nie dzieje, wszędzie jest daleko i niczego nie ma. Pozornie niewiele jest w tej powieści akcji, ale retrospekcje i ów wątek poniekąd science-fiction powiązany z okiem umysły wprowadzają atmosferę niepokoju, grozy, poczucia nadchodzącego niebezpieczeństwa. I ja ten vibe kupiłam, namacalnie poczułam, ale niestety już sama historia mnie nie poruszyła. Owszem, czyta się tę powieść dobrze, ale na płaszczyźnie emocjonalnej nie zarejestrowałam u siebie żadnych wahań. 

Moja ocena: 3/6

Laura van den Berg, Stan raju, tł. Dobromiła Jankowska, 208 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

środa, 11 lutego 2026

"Góra prawdy" Therese Bohman

 


Hanna jest ośmiolatką, gdy jej dwunastoletni brat ginie. Chłopiec po mszy przygotowującej do konfirmacji wybiera się z kolegami na tytułową górę. To miejsce osnute legendami, wznoszące się nad fiordem. To tam mieści się grota, w której podobno męczono czarownice i która pochłania ludzi. Erik tej nocy ginie i mimo usilnych poszukiwań nigdy nie zostaje znaleziony. Spekulacje na temat tajemniczej groty i losów Erika już na zawsze będą zajmować mieszkańców miasta. Rodzice Hanny decydują się nie opuszczać domu i rodzina musi się nauczyć żyć z tą podwójnie niełatwą sytuacją – utratą syna ale i plotkami oraz spojrzeniami otoczenia. Hanna już na zawsze będzie siostrą zaginionego. 

Bohman ukazuje Hannę w kilku momentach jej życia. Najpierw jako nastolatkę, która spędza najwięcej czasu z Marcusem. To on stanowi dla niej wsparcie w tym okresie. Później ich drogi się rozchodzą, a Hanna próbuje się dostać na uczelnię artystyczną. Po kolejnych niepowodzeniach pracuje w call center i trzyma się tego celu. W ostatniej części to już artystka, która kanalizuje swoje przeżycia w sztuce.

"Góra Prawdy" to spokojna powieść, Bohman jak zwykle stawia na dogłębny szkic postaci, na to, co dzieje się pomiędzy ludźmi, a nie na akcję. Zaginięcie Erika zmieniło całą społeczność i naznaczyło los Hanny, ale nie jest to bynajmniej powieść o traumie. Owszem jest ona obecna i rzuca cień, ale to też rzecz o szukaniu swojej ścieżki, o utracie kontaktu bez wyraźnej przyczyny i o sztuce, która leczy i koi.
Sztuka zresztą często jest obecna w powieściach Bohman i ten akcent zawsze wypada u niej bardzo na plus. 

To nie jest powieść, która uwodzi fajerwerkami, zwrotami akcji czy wielkimi wydarzeniami, ona uwodzi swoją kameralnością, spokojem, nastrojem, do mnie trafiła!

Moja ocena: 4,5/6

Therese Bohman, Góra Prawdy, tł. Justyna Czechowska, 192 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

poniedziałek, 9 lutego 2026

"Dżiny" Fatma Aydemir


 

Hüseyin Yilmaz po latach harówki spełnia swoje marzenie – kupuje mieszkanie w Stambule, urządza je i zaprasza żonę oraz dzieci. Gdy wszystko jest gotowe, dzieje się to, o czym śpiewała Alanis Morissette w swojej piosence "Ironic", Hüseyin umiera na zawał. Wedle muzułmańskiej tradycji zmarłego należy pogrzebać jak najprędzej, więc rodzina rusza do Turcji z Niemiec. Yilmazowie to tureccy emigranci, z małej kurdyjskiej wioski, a autorka opowiada o ciernistej drodze integracji, w której zapewne każda imigrantka i imigrant odnajdzie jakiś wspólny komponent z własnym doświadczeniem. 

Fatma Aydemir przytacza w sześciu rozdziałach historię każdego z członków rodziny – czwórki dzieci: Sevdy, Hakana, Perihan i Ümita oraz rodziców: Emine i Hüseyina. Narracja w przypadku dzieci jest trzecioosobowa, a rodziców w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak jakby tytułowe dżiny oceniały ich życie, zwracając się bezpośrednio do nich. Każda opowieść odkrywa całe pokłady traum, żalu, niewypowiedzianych i realnych problemów społecznych. Najstarsza Sevda została w Turcji, gdy rodzice przeprowadzili się do Niemiec. Ani tam, ani później w Niemczech nie miała możliwości chodzić do szkoły, a rodzice szybko wydali ją za mąż. Hakan stoi w rozkroku między kulturami, imponuje mu rap, subkultura, przerywa naukę zawodu i ciągle czuje się tym innym, cudzoziemcem, ale tym gorszym cudzoziemcem. Równocześnie wie, że nigdy nie spełni oczekiwań ojca. Peri wyrywa się z domu, robi maturę, studiuje, a edukacja jest dla niej kluczem do otwartości, ale i oddala ją od rodziny. Najmłodszy Ümit czuje, że nie pasuje do rodziny, nie jest twardzielem, nie powiela tradycyjnych wartości, walczy ze swoimi demonami. 
Rodzice niosą natomiast cały szereg traum, o których się nie rozmawia, których się nie przepracowuje, które się dusi w sobie. 

Aydemir opisuje walkę o godne życie pierwszej fali emigracji – ludzi prostych, nie znających języka, nie mających możliwości, by się zintegrować, zamotanych we własne traumy i zajętych dorabianiem się. Ich dzieci stoją w tragicznym rozkroku między kulturami, a krok w obojętnie którą stronę będzie dla nich wyrokiem. Tu nie ma kompromisów – ty wybór rodziny lub nowego społeczeństwa. To, co rodzice łykali bez dyskusji, jest już dla nich nie do przeskoczenia. W tle Aydemir szkicuje obraz ówczesnych Niemiec, a szczególnie rasizm lub w najlepszym wypadku pobłażliwe traktowania cudzoziemców. Na pierwszym planie są zawsze uczucia bohaterów – wstyd, bunt, żal, złość, duma, honor i poczucie odarcia z godności. Nawet jeśli miałam świadomość niełatwej sytuacji tureckich emigrantów, szczególnie pierwszej fali, to ta osobista jednostkowa perspektywa pokazuje jeszcze inny jej wymiar.

"Dżiny" czyta się jednym tchem, co więcej podczas lektury kilkakrotnie miałam ciarki (naprawdę, odczuwałam bardzo silne emocje) i nawet dość mocne zakończenie (kumulacja nigdy nie jest najlepszym pomysłem) nie zepsuło mi odbioru tej książki. Co więcej, jestem skłonna stwierdzić, że pasuje ono do całości, w wymiarze metaforycznym przede wszystkim. Bardzo podoba mi się także tytuł, który wspaniale nawiązuje do tureckiej kultury, a zły dżin obecny jest zresztą w życiu każdego bohatera i każdej bohaterki. To wspaniała powieść, już wiem, że na pewno będzie w topce tego roku.

W Polsce książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Cyranka w przekładzie Zofii Sucharskiej.

Moja ocena: 6/6

Fatma Aydemir, Dschinns, 368 str., Fischer 2022.

niedziela, 8 lutego 2026

"Męczennik" Kaveh Akbar


Jak pisać o powieści, która na Goodreads ma wysokie oceny, podoba się większości znajomych, a mnie nie zachwyciła? Co ja mówię, nie zachwyciła! Nie podobała się do tego stopnia, że po 40% ją porzuciłam. Gdy dotrwam do tego etapu, zazwyczaj nie rezygnuję z dalszej lektury, bo jednak szkoda mi poświęconego jej czasu. Niestety w "Męczenniku" nie znalazłam niczego, co by mnie zainteresowało, choć początkowo spodziewałam się, że będzie to lektura idealna dla mnie. 

Cyrus Sharm – główny bohater pochodzi z Iranu, a w USA wylądował jako niemowlak po tym, jak jego matka zginęła w samolocie przypadkowo zestrzelonym przez siły amerykańskie. W Indianie ojciec pracuje w fabryce kurczaków, a Cyrus dorasta bardziej jako dziecko amerykańskie niż irańskie. Teraz, już dorosły, próbuje swoich sił jako poeta, a poza tym głównie pije i konsumuje różne substancje. Jego idée fixe jest śmierć męczeńska i ten temat postanawia eksplorować w swojej sztuce. W tym celu udaje się do Nowego Jorku, gdzie umierająca na raka artystka w ramach performansu w muzeum odpowiada na pytania odwiedzających. 

Historia Cyrusa przeplatana jest wspomnieniami z dzieciństwa i młodości matki oraz wujka, którego zamierzała odwiedzić w Emiratach, gdy siedziała w owym pechowym samolocie. Nie wiem oczywiście, jak dalej rozwija się ta powieść, ale, jak pisałam, nie znalazłam w tym, co przeczytałam, żadnego punktu zaczepienia. Co gorsza książki słuchałam, więc w zasadzie powinna być lżej strawna, ale nawet w takiej formie nie utrzymała mojej uwagi.

Jednak nie tylko sama historia jest tu męcząca, nomen omen, ale i sposób jej podania. Autor operuje tym rodzajem pióra, którego nie trawię. Jego opowieść to relacja, która opiera się na zdaniach: Cyrus poszedł, Cyrus powiedział, Cyrus usiadł itd. oraz opisie picia, ćpania i miałkich rozmów. Szkoda, ale odkładam bez żalu.

Kaveh Akbar, Märtyrer!, tł. Stefanie Jacobs, 400 str., Rowohlt 2025.

piątek, 6 lutego 2026

"Puste domy" Maria Judite de Carvalho




Dora straciła dość wcześnie męża. Duarte nie był najbardziej zaradnym człowiekiem, więc zostawił żonę i córkę niezaopatrzone finansowo. Lisa początkowo mieszka u babki Any – kobiety zamożnej i zdecydowanej oraz ciotki Júlii – która marzy pozostała w domu matki i zatapia się w marzeniach o latających talerzach. Dora przywdziewa żałobę i próbuje utrzymać córkę, początkowo biorąc pożyczki, a potem podejmując pracę w sklepie z antykami, którą zdobyła dzięki narratorce. Ta praca pozwala jej na opłacenie dla Lisy prywatnych lekcji języka i życie na przyzwoitym poziomie. Dora jednak zaniedbała samą siebie, ciągle żyje wspomnieniem Duarte, pielęgnuje w sobie jego obraz i odcina się od życia. Pewnego dnia do sklepu przychodzi bogaty i zblazowany Ernesto, który urządza swój nowy dom i szuka odpowiedniego dywanu. Początkowo traktuje Dorę jak brzydkie kaczątko, ale stopniowo nawiązuje z nią znajomość. Cała ta historia opowiadana jest przez tajemniczą przyjaciółkę Dory, której tożsamość odkrywana jest stopniowo.

By zrozumieć tę powieść, trzeba znać kontekst powstania "Pustych szaf". Opisana historia rozgrywa się w okresie portugalskiej dyktatury i choć nie jest to powiedziane w książce wprost, to widać to w stosunkach społecznych. Kobiety są tu uległe, podporządkowane mężczyznom, skupione na zajęciach domowych, pasywne. Konieczność podjęcia pracy przez Dorę jest tu wyjątkiem, który jest jedynie niewygodną potrzebą. Córka Dory natomiast marzy o podróżach, zobaczeniu świata, a jedynym zawodem, jaki jej przychodzi do głowy jest stewardessa. Jednak w obliczu lukratywnego małżeństwa porzuci ten plan bez większych sentymentów. 
Ernesto tak jak kobiety jest produktem swoich czasów – zapatrzony w swoje potrzeby, przyzwyczajony do sięgania po to, czego zapragnie, zadufany, próżny. Dla współczesnej czytelniczki nieznośny typ o wątpliwych skłonnościach – końcówka książki nie pozostawia tu żadnych złudzeń.

Wszystkie przedstawione tu kobiety są tytułowymi pustymi szafami, czekającymi na coś, na lepsze jutro, na wielką miłość, na zrozumienie. Wikła je jednak pozycja społeczna, finansowa i polityczna. Maria Judite de Carvalho stworzyła powieść o dusznej atmosferze, w której nic nie jest takie, jakie się wydaje na początku. Ukrywając tożsamość narratorki, zwodzi czytelniczkę, ale i stawia wiele pytań o powody takich, a nie innych decyzji kobiet. 

Książka ukazała się w polskim przekładzie Janiny Z. Klave pod tytułem "Puste szafy".

Moja ocena: 4/6

Maria Judite de Carvalho, Os armários vazios, 153 str., Livraria Bertrand 1978.

środa, 4 lutego 2026

Podsumowanie stycznia 2026

 


Styczeń był dla mnie czytelniczo łaskawy. Przeczytałam i wysłuchałam aż 16 książek, które składają się na ponad pięć tysięcy stron. Czytałam też dość dobrze. Przede wszystkim kontynuowałam czytanie książek z projektu 25 książek na 2025 (zostały mi jeszcze trzy pokaźnych rozmiarów) i wreszcie powtórzyłam lekturę “Władcy pierścieni”. Wróciłam też do Andrzeja Sapkowskiego i jego zbiorów opowiadań. Mam teraz nadzieję przypomnieć sobie cały cykl o Wiedźminie. I w tym miesiącu, już tradycyjnie, było dużo lektur na kluby książkowe, bo aż osiem! To mój stały dylemat – lubię być na klubach, ale potem nie starcza mi czasu na czytanie książek z mojego stosu! Niemniej ze stosu przeczytałam cztery pozycje. Udało mi się skompletować kolejny kraj do mojej kolekcji, czyli Andorę. Poza tym odwiedziłam jeszcze dziesięć innych krajów. Trafiłam na kilka świetnych pozycji: nigeryjską powieść o poligamii, która wspaniale łączy humor i tragedię, poruszającą “Pieśń proroczą”, intrygującą “Lapvonę” i świetną “Dziewczynę z konbini”. Oba powroty do fantasy z lat młodości były także bardzo udane. Specjalnie wyróżniam też kolumbijski debiut, powieść godna uwagi! Rozczarowaniem natomiast były najnowszy Booker oraz “Historia czytania".

Przeczytane książki: 16

Liczba stron: 5143

Przeczytane tytuły

– "A Burst of Light" Andre Lorde
– "Rana pełna ryb" Lorena Salazar Masso
– "Ein paar Leute suchen das Glück und lachen sich tot" Sibylle Berg
– "Was für ein Moped mit verchromter Lenkstange steht dort im Hof" Georges Perec
– "Życie z klocków" David Aguilar, Ferran Aguilar
– "The Secret Lives of Baba Segi's Wives" Lola Shoneyin
– "Was nicht gesagt werden kann" David Szalay
– "Lapvona" Ottessa Moshfegh
– "Die Tanzenden" Victoria Moss
– "Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkien
– "Ostatnie życzenie" Andrzej Sapkowski
– "Historia czytania" Alberto Manguel
– "Miecz przeznaczenia" Andrzej Sapkowski
– "Wdowi las" Margaret Atwood
– "Pieść prorocza" Paul Lynch
– "Die Ladenhüterin" Sayaka Murata


niedziela, 1 lutego 2026

"Pieśń prorocza" Paul Lynch


Eilish jest naukowczynią, matką czwórki dzieci i szczęśliwą żoną nauczyciela i związkowca. To właśnie działalność w związkach zawodowych stawia Larry'ego na celowniku władzy. A władza niepostrzeżenie się zradykalizowała i nie znosi sprzeciwu, co rusz znikają ludzie i nie sposób dowiedzieć się, gdzie przebywają. Nie inaczej stanie się z Larrym. Jego aresztowanie będzie jednak zaledwie czubkiem góry lodowej, krok po kroku władza pozwala sobie na coraz więcej, powodując opór w społeczeństwie, niszcząc rodziny i kraj. 

Gdy czytam te słowa, myślę, brzmią banalnie. Kolejna książka o wślizgującym się niepostrzeżenie totalitaryzmie – tak, kolejna, ale i nie kolejna, bo całkiem inna. To przede wszystkim powieść o matce, która próbuje chronić dzieci i niestety nie zawsze jej to wychodzi. Widać u niej pewien rodzaj ślepoty na działania zewnętrzne, o który nigdy nikogo bym nie oskarżyła. Bo czy wszyscy nie mamy tendencji do przymykania oczu? Nie jest tak źle... W innych krajach to dopiero! Mnie to nie dotyczy! No źle się dzieje, ale w sumie trzeba tym a tym utrzeć nosa.... I tak zamyka się oczy, z lenistwa, ze stagnacji, z zajęcia swoim życiem. Lynch świetnie opisuje ten proces, choć jego fokus leży przede wszystkim na Eilish – matce nastolatków i niemowlaka, naukowczyni bez pracy, kobiecie, która załatwia, martwi się, troszczy, wychowuje, ogarnia, walczy, wątpi, upada, ciągnie resztką sił. To powieść bardzo emocjonalna, napisana piękną frazą. Lynch pisze zdania poetyckie, potoczyste, które jednocześnie opisują przyrodę i wyrażają niewypowiadalne. Opisuje też życie wewnętrzne kobiety i robi to dobrze, choć patrzyłam na to z podejrzliwością. 

Ta powieść to nie dystopia, to nie obraz jakieś dalekiej, strasznej przyszłości. To, o czym pisze Lynch, dzieje się w wielu miejscach na świecie, dokładnie tak lub fragmentami. To może się wydarzyć w każdej chwili i tu, gdzie żyjemy. Autor wskazuje tylko mechanizmy, dobrze nam znane, wskazuje na marność jednostki wobec systemu, opisuje niemoc i rozpacz. I ponownie, to brzmi banalnie, ale powieść Lyncha bynajmniej taka nie jest. Jest poruszająca, mocna, brutalna i piękna. Bardzo polecam.

Moja ocena: 6/6

Paul Lynch, Pieść prorocza, tł. Kaja Gucio, 288 str., Marginesy 2024.