Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie peryferyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie peryferyjne. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 kwietnia 2024

"Miasto ślepców" José Saramago




Miasto ślepców to historia epidemii, która po kolei ogarnia wszystkich mieszkańców miasta, a póżniej kraju. Pierwsza osoba zaraża najbliższych tylko przez krótki kontakt z nimi, aż epidemia rozprzestrzenia się na całe społeczeństwo. Pierwsi oślepli zostają internowani w byłym szpitalu psychiatrycznym. Okazuje się jednak, że żona jednego ze ślepych widzi, ukryła to, by móc towarzyszyć mężowi. Nie zdradza jednak tego faktu innym. Mimo braku wody i funkcjonujących urządzeń sanitarnych grupa ślepców jako tako radzi sobie. Po pewnym czasie dołączają do nich kolejni chorzy i warunki życia stają się katastrofalne – wszystko tonie w brudzie i smrodzie. Ponadto grupa ślepców przejmuje przydzielane racje żywnościowe, by czerpać z ich rozdzielania profity.

Od pierwszych stron zaskoczył mnie język Saramago – autor nie wydziela graficznie dialogów,  wplecione są natomiast w długie zdania i oznaczane wielką literą. Potrzebowałam chwili, by przyzwyczaić się do tego sposobu pisania, zwłaszcza, że czytałam tę powieść po portugalsku. Dzięki temu zabiegowi Saramago przykuwa czytelniczkę do swojej powieści, nie ma tu miejsca na oddech czy pauzę.

Miasto ślepców można rozważać na wielu płaszczyznach. Naturalnie najpierw będzie to sama treść i akcja powieści, czyli obserwacja zachowań ludzkich wobec epidemii. Saramago podsuwa czytelniczce wiele pytań – jak szybko człowiek przejmuje zachowania zwierzęce, jak istotny jest wzrok do normalnego funkcjonowania, czy możliwa jest organizacja państwa, jeśli wszyscy są niewidomi, jaki sens ma takie życie, czy niewidomi mają jakąkolwiek przyszłość poza wegetacją i walką o pożywienie, jakie znaczenie ma miłość?

Saramago nakreśla jednak także drugą płaszczyznę – funkcjonowanie państwa i społeczeństwa. MOżna oceniać zachowanie państwa wobec początku epidemii – najpierw będzie to walka o przetrwanie i zachowanie organizacji państwowych, a później terror i bezduszność.

Nie sposób nie dostrzec, że Miasto ślepców to powieść-metafora. Saramago na płaszczyźnie językowej korzysta z ogromnego bogactwa portugalskich przysłów, powtarza wiele razy podobne lub te same słowa, a nawet sposób zapisywania dialogów wiąże się z tematyką powieści – na początku czytelniczka czuje się ślepa. Te metafory językowe rozciągają się na treść i rozważania: czy osoba widząca może być ślepa? Czy zachowanie wzroku wśród niewidomych jest błogosławieństwem czy przekleństwem? Czy odzyskanie wzroku oznacza utratę ślepoty?

Saramago niezwykle plastycznie oddaje obrazy destrukcji i zezwierzęcenia, pobudzając w czytelniczce wszystkie zmysły (nie tylko wzrok!). Zadziwiająca alegoria, która po ostatniej pandemii nabiera innego wymiaru.

José Saramago, Ensaio sobre a Cegueira, 299 str., Porto Editora 2016.

piątek, 16 lipca 2010

Peryferyjne czytanie - bilans roczny

Rok temu brałam udział w wyzwaniu peryferyjnym, które idealnie utrafiło w moje plany czytelnicze. Wtedy też sporządziłam mapę krajów, które odwiedziłam literacko. Planów nie porzuciłam do dziś, nadal staram się czytać książki z krajów, których literatura jest mi zupełnie nieznana. W lipcu zeszłego roku doliczyłam się 41 poznanych krajów. Od tego czasu odwiedziłam jeszcze 15 nowych miejsc i moja aktualna mapa wygląda tak:


visited 56 states (24.8%)
Create your own visited map of The World

Nadal sporo na niej pustych miejsc ale cieszę się, że mapa Afryki powolutku zaczęła się zapełniać, nadal skrzętnie "kompletuję" Azję ale nie zapominam o krajach całkiem nam bliskich. W stosie czekają na swoją kolej książki z Angolii, Rumunii, Maroka i Izreala. Następnie chciałabym poznać literaturę krajów bałtyckich. Nadal poszukuję literatury z Filipin. Mam nadzieję, że przez następne dwanaście miesięcy mapa zaczerwieni się jeszcze bardziej.

środa, 24 marca 2010

"Hakawati" Rabinah Alameddine


Zastanawiacie się czasem jak wyglądały wieczory sto, czy dwieście lat temu? Mnie przed oczami staje izba, ogrzewana ogniem z pieca kaflowego. Widzę babcię, a wkoło niej grupę dzieci. Babcia opowiada baśnie i przypowieści, snuje wspomnienia z własnych dziecięcych lat. Dzieci to uwielbiają. Pamiętam jeszcze jak sama męczyłam babcię o tylko jeszcze jedno opowiadanie. Nie chcę ocierać się o banał więc nie będę pisać, jak takie wieczory wyglądają teraz. Ale ludzie się nie zmienili - nadal chętnie słuchają. Tylko hakawatich chyba mniej.

Hakawati to człowiek, który zawodowo opowiada. Gawędziarz jednym słowem. Mam wrażenie, że na Bliskim Wschodzie kultura opowiadania jest o wiele większa i przetrwała erę telewizji i komputerów. A może się mylę i piszę to pod wpływem powieści Rabiha Alameddine.
Posłuchajcie, opowiem wam, o czym jest ta książka:)

Osama al-Charrat wraca po latach spędzonych na emigracji do Libanu, by towarzyszyć ojcu w ostatnich dniach życia. Przy łóżku ojca spotyka całą rodzinę - ciotki, wujków, siostrę, kuzynów i kuzynki. Każda z postaci jest barwna, na swój sposób ciekawa. Osama wydaje się być najbardziej spokojny, stoi nieco w cieniu. Jest bowiem hakawatim, snuje opowieść o swojej rodzinie. Wszak nie on jest najważniejszy lecz historia, którą opowiada. Czytelnik poznaje więc lata dziecięce Osamy, losy członków jego rodziny oraz pochodzenie jego przodków, a zwłaszcza dziadka, który był hakawatim. Rodzinne dzieje przeplatają się z orientalnymi legendami: o Fatimie, która została kochanką dżina, o średniowiecznym bohaterze Bajbarsie, który został sułtanem świata arabskiego. Nie brak tu wielu krótkich przypowiastek i anegdot.

Mimo tak wielkiego nagromadzenia wątków, nie miałam problemu w podążaniu za każdą z historii. Alameddine, jak prawdziwy hakawati, potrafi opowiadać zajmująco. Zdaję sobie sprawę, że wszystkie historie w jakiś sposób się wiążą i uzupełniają. Odszukiwanie ich związków będzie jednak możliwe dopiero podczas ponownej lektury. Czytając pierwszy raz, trudno doszukiwać się aluzji, zbyt bardzo wciąga akcja, zbyt bardzo chce si ę poznać dalszy bieg wydarzeń. Alameddine naszpikował swoją powieść setkami odwołań, postaci historyczne przeplatają się z demonami i postaciami biblijnymi. To ogromne pole do poszukiwań i rozważań.

Alameddine stał się więc hakawatim - nie znam jednak jego głosu, nie przycupnęłam na krzesełku w starej herbaciarni, by wysłuchać jego gawęd. Sięgnęłam po opasłą ksią żkę, niezbyt wygodną w czytaniu, z czego się wprawdzie cieszę. Wolałabym jednak słuchać. Ba, kto by nie wolał???

Moja ocena: 5/6

Rabih Alameddine, Hakawati, tł. Anna Gralak, Maria Makuch, Mateusz Borowski, 662 str., Znak.

piątek, 18 grudnia 2009

Podsumowanie wyzwania peryferyjnego

To zdecydowanie najciekawsze dotychczas wyzwanie. Z wielką chęcią do niego przystąpiłam, bo pokrywało się z moimi planami przeczytania choć jednej książki z każdego kraju świata. Wyzwanie mnie zmobilizowało i poznałam wiele nowych krajów a nabrałam chęci na jeszcze wiele innych, także tych, które początkowo mniej mnie interesowało.

Planowałam skoncentrować się na odwiedzeniu Azji Południowo-Wschodniej ale w miarę czytania mój apetyt rósł i moje wyzwaniowe ścieżki zaprowadziły mnie do nastepujących krajów:

PORTUGALIA "Miasto ślepców" José Saramago
MONGOLIA "Eine tuwinische Geschichte" Galsan Tschinag
EGIPT "Miramar", "Radubis" Nadżib Mahfuz
NIGERIA "Fioletowy hibiskus" Chimamanda Ngozi Adichie
ARABIA SAUDYJSKA, która okazała się jednak być USA "Die letzte Sure" Zoe Ferraris
TURCJA "Nazywam się Czerwień" Orhan Pamuk
ST. LUCIA "The star-apple kingdom" Derek Walcott
TRYNIDAD I TOBAGO "Masażysta cudotwórca" V.S. Naipaul
MACEDONIA "Cazsy kóz" Luan Starova
KOREA PŁD. "Mogę odejść, gdy zechcę" Young-ha Kim
PAKISTAN "Kartografia" Kamila Shamsie
MALEZJA "Matka ryżu" Rani Manicka, "Faktoria jedwabiu" Tash Aw
KAMBODŻA "Gdy zabili mojego ojca" Loung Ung
INDONEZJA "Kind aller Völker" Pramoedya Ananta Toer
KUBA "Oddałam ci całe życie" Zoé Valdés

Przcezytałam w sumie siedemnaście książek. W Azji Południowo-Wschodniej pozostało mi jeszcze kilka krajów - Filipiny, Wietnam, Laos, Birma. Najbardziej zainteresowana jestem poznaniem pisarza z Filipin - może ktoś może mi polecić konkretnego autora? Na pewno postaram się uzupełnić Afrykę, bo nadal ten kontynent świeci u mnie pustkami. Spróbuję również poznać inne wyspy Karaibskie i Meksyk, skąd już mam książkę w stosie.

Na początku wyzwania sporządziłam mapkę odwiedzonych przeze mnie literacko krajów, dokonało się na niej wiele zmian i wygląda teraz tak:

"Oddałam ci całe życie" Zoé Valdés


Już kilka dni temu przeczytałam tę książkę ale ostatnio brakowało mi czasu na napisanie recenzji.

To powieść bardzo soczysta. Soczysta językowo i soczysta treściowo. Cuquita Martinez opowiada swoje życie, począwszy od dzieciństwa w Santa Clarze, do przeprowadzki do Hawanny, gdzie spędza resztę życia. Cuca to prosta dziewczyna, która szukając szczęścia w stolicy trafia na prawdziwą przyjaźń i na miłość jej życia. Zakochuje się bez pamięci w niewłaściwym mężczyźnie, który opuszczając ją pozostawia jej nieślubną córkę i małe zawiniątko z jednym dolarem. Historia Cuquity jest pretekstem do przedstawienia wydarzeń politycznych na Kubie, a przede wszystkim do życia mieszkańców Hawanny po rewolucji.
O ile sama historia Cuquity mnie nie zachwyciła, to na kolana wręcz rzucił mnie język Valdés. Język soczysty, pełen niespodziewanych porównań, metafor, dowcipnych skojarzeń i niespotykanych zwrotów. Tłumacz w posłowiu wyjaśnia, że Valdés posługuje się dialektem hawańskim, bardzo specyficznym. Akurat to trudno mi ocenić ale mogę stwierdzić, że autorka rewelacyjnie opisuje życie w biedzie, pod rządami dyktatora, stosując ironię i czarny humor. Tak opisuje proceder przeszukiwania śmietników:

"Jej sąsiadka (..) nazywa kosze na śmieci "wymianą prezentów", bo zanosisz gówno, a dostajesz drugie gówno, czasami trochę lepsze. W niektórych dzielnicach śmietniki mają lepszą jakość niż w innych, na przykład Miramar, dzielnicy dyplosklepów. Z tego powodu już od miesiąca ustawiają się kolejki wokół kubłów na śmieci z ulic Piątej, Czterdziestej Drugiej albo Siedemdziesiątej, bo tam szmelc jest lepszy, mówią, że czasem ma nawet etykietki. Rząd rewolucyjny, po uprzednim porozumieniu z Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz z organami Bezpieczeństwa Państwa, oj, zadyszałam się, i ze związkiem zawodowym z Cayo Cruz (Cayo Cruz to cmentarz gówna), mając na uwadze zapewnienie porządku publicznego, postanowił wydać obywatelom pretickets i tickets za pośrednictwem odpowiednich komórek komitetu obrony rewolucji, żeby ludzie nie robili zamieszania w kolejkach, a gówno przypadło wszystkim po równo, skoro żyjemy, przepraszam, należymy do społeczeństwa bez przywilejów. Socjalistycznego? Komunistycznego? Nie? Aa, rozumiem."

Valdés w swojej powieści stale nawiązuje do tekstów piosenek, do kubańskiej kultury - myślę, że osoby znające hiszpański i Kubę, miałyby o wiele więcej przyjemności z lektury.

Książka ta to również opowieść o Hawanie i jej mieszkańcach, przepojoną miłością do tego miasta. Autorka opisuje jego zaułki, dzielnice nieznane turystom, powolny rozkład budynków, przemiany, spowodowane przez zmianę rządu. Wśród tych ulic poruszają się barwne postacie hawańczyków - prostytutek i tancerek, bywalców klubów i niebieskich ptaków. Wszyscy oni są pełni życia, werwy, temperamentu. Ich soczysty język, pełen wulgaryzmów a zarazem prostoty potrafi zachwycić albo zniesmaczyć. Nie sposób tu znaleźć złotego środka. Sama narratorka - Cuca - prosta przecież kobieta - bez ogródek opowiada o sprawach intymnych i o seksie. Kolejny raz ukłon dla tłumacza za poradzenie sobie z niełatwą materią języka. Uddało mu się oddać soczystość życia Kubańczyków.

Sama książka pewnie dużo bardziej by mnie znużyła gdyby właśnie nie jej strona językowa. Oprócz niej atutem jest ukazanie życia w kraju komunistycznym - biedy i głodu wręcz skrajnego, absurdu i drwiny z Kubańczyków. Valdés nie uderza jednak w rzewny ton. Zachowując ironiczne spojrzenie na świat, potrafi o wiele bardziej poruszyć czytelnika.

Powieść Valdés to kopalnia informacji o Kubie czy odwołań muzycznych i literackich - na pewno można odkryć w niej o wiele więcej niż ja byłam w stanie.

Zoé Valdés, Oddałam ci całe życie, Maciej Ziętara, 247 str., Noir Sur Blanc.

czwartek, 10 grudnia 2009

"Faktoria jedwabu" Tash Aw


Uff, przebrnęłam. Tak, przebrnęłam. Gdyby nie pochlebne słowa Doris Lessing, wydrukowane na obwolucie, gdyby nie miejsce akcji, mieszczące się w Malezji i gdyby nie pozytywna recenzja Zosika, to pewnie porzuciłabym lekturę jeszcze przed połową.

"Faktoria jedwabiu" to debiutancka powieść młodego Malezyjczyka - właściwie powieść całkiem interesująca ale mnie jednak trochę rozczarowała. Tash Aw nie potrafił zainteresować mnie do tego stopnia, by żal było mi odkładać książkę. Raczej musiałam motywować się do ukończenia lektury.
Autor opisuje życie Johhny'ego - wioskowego spryciarza i samouka, komunisty i karierowicza, widziane oczyma jego syna, żony i najlepszego przyjaciela. Każdy z narratorów pokazuje nam zupełnie inną postać. Johnny jako ojciec to niemal rzezimieszek, spekulant, typ spod ciemnej gwiazdy. Syn odziera legendarną wśród mieszkańców Malezji postać ze wszelkich pozytywnych cech. Właśnie ten pierwszy nagatywny obraz bohatera, naszkicowany przez jego syna, rzutuje na odbiór całej książki.
Snow, piękna żona Johnny'ego, przedstawia bowiem już zupełnie inną postać. Johnny, pochodzący z zupełnie innej warstwy społecznej, fascynuje i pociąga ją. I mimo, że krótka fascynacja zamiera, Snow pozytywnie wyraża się o swoim mężu.
I w końcu najlepszy przyjaciel - Anglik Peter - opisuje losy Johnny'ego. Jednak w tej ostatniej części, Johnny schodzi nieco na drugi plan. Najistotniejsza staje się wyprawa na wyspy Siedem Dziewic, w której udział wzięli właśnie Johnny, Snow, Peter, tajemniczy Japończyk oraz Honey - angielski właściciel kopalni. Wyprawa pełna jest niedmówień i tajemniczych wydarzeń, a autor pozostawia czytelnikowi wiele miejsca na spekulacje.
Każdy z narratorów opisuje te same wydarzenia, naturalnie z innego punktu widzenia, i dopiero Peter dopełnia ten obraz, tłumacząc niejasne sytuacje i kompletując obraz bohaterów. Właśnie ta ostatnia część najbardziej mnie zainteresowała. Peter, mieszkający w domu starców, nie tyle wspomina dawne wydarzenia, co ukazuje Malezję, widzianą oczyma kolonisty. Kolonisty zafayscynowanego Azją - dla mnie to jeden z najciekawyszch aspektów książki. Z każdej strony starałam się wysupłać informacje dotyczące ówczesnej Malezji, jej mieszkańców i przemian, zachodzących w kraju.
Peter, zapalony botanik, dodatkowo wzbogaca swoją opowieść mnóstwem informacji o azjatyckiej florze, jako że podjął się zaprojektowania ogrodu w domu starców.

Nie przekonał mnie język powieści - nie mogę autorowi nic zarzucić, zabrakło mi jednak lekkości pióra na kartach książki. Za to zachwyciła mnie struktura powieści - każdy z trzech narratorów inaczej opowiada, każdy z nich inaczej spogląda na te same wydarzenia. Kolejni narratorzy uzupełniają opowieść, ukazując jej różne aspekty. Wszak dla każdego z nich coś innego spełnia największą rolę. Za to wielkie brawa dla autora! Ciekawa jestem jak Tash Aw spisał się w swojej drugiej powieści i niewykluczone, że mimo mojego sceptyzmu po nią sięgnę.

Tash Aw, Die Seidenmanufaktur Zur schönen Harmonie, tł. Pociao i Roberto de Hollanda, 446 str., rowohlt.

sobota, 28 listopada 2009

"Kind aller Völker" Pramoedya Ananta Toer


Po ponad 150 stronach poddałam się. Naprawdę miałam wielką chęć przeczytać tę książkę do końca ale niestety nie jestem w stanie. Tak więc z literatury indonezyjskiej na razie poznałam mały wycinek. Według notki wydawcy Pramoedya Ananta Toer jest najwybitniejszym pisarzem indonezyjskim, urodzonym na Jawie. Tym bardziej przykro mi, że nie potrafię go docenić.
Akcję swojej powieści umieszcza pod koniec dziwiętnastego wieku. Indonezja jest holenderską kolonią. W centrum powieści stoi Minke, młody mieszkaniec Jawy, z dobrego, bogatego domu. Jego piękna żona zostaje uprowadzona i wywieziona do Holandii. Na statku popada w apatię i w końcu umiera. Niestety autor nie wyjaśnia bliższych okoliczności tego wydarzenia. Minke jest dziennikarzem, piszącym po holendersku i wierzącym w wyższość kultury europejskiej. Stopniowa jego wiara w Holendrów jednak zaczyna się zmieniać, a sam Minke z entuzjasty kolonistów zamienia się w sceptyka.
Autor opisuje polityczną sytuację, dyskusje Indonezyjczyków, zmiany kulturowe w Azji - to tematyka, która żywo mnie inetersuje, ale jakże nudno jest podana! Na kartach powieści nie dzieje się właściwie nic, wywody przyjaciół i samego Minke zwyczajnie nudzą. Szkoda, na razie Indonzję odhaczam i mam nadzieję trafić na innego autora z tego kraju.

Pramoedya Ananta Toer, Kind aller Völker, tł. Brigitte Schneebeli, 426 str., Unionsverlag.

czwartek, 8 października 2009

"Gdy zabili naszego ojca" Loung Ung


Poruszająca, dogłębna, ciekawa książka. Loung Ung wspomina swoje dzieciństwo w Kambodży. Spotykamy rezolutną, ruchliwą pięcioloetnią dziewczynkę, mieszkającą wraz z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa w Phnom Penh. Loung kocha swoją rodzinę, cieszy się dostatkiem i stosunkowo dobrym poziomem życia. Szczęśliwe i beztroskie dzieciństwo kończy się w kwietniu 1975 roku, gdy rodzina nagle musi opuścić mieszkanie. Po powstaniu władzę w Kambodży przejeli Czerwoni Kmerowie, którzy rozpoczynają wielkie akcje prześedleńcze ludzkości. Rodzina Ung wiele dni jedzie na wieś do rodziny matki. Niestety to nie jest koniec tułaczki, Ungowie muszą zmieniać co rusz miejsce zamieszkania - boją się rozpoznania (ojciec Loung pracował dla poprzedniego rządu) oraz jako osoby z miasta należą do gorszej kategorii. Loung opisuje koleje ich losów z perspektywy pięciolatki, która dopiero zaczyna rozumieć świat i która w ciągu kilku miesięcy musi dojrzeć i nauczyć szkoły życia, pracy ponad siły, przyzwyczaić do nieustannego głodu i lęku o rodzinę. Loung Ung opisuje motywy i postępowanie Czerwonych Kmerów, ich propagandę i tworzenie z małych dzieci żołnierzy. Ukazuje przeraźliwe szykany, przejmujący głód i lęk.
To również bardzo pouczająca książka - ukazuje historię Kambodży z perspektywy obywatelki tego kraju, subiektywnie, dotkliwie. Równocześnie autorka opisuje wiele kambodżańskich zwyczajów oraz nakreśla różnice między Kambodżą a Tajlandią czy Wietnamem - dla Europejczyka z pewnością zupełnie niewidoczne.
Podobał mi się styl książki - proste, ale przejmujące zdania, bez zbytecznych ozdobników, poruszające serce czytelnika. Książkę czyta się jednym tchem. Dla mnie pouczająca i ciekawa lektura - obowiązkowa dla osób, chcących poznać bliżej Kambodżę.

Loung Ung, Der weite Weg der Hoffnung, tł. Astrid Becker, 340 str., Fischer.

piątek, 25 września 2009

"Matka ryżu" Rani Manicka


Z respektem spoglądałam na powieść malezyjskiej autorki - ponad pięćset stron drobnym drukiem odstraszało mnie od tygodni.
Wzięłam ją ze sobą na urlop, ale i tu musiała poczekać na swój czas. Jaka szkoda, że nie sięgnęłam po nią wcześniej!! Bardzo mi się podobała!
Manicka opowiada historię pewnej rodziny. Poznajemy na początku jej centralną postać - Lakshmi. Dziewczyna mieszka na Cejlonie, gdzie wraz z matką
spędza szczęśliwe dzieciństwo. W wikeu czternastu lat wychodzi za mąż za wdowca, źyjącgo w Malezji. Rezolutna dziewczyna od razu odkrywa, że jej matka
została oszukana i jej mąż nie jest tą osobą, której się spodziewała. Lakshmi nie poddaje się rozpaczy, bierze los w swoje ręce i z zapałem zabiera się do urządzania
ubogiej chatki. Manicka opisuje życie Lakshmi, jej dzieci, wnuków i prawnuczki. Nie brzmi to spektakularnie, a jednak powieść niesamowicie wciąga. Myślę, że zawdzięcza to po części swojej konstrukcji. Manicka pozwala opowiadać historię rodziny jej poszczególnym członkom. Każda relacja utrzymana jest w formie wspomnień, co pozwala snuć domysły na temat zakończenia powieści. Najwięcej relacji pochodzi od Lakshmi, ale później przeplatają je opowieści jej dzieci, wnuków. Manicka pozwala powtarzać niektóre wydarzenia, tak że czytelnik otrzymuje opisy z różnych punktów widzenia. Moim zdaniem to najciekawszy aspekt powieści.
W tle zawikłanej historii rodziny, poznajemy również wydarzenia ówczesnej Malezji. Lakshmi przybywa do kraju z początkiem lat trzydziestych XX wieku - kraju tradycyjnego, porośniętego dżunglą, kraju, w których współźyje ze sobą wiele narodowości. Najbardziej poruszające są opisy II wojny światowej i okrutnej inwazji japońskiej. Dla mnie wszystkie te fakty były szalenie ciekawe, zwłaszcza, że Malezję bardzo chętnie odwiedzam, a Kuala Lumpur należy do jednych z moich ulubionych miast.
Jednym słowem polecam!

Rani Manicka, Töchter des Monsuns, tł. Anke Caroline Burger, 512 str., Fischer.

niedziela, 20 września 2009

"Kartografia" Kamila Shamsie


Raheem i Karim przyjaźnią się od urodzenia. To właściwie ich przeznaczenie - ich rodzice to zgrana paczka przyjaciół. Na pierwszy rzut oka. Trzymastoletnia Raheem odkrywa przypadkiem, że coś ważnego musiało wydarzyć się w przeszłości. Faktycznie, ojciec Raheem był zaręczony z matką Karima. Zaręczny zerwał z powodów etnicznych. Na początku lat siedemdziesiątych Pakistan znajduje się w trudnej sytuacji politycznej, w wyniku której traci wschodnią część, która stała się Bangladeszem. Podobna problematyka zaczyna dotykać Karima, Raheem i ich dwoje najbliższych przyjaciół - Sonię i Zię. Shamsie poświęca wiele miejsca na opisy sytuacji politycznej w Karachi, jej wpływu na życie mieszkańców miasta. Karachi awansuje niemal do roli bohatera książki. Najważniejsi są jednak Karim i Raheem. Rodzina Karima emigruje do Wielkiej Brytanii, a Raheem poszukuje swojego "ja". Podczas studiów w USA oraz w trakcie wakacyjnych pobytów w Karachi zbliża się do poznania tajmenicy przeszłości swoich rodziców. Im więcej staje się dla niej jasne, tym trudniejsze stają się stosunki z Karimem, który również przyjażdża do Karachi.
Książka pełna jest przemyśleń o miłości, tolernacji rasowej, wyborach i ich wpływie na życie. Dla mnie tych myśli było za dużo, powieść Shamsie odbieram jako przegadaną, przez poetyzowaną wręcz. Za dużo w niej słów. Im bardziej Shamsie mnie słowami zalewała, tym mniej słów mam ja, by jej książkę zrecenzować.
Największympozytywem była zdecydowanie możliwość poznania Pakistanu, spojrzenia na historię państwa i życie mieszkańców Karachi - tu jednak autorka ograniczyła się do klasy bogatej, do której należą jej bohaterowie.
Sama nie wiem, czy polecam? Potrafię sobie wyobrazić, że powieść może zachwycić. Moja bajka to jednak nie była.

Kamila Shsmasie, Kartographie, tł. Anette Grube, 412 str., Berliner Taschenbuch Verlag

środa, 2 września 2009

"Mogę odejść, gdy zechcę" Young-ha Kim


Przedziwna książka. Niby cieniutka i niepozorna ale niesie ze sobą dużo treści, niedomówień, impulsów. Główny bohater ma bardzo nietypowe zajęcie - pomaga osobom, mającym problem, zorganizować własne samobójstwo. Perwersyjne, prawa? Zastanawiam się skąd pomysł aktora, na taką powieść.
Autor skutecznie miesza wątki i bohaterów oraz czas akcji, czym potrafi nieźle zakręcić czytelnika. Każda z kreowanych przez niego postaci jest dziwna, nietypowa, tajemnicza - bohaterowie niewiele o sobie wiedzą. I każda jest samotna: Judith z lizakiem w buzi, kochanka dwóch braci K. i C., Mimi - słynna performerka oraz dziewczyna z Hong Kongu, która wymiotuje po wypiciu wody. Każda z tych osób spotyka narratora, który delikatnie aprowadza dziewczyny na jedno słuszne rozwiązanie, dające kres mękom życia i samotności.
Smutna i treściwa to książka ale warto po nią sięgnąć i warto zagłębić się w pokręcone myśli bohaterów, w ich refleksje o życiu.

Young-ha Kim, Mogę odejść, gdy zechcę, tł. Anna Kaniuka, 135 str., Vesper.

niedziela, 30 sierpnia 2009

"Czasy kóz" Luan Starova


Książka o kozach? I o polityce? A właściwie o roli kóz w komunizmie? To nie może być ciekawe. Tak pomyślałam. Myliłam się. Było ciekawie, nawet bardzo.
Autor przenosi nas do Macedonii, gdzie w biednej dzielnicy w Skopje mieszka rodzina albańskich emigrantów. Ojciec rodziny to profesor, badacz starych ksiąg, kompletnie pogrążony w swoim świecie. O byt rodziny dba matka. Rodzna ledwo przędzie, umierają najmłodsze z dzieci, rodzą się nowe, starsze są niedożywione, a matka próbuje na wszelkie sposoby związać koniec z końcem. Tymczasm do stolicy nadciagają pasterze z setkami kóz. Rząd republiki postanowił zrobić z pasterzy przykładnych przedstawicieli klasy robotniczej. Problemem są kozy. Kozy kochane przez dzieci, kozy ratujące życie, żywiące niemowlęta i towarzyszące rodzinom. Także rodzina emigrantów decyduje się na zakup kozy, mimo że może to być niebezpieczne. Wraz z zaupem nawiązuje się głęboka przyjaźń między ojcem a przywódcą pastrzey Czangą. Ojciec wprowadza go w świat ksiąg i historii, a Czanga prowokuje dyskusje polityczne. Kozy utrzymują przy życiu całą dzielnicę, która żyje w ciągłym strachu przed uprawomocnieniem dekretu o likwidacji kóz.
Wiem, nie brzmi to porywająco. Jendak powieść coś w sobie ma - dla mnie przede wszystkim ogromny faktor poznawczy, bo o Macedonii zbyt wiele nie wiem. Bardzo podobało mi się również zagadkowe zakończenie, którego naturalnie nie zdradzę:) Po przeczytaniu można również snuć dalekoidące rozważania polityczne - jednak takich ciągot nie mam. Starałam się skoncentrować na kulturze, na historii przede wszystkim.
Polecam!

Luan Starova, Czasy kóz, tł. Dorota Jovanka Ćirlić, 202 str., Oficyna 21.

sobota, 22 sierpnia 2009

"Masażysta cudotwórca" V.S. Naipaul


Ganesh Ramsumir to prosty człowiek. Nobilituje go jednak fakt, że ukończył szkoły. Wciąż ma nowy pomysł na swoje życie. Gdy nie wyszła mu kariera nauczyciela, postanowił zostać masażystą. Gdy i to się nie udało, obiweścił wszystkim, że napisze książkę. Sam zamiar czynił go wielkim w oczach sąsiadów. Pisanie książki trwało bardzo długo, a gdy już powstała marna broszurka, nie odniosła sukcesu. Szczęśliwym losem Ganesh zdobywa jednak sławę jako mistyk - cudotwórca i jego kariera zaczyna rozwijać się w zastraszającym tempie. Od cudotwórcy dzieli go już krok od polityki.
Dopiero po przeczytaniu książki dowiedziałam się, że to debiutancka powieść Naipaula. Całkiem przypadkowo wybrałam akurat ten tytuł w bibliotece. Naipaul opowiada bardzo sprawnie, dowcipnie. Jego opisy środowiska Hindusów na Trynidadzie są mistrzowskie, a dialogi przekomiczne. Naipaul demaskuje bohaterów, traktując ich z przymrużeniem oka, ukazując ich prostotę a zarazem wysokie mniemanie o sobie. Bardzo ciekawie opisuje życie na przedwojennym Trynidadzie - dla mnie była to w dużej mierze laktura poznawcza.
NIe tak dawno temu czytałam ciekawy artykuł o Naipaulu i miałam po nim bardzo sprzeczne odczucia, nawet nieco obawiałam się lektury jego książek. Jednak niezależnie jaką był osobą, jego pisanie bardzo mi się spodobało i myślę, że spróbuję sięgnąć po jego najsłynniejszą powieść "Dom pana Biswasa".

V.S. Naipaul, Der mystische Masseur, tł. Karin Graf, 249 str., Kiepenheuer & Witsch.

wtorek, 18 sierpnia 2009

"The Star-Apple Kingdom" Derek Walcott

Preczytałam. Wymęczyłam. Nie lubię poezji. I już. A poezja Walcotta nie jest tym rodzajem poezji, która potrafi zachęcić takich opornych czytelników jak ja.
Zbiorek, który czytałam zawiera wybrane wiersze z trzech różnych książek, więc daje pewnie ogólny pogląd na twórczość Walcotta. Owszem zorientowałam się, że dominującą tematyką jest poszukiwanie tożsamości narodowej i utrata ojczyzny ale nawet posłowie tłumacza nie rozjaśniło mi przeczytanych wierszy, co gorsza myśli tak mi uciekały, że nie dokończyłam owego posłowia czytać. Gdyby nie noblowski plan, pewnie nigdy bym nie sięgnęła po wiersze Walcotta i nawet teraz, mimo że je przeczytałam, z czystym sumieniem nie mogę tak powiedzieć. Szkoda. Ciekawa jestem czy jeszcze ktoś zmierzy się z Walcottem i podzieli swoimi spotrzeżeniami?

Derek Walcott, Das Königreich des Sternapfels, tł. Klaus Martens, 98 str., Hanser.

czwartek, 6 sierpnia 2009

"Nazywam się czerwień" Orhan Pamuk


Udało się! Przebrnęłam przez całe 575 drobno zadrukowanych stron. Muszę jednak przyznać, że najbardziej krytyczne było pierwszych sto stron, gdy rozważałam odłożenie książki. Gdy jednak przyzwyczaiłam się do stylu i treści o odkładaniu książki przestałam myśleć.
Pamuk przenosi nas do szesnastowiecznego Stambułu w środowisko ilustratorów ksiąg. Poznajemy głównego ilustratora, trzech najbardziej utalentowych pracowników oraz Karę. Kara wyjechał ze Stambułu 12 lat temu, gdy okazało się, że nie może poślubić ukochanej córki wuja. Przez całe te lata marzył o pięknej wybrance. Wuj wezwał go do powrotu, by pomógł mu w ukończeniu wyjątkowej księgi, tworzonej właśnie dla szacha. Okazuje się jednak, że wuj odchodzi od tradycyjnego osmańskiego stylu ilustrowania, poddając się wpływom europejskim. Taki rozwój nie wszystkim się podoba, co więcej przez wielu uznawany jest za świętokradztwo i grzech śmiertelny. Wraz z przybyciem Kary do Stambułu zamordowany zostaje jeden z ilustratorów, który wykonywał złocone ornamenty w powstającej księdze. Pamuk niespiesznie snuje swoją intrygę, poświęcając najwięcej miejsca dokładnym opisom ksiąg, ilustracji, przytaczając legendy, przypowieści, historie. Opis jednej ilustracji po trafi zająć kilka stron, a jedno zdanie nawet półtora strony! Czytanie wymaga wielkiej koncentracji czytelnika i wręcz passjonackiego zamiłowania do opisyanych tematów. Równolegle autor pozwala na ponowne spotkanie Kary i pięknej ukochanej - matki dwóch synów, których ojciec nie powrócił z wojny. Przy okazji tego wątku możemy poznać życie w szestnastowiecznym Stambule - mieszkańców, poszczególne dzielnice, stroje, potrawy.
Pamuk dzieli swoją powieść na 59 rozdziałów - z których każdy ma innego narratora. Rozdziały nie są zbyt długie, co mnie akurat pomagało w czytaniu powieści. Z drugiej strony jednak ciągłe zmiany narratora wymagały stałej koncentracji. Narratorem są postaci (Kara, ukochana, ilustratorzy) ale również bohaterowie ksiąg (drzewo, koń, szatan). I te ostatnie rozdziały czytało mi się najgorzej. Brak mi odniesienia i wiedzy na temat ilustracji, zwłaszcza perskiej. Dużym ułatwieniem byłoby opublikowanie ilustracji w powieści, gdzie czytelnik mógłby skonfrotnować wzmianki dotyczące stylu.
Trudno mi polecić Pamuka z czystym sumieniem. Warto przeczytać tę powieść dla własnej satysfakcji, ale nie ukrywam, że nie jest to łatwa rozrywka.

Wraz z przeczytaniem tej książki poznałam kolejnego noblistę oraz dołączyłam kolejny kraj do mapy.

Orhan Pamuk, Rot ist mein Name, tł. Ingird Iren, 575 str., Hanser.

niedziela, 26 lipca 2009

"Ślad na piasku" Zoe Ferraris


Skusił mnie opis padmy - kryminał z Arabii Saudyjskiej brzmiał naprawdę zachęcająco, więc czym prędzej złapałam książkę w bibliotece. Zanim jeszcze zaczęłam czytać okazało się, że kryminał to może tak, ale z Arabii Saudyjskiej to raczej nie. Autorka jest Amerykanką, która spędziła rok z rodziną swego byłego męża, właśnie w tym kraju. Więc zna saudyjskie realia, problemy i życie ale jednak pozostanie Amerykanką z jej wychowaniem, doświadczeniami i punktem widzenia. Na którmyś z blogów padło pytania przy okazji tworzenia mapki krajów, których literaturę poznaliśmy, czy kierujemy się pochodzeniem autora czy akcją powieści. Dla mnie zdecydowanie najważniejsze jest pochodzenie autora, bo autor, który w danym kraju spędził nawet pół życia jednak do końca nie odrzuci swego cudzoziemskiego bagażu doświadczeń.
Ale wracając do powieści Ferraris. Kryminałem stricte też nie jest. Ale to dobrze. W pierwszym rozdziale wpadamy od razu w środek akcji - córka z bogatego domu znika. Poszukują jej bracia, Beduini i Nayir - przyjaciel jednego z braci zaginionej. Ciało szenastoletniej Nouf zostaje znalezione ale rodzina pragnie uniknąć oficjlanego dochodzenia. Nieoficjalnie jednak Nayir, na prośbę brata Nouf, prowadzi śledztwo. Pomaga mu w tym Katya - narzeczona owego brata, która pracuje w laboratorium, w którym przeprowadzono autopsję. Śledztwo utrudnione jest przez niemal wszystko - niemożność rozmów między kobietami a mężczyznami, surowe zasady religijne i wreszcie niewyobrażalny upał. Jednak nie samo śledztwo jest w powieści najciekawsze. Ferraris poświęca wiele miejsca opisom życia w Arabii Saudyjskiej, przede wszystkim koncentruje się na zasadach, które nie tylko ograniczają swobodę kobiet (choć tą oczywiście w najbardziej masywnym stopniu) ale także mężczyzn, którzy stale muszą uważać, by nie zachować się niereligijnie. Na podstawie Nayira autorka opisuje ewolucję mentalną młodego mężczyzny. Nayir nie ma żony, ani narzeczonej, nie ma również doświadczenia w kontaktach z kobietami i wraz z postępującą wsółpracą z dość otwartą i postępową Katyą zmieniają się jego poglądy, a także zdanie na temat uczuć, zajęć, pragnień i problemów kobiet. Książka Ferraris mogłaby stać się przyczynkiem do rozważań na temat Koranu i jego wpływu na zasady życia w krajach arabskich, na temat wyobcowania młodzieży, niewiedzy, uwięzienia. Ale nie jest. Przyznam, że czytało się przyjemnie, że sama akcja i styl pisania Ferraris są wciągające ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ona tylko zadrapuję powierzchnię wieka, po otwarciu którego dopiero można by znaleźć głębsze rozważania na powyższe tematy. Czytając tę książkę miałam trochę wrażenie jak gdybym oglądała holywoodzką ekranizację dobrej powieści. Ferraris stworzyła zgrabną powieść - z wartką akcją, w miarę dobrym stylem i ciekawym tłem. Dla mnie to jednak tylko tyle. Mam wielką ochotę przeczytać powieść, która faktycznie powstała w Arabii Saudyjskiej.
A czasu poświęconego Ferraris nie żałuję - warto potraktować jej książkę jako wstęp do tego kraju.

Zoe Ferraris, Die letzte Sure, tł. Matthias Müller, 395 str., Pendo.

wtorek, 21 lipca 2009

"Fioletowy hibiskus" Chimamanda Ngozi Adichie


Spoglądam na pięknie kwitnący hibiskus o fioletowych kwiatach i myślę o książce, którą właśnie skończyłam czytać. Poruszająca, ciekawa, wielostronna.
Kambili wyrasta w bogatej rodzinie nigeryjskiej. Niczego im nie brakuje, mają piękny dom, personel. Kambili i jej brat Jaja mają kochających rodziców. Ich ojciec pojmuje jednak miłość do dzieci inaczej niż przeciętny rodzic. Jest fanatycznym katolikiem i wychowuje dzieci bogobojnie, w strachu przed grzechem, karą i złym słowem. Kambili mówi tylko ściszonym głosem, nie zna muzyki ani telewizji, nigdy się nie uśmiecha, cały czas poświęca nauce i kocha ojca. Ojca przez wszystkich szanowanego, znanego filantropa i przedsiębiorcę.
Po wizycie u ciotki, siostry ojca, dzieci zaczynają się zmieniać.
Potrafię sobie taką rodzinę wyobrazić w każdym zakątku świata: źle pojętą miłość do dziecka, fanatyzm, nietolerancję.
Autorka potrafi jednak nadać książce nigeryjską nutę - dzięki jej opisom choć trochę poznałam zupełnie mi nieznany kraj, który właśnie znajduje się w trudnej sytuacji politycznej. Wraz z nowym rządem członków rodziny Kambili zaczynają nękać prześladowania, rewizje, terror.
Przejmująca książka, zmuszająca do przemyśleń. Polecam!

Wraz z przeczytaniem zwiększa się liczba krajów, które odwiedziłam literacko.

Chimamanda Ngozi Adichie, Blauer Hibiskus, tł. Judith Schwaab, 313 str., Luchterhand.

piątek, 17 lipca 2009

"Miramar" Nadżib Mahfuz


Akcja toczy się w Aleksandrii. W pensjonacie Greczynki Mariany zamieszkuję kilku mężczyzn - w kolejnych rozdziałam poznajemy wydarzenia z ich perspektywy. Każdy z nich jest zupełnie inny: jest stary, dystyngowany dziennikarz, młody przedsiębiorca, pracownik radia i bogaty "niebieski ptak". Ich zachowania lub myśli w jakiś sposób orbitują wobec pracującej w pensjonacie pięknej Zuchry. Dużo też tu polityki - wspomnień rewolucyjnych, rozważań na temat przyszłości Egiptu oraz retrospekcji. Właśnie owe retrospekcje bardzo utrudniały mi czytanie, nie są one specjalnie wyróżnione w tekście a czytelnikowi trudno domyślić się do czego się odnoszą. Trudno mi zrecenzować tę powieść, bo muszę przyznać, że zupełnie mnie nie zachwyciła. I tematyka, i polityczne konotacje i styl Mahfuza nie trafiły w mój gust. Odczuwałam brak elementarnej wiedzy o historii Egiptu, co przeszkadzało mi w zrozumieniu i umiejscowieniu wspominanych wydarzeń. Nie porwała mnie historia Zuchry i zabiegów o jej względy. I w końcu spodziewałam się bardziej gawędziarskiego stylu - nie wiem czy to za sprawą recenzji na tym blogu czy z powodu mooich własnych wyobrażeń.
Ale nie żałuję czasu poświęconego Mahfusowi, bo jednak moja wiedza na temat Egiptu się powiększyła i poznałam kolejnego Noblistę zwiększając liczbę poznanych do 27.

Nagib Machfus, Miramar, tł. Wiebke Walther, 233 str., Unionsverlag.

środa, 15 lipca 2009

À propos wyzwania peryferyjnego

ostanowiłam sprawdzić z ilu krajów świata poznałam już powieści choćby jednego autora. Wychodzi, że tylko z 41. Bardzo słabo wygląda u mnie Afryka, niewiele lepiej Ameryka Południowa, nie mówiąc już o Oceanii (stamtąd pewnie jednak ciężko zdobyć książki). Oto mapa poglądowa, którą będę systematycznie uaktualniać:

piątek, 10 lipca 2009

"Eine tuwinische Geschichte" Galsan Tschinag


Galsang Tchinag pochodzi z Mongolii, studiował w latach siedemdziesiątych germanistykę w Lipsku. Swoje powieści tworzy najczęściej po niemiecku.
Na początek wypożyczyłam dość cieniutką książeczkę, obejmującą 5 opowiadań. Tschinag należy do grupy etnicznej Tuwinów i właśnie o Tuwinach traktują jego opowiadania. Dominującym tematem jest groźna, surowa natura - akcja toczy się w ałtajskich stepach, w przysypanych śniegiem jurtach, wśród zwierząt. Bohaterami są młodzi mężczyźni, dzieci, którzy walczą o przetrwanie, a czasami uwikłani są w polityczne związki i stawiani przed trudnymi wyborami, tak jak bohater pierwszego opowiadania, który musi zdecydować o lojalności wobec partii czy syna. Opowiadania dają czytelnikowi pierwsze spojrzenie na życie mongloskich nomadów, na ich zwyczaje, wierzenia, pożywienie, wreszcie codzienne życie. Niektóre opowiadania wydały mi się być ciekawsze, inne niezbyt udane ale zdecydowanie warto zajrzeć do książek tego autora, by zapoznać się choć trochę z zupełnie nam odmienną i z pewnością mało znaną kulturą.

Galsan Tschinang, Eine tuwinische Geschiche und neue Erzählungen, 104 str., A1 Verlag.