Philip Gourevitch jest amerykańskim dziennikarzem pracującym dla New York Times'a, który odwiedził wielokrotnie Rwandę tuż po ludobójstwie, począwszy od roku 1995. Ta książka powstała na podstawie licznych wizyt w kolejnych latach, rozmów, spotkań i podróży także do obozów w Kongu, ówcześnie Zairze, a także lektur.
Gourevitch napisał książkę przekrojową, starając się wyjaśnić genezę rwandyjskiego ludobójstwa. W tym celu sięga w swojej opowieści daleko wstecz, do czasów kolonializmu, nakreślając sytuację w tej części Afryki ze szczególnym naciskiem na Tutsi i Hutu. Im bliżej kwietnia 1994, tym dokładniejszy jego wywód. Gourevitch nie kończy jednak na samym ludobójstwie, ale pisze o sytuacji w Rwandzie, Burundi i Kongu tuż po – opisuje obozy, w których schronili się uciekający Hutu, porażkę systemu pomocowego, zagmatwaną sytuację na granicy i w samej Rwandzie. Autor robi to bez wątpienia rzetelnie, starając się jak najbardziej obiektywnie pokazać tę kompleksową sytuację i odejść od najprostszej wersji wyjaśnienia, w której dwa plemiona rozwiązują swój wewnętrzny konflikt w bliski im kulturowo sposób, a która w pewnym momencie dominowała w świecie zachodnim za sprawą propagandy Hutu Power i międzynarodowych organizacji, które w obliczu tego ludobójstwa umywały ręce.
To chronologiczne przedstawienie całej sytuacji uzupełniają liczne rozmowy, spotkania z osobami z najwyższego szczebla, z pracownikami humanitarnymi, ale i ofiarami oraz oprawcami, przedstawicielami kleru, lekarzami, Tutsi, którym udało się ujść z życiem. Te jednostkowe historie są tragiczne, ale dzięki tej autentyczności najbardziej ciekawe. Bardzo doceniam to przekrojowe podejście i rzetelność autora, ale forma nie jest moim zdaniem udana. Początkowo zabrakło mi uporządkowania, ponieważ autor zaczyna tę książkę chaotycznie, od rozmowy z jedną z Tutsi, nie tłumacząc, gdzie i w jakim okresie czasu jesteśmy. Dopiero któryś z kolejnych rozdziałów zaczyna chronologiczny zapis ludobójstwa. Mimo że czytałam już na temat Rwandy, to moja wiedza nie była na tyle dokładna, by w lot łapać wszystkie skrótowce czy nazwiska, którymi Gourevitch chętnie operuje. By dobrze zrozumieć jego wywód, potrzebowałabym mapy i spisu najważniejszych postaci i nazw. Początkowo starałam się dokładnie śledzić działania obu stron konfliktu, ale z czasem zwyczajnie straciłam zapał, gdy kolejny raz nie wiedziałam, o którą z armii chodzi. Językowo nie jest to też wybitna książka. Owszem, nie jest to język skomplikowany, ale też nie grzeszy polotem. Oczywiście nie oczekuję od reportażu fikołków słownych, ale tu było dla mnie jednak zbyt sucho i "gazetowo".
Dowiedziałam się z tej książki bardzo dużo na płaszczyźnie ogólnej, przekrojowej, ale jednak skończenie jej było dla mnie wyzwaniem, także w kwestii emocjonalnej.
Moja ocena: 4/6
Philip Gourevitch, Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami, tł. Adrian Stachowski, 432 str., Wydawnictwo Filia 2026.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz