Oblivia Ethy(lene) mieszka wraz z opiekującą się nią Bellą Donną na bagnie – gdzieś na północy Australii. Tam, gdzie życie niewygodne i dokąd można zepchnąć wszystko, co niepotrzebne. Na przykład zdezelowane łodzie. Albo Aborygenów. Niech sobie tam mieszkają na bagnie, wierzą w swoje mity i męczą się z łabędziami. Jak będą daleko, to nie będą stanowić problemu, a może się nawet uda o nich, tak jak o starych łodziach, zapomnieć. Brzmi znajomo? I słusznie. Taktyka znana i stosowana wobec rdzennych mieszkańców nie tylko w Australii.
Wright osadza jednak tę powieść w niedalekiej przyszłości, gdy katastrofa klimatyczna na pełnej, a poprawność polityczna na drugiej pełnej, więc zróbmy z Aborygena prezydenta. I nie zapominajmy o łabędziach. I oczywiście o kulturze i wierzeniach aborygeńskich. Autorka to wszystko miesza i tworzy powieść mało zrozumiałą. Problemem nie jest to język, nawet jeśli wiele tu obcych wstawek, ani wierzenia – wszak z ciekawością poznaję nieznane mi kultury, a kompozycja. Przez pierwszą jedną trzecią książki w ogóle nie wiedziałam, o czym czytam. A gdy się już dowiedziałam, byłam tak znudzona, że nie umiałam w sobie wskrzesić ni krzty entuzjazmu dla tej prozy. I dla łabędzi. Przebrnęłam z dwóch względów. Książkę czytałam na klub książkowy, a sama autorka ułatwiła lekturę dużą dozą humoru, i to czarnego.
Niestety brnęłam z taką niechęcią, że nic więcej mądrego o tej powieści nie napiszę. Nie mój vibe, nie moja wrażliwość. Szkoda, bo tematyka jak najbardziej wydawała mi się być moja.
Moja ocena: 2/6
Alexis Wright, Księga łabędzi, tł. Aga Zano, 362 str., Wydawnictwo ArtRage 2026.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz