wtorek, 19 listopada 2024

Stosikowe losowanie – grudzień 2024


 

Zacofany w lekturze wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 7 książek) - 3
Agnes wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 17 książek) - 15
Maniaczytania wybiera numer książki dla Anny (w stosie 226 książek) - 216
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 33 książki) - 13
Gucia wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 47 książek) - 37
Katarzyna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 233
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 1233

niedziela, 17 listopada 2024

"Lot" Lynn Steger Strong


Henry, Martin i Kate są rodzeństwem i od zawsze razem spędzają Boże Narodzenie. Zawsze u matki, zawsze na Florydzie. Z czasem dołączyli do tej tradycji ich partnerzy i dzieci. Gdy jednak Helen zmarła, wszystko się zmieniło. Święta mają spędzić u Henry'ego i Alice na północ od Nowego Jorku i zdecydować, co zrobić z domem po matce. Na razie jest wynajęty, ale planują go sprzedać i podzielić zysk. Jednak Kate ma inny pomysł – jej rodzinie nie wiedzie się zbyt dobrze finansowo i chciałaby poprosić braci i ich żony o możliwość zamieszkania na Florydzie, gdzie ma nadzieję na lepszą przyszłość dla jej rodziny. Dużą rolę odgrywają tu także względy sentymentalne – Kate jako najmłodsza z rodzeństwa bardzo tęskni za matką, która dla wszystkich była ważną figurą. Miała charyzmę, była nietuzinkowa i potrafiła wszystkich połączyć w całość, unikając konfliktów. Bez problemów akceptowała zięcia i synowe. 

Steger Strong opowiada historię każdej z szóstki postaci, ale z perspektywy kobiet. Poznajemy bliżej Tess, Alice i Kate, ale także podopieczną Alice, która pracuje w opiece społecznej. Pomaga tam bardzo zdolnej dziewczynce Maddie, której dwudziestotrzyletnia matka miała przejściowe kłopoty i na pewien okres straciła dziecko. Autorka szkicuje przede wszystkich rozterki matek – nadopiekuńczej Tess, która sprawia jednak wrażenie zimnej i nieprzystępnej robiącej karierę kobiety, bardzo ciepłej Kate, która całkowicie poświęciła się rodzicielstwu oraz Alice, której nie udało się urodzić dziecka. W przeciwwadze mamy Quinn, która została matką w wieku szesnastu lat i także boryka się z obowiązkami i trudnościami, jakie dotykają wszystkie kobiety. 

Amerykanka dobrze opisuje napięcia panujące w rodzinie, równocześnie zwracając uwagę, jak bardzo wspólnota łączy i daje siłę. Cztery kobiety są na tyle różne, że pozwalają nam poznać odmienne perspektywy i odczuwanie rodzicielstwa, świata, własnych problemów, ale i dostrzec, jak wiele je łączy. Autorka wprowadza tu wiele wątków. Zwraca uwagę na nierówności społeczne, na to, jak pochodzenie determinuje postrzeganie nas przez otoczenie, jak status finansowy decyduje o naszym być lub nie być. 
Najbardziej zaskakującym i zarazem trywialnym jest jednak wątek wspólnoty rodzicielskich przeżyć, napięć na linii matka-ojciec, problemów z dziećmi, ciągłego gotowania, podawania, przebierania, zabawiania i zamartwiania się. 

Steger Strong wprowadza tu także wątek poszukiwań, który nadaje powieści dynamiki, choć jego zakończenie, podobnie jak zamknięcie pozostałych wątków jest zaskakująco niebłyskotliwe i nudne. Narracja Amerykanki wielokrotnie przypominała mi skandynawskie powieści rodzinne – podobne rozmowy, rodziny, problemy, ale w przeciwieństwie do nich ona za bardzo chce domknąć wątki i dać czytelniczce rozwiązanie. Myślę, że jakaś nuta niedopowiedzenia dała by tej powieści głębszego wymiaru.
Lot czyta się wartko, dobrze wchodzi się w głowy bohaterów, z łatwością można odszukać punkty wspólne z własnymi doświadczeniami, a że akcja dzieje się 22 grudnia, warto sięgnąć po nią w święta. 

Moja ocena: 4,5/6

Lynn Steger Strong, Lot, tł. Dobromiła Jankowska, 256 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

sobota, 16 listopada 2024

"Na czworakach" Miranda July


 

Główna bohaterka powieści ma czterdzieści pięć lat i planuje podróż z Los Angeles do Nowego Jorku. Niespodziewany zastrzyk pieniędzy chce spożytkować na tygodniowy pobyt w Wielkim Jabłku, a podróż planuje odbyć samochodem. To oznacza dłuższe rozstanie z mężem i dzieckiem. Po długim planowaniu wreszcie wyrusza, ale dociera zaledwie do przedmieść Los Angeles. Przewidywane niemal trzy tygodnie urlopu spędza w Monrovii – niewielkim miasteczku rzut beretem od jej domu, gdzie zaczyna odkrywać własne pragnienia, szczególnie te seksualne. 

Ta wyprawa odmieni życie kobiety, zwłaszcza to intymne oraz relację z mężem. Będzie ona poszukiwać sensu swojej egzystencji, ale i definiować swoje potrzeby i relację z własnym ja. Jako że to wiek dość przełomowy w życiu kobiety, July pisze sporo o menopauzie, zmianach w ciele i duszy, seksualności – jednym słowem to powieść o kryzysie wieku średniego w żeńskim wydaniu. I taka rzecz miała duże szanse trafić w mój gust, szczególnie że pisarstwo July znam i cenię. Jednak tu pasuję. Mimo że w głównej bohaterce zachodzą zmiany wewnętrzne, to wydają się być sprowadzone do seksualności właśnie. July wplotła w narrację ogromną ilość opisów seksu wszelkiego rodzaju. bez wyraźnej potrzeby. Żeby były one jeszcze w jakiś sposób podniecające, ciekawe, zachęcające, ale są całkowicie beznamiętne i wydają się służyć tylko sztuce dla sztuki. Dużo ciekawszy wydaje się być wątek traumatycznych przeżyć kobiety związanych z narodzinami dziecka. Rzadka i nagła patologia (krwotok płodowo-matczyny) zazwyczaj stanowi śmierć noworodka, co odbiło się na zdrowiu psychicznym matki. Męczona flashbackami bohaterka musi sobie radzić z tą sytuacją, a wspólnota przeżyć jest tu jednym z ważnych czynników. Wolałabym, żeby July bardziej rozpracowała ten temat. Podobnie ma się rzecz z dzieckiem, które wychowywane jest neutralnie płciowo, niestety nie dostajemy żadnego wyjaśnienia tego stanu rzeczy.

Podsumowując, niestety ta powieść do mnie nie trafiła. Nie kupuję jej przesłania, o ile w ogóle jakieś ma, razi mnie przerost formy nad treścią, ale nie przeszkadza jej rzekoma "dziwaczność" – akurat ona pasuje i do bohaterki, i do środowiska, w którym się obraca.

Moja ocena: 3/6

Miranda July, Na czworakach, tł. Kaja Gucio, 448 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

środa, 13 listopada 2024

"Gąsienica" Rampo Edogawa


Rampo Edogawa tworzył w okresie lat 20. i 30. XX wieku, jego opowiadania wzorowały się na powieściach kryminalnych Agathy Christie czy Arthura Conan Doyle'a. Z czasem jego fascynacja przeniosła się na twórczość Edgara Allana Poe, od którego imienia i nazwiska powstał pseudonim Japończyka. 
Ten zbiór zawiera najbardziej reprezentacyjne teksty dla każdego okresu twórczości Edogawy, więc opowiadania różnią się stylistycznie. Pierwsze z nich to klasyczne opowieści kryminalne, które pokazują rozumowanie mordercy, szczegółowo oddają proces koncypowania zbrodni idealnej, a następnie przedstawiają detektywa, który dzięki wybitnej sztuce dedukcji odkrywa zamysł zbrodniarza. Kolejne teksty zawierają coraz więcej grozy, niepokoju, a nawet magii. Edogawa tworzy światy, które przerażają, równocześnie ukazując naturę człowieka. Jego bohaterowie to często znudzeni, bogaci mężczyźni, których zaczyna fascynować zbrodnia. Widziana jest ona jako źródło rozrywki, oderwanie od beznadziei dnia codziennego, sposób na wpływanie na losy innych. 

Pomysły Japończyka są zaskakujące, podobnie jak zakończenie niektórych z tekstów. Stolarz, który zamieszkuje w fotelu czy nieszczęśliwie zakochany mężczyzna, który przenosi się do niemal żywego obrazu pozostaną w mojej pamięci na zawsze. Podobnie ma się rzecz z jedynym tekstem, którego bohaterką jest kobieta. Tytułowa gąsienica to wprawdzie mężczyzna, ale to opiekująca się nim żona budzi grozę i zaskakuje swoim zachowaniem oraz reakcją na kalectwo męża. 

Edogawa posiadł zdolność zapuszczania się w najmroczniejsze zakątki ludzkiej duszy. Pisze o skrywanej chęci mordu, manipulowania, czucia władzy nad innym człowiekiem. Dobrze to widać w opowiadaniu o młodym człowieku, który obserwuje ludzi z poddasza. Ta wyższość, możliwość podglądania daje niebezpieczne poczucie władzy, które skłania do coraz drastyczniejszych kroków. Co ciekawe, mimo że te teksty mają około sto lat czytają się zaskakująco uniwersalnie i świeżo. 

Moja ocena: 5/6

Rampo Edogawa, Gąsienica, tł. Dariusz Latoś, 192 str., Wydawnictwo Tajfuny 2019.

wtorek, 12 listopada 2024

"Ja, która nie poznałam mężczyzn" Jacqueline Harpman


 

Dziewczynka spędziła całe dotychczasowe życie w klatce, nie ma przeszłości, nie ma wspomnień. Wraz z trzydziestoma dziewięcioma kobietami tkwi w klatce, pilnowana przez milczących strażników, bez możliwości kontaktu fizycznego. Kobiety są dorosłe, ale nie mają wiele wspomnień z tego, jak znalazły się w więzieniu. Mogą tylko podejrzewać, co się stało. Jako że ich klatka umieszczona jest w podziemiach, nie znają miary czasu, ani świata, w którym żyją. Ich rytm dobowy jest sztucznie regulowany. Pewnego dnia podczas wydawania jedzenia rozbrzmiewa sygnał alarmowy, strażnicy uciekają, a kobiety zostają pozostawione same sobie. Opuszczają klatkę i zaczynają odkrywanie świata, który zastały.

Nie zdradzając zbyt wiele z treści, dodam, że akcja ogranicza się do eksplorowania i poznawania zastanego otoczenia. Opowieść snuta jest z perspektywy Dziewczynki, która nie znała świata starszych kobiet i paradoksalnie lepiej radzi sobie w tym nowym otoczeniu. Jednak to nie akcja jest tu najważniejsza, a wiele innych tematów. Po pierwsze to życie w grupie oraz kontakt fizyczny. Co dzieje się z człowiekiem, który do takiego kontaktu nie ma dostępu? A co z takim, który się go nigdy nie nauczył?  Jak zrozumieć świat, którego się nigdy nie doświadczyło? Smaki, urządzenia, uczucia, przedmioty – to wszystko jest dla Dziewczynki obce. Jaki cel będzie miało życie w takim świecie? Jak sobie poradzić z samotnością? Jaką rolę odgrywa język, cyfry, pomiary, czas? I wreszcie jaki sens ma życie w ogóle?

To książka, która stawia ogrom pytań i daje wiele do myślenia. Jedna z lepszych dystopii, jakie czytałam. Pozostanie ze mną na długo.

Moja ocena: 5/6

Jacqueline Harpman, Ja, która nie pozałam mężczyzn, tł. Katarzyna Marczewska, 180 str., ArtRage 2024.

poniedziałek, 11 listopada 2024

"Izmir. Miasto giaurów" Marcelina Szumer-Brysz


Izmir – miasto w Turcji wyjątkowe, wyemancypowane, pełne sprzeczności, pulsujące życiem i historią. Izmir to także Turcja w pigułce. Szumer-Brysz pisząc o Izmirze, pisze o Turcji, sprowadzając ją do mikrokosmosu tego miasta. Trzeba od razu jednak napisać, że ta książka nie jest jednym reportażem, a raczej zbiorem tekstów, których punktem wspólnym jest to miasto. Rozmowy z różnymi osobami prowadzą jednak autorkę w niespodziewane strony i pozwalają spojrzeć na Izmir przez różne soczewki.
Jest więc ta historyczna, która pozwala dojrzeć różne narodowości, a raczej potomków tych emigrantów, którzy nadal noszą obce nazwiska, wyznają chrześcijanizm i pamiętają o swoim dziedzictwie. Jest też soczewka polityczna, która skupia się na życiu ojca narodu Mustafy Kemala Atatürka, ale i na współczesnych partiach i przekonaniach. Jest też soczewka feministyczna, dzięki której wiemy, że kobietom w Izmirze żyje się dobrze i że mają szansę na samostanowienie. I tradycyjna, pokazująca derwiszy i wróżenie z fusów. 

Autorka nie szuka oczywistości, a raczej osób nietypowych, nieznanych wydarzeń, tego, co ukryte za rogiem. Zabiera do wioski matematyków, ale i do ogrodu Homera, wędruje po tragach i promenadach, siada w kafejkach i spędza długie godziny nad turecką herbatą. 

Podobały mi się spostrzeżenia autorki, a zwłaszcza kontekst prywatny, który pozwala autorce spojrzeć na miasto i jej mieszkańców oraz mieszkanki z innej perspektywy. Jej doświadczenia nadają tym tekstom inny filtr, bardziej osobisty, który znowuż powoduje, że kupuję jej perspektywę. 

Mam jednak także pewne zarzuty wobec tego zbioru – wolałabym, gdyby ten reportaż był jedną całością, a nie właśnie osobnymi tekstami. W przypadku takich pojedynczych tekstów mam tendencję do zapominania, umykają mi poszczególne spostrzeżenia czy informacje. 

Moja ocena: 4/6

Marcelina Szumer-Brysz, Izmir. Miasto giaurów, 192 str., Wydawnictwo Czarne 2021.

piątek, 8 listopada 2024

"Psalm dla zbudowanych w dziczy" Becky Chambers


 

Chambers stworzyła świat w przyszłości, po erze robotów, gdy ludzkość stawia na dobroć i spokój, żyje w harmonii z naturą, ekologicznie i w poszanowaniu zdrowia psychicznego. Dex są mnichem herbacianym, które wędrując od wioski do wioski, serwują najlepsze napoje. Pewnego dnia jednak wyruszają w góry, w tereny niezamieszkałe, odległe i nieznane. Ich celem jest odnalezienie głębszego sensu w życiu, zrozumienie istoty egzystencji. Po drodze, niespodziewanie, spotykają robota, który jest pozostałością ery robotów i pragnie zrozumieć ludzi. Od tego momentu powieść wypełniają rozmowy – w większości urocze i w pewien sposób krzepiące. Robot dzięki swojej niewiedzy skłania Dex do przemyśleń i autorefleksji. Te dialogi są w pewien sposób filozoficzne, skłaniające do myślenia i przewartościowania swoich poglądów. 

Ta dystopia jest krzepiąca, daje nadzieję na przyszłość, pokazując, że godne życie będzie możliwe. To jednak książka z wyraźnym morałem, w pewnym sensie pouczająca. Jako że Chambers poświęca dość mało miejsca budowaniu świata, a więcej moralizatorstwu, odbieram tę książkę bardziej jako powiastkę filozoficzną. To powieść dla osób szukających spokoju, wrzucenia na luz, odpuszczenia, czyli dla mnie, ale przyznam, że sama narracja mnie nie zauroczyła. Owszem doceniam pomysł i konstrukcję postaci, ale brakuje mi szerszego opisu świata. Nie wykluczam jednak, że sięgnę po kolejny tom, bo mam wrażenie, ze warto dać tej autorce szansę. 

Moja ocena: 4/6

Becky Chambers, Psalm dla zbudowanych w dziczy, tł. Robert Kędzierski, Anna Krochmal, 184 str., Wydawnictwo Insignis 2024. 

czwartek, 7 listopada 2024

"Łakome" Małgorzata Lebda


Lebda stworzyła powieść o odchodzeniu, o towarzyszeniu w drodze ku śmierci. Narratorka wraz z swoją partnerką opiekuje się terminalnie chorą babcią, wchodząc w rytm wiejskiego domu i życia w nim. To opowieść bez pędzącej akcji, zasadzająca się na relacji z drugim człowiekiem i zwierzętami. Obie kobiety towarzyszą w odchodzeniu, bez presji, narzucania działań, zabiegów leczniczych, a z uwagą, czułością i wsłuchiwaniem się w to, czego chora sobie życzy. Równocześnie to opis życia na wsi i współistnienia ze zwierzętami. Dom dziadków stoi nad oborą, zapach krów przeniknął całe domostwo. Tuż obok jest natomiast rzeźnia, śmierć zwierząt jest więc codziennością. Wszystko kręci się wokół umierania, mięsa, znikania, pozostałości po zwierzęciu i człowieku.

Największą siłą tej książki jest język. Lebda, jako poetka, potrafi malować słowami, opisywać delikatnie i dosadnie, zwracać uwagę na najmniejsze szczegóły, odmalowywać rzeczywistość. Ja nie przepadam za prozą pisaną przez poetki czy poetów i miałam trudności z wejściem w tę książkę. Po jakimś czasie jednak przepadłam i rozsmakowałam się w języku i wrażliwości autorki. Wciąż nie twierdzę, że tę ostatnią podzielam, ale potrafię ją docenić. To też jest przyczyną, dlaczego ta książka nie przekonała mnie do końca. Mimo całego uroku zapewne nie pozostanie we mnie na długo. Niemniej doceniam temat i realizację, cieszę się, że nie jest to kolejny opis walki z chorobą, a raczej wyraz pogodzenia się z nieuniknionym, towarzyszenia i akceptacji. 

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Lebda, Łakome, 304 str., Społeczny Instytut Wydawniczy Znak 2023.

środa, 6 listopada 2024

"Juno" Anna Dziewit-Meller


Aleksandra i Marianna – dwie siostry, bardzo różne kobiety. Pierwsza mieszka w Warszawie, matkuje trójce synów, pracuje i próbuje pisać powieść. Druga mieszka w rodzinnej wiosce na Mazurach, pracuje jako manicurzystka i usilnie stara się zajść w ciążę. Łączy je terminalnie chory ojciec. I poczucie winy. Jest ono zresztą tematem przewodnim tej powieści, a autorka bada go z wielu perspektyw. Mamy tu więc kredyty i długi, ale nie tylko te finansowe, ale pożyczki emocjonalne i rodzinne. I dużo śmierci. Dziewit-Meller twierdzi, że pisze o zwykłym życiu zwykłych ludzi, nie szukając spektakularnej fabuły ani katharsis. I taka ta powieść faktycznie jest – to wycinek z życia tych bohaterek, zlepek wydarzeń, niefortunnych zbiegów okoliczności, przypadków, marzeń i celów. 

Aleksandra jest mi bliższą bohaterką – zaganianą, rozerwaną między dziećmi i sobą, wyrywającą z codzienności kawałki czasu dla siebie, marzącą o napisaniu książki. Ta powieść ma opisać postać siedemnastowiecznej astronomki Marii Kunitz – kobiety światłej i wybiegającej ponad swoje czasy. Przydługi fragment o jej życiu nie wnosi jednak nic do fabuły, służy zapewne tylko przybliżeniu tego, co zajmuje myśli Aleksandry. 

Dziewit-Meller jak zwykle przekonała mnie swoim stylem – lekkim, ale nie banalnym, pełnym humoru, ale nie prześmiewczym, spostrzegawczym. Bardzo dobrze rozumie kobiety i ich problemy, a przede wszystkim potrafi o nich pisać. Juno jako całość jednak mnie rozczarowało. Po pierwsze formalnie. O ile bardzo lubię, gdy narrator mruga okiem do czytelniczki i komentuje fabułę, to tutaj było tego zbyt wiele. Ten zabieg dystansował mnie na tyle od powieści, że stałam się obserwatorką, a nie uczestniczką wydarzeń, nie kibicowałam żadnej z bohaterek, bo czułam się odsunięta na pozycję greckiego chóru. Mam także zastrzeżenia do samej fabuły, która wprawdzie spełnia swoje zadanie ukazania fragmentu życia przypadkowych osób, lecz mnie zupełnie nie pochłonęła. Winię za to te częste zwroty narratora do czytelniczki, które szatkują wątki i wybijają z rytmu. 

Juno po poprzednich, świetnych powieściach Dziewit-Meller to jednak dla mnie rozczarowanie. 

Moja ocena: 3/6

Anna Dziewit-Meller, Juno, 304 str., Wydawnictwo Literackie 2024.

poniedziałek, 4 listopada 2024

"Ten, którego szukam" Bae Suah


 

Ta niewielka nowela zawiera w sobie wiele treści, ale przede wszystkim uwodzi atmosferą. Bae Suah wykreowała nostalgiczny, duszny klimat oraz bohaterkę, która zaskakuje swoimi zmianami nastroju. To dwudziestokilkuletnia kobieta, która dorywczymi pracami utrzymuje cała rodzinę. Młodszą siostrę, która wciąż chodzi do szkoły, matkę alkoholiczkę oraz brata, który zbiera pieniądze na wyjazd do pracy do Japonii. Owa bohaterka ima się różnych prac, bo jej wykształcenie nie jest dość dobre, by zrobić karierę. To również osoba, która nie jest asertywna, chce wszystkim dogodzić i zgadza się na rzeczy dla niej niekomfortowe. Tak się ma sytuacja z jej niby chłopakiem, który odbywa służbę wojskową. Bohaterce trudno mu odmówić, gdy spotyka się z nim podczas przepustki, ale także nie potrafi wymsknąć się z rąk natarczywej matki. 

Kobieta puszcza i chwyta szanse, nie mając narzędzi, by z nimi to przysłowiowe coś zrobić. Poddaje się zmianom nastroju, chwilowym impulsom, ale nie może przeskoczyć przypisanej jej społecznie roli. Jej pole manewru jest ograniczone płcią, wykształceniem, miejscem zamieszkania i statusem rodziny. Równocześnie autorka kusi się na rozważania na temat przemijania, ulotności i roli człowieka w świecie.

Bae Suah utkała w swojej narracji wiele zaskakujących motywów, poetyckich wręcz wstawek, niezrozumiałych na pierwszy rzut oka nawiązań, zwodząc czytelniczkę na manowce. Ta lektura wymaga skupienia, otwarcia na nietypowe i zapewne ponownego podejścia. Przyznam jednak, że mnie te zabiegi nie kupiły. Podobnie jak nie chwycił nastrój tej prozy. Doceniam piękny styl i udane tłumaczenie, ale treściowo nieco się z nią rozminęłam. 

Moja ocena: 3,5/6

Bae Suah, Ten, którego szukam, tł. Joanna Pienio-Danielak, 72 str., Tajfuny 2023.

sobota, 2 listopada 2024

"Niewidzialni" Pajtim Statovci


Arsim mieszka w Prisztinie, jest młodym studentem, marzy o pisaniu książek, ma żonę i jest Albańczykiem. Pewnego dnia w kawiarni przypadkiem poznaje Miloša – studenta medycyny i Serba. Taka kombinacja narodowości z końcem lat 90. nie wróży niczego dobrego, a jeszcze gorzej wróży, że obaj się w sobie zakochują. Rozpoczyna się karkołomny związek, zwłaszcza, że żona Arsima zachodzi w ciążę, a wojna jest na wyciągnięcie ręki. Rodzina Arsima decyduje się na ucieczkę, Miloš zostaje.

Statovci opowiada tę historię z perspektywy Arsima, Miloša poznajemy dzięki zapiskom z jego dziennika. To wszystko przeplatane jest regionalną legendą o Bolli – wężokształtnym stworze, diable, która stanowi swoistą metaforę związku obojga. Obaj mężczyźni wplątani są w niejednoznaczne sytuacje, obaj walczą z traumami. Arsima nie sposób polubić, jego wybory są egoistyczne, nieprzemyślane, zarazem to postać bardzo autentyczna, ludzka. Ktoś, kto się myli, popełnia błędy, miota się w życiu, żyje mrzonkami. Pozornie ten bardziej pozytywny Miloš jest ofiarą wojny, straumatyzowany nie ma szans na dalsze, normalne życie, a z jego zapisków wynika bardzo niejednoznaczny obraz. Równie ciekawa jest postać Ajsze – żony Arsima. To fantastycznie skonstruowany charakter, kobieta, która się rozwija, rośnie wraz ze swoimi zadaniami. 

Niewidzialni to językowy majstersztyk, Statovci nie boi się przeskoków w czasie, dwutorowej narracji, wplatania legend i peozji, doskonale panując nad swoją powieścią. Równocześnie historia obu mężczyzn jest poruszająca i skłania do przemyśleń na temat uwikłania w historii, naszych wyborów, odpowiedzialności za drugą osobę, słabości.... Dobra proza, polecam.

Moja ocena: 5/6

Pajtim Statovci, Niewidzialni, tł. Adam Sandach, 240 str., Wydawnictwo Pauza 2024.

czwartek, 31 października 2024

Stosikowe losowanie – listopad 2024

 


Agnes wybiera numer książki dla Anny (w stosie 229 książek) - 117
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 36 książek) - 16
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 333
ZwL wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 58 książek) - 44
Katarzyna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 133
McDulka wybiera numer książki dla Guci (w stosie 44 książki) - 33
Gucia wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 8 książek) - 1

"Łowcy skór. Tajemnice zbrodni w łódzkim pogotowiu" Tomasz Patora


Pamiętam dobrze czasy, gdy odkryto aferę łowców skór w łódzkim pogotowiu. Jak cała Polska śledziłam doniesienia z niedowierzaniem i grozą. Dziś po lekturze tej książki wiem o tej aferze niemal wszystko. Patora był jednym z trzech dziennikarzy, którzy nieprawidłowości odkryli i poświęcili się odkryciu całej patologii, która stała za początkowym handlem skór. Autor odtworzył tę sprawę od samego początku, to znaczy od pierwszy doniesień o układach z zakładami pogrzebowymi, które płaciły za informację o zgonie. Następnie stopniowo odkrywa, jak daleko ów handel zaszedł. Każdy zgon oznaczał pieniądze, a stąd krótka droga do preferowania wyjazdów karetkom do pacjentów potencjalnie zagrożonych zgonem lub w stanie agonalnym. Takie wyjazdy oznaczały szybkie i łatwe pieniądze. Następnym krokiem było przyspieszanie, a wreszcie prowokowanie śmierci pacjentów, by sprzedać ich ciało, czy, jak to się mówiło w pogotowiu, skórę. Aż trudno uwierzyć, że znaleźli się sanitariusze i lekarze, którzy zaangażowali się w taki proceder. Groza, brak słów, rozpacz, niedowierzanie – można to nazwać na wiele sposobów.

Patora stworzył reportaż, można powiedzieć, kompletny. To nie tylko historia tego konkretnego przestępstwa, ale także opowieść o tym, jak trójka reporterów pracowała nad rozwikłaniem tej sprawy i doprowadzeniem jej aż do sądu. W tym reportażu jest sporo Tomasza Pakory, ale ma to pełne uzasadnienie. Autor opisuje bowiem trudności w trakcie śledztwa, problemy w zbieraniu informacji, sposób działania dziennikarzy, a potem już służb. Reportaż zakończył także obszernym podsumowaniem na temat kar i skali działalności katów z pogotowia. W przypadku tej książki to wartościowa i ważna perspektywa! 

Łowcy skór to wstrząsający reportaż, który może zachwiać wiarą w ludzi, jeśli ktoś ją w ogóle jeszcze ma. Wypowiedzi świadków, przestępców i osób zaangażowanych w śledztwo są przerażające. Co ciekawe, autor pokusił się na analizę przyczyn, które doprowadziły do tak karygodnego działania w pogotowiu. Kwestia niełatwa i zawikłana, cieszę się jednak, że się tego podjął. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Tomasz Patora, Łowcy skór. Tajemnice zbrodni w łódzkim pogotowiu, 368 str., Wydawnictwo Otwarte 2023.

niedziela, 27 października 2024

"I cóż, że o Szwecji" Natalia Kołaczek


O Szwecji wie się powszechnie dość sporo, przynajmniej takie mam wrażenie, Natalia Kołaczek dorzuciła jednak do tego sporą cegiełkę wiedzy. Ta publikacja to zbiór wielu ciekawostek z różnych dziedzin. Kołaczek nie skupia się na jednym temacie, a raczej gawędzi o różnych szwedzkich kuriozach i zwyczajach, zahaczając o wiele dziedzin życia i korzystając ze swojej wiedzy zdobytej podczas studiów filologicznych oraz podczas licznych pobytów w tym kraju. Dzięki swojej pracy i praktykom miała okazję poznać wiele Szwedek i Szwedów, a co za czym idzie, pogłębić swoją wiedzę na temat szeroko pojętej szwedzkości. 

Kołaczek porusza więc szeroką gamę tematów – zachowania codzienne, szwedzkie wynalazki i innowację, językowe ciekawostki, święta, muzykę, obala popularne mity i stereotypy, a także wchodzi w tematy bardziej delikatne, jak rodzina królewska czy napływ emigrantów.

Tej książki bardzo przyjemnie się słucha, odnosiłam wrażenie, że sporo się dowiedziałam, ale jednak po lekturze sporo wiadomości mi uleciało – zapewne dlatego, że było ich tak wiele. Zaskoczona byłam także, jak często wysnuwałam paralele do Niemiec. 

To przyjemna, informacyjna lektura, napisana ze swadą, rzutko, która pozwala pogłębić swoją wiedzę szwedofilkom i szwedofilom. Nie jest to przewodnik czy typowa opowieść o własnych doświadczeniach, lecz bardziej osobisty leksykon, zbiór ciekawostek i anegdot. 

Moja ocena: 4/6

Natalia Kołaczek, I cóż, że o Szwecji, 248 str., Wydawnictwo Poznańskie 2017. 

piątek, 25 października 2024

"Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu" Jacek Hołub


Hołub po raz kolejny bierze na tapet osoby w pewien sposób wykluczone. Wszystko mam bardziej poświęcił tym, które są w spektrum autyzmu. I ponownie zasadza swój reportaż na rozmowach, pozostając empatycznym, wyrozumiałym słuchaczem. Oddając głos tym osobom, najlepiej przedstawia, czym jest życie w spektrum. I że każda osoba ma inaczej. Mimo sporej liczby cech wspólnych, każda z postaci jest bardzo różna i ma swój zestaw objawów, które jej najbardziej przeszkadzają lub utrudniają życie w świecie osób neurotypowych.

Hołub rozpoczyna jednak od wyjaśnienia pojęcia spektrum autyzmu, zespołu Aspergera oraz całej związanej z tym nomenklatury. I już na tym etapie przekonał mnie swoją empatią, dbałością o odczucia osób ze spektrum, a także o to, by mówić o nich tak, jak sobie tego życzą. Następnie poznajemy szereg ludzi w spektrum albo tych, którzy się nimi zajmują czy są rodzicami. Większość z rozmówczyń i rozmówców Hołuba to osoby potocznie nazywane wysokofunkcjonującymi (tego określenia już się nie używa), bo właściwie tylko one są w stanie odpisać, w jaki sposób odczuwają swoją inność czy trudności. To często osoby, zwłaszcza kobiety, zdiagnozowane w wieku dorosłym, które nauczyły się maskować swoje niedostosowanie, a ich historie są smutne, pełne cierpienia i niezrozumienia. Jest też ojciec, który założył ośrodek dzienny dla dorosłych w spektrum, którzy mogą tam spędzić wartościowo czas, bez przymuszania do terapii i prób nauczenia czegoś wbrew ich samym. Jest matka wyczerpana zajmowaniem się synem i w tej opowieści najbardziej widać całkowite zaniedbanie takich osób przez państwo. 

Hołuba można by czytać i czytać, aż chciałoby się, by przytoczył tych historii więcej, bo mógłby zahaczyć o rodziców dzieci, z którymi nie ma kontaktu, o to, jak wygląda takie życie na prowincji, gdzie nie ma ośrodków i żadnej pomocy. Myślę jednak, że głównym celem tego reportażu było pokazanie, jak odczuwają świat osoby w spektrum, co ich boli, drażni, przeszkadza. Dzięki tej książce udało mi się wejść w buty tych ludzi, faktycznie zrozumieć, co jest problemem, jak doświadczają stworzone przez neurotypowych otoczenie. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Jacek Hołub, Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu, 248 str., Wydawnictwo Czarne 2024.

czwartek, 24 października 2024

"Tudo é rio" Carla Madeira


 

W niewielkim brazylijskim miasteczku życie toczy się swoim rytmem. Dewotki latają do kościoła, dziwki pracują tuż obok, a pozostali szukają szczęścia i miłości w codzienności. Dalva i Venâncio są zwykłą parą, wyróżniającą się zaledwie wielką miłością. Tak wielką, że tchu brak. Jest tylko jeden problem – zazdrość. Venâncio sobie z nią nie radzi i popełnia wielki błąd, z powodu którego będzie cierpiał przez lata. 
Zupełnie inny żywot wiedzie Lucy, która jest prostytutką z zamiłowania. Uwodzi, manipuluje, uwielbia swoją pracę, co jest solą w oku dla wielu dewotek i nie tylko. 

Madeira podjęła w swojej powieści tematy niezwykle trudne – przemoc domową, zdradę, pedofilię – pokazując, jak mogą się rozwijać i istnieć we właściwie zdrowym środowisku. Autorka szkicuje historię poszczególnych bohaterów, by ukazać, dlaczego są i reagują w ten, a nie inny sposób. Nie usprawiedliwia, nie wskazuje palcem przyczyn, pozostawia czytelniczce decyzję i interpretację. Spotkałam się z wieloma negatywnymi opiniami, zarzucającymi jej gloryfikację przemocy czy właśnie pedofilii, ale ja czytam tę książkę zupełnie inaczej. Widzę tu obraz ludzi, którzy borykają się ze swoim losem, z tym, co zrobili źle i którzy próbują ułożyć sobie życie po tym i z tym, co się wydarzyło. Podobnie ma się rzecz z Lucy – najszczęśliwszą prostytutką świata, która w zasadzie jest niezwykle samotna, a swoje poczucie wartości buduje na zdobywaniu mężczyzn. 

Autorka w tej niewielkiej powieści ujęła bardzo szeroką gamę tematów, historii ludzkich, nie pomijając refleksji na temat życia i przedstawienia emocji najważniejszych bohaterów. Widać tu wewnętrzną walkę Dalvy i Venância, ból i cierpienie obojga. I choć nie zadawala mnie do końca zakończenie, to jest ono na tyle otwarte, że mogę z nim żyć.

Co w tej powieści najbardziej zachwyca, to język Madeiry. Operuje krótkimi, wręcz urywanymi zdaniami, które zarazem potrafią być bardzo poetyckie. Jej metafory, porównania są często zaskakujące, zwłaszcza że przeplatane są językiem bardzo potocznym, zwłaszcza gdy autorka opisuje zachowania Lucy w pracy. 

Madeira jest jedną z najpoczytniejszych autorek w Brazylii, a jej debiut odniósł ogromny sukces w tym kraju. Ja na pewno sięgnę po jej kolejne powieści.

Moja ocena: 4,5/6

Carla Madeira, Tudo é rio, 210 str, Record 2021.

środa, 23 października 2024

"Mieszko. Wyjście z cienia" Daniel Komorowski


O pierwszym władcy Polski niewiele wiadomo – ówcześni Piastowie byli niepiśmienni, nie pozostawili po sobie murowanych budowli ani innych artefaktów. Możemy opierać się na przypuszczeniach oraz informacjach zawartych w aktach innych państw czy ludów. Wiele tego nie jest. Planując więc pisanie powieści o Mieszku, trzeba mieć wiele fantazji, inwencji twórczej i dobry pomysł na fabułę.
Daniel Komorowski swój pomysł zasadził aż na kilka tomów, opisując w tym życie Mieszka na długo przed objęciem tronu. Według jego pomysłu (bazującego na niektórych źródłach) Mieszko został wygnany przez ojca, zmienił imię i został konungiem, który bratał się z Wikingami i królem Danii. Całkiem dobrze sobie ułożył życie, parając się grabieżami i napadami oraz ciesząc się poważaniem wśród wojów. Pogodził się z tym, że nie dla niego scheda po ojcu i tron kniaźowski, który miał przypaść jego bratu Czciborowi. Wszystko jednak ułożyło się inaczej. 

Komorowski opisuje naprzemiennie poczynania Mieszka i jego braci, wplatając krótkie retrospektywy z dzieciństwa tego pierwszego i momentu wygnania. Samej tej historii jednak nie ma wiele, bo Komorowski bardzo szczegółowo opisuje przeróżne potyczki. Rozdziały dotyczące życia, podejmowania decyzji, przemyśleń są bardzo krótkie, natomiast te opisujące rąbanie, rżnięcie i mordowanie są kilkakrotnie dłuższe. Komorowski wydaje się lubować w relacjonowaniu rzutów toporkami, ropłatywania czerepów, odcinania rąk i innych makabr. Oczywiście rozumiem, że takie były ówczesne realia walki, ale nie widzę konieczności opisywania ich kilkanaście razy. Podobnie jak drugiego ulubionego tematu autora – stosunków płciowych zwanych tu najczęściej chędożeniem. Opisywani tu mężczyźni mają kilka składowych swojego życia: picie i żarcie (tak żarcie, bo ciągle są na obfitych ucztach), chędożenie, ciukanie toporkiem i robienie rubasznych żartów. Jakichś strategicznych przemyśleń, wątpliwości, obiekcji dłuższych niż dwa zdania kompletnie brak. Samo chędożenie nie byłoby problemem, gdyby Komorowski nagminnie nie przedstawiał kobiet jako kukły, których krzyki mieszają się z zapachem mięsiwa, a ich gwałcenie po ograbieniu wioski jest najważniejszą częścią bitwy i szczytem marzeń woja. Mamy więc rozliczne opisy rozkładnia nóg, brania od tyłu, chędożeniu do nieprzytomności, krzyków młódek i wytrzymywania lub nie wielokrotnych gwałtów. Jedyna kobieta, która wyraża swoje zdanie i kreowana jest na hardą, co przypada do gustu Mieszkowi, również dość szybko zapomina o tym, jak spalono jej miasto, zamordowano ojca i wszystkich rodaków i rodaczki, by oddać się namiętnym pocałunkom i cielesnym rozkoszom jakby świat się miał lada chwila skończyć.

To wszystko opisywane jest bardzo prostym językiem. Komorowski posługuje się zdaniami bez wyrafinowanej konstrukcji, głównie pojedynczymi lub współrzędnie złożonymi, przypominającymi szkolne wypracowanie, wielokrotnie powtarza te same informacje, usilnie stara się unikać powtórzeń, wymyślając 2137 synonimów dla Mieszka oraz zaskakuje nieporadnymi opisami. Najbardziej wbiła mi się w pamięć kilkakrotnie powtórzona purpurowa krew – aż poszłam do znanej wyszukiwarki sprawdzić, jak naprawdę wygląda purpura, bo zwątpiłam w swoją wiedzę. 

Podsumowując, jeśli macie ochotę na fikcję historyczną, to zostańcie przy Sapkowskim czy Cherezińskiej. Mieszka czytać nie warto, wystarczy, że zrobiłam to za was. 

Moja ocena: 2/6

Daniel Komorowski, Mieszko. Wyjście z cienia, 336 str., Wydawnictwo Skarpa Warszawska 2024.

wtorek, 22 października 2024

"Baron drzewołaz" Italo Calvino


 

W okolicach Genui, na wybrzeżu liguryjskim w XVIII wieku mieszkała niezwykła rodzina barona Piovasco di Rondò. Dwóch braci musiało się zmagać z szalonymi pomysłami siostry, której pasja do gotowania kazała przyrządzać szczurze wątroby i ptasie móżdżki zaprawione ślimakami. Matka natomiast wychowana przez niemieckiego generała na polu bitwy przejęła jego zwyczaje i komenderowała dziećmi po niemiecku, haftując na poduszkach plany bitw. Ośmioletni Biagio i dwunastoletni Cosimo uciekali przed tym dziwacznym domem w naturę, do psot i zabaw. Pewnego dnia podczas wspólnego obiadu, sztywnego jak zwykle, nieapetycznego jak zwykle (ślimaki!), Cosimo ucieka na drzewo. I już z niego nie schodzi. 

Cała powieść to opis życia Cosima na drzewach. Początkowo Calvino opisuje praktyczne aspekty tego życia, jak spanie, załatwianie potrzeb, jedzenie, polowania, poruszanie się. Stopniowo Cosimo jednak zaczyna prowadzić z drzew różnoraką działalność – chroni lasy przed pożarami, ludność przed wilkami czy piratami, prowadzi dysputy, zakochuje się, wybiera na wyprawę do innych ludzi, którzy zamieszkali na drzewach, aczkolwiek nie z własnej woli. Cosimo pochłania ogromne ilości książek, na które zarabia sprzedając skóry upolowanych zwierząt. Dzięki intensywnej lekturze rozpoczyna korespondencję z najbardziej światłymi swoich czasów, stając się filozofem i uczonym. 

Barona drzewołaza należy oczywiście czytać jako alegorię, przypowieść o rebelii, ale i o miłości, o potrzebie izolacji i wreszcie o istocie zdobywania mądrości. Na płaszczyźnie fabularnej to w pewnym sensie powieść łotrzykowska, pełna przygód i niezbyt realnych wydarzeń, a to rodzaj prozy, który zupełnie mi nie podchodzi. Niestety płaszczyzna metaforyczna mnie także nie przekonała, a przesłanie Barona nie jest dla mnie ani oczywiste, ani przekonujące. Gdyby nie piękny język i opisy przyrody śródziemnomorskiej miałabym problem z doczytaniem tej książki. 

Moja ocena: 2/6

Italo Calvino, Baron drzewołaz, tł. Barbara Sieroszewska, 375 str., Wydawnictwo Cyklady 2004.

piątek, 18 października 2024

"Na północ. Jak pokochałem Arktykę" Adam Wajrak


Wajraka lubię czytać od zawsze. Po pierwsze, bo fajnie, gawędziarsko pisze, a po drugie, bo mi pokazuje świat zwierząt. I roślin. Dzięki tej książce wyguglowałam sobie szereg gatunków dotąd mi nieznanych, a wydrzyka to zapamiętam na całe życie. 

Wajrak opisuje więc swoje początki dziennikarskie oraz początkową fascynację fokami w Bałtyku. To dzięki niej wybrał się do Estonii, by spotkać te zwierzęta. Po tej wyprawie jego fascynacja północą wzrosła i niewiele później wylądował jako polarnik w jeszcze wyższych szerokościach geograficznych, a wreszcie w niewielkiej chatce w okolicach Spitsbergenu. 

Tam zamieszkał na kilka tygodni sam, dzieląc czas między wędrówki po okolicy i obserwacje zwierząt, głównie ptaków. Wajrak opisuje swój dzień, polarny należy dodać, ale przede wszystkim zachowanie poszczególnych gatunków. To opisy pełne entuzjazmu i respektu dla zwierząt. Autor ma pełną świadomość, w jak kruchym ekosystemie się znajduje, wie, że nie wolno mu zakłócać naturalnych zachowań i stara się tego trzymać. Z tych opisów można też sporo wyczytać o trudach takiego życia – słabym jedzeniu, chłodzie, problemach z załatwianiem potrzeb fizjologicznych, a nawet o myciu się albo niemyciu. 

Wajrak potrafi zarazić swoim entuzjazmem, ale i pokazać, jak traktować przyrodę z szacunkiem. Nie brak u niego także smutnych refleksji o niknących lodowcach czy zwierzętach umierających w skutek zatrucia chemikaliami. 

Nie miałam niestety okazji zobaczyć zdjęć, bo tej książki słuchałam, ale zapewne wspaniale dopełniają tę lekturę i na pewno warto zaopatrzyć się w jej papierową wersję.

Moja ocena: 5/6

Adam Wajrak, Na północ. Jak pokochałem Arktykę, 400 str., Wydawnictwo Agora 2022.


czwartek, 17 października 2024

"Wszystko za Everest" Jon Krakauer


Jako czytelniczka książek o górach, nie mogłam nie poznać tej pozycji. Krakauer opisał słynny tragiczny rok 1996 w okolicach Mount Everestu. To właśnie wtedy trzy różne wyprawy komercyjne zostały złapane u wierzchołka szczytu przez nagłe załamanie pogody. Jon Krakauer uczestniczył w jednej z nich jako dziennikarz. Jego celem było napisanie reportażu o komercjalizacji wypraw i o rosnącym zaśmieceniu góry. Jako że jest jedną z osób, które przeżyły i szczęśliwie wróciły do domu, postanowił opisać drobiazgowo całą historię. 

Krakauer faktycznie ujął wszystkie aspekty tych wypraw. Czytelniczka ma okazję poznać uczestników oraz ich motywację jak i kondycję i przygotowanie do wspinaczki. Krakauer opisuje ich zachowanie, charaktery, sposób radzenia sobie z sytuacjami ekstremalnymi. Podobnie ma się rzecz z organizatorami i licznymi szerpami, których autor wymienia imiennie, dodając wiele szczegółów na temat ich pracy i życia. Dowiadujemy się także, jakim wyposażeniem dysponowały wyprawy, co jedli, ile mieli butli tlenu, jakie namioty i stroje. Trudno znaleźć detal, o którym nie pomyślałby dziennikarz. Ta podstawowa wiedza służy jednak dokładnemu przeanalizowaniu całej sytuacji i próbie zrozumienia, co doprowadziło do tragedii. Autor relacjonuje więc niemal krok po kroku każdy dzień, aż po atak szczytowy. Tutaj dba o zmianę perspektywy i opis każdej z wypraw, opierając się na rozmowach z innymi uczestnikami. Nie brak tu także autorefleksji, krytycznego spojrzenia na własne działania, samopoczucie, a wreszcie samokrytyki. 

Krakauer miał wprawdzie doświadczenie wspinaczkowe, ale relacjonuje tę wyprawę z punktu widzenia laika, który próbuje zrozumieć, jak mogło dojść do takiej tragedii. Dużo tu krytycznego spojrzenia na własny stan zdrowia, samopoczucie, reakcje organizmu na wysokość, temperaturę, stres. To niezwykle ciekawe informacje, które pozwalają lepiej zrozumieć, jak zwykły organizm reaguje na taką wyprawę i skłania do refleksji nad sensem wypraw komercyjnych. Temat zaśmiecania góry, aktualny już w 1996 roku, odgrywa także sporą rolę. 

Książka Krakauera to niezwykle drobiazgowa relacja z punktu widzenia praktycznie laika, która pozwala czytelniczce spojrzeć na himalaizm z innej strony. O ile relacje himalaistów mnie przekonują i fascynują, to parcie zwykłych, często słabo przygotowanych ludzi na wchodzenia na najwyższą górę świata za ogromne sumy pieniędzy oceniam już dużo bardziej kontrowersyjnie, właśnie głównie dzięki tej książce.

Moja ocena: 4/6

Jon Krakauer, Wszystko za Everest, tł. Krystyna Palmowska, 424 str., Wydawnictwo Czarne 2015. 

czwartek, 10 października 2024

"Nie przywitam się z państwem na ulicy" Maria Reimann

 


Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności – ten tytuł idealnie oddaje istotę tej książki. Reimann zajmowała się naukowo badaniem problemów dziewczyn i kobiet dotkniętym zespołem Turnera. Reimann przeprowadziła wiele wywiadów, wzięła udział w spotkaniach i koloniach tych kobiet, napisała o nich prace. Te wszystkie działania ukazały jej, w jak różny sposób poszczególne kobiety postrzegają swoją niepełnosprawność i od jak wielu czynników owo postrzeganie zależy. Ta refleksja natomiast skłoniła ją do autorefleksji na temat własnej niepełnosprawności - Reimann była osobą niedowidzącą.

Autorka wychodzi więc przede wszystkim z rozważenia istoty niepełnosprawności, odróżnienia od choroby i od poczucia dobrostanu zdrowotnego. Tu ogromną rolę odgrywa postawa rodziców i ich sposób traktowania niepełnosprawności dziecka. Najczęściej wtedy właśnie formowane jest poczucie dziecka i sposób radzenia sobie z chorobą czy niepełnosprawnością. Reimann kolejne naświetla poszczególne aspekty życia takich osób, skupiając się na interakcjach. Autorka dobitnie wskazuje, w jaki sposób należy z nią rozmawiać na ten temat oraz jakiego traktowania sobie życzy. Równocześnie swoimi opisami konkretnych sytuacji pozwala się wczuć w to, jak osoba z niepełnosprawnością sobie radzi i w jej przypadku widzi. 

Fragmenty osobiste, relacjonujące konkretne sytuacje z życia autorki są zresztą najciekawsze. Reimann bardzo sugestywnie opisuje własne rozterki, ale i decyzje, które podjęła, zwyczajne życie i jak sobie z nim radzi. Ta możliwość spojrzenia jej oczyma na świat bardzo zmienia perspektywę i pozwala zrozumieć, ale i wejść w buty rodziców, którzy musieli mieć spójny i konsekwentny plan wychowania takiej córki.

Ciekawe są także wypowiedzi kobiet z zespołem Turnera o tym, jak wygląd determinuje ich życie, jak bardzo otoczenie zmienia sposób traktowania w zależności od choćby wzrostu osoby. I o ile wypowiedzi rozmówczyń Reimann były bardzo ważne, to dosłowne ich przytaczanie nie było dobrym pomysłem. Są one wprawdzie wplecione w narrację, ale nie zredagowane epatują bardzo potocznym językiem, powtórzeniami, wypełniaczami nie niosącymi treści – całkowicie wybijały mnie z rytmu i ciągle się zastanawiałam, czemu ten zabieg miał służyć.

Esej Reimann to bardzo cenna perspektywa, polecam tę lekturę. Po tragicznej śmierci autorki nabrała zresztą dużo szerszego wymiaru i pozostawiła we mnie dużo smutku.

Moja ocena: 4/6

Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy, 168 str., Wydawnictwo Czarne 2019.

środa, 9 października 2024

"Krótka historia siedmiu zabójstw" Marlon James


W 1976 dokonano nieudanego zamachu na Boba Marleya i to wydarzenie stało się przyczynkiem do napisania tej powieści-giganta. Ponad siedemset stron i mnogość postaci wymagają niezwykłego talentu pisarskiego i niezwykłej uwagi od czytelniczki. Co więcej, James nadał każdej z postaci swój własny język. Jako że znam ten kraj, dokładnie słyszałam dźwięk patois i widziałam postawę poszczególnych bohaterów, mimo że czytałam tę powieść po polsku. Jestem pełna podziwu dla tych kreacji, dla języka, jak szeroko zakrojona jest ta narracja (obejmuje 30 lat i dwa państwa), jak obszerne jest tło wydarzeń. I bardzo, bardzo chciałam, żeby to była moja powieść, powieść, która mnie porwie i nie odpuści.
Tymczasem. Tymczasem ją wymęczyłam i nie rzuciłam tylko dlatego, że patrz wyżej. 

Ta wielogłosowa opowieść naświetla sytuację polityczno-społeczną Jamajki w latach 70. W kraju mają niebawem odbyć się wybory, a o wpływy walczy parta związana z kubańskimi komunistami. To się nie podoba Amerykanom, którzy głęboko zaangażowani są w uchronienie kraju przed tymi wpływami. James nakreśla tę sytuację, oddając głos osobom z przeróżnych grup społecznych: to będzie pracownik CIA, amerykański dziennikarz muzyczny, szefowie gangów i podrzędni członkowie owych gangów, kobiety, zwykłe mieszkanki Kingston itd. Na początku książki mamy obszernych spis postaci z podziałem na miejsca i czas, do którego często wracałam, bo zapamiętanie każdej z nich nie jest proste. Początkowo też bardzo uważnie śledziłam każdy głos, próbowałam poskładać tę poszatkowaną narracje, ale w pewnym momencie zrozumiałam, że ona właściwie do niczego nie zmierza. James pokazuje po prostu, jak wyglądało życie na wyspie, co może dla niektórych czytelniczek być zaskakujące, bo odbiega ono od pocztówkowych wyobrażeń. Dla mnie tego elementu nie było, bo jakieś tam rozeznanie w historii i życiu na Jamajce mam. 

Męskie głosy stały się dla mnie z czasem nużące, za ten kobiece dużo ciekawsze i zarazem łatwiejsze do zrozumienia, bardziej życiowe. Częściowo na zasadzie: podczas gdy faceci się tłuką o politykę, narkotyki i kasę, my załatwiamy sobie lepsze życie. James zadbał także o ukazanie amerykańskich stereotypów na temat Jamajki – co było ciekawym wątkiem, bo pewna jestem, że one nadal istnieją i mają się dobrze.

Podsumowując, nie polecam, chyba że macie dużo samozaparcia i polecam, jeśli kochacie językowe mistrzostwo. Tu wielkie brawa dla tłumacza, który miał niezły orzech do zgryzienia i nawet jeśli nie wszystkie rozwiązania były idealne, to konsekwencja w przekładzie poszczególnych głosów jest majstersztykiem. 

Moja ocena: 3/6

Marlon James, Krótka historia siedmiu zabójstw, tł. Robert Sudół, 752 str., Wydawnictwo Literackie 2016.

sobota, 5 października 2024

"Złotka klatka. O kobietach w Szwajcarii" Agnieszka Kamińska


To nie jest książka o Szwajcarii, lecz o Szwajcarka, li i tylko. Kamińska pokusiła się o szeroki rys historyczny drogi szwajcarskich kobiet do pełni praw obywatelskich. To rzetelna praca badawcza, która pozwoliła autorce opisać, jak do tego doszło, że wszystkie Szwajcarki otrzymały prawo wyborcze dopiero w 1990 roku. Tak, wtedy, kiedy udział w wyborach dla mnie jako Polki był oczywisty. O ile ten fakt był mi znany, to bardzo byłam ciekawa, jak do tego doszło i Kamińska faktycznie mi to wyjaśniła. I nie tylko to. Dowiedziałam się, jak rozwijał się ruch feministyczny, w jaki sposób kobiety walczyły z patriarchatem i w końcu, jak wygląda sytuacja dziś. 

Autorka zasadza swoją książką na porównaniu z sytuacją w Polsce, nie wyraża tego wprost, ale gdzieś podświadomie to tkwi, tak samo jak zaskoczenie – ale że w Szwajcarii jednak nie jest tak różowo? I ponownie, w jakimś stopniu o tym wiedziałam, Kamińska zaś mą wiedzę usystematyzowała i wzbogaciła  doświadczenia poszczególnych jednostek. Te głosy Szwajcarek, ale i Polek oraz innych emigrantek są chyba najciekawsze – pozwalają się przejrzeć Szwajcarii w innych oczach.

Złota klatka ma na celu obalenie mitu kraju idealnego, ukazania nierówności i codziennych problemów, z jakimi borykają się Szwajcarki, szczególnie te, które zdecydowały się na dziecko i próbują macierzyństwo połączyć z pracą. Można by sądzić, że Kamińska broni tezy, ale fakty mówią same za siebie – i mogą być zaskakujące dla osób mających wyidealizowany obraz tego kraju. Tak samo jak inne kraje, tak i Szwajcaria nie ma dobrego rozwiązania na reintegrację kobiet w pracy po urodzeniu dziecka czy zapewnienie opieki dla maluchów.

Kamińska zaskoczyła mnie rzetelnym researchem, dużym zapleczem historycznym i wielością rozmówczyń z różnych grup społecznych i wiekowych. Dzięki nim reportaż staje się bardziej wiarygodny, ale i ciekawy. Przyznam, że o ile cenię tło historyczne, to ono najmniej mnie porwało i autorce nie udało się uchwycić mojej uwagi, w przeciwieństwie do rozdziałów traktujących o współczesności.

Moja ocena: 4,5/6

Agnieszka Kamińska, Złota klatka. O kobietach w Szwajcarii, 269 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

czwartek, 3 października 2024

"Macedonia Północna. W rytmie oro" Justyna Mleczak


Macedonia Północna to kolejny kraj, który miałam okazję poznać z osobistej i subiektywnej perspektywy dzięki serii podróżniczej Wydawnictwa Poznańskiego. Przyznam, że o Macedonii przed lekturą wiedziałam niewiele: stolica, problemy z nazwą, Aleksander Macedoński i chyba tyle. Justyna Mleczak jako pasjonatka tego kraju pozwoliła mi poznać Macedonię bliżej, zrozumieć jej historię i polityczne tło konfliktu dotyczącego nazwy. Następnym razem, gdy córka planując kolejną podróż, mnie spyta: Ryga czy Skopje, pewnie zasugeruję to drugie miasto. Teraz już wiem, że stolica Macedonii Północnej kryje w sobie wiele ciekawych miejsc i uwodzi chrześcijańską i muzułmańską atmosferą. 

Mleczak studiowała język macedoński nie tylko w Polsce, ale i u jego źródeł, od lat pracuje jako przewodniczka, więc ciekawostkami może sypać jak z rękawa. Opisuje więc kuchnię, zwyczaje, krajobrazy, ludzi i ich mentalność, a to wszystko przez filtr własnych doświadczeń, co jest dla mnie w tego typu książkach najciekawsze. Zawsze z ciekawością podglądam jak inne emigrantki oswajały swój nowy kraj i radziły sobie z różnicami kulutrowymi.

Świetnym uzupełnieniem tej opowieści są postaci Macedonek i Macedończyków opisane przez autorkę. Wybrała ona nietuzinkowe osoby, które w jakiś sposób wyróżniają się, np. przez działalność społeczną czy nietuzinkowe rękodzieło. Ta perspektywa jest bezcenna i niemożliwa do osiągnięcia podczas samodzielnej podróży. 

O ile bardzo cenię historyczne tło i polityczny kontekst, to zauważyłam podczas tej lektury, że z czasem stał się dla mnie nużący (na zasadzie: i tak nie zapamiętam szczegółów), a dużo chętniej czytałam fragmenty bardziej osobiste. 

Nigdy nie byłam w Macedonii, nawet nie planuję tam podróży, traktuje książki w stylu tej jako źródło wiedzy dodatkowej i zachętę, by dany kraj na jakąś tam listę do zobaczenia wrzucić. Co i wam z przymrużeniem oka zalecam.

Moja ocena: 4,5/6

Justyna Mleczak, Macedonia Północna. W rytmie oro, 320 str., Wydawnictwo Poznańskie 2022.

środa, 2 października 2024

"Czas much" Claudia Piñeiro

 



Inés odsiedziała piętnaście lat za zabójstwo kochanki męża. Gdy wychodzi z więzienia, zastany świat ją zaskakuje. Ona w zasadzie się zatrzymała, a na zewnątrz zaszły głębokie zmiany społeczne, technologiczne i kulturowe. Inés ma jednak pomysł na siebie, zakłada wraz z poznaną w więzieniu Rączką firmę. Ona oferuje usługi dezynsekcyjne, a koleżanka detektywistyczne. Uzupełniają się idealnie i wszystko by szło idealnie, gdyby nie pewna zaskakująca propozycja. Jedna z klientek prosi Inés o kupienie dla niej trutki. Kobieta się waha, mając w pamięci swój pobyt w więzieniu. Ta sprawa przywróci duchy przeszłości i postawi Inés przed poważnymi decyzjami i zmusi do przewartościowania swoich uczuć. Trudno więcej napisać, nie zdradzając zbyt wiele z treści, bo Czas much opiera się na pewnym elemencie zaskoczenia, a nawet wątku detektywistycznym. I to czyta się dobrze, Piñeiro potrafi zaciekawić, a nawet zaskoczyć, przy okazji wychodząc trochę dalej niż zwykła obyczajówka.

W Czasie much znajdziemy bowiem wiele wątków socjologiczno-społecznych. Na pierwszą linię wysuwa się tu LGBTQ+, nie jest to jednak powieść stricte o tym, po prostu bohaterowie są tu różni, dla niektórych ich orientacja seksualna i poczucie tożsamości płciowej jest jedną z części życia, a dla niektórych decyduje o być lub nie być. Innym ważnym tematem jest feminizm, który dla Inés jest dość nową koncepcją, ale pozwala jej dostrzec, że w momencie wyjścia z więzienia jej wyrok nie byłby już tak surowy. Pozwala jej także prowadzić z sukcesem własną firmę i być niezależną. Ważnym elementem tej powieści jest też stosunek matka - córka, tu rozważany na kilku płaszczyznach.

Te nowe dla Inés zjawiska komentowane są w międzyrozdziałach przypominających chór z greckich tragedii. To bardzo ciekawy zabieg literacki, który początkowo mnie zaskoczył, ale potem go doceniłam. W ten sposób autorce udało się ująć różne głosy, także te słyszane przez kobiety oraz pokazać różnorodność głosów feministycznych.

Co ważne. Piñeiro uniknęła ckliwego zakończenia, mimo to dając nadzieję na dobre życie bohaterek. Podoba mi się, że Czas much to powieść o kobietach, trudno tu szukać męskich, ważnych bohaterów. Argentynce udało się w stosunkowo lekkiej powieści ująć wiele tematów z różnych perspektyw, a także wpleść ciekawe zabiegi stylistyczne. Myślę tu także o tytule – muchy to jedna z fascynacji Inés, która odkrywa, że czas dla nich płynie o wiele wolniej niż dla człowieka. Ten fakt można interpretować w kontekście tej powieści na wiele sposobów, ale ten najprostszy, czyli zwolnijmy, zdecydowanie mnie przekonuje.

Moja ocena: 5/6

Claudia Piñeiro, Czas much, tł. Tomasz Pindel, 432 str., Wydawnictwo Sonia Draga 2023.

wtorek, 1 października 2024

"Wybrani" Patricia Nieto


 

Kolumbijska pisarka Patricia Nieto w swoim reportażu nie ucieka od tematów powszechnie kojarzących się z Kolumbią, interpretuje je jednak w sposób niespotykany, nowatorski, zaskakujący. Punktem wyjścia jest potężna rzeka Magdalena, która wija się wartkim nurtem w środkowej Kolumbii, zapewniając ludziom mieszkającym u jej brzegów byt – jej wody kryją w sobie wiele gatunków ryb, dają możliwość szybkiego transportu, zapewniają wodę. Tak jest i w Puerto Berrio. Rybacy nie wyławiają jednak tylko pokaźnych okazów ryb, a również ciała. Nie raz kilka dziennie. W wyniku konfliktów między przeróżnymi bojówkami giną masowo ludzie, a ciał trzeba się pozbyć. Rzeka jest najlepszym miejscem, by ciało zniknęło i w najlepszym wypadku nigdy nie wypłynęło lub pojawiło się zniekształcone. W Puerto Berrio grzebie się wiem masowo N.N. – na cmentarzu pojawiają się nowe i nowe groby, a mieszkańcy zaczynają adoptować dusze. To transakcja wiązana, osoba żyjąca opiekuje się grobem, przyozdabia go, nadaje zmarłemu imię, wznosi codziennie modły, a dusza za to otacza opieką, przynosi szczęście, pomaga w znalezieniu pracy, ratuje od śmierci. Ale biada, jeśli żyjący o duszy zapomni, wtedy może się srogo zemścić.

Nieto opowiada wiele historii powiązanych z tym procederem – opisuje duszarzy, ale i matki szukające zmarłych, lekarki składające kości, rybaków i życie w rzece. To mikrokosmos życia w Puerto, życia przy rzece i z rzeką. To sposób na racjonalizowanie brutalnej rzeczywistości, szukanie pociechy i ratunku, gdzie często go nie ma. Ta forma religijności może się wydać bardzo egzotyczna, ale ja tu widzę wiele paraleli do polskiego katolicyzmu, w którym zmarła babcia pomaga zdać trudny egzamin. I choć sama w to nie wierzę, wraz z Patricią Nieto mam wiele zrozumienia dla tych ludzi. To właśnie zasługa autorki, która nie szuka sensacji, nie stawia na egzotykę i ocenę postępowania, która stara się przedstawić rzeczywistość tych ludzi ze zrozumieniem, akceptacją i uczuciem. Widać to choćby w pięknym, plastycznym języku, który dostrzega najmniejsze żyjątko, pozwala sobie na metaforę, opisując rzeczy najstraszniejsze, ale i nie stroni od humoru. 

Bardzo doceniam możliwość, że mogę przeczytać po polsku reportaż z kraju dla nas dość egzotycznego, spojrzeć na Kolumbię z perspektywy Kolumbijki. Zobaczyć, jak się pisze reportaże w tym kraju, zadziwić odwołaniami do dzieł literackich, odkryć uniwersalność ludzkich przeżyć. Zachęcam was do tego samego!

Moja ocena: 5/6

Patricia Nieto, Wybrani, tł. Aleksandra Wiktorowska, 110 str., ArtRage 2024.