piątek, 18 września 2026

"Doktórka od familoków" Magdalena Majcher


 
Historię lekarki Jolanty Wadowskiej-Król znałam już od kilku lat, a że śląskie tematy są mi bliskie, zobaczyłam też serial opartych na jej historii ratowania dzieci z ołowicą. Serial uznałam za bardzo przeciętny i niepotrzebnie podkolorowany dramatycznymi wątkami, ale doceniam nagłośnienie tego tematu. Po książce Magdaleny Majcher oczekiwałam rzetelnego reportażu, tymczasem to oparta na faktach powieść. Autorka wymyśliła rodzinkę Kościelniaków, bazując na rozmowach z mieszkańcami Szopienic oraz samą lekarką.

Narracja prowadzona jest dwutorowo – swoją wersję opowiada Jolanta Wadowska-Król oraz Helena Kościelniakowa. Majcher próbowała oddać warunki życia w Szopienicach, obok huty, podejście kobiet do wychowania, ich codzienne bolączki, a wreszcie kwestię leczenia dzieci. Gdy oddaje głos lekarce poznajemy trudności w prowadzeniu leczenia, fikołki formalne, by uniknąć konfliktu z władzą i ogromne zaangażowanie Wadowskiej-Król. Historia Majcher jest zupełnie inna od tej serialowej – dużo mniej spektakularna, bardziej przyziemna. Zakładam, że autorka pokazała tę wyjątkową historię jak najwierniej, ja na pewno dużo bardziej kupuję tę wersję niż serialową. 

Dla mnie jednak dużym rozczarowaniem jest fakt, że to jednak w sporej mierze fikcja. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, sięgając po tę pozycję, nie znam też autorki, choć podobno cieszy się popularnością. Sceptycznie podchodzę do tego typu książek – zakładam, że powstają, by ułatwić odbiór takich historii, by uczynić je atrakcyjniejszymi dla czytelników. Ja tego nie potrzebuję, wolę zwykły reportaż. 
Językowo ta książka nie jest majstersztykiem, a poutykane gdzieniegdzie trzy jedne i te same śląskie słowa nie nadają jej takiego kolorytu, jaki zapewne był zamiarem autorki. 

Moja ocena: 3/6

Magdalena Majcher, Doktórka od familoków, 304 str., W.A.B. 2023.

czwartek, 17 września 2026

"Album z opowieściami" Antonis Georgiou


 

Rodzinny, stary album pełen zdjęć z wesel, komunii, pogrzebów, z wydarzeń rodzinnych. Postaci stoją sztywno, patrzą prosto w obiektyw, rzadko się uśmiechają. Czasem w takim albumie poutykane są wycinki z gazet, notatki, przepisy, dokumenty, pamiątki. Za tym wszystkim kryją się historie. O emigracji, o śmierci, o utracie, o weselu, o wojnie, o odrzuceniu. Niestety niezapisane umykają, nikt o nich nie pamięta, gdy umierają ich uczestnicy.

Książka Antonisa Gergiou to właśnie taki patchwork wspomnień i opowieści. To historie osobiste, wycinki z czyjegoś życia, ale też losy głęboko osadzone w danym momencie historycznym. Dla Cypru taką przełomową chwilą był konflikt grecko-turecki w latach 70., w wyniku którego zginęło wiele osób, a rodziny zostały rozdzielone. Wgląd w życie Cypryjczyków pozwala poznać zwyczaje, przepisy, problemy rodzinne, mentalność. Georgiou uczynił z tych opowieści autentyczny album, uzupełniając tę książkę całym szeregiem wycinków, ulotek i oczywiście zdjęć, co w e-booku nie ma oczywiście takiego uroku jak w wersji papierowej. To taki rodzaj książki, który warto czytać powoli, z namysłem, dać sobie czas na analizę zapisków i artykułów prasowych, zadumać się nad zdjęciami.

Warto też wiedzieć, że to nie jest opowieść o jednej rodzinie, lecz zbiór przeróżnych historii. Nie znamy narratorek i narratorów, wchodzimy od razu w dany świat, jak gdybyśmy się przysłuchiwali ludziom w pociągu czy kawiarni. Ja tej wiedzy nie miałam i dobrą jedną trzecią książki byłam skonfundowana zmieniającymi się imionami. Usilnie próbowałam dopasować je do rodziny autora i poukładać sobie jej członków, co zakłóciło mi niestety lekturę.

To książka dla osób, które lubią (niewielkie) formalne eksperymenty, a przede wszystkim historie rodzinne, anegdoty i opowiastki. Historia Cypru jest tu świetnym bonusem.

Moja ocena: 4/6

Antonis Georgiou, Album z opowieściami, tł. Przemysław Kordos, 256 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2019.

środa, 16 września 2026

"Null" Szczepan Twardoch


 

Koń siedzi w jamie po złej stronie Dniepru i próbuje w wojnę. Koń właściwie nie jest Ukraińcem, bo urodził się w Polsce, wychował się w Polsce, języka nie znał, a ukraiński dziadek nie odgrywał jakieś wielkiej roli w jego życiu. Przynajmniej do pewnego momentu. Teraz jednak Koń jest uczestnikiem tej nierównej wojny, ze swoim sprzętem, ze swoim życiem, ze swoim bezsensem. Czytelniczka dostaje więc okopowe dialogi, wyliczanki dotyczące sprzętu lub jego braku, liczne przekleństwa, śmierć i retrospekcje. Bo że Koń wybrał udział w tej wojnie jest wynikiem czegoś. Czegoś z przeszłości, o czym nie wiemy. 

Null to miejsce najbliżej frontu, miejsce, w którym nikt nigdy nie chce się znaleźć, miejsce, gdzie wszystko traci sens. Twardoch tam umieścił akcję tej powieści napisanej w drugiej osobie liczby pojedynczej, co samo w sobie utrudnia lekturę, przynajmniej dla mnie nie jest to łatwa koncepcja prowadzenia narracji. Ma ona swoje uzasadnienie, ale zanim do niego dotarłam, zdążyłam się zmęczyć tą manierą. 

To książka przerażająca, pokazująca bezsens i okrucieństwa wojny. To wszystko z zasady dotyka czytelniczkę, szczególnie że ta wojna jest bardzo bliska. Ja to wszystko rozumiem, ale tylko na płaszczyźnie kognitywnej, bo emocjonalnie mnie ta proza nie dotknęła. Bardzo lubię śląskie książki Twardocha, może dlatego, że czuję je bliżej, namacalniej, lepiej rozumiem kontekst. W "Nullu" wprawdzie go rozumiem, ale nie znalazłam w nim emocji, ani Twardocha takiego, jakiego poznałam dotychczas. Być może pewną rolę odegrało tu uprzedzenie do autora, którego nie mogę się pozbyć od czasu jego wypowiedzi na temat innej wojny. Dlatego lektury nie planowałam, ale że mam bardzo poważne podejrzenia, że właśnie ta książka wygra Nagrodę Nike, zdecydowałam się jej dać szansę. 


Moja ocena: 4/6

Szczepan Twardoch, Null, 280 str., Wydawnictwo Marginesy 2025.

wtorek, 15 września 2026

"Beka Lamb" Zee Edgell


 

W latach 50. XX wieku Belize stało na cienkiej linii między kolonializmem, który oznaczał zależność od Wielkiej Brytanii a ruchami niepodległościowymi. Pretensje do przejęcia kraju zgłaszała też Gwatemala. Piętnastoletnia Beka dorasta w rozpolitykowanym domu. Jej babcia Ivy skrzętnie uczęszcza na wiece polityczne, podczas gdy jej pracujący jako biznesmen ojciec unika takich deklaracji. Matka Beki zajęta jest wychowywaniem trójki dzieci i nie zajmuje jasnej pozycji. Beka uczęszcza do szkoły prowadzonej przez katolickie zakonnice i właśnie nie zaliczyła roku. Jej dalsza edukacja stoi pod znakiem zapytania. Finansowanie tej szkoły stanowi dla rodziny spory wysiłek, więc dziewczyna musi udowodnić, że naprawdę chcę powtórzyć klasę i skończyć szkołę. Na razie jednak są ferie, Beka spędza je wraz z rodziną i przyjaciółką Toycie na jednej z pobliskich wysepek. To beztroskie dni, choć o kilka lat starsza Toycie raz po raz prosi Bekę o alibi, gdy znika na schadzki z chłopakiem. Toycie to bardzo dobra uczennica, która ma zacząć po wakacjach ostatnią klasę. 

"Beka Lamb" to pierwsza powieść z Belize, którą zyskała międzynarodową sławę i należy już do klasyków literatury tego kraju. To typowa opowieść o dorastaniu, które sprzężone jest z rodzącą się nową państwowością. Edgell pokazuje nastroje w ówczesnym Belize, współżycie wielu osób o różnym pochodzeniu, mieszanie się języków: angielskiego, hiszpańskiego i lokalnej kreolskiej odmiany, a także dodaje aspekt religijny. Edukacja w katolickiej szkole ma ogromny wpływ na kształtowanie świadomości dziewczynek i jest najsilniejszym elementem kolonialnej przeszłości. Nie brakuje w tej powieści też tematów trudnych dla kobiet – niechcianej ciąży, depresji, patriarchatu. 

"Beka Lamb" nie jest może powieścią odkrywczą czy nowatorską, ale dla czytelniczki nieobeznanej z kulturą i historią Belize stanowi świetne wprowadzenie do tego kraju. 

Moja ocena: 4/6

Zee Edgell, Beka Lamb, 171 str., Heinemann 1986.

poniedziałek, 14 września 2026

"Rodzeństwo" Moa Herngren


 

Trzecia książka z rodzinnego cyklu Moi Herngren skupia się na relacjach między rodzeństwem. Ulrike, Andrea i Rasmus nigdy nie byli ze sobą mocno związani, ale po śmierci ojca wychodzą na jak wszelkie animozje. 
Autorka najpierw oddaje głos Andrei – architektce, najbardziej poukładanej z rodzeństwa, która działa, organizuje, animuje i trzyma zawsze rękę na pulsie. Dlatego nie bardzo rozumie się z Ulriką, starszą siostrą, która ciągle zmienia mieszkania, ledwo wiąże koniec z końcem i samotnie wychowuje syna w zupełnie inny sposób niż ona swoją córkę. Rasmus – najmłodszy z rodzeństwa ma niewiele do powiedzenia, spełnia życzenia sióstr i stara się żyć w zgodzie z wszystkimi. 
W tę konstelację wchodzimy, gdy owdowiała matka obchodzi urodziny – a rodzeństwo ponownie musi się spotkać. Herngren prowadzi czytelniczkę przez kolejne okazje, które skupiają rodzinę, jak Boże Narodzenie, uwydatniając problemy z przeszłości, które zadecydowały o tym, że rodzeństwo nie żyje w zgodzie, a wszelkie próby koncyliacyjne skazane są na niepowodzenie. Niemałą rolę odgrywa tu też matka, która faworyzuje jedno z dzieci i boryka się z niewyjaśnionymi problemami z przeszłości. 

Herngren ponownie stawia na sprawdzoną koncepcję, oddając głos wszystkim postaciom. Gdy czytelniczka zaczyna rozumieć punkt widzenia Andrei i skłania się ku trzymaniu jej strony, Ulrike całkowicie odwraca sytuację, podobnie ma się kwestia z Rasmusem. Każda z tych postaci przytacza wspomnienia, świetnie pokazując, jak różnie pamiętamy te same wydarzenia z przeszłości. 

Tu nie ma postaci pozytywnych ani negatywnych, nie ma dobrych czy złych decyzji, jest zwykłe życie, rodzina ze swoimi tajemnicami i problemami. Herngren ponownie stworzyła sprawnie napisaną powieść, która daje do myślenia. Czasem mogłabym się przyczepić do zbyt drobiazgowych opisów czynności, które nic nie wnoszą do akcji, ale jednak czyta się tę książkę dobrze, choć nie skłoniła mnie ona do tak wielu przemyśleń jak "Teściowa" tej samej autorki.

Moja ocena: 4/6

Moa Herngren, Rodzeństwo, tł. Wojciech Łygaś, 508 str., Wydawnictwo Albatros 2025.

niedziela, 13 września 2026

"Lalka" Bolesław Prus


 

"Lalka" była moją ulubioną lekturą, a muszę przyznać, że przeczytałam wszystkie. Jakieś dwa lata temu ponownie sięgnęłam po Prusa, dokładnie po wydanie ze zdjęcia, ale lektury bez żadnych konkretnych przyczyn nie skończyłam. Zapowiedzi serialu na Netfliksie bardzo mi przypadły do gustu i skłoniły mnie do powrotu do książki. Tym razem postawiłam na audioserial naprzemiennie z książką i słuchało mi się tej wersji pysznie. Wciągnęłam się tak bardzo, że nie mogłam się oderwać! 

O czym "Lalka" jest, wiedzą wszyscy, ale przyznam, że z ciekawością spojrzałam na treść z dorosłej perspektywy, ale i dostrzegłam wiele szczegółów, które mi umknęły z pamięci. Zupełnie nie pamiętałam, a na pewno było to omawiane w szkole, jak bardzo realistyczno-pozytywistyczna, a także lewacka jest to powieść. Jako realistka oczywiście lubię takie klimaty – miłość romantyczna mnie nie przekonuje, a klasowość jeszcze mniej, żeby nie opisać tego gorzej.

Z zachwytem dostrzegłam, jak bardzo płynie się przez tę powieść, jak dobre są tu poszczególne charaktery i opisy rozmów. Prus świetnie oddaje poglądy poszczególnych osób, nie pomijając kobiet. Bardzo podoba mi się też zakończenie, bez patosu i ckliwości. Wiem, że nie wszyscy tak widzą prozę Prusa, ale dla mnie to wielka literatura, która ładnie się zestarzała. Można do "Lalki" wracać bez zgrzytania zębów, można w niej odnaleźć wiele aktualnych tematów i poczuć klimat ówczesnej Warszawy.

Podsumowując, napisałam ten tekst, nie pisząc nic, bo trudno mi powiedzieć coś nowego o książce, którą znają wszyscy. Dla mnie był to bardzo miły powrót, który mnie zachęcił do sięgnięcia po inne książki Prusa. 

Moja ocena: 5/6

Bolesław Prus, Lalka, 813 str., Państwowy Instytut Wydawniczy 1982

wtorek, 8 września 2026

"Lato bez końca" Franziska Gänsler


 

Lato zaczęło się w kwietniu i trwa niezmiennie, nawet w październiku. Jest gorąco, duszno, upalnie, ale sytuację pogarszają niemożliwe do ugaszenia pożary, które trawią tereny leśne niedaleko hotelu. A hotel przecież stoi w kurorcie, w którym wszyscy żyli z turystyki. Teraz turystów nie ma, są za to puste pokoje, maseczki i popiół. Gdy zrywa się wiatr, trudno wyjść na dwór, trudno oddychać, trudno żyć. Wszyscy czekają na zbawienny deszcz, który nie nadchodzi. Aktywiści ekologiczni wciąż protestują, ale skutek tych akcji jest żaden.

I właśnie wtedy do hotelu Iris, która niezmiennie utrzymuje pokoje czyste i gotowe na gości, przybywa kobieta z małą córeczką. Iris nie stawia pytań, przyjmuje te kobiety, ale zastanawia się, co je skłoniło do podróży. Ucieczki? Gdy odbiera telefon od zaniepokojonego mężczyzny, męża kobiety, zaczyna powoli rozumieć sytuację. Z czasem między Iris a Dorotą tworzy się więź, a ta pierwsza zaczyna wysnuwać paralele do swojej przeszłości.

Debiutancka powieść Gänsler na dwustu stronach porusza cały szereg tematów. Oczywiście mamy tu katastrofę klimatyczną. Mimo że akcja rozgrywa się w przyszłości, to ten scenariusz jest nam bliski – pożary i upały już teraz należą do naszej codzienności. To tło jest jednak przyczynkiem do opowiedzenia, co się dzieje, gdy pożar wybucha w życiu kobiety. Niemka szkicuje tę matnię, sytuację bez wyjścia, ukazując cały mechanizm przemocy psychicznej, który wciąż i wciąż się powtarza. Silnie nakreślony jest tu także motyw kobiecej solidarności, wspólnoty łączącej wiele pokoleń, która daje wsparcie i ulgę oraz delikatnie wątek LGBTQ+. 

"Lato bez końca" to udany debiut, choć nie bez wad. Doceniam dystopijność tej książki, która jednak jest zastraszająco bliska, doceniam bardzo temat przemocy oraz niecukierkowe zakończenie. Nie podeszła mi jednak konstrukcja tej powieści – w pewien sposób wymuszona i przewidywalna, szczególnie zniknięcie dziecka i poszukiwania oraz współgranie pogody/pożaru z akcją są oklepanymi zabiegami i już mnie nie przekonują. 

Powieść ukazała się po polsku nakładem Wydawnictwa Pauza, w przekładzie Agaty Teperek.

Moja ocena: 4/6

Franziska Gänsler, Ewig Sommer, 205 str., Klein&Aber Verlag 2024.

niedziela, 6 września 2026

"Black Bag" Luke Kennard


Główny bohater jest aktorem, dorabia sobie małymi rolami i słabo wiąże koniec z końcem, więc zgłasza się do wszystkich możliwych castingów. Także do nauczyciela akademickiego, który szuka kogoś do odegrania roli tytułowego czarnego worka. Profesor jest psychologiem i chce, by podczas jego wykładów na ławach wśród studentów zasiadł ów worek. 

Aktor tę rolę dostaję i rozpoczyna pracę. Stopniowo czarny worek staje się jego azylem, a on zaczyna prowadzić wyjątkowe rozmowy i poznawać ludzi, których by nigdy nie spotkał. 
Poza tą główną myślą, niewiele się w tej powieści dzieje. Owszem Kennard sporo miejsca poświęca opisaniu aklimatyzacji z workiem i w worku, przyjaźni aktora z Claudiem, a także relacji, jaką nawiązuje z Justine, profesorką na tym samym uniwersytecie. Z czasem jednak akcja zwalnia i skupia się na przemyśleniach aktora oraz poszukiwaniu zaginionego przyjaciela. 

Kennard upakował w tę powieść wiele problemów. Pierwszy to kryzys męskości powiązany też z problemami, z jakimi mierzą się artyści. Jako że to powieść, której akcja w większej części toczy się na kampusie, mamy tu cały blok tematyczny powiązany z jakością nauczania, stosunkami między studentami, ale także na linii profesor-student, a także kwestię polityki dotyczącej związków między tymi grupami. Główny bohater odwiedza rodziców, więc Kennard nakreśla też tematykę stosunków między nimi, a także rozpracowuje przyjaźń męską. 

Autor operuje ciętym językiem, sporo tu celnych obserwacji i ironii, ale zabrakło mi napięcia, zapewne związane jest to z tym, że tematycznie ta książka nie leży w obszarze moich zainteresowań, a sięgnęłam po nią tylko dlatego, że wybrał ją mój lokalny klub książkowy.

Moja ocena: 3/6

Luke Kennard, Black Bag, 352 str., Zanado 2026.

sobota, 5 września 2026

Podsumowanie sierpnia 2026

 


Przeczytane książki: 20

Liczba stron: 5410

Przeczytane książki:

– "Masło" Asako Yuzuki
– "Żywe istoty" Iida Turpeinen
– "The Pearl Thief" Noor Al Noaimi
– "Rozwód" Moa Herngren
– "Rok, w którym nie umarłem" Mikołaj Grynberg
– "Półmistrz" Mariusz Czubaj
– "Kiedy żurawie odlatują na południe" Lisa Ridzén
– "Przegryw" Patrycja Wieczorkiewcz, Aleksandra Herzyk
– "The Circle of Karma" Kunzang Choden
– "Teściowa" Moa Herngren
– "Płynąć w ciemnościach" Tomasz Jędrowski
– "Godność, proszę" Maja Heban
– "Anne z Szumiących Wierzb" Lucy Maud Montgomery
– "Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko" Omar El Akkad
– "Rok magicznego myślenia" Joan Didion
– "Doggerland" Agnes Ravatn
– "Die Aufdrängung" Ariane Koch
– "The Fisherman King" Kathrina Mohd Daud
– "Błękitne dni" Fernando Vallejo
– "Suriname, to ja" Bea Vianen

czwartek, 3 września 2026

"Surinamie, to ja" Bea Vianen


 

Sita dorasta w samotności. Bez matki, która zmarła, gdy dziewczyna była mała. Bez wiedzy o swoim pochodzeniu. Bez uwagi i troski ojca. Bez szerokiej sieci rodzinnej. Zagubiona, wyalienowana, przeraźliwie samotna. Bea Vianen stworzyła powieść o dorastaniu, które alegorycznie przedstawia całe surinamskie społeczeństwo.

Są lata 50. XX wieku, Surinam zamieszkuje zlepek różnych narodowości – są potomkowie niewolników, są sprowadzeni z Indii robotnicy, są Holendrzy, choć o nich autorka nie wspomina. Z tą różnorodnością narodową wiąże się różnorodność religijna. Rodzina Sity pochodzi z Indii, ale kontakt z muzułmanami jest bliski, ludzie ze sobą sąsiadują, przyjaźnią się, żenią. 
Dziewczyna chciałaby wiedzieć więcej o swojej przeszłości, zrozumieć fatum ciążące nad rodziną, ale jest to misja niewykonalna. Milczący ojciec nie jest odpowiednim kompanem do rozmów, a raczej źródłem lęku dziewczyny, zapijaczona kobieta, która mogłaby coś wiedzieć, daje jej tylko kilka fotografii. 
Sita porzuca ten plan, uczy się, opiekuje młodszym bratem i marzy o studiach. Brakuje jej kobiecej ręki, bliskości, a gdy dom opuszcza zatrudniona przez ojca opiekunka, a potem wyjeżdża jedyna przyjaciółka, tę samotność wykorzystuje mężczyzna. 

Vianen wspaniale opisuje patriarchat i męską opresję. Niedoświadczona, bezwolna dziewczyna staje się marionetką w rękach mężczyzn. Jej marzenia o studiach odchodzą na dalszy plan, dziewczyna najpierw musi przejść przemianę wewnętrzną, znaleźć siłę, nabrać wiary w siebie i zdefiniować jasno swoje cele. I zacząć nazywać samą siebie pełnym imieniem, a nie tylko inicjałem. Zresztą właśnie ta zbieżność pierwszych liter imienia i nazwy kraju narzuca tę alegoryczną interpretację, o której wspominałam.

Autorka barwnie opisuje okoliczności dorastania Sity – przyrodę, domy, otoczenie, choć momentami, szczególnie w dialogach ten język wydawał się być infantylny. Niemniej nie przeszkadzało mi to w odbiorze książki, która świetnie pokazuje Surinam bardziej współczesny niż ten, który poznałam z powieści Cynthii McLeod. 

Świetne jest także posłowie Bożeny Czarneckiej, którą pamiętam z moich studiów na filologii niderlandzkiej.

Moja ocena: 4/6

Bea Vianen, Surinamie, to ja, tł. Alicja Oczko, 176 str., ArtRage 2026.

środa, 2 września 2026

"Błękitne dni" Fernando Vallejo


Fernando Vallejo urodził się w Medellin, w 1942 roku, jednak opuścił Kolumbię w 1971 roku po problemach z cenzurą swoich filmów i przyjął obywatelstwo meksykańskie. 
Jego książki osadzone są jednak w pierwszej ojczyźnie, a swoje dorastanie opisał w cyklu "Rzeka czasu". 

Pierwszy tom "Błękitne dni" opowiada o najmłodszych latach i życiu w okolicach Medellin. Vallejo snuje relację o licznych członkach rodziny, dziadkach, dziecięcych psotach, przygodach, problemach i przerażającej katolickiej szkole. Nie jest to jednak zwykła opowieść linearna i chronologiczna. Vallejo przytacza te wspomnienia, wplatając liczne dygresje, przeskakując w czasie, dodając anegdotki, gawędząc po prostu. I niestety to się źle czyta. Nawet nie chodzi mi tu o kwestię uwagi i śledzenia linii czasowej, ale o sam styl autora. Z założenia miała to pewnie być gawęda, z elementami krytyki społecznej, ale wyszło coś niestrawnego. Ta książka jest objętościowo niewielka, a czytałam ją bardzo długo. Zupełnie nie interesowały mnie przejścia i losy narratora, ciekawe anegdotki tonęły w rozmemłanych opisach, nie poczułam kolorytu miasta i okolic, które przecież odwiedziłam, ani nie potrafiłam docenić humoru.

Moja ocena: 2/6

Fernando Vallejo, Błękitne dni, tł. Marta Szafrańska-Brandt, 189 str., Wydawnictwo Muza 2006.

wtorek, 1 września 2026

"The Fisherman King" Kathrina Mohd Daud


Kathrina Mohd Daud postawiła w swojej powieści na narrację dwutorową. Na początku każdego rozdziału przenosi czytelniczkę wstecz, gdy państwo Brunei dopiero się formowało, a Nabau, bóg wąż decydował o jego losie. 
Współczesny wątek opowiada historię Lisana i Bhatii – mieszkańców Water Village. Ta wioska faktycznie istnieje, tuż obok stolicy państwa, Bandar Seri Begawan. Lisan i Bhatia stanowili zgraną parę, ale po ślubie Lisan nagle opuścił żonę i zniknął na kilka lat. Gdy rozpoczyna się akcja, Lisan wraca, ale Bhatia ma już nowego męża. Stopniowo poznajemy przyczyny wjazdu Lisana. Jako podrzutek wierzył, że jego pochodzenie jest wyjątkowe i opuścił żonę gnany głęboką potrzebą wyjaśnienia tej kwestii. Blisko z tym powiązany jest skarb mieszczący się na dnie morza w jednej z zatopionych łodzi. Bhatia początkowo odrzuca byłego męża, ale gdy poznaje jego historię, stopniowo zmienia zdanie.

Autorka łączy te dwie płaszczyzny czasowe, wplatając w swoją historię elementy magiczne, ale przede wszystkim opowieści ludowe, legendy i tradycję mówioną. Współczesna opowieść ma jednak także wiele aktualnego lokalnego kolorytu. Mohd Daud barwnie opisuje wioskę, świat podwodny, krajobraz, ale i stosunki międzyludzkie, czyli to, co mnie najbardziej interesuje. Bhatia jest tu wykreowana na silną kobietę, która mimo porzucenia potrafi zrozumieć wagę misji Lisana i poświęcić jej wiele. Lisan natomiast to charakter dość irytujący, choć autorka wiarygodnie tłumaczy jego zachowanie. 

To ciekawa powieść, która daje wgląd w legendy Brunei oraz dobrze łączy je ze współczesnością. Autorce udało się mnie przenieść do tego kraju i pokazać mi jego wycinek, przede wszystkim dzięki potoczystemu językowi i sprawnej narracji.

Moja ocena: 4/6

Kathrina Mohd Daud, The Fishermen King, 208 str., Epigram Books 2020.