czwartek, 24 stycznia 2019

Stosikowe losowanie 2/19



Zapraszam do zgłaszania się do rundy styczniowej! Pary rozlosuję 1 lutego, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.


"Die Mücke im Bernstein" E.G. Stahl



Według podtytułu ta książka to monumentalna powieść o Prusach Wschodnich, która obejmuje całą historię tego regionu. Elementem łączącym narrację jest bursztyn z zatopionym w nim komarem. Naszyjnik ten wędruje przez pokolenia kilku powiązanych ze sobą rodzin. Opowieść Stahl rozpoczyna się na początku XIV wieku wśród ludów zamieszkujących nieprzemierzone lasy regionu Prus Wschodnich. Kierunkowskazem w życiu ówczesnych ludzi była wioskowa szamanka, która potrafiła widzieć przyszłość i zdawała się żyć wiecznie. Stopniowo jednak homogeniczna grupa ludzi zaczyna się zmieniać - wpływy rosyjskie, polskie, niemieckie, litewskie odgrywają coraz większą rolę. Autorka snuje z założenia opowieść dwóch rodów, jednak odstępy czasowe między opisywanymi pokoleniami są tak duże, że trudno jest podążać za koligacjami rodzinnymi. W zasadzie nie są one najważniejsze, ale historia Prus opowiadana jest na przykładzie tych konkretnych rodów, więc drzewo genealogiczne lub choćby szkic na pewno ułatwiłyby lekturę. Tymczasem ja ciągle kartkowałam strony, usiłując sobie przypomnieć kto z kim, gdzie i kiedy. Stahl wprawdzie wspomina poprzednie pokolenia, ale bez żadnych szczegółów, ponieważ same rodziny nie prowadziły kronik ani nie dbały o tę wiedzę.

Losy rodzinne mają być oczywiście przyczynkiem do ukazania historii Prus. Ale także na tym polu autorka nie popisała się sprawnością literacką. Faktycznie wymienia władców, wojny, zmiany polityczne, które jednak dzieją się gdzieś daleko a ich wpływ na życie rodzin jest nieszczególny. Od czasu do czasu którychś z męskich potomków musi udać się na wojnę lub oddać daninę, ale brakuje pogłębionego tła przyczynowo-skutkowego, szerokiego zarysu wydarzeń politycznych i ich wpływu na ten konkretny region. Dopiero wydarzenia najnowsze opisane są z większym rozmachem i to one najbardziej wpływają na losy konkretnych jednostek. Tak samo jest w przypadku ostatnich postaci - Stahl wyraźnie poświęciła najwięcej czasu na stworzenie ich charakterów i losów. 

Co ciekawe z całego szeregu postaci w pamięci pozostały mi tylko kobiety, które wydają się być silniejsze od mężczyzn. Jedna z nich - piękna Tanja sprowadziła do domu męża oswojonego niedźwiedzia, który był zazdrosny o partnera swojej pani. Historia nierealna i tragiczna, ale wyróżniające się na tle innych losów. W całej powieści zresztą nie brak tragicznych śmierci, niewyjaśnionych zaginięć i nadprzyrodzonych niemal zdolności. 

Może taka jest rola opasłych sag, że trudno zapamiętać wszystkie postaci, jednak w przypadku tej powieści pierwsze słowo jakie nasuwa mi się, gdy myślę o charakterach to mdłe. Niby autorka wyraźnie starała się wybrać postaci nietuzinkowe, ale opisanie ich życia na kilkudziesięciu stronach spłyca każdą historię. Być może lepiej byłoby skoncentrować się na jednym rodzie, a może nie jestem stworzona do bycia czytelniczką sag. O ile sobie przypominam, podobne odczucia miałam po lekturze Drogi do domu Yaa Gyasi. 

Nie mogę powiedzieć, że dzięki tej powieści lepiej poznałam historię Prus, bo mam wrażenie, że nie wniosła ona nic nowego a, co gorsza, nawet nie była dobrą rozrywką. Wiele dłużyzn musiałam po prostu przetrwać. Jak już wyżej wspomniałam - wielkim mankamentem jest brak szkicu powiązań rodzinnych a także umiejscowienia na mapce gospodarstw i dworków, w których odgrywa się akcja. 

Moja ocena: 3/6

E.G. Stahl, Die Mücke im Bernstein, 509 str., Bastei Lübbe 2009. 

poniedziałek, 21 stycznia 2019

"Język Trolli" Małgorzata Musierowicz


Obawiam się, że powoli wkraczam na ten etap Jeżycjady, gdy kolejne tomy są tak przesłodzone i nierealne, że aż zęby przy czytaniu bolą. Głównym bohaterem Języka Trolli jest Józinek - dziewięcioletnie dziecko, oczywiście idealne. Józef jest odpowiedzialny, zaradny, troskliwy, milczący. Jego jedyną wadą jest niechęć do kuzyna Ignasia. Mając za matkę postrzeloną i gadatliwą Idę a za ojca wiecznie nieobecnego lekarza, Józef w wieku dziecięcym jest głową rodziny. Zajmie się siostrą, podsunie rozwiązanie, pomoże, zadba o posiłek. Ideał. Ale to nie jedyna nierealna postać w tej książce.

Tytułowa Trolla to dziewczynka równie nietuzinkowa jak Józinek. Starsza od niego o kilka lat, chodzi do tej samej szkoły, Józef poznaje ją przypadkiem podczas lekcji zastępczej i od razu się w niej zakochuje. Stanisława Trolla ma bowiem wyjątkowy dar zjednywania sobie ludzi, epatowania dobrem, a do tego jest wyjątkowa. O jej życiu zbyt wiele się nie dowiadujemy - czytelnik oczywiście, w przeciwieństwie do Józefa, domyśla się, że dziewczyna jest ciężko chora. Trolla otoczona jest rodziną siostry, która wyszła za mąż za obywatela Jamajki. Ta rozśpiewana i muzykalna rodzina prowadzi otwarty, pełen dzieci dom - coś jak Borejkowie tylko bardziej egzotycznie. Dlaczego Stasia mieszka z nimi, a nie z rodzicami za granicą i skąd właściwie się tam znalazła i kto się nią opiekuje, nie jest specjalnie jasne. Zakładam, że jej talent muzyczny był przyczyną zamieszkania z siostrą (Stanisława nagrywa płytę ze szwagrem), ale nie jest to dla mnie dostateczne wytłumaczenie w obliczu ciężkiej choroby dziewczyny.

W opozycji do pełnych miłości rodzin Józka i Stasi stoją niewyrozumiali, oschli nauczyciele, nieżyciowa szkoła i oczywiście jak zwykle zakorkowane ulice.

Nie przeczę, że Musierowicz ma talent, jej język jest rzutki a książkę czyta się błyskawicznie, nie można jednak po niej oczekiwać realizmu, lepiej traktować ją jako lekturę pocieszycielkę z gatunku fantasy.

Moja ocena: 3/6

Małgorzata Musierowicz, Język Trolli, 208 str., Akapit Press 2004.

sobota, 19 stycznia 2019

"Deutsche Nasz" Ewa Wanat


Berlin to moje miasto, mieszkałam tam ponad piętnaście lat, poznałam wiele zakamarków, zaułków, tajemnic, mieszkałam w różnych dzielnicach, rozmawiałam z wieloma Berlińczykami, słyszałam dziesiątki opowieści i wspomnień. Nigdy jednak nie można wiedzieć wszystkiego, Ewa Wanat spojrzała na Berlin inaczej. Przyjrzała się jego wielokulturowemu obliczu, spotkała ciekawe osoby, które podzieliły się z nią swoimi historiami, odkryła nowe dla niej fakty, zrewidowała swoje poglądy, a także doszukiwała się historycznych przyczyn niektórych z zachowań.

To książka o wolności, tolerancji, swobodzie, różnorodności. Zawsze odbierałam Berlin jako miasto, w którym można wszystko. Włożyć, co się chce, zachowywać się, jak się chce, żyć, jak się chce. Widziałam na ulicach chyba wszystko i nikogo to nie dziwiło, mnie po pewnym czasie też już nie. Berlin mnie fascynował - kulturą, zielenią, wodą i historią. Tam historia jest namacalna, wszechobecna i mimo że jest przerażająca, nie ma w tym mieście negatywnej, przygnębiającej atmosfery. Części muru berlińskiego są kolorowe, tam, gdzie przebiegała granica są zieleńce, lasy czy centra handlowe. Co krok trafić można na wmurowane w chodnik kamienie z nazwiskami żydowskich mieszkańców stojących obok kamienic.

To paradoksalnie mur przyczynił się do atmosfery bohemy, swobody obyczajowej i tolerancji - Berlin Zachodni był schronieniem dla dziwaków wszelkich maści, odizolowanym od świata kolorowym miejscem. I o tym wszystkim pisze Wanat, koncentrując się jednak na wydarzeniach jak najbardziej współczesnych - uchodźcy, których jeszcze tylu w Berlinie nie było, gdy opuszczałam to miasto w 2014, są jednym z głównych tematów. Autorka wspomina właśnie przeczytaną przeze mnie powieść Jenny Erpenbeck, co było dla mnie świetnym smaczkiem.

Deutsche Nasz nie jest to zbiorem faktów i statystyk, to prawdziwe historie, to spotkania, zdziwienia i odkrycia - prawdziwe osoby i ich losy. Wanat bada wszystkie aspekty wolności - słowa, wyznania, orientacji i preferencji seksualnej, wyboru. Co jednak ważniejsze, nie jest nachalna, ani krzykliwa - z wyczuciem prowadzi swojego czytelnika od rozmówcy do rozmówcy i wprowadza w swój berliński mikrokosmos.

Genialny tytuł, genialna treść, genialne ujęcie tematu - Ewa Wanat opisuje mój Berlin, dokonała tego, czego ja, zajęta życiem, nie dokonałam przez tyle lat w Berlinie. Poznała to miasto lepiej, dogłębniej i różnorodniej. Polecam do czytania i powrotów, do zagłębiania i zakochania w stolicy Niemiec.

Moja ocena: 5/6

Ewa Wanat, Deutsche Nasz, 336 str., Świat Książki 2018.

niedziela, 13 stycznia 2019

"Iść, szedł, poszedł" Jenny Erpenbeck


Bardzo rzadko zdarza się, że czytam książki, które podobały się mojemu mężowi - sięgamy po zupełnie inny rodzaj literatury. Ta powieść była jednak dla niego bardzo nietypowa i skoro mu się podobała, koniecznie chciałam się dowiedzieć dlaczego. Zaczynając lekturę, nie miałam pojęcia o czym ta książka jest, oczywiście znałam autorkę, wysłuchałam nawet kilku wywiadów z nią i zakładam, że będzie to współczesna powieść z kobietą w roli głównej. Nic z tego! To powieść współczesna, powiedziałabym nawet, że bardzo aktualna i powinna koniecznie trafić w ręce polskich czytelników. Erpenbeck zainspirował do jej napisania wielomiesięczny protest uchodźców na Oranienplatz w Berlinie. Miał on miejsce tuż przed moją wyprowadzką z Niemiec, czyli w latach 2013-2014. Grupa uchodźców protestowała przeciwko konwencji dublińskiej, która nakazuje staranie się o azyl w pierwszym kraju unii, do którego dany uchodźca przybył. Nie trzeba za bardzo kombinować, żeby domyślić się, że w przeważającej ilości przypadków są to Grecja, Włochy czy Hiszpania. Kraje, gdzie dla uchodźców pracy nie ma.

W powieści Erpenbeck głównym bohaterem jest Richard - emerytowany profesor uniwersytecki, filolog klasyczny. Richard mieszka w jednej z zielonych, spokojnych dzielnic Berlina wschodniego, od kilku lat jest wdowcem i prowadzi dość nudne życie. Stała rutyna wyznacza rytm jego dni - zakupy, przyrządzenie posiłków, spacery, czytanie, pisanie, rzadkie spotkania z sąsiadami i znajomymi. W domu wszystko przypomina żonę - nie sprzątnięty od lat wieniec adwentowy, skrupulatnie opisane pudła z dekoracjami świątecznymi itd. Gdy Richard pewnego dnia przypadkowo obserwuje uchodźców, zaczyna interesować się tematem. Odnajduje dom, w którym zostają zakwaterowani po usunięciu ich z Oranienplatz i decyduje się na nieśmiałe odwiedziny i rozmowy. Stopniowo poznaje bliżej tych mężczyzn, a przede wszystkim ich życiorysy i zmartwienia. Ci straumatyzowani chłopcy i mężczyźni walczą z własnymi lękami i cierpią z powodu życia w zawieszeniu, borykają się z pytaniem, dokąd pójść, jeśli nie wiedzą sami, gdzie jest ich miejsce. Wszyscy widzieli śmierć bliskich, tortury, przeżyli karkołomną przeprawę z Morze Śródziemne, wszyscy tęsknią za ojczyzną i wszyscy chcieliby wrócić. Jeśli jednak nie mogą wrócić, chcieliby pracować, a nie wegetować w ośrodku. Richard coraz bardziej angażuje się w pomoc mężczyznom, odwiedza ich w kolejnych ośrodkach, zaprasza do domu. Kontrast między konserwatywnym, bardzo  Richardem, a mężczyznami o zupełnie odmiennym tle kulturowym jest fantastyczny.

Erpenbeck wpadła na świetny pomysł pokazania problemów uchodźców i ich konfrontacji z Niemcami właśnie na przykładzie Richarda. Wszystkie jego cechy są tak typowe, że stanowi on wzór praNiemca. Pochodzi z byłego NRD, co w samo sobie już jest dowodem na niechęć do obcych, żyje według ściśle ustalonych rutyn, prowadzi dobrze sytuowane, solidne finansowo życie. Problem uchodźców mógłby go zupełnie nie obejść. Jest na emeryturze, stoi u schyłku życia, żyje w swoim mikroświecie, który nagle zostaje kompletnie odwrócony do góry nogami. Świetnie to widać na przykładzie jego bliskich znajomych - opowieści o spotkaniach z uchodźcami są początkowo niczym wspomnienia z egzotycznego urlopu, tak jakby Richard opowiadał o czymś, co dzieje się setki kilometrów od Berlina.

Mimo że doceniam pomysł Erpenbeck i książka mi się podobała, to początkowo nie potrafiłam się wgryźć w prozę autorki. Wydawała mi się nudna, mało porywająca, nie potrafiłam wyczuć, w którym kierunku zmierza narracja. Musiałam dać jej czas, by docenić prozę Erpenbeck. To bardzo ważna powieść o człowieczeństwie i o sensie życia. Czytajcie!

Moja ocena: 5/6

Jenny Erpenbeck, Gehen, ging, gegangen, 352 str., Knaus Verlag 2015.

piątek, 11 stycznia 2019

"Wiara, miłość, śmierć" Peter Gallert, Jörg Reiter

 


Jeśli chodzi o kryminały, mam wrażenie, że przeczytałam już wszystko. Dobrze, że to tylko moje wrażenie, bo jednak czasem trafiają się książki, które potrafią mnie zaskoczyć. Czasem zagadką, czasem tłem historycznym, a czasem osobą śledczego. Tak właśnie było w przypadku bohatera tego kryminału. Martin Bauer jest ewangelickim duchownym policyjnym, który przypadkowo zostaje wplątany w śledztwo dotyczące samobójstwa policjanta. Bauer wątpi w teorię o samobójstwie, a że jest bardzo dociekliwy, poszukiwania zaprowadzą go w przeróżne zakątki Duisburga.

Kryminał bowiem mocno osadzony jest w tym mieście - postindustrialne klimaty, opuszczone budynki, przerobione na parki byłe kopalnie, kominy, dzielnica czerwonych latarni i Ren - to wszystko odgrywa bardzo ważną rolę. Osoby znające Duisburg na pewno odkryją tu wiele smaczków, autorzy bowiem często drobiazgowo opisują ulice czy budynki. 

Samobójstwo popełnia policjant Walter Keunert - popełnia je dwa razy, za pierwszym bowiem ratuje go Martin Bauer, pierwszy skacząc z mostu. Keunert, siłą rzeczy próbuje uratować duchownego i porzuca swój plan. Bauer myśli, że udało mu się odwieść policjanta od zamiaru zabicia się, to jednak złudne przeczucia, policjant ginie po upadku z dachu garażu. Duchowny zaczyna wątpić w siebie, swoją wiarę w ludzi i dobro na świecie. Śledztwo ląduje na biurku szefowej wydziału kryminalnego - Vereny Dohr. Dohr i Bauer się lubią, oboje ironiczni, sarkastyczni wręcz świetnie się uzupełniają, choć Bauer ma tendencję do bycia samotnym strzelcem i niechętnie dzieli się z Vereną swoimi odkryciami. 

Bauer jest upierdliwy, podąża za swoim przeczuciem i puka do tych samych drzwi kilka razy. Wbrew wszystkim przesłankom nie wierzy w samobójstwo policjanta i obawia się o jego syna. Syna, który jest w wieku córki Bauera. Nina przebywa jednak właśnie we Francji na demonstracji i wszystko wskazuje na to, że wpadła w poważne kłopoty. Duchowny ciągle musi wybierać, czy zająć się córką, czy dynamicznie rozwijającym się śledztwem. A to nie wszystko, co przygotowali w swoim debiucie autorzy (znani zresztą z scenariuszy seriali kryminalnych) - jeden z wątków opisuje warunki w dzielnicy czerwonych latarni, gdzie rumuńskie nastolatki zarabiają na godniejsze życie, inny natomiast zaprowadzi do jedynego na świecie statku, który umożliwia ludziom badanie dna Renu z zachowaniem przy tym suchej stopy. 

Ten kryminał to nie tylko zagadka i śledztwo, ale wiele szczegółów, dobrze zarysowany miejski koloryt, techniczne detale, rozważania o religiach (nawet o buddyzmie), sensie pracy i życia a także wartka akcja. Jeśli czytelnika nie zaskoczy rozwiązanie śledztwa, to autorzy przyszykowali na sam koniec niespodziewany zwrot w życiu głównego bohatera. A ja wam zdradzę, że w drugim tomie jest jeszcze ciekawiej!

Moja ocena: 5/6

Peter Gallert, Jörg Reiter, Glaube Liebe Tod, 416 str., Ullstein Buchverlage 2017.
Peter Gallert, Jörg Reiter, Wiara, miłość, śmierć, tł. Anna Bittner, Wydawnictwo INITIUM 2019.

czwartek, 10 stycznia 2019

"Podróże z owocem granatu" Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor



Ponieważ podobały mi się obie dotychczas przeczytane książki Sue Monk Kidd, zdecydowałam się na zakup tej autobiograficznej powieści. Kidd kończy pięćdziesiąt lat i boryka się z rozterkami tego wieku - dorosłość córki, starzenie się, cel w życiu, zmiany, jakie zachodzą w jej ciele. Córka natomiast ma inne problemy - ie zostaje przyjęta na wymarzone studia i to wpędza ją w depresję. 

Obie kobiety naprzemiennie opowiadają o swoich doświadczeniach i uczuciach podróżując wspólnie w Grecji i Francji. Ich rozważaniom towarzyszą liczne odwołania do kultury helleńskiej, a przede wszystkim do mitologii. Szczególnie mit o Demeter i Persefonie stanowi alegorię ich stosunku. Obie kobiety łączy jedno pragnienie - zostania pisarką. Nie wiedzę tego jednak, bo niemal ze sobą nie rozmawiają. Obie są skoncentrowane na sobie, rozważają wciąż i wciąż swoje problemy, nie zauważając otaczającego ich świata i nie dostrzegając samych siebie. 

O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć problemy matki, to te córki są zupełnie oderwane od rzeczywistości. Być może nie udało się jej przedstawić swojego stanu dostatecznie, ale nie jestem w stanie uwierzyć w depresję, której opis opiera się na jednym zdaniu. Dziewczyna dostaje list odrzucający jej podanie i w tym momencie wpada w depresję. Nagle. Być może tak było, ale nie widzę w tej książce ani jednego symptomu tej choroby, tylko powtarzane wciąż i wciąż te same rozważania. Nawet opis mężczyzny, którego wybiera na męża wydaje się być nieudany. Ciągle miałam przed oczami średnio inteligentnego osiłka, za to nie widziałam nigdzie entuzjazmu ze wspólnie spędzanego czasu.

Rozważania obu kobiet bardzo mocno osadzone są w kulturze, feminizmie, autorki odwołują się do wielu motywów, ale ciągle nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ślizgają się po temacie, nie sięgają do głębi, a mistyczne odwołania do Maryi, rodzicielki i matki były niemal śmieszne.

W moim przekonaniu to nieudana powieść, którą ratuje jedynie dobre tłumaczenie.

Moja ocena: 3/6

Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor, Podróże z owocem granatu, tł . Marta Kisiel-Małecka, 312 str., Wydawnictwo Literackie 2016.

wtorek, 8 stycznia 2019

"Dziewczyny wojenne" Łukasz Modelski


Jedenaście młodych kobiet, a raczej dziewczyn opowiada swoje losy. To kobiety bardzo różne - dzieli je niemal wszystko: pochodzenie, miejsce zamieszkania, wykształcenie, rodzina. Łączy jedno - konspiracja. Większość z nich trafiła do podziemia przypadkowo. Dla każdej z nich pomoc była oczywista, a decyzja podejmowana była na gorąco, spontanicznie. Zapewne żadna z nich do końca nie spodziewała się, co ją czeka. A przeżyły wiele - więzienie, tortury, śmierć, stratę. Opowiadają o tym bezpretensjonalnie, szczerze, jak o zwykłym życiu. Ratowanie innych się im przytrafiało, mimochodem niemal. Poświęcanie własnego życia było oczywistością. Co ciekawe, każda z nich myślała podobnie, niezależnie czy była studentką, pochodzącą z dobrego, zamożnego domu czy biedną dziewczyną ze wsi na wschodnich krańcach Polski.

Losy każdej z bohaterek są tak fascynujące, że wystarczyłyby na osobną powieść. Niestety Modelski nie potrafił ująć tego tematu dostatecznie ciekawie. Czytając Dziewczyny wojenne, miałam w pamięci książki Aleksijewicz i zapewne dlatego nie potrafię docenić reportażu Modelskiego, który jest przykładem, jak znudzić czytelnika, mając na warsztacie tak wyjątkowe życiorysy. Do końca lektury nie zrozumiałam, dlaczego niektóre z fragmentów zostały wyszczególnione kursywą i napisane w trzeciej osobie. Zapewnie miał to być narrator, który uzupełnia opowieści kobiet, ale w wielu miejscach te wstawki nie były potrzebne lub burzyły płynność opowieści. W zasadzie dopiero dwie ostatnie relacje zachowały naturalną potoczystość i faktycznie brzmiały autentycznie. Pozostałe wydały mi się ugładzone, na siłę ulepszone. Doceniam oczywiście pracę reporterską autora, zapewne niełatwą, a także chęć ukazania często w wojennych relacjach pomijanych kobiet. Przyznam, że nie znałam losów ani jednej z opisanych dziewczyn.

Moja ocena: 3/6

Łukasz Modelski, Dziewczyny wojenne, 305 str., Wydawnictwo Znak 2011.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Podsumowanie roku 2018

Choć nie piszę mojego podsumowania tak późno jak rok temu, ale pewnie i tak jestem jedną z ostatnich. Mimo to, mam nadzieję, że nie macie jeszcze przesytu i spojrzyjcie także na moje podróże literackie ubiegłego roku.


Przeczytałam 99 książek, ale tylko o tysiąc więcej stron niż rok wcześniej, co oznacza, że mimo że samych pozycji było więcej, to czytałam mniej więcej tyle samo. Tym razem jednak znalazła się wśród nich jedna książka, której nie byłam w stanie przeczytać do końca, ale o tym później.

Nadal wśród moich lektur dominuje polska literatura i chyba się to nie zmieni. Oto do jakich krajów trafiłam w 2018 roku:

Polska - 42
Niemcy - 11
USA - 6
Czechy - 5
Francja - 3
Norwegia - 3
Islandia - 3
Portugalia - 3
Australia - 1
Austria - 1
Białoruś - 1
Szwecja - 2
Bośnia i Hercegowina - 1
Chiny - 1
Finlandia - 1
Ghana - 1
Mauritius - 1
Meksyk - 1
Pakistan -1
Palestyna - 1
Słowacja - 1
Węgry - 1

Odwiedziłam więc 22 kraje, w tym Mauritius, Palestynę i Słowację po raz pierwszy.

Bardzo mnie cieszy, że czytałam aż w czterech językach: 77 książek przeczytałam po polsku, 16 po niemiecku, 4 po angielsku i 2 po portugalsku. W zeszłym roku czytałam zdecydowanie więcej po polsku niż zazwyczaj, co oznacza, że czytałam sporo książek nagromadzonych na półkach. 

Nadal czytam więcej książek napisanych przez kobiety niż przez mężczyzn. Aż 58 książek napisały kobiety, tylko 34 mężczyźni, przeczytałam dwie książki napisane przez duet kobiety i dwie przez dwóch mężczyzn, dwa razy autor był zbiorowy. 

Przeczytałam aż 43 książki papierowe, głównie z półki, a także 43 e-booki i wysłuchałam 13 audiobooków. 

4 razy sięgnęłam po noblistów, przeczytałam także kilka laureatek Nagrody Nike oraz Deutscher Buchpreis. Mam nadzieję, że w tym roku skończę wreszcie czytanie wszystkich nagrodzonych powieści w przypadków dwóch ostatnich wyróżnień. 

A na koniec oczywiście lista książek, które poruszyły mnie najbardziej lub po prostu mi się podobały:

"Deutsche Nasz" Ewa Wanat

W tym roku najbardziej rozczarowały mnie książki, które nagradzano, czyli dwóch noblistów Kazuo Ishiguro i jego "Pogrzebany olbrzym" oraz Gao Xingjian i "Góra duszy" (to właśnie jedyna książka, której nie przeczytałam do końca). Zupełnie nie trafił do mnie także Andrzej Stasiuk z "Jadąc do Babadag". 

Jak już wyżej wspominałam w tym roku chciałabym przeczytać wreszcie wszystkich laureatów Nike i Deutscher Buchpreis, kontynuować czytanie noblistów oraz więcej czytać wspólnie z innymi blogerkami i blogerami. W maju na przykład po raz drugi będę czytać wraz z Jeden akapit, tym razem "Nostalgię" Mircei Cartarescu. Innych planów nie mam - chciałabym dokończyć czytanie Jeżycjady, co zapewne nastąpi niebawem, a potem kontynuować czytanie kolejnych cyklów mojego dzieciństwa. Bardzo się cieszę, że czytałam z półki i mam nadzieję w tym roku wyraźnie zmniejszyć liczbę zalegających na niej książek. 

Teraz zamierzam przejrzeć wasze podsumowania i plany, bardzo jestem ich ciekawa. Życzę wam i sobie, by udało nam się je zrealizować i po prostu dużo czytać!

czwartek, 3 stycznia 2019

Stosikowe losowanie 1/19 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowych (w stosie 100 książek) - 34
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Anny (w stosie 216 książek) - 21
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 10 książek) - 8
Maniaczytania wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 150 książek) - 6
Marianna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 99 książek) - 65
Guciamal wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 291

środa, 2 stycznia 2019

Podsumowanie stosikowego losowania 2018

2018

Styczeń

Guciamal: Zofia Posmysz "Wakacje nad Adriatykiem"
Niekoniecznie papierowe: Jerzy Pilch "Pod nocnym Aniołem"
McDulka: Michał Pasterski "Efektywna nauka"
ZwL: Emil Zola "Kartka miłości"
Anna: Elżbieta Cherezińska "Królowa"
Marianna: Ida Fink "Podróż"
Maniaczytania: Amy Thomas "Paryż, mój słodki"

Luty

McDulka: Sempé, Goscinny "Mikołajek"
Anna: Sylwia Chutnik "Jolanta"
Marianna: Bunin "The Gentleman from San Francisco and Other Stories"
Mania czytania: Paul Britton "Profil mordercy"
ZwL: Monika Sznajderman "Fałszerze pieprzu"
Guciamal: Anna Iwaszkiewicz "Dzienniki"
Niekoniecznie papierowe: Michel Warschawski "Izrael i polityka planowego zniszczenia"

Marzec

ZwL: Perec Opoczyński "Reportaże z warszawskiego getta"
McDulka: Sy Montgomery "Dobra świnka, dobra"
Anna: Zygmunt Miłoszewski "Domofon"
Maniaczytania: Strugaccy "Wycieczka na tamten świat"
Guciamal: P. Englund "Srebrna maska"

Kwiecień

McDulka: Lewis "Trylogia kosmiczna"
Maniaczytania: Leszek Herman "Sedinum"
Guciamal: Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Lampart"
ZwL: Wasiljew "Tak tu cicho o zmierzchu"
Anna: David Mitchell "Atlas chmur"
Marianna: Abdul Rahman Munif "Miasta soli. Zagubieni"

Maj

Anna: Wojciech Kuczok "Obscenariusz"
ZwL: Centkiewiczowie "Człowiek, o którego upomniało się morze"
Marianna: Andrzej Stasiuk "Dukla"
Niekoniecznie papierowe: Ariel Dorfman "Death and the Maiden"
Maniaczytania: "Człowiek, który pokochał Yngvego" Tore Renberg
Guciamal: "Borgiowie" Roberto Gervaso

Czerwiec

Anna: Anna Janko "Mała zagłada"
Maniaczytania: A. Makowski "Bez przebaczenia"
Guciamal: Jacek Dehnel "Matka Makryna"
McDulka: Mario Reading "Kodeks Majów"
ZwL: Ewa Szelburg-Zarembina "Opowiadania"
Marianna: Anna Bikont "Sendlerowa. W ukryciu"

Lipiec

Marianna: Hanna Krall "Sześć odcieni bieli i inne historie"
Anna: Mariusz Urbanek "Brzechwa. Nie dla dzieci"
McDulka: Małgorzata Wilka "Podwójny uśmiech Mona Lisy"
Guciamal: Emil Zola "Jego ekscelencja Pan Minister Rougon"
Niekoniecznie papierowe: Charles Dickens "Christmas Carol"
ZwL: Mollie Gillen "Maud z Wyspy Ks. Edwarda"
Maniaczytania: "Wojna i pokój"

Sierpień

Anna: Hans Joachim Störig "Die Sprachen der Welt"
Marianna: Alain Mabanckou "Black Bazar"
ZwL: "Wichrowe wzgórza"
Maniaczytania: "Mieszko, ty Wikingu"
Niekoenicznie papierowe: Peter Sabach "Dowód osobisty"
Guciamal: Anatole France "Zbrodnia Sylwestra Bonnard"
McDulka:

Wrzesień

Anna: Ewa Nowcka "Małgosia contra Małgosia"
Guciamal: "Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie" Joanna Kuciel-Frydryszak
Maniaczytania: Paweł Pollak "Kanalia"
ZwL: Akunin "Nefrytowy różaniec"
Niekoniecznie papierowe: Anna Król "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie"

Październik

ZwL: Vladimir Neff "Trzynasta komnata"
Maniaczytania: Anna Fryczkowska "Z grubsza Wenus"
Anna: Marek Krajewski "W otchłani mroku"
McDulka: Robert B Cialdini "Mała wielka zmiana"
Guciamal: Lubecki "Łza i morze"

Listopad

ZwL: Czapski "Na nieludzkiej ziemi"
Maniaczytania: J.K. Rowling "Harry Potter i Komnata Tajemnic"
Anna: Łukasz Modelski "Dziewczyny wojenne"
Guciamal: Andre Maurois "Olimpio, czyli życie Wiktora Hugo"

Grudzień

Maniaczytania: Lucy Maud Montgomery "Emilka ze Srebrnego Nowiu"
Anna: Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor "Podróże z owocem granatu"
ZwL: Joanna Ostrowska "Przemilczane"
Guciamal: Fabiani "Gawędy o sztuce"
Niekonieczniepapierowe: Alberto Moravia "Rzymianka"

niedziela, 16 grudnia 2018

Stosikowe losowanie 1/19


Zapraszam do zgłaszania się do rundy styczniowej! Pary rozlosuję 1 stycznia lub kilka dni później, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

sobota, 15 grudnia 2018

"Harry Potter i więzień Azkabanu" J.K. Rowling


Myślę, że do lektury tego cyklu zachęcać nikogo nie trzeba, tak samo jak do wersji ilustrowanej. Ten tom czytałam po raz trzeci, tym razem na głos dziewięcioletniemu synowi. I mimo, że była to moja trzecia lektura, to ponownie odkrywałam wiele szczegółów, które mi umknęły albo o których zwyczajnie zapomniałam. Ilustracje Jima Kaya miały ogromny wpływ na odbiór książki, a także zupełnie zmieniały dynamikę czytania na głos. Pamiętam, że córce czytałam zwykłą wersję, bez obrazków i wspominam to bardzo monotonnie i nużąco. Teraz sporo czasu spędziliśmy na analizowaniu ilustracji, dyskusji, czy wizja Kaya jest zgodna z naszymi wyobrażeniami, a także na odszukiwaniu szczegółów i szczególików. Przyznam, że było to tym przyjemniejsze, że bardzo odpowiada nam kreska ilustratora. 





Inaczej także spojrzałam na treść tego tomu, ale nie tylko. Odkąd kilka miesięcy temu rozpoczęliśmy lekturę tego cyklu, utwierdzam się w moim przekonaniu o złożoności fabuły tych książek i tym, że nawet mój, bystry zresztą, dziewięciolatek jest za mały, by wszystko zrozumieć. Wiele godzin spędziliśmy na dyskusjach o złożoności świata Rowling, syn ciągle i ciągle wracał do kwestii dementorów, istoty Voldemorta, powiązań między Snapem a rodzicami Harry'ego. Z każdym tomem ta tematyka się komplikuje i staje bardziej wyrafinowana. Dlatego bardzo się cieszę, że nie pozwoliłam na wcześniejsze obejrzenie ekranizacji tych powieści. Z radością obserwuję frajdę syna i jak zatapia się w świecie Hogwartu. Przeżywa te książki tak, jak ja, będąc dzieckiem, przeżywałam moje lektury. To wspaniałe obserwować, jak pracuje jego wyobraźnia, jak składa elementy poznawanego świata, jak myśli o tym, co przeczytaliśmy przez wiele dni.


W tym tekście powinnam pisać o ilustracjach, ale nie mogę dodać nic więcej, niż to, co napisałam w tekstach o poprzednich tomach. Jesteśmy zachwyceni tymi wydaniami. Kreska Keya wspaniale wprowadza w świat Rowling, jest dynamiczna i pełna emocji. Jest dla nas tym, czym była dla mnie ilustracje Szancera, gdy byłam mała. Mam nadzieję, że niebawem wydany zostanie kolejny tom, bo syn chce czytać dalej.

Moja ocena: 6/6

J.K. Rowling, Jim Kay, Harry Potter i więzień Azkabanu, tł. Andrzej Polkowski,328 str., Media Rodzina 2017.

czwartek, 13 grudnia 2018

"Weisswurstconnection" Rita Falk


Franz Eberhofer to jeden z moich ulubionych policjantów. I choć seria od dawna już nie jest tak świeża jak pierwsze tomy, to kontynuacji nie odpuszczę. Tych książek trzeba słuchać, bo Christian Tramitz czyta tak, że nie można się oderwać, idealnie oddając bawarski akcent i koloryt powieści.

W Niederkaltenkirchen właśnie otwarto hotel - w ostatnim tomie jego budowa wywołała we wsi niemal zamieszki. Budynek jednak już stoi i planowane jest wielkie otwarcie. Szefostwo ma tylko jeden problem - trupa w wannie. I to takiego trupa, którego należy się pozbyć skrycie, żeby nie zaszkodzić opinii hotelu. Na posterunku jest Franz, który robi wszystko, by zadbać o bezkonfliktowe rozwiązanie sprawy, tymczasem babcia i pół wsi wszystko wie, bo nigdzie plotki nie rozchodzą się tak szybko jak w Niederkaltenkirchen. Chcąc nie chcąc, Franz rozpoczyna, opieszale jak zwykle, śledztwo, które odrywa go od tak ważnych wydarzeń jak budowa domu wraz z nielubianym bratem Leopoldem czy parada karnawałowa we wsi, którą należy obstawić na wypadek zamieszek.

Okazuje się, że pod jego nosem nawiązała się w wioskowej knajpie grupa pod znakiem białej kiełbasy - otóż w hotelu wykiwano Flötzingera, wioskowego hydraulika, który miał mieć zleconą pieczę nad wszystkimi instalacjami w obiekcie. Tego grupa nie można puścić płazem, od czego już  bliski krok do powiązań z morderstwem. Trup z wanny bowiem nie popełnił samobójstwa, lecz ktoś mu dopomógł, a wszystko wskazuje na to, że była to tajemnicza kobieta.

I jak to bywa w Niederkaltenkirchen, śledztwo sobie, a życie sobie. Na szczęście jest jeszcze niezawodny Rudi, kolega Franza, którego pomoc znacznie popycha działania policyjne do przodu.

Książki Rity Falk to gwarancja przedniej rozrywki, uwielbiam te bawarskie smaczki i wioskową atmosferę. Franzowi na razie pozostaję wierna.

Moja ocena: 4/6

Rita Falk, Weisswurstconnection, czyt. Christian Tramitz, 304 str., Der Audio Verlag 2016.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Mary Ann Shaffer, Annie Barrows



Ta książka-wędrowniczka przyfrunęła do mnie z Niemiec i gdyby nie ta akcja, pewnie nigdy bym nawet nie wpadła na pomysł jej przeczytania. Tymczasem to bardzo przyjemna i w pewnym sensie pouczająca lektura. 

Autorki wybrały formę listów, by opisać wydarzenia - akcja rozgrywa się tuż po wojnie, w większości na Guernsey. Juliet jest pisarką i w poszukiwaniu nowego tematu do felietonów i kolejnej powieści, trafia na niezwykłą grupę ludzi na tej wyspie. Podczas okupacji Guernsey całkowicie odcięta była od lądu i mieszkańcy zdani byli na łaskę okupanta, co szczególnie miało wpływ na zaopatrzenie żywnościowe. Mieszkańcy próbowali nielegalnie trzymać świnie, co było skrupulatnie kontrolowane przez Niemców. Podczas jednego z nalotów, rezolutna Elisabeth wytłumaczyła spotkanie w jednym z domów klubem książkowym. Od tego czasu wyspiarze zaczęli czytać i rozmawiać o książkach. Zaciekawiona tą historią Juliet, wybiera się na Guernsey i zakochuje się w krajobrazie wyspy i jej mieszkańcach. Tam poznaje smutne wojenne losy mieszkańców, szczególnie Elisabeth, która została wysłana do obozu i musiała opuścić malutką córeczkę. 

Styl listów Juliet jest bardzo lekki, dowcipny, autoironiczny i to one dominują w powieści, odpowiedzi, które otrzymuje służą tylko poszerzeniu wiedzy czytelnika i podtrzymaniu narracji. Taka kompozycja powieści powoduje, że czyta się ją błyskawicznie. Mnie bardzo przypadła do gustu sama Juliet - podobał mi się jej dystans do siebie oraz miłość do książek. Nie ma dla niej milszego zajęcia niż buszowanie po księgarniach, uwielbia rozmawiać o książkach i przebywać wśród nich. Jednym słowem to moja bratnia dusza. Autorki bardzo umiejętnie łączą lekki styl z tematyką wojenną, czyniąc tę powieść uroczą i pouczającą zarazem. To sztuka pisać o wojnie i jej grozie takim stylem, zarazem jej nie trywializując. 
Po lekturze od razu poszukałam zdjęć z Guernsey i wrzuciłam tę wsypę na listę miejsc do odwiedzenia.

Moja ocena: 5/6

Mary Ann Shaffer, Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, tł. Joanna Puchalska, 255 str., Świat Książki Warszawa 2018.

sobota, 8 grudnia 2018

"Wyspa" Sigríður Hagalín Björnsdóttir


Nieco sceptycznie podeszłam do tej książki, ale chciałam wrócić do czytania literatury islandzkiej, której kiedyś, z racji mojej pracy, czytałam bardzo wiele, więc zdecydowałam się na zakup. Jak wiadomo na niewielkiej Islandii pisarzy jest bez liku, stąd mój sceptyzm, zwłaszcza, że ta powieść jest debiutem Sigríður. Przez sporą część książki nie mogłam się więc wyzbyć wrażenia, że to niezbyt udana powieść, ot kolejne czytadło, ale stopniowo pochłaniała mnie wizja autorki i nagle okazało się, że nie mogłam przestać słuchać. Myślę, że Wyspa będzie ciekawsza dla osób, które znają Islandię i specyfikę tej wyspy.

Sigríður przedstawia scenariusz współczesnej katastrofy. Otóż pewnego dnia zostaje zerwana łączność ze światem: nie działa Internet, samoloty i statki znikają z radarów, wszystkie alternatywne i awaryjne ścieżki łączności są martwe. Nikt nie wie dlaczego. Premier i prezydent Islandii są w Europie, więc szybko utworzony zostaje sztab kryzysowy i ustanowiony nowy premier i prezydent. Nikt nie wie, jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy, pojawiają się najdziwniejsze teorie o katastrofie, którą przetrwała tylko Islandia. Wyspa staje przed szeregiem problemów - przede wszystkim kwestią wyżywienia a także kilkudziesięciu tysięcy turystów i cudzoziemców, którzy przebywają w kraju. Mimo usilnych prób zachowania porządku, zaczyna szerzyć się anarchia.

Te wydarzenia dotykają Hjaltiego i jego byłą partnerkę. Hjalti jest dziennikarzem, który ma bliskie kontakty z nową premier, Maria i jej dwójka dzieci są cudzoziemcami. Mają wprawdzie islandzkie paszporty, ale kobieta pochodzi z Hiszpanii, a jej młodszy syn jest ciemnoskóry. Maria była skrzypaczką, ale z chwilą, gdy najważniejsze jest zdobywanie jedzenia, nikogo nie interesuje muzyka poważna. Hjalti miota się między tym, co widzi na ulicach, a tym, co głosi rząd. Gdy staje się pomocnikiem nowej premier i tworzy dla niej propagandowe teksty, ta przepaść staje się coraz wyraźniejsza. Dzieci i młodzież tworzą gangi i komuny, w których żyją wspólnie i razem zdobywają jedzenie z ostatnich jeszcze nie do końca splądrowanych sklepów. Na ulicach rządzą nowe siły, których rzekomych zadaniem jest utrzymanie porządku, a tak naprawdę są brutalną bojówką, szykanującą cudzoziemców i turystów. Gdy zaczyna brakować leków, ludzie zaczynają umierać na dotychczas niegroźne choroby.

Słuchając tej powieści, podświadomie szukałam słabych punktów w wizji Sigríður. I faktycznie, jej dystopia nie miałaby racji bytu, gdyby została umiejscowiona w którymś z europejskich krajów. Na Islandii świetnie się sprawdza, znając Islandczyków z przerażeniem podążałam za narracją. Świetnie potrafiłam sobie wyobrazić jak izolacja i surowy klimat wyspy ograniczają szansę zapewnienia wyżywienia takiej liczby osób. Największym zaskoczeniem jednak była dla mnie rosnąca niechęć, a potem nienawiść do cudzoziemców. W obliczu katastrofy, stają się oni zbędni, co więcej umniejszają szanse przeżycia rdzennych Islandczyków.

Podobała mi się konstrukcja powieści - połączenie wydarzeń po katastrofie i sprzed. Początkowo sądziłam, że dzielą je lata, nie spodziewałam się, jak szybko może nastąpić rozkład w społeczeństwie, jak wątpliwa i krucha jest jego stabilność i nie wątpię, że dotyczy to tylko Islandii. Brak jedzenia i kontroli niszczy wszelkie humanitarne odruchy, a ludzi zamienia w hordę zwierząt.

Mimo moich niezbyt wysokich oczekiwań, polecę wam więc tę książkę. Nie spodziewajcie się jednak islandzkich krajobrazów, a nastawcie na dość uniwersalną opowieść o upadku więzi społecznych.

Moja ocena: 4/6

Sigríður Hagalín Björnsdóttir, Wyspa, tł. Jacek Godek, czyt. Andrzej Ferenc, 288 str., Wydawnictwo Literackie 2018.

środa, 5 grudnia 2018

"Południca" Julia Franck


To najbardziej zaskakująca książka, jaką ostatnio przeczytałam. Powieść subtelna i dosadna zarazem, o kobietach i mężczyznach, o obcości, o wojnie, która toczy się gdzieś w tle, ale jest, o rodzicielstwie, o matkowaniu, o miłości i o filozofii. I zapewne o jeszcze wielu, wielu innych kwestiach, bo przekonana jestem, że każdy odnajdzie w niej coś innego i każdego poruszy inny aspekt.

W pierwszym rozdziale obserwujemy powojenną scenerię w Szczecinie, Rosjanie rabują i gwałcą. Młoda kobieta Alice, pielęgniarka i jej syn próbują opuścić miasto pociągiem. Gdy im się to udaje, matka opuszcza syna na jednym z dworców. Franck zostawia czytelnika z tą sceną i od razu przerzuca go wstecz do Budziszyna u progu XX wieku, gdzie w bardzo dziwacznym domu dorastają dwie dziewczyny. Marthę i Helene dzieli dziewięć lat a łączy poniekąd kazirodczy związek. Nie mogą one liczyć na troskę i miłość matki, która żyje w swoim własnym świecie pełnym bibelotów, gratów, śmieci i zbieranych wszędzie drobiazgów. Matka nigdy nie przynależała do miejscowej społeczności, jako obca z pochodzenia i wyznania, miłością otaczał ją tylko ojciec, który teraz jest na wojnie. Dziewczyny zdane są więc na siebie i gdy nadarza się okazja do wyjazdu do Berlina i zamieszkania u dalekiej ciotki nie zastanawiają się ani chwili. Franck świetnie oddała stosunki w niewielkim mieście, ale jeszcze lepiej wyszedł jej koloryt Berlina lat 20. Dziewczyny zatapiają się w dekadencji stolicy - mają kontakty z artystami, bohemą, chadzają do klubów, są wyzwolone, zmieniają styl bycia i ubierania się. Helene zakochuje się w studiującym filozofię Carlu - ten związek nadaje jej życiu sens, oboje snują plany na przyszłość, które jednak nie zostaną zrealizowane. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z dalszej narracji, bo z pewnością ucierpiałaby na tym przyjemność lektury. Ta powieść jest jednak tak pełna wydarzeń, myśli, nawiązań, że nawet w tym fragmencie, który powyżej streściłam, można odnaleźć o wiele więcej wątków.

Dlaczego więc twierdzę, że Południca mnie zaskoczyła - przede wszystkim nie spodziewałam się takiej treści a czytając ciągle się zastanawiałam dokąd mnie autorka zawiedzie. Narracja była dla mnie całkowicie nieprzewidywalna, losy Helene zaskakujące. Ponadto zdumiewało mnie osadzenie akcji w kontekście społeczno-historycznym. Wojna ma ogromny wpływ na losy opisanych kobiet, ale nie jest ona tak wszechobecna jak w innych powieściach i takie jej ukazanie czyni ją groźniejszą. Przerażającą. Oczywiście uwikłanie w uwarunkowaniach politycznych ma ogromny wpływ na życie, ale ja jestem skłonna widzieć tę powieść bardziej jako analizę stosunków między matką i córką. Odrzucenie przez matkę ma wpływ na całe życie Helene, a także na jej macierzyństwo. Zresztą sama Helene jest zagadkowa - czasem zimna i niedostępna, a równocześnie współczująca i troskliwa. Zastanawiam się czy tytułowa południca to nawiązanie do niej czy raczej do matki. W moim odczuciu to żadnej z nich nie pasuje. Sama autorka odnosi tę legendę do Helene, która wraz z rosnącymi problemami staje się coraz cichsza, małomówna i niedostępna. 

Południca to ten typ powieści, o których jeszcze długo się myśli, pamięta, rozważa. Z upływem czasu coś innego staje się ważniejsze, inny szczegół zaprząta myśli. Moim zdaniem to jedna z najlepszych laureatek Deutscher Buchpreis.

Moja ocena: 5/6

Julia Franck, Die Mittagsfrau, 430 str., S. Fischer Verlag 2007.


"Kalamburka" Małgorzata Musierowicz



Kalamburka jest najbardziej nietypowym tomem Jeżycjady. Mało tu perypetii rodzinnych, bo główną bohaterką jest Mila, czyli mama Borejko. Musierowicz opowiada o jej życiu i historii poznania Ignacego, cofając się w czasie. Każdy rozdział to kolejny etap życia najpierw dorosłej, potem nastoletniej i wreszcie całkiem malutkiej Mili.

Podczas pierwszej lektury Kalamburki, życie Melanii Borejko było dla mnie na pewno, choć tego nie pamiętam, sporym zaskoczeniem. Oczywiście jej historia zakochania się w Ignacym jest dość szablonowa i typowa dla Jeżycjady, osiłkowatego Zbysława i liczne zbiegi okoliczności włączając. Nie specjalnie mi się podoba wartościowanie pracy Mili, która sztuki teatralne pisze w ukryciu, na kolanie, w kuchni między jednym garem, a drugim. Nie czuję takiej gloryfikacji ukrywania talentu i zdolności pisarskich. Mam wrażenie, że w oczach autorki właśnie to czyni Milę taką świetną - potrafi ogarnąć dom, zająć się dziećmi, nagotować, przypilnować wnuków i machnąć wybitną sztukę. No sorry, ale ja w to nie wierzę. I odbija mi się tą skromnością i umniejszaniem własnej pracy.

Podobało mi się za to tło powieści - Musierowicz bardzo starannie i wiernie opisała ówczesne wydarzenia w Poznaniu, sytuację polityczną, nastroje w społeczeństwie. Ta powieść to w zasadzie mała lekcja historii lokalnej. Dla współczesnego, młodego raczej, człowieka zupełnie niezrozumiałe będą warunki mieszkaniowe, marzenia ówczesnych dzieci czy nastolatków, zainteresowania, sposób spędzania czasu. Cały ten koloryt naprawdę świetnie autorce wyszedł.

Opisanie historii rodziców sióstr Borejko dobrze temu cyklowi zrobił - nadał mu szerszego wymiaru, łatwiej teraz zrozumieć powiązania rodzinne, niektóre zachowania Mili i Ignacego. Mimo moich wątpliwości co do samej postaci Kalamburki, to jeden z lepszych tomów Jeżycjady.

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Musierowicz, Kalamburka, 286 str., Akapit Press 2001.

niedziela, 2 grudnia 2018

Stosikowe losowanie 12/18 - pary

Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 99 książek) - 44
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 222 książki) - 111
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1150 książek) - 1111
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 43 książki) - 37
Maniaczytania wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowe (w stosie 150 książek) - 15