piątek, 23 marca 2018

"Macocha" Petra Hůlová


Stoi na balkonie i gada, wrzeszczy, wyzywa. Niekończący się potok słów. Całe jej życie jak na dłoni. Jakieś dzieci, a tak Justýna i Tomáš, jakiś mąż, a tak, ten, co odszedł, jakieś jedzenie, sprzątanie, zakupy, jakieś tam życie. Ale co tam to wszystko - najważniejsza przecież butelczyna. I pisanie. Jej harlekiny to bestsellery, każdy chce czytać o miłości. Romantycznej miłości. A jak Julie pisze, to pracuje, przeszkadzać nie wolno. Że dzieci? No przecież je kocha. Przytula je, najlepiej nago. A że wrzaski? No co, ma taki wybuchowy charakter. Poza tym, ma chyba święte prawdo do tego, żeby jej nikt nie przeszkadzał. I do powiadomienia całego świata o swoich przemyśleniach. A że z balkonu? I co z tego. Jej balkon w końcu. Jej szlafrok. Jej butelka. My nic nie rozumiemy. Co my wiemy o życiu pisarki. Samotnej matki. No co?

W potoku słów tytułowej bohaterki można się utopić, zagubić, bezskutecznie próbować złapać oddech. Macocha męczy, topi, całkowicie pochłania. Chcesz odłożyć książkę? Nie ma mowy. Teraz twoja uwaga należy do niej. Słynnej pisarki w końcu. Trzeba mieć na nią gotowość. Poddać się jej całkowicie. Nie dopuszczać do siebie głosów dzieci, które jak zwykle te swoje maaamoooo, a ja w końcu czytam. Niech sobie same coś do jedzenia zrobią. Ja teraz słucham Julie. No co, przecież mam jakieś prawo do swojego życia!

Zastanówcie się dobrze, czy chcecie poznać Macochę, bo jest destrukcyjna, bezwględna i nie lubi konkurencji.

PS. Najgłębsze wyrazy uznania dla tłumaczki!


Moja ocena: 4/6


Petra Hůlová, Macocha, tł. Julia Różewicz, 192 str., Wydawnictwo Afera 2017.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza