Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2020

"Teatr niewidzialnych dzieci" Marcin Szczygielski

 


Tę książkę czytałam synowi na głos, ale przyznam że wciągnęła nas tak samo, aczkolwiek zapewne z różnych przyczyn. 
Michał mieszka w domu dziecka - ale jest jednym z nielicznych dzieci, które straciło oboje rodziców. Michał lubi pisać i rysować, a jego największym marzeniem jest podróż w kosmos i spotkanie Mirosława Hermaszewskiego. Jako że chłopak ma talent do pisania, skrupulatnie opisuje swoje życie w domu dziecka - najpierw w Rybniku, potem w Siemianowicach. Poznajemy więc wychowanków i wychowawców, zakazy, przywileje, przebieg dnia, problemy, troski i radości dzieci. Co ważne dla odbioru tej książki - wszystko to widziane z perspektywy dziecka. 

Ten aspekt książki bardzo interesował mojego syna - omawialiśmy tematy związane z życiem w dużej grupie dzieci (super), pewnych wolności (też super), ale i zakazów (mniej fajnie) oraz braku rodziców (beznadziejnie). Następnie doszła jeszcze jedna kwestia, która interesowała początkowo głównie mnie, ale potem stała się przyczynkiem do niekończących się rozmów - życie w Polsce lat 80., Solidarność, PZPR, strajki, ZOMO. Temat znany trochę z wcześniejszych rozmów i gry Kolejka, ale przedstawiony z perspektywy dziecka nabrał zupełnie innego wymiaru.

Szczygielski przedstawia głównie relacje między dziećmi oraz między dziećmi a wychowawcami, koncentrując się na braku ich stałości. Michał stracił rodziców, gdy był malutki, wychowująca go babcia zmarła, gdy chłopiec miał trzy lata. Michał trafił do domu małego dziecka w Rybniku, gdzie zbudował swój świat, zawarł przyjaźnie, poznał wujka z zewnątrz, który zabierał go na spacery i wycieczki. Cały ten świat runął, gdy w wieku siedmiu lat został przeniesiony do domu dziecka "Młody las" w Siemianowicach. Tam od nowa musiał szukać przyjaźni, bliskich osób. Kolejnej utraty chłopiec już nie zniósł, wylądował w szpitalu, a potem przeniesiono go do bardzo specyficznego domu dziecka pod Lublinem. To mała, rodzinna placówka, gdzie mieszka tylko garstka dzieci po szczególnie trudnych przeżyciach. Tam Michał po raz pierwszy będzie miał swój pokój, swoje skarby, swoje tajemnice i mnóstwo uwagi. 

Wspomniany przeze mnie wcześniej temat solidarnościowy ma także wpływ na życie dzieci, autor świetnie przedstawia tę problematykę z perspektywy dzieci, które niestety niechcący uwikłają się w polityczne rozgrywki. Szczygielski nie osadził swojej powieści w latach 80., by PRL tworzyło ciekawy folklor dla życia Michała, lecz użył historii dzieci, by przedstawić faktyczny wpływ strajków i przemian politycznych na życie wszystkich. Liczne pytania mojego syna i zdumienie, że ja to przeżyłam są najlepszym potwierdzeniem, że takie ujęcie tematu trafia do dziecka.

Wzruszająca, poruszająca i realistyczna powieść - warto czytać.

Moja ocena: 5/6

Marcin Szczygielski, Teatr niewidzialnych dzieci, 267 str., Instytut Wydawniczy Latarnik, 2016.

poniedziałek, 24 sierpnia 2020

"Janka z Latarniowego Wzgórza" L.M. Montgomery

 


O dziwo w dzieciństwie nie czytałam tej książki L.M. Montgomery, a teraz trafiłam na nią dzięki wyzwaniu, o którym wspominałam przy okazji postów o cyklu o Emilce. 

Tytułowa Jane wychowuje się w kostycznym domu wraz z matką, babką i ciotką. Matka odgrywa jednak zupełnie nieistotną rolę w wychowaniu córki. To babka rządzi domem, ustanawia zasady i decyduje o wychowaniu Jane, mając pod pantoflem swoje dzieci i wnuczkę. Dwoje z dzieci założyło rodziny i spotyka matkę tylko na obiady, natomiast córka Gertrud, która nigdy nie wyszła za mąż mieszka z matką. Robin zaś do domu wróciła z trzyletnią córką, gdy przestało się układać w jej związku. Matka nigdy nie aprobowała jej małżeństwa, więc z chęcią przyjęła córkę z wnuczką, choć życie w separacji nie jest pozbawione skandalu.

Na Jane skupia się cała niechęć babki do wybranka najmłodszej córki. Dziecko wychowywane jest niezwykle surowo, ciągle musi znosić sarkastyczne uwagi na temat jej zainteresowań i gustu, nie wolno się jej śmiać, bawić, głośno zachowywać. Jane jest tak zastraszona, że ciągle popełnia błędy, porusza się niezdarnie, nie radzi sobie w szkole. Jej matka znosi dryl babki, na czułości z córką pozwala sobie tylko wieczorami, gdy babka jej nie widzi. Aż trudno uwierzyć, że Jane całkowicie nie zwariowała w tym pozbawionym miłości, serdeczności, szczerości i rozmów domu. Jej los odmienia się, gdy przychodzi list, w którym ojciec zaprasza ją do siebie na wakacje - na Wyspę Księcia Edwarda. Tam Jane rozkwita, gdyż od pierwszego wejrzenia nawiązuje z ojcem bliską więź. Co więcej, dziewczynka odkrywa w sobie niespotykane umiejętności - potrafi wspaniale gotować, gospodarzyć, prowadzić ogród, pływać. Jest śmiała, odważna, zdolna, otoczona przyjaciółmi. Ten kontrast między życiem na wyspie a w Toronto nie mógłby być większy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Montgomery tutaj nieco poniosło i stworzyła postać nierealną, wyidealizowaną. 

W przeciwieństwie do rezolutnej Jany, jej rodzice są życiowymi niezdarami - nie mają za grosz zainteresowań praktycznych, żyją urojeniami. Ojciec jako autor przebywa w swoim świecie, matka natomiast rozpieszczona pieniędzmi matki spędza czas na przyjęciach i spotkaniach. Nie trudno się domyślić, że i tu autorka zbyt przejaskrawiła te postaci, czyniąc je karykaturalnymi. Zresztą to samo można powiedzieć o babce. 

Mimo tych wad przeczytałam tę powieść z przyjemnością, a to ze względu na potoczysty, gawędziarski styl Montgomery. Jej powieści po prostu się połyka, aczkolwiek zapewne tylko w wypadku, gdy zapałało się miłością do jej prozy w dzieciństwie. Trudno mi sobie wyobrazić, że współcześni młodzi czytelnicy znajdą w tej książce coś dla siebie.

Moja ocena: 3/6

L.M. Montgomery, Jane from Lantern Hill, 274 str., McClelland & Stewart 1989

czwartek, 23 lipca 2020

"Emilka ze Srebrnego Nowiu", "Emilka dojrzewa", "Emilka na falach życia" Lucy Maud Montgomery

                                    

Cykl o perypetiach Emilki Lucy Maud Montgomery jest mniej znany niż Ania z Zielonego Wzgórza, ale niemniej warty uwagi. Z lektury tych książek mam mniej wspomnień, zachowały się u mnie da tomy - pierwszy i trzeci, więc drugi (zapewne wtedy nie udało mi się go zdobyć) przeczytałam po angielsku. 
Emilkę poznajemy w przełomowym momencie jej życia - właśnie umiera jej ojciec i dziewczynka zostaje sierotą. Jej mama nie żyje od dawna, jedynymi krewnymi jest rodzeństwo matki. Rodzina kostyczna, o sztywnych zasadach i o dobrym zapleczu finansowym. Spotkani ciotek i wujów z Emilką jest jednak zderzeniem dwóch światów. Emilka została wychowana w swobodzie, dziko, bez reguł, karcenia, za to otoczona miłością i zrozumieniem. Nowo poznani członkowie rodziny są zgoła inni - krytykują dziecko na każdym kroku w jego obecności, traktują ją jak przedmiot, który należy rozdysponować. Nieświadoma niestosowności swoich zachowań Emilka od razu sprawia złe wrażenie. Na szczęście zostaje zabrana do domu ciotek Elżbiety i Laury, który wydawał się być jej najmniej obcy. I faktycznie Laura to dobra dusza, emocjonalna, która od razu pokochuje dziewczynkę. Elżbieta bardzo długo utrzymuje wiktoriańską fasadę w swojej próbie wychowania Emilki na rozsądną panienkę. Na szczęście na Srebrnym Nowiu mieszka też kuzyn Jimmy, który jest nieco dziwaczny i na swoje dziwactwa może sobie pozwolić. W dzieciństwie z winy Elżbiety wpadł do studni i na skutek urazu jest podobno nieco upośledzony, np. pisze wiersze. Emilka znajduje w nim pokrewną duszę, ponieważ tak jak on kocha naturę, zachwyca się nią, uwielbia poezję i prowadzi pamiętnik, w którym sama tworzy pierwsze wiersze.

Emilka stara się zadowolić swoim zachowaniem surowe wymagania nowej rodziny, ale jej nieokiełznana, fantazyjna natura nie raz wprowadza ją w tarapaty, a rodzina matki nie rozumie zamiłowania do pisania i tworzenia fikcji, uznając że te zainteresowania musiała odziedziczyć po ojcu. Emilka bardzo szybko zakochuje się w urodzie okolicy nowego domu i poznaje przyjaciół - Ilzę, Perry'ego i Tadzia. W kolejnych tomach Montgomery opisuje dorastanie dziewczyny, jej wyjazd do miasta, gdzie kontynuuje naukę, mieszkając u bardzo jej niechętnej ciotki Ruth. Wtedy też coraz bardziej poważnie zaczyna myśleć o pisarstwie, zwłaszcza gdy po raz pierwszy jej wiersze zostaną opublikowane w czasopismach. Wraz z ukończeniem szkoły, Emilka wraca na Srebrny Nów, a jej przyjaciele rozjeżdżają się na studia. Młoda kobieta decyduje poświęcić się pisarstwu, ale jako panna na wydaniu ma sporo innych problemów. Jej miłość z dzieciństwa - Tadzio nie wydaje się być nią zainteresowany, a wszyscy kandydaci do jej ręki są nie do zaakceptowania. Najpoważniejsza jest przyjaźń z Deanem Priestem - przyjacielem jej ojca, którego zna od pierwszego roku zamieszkania na Srebrnym Nowiu i który jest dla niej niekończącą się inspiracją do rozmyślań i źródłem wiedzy. To jedna z najbardziej polaryzujących postaci cyklu. Trudno go polubić, bo jego stosunek do Emilki jest dziwny, czasem wręcz zatrważający - od momentu poznania oplata dziewczynkę siecią, stale sugerując, że należy do niego. Emilka poddaje się tej przyjaźni, Dean traktuje ją poważnie, wspiera w pasjach, pokazuje wielki świat, opowiada o podróżach. Ten związek jednak budzi niepokój, dorosły mężczyzna spędza nad wyraz dużo czasu z dzieckiem, a potem nastolatką.

Montgomery bardzo ciekawie przedstawia charaktery - szczególnie Emilki, Ilzy, Perry'ego, kuzyna Jimmy'ego i ciotki Elżbiety. Dość blado wypada natomiast ciotka Laura oraz Tadzio. Niewiele dowiadujemy się o ich usposobieniu. Zwłaszcza ten ostatni, postać tak ważna, znika wśród innych silnych postaci. Autorka stawia przede wszystkim na wiele niespotkanych wydarzeń i przypadków, które zmieniają bieg akcji. Mimo że daleko wielu tym przygodom do realizmu, to jednak czynią one akcję wartką i zwyczajnie ciekawą. Liczne opisy przyrody, która tak zachwyca romantyczną Emilkę są po prostu piękne - dobór słów, antropomorfizacja wielu zjawisk i ścisłe powiązanie ich z akcją czynią z Wyspy Świętego Edwarda kolejnego bohatera książki. 

To nie jest cykl, który poleciłabym każdemu współczesnemu czytelnikowi. Wiem, że moja córka na pewno by nie strawiła tego stylu, a także zasad, podziału klasowego, roli kobiety w ówczesnych czasach. I mnie ówczesne traktowanie i wychowanie dzieci oraz naiwność Emilki mierziły, ale dla mnie była to raczej nostalgiczna podróż wstecz - w trakcie lektury przypominałam sobie niektóre fragmenty, choć całości już nie pamiętałam. Cieszę się, że wróciłam do L. M. Montgomery już teraz - planowałam ten powrót dopiero na przyszły rok, tymczasem Emilka umiliła mi pandemiczną rzeczywistość.

Moja ocena: 5/6

Lucy Maud Montgomery, Emilka ze Srebrnego Nowiu, tł. Maria Rafałowicz-Radwanowa, 334 str., Krajowa Agencja Wydawnicza Poznań 1988.
Lucy Maud Montgomery, Emily rises, 325 str., Starfire 1983.
Lucy Maud Montgomery, Emilka na falach życia, tł. Maria Rafałowicz-Radwanowa, 222 str., Krajowa Agencja Wydawnicza Poznań 1990.

piątek, 8 maja 2020

"Kapelusz za 100 tysięcy" Adam Bahdaj


Pamiętam, że w dzieciństwie bardzo podobała mi się ta książka. Zakupiłam więc na allegro stareńki egzemplarz dla syna i razem go przeczytaliśmy. Dziś lektura tej książki już mnie nie porwała, za to mój syn był zachwycony. 

Dwunastoletnia Krysia, o ksywce Dziewiątka, spędza z rodzicami i bratem wakacje nad morzem. Ta rezolutna i pełna energii dziewczynka dostrzega w kawiarnii niezamierzoną zamianę kapeluszy i pomaga pomóc zrozpaczonemu panu Kolance, którego kapelusz pomyłkowo z wieszaka zniknął. Krysia jest zachwycona zadaniem, wreszcie będzie miała zajęcie na wakacjach i zabiera się za śledzenie eleganckiego mężczyzny, który omyłkowo zabrał nie swój kapelusz i dostaje od dziewczynki pseudonim Goguś. 

Pan Kolanko nie chce zdradzić, dlaczego ów kapelusz jest dla niego taki ważny, napomyka tylko, że ma ogromną wartość. To podsyca ciekawość nastolatki. Sprawa kapelusza okazuje się być jednak bardziej skomplikowana, a może przypadkowo powiązana z inną, dużo poważniejszą aferą. Krysia nawet się nie spodziewa, dokąd zaprowadzi ją jej śledztwo, które traktuje jak dobrą, wakacyjną zabawę. Wraz z poznanym nad morzem kolegą Maćkiem całkowicie angażuje się i próbuje odgadnąć powiązania między Gogusiem, panem Kolanko, profesorem, kaleką i panią Moniką. Na końcu okaże się naturalnie, że nic nie było takie, na jakie początkowo wyglądało. Afera z kapeluszami okazuje się być banalna, dużo poważniejszy jest przekręt, jaki przygotowuje gang Gogusia i jego kontrahent ze Szwecji, a na który przypadkowo wpadają dzieci.

Sama zagadka jest, moim zdaniem, zbyt skomplikowana, a rozwiązanie dość naciągane, ale może spoglądam na nią okiem dorosłej. Na pewno powieść była dla mnie bardzo sentymentalna, wprowadziła w nastrój dzieciństwa i przypomniała tamte czasy. Poza tym efektem jednak bez zachwytu.

Moja ocena: 3/6

Adam Bahdaj, Kapelusz za 100 tysięcy, 237 str., Nasza Księgarnia 1972.


sobota, 14 grudnia 2019

"Wakacje z duchami" Adam Bahdaj


Powrót do książek z dzieciństwa niesie ze sobą pewne niebezpieczeństwo - a mianowicie koloryzowania, nostalgicznego zachwytu i bezrefleksyjnego uwielbienia. Ten fenomen obserwuję wśród fanów (a właściwie fanek) Jeżycjady, które po ponownej lekturze nadal z graniczącym z uwielbieniem zachwytem oceniają tę serię. Ja jestem bardziej krytyczna, choć podczas powrotu do lektur z dzieciństwa oczywiście mój odbiór zabarwiony jest sporą dozą nostalgii. Wiem, że Wakacje z duchami czytałam, ale nie pamiętam moich wrażeń z lektury poza tym jednym, że książka mi się podobała.

Ponowna lektura, tym razem na głos z moim synem, nie była dla mnie zbyt satysfakcjonująca. Pierwsze dwa rozdziały były ciężkostrawne i trudno było się nam wdrożyć w narrację i zorientować kto jest kim. Dla mojego syna najtrudniejszy był język i realia końcówki lat 50. Powieść Bahdaja jest staroświecka i przez to niekoniecznie zrozumiała dla dziecka, a dla dziecka, które nigdy nie mieszkało w Polsce może nawet jeszcze bardziej. Choć nie wiem, czy przeciętny polski dziesięciolatek wie, co to furażerka, cyklistówka, tuleja, składak (chodzi o kajak), milicja, ciżba, sitowie, lampa naftowa czy fajans. Na szczęście etap roztrząsania znaczenia każdego słowa mamy już za nami, w przeciwnym wypadku do dziś bylibyśmy na pierwszym rozdziale.

Główni bohaterzy powieści to trzech chłopców z Warszawy, którzy spędzają wakacje nad jeziorem u cioci jednego z nich. Najrezolutniejszy Paragon to typowy urwis z Woli, który chętnie czaruje innych uszanowaniami i ukłonami (kolejna przeszkoda językowa). Mandżaro natomiast jest spokojny, chętnie oddaje się dedukcji i rozmyślaniom. Perełka jest z nich najdrobniejszy i najbardziej ugodowy, to właśnie jego wujostwo ma leśniczówkę, do której zaprosiło chłopców. W okolicy mieszczą się ruiny zamku, którego część ma ulec rozbiórce - nie pasuje to studentom historii sztuki, którzy wpadają na pomysł wygonienia robotników nocnymi symulacjami straszących duchów. Chłopców żywo interesują duchy i zakładają Klub Detektywów, żeby dowiedzieć się, kto i dlaczego straszy, przy okazji trafiają na dziwną grupę, która podejrzanie się zachowuje i nad wyraz często porusza się w okolicach ruin.

Bahdaj opisuje tok myślenia chłopców, ich śledztwo i spory. Z powodu tych ostatnich chłopcy się rozdzielają i dokonują różnych odkryć, a także poznają Jolę, która po początkowej niechęci dołącza do Klubu. Akcja jest dość wartka, ale nie filmowa. Bahdaj ma czas na opisy przyrody, budowanie nastroju, opisy zamku. Autor dba o szczegóły, o spójność akcji, umiejętnie przeskakuje z jednego miejsca w drugie, sprawnie łącząc wątki. Mimo to, obawiam się, że książka nie ma dużej szansy na zadowolenie współczesnego czytelnika. Może nie doceniam dzieci, ale myślę, że odstraszą je słownictwo, niespieszna narracja i nieznane im realia. Mój syn z chęcią słuchał, pod koniec nawet domagał się czytania, ale sam raczej by tej książki nie przeczytał. Ja w zasadzie nawet cieszę się, że nie czytał jej sam, bo tekst roi się od literówek.

Moja ocena: 4/6

Adam Bahdaj, Wakacje z duchami, 254 str., Wydawnictwo Literatura 2016.

środa, 12 września 2018

"Małgosia contra Małgosia" Ewa Nowacka



Bardzo lubiłam tę książkę i to chyba pierwsza książka mojego dzieciństwa, która nadal mi się podoba. Przeczytałam ją jednym tchem, zachwycona stylem autorki, dbałością o szczegóły, charakterystyką postaci i samą akcją. W zasadzie nie mogę nic skrytykować.

Małgosia to rozbestwiona nastolatka, która niespecjalnie pomaga w domu, niezbyt chętnie się uczy, interesuje się chłopakami i rozrywkami, a do tego podkrada ubrania mamy i kłamie w żywe oczy. Gdy pewnego popołudnia zostaje sama w domu po sprzeczce z mamą, nagle przenosi się do innego domu. Szlacheckiego dworku w XVII wieku. Okazuje się, że ma dwie starsze siostry, surową, ale kochającą matkę, ciotkę i służbę. Niestety to zubożała szlachta, a jedyną szansą na wzbogacenie się jest spadek, obiecany Małgosi przez dziadka. Pieniądze i włości przypadną jej jednak tylko, gdy wyjdzie za mąż. Zaraz po przybyciu poznaje więc swojego przyszłego męża - podstarzałego pana Stanisława. Szok kulturowy jest dla Małgosi ogromny. Dla dziewczyny wszystko jest nowe - poczynając od strojów, na obyczajach kończąc. Dziewczyna zaskoczona jest monotonią życia, ilością pracy fizycznej, opieką lekarską - wszystkim dosłownie. Stopniowo jednak akceptuje swój los i postanawia korzystać z tej sytuacji, ile się da, wierząc, że jest to stan tymczasowy. Jej sposób mówienia i zachowania nie przystaje do epoki jednak tak bardzo, że matka wzywa lekarza i księdza, by odprawił nad odmienioną córką egzorcyzmy.

Małgosia trwając przy swoich postanowieniu wyciągnięcia jak największych korzyści z pobytu w przeszłości, chce zaimponować swoim szkolnym koleżankom i rozkochać w sobie napotkanych młodych mężczyzn, co zakończy się zupełnie inaczej niż planowała. Jej nieznajomość tła kulturowego i lekkomyślność doprowadzą niemal do katastrofy, a dziewczyna orientuje się, że polubiła swoje spokojne życie, matkę i siostry.

Co ciekawe, autorce udaje się całkiem rozsądnie uzasadnić przenosiny dziewczyny w przeszłość - w tym celu wprowadza do powieści Dytko. To jeden z magicznych stworów, w które wierzyli ówcześnie ludzie i który odpowiedzialny jest za całe zamieszanie.

Książka mogłaby trącić moralnymi pouczeniami i w zasadzie takie przesłanie się w niej kryje, ale Nowackiej udało się je przemycić bardzo sprytnie i nienachalnie. Ja przede wszystkim świetnie się bawiłam podczas lektury, podziwiając autorkę za doskonałe przedstawienie realiów życia w XVII wieku - nie tylko w domu szlacheckim, ale i na wsi czy w dworku bogatego wuja.

Moja ocena: 5/6

Ewa Nowacka, Małgosia contra Małgosia, 271 str., Nasza Księgarnia, Warszawa 1975.

wtorek, 31 lipca 2018

"Dom nie z tej ziemi" Małgorzata Strękowska-Zaremba


Nie ukrywam, że bardzo byłam ciekawa tej uhonorowanej tytułem Książka Roku 2017 powieści. Właściwie chciała ją przeczytać moja córka, ale niestety od jakiegoś czasu bycie nastolatką przekłada się u niej raczej na Instagram niż czytanie książek. Chcąc nie chcąc, po Dom nie z tej ziemi sięgnęłam ja, a po wakacjach spróbuję ponownie namówić na lekturę latorośl. Nie jestem jednak przekonana, czy przypadnie jej ta książka do gustu, bo i sama przez większą część byłam lekko skonfudowana.

Dom nie z tej ziemi uwodzi bowiem zakończeniem, do którego jednak trzeba dotrwać. W zasadzie, aż dziw, że nie domyśliłam się przez całą powieść, o co chodzi. Byłam jednak tak zaabsorbowana stylem autorki, że nie spodziewałam się żadnego zaskoczenia. Strękowska-Zaremba zwiodła mnie fantazją, a nawet fantastyką, niespiesznością i poetyckością. A niezawodny Daniel de Latour jak zwykle zachwycił ilustracjami.

O czym więc jest Dom? Marysia to nietypowa dziewczynka, samotna, cicha, tajemnicza. Spędza dnie na obserwowaniu pewnego domu. Domu pełnego dziwów. Domu, który nie rzuca cienia, domu, w którym zawsze panuje mroźna zawierucha. Pewnego dnia siedzącą w krzakach Marysię odnajduje Daniel - chłopak nieco starszy, rezolutny i twardo stąpający po ziemi. Początkowo nie rozumie, dlaczego obserwowany przez Marysię dom jest dziwny. Stopniowo jednak zaczyna dostrzegać jego nietypowość i rozumieć dziewczynkę. Postanawia jej pomóc i jej wysłuchać. Dowiaduje się od niej, że istnieją domy, w których mieszka zło. To domy, które wyrosły same, bez wody, straszliwe, groźne. Marysia pragnie zwalczyć to zło, by uratować mieszkające w domu dzieci, a Daniel decyduje się jej pomóc. 

Ta z pozoru bajkowa powieść opowiada o sprawach trudnych i bolesnych. Nie chcę jednak zdradzić końca, dlatego musicie mi uwierzyć na słowo. Bujna fantazja Marysi to jej broń, to jej sposób radzenia sobie z rzeczywistością. A Daniel to jedyna osoba, która oferuje jej przyjaźń. Strękowska-Zaręmba bardzo dobrze opisuje charaktery i postrzeganie świata dwojga bardzo odmiennych dzieci. Marysia potrafi denerwować Daniela, ale chłopak jednak nie opuszcza jej i pomaga w rozwiązaniu zagadki domu. Każde z dzieci inaczej radzi sobie z rzeczywistością, a przede wszystkim z lękiem. Wspomniany już wyżej Daniel de Latour fantastycznie podkreśla emocje dzieci utrzymanymi w szarościach i żółciach nastrojowymi ilustracjami. 

Trudno mi określić wiek, dla którego poleciłabym tę książkę. Myślę, że moja dwunastolatka może być już za duża, a ośmiolatek jednak jeszcze trochę za mały. W zasadzie to książka do czytania z rodzicem, do wspólnych rozmów i rozważań.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, 240 str., Nasza Księgarnia 2017.

niedziela, 24 czerwca 2018

"Dziecko piątku" Małgorzata Musierowicz


Jak widać, jeszcze nie porzuciłam Jeżycjady, co więcej kontynuuję czytanie z większą chęcią, bo jak się okazuje, poczynając od Noelki zupełnie nie pamiętam treści kolejnych tomów, czytanych przeze mnie najwyraźniej tylko raz. W Dziecku piątku na karty powieści powraca Aurelia Jedwabińska vel Genowefa. Ta rezolutna dziewczynka wyrosła na smutną nastolatkę.

Aurelia kończy właśnie pierwszą klasę liceum, ale zupełnie jej to nie interesuje. Najważniejsze są problemy w domu - jej matka zmarła rok wcześniej, a dziewczyna mieszka z ojcem i jego macochą. Nie jest tam szczęśliwa, ale pokornie akceptuje swój los, starając się nikomu nie wadzić. Zerwała kontakty ze znajomymi z Roosvelta, a szczególnie z Kreską, zamieszkując z dala od Jeżyc. Ta nieszczęśliwa, pogodzona ze swoim losem Aurelia spotyka w ostatnim dniu szkoły Konrada. Bitnera zresztą. Znanego z Brulionu BeBe B. To już nie mały chłopczyk, ale nastolatek o artystycznej duszy. Tych dwoje outsiderów odnajduje cienką nić porozumienia, a przypadek chce, że razem wpadają na Piotra Ogorzałkę, czyli starszego brata męża Kreski, który zabiera ich do Pobiedzisk. Aurelia ma tam babcię, której nie widziała od bardzo dawna, a którą spontanicznie postanawia odwiedzić. I to jest najbardziej kuriozalny wątek tej książki. Babcia okazuje się bowiem być świetną kobietą, która Aurelię przygarnia od razu do serca, zaprasza na wakacje do domu i obdarza uczuciem. Babcia, z którą dziewczyna miała słaby kontakt. Babcia, która wiedziała, że jej jedyna wnuczka straciła matkę. Babcia, która mieszka niedaleko Poznania. I ta babcia nie interesowała się wnuczką? Pozwoliła swojemu oschłemu synowi na zerwanie kontaktów? W głowie mi się to nie mieści. Jeśli owa babcia tak bardzo kochała wnuczkę, jak to w książce przedstawia Musierowicz, nie potrafię zrozumieć, że tak łatwo zrezygnowała z kontaktów, pozostawiając dziecko na pastwę nielubianej drugiej żony syna i niezbyt serdecznego syna także. Niepojęte. Tak samo, jak skąpe kontakty, gdy żyła jeszcze matka Aurelii. W zasadzie autorka nie wyjaśnia, dlaczego były one tak rzadkie. Wspomina zaledwie, że babcia nie lubiła synowej, ale później babcia wypowiada się o niej raczej serdecznie.
Pomijając jednak ten fakt, to jest to oczywiście książka o pierwszym zakochaniu - o uwagę Aurelii rywalizują aż dwaj chłopcy - Konrad i poznany w Pobiedziskach Artur. Sympatia Musierowicz jest oczywiście przy zakochanym w teatrze Konradzie, a nie przy nieco topornym Arturku.

Najfajniejsze jednak w tej książce nie są perypetie miłosne Aurelii, ale wydarzenia z Roosvelta, a konkretnie córki Gabrysi. Przypominają mi one nadal Nutrię i Pulpę i są po prostu urocze. Ich przypadkowa znajomość z woźnym liceum, do którego uczęszczają wszyscy bohaterowie Jeżycjady, jest świetna. Zgorzkniały samotny starzec skonfrontowany z bezkompromisowymi, szczerymi i pełnymi pomysłów dziewczynkami, sięga granic swojego horyzontu w kwestii wychowania i zachowania dzieci. Łacińskie wstawki Tygryska oraz nieudolne próby okiełznania siostry przez Pyzę są przekomiczne, a przemiana woźnego bardzo sympatyczna i niewymuszona. No może poza spotkaniem z babcią Aurelii, które było zbyt przewidywalne.

Dziecko piątku zaliczam do mniej udanych tomów Jeżycjady, przede wszystkim ze względu na babciny, dla mnie absolutnie niezrozumiały, wątek.

Moja ocena: 3,5/6

Małgorzata Musierowicz, Dziecko piątku, 175 str., Wydawnictwo signum Kraków 1993.

wtorek, 9 stycznia 2018

"Ewolucja według Calpurnii Tate" Jacqueline Kelly


Z przyjemnością przeczytałam tę książkę o jedenastoletniej Calpurnii - dziewczynce przekornej, rezolutnej i bystrej, czyli posiadającej cechy, które niekoniecznie były porządane pod koniec XIX wieku. Calpurnia bowiem mieszka na teksańskim bezdrożu, wraz z rodzicami, sześcioma braćmi i dziadkiem. Dziewczyna urodziła się idealnie pośrodku i wkracza powoli w wiek, gdy powinna zacząć się uczyć gotować, świetnie haftować i produkować cudowne robótki ręczne, przygotowując się do przyszłego zamążpójścia. Calpurnii to jednak zupełnie nie w smak. Zamiast siedzieć i dziergać, woli przemierzać z dziadkiem pola i lasy w poszukiwaniu ciekawych roślin i zwierząt oraz zapisywać swoje spostrzeżenia w podarowanym przez najstarszego brata notesie.

Gdyby Calpurnia potrafiła milczeć i nie wpychała swojego ciekawego noska w sprawy braci, być może jej pasja nie zostałaby zauważona. Matka zresztą dość długo toleruje te eskapady, gdy jednak spostrzega, że wyroby córki urągają jakimkolwiek wyobrażeniom, bierze sprawę w swoje ręce, unieszczęśliwiając dziewczynkę. Calpurnia zamiast obserwować wzrost odnalezionej z dziadkiem najprawdopodobniej dotąd nie odkrytej rośliny, musi piec i haftować. Nie ma też już czasu na dalsze studiowanie dzieła Darwina. Jej ewolucja musi przybrać inny kierunek. 

Powieść Kelly jest urocza, lekko staroświecka, zabawnie ironiczna i bardzo poprawna. Calpurnia wprawdzie się buntuje, przeżywa przymus wtłoczenia jej w odpowiednie dla młodej panny ramy, ale wszystko to przebiega w miarę bezboleśnie, serdecznie niemal. Ciekawe zarysowane ramy powieści - upalnie lato w Teksasie 1899 roku, niewielkie miasteczko, pierwsze oddechy rewolucji przemysłowej, nadają historii egzotyczny rys, ale pozostawiają pewien niedosyt. Kelly koncentruje się przede wszystkim na życiu głównej bohaterki, a tło historyczno-społeczne przywołuje tylko wtedy, gdy jest ono konieczne, by ukazać rozwój Calpurnii. Być może to świadomy zabieg, dostosowany do potrzeb i wymagań młodego czytelnika. 

Mimo tego to wyróżniająca się pozycja na rynku książkowym dla młodszych nastolatek. Temat patriarchatu, feminizmu i przełamywania stereotypów jest dla mnie i dla moich dzieci ważny, więc podsunęłam tę książkę córce, która ku mojemu zdumieniu na razie czyta ją bez większego entuzjazmu. 
Warto spostrzec, że Kelly ukazuje nie tylko sytuację dziewczynki, ale i braci, którym nie przystoi chcieć piec i szyć, czy emocjonalnie wiązać się z gospodarskimi zwierzętami. Wszystkie postaci są zresztą świetnie zarysowane - dziwaczny, budzący we wnukach lęk dziadek, wiecznie nieobecny ojciec, surowa matka, niektórzy z braci i wreszcie przyjaciółka Calpurnii, która idealnie wpasowuje się w ówczesny obraz kobiety.

Ciekawa jestem dalszych losów Calpurnii i na pewno sięgnę po niedawno wydany w Polsce drugi tom. Przy okazji, polska okładka dużo bardziej mi się podoba! 

Jacqueline Kelly, Capurnias (r)evolutionäre Entdeckungen, tł. Birgitt Kollmann, 336 str., Hanser Verlag 2013.

sobota, 25 listopada 2017

"Marek i czaszka jaguara" Marek Kamiński, Katarzyna Stachowicz-Gacek


Z ciekawością, a może nawet z pewną dozą sceptycyzmu, sięgnęłam po tę książkę. Moja córka czyta aktualnie tylko i wyłącznie książki przygodowe, ale to jednak mój syn stał się odbiorcą tej powieści. Przez ponad miesiąc niemal codziennie czytaliśmy wspólnie wieczorem po kilka rozdziałów tej niezwykle wciągającej opowieści. 

Marek jest starszy do mojego syna, właśnie skończył piątą klasę i cieszy się na wspaniałą wyprawę do Meksyku. Ma być to wyjątkowy czas sam na sam z tatą. Niedawno w rodzinie Marka zaszły bowiem wielkie zmiany, urodziła się maleńka Zosia i rodzice zajęci są tylko i wyłącznie niemowlęciem. Marek z całego serca chce spędzić czas z tatą i odlicza dni do wyprawy. Wraz z nimi do Meksyku ma polecieć też kumpel taty - znany podróżnik i fotograf Orinoko. To ten ostatni ma szczegółowy plan zwiedzania. Dodatkowo zabierze do Meksyku pewien tajemniczy obiekt, który przechowywał znajomy profesor. Przedmiot należy do plemienia Lakandonów, a Orinoko zobowiązuje się go przekazać Indianom. Niestety cały plan się sypie. Najpierw się okazuje, że dorośli pomylili datę odlotu i nie ma już możliwości zawiadomienia, mających na nich czekać Lakandonów, potem choruje Zosia i tata nie może towarzyszyć Markowi i do tego pojawiają się tajemniczy dwaj mężczyźni w garniturach. 

Marek nie przepada za Orinoko - jego sposobem bycia, podróżowania, a przede wszystkim nie może się wyzbyć uprzedzeń wobec niego. Chciałaby podróżować z tatą, a nie z gburowatym wujkiem. Podróż od początku układa się inaczej niż chłopiec ją sobie wyobrażał - nie wolno mu zabrać komputera, Orinoko nie zapowiada żadnych wygód, a cały dobytek trzeba dźwigać samodzielnie w ogromnym plecaku. Stopniowo okazuje się, że zwiedzanie nie jest takie straszne. Podróżnicy, nieświadomi śledzących ich mężczyzn, wpadają jednak co chwilę w różne tarapaty, aż w końcu muszą się ukrywać i uciekać. Wtedy jednak Marek nie pamięta już o początkowej niechęci do towarzysza wyprawy oraz braku komputera.

Powieść naszpikowana jest mnóstwem faktów o Meksyku, informacji o zabytkach, o cywilizacjach indiańskich, o kulturze i krajobrazie. Wiadomości te jednak wplecione są w tekst, przekazywane mimochodem, tak że czytelnik połyka je przy okazji. Mój syn naprawdę dużo dowiedział się o Meksyku i ciągle konsultował trasę Marka z mapą na okładce. Z tyłu książki umieszczono bowiem mapę świata, by ukazać odległość między Polską, a Ameryką Środkową, z przodu zaś mapkę Meksyku oraz wszystkie punkty, w których bohaterowie się zatrzymali. Dodatkowo tekst wzbogacony jest bardzo klimatycznymi czarno-białymi rycinami, które bardzo mi się podobają. Naprawdę duży plus dla wydawnictwa za szatę graficzną książki! I za mapy!

Właściwie nie mogę nic zarzucić tej powieści. Czyta się świetnie, napisana jest ze swadą, akcja jest wartka, a autorzy nie koncentrują się tylko na wydarzeniach współczesnych, lecz, jak wspominałam wyżej, naprawdę wyjątkowo dobrze przemycają mnóstwo dodatkowych informacji. Jeśli miałabym się przyczepić do czegokolwiek, to może do delikatnie nachalnego morału, ale wydaje mi się, że mój syn zupełnie go nie spostrzegł. Dla niego to powieść o rodzinnej miłości, przyjaźni i odwadze. 

Bardzo ciekawa jestem czy duet autorów planuje kontynuację przygód Marka. Wyobrażam sobie, że ta powieść byłaby idealnym sposobem na przygotowanie dziecka do podróży do Meksyku i jeśli się tam wybierzemy, na pewno do tej książki wrócimy. Cieszyłabym się z podobnej książki o innych krajach, na przykład azjatyckich. A może Marek wybierze się w kolejną wyprawę?

Moja ocena: 5/6

Marek Kamińdki, Katarzyna Stachowicz-Gacek, Marek i czaszka jaguara, 352 str., Wydawnictwo Znak emotikon Kraków 2017.

czwartek, 19 października 2017

"City Crime - Vermisst in Florenz" Andreas Schlüter


Musiałam przeczytać tę książkę, po tym jak zachwycona była nią moja córka. To był dla niej strzał w dziesiątkę, podczas lektury zaśmiewała się i nie mogła się od niej oderwać. Gdy tylko miała okazję kupiła wszystkie tomy tej serii.

Seria Schlütera, jak sam tytuł wskazuje, to powieści kryminalne dla młodszych nastolatków. Głównymi bohaterami jest rodzeństwo - jedenastoletni Finn i jego starsza siostra Joanna. Dziewczyna mieszka z tatą we Florencji. Tata jest malarzem i we Włoszech przebywa na stypendium. Finn został z mamą, w Niemczech. Między rodzicami niezbyt dobrze się układa, więc stypendium jest dobrą okazją na nabranie dystansu do konfliktów. Finn i Joanna jednak tęsknią za sobą i bardzo chcą, by rodzice jak najprędzej wrócili do siebie. 
Finn i mama za kilka dni po raz pierwszy od rozstania wylatują do Florencji. Dzieci nie mogą doczekać się spotkania, tymczasem we Włoszech dzieje się coś dziwnego. Znika tata, ale Joanna nie chce poinformować o tym mamy, bojąc się, że zaginięcie stanie się kolejnym argumentem w nieustających konfliktach. W sprytej rozmowie, udaje się jej przekonać mamę, że Finn musi przylecieć wcześniej i pojechać z nią na wyjątkowy obóz. Nie podejrzewająca niczego rodzicielka przebukowuje lot chłopca i Finn rusza w objęcia przygody.

We Florencji okazuje się, że tata najprawdopodobniej coś odkrył, bądź odnalazł skarb i dlatego został porwany. W swojej pracowni pozostawił jednak tajemniczy notes ze wskazówkami, które Joanna bezskutecznie próbowała sama rozwikłać. Dzieci decydują się na samotne poszukiwania taty, krok po krok rozszyfrowują notatki i wyruszają w miasto. Finn w ten sposób poznaje Florencję, jej zaułki i zabytki, a także skonfrontowany zostaje z Włochami i ich językiem. Dzieciom pomagają bowiem w poszukiwaniach mieszkańcy tego miasta - Andrea, którego Finn poznał w samolocie oraz grupa miejscowych złodziejaszków!

Książka naszpikowana jest językiem włoskim, wiele zwrotów świetnie wplecionych jest w dialogi, a na końcu autor zamieścił słowniczek podstawowych słówek. Akcja toczy się bardzo wartko, choć nie brak tu nieścisłości, czy uproszczeń. Nie jestem pewna, czy są one zauważalne tylko dla dorosłego czytelnika, córka bowiem nie miała żadnych zastrzeżeń. Schlüter bardzo sympatycznie naszkicował charaktery głównych bohaterów - rodzeństwo ma ze sobą dobry kontakt, a dzięki wspólnej przygodzie jeszcze bardziej zacieśniają się ich więzy.

Myślę, że teraz rozumiem, dlaczego ta książka tak dobrze trafiła w gust mojej córki. To naprawdę kawałek świetnie napisanej literatury przygodowej.

Andreas Schlüter, City Crime - Vermisst in Florenz, 192 str., Tulipan Verlag 2013.

piątek, 13 października 2017

"Tarapaty" Marta Karwowska, Katarzyna Rygiel



Niedawno skończyłam lekturę tej nowości na rynku książek dla młodzieży. Co ciekawe ta książka powstała na podstawie scenariusza filmu - sytuacja zupełnie odwrotna od tej najczęściej spotykanej. 

Jedenastoletnia Julka cieszy się bardzo na wakacje. W czasie roku szkolnego mieszka w znienawidzonym internacie i już nie może się doczekać obiecanych ferii w Kanadzie, u rodziców. Najpierw jednak musi dotrzeć do ciotki w Warszawie, gdzie ma spędzić jedną noc i dostać bilet na samolot. Jej rozczarowanie jest gigantyczne, gdy okazuje się, że ciotka nic o jej pobycie nie wie i, co gorsza, nie ma dla niej biletu. Julka jest zdruzgotana, do tego nie nawiązuje z dziwaczną ciotką nici porozumienia. Źle czuje się w zagraconym domu pełnym planów i rulonów. Ciotka nie przepada za dziećmi, zajęta jest tworzeniem książki o dokonaniach architektonicznych jej rodziców i nie ma zamiaru zajmować się dziewczyną. 

Julia przypadkowo poznaje Olka - chłopaka, który mieszka w pobliżu i przyciąga kłopoty jak magnes. Jego rodzice wyjechali na ferie, a zajmuje się nim opiekunka, mieszkających tuż obok bliźniaczek. Olek ma duszę detektywa i jest na tropie pewnej zagadki, która bardzo ściśle jest związana ze stojącą obok ruderą. Zabytkowy dom, a zwłaszcza jego piwnice odegrają bardzo ważną rolę w powieści, ale najpierw ktoś włamie się do mieszkania ciotki, a Julka postanowi pomóc Olkowi w jego bliżej nieznanych poszukiwaniach.

Akcja Tarapatów ma ogromne tempo. Rozdziały są krótkie, języki wartki, a akcja wciągająca. Jestem przekonana, że taka forma książki przyciągnie przyzwyczajone do krótkich form współczesne nastolatki. Mnie zabrakło tu informacji dodatkowych i tła. Autorki nie tłumaczą, dlaczego rodzice Julki mieszkają w Kanadzie, ani dlaczego nie dotarł do niej bilet. Podobnie nie wiemy co się stało z rodzicami malutkich bliźniaczek, którymi zajmuje się opiekunka Olka. Postaci zjawiają się i znikają nagle, a opisy są krótkie i pobieżne. Gdyby ta książka nie powstała na podstawie scenariusza, powiedziałabym że jest idealną bazą na stworzenie filmu.

Podobało mi się za to przesłanie Tarapatów. Julka to dziewczynka wielokrotnie zraniona - nie wierzy w przyjaźń, trudno jej zbudować zaufanie do innych. Nie wiemy wprawdzie, dlaczego nie interesują się nią rodzice, ale widzimy jak trudno jej postawić na przyjaźń z Olkiem. Jej wewnętrzna walka i budowanie więzi z Olkiem są najmocniejszymi stronami powieści, podobnie jak ciekawe ilustracje Marty Ruszkowskiej. Obawiałam się, że okładkowa scena z filmu zdominuje powieść graficznie, na szczęście wydawca zdecydował się na oryginalną kreskę absolwentki krakowskiej ASP. 

Moja jedenastoletnia córka jeszcze nie przeczytała tej książki ale jestem niemal pewna, że trafi w jej gust, ponieważ aktualnie najchętniej pochłania książki z zagadką kryminalną.

Moja ocena: 4,5/6

Marta Karwowska, Katarzyna Rygiel, Tarapaty, 312 str., Agora 2017.

czwartek, 10 sierpnia 2017

"Łauma" Karol Kalinowski


Skuszona licznymi zachętami kupiłam ostatnio dwie książki Karola Kalinowskiego. Dawno nie czytałam komiksów, czy właściwie powieści graficznych, więc z przyjemnością sięgnęłam po Łaumę.

Nie będę ukrywać, że przed lekturą tej książki pojęcia nie miałam co oznacza jej tytuł. Pojęcia też nie miałam o wierzeniach ludowych Jaćwingów. I po trzecie pojęcia nie miałam o czym słynne komiksy Kalinowskiego są. Tymczasem okazało się, że rekomendacje zaprzyjaźnionych blogerów były wyjątkowo trafione. Od dawna interesują mnie wierzenia ludowe oraz wplatanie ich w światy współczesne. Ostatnio takie fantastyczne połączenie spotkałam w kryminałach o Komisorzu Hanusiku. Śląsk interesuje mnie szczególnie, ale jestem otwarta na wszystkie regiony Polski i świata oraz na ich baśnie ludowe.

Narratorką w Łaumie jest Dorotka, która opowiada o wyjeździe na wakacje do babci Rozalii, mieszkającej na wsi za Suwałkami. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że babcia popełniła samobójstwo i zostawiła dla dziewczynki list. Rodzice decydują się opuścić wielkie miasto i zamieszkać w babcinym domu. Tata porzuca pracę w agencji i bez reszty poświęca się remontowi, odkrywając swoje zamiłowanie do majsterkowania. Gdy rodzice zajęci są urządzaniem nowego lokum, dziewczynka poznaje bliżej wierzenia mieszkańców Suwalszczyzny. Jako wnuczka szeptuchy jest osobą obserwowaną w szkole i we wiosce. Dorotka wydaje się mieć dar babci - spotyka bowiem skrzaty i inne magiczne stworzenia, które objaśniają jej swój świat.

W powieściach graficznych rysunki ważne są na równi z tekstem. Kalinowski nie trafia idealnie w mój gust, choć lubię oszczędną kreskę i czarno-białe ilustracje, a te są wyjątkowo klimatyczne i świetnie komponują się z zimową aurą. Niestety tata głównej bohaterki ciągle przypominał mi Jasia Fasolę, a wyraz twarzy Dorotki mnie odstręczał. Co gorsza miałam problem z zapamiętaniem wyglądu poszczególnych postaci duchów i skrzatów więc ciągle musiałam kartkować wstecz, by sobie przypomnieć kto jest kim. W Łaumie treść zdecydowanie wygrywa z ilustracjami. Dodać muszę, że książka jest świetnie wydana - twarda oprawa, kredowy papier i poręczny format to bez wątpienia jej atuty.

Ciekawa jestem teraz jak spodoba mi się Kościsko, które zamierzam przeczytać niebawem, a Łaumę podsunę córce.

Moja ocena: 4/6

Karol Kalinowski, Łauma, 80 str., Kultura Gniewu 2016.

czwartek, 3 sierpnia 2017

"Opium w rosole" Małgorzata Musierowicz



Po nieplanowanej przerwie w lipcu wracam do czytania Jeżycjady. Od ostatniego tomu minęły 4 lata i wiele zmieniło się i w Polsce, i u Borejków.

Na ulicach jest mroźno, szaro i beznadziejnie, co rusz ruch samochodów zatrzymywany jest przez pędzące samochody pancerne i policyjne, rodzice znikają, w sklepach jest pusto - jednym słowem warunki życia są tragiczne. Także u Borejków nastąpiły zmiany - Gabrysia jest samotną matką, jej mąż wyjechał do Australii i słuch po nim zaginął. Ale to nie Borejkowie są głównymi bohaterami tej książki, choć ważną rolę odgrywa w niej kamienica przy ulicy Roosvelta 5 i znane już z poprzednich tomów postacie. W centrum akcji stoi jednak Kreska czyli Janina Krechowicz, wnuczka profesora Dmuchawca, która przeprowadziła się do niego z Wrocławiu, po zniknięciu rodziców, i rozpoczyna naukę w pierwszej klasie liceum. 

Kreska niespecjalnie dobrze czuje się w nowej szkole. Jej klasa nie jest zbyt zgrana, ona sama nie nawiązała żadnych przyjaźni, a wychowawczyni jest odpychająca i surowa. Do tego pomagający jej w matematyce Maciek zakochuje się w zblazowanej Matyldzie zamiast zwrócić uwagę na nią. Pikanterii zawirowaniom miłosnym Kreski dodaje mała dziewczynka. Genowefa Bombke vel Lompke vel Trombke wędruje od mieszkania do mieszkania, gdzie z rozkoszą zajada się domowymi obiadkami i wdycha rodzinne ciepło. Geniusia zdobywa serca wszystkich mieszkańców, a każda rodzina chętnie dzieli się z nią tym, co ma. 

Sceny z Genowefą są przekomiczne - jej uwagi, skojarzenia i kombinacje są rewelacyjne. Humor sytuacyjny to jest to, co Musierowicz wychodzi najlepiej. Jak każda z powieści autorki, także ta ma przesłanie, czasem zbyt nachalne, ale jednak do przełknięcia. 

Wykształcona pedagogiczno-psychologicznie wychowawczyni Kreski sypie z rękawa cytatami z wielkich pedagogów, ale nie radzi sobie ze swoją klasą. Nie wie jak zbudować autorytet, ani jak rozmawiać z uczniami. Podobnie ma się sprawa w domu. Nauczycielka jest więźniem rytuałów i powinności. W kreacji tej postaci Musierowicz zdecydowanie poszła na całość i przejaskrawiła ją w opozycji do kultowego w tej książce profesora Dmuchawca, który przecież kilka tomów wstecz też bez skazy nie był. Idealny stary nauczyciel oraz wzór matki czyli Mila Borejko miażdżą więc zagubioną w sobie kobietę.

Z ciekawością czytałam o polskich realiach z roku 1983. Musierowicz nie tworzyła oczywiście powieści historycznej ale są one tak wszechobecne w książce, że stały się niezwykłym obrazem tych smutnych czasów. 

Z przyjemnością wróciłam do tej książki, której nie czytałam od czasów wczesnego liceum. Naprawdę poczułam ducha Jeżycjady, przeniosłam się duszą do Poznania i po prostu połknęłam tę książkę w jeden dzień.

Moja ocena: 5,5/6

Małgorzata Musierowicz, Opium w rosole, 238 str., Nasza Księgarnia 1990.


sobota, 3 czerwca 2017

"Ida sierpniowa" Małgorzata Musierowicz



Kolejny tom Jeżycjady potwierdził, że to jednak Borejkowie są gwarancją dobrej lektury. Ani Szósta klepka ani Kłamczucha mnie nie zachwyciły, za to od momentu lektury Kwiatu kalafiora mam poczucie powrotu do lat młodzieńczych.

Pamiętam, że ówcześnie Ida sierpniowa była moim ulubionym tomem i faktycznie Idę nadal lubię. Będąc piętnastoletnią niezbyt ładną pannicą, Ida opuszcza urlopującą się rodzinę i wraca do Poznania. Lato roku 1979 nie jest łaskawe - leje i leje, więc wakacje pod namiotem okazują się być klapą ale tylko Ida ma na tyle kurażu, by powiedzieć dość i opuścić rodzinę i łowienie węgorzy. Ten nieprzemyślany i impulsywny powrót niesie za sobą liczne konsekwencje. Przede wszystkim głód. Borejkowy dom wymieciony jest do ostatniego okrucha, a Ida nie śmierdzi groszem. Po wyszukaniu ostatnich strawnych kawałków i po uniesieniu się honorem podczas wizyty u wujostwa, dziewczyna dochodzi do wniosku, że nie pozostaje jej nic innego, jak podjąć pracę. Zajęcie znajduje nader szybko i zostaje damą do towarzystwa starszego pana, i jak się później okaże, jego rozpieszczonego wnuka.

Oczywiście można tej książce wiele zarzucić - w zasadzie podobne kwestie, które rażą w najnowszych tomach. Głównym marzeniem Idy jest bycie piękną i znalezienie ukochanego. Nie ulega dyskusji, że nie jest to postawa, którą chciałabym stawiać na wzór mojej córce. Z drugiej strony, obawiam się, że wiele dziewczyn, w którymś momencie swojego życia przechodzi, chcąc czy nie chcąc, taki etap. Te pragnienia nastoletniego serca nie są jednak najważniejsze - Ida w całym swoim jestestwie jest urocza i przekomiczna. Tak jak w Kwiecie kalafiora, bardzo dobrze wychodzi Musierowicz humor sytuacyjny. Wiele scen mnie rozśmieszyło, a przynajmniej wywołało uśmiech na mojej twarzy. Dosyć szablonowe postaci osiedlowych rozrabiaków na szczęście przełamują stereotyp i okazują się jednak być normalnymi dzieciakami, które niekoniecznie trzeba lać, albo malować zieloną farbą ;) W zasadzie nie szczególnie chcę wyciągać wady tej książki, bo po prostu dobrze mi się ją czytało, a poziom irytacji był bardzo niski.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Musierowicz, Ida sierpniowa, 178 str., Wydawnictwo Signum 1992.

czwartek, 5 stycznia 2017

"Der Theoretikerclub" Anja Janotta


Książka w formie blogu? Czy takie rozwiązanie ma szanse być ciekawe? Muszę przyznać, że przez pierwszych kilkanaście stron przyzwyczajałam się do tej formy oraz wdrażałam w styl autorki. Zwłaszcza, że stosowana przez nią forma na dobrą sprawę blogiem w ścisłym tego słowa znaczeniu nie jest, ale raczej platformą, która służy rozmowom czterech kolegów. Są to około dwunastoletni Linus, Albert i Benjamin oraz ośmioletni Knut. Trzej starsi chłopcy założyli tytułowy Klub Teoretyków. Wszyscy są bardzo inteligentni, Linus specjalizuje się w komputerach i podobnie jak Albert jest uzdolniony matematycznie, Benjamin zaś zmienia imię na Roman, zafascynowany jest bowiem Starożytnym Rzymem oraz łaciną. Co więcej nawet zmienia religię z rzymsko-katolickiej na rzymską. Ci chłopcy pasuj ą do definicji nastoletniego nerda - ich życie kręci się wokół blogu, netu, wikipedii, teorii i wyśmiewaniu bandy Thomasa. Thomas oraz Moritz i Jonathan uwielbiają piłkę nożną, spędzają czas na uprawianiu sportu i podrywaniu dziewczyn, a konkretnie Alby, Flory i Lynn. Alba jest siostrą-bliźniaczką Alberta, więc chłopcy mają stały dopływ informacji na temat przeciwników. Rodzeństwo jednak żyje jak kot z psem, a sytuacja z każdym dniem się pogarsza.

A Knut? Ośmiolatek bardzo chciałby należeć do Klubu Teoretyków, jego członkostwo jest jednak tylko warunkowe. Według starszych kolegów jako uczeń podstawówki odstaje od nich intelektualnie. Właściwie jedynym powodem zaakceptowania jego uczestnictwa jest nieograniczony dostęp Knuta do najnowszych zdobyczy techniki, zapewniony przez testującego nowe aplikacje tatę. Knut stawia wiele pytań, przekręca słowa, nie zna skomplikowanych terminów, potrafi za to, w przeciwieństwie do Teoretyków, rozsądnie myśleć. I bardzo lubi, z wzajemnością zresztą, Albę, która często się nim opiekuje podczas nieobecności rodziców. Niestety to stawia jego lojalność na próbę - wielokrotnie musi wybierać między karkołomnymi planami zemsty, snutymi przez chłopców, a swoją przyjaźnią z Albą. 

Linus i paczka to teoretycy w pełnym tego słowa znaczeniu. Są świetni w wymyślaniu planów, tworzeniu schematów, przygotowywaniu wszystkiego na papierze ale w rzeczywistości mijają się z realiami i przegrywają na całej linii z Thomasem i dziewczynami. 

Zamiarem autorki było z pewnością ukazanie wartości przyjaźni i wspólnego działania. Nie jestem jednak przekonana czy uczyniła to wystarczająco czytelnie. Akcja prowadzona jest chaotycznie, motywy planów Linusa nie dość wyraźne. Nie trafił do mnie także podział między płciami - chłopcy siedzą ciągle przy telefonach, tabletach i komputerach, a dziewczyny stroją się, malują i plotkują. Druga grupa chłopców zaś gra tylko w piłkę. Zawsze gdy czytam takie opisy, zastanawiam się czy moje dzieci są takie dziwne czy świat książkowy aż tak przejaskrawiony. Moja córka twierdzi, że inne nastolatki takie są, więc pewnie do nich ta książka powinna trafić.

Atutem książki natomiast jest język - Janotta starała się, by brzmiał atrakcyjnie dla nastolatków i stworzyła sporo dowcipnych neologizmów. Także graficznie powieść oferuje ciekawe rozwiązania -  w prawym dolnym rogu książki umieszczono rysunki chłopców, które przy szybkim kartkowaniu stron sprawiają wrażenie animacji.

Mojej jedenastoletniej córce książka się podobała umiarkowanie, podobnie jak ja przez pierwszych kilkanaście stron nie była do niej przekonana. Jej zdaniem najciekawsze są wpisy na blogu, a intryga i jednostronny opis dziewczyn nie przypadły jej do gustu.

Moja ocena: 3,4/6

Anja Janotta, Der Theoretikerclub, 256 str., cbt Verlag 2016.

niedziela, 2 października 2016

"Harry Potter and the Cursed Child" J.K. Rowling, Jack Thorne, John Tiffany



Nie wytrzymałam i nie zaczekałam na ukazanie się polskiego tłumaczenia. Jak tylko córka przyniosła do domu tę książkę i ją przeczytała, połknęłam ją w dwa dni. I bardzo żałuję, że to nie powieść!

Czytając ten zapis sztuki teatralnej automatycznie wyobrażałam sobie, jak wyglądałby w postaci powieści. Sam zamysł fabuły jest moim zdaniem świetny. Głównym bohaterem jest drugi syn Harry'ego i Hermiony - Albus Severus. Dziecko, które nie pasuje do rodziny, co gorsza Tiara wybiera dla niego dom Slytherina, a chłopiec zaprzyjaźnia się z synem Malfoya - Scorpiusem. Obaj chłopcy nie mają łatwego życia w szkole - Albus jako syn swojego ojca, a o ojcostwo Scorpiusa podejrzewany jest sam Voldemort. Co ciekawe Scorpius charakterologicznie przypomina Hermionę i zupełnie nie wygląda na Malfoya.
Stosunki między Harrym, a jego dojrzewającym synem są złe, żeby nie powiedzieć okropne.  Podobnie ma się sprawa w domu Malfoyów.
Rozpędu całej historii dodaje urządzenie, umożliwiające podróże w czasie. I więcej nie napiszę, bo każde następne słowo byłoby spoilerem.

Autorzy wyjaśniają i doświetlają wiele kluczowych dla życia Harry'ego wydarzeń. Świetnie jest poczytać na przykład o Turnieju Trójmagicznym z innej perspektywy. Zakładam jednak, że najciekawsze dla czytelnika będzie życie Harry'ego i jego przyjaciół po szkole. Dowiadujemy się, czym zajmują się już trzydziestosiedmioletni bohaterowie, ile mają dzieci i właściwie tylko tyle. Chętnie poczytałabym o rodzeństwie Rona, o jego rodzicach ale niestety dla nich w książce miejsca zabrakło.

Akcja koncentruje się na Albusie i Harrym, pozostałe postaci pozostają na drugim planie, co oczywiście ma związek ze specyfiką tego gatunku literackiego. Pewna jestem, że w powieści charakterystyka innych byłaby pełniejsza. Jednym słowem ta książka pozostawia niedosyt, duży niedosyt. Ja spróbuję go zaspokoić ponowną lekturą po polsku.

Z ogromną przyjemnością wróciłam do świata Rowling i nawet jeśli ta książka jest tylko jego namiastką, to czytałam ją z przyjemnością i mam ochotę przypomnieć sobie cały cykl, a szczególnie ostatnie tomy.

Moja ocena: 4/6


J.K. Rowling, Jack Thorne, John Tiffany, Harry Potter and the Cursed Child, 320 str., Little, Brown & Company 2016.

wtorek, 16 sierpnia 2016

"Wyspa na ulicy Ptasiej" Uri Orlev


Dwunastoletni Alek mieszka z tatą w warszawskim getcie. Jest rok 1943, trwają wywózki z getta, a ludność stara się na wszelkie sposoby przetrwać. Mama Alka zniknęła - poszła odwiedzić koleżankę i nigdy nie wróciła. Tata pracuje w fabryce lin, ale wraz z zaufanym kolegą ma obmyślony plan uratowania chłopaka, na wypadek czyszczenia getta. I faktycznie nadchodzi ten dzień, kiedy pracownicy fabryki muszą opuścić budynek, Alkowi udaje się uciec. Chłopiec chowa się w opuszczonym, zrujnowanym budynku, początkowo w piwnicy. Stopniowo wpada na pomysł urządzenia sobie kryjówki na jednym ze zrujnowanych pięter. Alek bardzo sprytnie buduje drabinkę sznurową, obmyśla sposób dostania się na piętro, zbiera prowiant i urządza swoją wyspę. Chłopiec żyje między ziemią, a niebem, za towarzystwo ma jedynie ptaki i małą białą myszkę. Jest wojennym Robinsonem, samotnym i pozostawionym samemu sobie.

Podczas swoich wypraw po opuszczonych domach w getcie Alek spotyka ludzi - dobrych i złych. To jednak przede wszystkim powieść o jego dojrzewaniu. Czytelnik obserwuje jak ewoluują jego myśli, jak chłopiec rozumie świat i walczy o przeżycie. Orlev wspaniale przedstawia mechanizmy obronne dziecka, jego wolę życia i sposób radzenia sobie z utratą rodziców.

To przepiękna opowieść o dorastaniu i woli życia umieszczona w nieludzkich realiach. Na początku nie byłam w stanie czytać więcej niż jeden rozdział na raz, gdy jednak ochłonęłam i nie brałam sobie grozy wojny tak bardzo do serca, nie mogłam odłożyć książki. Zachwycił mnie sposób w jaki autor pozwala Alkowi opowiadać o swoich przemyśleniach. Chwile, gdy reflektuje, że zachowuje się tak, jak zawsze uczyli go mama i tata, a kiedyś puszczał te nauki mimo uszu, są niezwykle wzruszające.

Wyspę na ulicy Ptasiej przełożył wspaniale Ludwik Jerzy Kern - to literatura wysokich lotów, czyta się świetnie! A lekturę dopełniają nastrojowe, przypominające szkice ilustracje.


Przeżycia Alka wydają się być niemal fantastyczne, on sam wspomina, że urodził się w czepku - całą książkę byłam przekonana, że jest ona autobiograficzna. Tymczasem Orlev wprawdzie korzysta ze swoich wojennych doświadczeń, ale tworzy na ich podstawie nowe historie. To wspaniała książka przygodowa, historyczna, psychologiczna - jednym słowem koniecznie po nią sięgnijcie!

Uri Orlev, Wyspa na ulicy Ptasiej, tł. Ludwik Jerzy Kern, 230 str., Media Rodzina 2011. 

sobota, 13 sierpnia 2016

"Ostatnie przedstawienie panny Esterki" Adam Jaromir, Gabriela Cichowska



Temat II wojny światowej fascynował moją córkę już kilka lat temu. Teraz to zainteresowanie na szczęście zelżało, bo zawsze to były trudne rozmowy. Ostatnie przedstawienie panny Esterki znalazło się u nas, by powiększyć spory zbiór książek poświęconych wojnie. Dzięki lekturze Pamiętnika Blumki córka zna historię Janusza Korczaka i jego domu dla dzieci. Książka Jaromira i Cichowskiej w pewien sposób przypomina książkę Chmielewskiej ale zaskoczyła nas spora ilość tekstu i jej objętość. 
Jaromir konstruuje książkę na wielu płaszczyznach, dopuszczając do głosu dzieci, Korczaka jak i pannę Esterkę. Te głosy splatają się ze sobą, łączą się, a uważny czytelnik zauważy podążającą za nimi zmieniającą się czcionkę. 


W Ostatnim przedstawieniu panny Esterki widzimy więc życie w getcie oczyma wielu narratorów.
Stary Doktor zatroskany jest losem dzieci, głodem, brakiem środków, nie potrafi przejść obojętnie obok żadnego dziecka. Jego dni to zmartwienie, wędrówka od drzwi do drzwi i ciągłe starania, by nawet w obliczu nieuchronnej śmierci wychować dzieci na dobrych ludzi. 


Gienia opisuje życie w sierocińcu - przeżycia dzieci, ich mały świat. Dzieci cieszą się z możliwości pielęgnowania kwiatów, kłócą się, rozmawiają, trzymają w pudełkach swoje skarby, dorastają po prostu. Życie w zamknięciu oraz nieustanny głód mają wpływ na nastroje - dzieci są apatyczne, smutne. Panna Esterka wie jednak jak dodać życiu dzieci koloru - dzięki literaturze pragnie pomóc im zrozumieć rzeczywistość oraz odwrócić uwagę od wojennej rzeczywistości. Zachęca więc dzieci do wystawienia sztuki na podstawie Poczty Rabindranatha Tagorego. To trudny i smutny tekst o chorym chłopcu, który nigdy nie opuszcza swojego pokoju. Dzieci jednak z zapałem zabierają się do opracowania przedstawienia - wspólnie robią dekoracje i stroje, uczą się ról i z niecierpliwością wyczekują dnia wystawienia sztuki. Trzy tygodnie po przedstawieniu trafiają na Umschlagplatz.



Ta książka to perełka, wyraźnie inspirowana pracami Iwony Chmielewskiej, równie refleksyjna i poruszająca. Autorka ilustracji Gabriela Cichowska używa stonowanych kolorów - sepii, beżu, szarości i czerni. Szkice i kolaże uzupełniają tekst. Mnie jednak najbardziej zachwyciły dokumenty archiwalne - stare pocztówki, mapy, zapiski, wycinki z gazet czy pieczęcie. To właśnie one tworzą klimat książki oraz osobną płaszczyznę. Podczas pierwszego czytania najważniejszy był tekst, potem jednak jest czas na rozszyfrowywanie wspomnianych wyżej dokumentów - adresów, kartek z kalendarza czy ogłoszeń. A potem jeszcze na smakowanie ilustracji, na otwarcie domu i przyjrzenie się buziom jego mieszkańców. 


To nie jest książka tylko dla dzieci, to książka dla wszystkich. Dziecko odkryje w niej co innego, niż dorosły. Mnie ona bardzo poruszyła, nie czuję się na siłach, by rozmawiać o niej z dziećmi, bo jak wytłumaczyć to, co przeżyły sieroty Korczaka? Córka chyba instynktownie odłożyła tę książkę na później, choć z uwagą przejrzała ilustrację. A mnie po lekturze było tak bardzo smutno :(

Bardzo ważna książka - polecam wam ją z całego serca!

Adam Jaromir, Gabriela Cichowska, Ostatnie przedstawienie panny Esterki, 124 str., Media Rodzina 2014.

piątek, 8 lipca 2016

"Fantastyczne miasta" Steve McDonald


Wszyscy kolorują, tylko nie ja. Z zaskoczeniem obserwuję od dawna falę zamiłowania do kolorowania - regały pełne zeszytów dla dorosłych widziałam wszędzie - w Niemczech, Polsce, Portugalii, na Filipinach. Każdy może znaleźć coś dla siebie, takiej różnorodności życzyłabym sobie w każdej dziedzinie. Niektóre kolorowanki, nawet w postaci czarno-białej są zachwycające!

W księgarni w Manili

Zanim matka tylko pomyślała o wzięciu kredki do ręki, nadal pamiętając niezwykle pasjonujące kolorowanie z trzylatkiem, dzieci same sobie kupiły dorosłe kolorowanki i starannie dziergają mandale i ornamenty. A matka wciąż się zastanawia po kim u nich artystyczne zainteresowania?
Jaki temat byłby najlepszy na pierwszą próbę matki? W grę wchodziła tylko literatura lub geografia. Miasta wydały si ę być idealne. Po wszystkich kątach i szufladach walają się u nas projekty osiedli i ulic, studiowanie atlasu należy do codziennej rutyny więc odkrywanie przedstawionych w książce miast poprzedziło wzięcie do rąk kredek.

Najwięcej tu kanadyjskich miast, co nie zaskakuje, autor jest absolwentem Ontario College of Art and Design, ale są też miasta europejskie, szczególnie ucieszyły nas niemieckie, azjatyckie, australijskie. Dzieci od razu zwróciły uwagę na niedawno odwiedzony przez nas Singapur, a mnie zaskoczył Jemen!

A samo kolorowanie? Okazało się, że wcale nie jest takie łatwe. Nadal pracujemy nas pierwszymi stronami i robimy to wspólnie. Koloruje Sześciolatek, koloruje Dziesięciolatka i koloruję ja. I wiecie co? Ja najmniej. To jednak nie jest dla mnie, a może jest, ale nie mam czasu. Gdybym jeszcze mogła słuchać audiobooka przy kolorowaniu, to bym ten czas jako ś wynalazła, a tak, jednak wolę tę chwilę poświęcić na czytanie albo na naukę języka. 


Kolorowanka sprawdziła się za to jako zajęcie rodzinne - tata nie dał się namówić, ale we trójkę siadamy i rysujemy po kawałku. Ja z córką Bremę, syn Singapur. Dziesięciolatka się naśmiewa z dobory kolorów Sześciolatka, ten znowu złości się na siostrę, ja panicznie staram się zażegnać kolejną kłótnię i tak nam mija czas przy kredkach :P

Wydawnictwu Egmont z serca dziękujemy za umożliwienie nam bliższego poznania magii kolorowania. Jestem przekonana, że gdy zaczniemy kolorować takie obrazki, jak poniżej, książkę dokończymy najwcześniej na Boże Narodzenie :)


Steve McDonald, Fantastyczne miasta, Egmont 2016.