sobota, 22 lipca 2023

"Moja rodzina i inne zwierzęta" Gerald Durrell


Ten klasyk zupełnie mnie ominął i sięgnęłam po niego, bo przypomniała mi o nim niedawno czytana Stówka. Chciałam przeczytać coś lżejszego i faktycznie ta książka świetnie spełnia ten cel, choć u mnie zachwytu zabrakło.

Gerald Durrell opisuje kilkuletni pobyt swojej rodziny na wyspie Korfu. Rodzina składa się z matki, dwóch starszych braci, starszej siostry, małego Geralda oraz jego ogromnej menażerii. Wyjazd na Korfu dla chłopca to wyjazd do raju. Tu nie ma szkoły, sztywnych reguł ani konwenansów, a jest bezkresna natura, nienaruszona wyspa, ogromne różnice kulturowe między Grekami a Anglikami i beztroska. 

Autor ze swadą i dowcipem opisuje przeróżne perypetie rodzinne związane z przyjazdami gości, szukaniem mieszkania, zakupami, kontaktami z miejscowymi i wreszcie zwierzętami. Mały Gerry bez ustanku znosi do domu przeróżne zwierzęta - ptaki, węże, skorpiony, żółwie, które namiętnie hoduje, a które ingerują we względny spokój tej dość szalonej rodzinki. To nad wyraz śmieszne przygody i godny podziwu jest łagodny stosunek matki do dziwactw najmłodszego potomka. Choć przyznać trzeba, że toleruje ona i inne wyskoki swoich dzieci. Tu prym wiedzie najstarszy syn, który był motorem wyprowadzki na wyspę. Larry jest mało sympatyczny, pyszałkowaty i rządzi rodziną i matką, która cierpliwie i z elegancją znosi jego wybryki. 

Widziane z perspektywy chłopca lata na Korfu to jedna, wielka sielanka. Pływanie w morzu czy łódką, obserwowanie owadów czy płazów, samodzielne wyprawy w towarzystwie psa, rozmowy z miejscowymi, objadanie się figami, winogronami i innymi plonami - to wszystko brzmi jak perfekcyjne dzieciństwo. Nie dziw, że Gerry starał się wymigać od nauki na wszelkie sposoby. 

Na mnie magia tej książki jednak nie zadziałała. Irytował mnie wyżej wspomniany Larry - opryskliwy i władczy. Stosunek rodziny do miejscowych też nie jest godny pochwały, choć zapewne odpowiedni dla czasów przedwojennych. Mnie jednak drażnił ten brytyjski sznyt i wywyższenie. To co Gerald robi zwierzętom bazuje oczywiście na niepohamowanej ciekawości małego chłopca, ale w większości jest po prostu okrutne i nie ma nikogo, który by chłopcu wytłumaczył, że podkradanie malutkich piskląt nie jest najlepszym pomysłem. Rozumiem naturalnie, że książka opisuje dawni minione czasy, ale po prostu zestarzała się w tych kwestiach niezbyt dobrze. Gdyby nie niektóre komiczne sceny (przyjęcie, psoty srok), zapewne nie dokończyłabym tej lektury.

Moja ocena: 3/6

Gerald Durrell, Moja rodzina i inne zwierzęta, tł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, czyt. Filip Kosior, 296 str., Noir sur Blanc 2019.

piątek, 21 lipca 2023

"Długa odpowiedź" Anna Hogeland


Opowieść o kobietach i różnych etapach ich życia skoncentrowana wokół ciąży może nie brzmi na pierwszy rzut oka zachęcająco, ale to naprawdę świetna proza. Bazując na własnych doświadczeniach, Hogeland stworzyła szeroką gamę postaci, które przedstawiają swoje historie macierzyństwa. To przeważnie macierzyństwo trudne, bo związane ze stratą, śmiercią, aborcją, chorobą, poronieniem, bezpłodnością. Hogeland porusza wszystkie te problemy, czyniąc jednak głównym tematem swojej powieści siłę siostrzeństwa, wagę rozmowy i dzielenia się doświadczeniami.

Główna bohaterka Anna jest w ciąży, ale okazuje się, że jej dziecko jest chore. Anna otoczona jest innymi kobietami w ciąży - jej siostra ma już jedno dziecko, poroniła drugą ciążę i właśnie znów zaszła w kolejną, jej przyjaciółka także jest w ciąży, ale ma za sobą poronienia. Na jodze Anna spotyka młodziutką dziewczynę w ciąży, której historia jest bardzo dramatyczna. Po stracie dziecka Anna wyjeżdża i wdaje się w rozmowę z kobietą, która oddała swoje komórki jajkowe. Matka Anny także nie miała łatwych ciąż i doświadczyła straty. Wszystkie te historie przewijają się wokół tego, co przeżywa Anna, a wysłuchanie ich pomaga jej w uporaniu się z własną żałobą. Hogeland niezwykle drobiazgowo opisuje historie poszczególnych kobiet - poznajemy ich przeszłość, historię, która doprowadziła do aktualnego stanu. To ważne, by dobrze zrozumieć ich doświadczenie, ich motywację i uczucia.

To książka, która skłania do wielu przemyśleń, jak pokazał ostatni klub książkowy wydawnictwa Pauza. Hogeland porusza w kobietach różnorakie struny i to niezależnie od tego, czy są one matkami. Mimo tak szerokiej gamy tematów i to trudnych tematów, Długą odpowiedź czyta się lekko, szybko, choć nie jest ona konstrukcyjnie łatwą książką. Poszczególne opowieści odciągają od głównego wątku, zmieniają fokus czytelniczki i przenoszą w inny świat. Autorka zachwyca i pociąga swoją wrażliwością, ciepłem i drobiazgowością. W tej powieści nie ma ocen i wartościowania, są po prostu skomplikowane losy życiowe. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Anna Hogeland, Długa odpowiedź, tł. Dobromiła Jankowska, 352 str., Wydawnictwo Pauza 2023.

środa, 19 lipca 2023

"Pokuta" Anna Kańtoch


Przypadkowy wybór okazał się być wyborem dobrym - po kilku cięższych lekturach zapragnęłam czegoś lekkiego i wciągającego. Owszem, Pokuta może nie jest lekką powieścią, ale na pewno potrafi uwieść czytelniczkę. Kańtoch znana mi dotychczas z serii o Krystynie Lesińskiej nie zawiodła - jej kryminał to bowiem także dobry kawałek prozy psychologicznej. Akcja rozgrywa się w listopadzie 1986 roku, w małym nadmorskim miasteczku. Poza sezonem to miejsce bez perspektyw, dziura zabita dechami, gdzie hula wiatr i nic się nie dzieje. To tu we wrześniu na plaży znaleziono ciało osiemnastoletniej Reginy - zdolnej, pięknej i lubianej dziewczyny. Do zbrodni przyznał się Adam, który się w niej podkochiwał od lat oraz tajemniczy bezdomny, który umiejscowił morderstwo Reginy w ciągu wielu podobnych zbrodni. Ów bezdomny Jan twierdzi, że co siedem lat ginęła młoda kobieta w podobny sposób i że to on był sprawcą tych czynów. Milicjant - Wojciech Igielski - niespecjalnie początkowo wierzy bezdomnemu, ale coś nie daje mu spokoju, choć tego spokoju jak najbardziej pragnie szef, który od początku blokuje śledztwo. Na ślad sprawcy wpada przypadkowo także Pola - koleżanka Reginy - gdy dostaje w spadku po jej matce pudło z zeszytami i podręcznikami. Pola mieszka z opresyjną matką, która pod płaszczykiem miłości i troski osacza dziewczynę i kontroluje jej każdy krok. Sama Pola cierpi na depresję, samookalecza się i prowadzi dość nudną egzystencję. Wprawdzie zrobiła maturę, ale teraz pomaga matce w pensjonacie i czuje się brzydka, gruba i nielubiana. Ta nierówna para - milicjant i Pola - będzie działać niezależnie, stopniowo naprowadzając czytelniczkę na trop. Ja byłam mało pojętną czytelniczką i do końca nie domyśliłam się rozwiązania sprawy, zresztą wyjaśnienie zaginień dziewczyn jest dość zaskakujące.

Kańtoch potrafi w psychologiczne portrety - Poli, milicjanta, ale i wielu innych postaci. Umiejętnie szkicuje poszczególne osoby, ich bolączki, pragnienia, motywy działania. Jenak największą siłą prozy Kańtoch jest mistrzowskie kreślenie atmosfery - lata 80. w PRL zaiste nie były barwne i wesołe, ale w tym miasteczku są po prostu beznadziejne. Autorka oddaje ówczesny sposób myślenia - szkoła, szybkie zamążpójście, dzieci, jakaś praca, dorobić się na letnikach, pojechać na jakieś zakupy, trwać, ale także idealnie nakreśla wygląd ówczesnego miasteczka - jakieś ogródki działkowe, wiaty autobusowe, bezpłciowe domy, deptak, plaża. Nie sposób się tej kreacji oprzeć, ja z łatwością przeniosłam się nad morze i te czterdzieści lat wstecz. 

Pokuta to dobra, wciągająca proza, która oprócz zagadki kryminalnej oferuje coś więcej.

Moja ocena: 5/6

Anna Kańtoch, Pokuta, czyt. Janusz Zadura, 352 str., Czarne 2019.

poniedziałek, 17 lipca 2023

"Mój mały zwierzaku" Marieke Lucas Rijneveld


Niepokój przychodzi o zmierzchu mnie zachwycił, mimo że to niekomfortowa, czasem wręcz obrzydliwa proza. Mój mały zwierzaku, druga powieść Rijnevelda (aktualnie należy wobec tej osoby pisarskiej używać zaimków męskich, jak wyczytałam w Wikipedii) jest równie niekomfortowa i obrzydliwa, a nawet obrazoburcza. Osoba autorska wraca do podobnej scenerii - jest holenderska wioska, gospodarstwo, krowy i czternastoletnia dziewczyna. To dziewczyna u progu dojrzewania, niezwykle samotna. Ojciec niespecjalnie interesuje się nią i starszym bratem, odkąd odeszła (zniknęła?) matka i zginął młodszy brat. Natomiast interesuje się nią weterynarz. Czterdziestodziewięciolatek, ojciec dwóch synów, mąż i człowiek pełen traum z dzieciństwa. To on dostrzega dziewczynę i zakochuje się w niej. 

Mój mały zwierzaku to monolog weterynarza, jego wyznanie przed sądem, w którym opisuje swoją fascynację dziewczynką. To według jego słów miłość i wielkie uczucie, którego jednak nie widać, bo całe zakochanie zasadza się na cielesności. To właśnie młode i niedojrzałe ciało jest celem jego wzdychań i źródłem podniety. Rijneveld nie stawia tu na powściągliwość czy elegancję, lecz bezpośrednio opisuje chore fascynacje mężczyzny, próby zgwałcenia dziewczyny, jego podniecenie, bezpardonowe wykorzystywanie ufności i niewiedzy itd. Obiekt owego zakochania to straumatyzowane, pozostawione sobie dziecko, które jest zupełnie zagubione i przytłoczone procesem dojrzewania. Dziewczynka została opuszczona przez matkę, nie przepracowała śmierci brata, nie ma oparcia w ojcu i starszym bracie, snuje natomiast przeróżne wizje - rozmawia w myślach z Hitlerem i Freudem, obwinia się za ataki na WTC i marzy o lataniu. Dziecko o tak wrażliwej osobowości jest najepszym materiałem na ofiarę i weterynarz o tym dobrze wie.

Językowo natomiast to majstersztyk pełen odwołań i aluzji literackich. Jako pierwsza nasuwa się oczywiście Lolita i owszem, można tę powieść odczytywać jako współczesną parafrazę tego klasyka, ale Rijneveld utkał w swojej narracji o wiele więcej. Każda strona przepełniona jest wręcz nawiązaniami biblijnymi, do klasyki literatury, ale i popkulturowymi - mnóstwo tu fragmentów piosenek, odwołań, aluzji. Samo podążanie za tymi wątkami przewyższyło by czas poświęcony lekturze. Mimo tego bogactwa językowego (brawa dla tłumacza!) i intertekstualności, nie jestem w stanie docenić tej książki. Nie sądzę, by konieczne było tak dosadne pisanie o pedofilii, nie widzę potrzeby czytania opisów wymuszonych aktów seksualnych z dzieckiem w czasach, gdy setki, tysiące ofiar wstydzą się o swoich doświadczeniach mówić. Rozumiem, że osoba autorska zapewne chciała pokazać zamknięty, pruderyjny i religijny świat holenderskiej wioski, w którym molestowanie jest tajemnicą poliszynela i jest tolerowane nie tylko przez ojca dziecka, ale i nawet żonę sprawcy. Nie zgadzam się jednak na sposób, w jaki ten proces został przedstawiony. Nie muszę wchodzić w głowę sprawcy, by go potępić i nie muszę znać jego motywów i własnych traum, by go usprawiedliwić, bo takie postępowanie nie zasługuje na żadne usprawiedliwienie. 

Będę śledzić dalsze literackie poczynania Rijnevelda, bo to ogromny talent, ale z większą powściągliwością. 

Moja ocena: 3/6

Marieke Lucas Rijneveld, Mój mały zwierzaku, tł. Jerzy Koch, czyt. Andrzej Ferenc, 360 str., Wydawnictwo Literackie 2022.

niedziela, 16 lipca 2023

"Moje dni w antykwariacie Morisaki" Satoshi Yagisawa


Nie ma nic lepszego niż czytanie. A czytanie o książkach i księgarniach to jeszcze wyższy poziom zachwytu. Powieść Satoshi Yagisawy uwodzi spokojną, nastrojową narracją i swoją, a jakże, japońskością. Główna bohaterka - Takako - zwalnia się z pracy po tym, jak niefortunnie skończył się jej związek z jednym ze współpracowników. Młoda kobieta pogrąża się w rozpaczy, aż jej matka w zmowie z dawno niewidzianym wujkiem nakłania ją do przeprowadzki do rodzinnego antykwariatu. Takako nie jest zachwycona tym pomysłem, bo wujka nie widziała od lat, książek nie lubi i nie chce być od nikogo zależna. Jak się jednak można domyślić, dziewczyna nie ma wyboru i zostaje ofiarą rodzinnego spisku. Antykwariat okazuje się być całkiem przyjemny, a książki wcale nie takie nudne. Zanim jedna Takako zadomowi się w nowym miejscu, upłynie sporo czasu. 

To nie jest jednak tylko powieść o rozczarowanej miłością kobiecie, która odkrywa pasję do książek. To książka o relacjach - wujek Takako także ma w tym temacie problemy. Jego żona Mamoko pewnego dnia wyszła z domu i nigdy nie wróciła. Takako z wielu przyczyn nie utrzymywała bliskich kontaktów z rodziną, nawet z matką. Yagisawa opisuje, jak tych dwoje nawiązuje nić porozumienia, jak kobieta stopniowo poznaje klientów antykwariatu, pracowników pobliskiej kawiarni itd. Książki są tu ostoją i pociechą, ale także pomocą w wychodzeniu z własnej skorupy i zwalczaniu demonów. A tych ostatnich z czasem będzie więcej - zwłaszcza w kwestii zniknięcia Mamoko. Takako, sama nie wiedząc kiedy, stanie się pośredniczką między ludźmi i zdobędzie nowe umiejętności społeczne. 

Ta powieść to w zasadzie dość prosta historia, mimo niewesołego tła, lekka w odbiorze. Tej lekkości, ale i nutki nostalgii nadają jej wszechobecne książki, autor wymienia wiele nazwisk japońskich klasyków, po których sięga Takako, które aż się proszą o sprawdzenie i czytanie. Równocześnie w moim odbiorze to bardzo japońska powieść, szczególnie w sposobie, w jaki prowadzone rozmowy czy jak się ze sobą obchodzą poszczególne postaci. W pewien sposób, w sposobie budowania atmosfery i prowadzenia narracji ta powieść przypominała mi niedawno czytaną koreańską książkę Nikt nie odpisuje. Ten sam nastrój, nutka tajemnicy i sposób budowania relacji.

Moje dni w antykwariacie Morisaki to przyjemna lektura, która wciąga w swój klimat, ale nie jestem przekonana, czy pozostanie ze mną na dłużej.

Moja ocena: 4/6

Satoshi Yagisawa, Moje dni w antykwariacie Morisaki, tł. Dariusz Latoś, 143 str., Kwiaty Orientu 2023.

wtorek, 11 lipca 2023

"Powrót do Reims" Didier Eribon


Po Eribona zapragnęłam sięgnąć po lekturze Annie Ernaux i Édouarda Louisa - zafascynowana ich losami i wizją świata, spostrzegawczością, wspólnotą losów, diagnozami. Eribon faktycznie ma z nimi wiele wspólnego, ale jego proza jest inna. Sięgałam po powieść autobiograficzną, a dostałam esej. Esej napisany przez filozofa i socjologa, który nie stroni od osobistych doświadczeń. 

Eribon po latach pisania, dostrzega, że nigdy nie podjął się tematu klasowości, różnicy między poszczególnymi warstwami społecznymi i trudności, jakich doświadczył w wyrwaniu się ze swojego środowiska. Powrót do rodzinnej miejscowości po śmierci ojca jest przyczynkiem do napisania tego eseju. Eribon, podobnie jak Louis przeszedł niezwykle trudną drogę jako gej, który wyrwał się ze swojego środowiska i klasy społecznej. Wychowanie w klasie robotniczej, gdzie edukacja nie odgrywała żadnej roli naznacza na życie i niezwykle utrudnia wydostanie się z utartego szlaku. Eribon nie jest tak ekshibicjonistyczny jak Louis, ale z jego wzmianek rysuje się smutny obraz domu, w którym zabrakło wsparcia i zrozumienia. Obraz człowieka, który we współczesnym świecie, w Europie, w bogatym państwie musi walczyć o godną edukację zawsze mnie rozwala, nie inaczej jest i tu. Trudno i ciężko się czyta takie opisy, ale książka Eribona to coś więcej. 

To przede wszystkim bardzo trafna diagnoza społeczeństwa. Francuz świetnie kreśli przyczyny klasowości, pokazując, że awans społeczny, opuszczenie własnego środowiska jest teraz właściwie tak samo trudne lub niemożliwe, jak kilkadziesiąt lat temu. Tutaj bardzo ciekawe są rozważania polityczne - klasa robotnicza, która tradycyjnie wybierała lewicę, nagle odwróciła się w kierunku skrajnie prawicowym. Eribon próbuje wyjaśnić przyczyny tej wolty, ale także analizuje, jak oba skrajne ugrupowania się zrównują, jak zacierają się różnice. Wiele z tych rozważań popartych jest licznymi odwołaniami i cytatami - przyznam, że czasami miałam wrażenie, że teoria się tu zapętla. Fragmenty, w których autor odwołuje się do doświadczeń osobistych i jego rodziny czytają się dużo lżej i są łatwiej strawne. 

Warto czytać Eribona, ale należy podejść do tego z odpowiednimi oczekiwaniami. To nie jest łatwa i lekka lektura, ale lektura niezwykle pouczająca. Dla mnie szczególnie ważna na tle ostatnich wydarzeń we Francji, bo pozwala zrozumieć mechanizmy, jakie działają w tym społeczeństwie, ich przyczyny i działanie. 

Moja ocena: 4/6

Didier Eribon, Powrót do Reims, tł. Maryna Ochab, 224 str., Wydawnictwo Karakter 2019.

poniedziałek, 10 lipca 2023

"Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" Agata Komosa-Styczeń


 

Książki o górach przyciągają mnie niemal tak samo jak książki o medycynie. Fascynują mnie i ciekawią, a dokonania osób w górach najwyższych działają na mnie jak magnes. Po Taterniczki sięgnęłam z przypadku, odkryłam audiobook na legimi i od razu wrzuciłam na półkę - bo nie dość, że góry, to jeszcze kobiety!

Agata Komosa-Styczeń sięga w swojej opowieści wstecz, do pierwszych kobiet, które poważyły się na spacery, następnie wędrówki, a wreszcie wspinaczki w Tatrach. Jako że kobiety nie dbały o odnotowywanie swoich sukcesów, te poszukiwania były dość żmudne i pozwalają na prezentację raczej wyrywkowych informacji. Pełniejsze opisy dotyczą dopiero taterniczek powojennych, choć wiele z nich nie zgodziło się na rozmowę, więc książka pełnego obrazu nie daje. Zresztą większość rozdziałów utrzymana jest w konwencji monologu - tak jakby autorka cytowała rozmówczynie, pomijając właściwie własne spostrzeżenia czy pytania. Nieszczególnie podeszła mi taka forma. Ponadto autorka często wraca do jej głównego przewodnika po świecie wspinaczki, który komentuje taternictwo i naprowadza ją na kolejne rozmówczynie. W książce z założenia traktującej o kobietach nie pasuje mi taka mentorska rola mężczyzny. 

Komosa-Styczeń skupia się na kobiecym wydźwięku, na aspekcie feministycznym, podkreśla go przede wszystkim w rozmowach z taterniczkami. Co ciekawe rozmówczynie, które wspinały się w latach powojennych aż do lat 80.-90. twierdzą, że nie były dyskryminowane i nie odczuwały niedogodności z powodu swojej płci. Młodsze taterniczki natomiast mówią już zupełnie inaczej, wskazując na konkretnie działania, zachowania, sytuacje. Dzięki temu widać, jak bardzo zmieniła się świadomość dyskryminacji i jak łatwo kobiety wcześniej akceptowały pewne zachowania, akceptując dany stan rzeczy, co więcej twierdząc nawet, że lubiły rubaszne żarty czy seksistowskie odzywki. 
Biorąc pod uwagę ten aspekt książki, oczekiwałabym jego odzwierciedlenia w języku, tymczasem feminatywy rządzą się tu chyba tylko autorce znanymi prawami. W jednym akapicie mamy prezeskę i prezesa, gdy mowa o tej samej osobie itd. Taki brak konsekwencji bardzo razi.

Podsumowując, nie wyniosłam zbyt wiele z tej książki. Nie zostały mi w pamięci konkretne nazwiska - było ich jednak za dużo, a opowieści o kolejnych kobietach zbyt krótkie, ani dokonania, a raczej ogólne wrażenie i jednak poczucie chaosu i niepełnego przekazu. 

Moja ocena: 3,5/6

Agata Komosa-Styczeń, Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie, czyt. Danuta Stenka, 264 str., Wydawnictwo Prószyński i s-ka 2021.

sobota, 8 lipca 2023

"Powróceni" Abdulrazak Gurnah


Jako że staram się przeczytać przynajmniej jedna książkę każdego noblisty, to Gurnah był na mojej liście od dawna. Ostatnio nieco zaniedbałam ten projekt, ale mam nadzieję, że wreszcie do niego wrócę, bo przeczytałam już naprawdę wielu laureatów.

Gurnah interesował mnie nie tyle ze względu na nagrodę, a na kraj jego pochodzenia. O Tanzanii literacko jeszcze niewiele wiem, a ta książka w kwestii samego kraju nie rozczarowuje. Akcja Powróconych jest głęboko osadzona w realiach tego kraju i to w realiach z początku XX wieku, co daje świetny wgląd w, mi dotąd nieznaną, historię. Gurnah nakreślił sytuację polityczną kraju, który był kolonią niemiecką, a potem miejscem rozgrywek kolonialnych między Niemcami, a Anglią, przybliżając działania mocarstw europejskich w Afryce. To nie jest nowość, że Afrykańczycy byli marionetkami w rękach białych, że traktowani byli nawet nie jak ludzie drugiej kategorii, ale jak zwierzęta, że byli tylko środkiem do wypełnienia własnych celów. W przypadku Niemców były to Schutztruppen, które zasilali młodzi mężczyźni służący w efekcie jedynie jako mięso armatnie.

Gurnah przedstawia na tym tle historycznym losy kilku osób - Ilyasa, który zaginął po tym, jak wstąpił do wojska, jego siostry Afyii, która musiała cierpieć za to, że potrafiła pisać, Khalifa, którego życie się wprawdzie ułożyło, ale było zrządzeniem przypadku i wreszcie Hamsy, który przetrwał służbę w Schutztruppen. Autor przedstawia zwykłe losy, bez wielkich zwrotów akcji, fajerwerków, koncentrując się na trudach życia i opisie funkcjonowania pod rządami kolejnych okupantów. Zanim jednak rozwinie się taka narracja, trzeba się przedrzeć przez dość suchy i informacyjny styl. Przyznam, że początkowo sądziłam, że nie dotrwam do końca książki. Na szczęście wybrałam audiobook, bo jeśli byłaby to wersja papierowa, pewnie bym ją porzuciła. Warto jednak przebrnąć przez początek, bo narracja ciekawie się rozwija i losy bohaterów faktycznie mnie zainteresowały. Choć dla mnie najważniejszą wartością tej książki pozostaje tło historyczno-społeczne. Wspomniałam o audiobooku, więc dodam, że pochwały należą się dla lektora, Adama Ferencego, który ze starannością czytał liczne nazwy niemieckie. Jest ich faktycznie dużo, łącznie z poezją, więc nie było to łatwe zadanie.

Moja ocena: 4/6

Abdulrazak Gurnah, Powróceni, tł. Krzysztof Majer, czyt. Adam Ferency, 399 str., Wydawnictwo Poznańskie 2022.

piątek, 7 lipca 2023

"Straszliwa zieleń" Benjamín Labatut


Sięgając po tę powieść, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Zwiódł mnie tytuł i fakt, że została ona wybrana jako lektura w Zamorskim Klubie Czytelniczym. Spodziewałam się dżungli, karaibskich albo choć południowoamerykańskich klimatów, a dostałam opowieść bardzo mocno osadzoną w Europie. Europie białych mężczyzn, którzy swoimi odkryciami zmieniali świat i zadziwiali sobie ówczesnych. 

Labatut poświęcił swoją powieść/esej/rozważania genialnym naukowcom - Fritzowi Haberowi, Alexandrowi Grothendieckowi, Shin'ichi Mochizukiemu, Wernerowi Heisenbergowi, Erwinowi Schrödingerowi, wspominając często o Albercie Einsteinie i Nielsie Bohrze. Powyżej zawahałam się, określając tę książkę gatunkowo - sądziłam, że sięgam po powieść, ale w trakcie lektury byłam coraz bardziej skonfundowana, myśląc wpierw, że to reportaż, następnie wątpiąc i w to, a dopiero czytając posłowie, dowiedziałam się, że autor pozwolił sobie na ułożenie rzeczywistości wedle własnych wyobrażeń, z każdym rozdziałem coraz bardziej oddalając się od faktów. 

Jako ofiara profilu mat-fiz, nienawidzę fizyki, nie rozumiem jej, nie próbuję i nie chcę się nią zajmować. Tymczasem Labatut postawił mnie przed trudnym zadaniem przedzierania się przez zawiłe opisy teorii matematycznych i fizycznych powyższych naukowców. Czytając je, zastanawiałam się wciąż, czemu ten wykład ma służyć. Początkowo sądziłam, że to mój niedostateczny fizycznie umysł nie jest zbyt giętki, by zrozumieć owe wywody, ale wraz z postępem narracji, dochodziłam do wniosku, że one niczemu nie służą, chyba że łechtaniu ego autora. Zresztą pytanie celowości napisania tej książki nie opuszczało mnie mniej więcej od połowy lektury. Początkowo sądziłam, że założeniem Chilijczyka było pokazanie szaleństwa geniuszu, przypadkowości epifanii, niezrozumienia przez innych, trudności w podążaniu za własnym odkryciem. Nie jest to jednak nowy koncept, powiedziałabym wręcz, że to idea dość oklepana, a stereotyp szalonego naukowca był mi znany już w podstawówce. Labatut przestawia naukowców ze wszystkimi ich słabościami - są choroby, niemoc, bieda, wyobcowanie, ale jest i pedofilia, pokazana dosadnie i w szczegółach. To właśnie w tych momentach zaczęłam powątpiewać w koncepcję tej książki i zaiste nie rozumiem, w jakim celu Labatut pokusił się na tak wstrętne opisy molestowania nastolatki. Jeśli chciał ukazać zwyczajność geniuszy oraz przypadkowość ich odkryć, nie sądzę, że takie zabiegi były potrzebne. Jeśli jednak jego celem było pokazanie dominacji białego Europejczyka płci męskiej, którego odkrycia zostały wykorzystane do zabicia tysięcy osób lub nikogo nie obeszły, a on sam nie był w stanie ich udowodnić - to byłabym może w stanie to zrozumieć. Zrozumieć kontrast między słabością ducha, a cudownością umysłu. Kwerenda wypowiedzi autora wskazuje jednak, że to wcale nie było jego celem, co tym bardziej odstręcza mnie od tej książki.
Zaskakującym było dla mnie, jak zgodne były w tej kwestii uczestniczki i uczestnik Zamorskiego Klubu Czytelniczego! 

Owszem, to dobra warsztatowo proza, owszem, zaimponowała mi elokwencja autora i jego wiedza matematyczno-fizyczna, ale zaskakuje mnie tak pozytywny odbiór tej książki, także wśród kobiet. A przecież Labatut praktycznie zredukował tu kobiety do roli służebnej, a samobójstwo Clary Haber zostało zaledwie wspomniane, tymczasem było protestem wobec odkryć jej męża. Odbieram tę książkę jako igraszkę autora, pewnego rodzaju prowokację, ale nie dostrzegam tu takiej literatury, jaką chciałabym czytać.

Moja ocena: 3/6

Benjamín Labatut, Straszliwa zieleń, tł. Tomasz Pindel, 232 str., Wydawnictwo Czarne 2023.

czwartek, 6 lipca 2023

"Long Bright River" Liz Moore


Książka reklamowana jako kryminał czy nawet thriller okazała się być portretem psychologicznym głównej bohaterki jak i obrazem środowiska w filadelfijskiej dzielnicy Kensington. Główna bohaterka to Mickey Fitzpatrick, która pracuje jako policjantka w powyższym rejonie. To punkt zapalny na mapie Filadelfii - tu się handluje narkotykami, tu się je bierze, tu kwietnie prostytucja i szerzą się drobne przestępstwa. Drobne do teraz, bo Mickey i jej partner zostali wezwani do niezbyt miłego znaleziska - nieznana kobieta leży martwa gdzieś w jednym z zakamarków dzielnicy. Podobnych morderstw będzie więcej i choć Mickey nie jest zaangażowana w śledztwo (jako policjantka z drogówki), to będzie bardzo się nim interesować. Jej młodsza siostra, z którą od kilku lat nie utrzymuje kontaktów, jest uzależniona od narkotyków i mieszka na ulicy. Mickey bardzo się martwi, bo choć nie wie dokładnie, co się z Kesey dzieje, to kobiety łączy szczególna więź. 

Dziewczynki wychowała babcia po tym, jak ich matka zmarła z powodu przedawkowania narkotyków, a ojciec się ulotnił. Gee nie jest jednak stereotypową babcią, a oschłą, opresyjną kobietą, która na każdym kroku dawała to odczuć wnuczkom. Mickey opiekowała się więc Kesey, wyciągała z tarapatów, odszukiwała zaćpaną na squatach i wciąż i wciąż wspierała. Liz Moore stopniowo odkrywa przed czytelniczką, co wydarzyło się w dzieciństwie dziewczyn, jak do tego doszło, że teraz się nie kontaktują, a także pokazuje aktualne życie Mickey. Kobieta mieszka z kilkuletnim synkiem, ukrywając się przed jego ojcem. Z trudem organizuje opiekę nad chłopcem i godzi pracę z macierzyństwem. Mickey niesie wielki bagaż problemów, rozczarowań i smutku - których źródła stają się stopniowo jasne.

Samo śledztwo jest w tej powieści na drugim planie. Owszem, ma ono wpływ na życie Mickey, która zaangażowała się w poszukiwania siostry podczas pracy, co nie pozostanie bez echa, ale nie jest ono wątkiem pierwszoplanowym i do końca takie pozostanie. Moore zwraca uwagę na wiele problemów - korupcję, krycie kolegów, a wreszcie uwikłanie policjantów. Ważniejszy jest jednak cały obraz środowiska tej dzielnicy - niemożność wyrwania się ze swojej klasy społecznej, brak wsparcia systemowego i rodzinnego, wszechobecność narkotyków. Te ostatnie determinują życie od urodzenia - szczególnie gdy dziecko przyszło na świat już uzależnione. 

To powieść smutna, depresyjna, bez happy endu i różowej wizji świata. Moore wprawdzie pokazuje możliwe ścieżki wyjścia, sposoby na uwolnienie się od przeznaczenia, równocześnie nie zapominając jednak, jak uzależnienie rodziców determinuje rozwój i perspektywy dziecka. 

Moja ocena: 4,5/6

Liz Moore, Long Bright River, 482 str., Riverhead Books 2020. 

środa, 5 lipca 2023

Statystyka czerwiec 2023


Przeczytane książki: 14

Ilość stron: 4133

Przeczytane tytuły: 14

- "Empuzjon" Olga Tokarczuk
- "Panna Kim wie" Cho Nam-Joo
- "Reperować żywych" Maylis de Kerangal
- "Planeta małp" Pierre Boulle
- "To nie jest Miami" Fernanda Melchor
- "Stówka" Anna Dziewit-Meller, Justyna Sobolewska
- "Wyborny trup" Agustina Bazterrica
- "Opowiadania przy ginie z tonikiem" Mário-Henrique Leiria
- "Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciech Tochman
- "Wielkie kłamstewka" Liane Moriarty
- "Sekretny język kwiatów" Vanessa Diffenbaugh
- "Pieśń o Achillesie" Madeline Miller
- "Paragraf 22" Joseph Haller

Najlepsza książka: "Empuzjon", "Wyborny trup", "Dzisiaj narysujemy śmierć"

wtorek, 4 lipca 2023

"Paragraf 22" Joseph Heller


Paragraf 22 to jeden z klasyków, który mnie ominął w latach nastoletnich i który stanął na mojej półce już bardzo dawno. Wreszcie nadrobiłam więc tę lekturę i zdecydowanie pozostaję bez zachwytu, choć doceniam zamysł i wiele elementów narracyjnych. 

Powieść Hellera to niewątpliwie gorzka satyra na sens czy raczej bezsens wojny. Grupa amerykańskich żołnierzy stacjonuje na włoskiej wyspie Pianosie, skąd odbywają naloty na przeróżne miasta. Norma lotów jest wyśrubowana i zawsze gdy któryś z lotników już, już ją wypełnia zostaje podniesiona. I tak bez końca, zamknięty krąg, z którego nie sposób się uwolnić, choć żołnierze podejmują różne próby. Głównym bohaterem powieści jest Yossarian - lotnik, który chce wyjść z wojny żywy. Zdaje jednak sobie sprawę, że jest to kwestia niemal niemożliwa, bo wyjść jest niewiele. Podejmuje więc próby przebumelowania w szpitalu czy protestu, które jednak zawsze obijają się o kolejny absurd. Absurd to zresztą słowo klucz tej powieści, Heller fantastycznie je pokazuje, czy to w przemowach generała i majora, czy to w procedurach, czy w zachowaniu księdza itd. I to jest ten aspekt powieści, który bardzo mi się podobał. Drugim z nich jest postać Yossariana - niejednoznaczna, inteligentna, błyskotliwa, zaskakująca, zwłaszcza na ostatnich stronach.

Heller poświęca w swojej powieści wiele miejsca wszystkim postaciom, opisując ich przeszłość, rodzinę, motywację, co wprowadza chaos. To nagromadzenie nazwisk, historii, życiorysów mnie pokonało. To w parze z powtarzalnością koncepcji męczyło. O ile w pierwszej części idea ukazania absurdu wojny w sposób tak groteskowy była odświeżająca, nowatorska. Dialogi i przemowy mnie zachwycały i tak, śmieszyły. Z czasem jednak zaczęłam odczuwać zmęczenie materiału, kolejne wydarzenia i rozmowy bazujące na tym samym koncepcie nużyły. Miałam poczucie, że tak, zrozumiałam przesłanie, wiem, o co chodzi, nie ma potrzeby tłuczenia tego tematu jeszcze z tej strony i z tamtej i od innej? 

Inna kwestia to wtręty seksualne, zwłaszcza napaści na pielęgniarki - to się nie broni w żaden sposób i dziś bardzo nieładnie się zestarzało. Ja rozumiem, że to była nieodłączna część życia w męskim obozie, ale nieprzyjemnie mi się te sceny czytało.

Wiem, że jest film, którego nie widziałam, a podejrzewam, że może być bardziej strawny od tej, dość długiej w końcu, książki. Lektury nie żałuję, wszak mogę się teraz o książce wypowiadać.

Moja ocena: 4/6

Joseph Haller, Paragraf 22, tł. Andrzej Szulc, 480 str., Wydawnictwo Albatros 2003.

niedziela, 2 lipca 2023

"Pieśń o Achillesie" Madeline Miller

 


Wiele lat temu fascynowała mnie mitologia i bardzo chętnie połykałam książki na niej bazujące, od Parandowskiego poczynając, a na Witoldzie Makowieckim kończąc. Ogromna popularność powieści Miller na boookstagramie zadziałała na mnie odstraszająco i w ogóle nie planowałam po nie sięgać. Ale jak to często bywa, klub książkowy mnie do tego skłonił i nie żałuję. Miller zrobiła z mitu o Achillesie to, co tworzyli moi ulubieni pisarze z dzieciństwa. Mit jest bowiem tylko przyczynkiem do stworzenia osadzonej w Starożytnej Grecji powieści. Powieści o przyjaźni, dumie, miłości, powinnościach, która uwodzi mitycznym anturażem. 

Miller bazuje na mitach, dziełach Homera i licznych greckich tekstach, by tchnąć w postać Achillesa życie, a czyni to oddając głos Patroklesowi - księciu nieudacznikowi, który został wygnany z domu za przypadkowe zabójstwo. Patrokles oddany zostaje na dwór ojca Achillesa, który słynie z tego, że przyjmuje na wychowanie młodych chłopców. Achilles to wzór dla wszystkich - piękny, silny, uzdolniony muzycznie, niepokonany - i to właśnie on zwraca uwagę na  niepozornego chłopca. Stopniowo między nimi rodzi się miłość. Choć mit o Achillesie znam stosunkowo dobrze, Miller udało się mnie zaskoczyć - piętą Achillesową, której nie było, ale i miłością między mężczyznami, której nie byłam świadoma. 

Autorka kładzie nacisk na kwestię wyboru, która zadecyduje na życiu Achillesa i Patroklesa, ale także setek żołnierzy, biorących udział w wojnie trojańskiej. Dla Achillesa to wybór między śmiercią, a miłością, między sławą, a własną dumą. Patrokles myśli inaczej, ale czy jego wybór na coś się zdał? 

Miller wprowadziła w powieści kilka postaci kobiecych, które nadają mitowi innego wymiaru - jest Tetyda, matka Achillesa, jest Deidameia jego żona, są liczne branki wojenne i w końcu Helena oraz Penelopa. W Iliadzie nie odgrywają one praktycznie żadnej roli, tu dostają głos, mają wpływ, choć niewielki na wydarzenia, a przede wszystkim na działania mężczyzn. Ciekawe są też niektóre kreacje, zwłaszcza Agamemnona i Odyseusza - soczyste, kontrowersyjne. Przy tych dwóch postaciach sam Achilles wypada dość blado. 

Językowo nie jest to wybitna powieść, Miller postawiła na rzutkość i lekkoś przekazu, co ma przełożenie na lekkość czytania. Ja z przyjemnością wróciłam do mitologii i tego okresu w historii Grecji, była to dla mnie swoista podróż w przeszłość, do dzieciństwa.

Moja ocena: 4,5/6

Madeline Miller, Pieśń o Achillesie, tł. Urszula Szczepańska-Bukowska, czyt. Filip Kosior, 384 str., Wydawnictwo Albatros 2021.

sobota, 1 lipca 2023

Stosikowe losowanie - lipiec 2023

 


McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 99
ZwL wybiera numer książki dla Guci (w stosie 38 książek) - 17
Gucia wybiera numer książki dla Anny (w stosie 298 książek) - 149
Anna wybiera numer książki dla Oli (w stosie 102 książki) - 83
Ola wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 15 książek) - 5
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) - 90