piątek, 31 lipca 2026

"Pedro Páramo" Juan Rulfo


 

Juan Preciado wyrusza do niewielkiego miasta Comala, gdzie się urodził, ale opuścił je wraz z matką jako mały chłopiec. Umierającej matce obiecał, że pojedzie tam i odnajdzie ojca Pedra Páramę, by odzyskać to, co mu się należy.
Gdy Juan dociera na miejsce, spotyka tylko duchy i opuszczone domy. Owe duchy szepczą mu historię miasta, gdy rządził nim Pedro Páramo – władca nieustępliwy, gwałtowny i brutalny. Sprytem i podstępem zdobywał bogactwo i cnotę wszystkich kobiet. Uczuciem darzył jednak tylko jedną, przyjaciółkę z dzieciństwa. Zraniona duma, zemsta i żal wydawały się być główną motywacją działań tego lokalnego kacyka. Juan odkrywa prawdę stopniowo, podobnie jak czytelniczka. A nie jest to łatwe odkrywanie.

Juan miota się między duchami, między jawą a snem, między wiarą i zwątpieniem. Czytelniczka natomiast miota się między postaciami, planami czasowymi i wydarzeniami. Zorientowanie się w narracji tej powieści to niełatwa sztuka. Początkowo podeszłam do niej z otwartą głową i śledziłam te różne płaszczyzny narracyjne, ale w pewnym momencie zgubiłam wątek i brnęłam do końca siłą rozpędu. Okolicznością zupełnie nie pomagającą w lekturze jest to, że nie lubię realizmu magicznego. 

Ostatecznie skończyłam lekturę bez poczucia satysfakcji i z zamętem w głowie. Na szczęście miałam możliwość zobaczyć film, który nie tylko nakręcono na motywach tego klasyka literatury meksykańskiej, ale fabularnie utrzymano bardzo blisko oryginału. Dopiero dzięki tej produkcji ułożyłam sobie w głowie całą fabułę i doceniłam powieść Rulfo.

"Pedro Páramo" to jednak kolejne potwierdzenie, że realizm magiczny w żaden sposób nie koresponduje z moją wrażliwością. Kupiłam nawet najnowsze wydanie wielu utworów prozatorskich Rulfo wydane PIW, ale gdy już przebrnęłam przez Pedra, zrezygnowałam z dalszej lektury.

Moja ocena: 3/6

Juan Rulfo, Pedro Páramo, tł. Kalina Wojciechowska, 152 str., Wydawnictwo Znak 2010.

czwartek, 30 lipca 2026

"Dobre i złe" Samanta Schweblin


"Dobre i złe" to zbiór sześciu opowiadań, które można określić jednym prostym słowem – dziwne. Dziwność zresztą to znak rozpoznawczy Argentynki i nie inaczej jest w przypadku tego zbioru.

Tematem przewodnim tych tekstów są relacje międzyludzkie, najczęściej na linii dziecko-rodzic, a Schweblin analizuje takie pojęcia jak poczucie odpowiedzialności, kruchość związków czy zaufanie. Wszystkie te teksty podszyte są poczuciem grozy, zawierają element horroru i wręcz zachęcają do alegorycznego odczytu. Schweblin tworzy całkiem zwyczajne światy – podróż samochodem, wakacje, wspólny posiłek rodziny, zabawa, ale te codzienne sytuacje rozwijają się w zaskakujący sposób, pociągając czytelniczkę w odmęty ludzkiego jestestwa. Wystarczy pomyśleć o matce, która wprawdzie funkcjonuje, ale balansuje na granicy odebrania sobie życia. Jak w tym opowiadaniu główne skrzypce zaczyna grać skórowanie królików, nie wiem. Autorka chętnie wplata takie zaskakujące elementy, które nagle świetnie współgrają z narracją. W pamięć zapada historia chłopca, który traci głos po tym, jak połknął baterię czy innego dziecka, które pragnie stać się koniem. Historia sióstr, które na wakacjach zaczynają opiekować się poetką-alkoholiczką też zakończy się w niespodziewany sposób. 

Schweblin już zawsze będzie się dla mnie łączyć z mrokiem, z czymś nieprzyjemnym jak zgrzyt kredy na tablicy. To te historie z życia, które chowamy gdzieś głęboko i usilnie próbujemy do nich nie wracać, topimy je w podświadomości, udajemy, że wszystko jest ok. Argentynka to wszystko wywleka i pakuje w piękny, wysmakowany język, dając nam prztyczka w nos i każąc myśleć o tym, o czym nie chcemy pamiętać. 

Moja ocena: 5/6

Samanta Schweblin, Dobre i złe, tł. Tomasz Pindel, 176 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

środa, 29 lipca 2026

Stosikowe losowanie – sierpień 2026


 

ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 22 książki) – 17
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 262 książki) – 131
Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 196
McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania  (w stosie 41 książek) – 24
Maniaczytania wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 14 książek) – 9
Katarzyna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 10 książek) – 7
Agnes wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 3


"Dom Drzwi" Tan Twan Eng



Trzecia powieść Tana Twana Enga jest moją pierwszą, ale na jego prozę miałam od dawna chęć. Głównym powodem była oczywiście Malezja, która mnie bardzo ciekawi. Akcja "Domu Drzwi" rozgrywa się na wyspie Penang, na której spędziłam tydzień, więc książka ta była dla mnie sentymentalnym powrotem w to miejsce. Autor prowadzi narrację w trzech okresach czasowych – w latach 1947, 1921 i 1910. Te dwa ostatnie odgrywają tu najważniejszą rolę. W 1921 roku wyspę odwiedza angielski pisarz William Somerset Maugham i zatrzymuje się w domu Lesley Hamlyn i jej męża Roberta. Pisarz podróżuje po Azji ze swoim sekretarzem i kochankiem Geraldem, a pobyt u przyjaciela z młodości ma mu pomóc w rekonwalescencji po wypadku podczas pobytu w Sarawaku. 

William jest bardzo zainteresowany kontaktami Lesley z chińskim rewolucjonistą Sun Wenem, który odwiedził Penang, więc kobieta wraca do wydarzeń z roku 1910 i wieczorami opowiada swoje przeżycia – relacjonuje swój romans, pomoc Chińczykom, a także słynny proces jej przyjaciółki Ethel, która była pierwszą białą kobietą sądzoną w Kuala Lumpur za morderstwo. 

Tan Twan Eng snuje historię Lesley, która jest głęboko osadzona w ówczesnych realiach, do tego autor wplata w nią wydarzenia historyczne – proces Ethel, agitację chińskiego rewolucjonisty, podróże Maughama, kolonialny koloryt. Malajowi udaje się pokazać ówczesne stosunki społeczne – liczne grupy zasiedlające Penang i Malezję począwszy od potomków angielskich kolonizatorów, po przybyszów z Chin, Indii i innych krajów. Ten tygiel widać w strojach, językach, kuchni, a Lesley, mimo że jest białą uprzywilejowaną kobietą, jako że urodziła się na Penangu, łączy wiele z tych kultur w swoim życiu. 
Autor porusza także kwestie roli kobiet, Lesley ma stanowcze przekonania na ten temat i w rozmowach często wytyka mężczyznom brak równego traktowania. Sama stara się, na ile to możliwe, decydować za siebie. I wreszcie sporym blokiem tematycznym jest tu homoseksualizm, nie tylko ten skrywany. Eng dobrze szkicuje dylemat Maughama, który przecież pozostawił w Londynie żonę i córkę. Maugham zmaga się też z problemami finansowymi, ale i z procesem twórczym. I tu Engowi udało się dobrze naszkicować te rozterki.

"Dom Drzwi" to nie tylko ciekawa historia, wprawdzie z komponentem romansowym, któremu jednak daleko do harlequinowskiego, ale autor dodatkowo operuje przepięknym językiem. Jego opisy są metaforyczne, barwne, ale zdecydowanie nie nudne i nie kiczowate. Czuć tu zapachy i atmosferę Penangu, słychać ptaki i szum drzew, wszędobylska wilgoć unosi się z kart, a atmosfera Georgetown jest wręcz namacalna. Choć ton tej powieści niespieszny, to jednak połyka się ją błyskawicznie. Nie wiem, jak Tan Twan Eng to robi, ale podziwiam go za to. 

"Dom Drzwi" to powieść z gatunku tych, które się czyta jednym tchem, ale nie są płytką opowiastką. Ta książka łączy w sobie to, czego szukam w literaturze – potoczystość i wielki ładunek poznawczy. 

Jestem wdzięczna autorowi i tłumaczce za to, że zabrali mnie z powrotem na Penang, za wplecenie tylu faktów historycznych i liczne zwroty w hokkien i w malajskim, że potrafili wyczarować klimat wyspy. 

Moja ocena: 5/6

Tan Twang Eng, Dom Drzwi, tł. Agata Ostrowska, 416 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

wtorek, 28 lipca 2026

"Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła


 

Książek o umieraniu i śmierci rodzica powstało już sporo. Trend ten zapoczątkował bodajże Tadeusz Różewicz tomem "Matka odchodzi". Do dziś pamiętam tę lekturę. Potem sięgałam jeszcze po wiele książek, w których autor czy autorka rozprawia się ze śmiercią rodzica. To nigdy nie będzie temat oklepany, bo to wydarzenie trudne niemal dla każdej osoby i trudno odmawiać innym potrzeby literackiego opracowania własnych przeżyć. Mając jednak w pamięci tyle różnych utworów tematyzujących ten sam proces, nie spodziewałam się, że Pakuła pokaże mi coś innego. Jego książka była dla mnie jednak wielkim zaskoczeniem, przede wszystkim formalnym.

Ojciec autora choruje na raka trzustki, więc szanse wyleczenia są minimalne. Pakuła opisuje więc jego kilkumiesięczny proces chorowania i umierania. Czyni to bardzo dosadnie, bez ogródek, skupiając się przede wszystkim na własnych odczuciach, wśród których dominuje złość, żeby nie użyć bardziej ostrego określenia. Złość na system, na lekarzy, na oddziały paliatywne, na kościół, na niemoc. To sytuacja, gdy człowiek nie ma najmniejszej szansy uleczenia, ale też nie może otrzymać pomocy, by skrócić męczarnie i oczekiwanie na śmierć. Ten temat pewnie każdemu z nas choć raz przemknął przez głowę, ale walka o prawo do eutanazji raczkuje, bo przecież sami zainteresowani w końcu umierają, a rodzina wyczerpana obserwowaniem tego procesu zapewne nie ma już na nią sił.

Pakuła jest reżyserem, więc sporo tu jego pracy, w treść wkomponował nawet sztukę, którą w tamtym okresie pisał. Sporo także rodzinnych opowieści, cudowny wywiad z babcią, która jako dziecko była z rodzicami na robotach w Niemczech – w audiobooku wspaniały! Czasami miałam poczucie, że wchodzę z butami w życie autora, ale skoro zdecydował się ze mną podzielić tymi historiami, to z radością ich wysłuchałam. 

Wspaniała książka, poruszająca, zostanie ze mną na zawsze.

Moja ocena: 6/6

Mateusz Pakuła, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, 280 str., Wydawnictwo Nisza/Agora 2025.




poniedziałek, 27 lipca 2026

"Duch w szpitalu" Róża Hajkuś


Prowincjonalny szpital ze wszystkimi bolączkami – długie dyżury, brak funduszy, mniej lub bardziej zaangażowany personal, codzienne tragedie i sukcesy. I duch. Na pediatrii. Ducha widzi tylko jedno dziecko i to ono podczas rozmowy opowiada mu o pewnej psocie, która zainspiruje go do działania. Straszenie mu przecież nie ma szans wyjść, skoro ból, rozpacz i śmierć są o wiele gorsze. Duch zatrzaskuje więc na 24 godziny drzwi, wszystkie drzwi prowadzące na pediatrię. Tym sposobem więzi przemęczoną młodą lekarkę, która już od wielu godzin jest na dyżurze i boryka się z wypaleniem, dwie pielęgniarki – starszą, która już tylko czeka na emeryturę i młodszą, która nie może zajść w ciążę. Grupę rodziców, w tym samotnego ojca, kontrolowanego przez wiecznie niezadowoloną teściową, nadopiekuńczą matkę kontrolowaną dla odmiany przez męża oraz dwóch starszych panów, którzy przypadkowo zabłąkali się w okolice pediatrii z interny. Jeden z nich to typowy mizogin z hasłami wujasa z wesela, a drugi skromny i cichy wdowiec. Na zewnątrz zostaje ordynatorka pediatrii, której pomaga szef chirurgii oraz przyjaciel Laury, niemal dorosłej, która ze względy na liczne schorzenia autoimmunologiczne znów wylądowała na oddziale. Wszystkie te osoby nawet nie wiedzą, ile je łączy.

Gdy ludzie zostają przymusowo zamknięci muszą sobie radzić, a najlepszą strategią jest wtedy solidarność. I o niej pisze Róża Hajkuś. Osoby, które są w szpitalu, zazwyczaj mają trudne przejścia za sobą. Są tu doświadczenia śmierci, przemocy domowej, ciężkich chorób w dość sporej ilości, są problemy wychowawcze, jest próba odebrania sobie życia, jest wreszcie dorastanie ze wszystkimi bolączkami i wyżej wspomniana trudna do spełnienia chęć posiadania własnego potomstwa. Miałam kiedyś tendencję myśleć, że duże nagromadzenie tragedii jest nierealistyczne. Hajkuś ma jednak rację – tak w życiu niestety jest, a i miejsce akcji sprzyja niezbyt szczęśliwym wydarzeniom. Mimo postaci ducha, to powieść na wskroś realistyczna, która pokazuje zwykłych ludzi ze zwykłymi bolączkami oraz wszystkie wady systemu ochrony zdrowia. Lekarki i lekarze to zwykli ludzie, ze swoimi problemami, ogromnym zmęczeniem i błędami, niemocą i rozpaczą. Autorka snuje tu wiele wątków, bo każda z postaci dostaje swoją historię, ale udaje się jej wszystkie umiejętnie spleść. 

Hajkuś sama jest lekarką i to widać w opisie realiów pracy lekarskiej, funkcjonowania szpitala, ale także w przedstawieniu rozterek i problemów lekarzy. Sporą rolę odgrywa tu wspomniane wyżej zmęczenie z powodu wielogodzinnych dyżurów, obciążenie psychiczne, lęk przed popełnieniem błędu, brak spokoju, by dobrze wykonać swoje obowiązki, i warunki pracy w szpitalu w ogóle. Takie nakreślenie tych problemów mogło wyjść tylko spod pióra lekarki.

Mimo tak wielkiego nagromadzenia dość traumatycznych tematów to bardzo ciepła i pełna humoru powieść. Hajkuś przedstawia świat marzeń – taki, w którym wprawdzie są problemy, ale ludzie się wspierają i jednoczą. Gdzie istnieje przyjaźń i miłość. Znając autorkę z instagrama, spodziewałam się takiego tonu powieści i faktycznie widzę w tym stylu Różę z jej wirtualnym sposobem bycia. Co mnie zaskoczyło, to język. Są i przekleństwa i mizoginiczne hasła, jest wzajemne odszczekiwanie – i bynajmniej mnie to nie drażni, odbieram to bardzo na plus, bo przełamuje słodkość przekazu.

"Duch w szpitalu" to zdecydowanie nie jest rodzaj literatury, po który sięgam sama z siebie. Wybrałam ten audiobook tylko i wyłącznie ze względu na bardzo sympatyczną (na ile to mogę ocenić w Internecie) autorkę i w zasadzie się nie zawiodłam. Nie będzie to może powieść, która zostanie ze mną na długo, ale przypomniała mi ona czasy, gdy pochłaniałam książki dla samej radości czytania.

Moja ocena: 4,5/6

Róża Hajkuś, Duch w szpitalu, 432 str., Wydawnictwo SQN 2026.

sobota, 25 lipca 2026

"Ritual. Power, Healing and Community" Malidoma Patrice Somé


Malidoma Patrice Somé urodził się w wiosce zamieszkanej przez lud Dagora, jednak jako czterolatek został wysłany do szkoły jezuickiej czy też porwany przez misjonarzy – natknęłam się na dwie wersje. Dopiero jako młody mężczyzna wrócił do rodzinnej wioski i przeszedł rytuał męskości oraz pobierał nauki u dziadka, który był jednym ze starszyzny w tej społeczności. Somé dobrze poznał oba światy – zachodni i afrykański. Nie tylko jako uczeń, ale i jako student a potem profesor we Francji czy USA. Jego książka to opowieść o roli rytuałów i analiza porównawcza społeczeństw.

Somé powołuje się na swoje wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa, opisuje życie Dagora, ich zwyczaje, domostwa, świat duchowy i tytułowe rytuały. Równocześnie snuje paralele do świata zachodniego, w którym rytuały zatraciły na ważności, szczególnie w kwestii zmarłych. Autor poświęca sporo miejsca kwestii żegnania zmarłych i wpływu żałoby na bliskich. Sporo tu duchowości i kwestii ze świata nadprzyrodzonego, ale Somé unika tu odpływania w ezoterykę. Jego osądy są poparte wieloletnią wiedzą ludu, konkretnymi przykładami i porównaniami. Piszę osądy, ale autor nikogo nie osądza, pozostaje wyrozumiały i bezstronny. 

Mimo że ta książka została napisana w latach 90. XX wieku, to wciąż może rezonować z czytelniczką. To polemika z kapitalizmem, pośpiechem i utratą tożsamości, ale i wspaniały wstęp do poznania życia w Burkinie Faso. Somé pisze w sposób wyważony, ciekawy, a osobisty wymiar opowieści jest zdecydowanie czynnikiem wzbogacającym tę książkę.

Moja ocena: 4/6

Malidoma Patrice Somé, Ritual. Power, Healing and Community, 103 str., Penguin Books 1997.

piątek, 24 lipca 2026

"Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony" Agnieszka Kamińska


Szwajcarię w miarę znam, czytałam też inne książki o tym kraju i z tego kraju, ale Agnieszce Kamińskiej udało sie pokazać mi jeszcze inne helweckie oblicze oraz dorzucić kilka ciekawostek. 

Autorka w tej książce nie skupia się na faktograficznym przybliżeniu swojego kraju emigracji, ani nie opisuje przewodnikowych kwestii, lecz kusi się na reportażowe podejście. W tym celu przeprowadziła wiele rozmów, przeczytała mnóstwo książek, przeanalizowała liczne źródła, a w efekcie prezentuje czytelniczce ciekawe teksty, w których szuka istoty szwajcarskiej mentalności oraz analizuje fenomen kraju, który osadził swoją państwowość na dość kruchym fundamencie składającym się z czterech języków, różnych kultur, dwudziestu sześciu kantonów oraz demokracji bezpośredniej. Dzięki Kamińskiej lepiej zrozumiałam, jak funkcjonują referenda i jak podchodzą do nim sami Szwajcarzy. Do znanych mi już umownych granic dzielących ten kraj autorka dokłada tło – wyjaśnia jak funkcjonują mieszkańcy w tej mieszance języków, ale i wskazuje na różne podejścia do życia i pracy, naświetla też funkcjonowanie rotacyjnych urzędów prezydenta czy rządu. 

Ta książka jest bardzo daleka od wikipediowych wyliczeń, bo Kamińska tworzy opowieści, w której fakty przeplatają się z jej doświadczeniami oraz informacjami podawanymi przez jej rozmówczynie i rozmówców. Mimo że Kamińska skupia się na przedstawieniu współczesnego kraju, czyni liczne wycieczki wstecz, opisuje zwyczaje i nie boi się bardziej problematycznych stron szwajcarskiej rzeczywistości. Jest więc tu co nieco o narkotykach, prawach kobiet, o urlopie ojcowskim czy emigrantach. 

Co ważne, nie jest to książka ani całkowicie krytyczna, ani gloryfikująca Szwajcarię. Kamińska polubiła swój kraj, ale jest to miłość dojrzała, która pozwala jej akceptować Helwecję z jej wadami i doceniać liczne zalety. Książkę Kamińskiej czyta się świetnie, autorka dobrze operuje piórem, jej styl jest potoczysty, wartki, a całości dopełniają świetne fotografie Agnieszki Król.

Moja ocena: 5/6

Agnieszka Kamińska, Szwajcaria. Podróż przez kraj wyśniony, 320 str., Wydawnictwo Poznańskie 2021.

czwartek, 23 lipca 2026

"A Golden Age" Tahmima Anam


 

Szukając książki z Bangladeszu, trafiłam na tę pozycję. Autorka urodziła się w Bangladeszu, ale wychowała już poza krajem, jednak sama powieść jest osadzona w tym kraju i opisuje wojnę niepodległościową z Pakistanem w 1971. Po wyborach, Pakistan nie uznał nowej władzy i zaatakował swoje wschodnie rubieże, podczas gdy Indie wspierały bengalskie trendy niepodległościowe. Efektem tego konfliktu była niemal roczna wojna, podczas której zginęło około trzech milionów Bengalczyków. Wiedza o tym ludobójstwie nie jest powszechna, więc miałam nadzieję dowiedzieć się więcej z tej powieści.

Centralną postacią jest Rehana Haque, urodzona w Kalkucie wdowa, która zamieszkała w Dhace wraz z mężem. Po nagłej śmierci męża traci dwójkę dzieci, która zabiera jej brat do Lahore. Dla Rehany są jedynym, co ma i kobieta walczy na wszystkie sposoby, by je odzyskać, co faktycznie jej się udaje. Gdy podrastają oboje angażują się w ruchy niepodległościowe. Rehana nie jest zwolenniczką takich działań, ale solidarnie wspiera dzieci i stopniowo coraz bardziej angażuje się w ruch oporu. 

Anam opisuje tu przeróżne działania – od bojówek po najprostszą pomoc, jakiej mogli udzielać zwykli ludzie, czyli zbiórka jedzenia, ubrań, wsparcie w obozach dla uchodźców. Na pierwszym tle jest jednak osobista historia Rehany, która właściwie Bengalką nie jest, mimo to wspiera wojnę i niepodległość nowego państwa. Autorka zahacza tu o różnice narodowościowe, językowe i religijne wśród mieszkańców tego regionu. Przyznam jednak, że oczekiwałam więcej tła polityczno-historycznego. Anam praktycznie pominęła aspekt ludobójstwa. Owszem są tu więzienia, tortury, śmierć, ale nie wybrzmiewa tu masowość tego procederu. Mamy natomiast dużo kolorytu lokalnego – potrawy, stroje, meble, rośliny, co było dla mnie bardzo interesujące. 
Tahmima Anam napisała kolejne dwa tomy tego cyklu, więc być może po nie sięgnę, przede wszystkim, by lepiej poznać historię Bangladeszu.

Sama powieść jest napisana potoczyście, ciekawie, a przeczytana przez lektorkę z lokalnym akcentem, co dodało jej wiele uroku. 

Moja ocena: 4/6

Tahmima Anam, A Golden Age, 276 str., John Murray 2007.

wtorek, 21 lipca 2026

"Café Macondo. Reportaże z Kolumbii" Maciej Wesołowski


Moja wiedza o Kolumbii wykracza może nieco ponad przeciętną, ale na pewno nie miała głębokich fundamentów. Wesołowski w dwudziestu rozdziałach tłumaczy głównie najnowszą historię tego kraju, skupiając się na bojówkach i wieloletniej wojnie domowej i dokładając sporą cegiełkę do tego, co już wiedziałam. Jego teksty bazują na rozmowach z przedstawicielami i przedstawicielkami różnych stron – są członkowie FARC, byli członkowie, żołnierze armii, bliscy z obu stron, osoby zwerbowane jako dzieci, ofiary i wiele innych. Widać, że celem autora jest pokazanie wielu stron i poznanie przyczyn decyzji podjęcia walki po danej stronie. I jak to w przypadku każdego konfliktu bywa, tych przyczyn jest wiele i warto je zrozumieć. Wesołowskiemu faktycznie udaje się ukazanie tego zagmatwanego kalejdoskopu przyczyn i uwarunkowań kulturowych, edukacyjnych, społecznych i klasowych.

Równocześnie Wesołowski przekazuje wiele kolumbijskiego kolorytu, opisując Bogotę i Medellin, ale i inne mniejsze miasta. Zabiera na Karaiby i w góry, przemyca informacje o klimacie i rdzennych mieszkańcach, ale nie jest to opowieść o państwie, ale skupienie na tej najmniej chwalebnej części historii. Dla mnie była to niezmiernie ciekawa lektura, bo wiele z opisanych miejsc odwiedziłam, więc do opisywanych faktów automatycznie dodawałam obrazy. Autor operuje przystępnym językiem, jego styl jest potoczysty, więc dobrze się ten reportaż czyta, choć niekoniecznie tak dobrze słucha, lektor miał wyraźnie problemy z językiem hiszpańskim. 

Moja ocena: 5/6

Maciej Wesołowski, Café Macondo. Reportaże z Kolumbii, 352 str., Wydawnictwo Agora 2019.

niedziela, 19 lipca 2026

"Obywatelka" Claudia Rankine


O rasizmie przeczytałam wszystko, No dobrze, nie wszystko, ale bardzo dużo. W różnych utworach, z różnym podejściem, różnych autorów z różnych okresów. Trudno mi było sobie wyobrazić, że można pokazać tu coś nowego, innego, ale Claudia Rankine mi pokazała, że mało wiem.

To amerykańska pisarka i poetka urodzona na Jamajce, która pokazuje, że obywatelka może być drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Rankine powołuje się tu na drobnostki dnia codziennego z własnego doświadczenia, ale i na niezauważalne dla białych oczu doświadczenia znanych osób takich jak Serena Williams czy Zinédine Zidane, oddaje głos ofiarom prześladowań ze względu na kolor skóry, tym żywym i zamordowanym. Jej książka to wcale nie barwny, a czarno-biały kalejdoskop mikroagresji, zdań wypowiedzianych mimochodem, bezrefleksyjnych reakcji, które są produktem wychowania, wszechobecnych schematów. I nawet jeśli te zachowania nie są podszyte rasizmem, to towarzyszy im myśl o poprawności, autorefleksja, krótkie zawahanie, by przypadkiem nie wpaść w rasistowski wzorzec.

Największą siłą i zaskoczeniem w tej książce jest jednak jej kompozycja. Rankine stworzyła patchwork wielu stylów i gatunków literackich. W krótkich akapitach balansuje między esejem, autofikcją, poezją, narracją powieściową, artykułem? I pewnie czymś jeszcze, bo "Obywatelkę" można czytać na wiele sposobów, na wyrywki, wracać do niej. Dla mnie to świetny wstęp do poezji, której nie umiem ani czytać, ani recenzować, w tej książce jednak odnalazłam się bez problemu. Świetna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Claudia Rankine, Obywatelka, tł. Joanna Makowska, 176 str., Wydawnictwo Karakter 2025.

sobota, 18 lipca 2026

"Facing the Sun" Janice Lynn Mather


Cztery nastolatki mieszkają przy tej samej ulicy na jednej z wysp Bahamów. Ich plaża – miejsce spotkań i zabaw, integralna część życia tej małej społeczności – zostaje zamknięta. Okazuje się, że obszar przy plaży został sprzedany i nowy właściciel chce na nim postawić hotel. Dziewczyny są załamane – tracą przecież część swojej przestrzeni oraz centralne miejsce wspólnoty, czyli kościół. Ojciec Eve – jednej z nich – prowadzi aktywną parafię, a kościół stanowi ważne miejsce spotkań. Keekee mieszka tuż obok wraz z matką i bratem – dziewczyna pomaga w prowadzeniu domowej pralni oraz wraz z matką rozdaje kobietom w potrzebie podpaski własnej produkcji, ale i antykoncepcję. To jej brat zostanie porwany przez nieznanych sprawców po zamknięciu plaży. Wszyscy podejrzewają udział dewelopera, bo Toons głośno sprzeciwił się zakazowi wstępu nad morze. Faith jest tancerką, jak jej siostra i matka. I potajemnie podkochuje się w Toonsie. Jej matka cierpi na chorobę psychiczną, co bardzo obciąża dziewczynę, która czuję się za nią odpowiedzialna. I wreszcie Nia, sąsiadka Keekee, która boryka się z nadopiekuńczą matką. Dziewczyna marzy o wyjeździe na kreatywny osób dla dziewcząt. Niestety matka absolutnie nie chcę zgodzić, a i sama Nia nie wierzy, że ma jakikolwiek talent, który by mogła zaprezentować w liście motywacyjnym. 

Mather prowadzi narrację z perspektywy tych czterech nastolatek, przedstawiając wydarzenia z różnych punktów widzenia, ale też interakcje między nimi. W grę wchodzi tu zazdrość, niezrozumienie, smutek, dojrzewanie. Co ważne autorka naświetla też wszystkie aspekty budowy hotelu, opisując niezaprzeczalne wady tego projektu, ale i zalety, których dziewczyny na początku nie widzą. Autorka próbuje pokazać jak najpełniejszy obraz zmian, które dotkną społeczność: utratę kościoła, sklepiku, zacisznego miejsca, ale także możliwość uzyskania nowych miejsc pracy, rozwoju, dostępności. Choć jest to głównym kompleksem tematycznym tej powieści, to Mather poświęca też sporo miejsca dojrzewaniu, seksualności i jej konsekwencji, chorobom fizycznym i psychicznym, różnym metodom wychowawczym. Tłem tej historii są Bahamy – bardzo obecne w kuchni, języku, zwyczajach, miejscowościach, klimacie i krajobrazie. Gdy sięgam po powieści z krajów mi nieznanych, tego właśnie w nich szukam – lokalnego kolorytu. 

Facing the Sun bywa klasyfikowana jako YA, ale dobrze się czyta w każdym wieku i pozwala poznać Bahamy.

Moja ocena: 4,5/6

Janice Lynn Mather, Facing the Sun, 416 str., Simon Schuster Books 2020.

piątek, 17 lipca 2026

"Książka o przyjaźni" Maciej Marcisz


 

Wiele lat temu przyjaźń była dla mnie jedną z najważniejszych komponent mojego życia, z wiekiem ten obszar aktywności socjalnej zanika, wyparty przez życie codzienne, rodzinę, związki, dzieci i co tam jeszcze. Nie inaczej jest u bohaterów Marcisza, który w swojej książce skupia się na samej istocie przyjaźni, przedstawiając ją na przykładzie trójki osób. Michał, Kasia i Dorota poznają się w liceum, ich przyjaźń przechodzi różne etapy, a w momencie rozpoczęcia narracji jest na etapie upadku. 

Marcisz relacjonuje naprzemiennie życie trójki bohaterów, portretując typowe bolączki i historie pokolenia milenialsów. Podobnie jak w swojej pierwszej książce uwodzi zmysłem obserwacji i zdolnością ujęcia w słowa typowych rozmów, zachowań, sytuacji. Trzy główne postaci pochodzą z różnych domów, mają różne doświadczenia i ambicje, ale łączy ich to, że stoją za sobą murem i są dla siebie wsparciem. Marcisz wplata tu wątki LGBT, ale i kwestię potrzeby pisania, możliwości przebicia się na rynku wydawniczym i całego świata artystycznego. Niestety wiele z opisanych scen, interakcji między bohaterami jest dziwna – żeby nie powiedzieć wywołująca u mnie poczucie żenady. Wiem, że w wieku nastoletnim i studenckim robiło się wiele rzeczy, które można by opisać jeszcze mniej przyjemnymi epitetami, ale tu nagromadzenie krindżowych scen wybija w kosmos. 

Jako że ta książka nie jest o przyjaciołach, lecz o samej przyjaźni jako konstrukcie społecznym, historie trójki bohaterów gdzieś umykają. Nie pomaga tu też nagromadzenie owych wątpliwych scen. Michał, Kasia i Dorota są wprawdzie bohaterami, ale ich kreacje nie służą w zasadzie niczemu, ani nie zmierzają do żadnego punktu zwrotnego. Taka konstrukcja powieści ujmuje jej dynamiki i nie skłania do głębszych przemyśleń. Marcisz nie zachowuje żadnego aspektu w strefie domysłów, prezentuje wszystko wprost, a co za tym idzie z treści nie pozostało w mojej pamięci niemal nic. Ale okładka książki świetna.


Moja ocena: 2/6

Maciej Marcisz, Książka o przyjaźni, 304 str., Wydawnictwo W.A.B. 2021.

środa, 15 lipca 2026

"Mistrz gry" Joanna Lampka


 

Trzeci tom tej tetralogii przeczytałam cztery lata temu. Nie należy tak robić, bo oczywiście zbyt wiele ulatuje z pamięci, zacierają się szczegóły, ale też przepada przywiązanie do bohaterów. Początkowe rozdziały tej książki były więc dla mnie wchodzeniem w jej rytm i przypominaniem sobie intrygi. Lampka potrafi przykuć uwagę czytelniczki od pierwszych stron, więc ten problem okazał się być mniejszy, niż początkowo sądziłam.

Ów czwarty tom z założenia ma rozwiązać wszystkie wątki i dylemat głównej bohaterki, co autorka faktycznie czyni. Jako że nie jest to książka, po którą sięgnie ktoś, kto nie czytał poprzednich trzech części, nie widzę sensu pisania zbyt wiele o treści. Autorka spełnia tu swoje zadanie – Aline musi wybrać między mężczyznami, ale i światami. Musi znaleźć swoje miejsce w skomplikowanej polityce, musi dać synowi ojca i wreszcie skompletować wszystkie gwiazdy. Lampka tu nie zawiedzie, a i dołoży wiele aktualnych dla naszej planety wątków. Stworzony przez nią świat będzie musiał znaleźć sposób na katastrofę ekologiczną, będzie musiał odrodzić się po wojnach i wybuchu nuklearnym, a przede wszystkim mieć mądrych władców, którzy zrozumieją, że współpraca a nie wojna są kluczem do sukcesu. Lampka stawia swoich bohaterów w trudnych sytuacjach, muszą decydować o przyszłości ludzkości, wybierać mniejsze zło, rezygnować z własnego szczęścia. Te dylematy moralne nie są proste – niektóre trudne do zniesienia, a ich wyjaśnienie gorzkie.

Sama Aline pozostaje taka sama – waha się między dwoma mężczyznami, prowadzi grę na dwa fronty i faktycznie musi podjąć decyzję, bo nawet księżniczka nie może tak żyć. Lampka konsekwentnie prowadzi tę postać, zagmatwaną między trudnymi decyzjami, nieco naiwną, czasami infantylną, ale odważną i waleczną. Wszystkie dorosłe kreacje tego cyklu są zresztą udane i spójne. Najmniej przekonuje postać syna Aline, który w tej powieści jako dwulatek zachowuje się i posiada umiejętności przynajmniej pięciolatka. Nigdzie nie pada stwierdzenie, że jest cudownym dzieckiem, często natomiast wspominane jest jego rozbrykanie i wiek, więc przypisywanie mu tak zaawansowanych umiejętności motorycznych jak i językowych jest zdecydowanie nietrafione i u mnie nie trafiło na podatny grunt.

Doceniam bardzo wykreowany przez Lampkę świat i umiejętność rozplanowania intrygi i problemów na na cztery tomy. Widać tu przemyślane zabiegi, dalekosiężne rozłożenie akcji, ogromną fantazję autorki, ale i lekkie, potoczyste pióro. Gdyby redakcji udało się wyeliminować nieliczne językowe lapsusy byłoby niemal idealnie. 

Moja ocena: 4,5/6

Joanna Lampka, Mistrz gry, 448 str., BookEdit 2023.

piątek, 10 lipca 2026

"Dewocje" Anna Ciarkowska

 


Bezimienna narratorka opowiada, a właściwie spowiada się ze swojego życia. Wraca pamięcią do lat dziecięcych i relacjonuje swoje dorastanie na wsi. To świat, któremu rytm nadaje pogoda i kościół. To proste zasady – wiadomo kiedy siać, kiedy zbierać plony, kiedy wychodzić za mąż, kiedy rodzić dzieci. Znane są reguły – dziewczynki długa spódnica, dziewictwo do ślubu, spowiedź regularnie itd. Jasne też jest, o czym się nie rozmawia: o ciele, miesiączce, popędzie. I oczywistym jest, co się czuje: wstyd, zażenowanie, pokorę, uległość. Świat niby przerysowany, ale jednak prawdziwy. Wiem, że każda z nas choć raz w życiu usłyszała któryś z padających w książce nakazów. Narratorka opowiada ten świat, z perspektywy dziecka, które się dziwi, pyta, nie dostaje odpowiedzi i się modli. Tak bardzo, że jej modlitwa nabiera nieoczekiwanych mocy. 

Ciarkowska podobnie jak w swojej debiutanckiej powieści "Pestki" fantastycznie wypunktowuje te wszystkie podszyte katolickością zasady, które ograniczają kobiety i narzucają jedyny słuszny światopogląd. Autorka jednak nikogo i niczego nie ocenia, przedstawia świat bez zbędnych komentarzy. Czyni to przepięknym językiem – bardzo literackim, barwnym, obrazowym, metaforycznym. 

Mimo to wszystkich niezaprzeczalnych zalet ta książka ujęła mnie dużo mniej niż "Pestki". Początkowo trudno mi było wejść w tę narrację, nie pomagała też lektorka, która czyta w sposób, powiedzmy, uduchowiony, a na pewno przesadzony. Dopiero gdy przyzwyczaiłam się do jej maniery, ale i zrozumiałam koncepcję autorki, zaczęłam doceniać tę powieść, a przede wszystkim jej język i celność obserwacji. 

Moja ocena: 4/6

Anna Ciarkowska, Dewocje, 186 str., Wydawnictwo W.A.B. 2021.

poniedziałek, 6 lipca 2026

"DJ Bambi" Auður Ava Ólafsdóttir


 

Bambi, Logn, a może V? Sześćdziesięciojednoletnia bohaterka wie jedno, na pewno kobieta. Choć urodziła się jako chłopiec, i to bliźniak. Jej droga do odnalezienia siebie była bardzo długa, a teraz w dojrzałym wieku czeka na operację, od sześciu lat. Bo na Islandii wprawdzie imię i płeć może zmienić w urzędzie bez problemu, ale chirurg przyjeżdża tylko raz na rok i operuje dwie osoby. Logn mieszka sama i balansuje między nadzieją na poczucie się w swoim ciele jak we własnej skórze a myślami o zakończeniu swojego życia. 

Islandka pokazuje kobietę w wieku, gdy już nie wzbudza zainteresowania, do tego trans-kobietę, której doskwiera brak akceptacji w dalszej i bliższej rodzinie. Do tego dochodzą liczne rozterki – czy w tym wieku tranzycja ma sens? Czy mogła zrobić coś inaczej? Jak ułożyć sobie stosunki z byłą żoną i synem? I dlaczego akceptacja przychodzi z najmniej oczekiwanej strony?

Najważniejszym tematem jest tu jednak wolność – Logn pragnie poczuć się wolna we własnej skórze, w zgodzie ze sobą i swoim ja. Poczucie wolności daje jej niewielki balkon, na którym czuje wiatr i przestrzeń. Poczucie wolności to obserwacja przeszkadzającym innym mew, to spacery nad morzem, powietrze, horyzont. Poczucie wolności to wreszcie tymczasowe imię – Logn – które oznacza bezwietrzny moment spokoju, po burzy. 

Język Ólafsdóttir jest oszczędny, pozostawia wiele przestrzeni dla myśli i sięga poza horyzont. Brak tu metafor, egzaltacji i porównań, bo nie ma takiej potrzeby, to wszystko pozostaje po stronie czytelniczki, wywołane kilkoma celnymi słowami. Bardzo doceniam, że Islandka wybrała na bohaterkę swojej powieści kobietę trans, do tego po sześćdziesiątce i oddała jej głos. Już z tego powodu warto.

Moja ocena: 5/6

Auður Ava Ólafsdóttir, DJ Bambi, tł. Jacek Godek, 196 str., Wydawnictwo Poznańskie 2025.

niedziela, 5 lipca 2026

"Nana" Émile Zola


 

Dziewiąty tom cyklu Rougon-Macquart jest oprócz "Germinalu" chyba najsłynniejszy. Tytułowa Nana to córka Gervaise Macquart, której życie poznać można w siódmym, jak dotąd moim ulubionym, tomie.  W tej powieści Zola opisuje także narodziny Anny, zwanej Naną oraz pierwsza lata jej życia. W tomie dziewiątym to pewna swoich wdzięków nastolatka, która robi zawrotną karierę jako prostytutka i aktorka. Jej występy w variété, podczas których nie szczędzi swoich wdzięków, dodają jej popularności, a znudzeni swoimi żonami arystokraci zaczynają walczyć o wdzięki ponętnej dziewczyny z plebsu. 

W tym tomie Zola ponownie wspaniale opisuje klasowość Paryża – aspiracje Nany i jej koleżanek do wyższego stanu oraz pogardliwe traktowanie kobiet przez arystokratów. Mężczyźni jednak chętnie korzystają z uch wdzięków, a kobiety próbują się z nimi układać. Niejeden z zakochanych delikwentów całkowicie traci głowę i fortunę, a nawet życie, by zaskarbić sobie wyłączną łaskę Nany. Ona znów bardzo dobrze potrafi manipulować tych mężczyznami, wyciągając od nich fortuny. Sama jednak przeżywa wcześniej rozczarowanie miłością, złe traktowanie, bicie i poniżanie przez wybranka powoduje u niej utratę ostatnich przejawów niewinności i szczerości. Wydaje się, że Nana nie robi sobie nic ani z bogactwa, ani z uczuć, rozkoszuje się miłością cielesną, podejmuje nierozważne decyzje, powoli, ale systematycznie pracując na swój upadek.

Zola odmalowuje wspaniały portret najgorszych ludzkich pokus, zawiści, zaślepienia, chciwości na tle ówczesnych wydarzeń politycznych i Paryża. Francuz pokazuje, jak pociąg fizyczny każe tracić mężczyznom głowę, rozsądek i bogactwo. Wskazuje na zgniliznę i marazm, nudę, która skłania arystokrację do nierozsądnych decyzji i eksperymentów.

Mimo że "Nana" to najsłynniejsza powieść tego cyklu moją ulubioną nie będzie, choć to faktycznie niezwykle udany portret i miasta, i ludzi. Mnie jednak początkowo myliły się liczne postaci mężczyzn, arystokratów i męczyły opisy plotek i zawiści. Dopiero druga część powieści wciągnęła mnie dużo bardziej, a Zola mistrzowsko powiązał losy Nany z losami cesarstwa.

Moja ocena: 4/6

Émile Zola Nana, tł. Armin Schwarz, 418 str., Die Gehörgäng 2026.

piątek, 3 lipca 2026

"Wady snu" Radka Denemarková


 

Sylvia Plath i Virginia Woolf wylądowały w jednym pokoju. W zaświatach. Sytuacja tak kuriozalna, że same pisarki nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Spędzają więc dnie na spełnianiu swoich życiowych ról. Virginia jest paniusią, która daje się obsługiwać i ciągle rozprawia o roli pisarstwa, o świecie stworzonym w jej głowie, o literaturze. Sylvia tymczasem obsługuje koleżankę po piórze, gotuje, podstawia, czesze, podaje i ciągle się martwi, co przyszykować, co zrobić i kiedy znaleźć czas na pisanie. Dialogi tych dwóch pisarek skrzą się od ironii i błyskotliwości, ale i bardzo głęboko osadzone są w ich literaturze i życiach. Nie dziw zresztą, skoro przygotowywane potrawy bazują na kartkach z ich utworów. Kobiety mogą czytać tylko własne powieści i żywią się nimi duchowo i fizycznie. Tkwią w momentum przed śmiercią, jak w stop-klatce przeżywają ten moment na nowo i na nowo. 

Gdy widać, że nie ma szans na nić porozumienia między nimi w pokoju zjawia się Ivana Trump, która ustawia obie pisarki, wskazując na rentowność pisania, biznesplan, tworzenie pod czytelnika i inne kapitalistyczne kwestie publikowania książek. Ivana zupełnie zmienia dynamikę w tym duecie, stając w opozycji do Sylvii i Virginii. 

"Wady snu" to dramat, rozpisany oczywiście na te trzy bohaterki, z didaskaliami, podzielony na trzydzieści mrugnięć. Ta forma była dla mnie bardzo odświeżająca, bo jednak nie często sięgam po ten rodzaj literacki, ale jednak nie zachwycił mnie aż tak, jak się tego spodziewałam przed lekturą. Przede wszystkim nie znam twórczości Sylvii Plath, a po Virginię Woolf sięgałam dwa razy i oba były dla mnie mało satysfakcjonujące. Z tego też powodu nie wyłapałam wielu aluzji i odwołań. Nie jestem też zafascynowana tymi postaciami a ich życiorysy znam pobieżnie, więc i tu na pewno nie odczytałam wszystkich nawiązań. Dlatego też książkę przeczytałam wprawdzie szybko, ale bez większej satysfakcji.

Moja ocena: 4/6

Radka Denemarková, Wady snu, tł. Olga Czernikow, 246 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2020.

środa, 1 lipca 2026

Podsumowanie czerwca 2026

 



Przeczytane książki: 14

Liczba stron: 4787

Przeczytane książki:

– "Nie wszyscy pójdziemy do raju" Olga Górska
– "To za dużo dla mnie" Darko Cvijetić
– "Die Erfindung Roter Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969" Frank Witzel
– "Nie, po prostu nie" Nina Lykke
– "Die Habenichtse" Katharina Hacker
– "Siedem księżyców Maalego Almeidy" Shehan Karunatilaka
– "Das Ungeheuer" Terézia Mora
– "Imiona Felizy" Juan Gabriel Vasquéz
– "Piercing" Ryū Murakami
– "Awanturnica" Lauren Groff
– "Wyznania" Kanae Minato
– "Czwarty miecz" Santiago Roncagliolo
– "Wszystko dla N" Kanae Minato
– "apokalipsa ludzi pracy" Valter Hugo Mãe

W czerwcu przeczytałam niby "tylko" 14 książek, ale było wśród nich kilka dość grubych, a dwie nawet bardzo grube. ⁣⁣
Przede wszystkim zakończyłam moje wyzwanie przeczytania wszystkich książek laureatek Deutscher Buchpreis. Poza tym przeczytałam trzy książki na kluby książkowe. Cztery razy sięgałam po książki z półki, co mnie szczególnie cieszy. ⁣⁣
Odwiedziłam kilka krajów: Polskę, Portugalię, USA, Sri Lankę, Japonię, Niemcy, Bośnię i Hercegowinę, Peru oraz Norwegię.⁣⁣
A jaki był wasz czytelniczy czerwiec?⁣⁣

wtorek, 30 czerwca 2026

Stosikowe losowanie – lipiec 2026

 



Katarzyna wybiera numer książki dla Marty (w stosie 179 książek) – 49
Marta wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 1249
ZwL wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 199
McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania  (w stosie 14 książek) – 7
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 272 książki) – 25
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 23 książki) – 22
Guciamal wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 15 książek) – 2
Anna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 8 książek) – 2