środa, 8 lipca 2015

"NIEKalendarz" Wojciech Widłak, Paweł Pawlak


Pewnie pomyślicie, że oszalałam. Kalendarz w lipcu polecać? Kalendarze to się w grudniu, najwcześniej w listopadzie kupuje, ale kto w lipcu kupi kalendarz? No to uwierzcie mi ten kalendarz można kupić w każdym miesiącu. To jest bowiem dzieło tak genialne, że można je czytać na wyrywki, od końca, a nawet od początku. Nie można zapomnieć o wybitnym uniwersalizmie - pasuje do każdego roku. 
W wielu kwestiach NIEkalendarz Widłaka przypomina peerelowskie kalendarzyki książkowe - są przydatne informacje, numery telefonów ratunkowych, odległości między ważniejszymi miejscowościami i rozmaite porady. Tyle że, jak się pewnie domyślacie, tych porad i informacji nie można brać na serio :)  



NIEKalendarz to także reklamy w stylu vintage:



Miejsce na gryzmoły:


Oraz mnóstwo rozrywek umysłowych, opowiadań i możliwości dla własnej kreatywności. Pokuszę się na stwierdzenie, że to bardziej książka dla dorosłych niż dla dzieci. Mojej córki wiele dla mnie zrozumiałych na pierwszy rzut oka smaczków nie śmieszyło. Jestem jednak przekonana, że to jedna z tych książek, które będą nam towarzyszyć przez lata. Świetne ilustracje kochanego przez nas wszystkich Pawła Pawlaka, sarkastyczne, a czasem nawet surrealne teksty Wojciecha Widłaka, bardzo porządne wydanie (tasiemkowa zakładka z linijką!) - nie znajduję w tej pozycji nic, co mogłabym skrytykować. No może imieniny, które przypadają w dzień moich urodzin - Szkodalii i Słabiny! No proszę was :) Zapraszam was do szukania własnych ulubionych rad i ciekawostek, bo jest ich tu zatrzęsienie.

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak, NIEKalendarz, Wydawnictwo Czerwony Konik 2014.

wtorek, 7 lipca 2015

"Jadłonomia" Marta Dymek


Nie przepadam za gotowaniem, więc żeby upichcić coś strawnego potrzebuję inspiracji i dobrego przepisu. Dobrego oznacza napisanego łopatologicznie:) Nie przepadam też za mięsem, a wiadomo z kawałka mięsa najłatwiej stworzyć szybki obiad, więc tym bardziej potrzebuję przykładów i rad, jak ugotować pożywny i smaczny obiad wegetariański. Wegetariański, bo niekoniecznie już musi być to potrawa wegańska. Dotychczas zaglądałam na dwa blogi: Jadłonomię oraz do Anki-Weganki. Bardzo się ucieszyłam gdy jedno z moich ulubionych wydawnictw zapowiedziało publikację książki Marty Dymek. I mam ją, przywiezioną w marcu z Polski.  

Od tego czasu wypróbowałam kilkanaście przepisów, np. ten:


I ten:


A także ten:


Mnie smakowało, ale niestety mojej rodzinie już nie. M. nawet nie pokusił się na skosztowanie, a dzieci stwierdziły, że dobre, ale "Mamo, następnym razem zrobisz tak, jak zawsze, dobrze?" No i zonk, bo ja tu produkty i przyprawy nakupiłam, a oni jeść nie chcą. Wiem, wiem, nie są przyzwyczajeni do takich smaków, bo jedzą tylko fastfoody i gotowce :P 
Straciłam trochę zapał do wypróbowywania dalszych przepisów ale mimo to nie żałuję, że kupiłam tę książkę, bo jest piękna. Wszystko w niej jest zachwycające - ilustracje przede wszystkim, layout po drugie, styl autorki, cenne rady dotyczące sprzętów kuchennych i przypraw i wreszcie papier. Lubię sobie usiąść i ją po prostu przeglądać. No dobra, na pewno jeszcze dam Jadłonomii szansę, choćbym miała gotować tylko dla siebie:)

Moja ocena: 6/6

Marta Dymek, Jadłonomia, 282 str., Wydawnictwo Dwie siostry 2014.

"W krainie kolibrów" Sofia Caspari


Lubię od czasu do czasu sięgnąć po powieść historyczną - zatopić się w innym świecie, poznać nieznane mi fragmenty historii i przede wszystkim zagłębić się w opasłym tomiszczu. W krainie kolibrów zapowiadało się świetnie - Niemcy, Argentyna, emigracja. Tematy mi bliskie, a mój nos wciąż podąża za książkami z kontekstem południowoamerykańskim (chyba tylko ja jeszcze nie zapomniałam o stosownym wyzwaniu). Niestety jednak powieść Sofii Caspari mnie rozczarowała. 

Anna i Victoria płyną tym samym statkiem do Argentyny. Victoria podąża na spotkanie niedawno poślubionego męża, należy do pasażerów pierwszej klasy. Anna podróżuje z biedotą, a wyruszyła do Ameryki Południowej, by dołączyć do rodziców, siostry i męża, którzy wyjechali wcześniej. Tych dwóch kobiet nie łączy nic i pewnie nigdy by się nie spotkały, gdyby nie przypadek. Podczas silnego wiatru i deszczu Anna upada na pokładzie, na pomoc śpieszy jej Julius, znajomy Victorii. Ten młody człowiek jest dobrze sytuowanym kupcem i od pierwszego spojrzenia zakochuje się w Annie. Miłość ta jednak nie ma racji bytu, Anna jest wszak mężatką, poza tym pochodzi z innej sfery i źle czuje się w towarzystwie bogatych. Drogi pokładowych znajomych się rozchodzą i każda z tych osób zaczyna układać sobie życie w Argentynie. Victoria na położonej niezwykle daleko od Buenos Aires farmie, u boku męża, który stracił szarmancki sposób bycia, jakim oczarował ją w Paryżu oraz pod czujnym okiem zaborczej teściowej. Julius z sukcesem prowadzi interesy, a na Annę czeka rozczarowanie. Jej rodzina przybyła do Argentyny z nadzieją na tanią ziemię i założenie gospodarstwa. Niestety bezpańskiej ziemi już nie ma, a oni muszą podzielić los wielu emigrantów z Europy - osiedlają się w niewielkim domku w jednej z najgorszych dzielnic Buenos Aires, a każdy dzień rozpoczynają od szukania pracy. Mąż Anny zapada na suchoty i rodzina traci jego najwyższy zarobek. 

Sofia Caspari na ponad sześciuset stronach opisuje dalsze niezwykle zawiłe losy Anny i Victorii. Pamiętacie Niewolnicę Isaurę albo W rytmie disco czy inną dowolną telenowelę południowoamerykańską - powieść Caspari w niczym im nie ustępuje. Historie głównych bohaterek rzadko się trzymają kupy, ich ukochani (Victoria zniesmaczona zachowaniem męża prędko zakochuje się w ognistym Latynosie) pojawiają się niczym feniks z popiołów w najbardziej dramatycznych momentach (trudno się domyślić dlaczego wcześniej nagle kompletnie zniknęli z pola widzenia), bohaterki gorąco kochające swoje dzieci potrafią pozostawić je na wiele tygodni, by podobno walczyć o lepszy byt (Anna leniwie spędza czas na farmie Victorii opychając się łakociami, podczas gdy jej rodzina oraz córka są o chlebie i wodzie), zakochani w sobie Anna i Julius całują się po raz pierwszy po czterech latach spotkań, Victoria, która do codziennej toalety, a zwłaszcza do wiązania gorsetu, potrzebowała pomocy służącej, podróżuje wiele tygodni konno radząc sobie sama (nawet z gorsetem!), takich nieścisłości mogłabym wymienić wiele. 
Jeśli sięgnięcie po tę książkę w celach stricte rozrywkowych i nie oczekujecie powieści historycznej, z rozmachem napisanej sagi, wielowymiarowych charakterów to być może nawet będziecie się dobrze bawić - to typowa książka na plażę, do czytania między drinkiem z palemką, a kąpielą w morzu. Nie oczekujcie jednak, że dowiecie się jak wyglądało życie w Argentynie - Caspari co kilkadziesiąt stron przypomina sobie o scenerii oraz tle historycznym swojej powieści i serwuje czytelnikowi fakty na poziomie szkolnej czytanki. Rozmachu nie można jej tylko odmówić w kwestii przygód jakie serwuje kobietom - jest tu dosłownie wszystko, o czym wytrawna znawczyni telenowel może zamarzyć - od biedy, przez zdradę, wredną teściową, zaskakującą ciążę, morderstwo, zarazę i porwanie po happy end.

Pomijając jednak kiepską fabułę i mdłe charaktery najbardziej rozczarował mnie styl autorki.  Liczne powtórzenia w opisie postaci i ich odczuć, niespójność w szkicowaniu charakterów (wydaje się, że musiała ich cechy dostosowywać do wcześniej zaplanowanej akcji) oraz nieporadne wielokrotnie złożone zdania nie umilały lektury. Denerwowały mnie literówki oraz błędy stylistyczne i gramatyczne - wiele zdań to autentyczna kalka z niemieckiego. Czytałam wersję przedpremierową, za którą dziękuję Wydawnictwu Otwarte, i mam głęboką nadzieję, że zostały poprawione przed wydaniem. 

Moja ocena: 2,5/6

Sofia Caspari, W krainie kolibrów, tł. Paulina Filippi-Lechowska, 632 str., Wydawnictwo Otwarte 2015.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

poniedziałek, 6 lipca 2015

"Portugiesischer Wasserhund" (Portugalski pies wodny) Silke Hirtz-Schmidt



Nie dziwi mnie, że niewiele jest informacji po polsku o portugalskim psie wodnym, na początku lat siedemdziesiątych był według Księgi Rekordów Guinnessa najrzadszą rasą na świecie. Teraz rasa ta staje się coraz bardziej znana, pewnie głównie za sprawą prezydenta Stanów Zjednoczonych, który ma dwa portugalskie psy wodne. Zresztą najwięcej tych psów żyje i rodzi się właśnie w Stanach Zjednoczonych i, o dziwo, Skandynawii! Nie trudno się jednak domyślić, że ojczyzną tego psa, jest Portugalia, a właściwie Algarve. 

Rasa ta kształtowała się przez wiele wieków. W XIII wieku przed naszą erą na Półwysep Iberyjski przybyli Fenicjanie, którym towarzyszyły psy. Kolejny przybysze dotarli tam w I wieku naszej ery z południoworosyjskich stepów. Także im towarzyszyły psy, o sierści bardzo podobnej do portugalskich psów wodnych. I wreszcie Maurowie, którzy zajmowali Andaluzję i Algarve w latach 700 do 1100 przywieźli swoje psy. Efektem mieszania się tych psów jest portugalski pies wodny, który wzmiankowany pisemnie został po raz pierwszy w 1297 roku. Już wtedy towarzyszył rybakom podczas połowów. Zadaniem psów było chwytanie ryb, przenoszenie wiadomości między łodziami oraz na ląd oraz ratowanie tonących ludzi. Psy te miały się całkiem dobrze, aż do industrializacji rybołówstwa. Nagle ich pomoc stała się zbyteczna, a rasa niemal wyginęła. Dzięki zapaleńcom w latach 40-tych udało się ją reaktywować, lecz dopiero w latach osiemdziesiątych osiągnęli sukces i portugalski pies wodny zaczął cieszyć się większą popularnością.

Dzięki swojej przeszłości są to psy, które najlepiej czują się w towarzystwie człowieka, uwielbiają pływać, nurkować, nie specjalnie przepadają za innymi psami. Te psy mają dwa bieguny - totalną aktywność, lub relaks. Uchodzą za bardzo inteligentne, przyjazne dzieciom, posłuszne, a także nie powodują alergii. Można powiedzieć, że te psy nie mają sierści, tylko włosy, które niemal nie wypadają!

A czemu sięgnęłam po tak nietypową dla mnie książkę? W maju w naszym domu zamieszkała Água. Dzieci i mąż zachwycone tymi psami tak długo mnie urabiały, aż się, z oporami, zgodziłam. Wzbraniałam się do końca, bojąc się dodatkowych obowiązków, problemów podczas podróży i sierści w domu. Moje obawy nie były do końca słuszne. Obowiązki dodatkowe są, choć od początku zaznaczyłam, że nie zamierzam wstawać w nocy czy wcześnie rano (lata wstawania do dzieci dały mi tak w kość, że w życiu dobrowolnie nie wstanę wcześnie) i nie piszę się na sprzątanie kup. Wstaje wiec mąż, kupy sprząta Starsza. Podróże nie są dotąd ograniczone, bo Água bardzo chętnie jeździ samochodem. To kolejna zaleta psów wodnych - w genach mają nudne podróże i kołysanie na łódce. W aucie więc Água robi to, co lubi najbardziej - śpi. Jak pisałam wyżej z sierścią też nie ma problemów - dotąd nie znalazłam w domu ani jednego włosa. 
Największym obowiązkiem jest jednak coś, czego się nie spodziewałam - Água wybrała mnie na swojego największego przyjaciela, czy jak mawia mąż na alfę. Chodzi za mną krok w krok, uwielbia gdy ją kąpię, obserwuje każdy mój ruch i dostaje szału radości na mój widok. No niby fajnie, ale czasem wolałabym jednak tej miłości mniej.

I tak z notki o książce, zrobił się osobisty post. Tymczasem chciałam ten poradnik polecić. Silke Hirtz-Schmidt jest weterynarzem, hodowcą portugalskim psów wodnych oraz założycielką stowarzyszenia miłośników tej rasy. Jej książka zaskoczyła mnie ilością informacji. W tym dość niewielkim formacie autorka zawarła wszystko, co istotne. Książka ma bardzo rozsądną strukturę, każdy rozdział opisuje inny aspekt - od historii, przez pielęgnację, tresurę czy hodowlę. Ale najważniejsze to zdjęcia - mnóstwo pięknych fotografii naprawdę zachwyca. Starsza przeczytała tę książkę już kilka razy, ale czasami siada tylko i ogląda zdjęcia. Gwoli uzupełnienia, to ona marzyła o zwierzęciu i chyba dobrze, że jej ulegliśmy. Teraz, co piątek, po szkole, pracuje w Casa da  Buba - hotelu dla psów i hodowlii portugalskich psów wodnych skąd pochodzi nasza Água.

Na koniec nie może zabraknąć zdjęć, prawda?

 Água w dzień przybycia do nas, ma prawie 3 miesiące.

 To, co portugalskie psy wodne lubią najbardziej - plaża.

Oznaka miłości :)

Bez oceny.

Silke Hirtz-Schmidt, Portugiesischer Wasserhund, 79 str., Cadmos Verlag 2010.

niedziela, 5 lipca 2015

"Siddhartha" Hermann Hesse



Od czasów studiów nie sięgałam po książki Hessego, zraziłam się po Wilku stepowym i nie miałam ochoty przekonywać się o wielkości tego pisarza. Niedawno jednak autor bloga Tylko burak nie czyta, namówił mnie na ponowną próbę. Zdecydowałam się na Siddharthę czytaną przez jednego z moich ulubionych aktorów - Ulricha Matthesa. Po fakcie stwierdzam jednak, że tę książkę lepiej czytać, bo to lektura wymagająca, konieczne jest wracanie do niektórych myśli, smakowanie słów, co w przypadku audiobooka raczej możliwe nie jest. Niemniej Matthes przeczytał powieść mistrzowsko, a ja przynajmniej zapoznałam się z jej treścią i ideą jaka przyświecała Hessemu podczas tworzenia.

Pewna jestem, że o Siddharthcie napisano już wszystko, nie przeglądałam jednak analiz literaturoznawców ani specjalistów od Hessego, skupiłam się na własnych wrażeniach. Siddhartha to syn bramina, niezwykle inteligentny, wyróżniający się wśród innych chłopców. Od najmłodszych lat młodzieniec szkolony jest na bramina. Gdy jednak zaczyna odczuwać, że nauki mu nie wystarczają, postanawia pójść własną ścieżką i dołącza do ascetów, żyjących w lesie. Po pewnym czasie rozpoznaje, że także ten sposób życia nie doprowadzi go do spełnienia. Także wyprawa na spotkanie z Buddą Gautamą nie przynosi mu oświecenia. Siddhartha dochodzi do wniosku, że musi sam wypróbować różnych stylów życia, by zostać Buddą. To nie słuchanie oświeconych, a zbieranie własnych doświadczeń są jedyną drogą do spełnienia. Siddharta staje się ciągle poszukującym, wątpiącym, czasem niecierpliwym, czasem zrezygnowanym wędrowcem. Jego cel nie jest jednak ziemski, przyświeca mu poznanie własnej duszy i osiągniecie wolności od wszelkich pokus  takiego spokoju jak Budda Gautama. 
Hesse umieścił dzieje Siddharthy w buddyzmie, nie oznacza to jednak, że to powieść, która ukazuje wyższość tej religii. To raczej zachęta do własnych poszukiwań, do wysiłku, jaki trzeba włożyć, by zaznać spokoju duszy i poczucia spełnienia. To także kopalnia cytatów, do których można wracać wiele razy. Dlatego postaram się jednak o papierowe wydanie, bo to książka, która może zawsze leżeć na podorędziu, którą można czytać fragmentami, która służy zadumie, a nie podążaniu za akcją.

Moja ocena: 4,5/6

Hermann Hesse, Siddhartha, czyt. Ulrich Matthes, 128 str., Der Hoerverlag 2008.

sobota, 4 lipca 2015

"Czik" Wolfgang Herrndorf


Zupełnie ominęła mnie ta kultowa książka Herrndorfa, dopiero przypadkiem wpadła ostatnio w moje ręce. I dobrze, bo to kawałek dobrej literatury.

Maik ma czternaście lat i jest klasowym nudziarzem. Nikt nie zwraca na niego uwagi, nikt się z nim nie przyjaźni, a klasowa piękność jest dla niego nieosiągalna. I pewnie tak by zostało gdyby nie Czik. Czik to nowy uczeń, pochodzący z Rosji Andrej Czichaczow. Andrej jest dziwny, Andrej jest inny. W ciągu kilku lat od przyjazdu do Niemiec przeskoczył z zawodówki do gimnazjum lecz na lekcjach wydaje się być nieobecny i zupełnie nie zainteresowany materiałem. Poza tym uczniowie poważnie podejrzewają go o picie alkoholu i przychodzenie do szkoły na rauszu. 
Wkrótce rozpoczynają się wakacje - Maik zostaje sam w domu - wielkiej willi z basenem. Matka-alkoholiczka udała się na kolejną kurację, a ojciec w rzekomą podróż służbową, która raczej jest wakacjami z kochanką. Maik wpada w euforię, która jednak stopniowo zamienia się w nudę. Jako jeden z nielicznych nie został zaproszony na urodziny klasowej piękności, w której się podkochuje, co składnia go do rozważań nad swoją nieudacznością. Wtedy w jego drzwiach staje Czik. Rosjanin ma pomysł na wakacje, zaprasza Maika na przejażdżkę starą ładą. Maik, jako porządny syn i uczeń, początkowo nie chce wsiąść do ewidentnie kradzionego samochodu, do tego prowadzonego przez małoletniego. Chłopcy jednak w końcu wyruszają w rajd po Niemczech Wschodnich kierując się do leżącej gdzieś, nie wiadomo gdzie, Wołoszczyzny. Ta podróż to splot dziwnych przypadków, spotkania z ludźmi, którzy nie pasują do społeczeństwa, tak jak oni, podążanie przed siebie i dorastanie. 

Powieść Herrndorfa jest pełna humoru, pisana z perspektywy czternastolatka zaskakuje spojrzeniem na świat, ale i melancholią. To zarazem powieść drogi, jak i bildungsroman. Powieść o przyjaźni i odkrywaniu sensu w życiu. Polecam, szczególnie czytelnikom, którzy mają ochotę na spotkanie ze współczesną literatura niemiecką. 

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Herrndorf, Tschick, 254 str., Rowohlt Taschenbuch Verlag 2012.

czwartek, 2 lipca 2015

Statystyka czerwiec 2015

Przeczytane książki: 9

Ilość stron: 2894

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 1
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 1
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy książki nieoczywiste: 1

Ilość książek w stosie: 98

"Kieszonkowy atlas kobiet" Sylwia Chutnik



Matka Polka Sprzątaczka, Święta od Garów i Okruszków, etatowa Kuchenna, która pierdylion razy dziennie sprząta, zamiata, podaje. Wie wszystko, zarządza wszystkim, wepchnie się do lekarza, zawsze ma tę gorszą chorobę, sprzeda wszystko na targu, perfekcyjnie wychowa dziecko i zostanie urzędniczką roku.

Książkę Chutnik czyta się śmieszno i straszno. Śmieszno, bo autorka rewelacyjnie oddaje rzeczywistość, podziwiam jej zmysł obserwacji i talent do ubrania tego, co widzi, w słowa. A straszno, bo w wielu słowach z niepokojem odkrywałam siebie. 

"A jeszcze gdera pod nosem: "No cholery jedne, co oni tu nawyprawiali, barłóg taki zostawić na stole, przecież to jak dzicz jakaś, wszystko wylane, okruchy na ziemi, szmatą po łbie zdzielić, toby zaczęli szanować pracę cudzą." (...) Gospodyni Domowa od urodzenia do śmierci. Uczestniczka całodobowej akcji pod tytułem "Sprzątanie Świata". Jej życie to kolejne odcinki niekończącego się tasiemca. Tysiące bezsensownych, nudnych czynności. (...) DzieńPranieSprzątanieDzieńNoc."
Gdy przeczytałam te słowa, to mi włosy niemal stanęły dęba, bo obawiam się, że niedaleko mi do Gospodyni Domowej na wieki wieków amen. Mocny tekst, prawda?

A co powiecie na:
"Inne kobiety zgłaszają się do Ochotniczej Straży Młodej Matki i już prenatalnie mają baczenie nad każdą ciążą. (...) Jak ty ubierasz to dziecko? Przegrzewasz, zaziębiasz. Z czapką, bez czapki, nie noś, jak płacze, bo się przyzwyczai do miłości. (...) Za depresję poporodową czeka kara: sto pompek. Za płacze w łazience i modlitwę o śmierć dostaniesz pasem na goły tyłek od Rzecznika Praw Dziecka. Za rwanie włosów z głowy przy piątej godzinie nocnej histerii dziecka (bo ząbkuje), za podcinanie żył po latach siedzenia w czterech ścianach - zamknięcie w Domu Kary i Poprawy. Weź się uciesz dzieckiem! Zakon Matek Polek Siłaczek od sakramentu Najświętszej Pieluchy nie uznaje odstępstw od normy."
Mogłabym jeszcze z dziesięć ekranów zacytować. Podczas lektury szczęka opadała mi coraz niżej, a skala podziwu dla Sylwii Chutnik pięła się coraz szybciej w kierunku - genialna.

Ale Kieszonkowy atlas kobiet to nie tylko kopalnia cytatów, to gorzka i prawdziwa opowieść o trzech Mariach, Maryśkach, Mańkach, Marylach - imię zaiste zostało dobrane nieprzypadkowo. 
Jest samotna pani Maria, która żyje wspomnieniami o wojnie, trauma dogania ją na krzesełku w przychodni, na warszawskich ulicach i w piwnicach. Samotność i nuda dzielą każdy dzień na kawałki - od pójścia do sklepu, do wspięcia się po schodach w bloku, od patrzenia przez okno, do siedzenia w fotelu. 
Jest inna Maria zwana Czarną Mańką - zagubiona w świecie, nieprzystosowana, przyczepka do matki - wytrawnej handlarki na targowisku. Zaliczona do świata dorosłych i wypchnięta z domu przez matkę, gubi ścieżkę, nie odnajduje się w życiu, zatapia w marzeniach i awansuje na dzielnicową żularę. 
A mała Marysia, pilna uczennica i kochana córeczka, która wszystko niszczy, a samozagłada i destrukcja zlewają się w końcu w jedno. 
Aż wreszcie pan Marian, który kocha porządek, szycie, prace ręczne i jest ulubieńcem całej okolicy. Nasz pan Marian nigdy w życiu nie jest, no wiecie, ten tego, taki inny, to swojski chłop, uprzejmy i miły, zarzekają się sąsiedzi. 
Wszystkie te postaci mieszkają w jednej kamienicy przy ulicy Opaczewskiej w Warszawie, ich drogi się krzyżują lecz spotkania są przelotne, powierzchowne. Każda z nich zajęta jest swoim życiem. Dla mnie jednak charakterystyka tej czwórki i ich życie nie są w tej książce najważniejsze. Tak jak pisałam, dla mnie to cytaty, to spostrzeżenia Chutnik, mocne słowa, słuch absolutny. Gdy czytałam poniższe zdania miałam przed oczami panie z dziekanatu, które za moich czasów straszyły wszystkich studentów:
"Gdy Bozia stworzyła Urzędniczkę, to jakby ósmy dzień dodać do tygodnia. Oddzielna kategoria, inna rasa, inna kultura. Antropologowie amerykańscy od lat prowadzą badania nad plemieniem Haliny i Bożeny. Kobiet, które na cieliste rajstopy nakładają klapki z ortopedyczną wkładką. Które budzą się o świcie, aby z pietyzmem nałożyź na głowię hełm tworzony z tapira i lakieru."
Uwierzcie mi w tej niewielkiej objętościowo książce można odnaleźć jeszcze więcej wątków.
Jak bardzo zazdroszczę Sywlii Chutnik jej talentu! Skandal, że dopiero teraz sięgnęłam po tę książkę! 

Moja ocena: 6/6

Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet, 189 str., Korporacja Ha!art 2009.

środa, 1 lipca 2015

"Drugie dziecko" Charlotte Link


Do książek pani Link podchodziłam jak do jeża. Obawiałam się drugiej Jodi Picoult, jednak Drugie dziecko podobało mi się dużo bardziej niż powieści Amerykanki.
Podczas lektury nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest to przemyślnie skonstruowany scenariusz filmu, każdy wątek jest skrupulatnie opracowany, wszystkie nitki łączą się w odpowiednim momencie. Zakładam, że każda powieść to konstrukcja autorska, ale w przypadku Drugiego dziecka nie mogłam się wyzbyć wrażenia sztuczności. Porażał mnie perfekcjonizm, każdy poboczny wątek miał sens i oczywistym było, że w odpowiednim momencie autorka wplecie go w główny nurt powieści Zarazem jest to naprawdę dobrze napisana powieść obyczajowo-kryminalna i być może się czepiam:)
Świetnie przeczytany przez Gudrun Landgrebe audiobook wciągnął mnie od pierwszych stron i umilał sprzątanie oraz podróże samochodem.
Akcja rozgrywa się w Yorkshire, na wschodnim wybrzeżu Anglii. Świeżo rozwiedziona lekarka Lesley przyjeżdża tam, by odwiedzić swoją babcię Fionę oraz spotkać się z przyjaciółką Gwen, która właśnie się zaręcza. Ta ostatnia to dziwaczka, stara panna, do tego nieśmiała i niezbyt ładna. Wieść o zaręczynach jest więc sensacją, a gdy okazuje się, że przyszły pan młody jest przystojny i elokwentny, Lesley, a szczególnie jej babcia podejrzewają, że za nagłą decyzją o ślubie coś się kryje. Podczas uroczystego obiadu zaręczynowego dochodzi do eskalacji - krewka i pewna siebie Fiona zarzuca przyszłemu panu młodemu nieetyczne, przede wszystkim finansowe powody ślubu z Gwen. Po niefortunnym wieczorze Fiona ginie.
Kilka miesięcy wcześniej w Scarborough zamordowano bestialsko studentkę Amy Mills, obie zbrodnie mają kilka punktów zbieżnych, co składnia inspektor Valerie Alomnd  do prowadzenia dwutorowego śledztwa.

Dwa morderstwa, dwie nieszczęśliwe kobiety - jedna świeżo rozwiedziona, druga właśnie porzucona, - szukający swojego miejsca w życiu przyszły pan młody, para letników, która gości na farmie Gwen to dla Charlotte Link zbyt mało, by stworzyć pasjonującą powieść. Do tej szerokiej gamy postaci dołącza drugą płaszczyznę narracyjną. Ojca Gwen łączy z Fioną bardzo bliska przyjaźń, dzięki długim e-mailom, w których Fiona opowiada swoje dzieciństwo poznajemy dlaczego łącząca ich więź jest tak trwała. Lata dziecięce i nastoletnie obojga przypadają na okres drugiej wojny światowej. Fiona, jak wiele angielskich dzieci, opuszcza Londyn, by przetrwać okres niemieckich nalotów na wsi. Podczas nagłego wyjazdu zyskuje niechcianego towarzysza podróży... Nietrudno się domyślić, że los rzuca ją do Scarborough na farmę dziadków Gwen.

Drugie dziecko to wciągająca, niezbyt wymagająca lektura. Charlotte Link dam na pewno jeszcze jedną szansę, tym bardziej, że na półce mam Dom sióstr.

Moja ocena: 4/6

Charlotte Link, Das andere Kind, czyt. Gudrun Landgrebe, 672 str., Random House Audio 2009.

Stosikowe losowanie 7/15 - pary

Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 161 książek) - 77
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 856 książek) - 43
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 130 książek) - 17
Maniaczytania wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 109 książek) - 10
Karto_flana wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 121 książek) - 15
Marianna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 99 książek) - 23

czwartek, 25 czerwca 2015

"Landgericht" Ursula Krechel


Bardzo długo czytałam tę bardzo wymagającą powieść Ursuli Krechel. Muszę przyznać, że sięgnęłam po nią tylko dlatego, że została uhonorowana w 2012 roku Deutscher Buchpreis. Nie zainteresowałam się wcześniej jej treścią i bardzo byłam zaskoczona, że traktuje o sytuacji społecznej w powojennych Niemczech. Główny bohater to sędzia żydowskiego pochodzenia, doktor Richard Kornitzer, który powraca do Niemiec z Kuby. Na tej wyspie spędził lata wojenne, podczas gdy jego aryjska żona pozostała w Berlinie, a małe dzieci wyjechały do Anglii. Krechel bardzo oszczędnie przedstawia czytelnikowi fakty z życia rodziny Kornitzerów. Stopniowo dowiadujemy się jak doszło do emigracji Richarda, dlaczego dzieci zostały wysłane do Anglii, jakie były ich losy i dlaczego nadal nie są z rodzicami oraz wreszcie dlaczego jego żona Claire mieszka nad Jeziorem Bodeńskim. 

Autorka przede wszystkim jednak opisuje sytuację w powojennych Niemczech - okupację państw zwycięskich, odbudowę kompletnie zrujnowanych miast, denazyfikację i rekompensatę dla osób, które ucierpiały w skutek rządów Hitlera. To bardzo szeroka tematyka i odniosłam wrażenie, że Kornitzer i losy jego rodziny stanowią jedynie przykład do przestawienia rozwoju państwowości współczesnych Niemiec. Ówczesna sytuacja była bardzo skomplikowana - powracający z emigracji Żydzi konfrontowani byli z byłymi zwolennikami nazizmu, którzy nadal piastowali stanowiska publiczne, a ich denazyfikacja obejmowała jedynie obniżenie pensji lub degradację. Kornitzer rozpoczyna walkę o rekompensatę poniesionych strat i mimo że dostaje propozycję stanowiska w sądzie okręgowym w Moguncji, a później awansuje, wciąż nie jest usatysfakcjonowany. Stopniowo walka o odzyskanie utraconych dóbr materialnych przysłania mu cały sens życia, wpędza w chorobę i zamienia się w obsesję. Kornitzer całe godziny poświęca na sporządzanie pism, cierpi na zaburzenia psychiczne, leczy się w sanatoriach, aż w końcu rezygnuje z pracy. Nawet walka o odzyskanie zainteresowania i miłości dzieci spada na drugi plan, nie mówiąc już o trosce o żonę. Każda z tych postaci w jakiś sposób przegrała, każda boryka się z traumą wojenną i balansuje na krawędzi depresji. Nic nie jest takie, jak wcześniej, trudno zapomnieć o przegranych szansach, o zmarnowanych latach, trudno ponownie odnaleźć sobie miejsce w społeczeństwie, które wcześniej się niechcianego obywatela wyparło.

Trudna, wymagająca książka, która równocześnie pozwoliła mi poznać ten mało mi znany rozdział niemieckiej historii. Krechel zaskoczyła mnie dojrzałym, wyważonym językiem, dogłębnymi obserwacjami, drobiazgowymi badaniami historycznymi i rozmachem swojej książki.

Moja ocena: 5/6

Ursula Krechel, Landgericht, 496 str., Jung und Jung Verlag 2012.

środa, 24 czerwca 2015

Stosikowe losowanie 7/15

Zapraszam do zgłaszania się do rundy lipcowej! Pary rozlosuję 1 lipca, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 13 czerwca 2015

"Historia wewnętrzna" Giulia Enders



Na tę książkę nigdy bym nie trafiła, gdyby nie autorka bloga Heskie migawki. Już nie pamiętam kiedy Kwiecienka mi tę książkę poleciła ale tytuł sobie zapamiętałam i z wielką przyjemnością książkę odsłuchałam. Giulia Enders właśnie pisze doktorat z gastroenterologii i uważa, że układ trawienny człowieka jest najbardziej niedocenionym organem. Co więcej twierdzi, że pełni on rolę tak ważną jak mózg. Udaje jej się to udowodnić w swojej książce - napisanej niezwykle dowcipnie, a przede wszystkim przystępnie. 

Enders opisuje działanie całego układu trawiennego z punktu widzenia laika, przemycając jednak sporo fachowych informacji. Przede wszystkim jednak odpowiada na pytania, które pewnie każdy z nas sobie stawiał ale niespecjalnie miał kogo zapytać, bo nie są to tematy nadające się na salony. No bo kto roztrząsa mechanizm powstawania bąków, kwestię wymiotów czy dyskutuje na temat robienia kupy, nie mówiąc już o czynnikach sprzyjających powstawaniu hemoroidów. No właśnie! Ale to nie wszystko. Enders omawia też bakterie, te dobre i te złe, które zamieszkują ludzkie jelita, nie zapomina o nietolerancjach, chorobach układu pokarmowego i wskazówkach jak dbać o ten organ.
Jak pisałam wyżej - wszystkie informacje podane są bardzo dowcipnie. Nie jest to wymuszony dowcip, ani silenie się na wesołość. Wtedy nie zniosłam bym tej książki, bo na sztuczny dowcip mam alergię. Autorka podchodzi do temu bezpretensjonalnie, nie tracąc przy tym fachowości i profesjonalizmu. To naprawdę świetna lektura dla osób, które interesują się medycyną albo dbają o zdrowe odżywianie. Dla znających niemiecki, wklejam link z wszystkimi informacjami o książce.

Gdy dowiedziałam się, że sama autorka czyta książkę, byłam bardzo sceptyczna, bo niestety wiele razy okazało się, że interpretacja autora jest nie do przyjęcia, ale Giulia Enders bardzo zacnie przeczytała swoją książkę. 

Moja ocena: 5/6

Giulia Enders, Darm mit Charme, czyt. autorka, 288 str., audio media verlag 2014.

niedziela, 7 czerwca 2015

"Niuch" Terry Pratchett


"Wielu najgorszych czynów na świecie dokonują ludzie, którzy wierzą, szczerze wierzą, że robią to, co najlepsze; zwłaszcza kiedy w sprawę wmieszany jest jakiś bóg."
"Dobroć jest w tym, co robimy, nie w tym, do czego się modlimy."

I jeszcze wiele świetnych cytatów znaleźć można w Niuchu. Tym razem Pratchett bierze na warsztat problem inności, tolerancji i akceptacji. Sam Vimes opuszcza swoje naturalne środowisko czyli Ankh-Morpork. Nie robi tego dobrowolnie. Oj nie! Jak mógłby opuścić miejsce, z którym niemal się zrósł. Lady Sybil nalega jednak na urlop na wsi! Czas odwiedzić jej rozległe włości i zapoznać małego Sama z sielskim wiejskim życiem. Jak wiemy, Lady Sybil, nie należy do kobiet, którym można się sprzeciwiać i cała rodzina oraz kamerdyner Willikins wyruszają w podróż. Zaraz po przybyciu Sam-ojciec wyczuwa coś dziwnego, jego instynkt gliny jest nieomylny. Wieś nie jest idylliczna, śmierdzi i to niekoniecznie obornikiem. Sam-syn za to podąża za smrodem, a konkretnie za kupkami zwierząt wszelakich, które z dziką namiętnością kolekcjonuje i analizuje. 

Vimes ma rację, źle się dzieje na wsi, a konkretnie wśród goblinów. Większość mieszkańców nie widzi w nich istot czujących tylko stwory, które można wykorzystać i zabić. Sam zaczyna działać, do pomocy angażując wioskowego chłopaka, aspirującego do miana policjanta. Feeney okazuje się być pojętnym uczniem, który murem staje za słynnym gliną. Nieoceniona jest także pomoc Willikinsa - moim zdaniem najlepszej postaci tej powieści.

Pratchett nie pozostaje tylko na wsi, problem goblini dotyczy także drużyny, która pozostała na posterunku w Ankh-Morpork. Nie brak tu szalonych zwrotów akcji, pościgu na pobliskiej rzece, wdzięcznie zwanej Zdradziecką Staruchą oraz wizyty w Quirimie. 

Mnie tym razem jednak Pratchett wynudził. Świetne cytaty i błyskotliwe uwagi nie wystarczyły, bym połknęła tę książkę. Męczyłam ją raczej ponad tydzień. Po raz kolejny potwierdza się moja teoria, że dwóch Pratchettów na miesiąc to za wiele. Ostatni tom z cyklu o Świecie Dysku zostawię sobie chyba na później.

Moja ocena: 3,5/6

Terry Pratchett, Niuch, tł. Piotr W. Cholewa, 356 str., Prószyński i S-ka 2012.

czwartek, 4 czerwca 2015

"Gdy zniknęły gołębie" Sofi Oksanen


Oksanen zrobiła na mnie Oczyszczeniem ogromne wrażenie. Do dziś pamiętam bardzo wyraźnie niektóre sceny z tej książki, choć nie potrafiłabym oddać całej akcji. Z ciekawością więc sięgnęłam po kolejną jej książkę i niestety zdecydowałam się na audiobook. Nie mogę narzekać na interpretację tekstu, naprawdę świetnie odczytanego, ale myślę, że Oksanen należy czytać. Żeby rozsmakować się w języku, poddać jej prozie i w pełni ją docenić. Audiobooki sprawdzają się jednak lepiej w przypadku powieści zorientowanych na akcję. Ponadto ta czytana na głosy wersja była skrócona i choć w trakcie słuchania nie odczuwałam braków, to sama ta świadomość mnie denerwuje.

Akcja powieści rozgrywa się w wojennej i powojennej Estonii. Rozgrywa się na osi dwa - dwa. Dwóch mężczyzn, dwie kobiety. Nierówne to jednak bieguny. Mężczyźni wydają się dominować. Roland to bojownik o wolność Estonii, jego kuzyn Edgar zaś to przysłowiowa chorągiewka na wietrze. Lawirant, niezwykle dobrze dopasowujący się do aktualnych stosunków w państwie. Oś kobieca szybko redukuje się do jednej osoby - Juudit.  
Estonia to piłeczka, którą odbijają między sobą Niemcy i Rosjanie, bez szans na wolność i autonomię. Roland należy do tych ludzi, którzy w niepodległość wierzą, nie ufają żadnemu z okupantów i rozpaczliwie walczą o wolność i godność. 
Edgar, jak wyżej pisałam, to utalentowany aktor, który zawsze potrafi dopasować się do aktualnego systemu. W ten sam sposób oczarował naiwną Juudit, która już w nocy podślubnej odkrywa, że mąż zupełnie się nią nie interesuje. Kobieta pozostaje sama w Tallinie, podczas gdy mężczyźni, każdy na swój sposób biorą udział w działaniach wojennych. Jej przyjaciółka Rosalie, narzeczona Rolanda, mieszka na wsi i nie może wesprzeć świeżej mężatki. Niebawem jednak dziewczyna ginie w niewyjaśnionych okoliczność, a Roland postanawia wykorzystać Juudit w próbach odkrycia prawdy. Jej spokojne życie zaczyna się komplikować - podczas wykonywania zlecenia Rolanda, Juudit poznaje oficera SS, Hellmutha Hertza, w którym się z wzajemnością zakochuje. Roland nie przestaje wykorzystywać jej koneksji oraz mieszkania w stolicy. Sieć wokół niej coraz bardziej się zawęża, tym bardziej, że Edgar, z którym nie ma kontaktu, także współpracuje z Hertzem i zaczyna się domyślać, co porabia jego żona. 
Oksanen rozgrywa powieść na dwóch płaszczyznach czasowych - wydarzenia wojenne przeplatają się z latami sześćdziesiątymi. Edgar jest wzorowym pracownikiem aparatu sowieckiego, bazując na swojej wiedzy, pisze powieść o hitlerowskiej okupacji w Estonii. Podczas badań archiwalnych odkrywa dziennik pisany podczas wojny. Dziennik pisany przez Rolanda. Dzięki niemu odkrywa prawdę o swojej żonie, która popadła w alkoholizm i wydaje się zaledwie wegetować. Edgar nie wie czy Roland przeżył wojnę i ta niepewność napawa go strachem. Jego kuzyn jest jedyną osobą, która mogłaby wyjawić szczegóły z przeszłości. 

Oksanen przedstawia trudny okres estońskiej historii, a szczególnie ludzkie postawy i zachowania w sytuacji krytycznej. Tutaj nie ma dobrych wyborów, nie ma szczęśliwych zakończeń. Każdy z bohaterów skazany jest na tragiczny los, nawet Edgar, który ciągle ukrywa swoją prawdziwą osobowość. To powieść pełna dusznej atmosfery, która oblepia, spowalnia ruchy, dusi i poraża. Czytelnika ogarnia niemoc i lęk. Każdy z bohaterów dzieli ten lęk oraz niepewność - co mogę powiedzieć, jak nie powiedzieć za wiele, skąd wiedzieć kto i co wie? Język Oksanen dopasowuje się do tej atmosfery - oszczędny, surowy, fragmenty pisanej przez Edgara książki nadają mu styl niemal dokumentalny. Autorka niewiele wyjaśnia, pozostawia czytelnika samemu sobie, pozwala mu stopniowo odkrywać powiązania i relacje między bohaterami. Fascynująca powieść, do której chętnie wrócę na papierze.

Moja ocena: 5/6

Sofi Oksanen, Als die Tauben verschwanden, tł. Andrea Plöger, 432 str., czyt. Wanja Mues, Julia Nachtmann, Birte Schnöink, Jörg Pohl, HörbucHHamburg Verlag.

środa, 3 czerwca 2015

Statystyka maj 2015

Przeczytane książki: 6

Ilość stron: 2254

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania południowoamerykańskiego: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy Zolę: 0
Książki w ramach wyzwania Czytamy książki nieoczywiste: 1

Ilość książek w stosie: 98

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Stosikowe losowanie 6/15 - pary

Guciamal wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 120 książek) - 12
Karto_flana wybiera numer książki dla Anny  (w stosie 163 książki) - 130
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 865 książek) - 1
ZwL wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 123 książki) - 12
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 130 książek) - 58
Maniaczytania wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 200 książek) - 13
Bujaczek wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 100 książek) - 2