poniedziałek, 26 stycznia 2026

"Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkien


Pamiętam, jak pierwszy raz sięgnęłam po "Władcę Pierścieni". Byłam na studiach i odkrywałam dla siebie świat literatury fantasy. Czytałam czarne niewielkie tomiki (które mam do dziś), wydane przez Czytelnik, w autobusie, na przystanku, w przerwach od zajęć. Z treści pozostało w mojej głowie poza głównym zarysem fabuły niewiele, zapamiętałam natomiast całkowite zagłębienie się w lekturze, zatopienie w innym świecie i oderwanie od rzeczywistości. Potem na wiele lat zapomniałam o Tolkienie, ale ukazały się filmy, których nie zobaczyłam. Bo chciałam najpierw powtórzyć lekturę, przypomnieć sobie odczucia, które towarzyszyły mi podczas lektury. Jakiś czas później kupiłam więc e-booka i zahibernowałam go na wiele lat na czytniku. A potem w 2025 roku właśnie ta trylogia została wybrana z mojego stosu w projekcie 25 na 2025. Nie wyrobiłam się z tak opasłą książką na czas. Dopiero niemal cały styczeń spędziłam w innym uniwersum. 

Po tym przydługim wstępie nie napiszę recenzji, bo myślę, że o "Władcy Pierścieni" napisano już wszystko, a ja nic lepszego już nie dodam. Przyznam za to, że z przyjemnością słuchałam tej książki, bo zdecydowałam się jednak na audiobook, ale ówczesny stan całkowitego przeniesienia w inny świat już u mnie nie nastąpił. Miałam za to inne refleksje – z zaskoczeniem odkrywałam, jak wiele tolkienowskich elementów i motywów jest w innych książkach. Całkowicie o nich zapomniałam i nie zwracałam uwagi na ich obecność, czytając przeróżne powieści fantasty czy choćby Harry'ego Pottera. Tymczasem aż narzuca się refleksja, że gdyby nie Tolkien, to nie wiem, z czego korzystaliby współcześni twórcy i twórczynie tego gatunku literackiego. 
Pod koniec słuchania byłam już nieco zmęczona lekturą – ostatnie wydarzenia w Shire po całej kulminacji z pierścieniem, już mnie tak nie zainteresowały. Ale nie żałuję ani minuty i wreszcie zaczęłam oglądać filmy! Lepiej późno niż wcale, prawda?

I taki pozostanie ten wpis, bez analizy i streszczenia, bez recenzji czy recki, garść refleksji i satysfkacja z lektury.

Moja ocena: 5/6

J.R.R. Tolkien, Władca Pierścieni, tł. Maria Skibniewska, 1280 str., Wydawnictwo Muza 2013.

niedziela, 25 stycznia 2026

"Bal szalonych kobiet" Victoria Mas


Eugénie mieszka w bogatym, ale zimnym emocjonalnie domu. Dla surowego ojca jest tylko produktem, który trzeba dobrze wydać za mąż, w końcu w drugiej połowie XIX wieku jako młoda kobieta innych możliwości nie ma. Uchodzi jednak za niepokorną, bo wyraża swoje zdanie i chce towarzyszyć bratu w jego spotkaniach, brak jej oczekiwanej od kobiety potulności i posłuszeństwa. Eugénie ma jeszcze jeden problem – widzi zmarłych. Dziewczyna zdradza się z tą zdolnością przed ukochaną babcią, a ten nieprzemyślany akt kosztuje ją wolność.

Kobiety niepokorne, niesforne, prostytutki, dziewczyny niepotrzebne umieszczane są w szpitalu Salpêtrière – zakładzie psychiatrycznym. Ta gałąź medycyny przechodzi bowiem boom, a psychiatrzy z wielką chęcią przeprowadzają eksperymenty na pacjentkach. Pacjentki mieszkają razem, w wielkiej sali, a pochodzą z różnych grup społecznych i są w różnym wieku. Sierota Louise wylądowała w tym miejscu po tym, jak została zgwałcona przez wujka, a teraz jest szpitalną gwiazdą, ulubioną pacjentką ordynatora, który chętnie przeprowadza na niej publiczne hipnozy. Thérèse jest już w dość podeszłym wieku, po wielu latach pracy na ulicy wreszcie ma szansę odpocząć w szpitalnych murach. Dla wielu tych kobiet ten szpital nie jest tylko więzieniem, jest też miejscem odpoczynku, pewności bytu i ochroną przez groźbami świata zewnętrznego. Jest też Geneviève – córka prowincjonalnego lekarza, która mogła zostać tylko pielęgniarką. To ona trzyma w ryzach pacjentki, jest opoką i filarem oddziału. I to ona przejdzie w tej książce największą przemianę.

Mas skupia się na tych czterech postaciach, których losy są tak różne, choć w jednym punkcie spójne: wszystkie jako kobiety nie mają swobody wyboru. Szpital ma jednak dla nich różne znaczenie – dla niektórych jest więzieniem i końcem, dla innych miejscem, w którym mogą być wolne. Punktem kulminacyjnym powieści jest bal kostiumowy organizowany przez pacjentki na paryskiej socjety – bogaci i możni przychodzą popatrzyć na chore kobiety, mają nadzieję na słynny atak histerii, na dziwne zachowania, gnani są chorobliwą ciekawością. 

Mas w swojej debiutanckiej powieści oparła się na faktach, tworząc powieść o zniewoleniu kobiet – sama ta myśl i przesłanie nie są nowe i Francuzce nie udało się tu niczego odkrywczego dodać. Niemniej historia szpitala psychiatrycznego i jej pacjentek jest ciekawa, napisana ze swadą i czyta się błyskawicznie. We współczesnej czytelniczce ta opowieść wzbudzi zapewne złość, wewnętrzny protest i smutek – opisywane wydarzenia rozegrały się przecież zaledwie niecałe sto pięćdziesiąt lat temu! Złość może też wzbudzić fakt, że wiele wątków nie zostało tu pociągniętych do końca, że duchy pozostały tylko rekwizytem i że sama historia Eugénie okazała się być banalna.

W Polsce powieść ukazała się w Wydawnictwie Mova, w przekładzie Bożeny Sęk.

Moja ocena: 4/6

Victoria Mas, Die Tanzenden, tł. Julia Schock, 240 str., Piper 2020.


sobota, 24 stycznia 2026

"Lapvona" Ottessa Moshfegh


W średniowiecznej Lapvonie nie ma lekkiego życia. Przynajmniej jeśli mieszka się w wiosce. Życie to harówka, niedojadanie, przemoc i ból. U pana na zamku natomiast jest wręcz odwrotnie – przesyt, przepych i nuda. Pan Wilhelm nie wie, co robić z czasem, jedzeniem i życiem. Marek natomiast aż nadto wie – musi pomagać ojcu owczarzowi, poddawać sie jego humorom i biciu, harować i wierzyć, że po śmierci czeka na niego zbawienie. Marek musi na to liczyć, bo na ziemi nie ma dobrego startu. Urodzony jako pokraka nie wzbudza pozytywnych myśli, nie ma matki, która podobno umarła, za to ma niezbyt przystępnego ojca, którego jedynym przejawem zainteresowanie jest robienie z Marka worka treningowego. I tak to życie w Lapvonie leci, aż ginie syn pana. A Marek staje się nowym synem, a zarazem zabawką i igraszką. Los się dla niego odwraca, ale nie dla wioski. Nastaje głód, ludzie mrą jak muchy, czym nikt się nie interesuje. Ksiądz hula na dworze i pojęcia o religii nie ma, pan Wilhelm zupełnie na wieś nie zwraca uwagi, a Marek jest w szoku, jak odmieniło się jego życie.

Moshfegh wprawdzie umieszcza akcję tej powieści w jakiejś bliżej nieokreślonej wiosce w bliżej nieokreślonej epoce, która poniekąd przypomina średniowiecze, choć nie wszystko się zgadza. Autorka opisuje stosunki międzyludzkie od najgorszej strony – sięgając po tę lekturę warto nastawić się na brud, przemoc, krew i brutalność. Nie to jednak przeraża najbardziej, a raczej alegoria współczesnego świata. Pan Lapvony to głupiec, który nie interesuje się finansami, zarządzaniem, ani ludźmi. Najchętniej otacza się ludźmi, którzy mu przyklaskują, wymyśla najdurniejsze rozrywki i korzysta z władzy, jak chce. Marek wpada w te sidła i staje się zabawką pana, nie daje mu to jednak szczęścia, ani poczucia bliskości. Wciąż będzie tęsknił za miłością i dotykiem bliskiej osoby. 

Lapvona to fantastycznie napisana satyra współczesnego świata, gorzka, uniwersalna i bolesna. Do mnie trafiła.

Moja ocena: 5/6

Ottessa Moshfegh, Lapvona, tł. Teresa Tyszowiecka, 304 str., Wydawnictwo Pauza 2023.

piątek, 23 stycznia 2026

"Was nicht gesagt werden kann" David Szalay


István to główny bohater tej książki, któremu towarzyszymy od okresu nastoletniego po dorosłość, prawdopodobnie do wieku około pięćdziesięciu lat. Gdy wkracza na karty tej powieści właśnie wraz z matką przeprowadził się do nowego mieszkania w bloku na południu Węgier. Chłopak jest przeciętny, uczy się dobrze, nie sprawia kłopotów, pomaga sąsiadce. Ta wymuszona przez matkę pomoc zaważy jednak na jego życiu. Szalay opowiada dalsze losy Istvána – na Węgrzech, a potem w Anglii. Czyni to chronologicznie, ale z różnymi interwałami czasowymi, czasem pomijając najważniejsze dla życia bohatera wydarzenia. To opis oszałamiającej kariery, wzlotów i upadków, a przede wszystkim przypadków.

István to człowiek, który nigdy nie bierze losu w swoje ręce. Raczej poddaje się temu, co mu się wydarza, unika podejmowania decyzji, przystaje na działania innych, pozostaje pasywny. Jego wypowiedzi składają się z jednego lub maksymalnie kilku słów, nie wyrażają emocji, nie pozwalają na sięgnięcie wgłąb człowieka, zrozumienie jego emocji, pobudek, zmartwień czy radości. Momentów, gdy emocje Istvána są widoczne jest w książce niewiele, żeby nie powiedzieć maksymalnie dwa. István to twardy facet, który nie ma dostępu do swoich własnych emocji, nie zastanawia się nad nimi, nie analizuje, godzi się bezrefleksyjnie na wszystko, co mu zostanie zaproponowane. Swoje traumatyczne przeżycia ukrywa, odcina się od nich, ból wytrzymuje, o ile w ogóle go przeżywa. Jedyną ulgę przynosi mu seks, a zadowolenie bycie atrakcyjnym obiektem w powyższych celach. 

Szalay w ten sposób podjął się dekonstrukcji współczesnego obrazu męskości, figur, które za każdą cenę trzymają fason i nie mają odwagi zajrzeć we własne wnętrze i faktycznie zrozumieć, czego pragną. Dlatego István jest tak irytujący i pasywny. Mimo że to rozumiem, to niestety ta książka nie przemówiła do mnie. Czytanie dialogów składających się z "ok" i "nie wiem" to męka. Akceptowanie takich rozmów przez partnerki Istvána to kolejna męka. Obserwowanie pasywności to tortura. Jedynym ciekawszym wątkiem jest tu motyw emigracji i odnajdywania swojej ścieżki w obcym kraju – nie jest on jednak na tyle rozpracowany, by tę książkę uratować.

Owszem czyta się tę powieść szybko i lekko, ale równie bezcelowo. Jest ona tak bezbarwna jak jej bohater i pozostawi w mojej pamięci taki sam ślad, jaki István pozostawi po sobie. 

Moja ocena: 3/6

David Szalay, Was nicht gesagt werden kann, tł. Henning Ahrens, Ullstein Verlag 2025.

poniedziałek, 19 stycznia 2026

"The Secret Lives of Baba Segi's Wives" Lola Shoneyin



Baba Segi to szanowany obywatel, dorobił się, ma dostatni dom, samochód i kierowcę. I ma trzy żony. Oraz siódemkę dzieci. Przyszedł więc czas na żonę numer cztery – młodą Bolanle, która skończyła studia! Nie jest to w smak poprzednim żonom, które nawet nie potrafią czytać. Okaże się jednak, że powodów do niechęci będzie więcej, a apogeum nastąpi, gdy okaże się, że najnowsza żona nie może zajść w ciążę.

Shoneyin czyni z Bolanle główną bohaterkę tej powieści, ale z czasem oddaje głos każdej z żon, mężowi, a nawet kierowcy. Nie będę się rozpisywać na temat zalet takiego zabiegu, bo są oczywiste, przyznam jednak, że Shoneyin robi to wybornie. Mimo że poznajemy historię życia każdej z kobiet, powieść nie jest przeładowana. Nigeryjka czyni to bowiem ze swadą i humorem, choć sama historia wesoła nie jest. Shoneyin porusza tu wiele problemów – wielożeństwo jest pierwszym z nich. To oczywiście sytuacja trudna dla kobiet, ale w o wiele głębszym wymiarze niż mi się początkowo wydawało. Konkurencja między nimi wcale nie musi być oczywista, co więcej mogą tworzyć wspólny front, wspierać się w wychowywaniu dzieci, prowadzeniu gospodarstwa i układaniu sobie życia dookoła męża. A okazuje się, że ten mąż wcale łatwy w obsłudze nie jest i żeby utrzymać jako taką równowagę, trzeba włożyć wiele wysiłku w utrzymywanie kłamstwa. 

W tej powieści nie ma tu zdecydowanie pozytywnych lub negatywnych charakterów. Autorce udało się ukazać wieloaspektowość i kulturalne osadzenie decyzji podejmowanych przez wszystkie postaci, tak że czytelniczka może je zrozumieć, nawet jeśli są to decyzje karkołomne lub niebezpieczne. 

Ta powieść przenosi do Nigerii i świetnie pokazuje tamtejszą mentalność, a sama historia jest ciekawa, dobrze napisana, w wielu miejscach dowcipna. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Lola Shoneyin, The Secret Lives of Baba Segi's Wives, 280 str., Serpent's Tail 2020.

niedziela, 18 stycznia 2026

"Życie z klocków" Daniel Aguilar, Ferran Aguilar

 


Szukając książki z Andory, trafiłam na tę publikację i z radością po nią sięgnęłam, bo jedyny inny autor tłumaczony na angielski pisze o starożytnym Egipcie. Jakoś nie uśmiechało mi się czytanie powieści historycznej traktującej o regionie bardzo odległym w wykonaniu Andorczyka. 
David urodził się bez ręki, po dłuższym czasie rodzicie dowiedzieli się, że chłopak cierpi na zespół Polanda, który cechuje się także aplazją klatki piersiowej. David opisuje swoje życie od narodzin, powołując się na opowieści rodziców, krewnych, dziadków. To nie jest zawsze łatwa opowieść, bo chłopiec konfrontowany był z wieloma trudnymi sytuacjami, szczególnie z dręczeniem w szkole, ale i z niezrozumieniem, gapiostwem i bólem. David przede wszystkim opowiada o tym, jak powstała jego fascynacja klockami Lego i o tym, jak skonstruował swoją pierwszą rękę. 

Ta książka to gawęda Davida o jego życiu, rodzinna opowieść o szoku, jakim były jego narodziny, o zmaganiach rodziców, o wielkiej miłości i walce o usprawnienie jego życia. Autor nie upiększa swojej ścieżki, pisze o błędach, porażkach, o rozczarowaniach, nie zapominając o swoich uczuciach z okresu dzieciństwa czy dojrzewania.

David opowiadając, czasem wybiega w przyszłość, czasem wprowadza dygresje, wraca do przeszłości – co wprawdzie nie jest z korzyścią dla chronologii, ale daje tej książce rys bardzo osobisty. Po lekturze miałam wrażenie, jakbym siedziała w domu Davida i słuchała opowieści całej rodziny. To wyjątkowe dokonanie chłopca jest tu czymś zwykłym, co wydarzyło się jakby przypadkiem, a David normalnym, prostym chłopakiem, który mimochodem ułożył z klocków protezę. 

To pokrzepiająca historia, dla mnie też zupełnie nowa, bo nigdy o Davidzie Aguilarze nie słyszałam. Literacko nie jest to może wybitny tekst, szczególnie w kwestii chronologii, ale nie było to dla mnie wielką przeszkodą i cieszę się, że dzięki tej książce poznałam historię osadzoną w Andorze.

Moja ocena: 4/6

David Aguilar, Ferran Aguilar, Życie z klocków, tł. Monika Skowron, 256 str., Wydawnictwo Agora 2023.


sobota, 17 stycznia 2026

"Cóż to za motorowerek z chromowaną kierownicą tam w głębi podwórza?" Georges Perec


Grupa młodych ludzi spotyka się regularnie w Paryżu, by dyskutować o życiu i świecie. Jeden z nich jest żołnierzem i codziennie zajeżdża swoim motorowerkiem do koszar. Pewnego dnia wraca z problemem –jego podwładny ma zostać zaciągnięty na wojnę do Algierii, na którą wcale, ale to wcale nie chce iść. Należy więc wymyślić sposób, by go przed tym ustrzec. Pomysłów jest wiele, od przejechania tytułowym motorowerkiem począwszy.

Ta skąpa treść nie jest jednak clou tej, niewielkiej zresztą, powieści. Owszem doszukiwałam się tu interpretacji oscylujących wokół bezsensu wojny, pacyfizmu, a także uniwersalności losu owego zaciągniętego żołnierza, ale miałam świadomość, że ta książka jest jeszcze czymś innym. Manifestem sztuki być może? O sztuce dla sztuki, która niczego nie potrafi zmienić? Skąd taki pomysł? Perec stworzył bowiem coś wyjątkowego na płaszczyźnie językowej – to rzecz pełna smaczków, figur stylistycznych, powtórzeń, coś, co czyta się jednym tchem, podziwiając inwencję autora. Powołany do armii żołnierz ma kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt nazwisk, rozpoczynających się od Kara-, każda wersja niesie inne znaczenie lub skojarzenie. Tych ostatnich jest w tej książce zresztą multum, większość zapewne jest dla mnie nie do rozszyfrowania, ale wcale mi to nie przeszkadzało podczas lektury. Potrafię sobie jednak wyobrazić, że ta książka to gratka dla osób znających dobrze literaturę francuską, czy środowisko autora. 

Jestem podatna na takie eksperymenty literackie, więc z podziwiem śledziłam ekwilibrystykę autora, a podczas lektury dobrze się bawiłam.

W Polsce ta książka ukazała się nakładem wydawnictwa Lokator, przekład René Koelblen i Stanisław Waszak.

Moja ocena: 5/6

Georges Perec, Was für ein kleines Moped mit verchromter Lenkstange steht dort im Hof?, tł. Eugen Helmlé, 80 str., Diaphanes Verlag 2014.