środa, 31 sierpnia 2022

"Il colibrì" Sandro Veronesi


Nigdy bym nie wpadła na tę książkę, gdyby nie wybór mojego angielskiego klubu książkowego. Tytułowy koliber to Marco - okulista, wychowany we Florencji w rodzinie architektów, jako środkowy z rodzeństwa. Ówcześnie filigranowy, niziutki nastolatek - koliberek. Poznajemy go jednak w Rzymie, gdzie mieszka z żoną i małą córką, dopiero podczas lektury stopniowo wyłania się obraz jego życia. Ta powieść bowiem nie uwodzi szybką akcją, a raczej językiem, formą i treścią. Tu wszystko dzieje się powoli, nieśpiesznie, choć życie Marca nie jest ubogie w tragedie.

Marco zajmuje się spuścizną po rodzicach - wraz z bratem są jedynymi spadkobiercami. Młodszy brat jednak mieszka w USA, a kontakt z nim jest sporadyczny. Marco zajmuje się także córką po tym, jak rozstał się z żoną. Marco pracuje, dba, zabiega i tęskni za niespełnioną miłością z młodości. Marco głównie cierpliwie znosi liczne nieszczęścia i tragedie. Dzięki listom do brata Giacoma i miłości życia Luisy poznajemy myśli i zmartwienia Marca. Treść tych listów autor relacjonuje potem w inny sposób w kolejnych rozdziałach. Ta forma książki w pewien sposób mi się podobała - choć nie ułatwia ona lektury. Są więc listy, cytaty, wspomnienia, zestawienia przedmiotów, opisy powyższych, rozmowy, dosłownie zapisane dialogi oraz zwykła narracja. Styl Veronesiego także nie należy do najprostszych (podziwiam tłumacza) - jego zdania są bardzo długie, niektóre potrafią zajmować całą stronę. Autor bardzo chętnie nawiązuje do literatury, włoskich smaczków, kultury, wplata także informacje z innych kręgów kulturowych czy języków. 

Sama powieść jest, że użyję tego oklepanego słowa, ciekawa, określiłabym ją jako w pewien sposób nowatorską, ale ze względu na styl i konstrukcję właśnie, sama treść mnie nie zachwyciła. Owszem, historia Marco potrafi uwieść, ale jest w ogromnym stopniu nierealna, przekonstruowana. Także końcowe wyjaśnienie dotyczące tytułu książki mnie nie przekonuje. Włoch tworzy tu powieść o emocjach, tragediach, rodzinnych powiązaniach, ale i o stagnacji i znoszeniu wszystkiego, co nam się w życiu przytrafia. To nie jest złe przesłanie, ale niestety zanika w przekombinowanej konstrukcji. Tak, tej konstrukcji, która mi się podoba, ale która w efekcie stawia w cieniu treść i niepotrzebnie ją komplikuje. Czułam się przytłoczona elokwencją autora i moją niemożnością odczytania wszystkich nawiązań (w przypadku wielu z nich nie miałam najmniejszej szansy, bo bazują na osobistych zamiłowaniach autora), równocześnie byłam zagubiona i nie bardzo wiedziałam, dokąd ta powieść zmierza. Skończyłam tę książkę kilka dni temu i nadal się waham i nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy mi się podobała czy nie.

Moja ocena: 3,5/6

Sandro Veronesi, Der Kolibri, tł. Michael von Killisch-Horn, 352 str., Paul Zsolnay Verlag 2021.

niedziela, 28 sierpnia 2022

"Zadra" Robert Małecki

 


Ostatnio zupełnym przypadkiem, przeglądając Legimi, odkryłam, że cykl o Bernardzie Grossie ma kontynuację, co mnie ucieszyło, bo bardzo polubiłam spokojną narrację Małeckiego oraz to, jak kreuje swoich bohaterów. W tym cyklu życie prywatne odgrywa tak samo ważną rolę jak śledztwo i jest tak nie tylko w przypadku komisarza Bernarda Grossa, ale także jego koleżanki Moniki Skalskiej. Nie ukrywam, że byłam ciekawa, jak potoczą się ich losy i dodam, że bardzo rzadko zdarza mi się tak dobrze pamiętać treść poprzednich tomów. O ile szczegóły śledztw i zagadek, z jakimi musieli się zmierzyć policjanci z Chełmży mi umknęły, to nadal byłam dobrze zorientowana w ich prywatnym życiu. 

W Zadrze wiąże się ono ze śledztwem, przynajmniej w przypadku Skalskiej. Wszystko zacznie się od samobójcy w lesie, na którego trafiają żołnierze szukający padłych na zarazę dzików. Ciało jest tak zakamuflowane, że znajdują tylko czaszkę i nogę, które odpadły ze względu na siłę grawitacji i rozkład. Okazuje się, że zmarły to Rafał Becker, którego siostra zaginęła wiele lat wcześniej. Tamta historia nigdy nie została rozwiązana, a Gross od razu wiąże te dwie zagadki. I faktycznie sprawa okaże się być bardziej zawiła niż wszyscy się spodziewali, a zaplątani będą w nią były komendant policji, ale i także kochanek Skalskiej, policjant, który popełnił samobójstwo. Będzie tu dużo wątków pobocznych, które zwodzą śledztwo na manowce, jak na przykład przemoc domowa. 

Dla mnie jednak najciekawsza wciąż jest warstwa obyczajowa tych kryminałów - rozterki Bernarda, który stoi pomiędzy będącą w śpiączce żoną, a nowym związkiem, sytuacja jego syna (nadal dość enigmatyczna) i wreszcie Skałka, której kochanek popełnił samobójstwo, która w tym tomie nawiązuje bliższą znajomość (choć tylko służbową) z wdową po Grzegorzu. 

Przyznam, że lubię kryminały Małeckiego nie za to, że są kryminałami, czyli nie za samą zagadkę, lecz za atmosferę, spokój, brak gwałtownych zwrotów akcji i holywoodzkich zakończeń. Podoba mi się zwyczajność życia, herbata Grossa, niewymuszone rozmowy i melancholia. W Zadrze jest sporo dłużyzn, jak choćby streszczenie Jeziora Bianki Bellovej (świetna książka), które Gross czyta żonie, ale i przemyśleń - mnie one jednak nie przeszkadzały. 

Moja ocena: 4/6

Robert Małecki, Zadra, czyt. Piotr Grabowski, 540 str., Czwarta Strona 2020.

czwartek, 25 sierpnia 2022

"Czekaj, mrugaj" Gunnhild Øyehaug


Czekaj, mrugaj to chyba moje pierwsze całkowicie nieudane spotkanie z literaturą skandynawską. Powieść Norweżki nie tyle mnie nie zachwyciła, co wprawiła w konsternację. Książka zawiera historie, opowiedziane naprzemiennie, których bohaterkami są kobiety, każda z nich na swego rodzaju rozdrożu. Jest młodziutka Sigrid, która zakochuje się w znanym pisarzu, jest artystka Trine, która podczas swojego performance spostrzega, że macierzyństwo odgrywa w jej życiu większą rolę, niż sądziła, spotykamy także Linneę, reżyserkę, która udaje się na spotkanie z byłym kochankiem. W powieści pojawiają się także historie zbudowane na przypadku, jak na przykład utrata zęba przez Vigga, która doprowadzi do spotkania z dziewczyną, którą poznał przelotnie na pogrzebie babci. 

Od pierwszych stron zdecydowanie rzuca się w oczy forma powieści, która ma przypominać filmowe kadry. Autorka opisuje kolejne sceny z pozycji obserwatorki czy scenarzystki tworzącej didaskalia do filmu. Ta forma może być męcząca, w moim odczuciu była jednak najciekawszym aspektem książki. Same historie ani mnie nie poruszyły, ani zainteresowały, a przede wszystkim nudziły. Nie znalazłam niczego ciekawego w wielostronicowych przemyśleniach Sigrid ani w perypetiach Vigga, wnioski Trine nie były dla mnie odkrywcze, a losy Linnei mdłe. Najbardziej irytujące były jednak liczne odwołania do muzyki, kinematografii i literatury. Pisząc liczne, mam na myśli dziesiątki, jeśli nie setki. Książka jest nimi naszpikowana  i nie mają one żadnego sensu ani przeznaczenia. Miałam wrażenie, że autorka chce się popisać erudycją, pokazać, że zna cytowane dzieła? Nie wiem, ale nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że chciała utknąć w tę książkę wszystko, co jej przyszło na myśl, nie zastanawiając się nad celem takiego działania. Wyszedł jej niestety niezrozumiały i kiczowaty performance. 

Nie sądzę, że szybko zapomnę tę książkę. Treść zapewne tak, ale wywołała we mnie jednak sporo emocji, a przede wszystkim zaskoczenie i konsternację. Żałuję, że mi się nie spodobała, bo miała ku temu spore przesłanki. 

Moja ocena: 2/6

Gunnhild Øyehaug, Czekaj, mrugaj, tł. Anna Krochmal, Robert Kędzierski, 288 str., Wydawnictwo Pauza 2019.

środa, 24 sierpnia 2022

"Mam na imię Lucy" Elizabeth Strout


 

Spokojna, melancholijna powieść Strout ujęła mnie swoją prostotą. Lucy zachorowała, niestety operacja nie przyniosła natychmiastowego uzdrowienia, komplikacje przykuły ją na kilka tygodni do szpitalnego łóżka. Kobieta tęskni za małymi córkami, mąż nie przepada za wizytami w szpitalu, więc organizuje przylot dawno nie widzianej matki. Lucy od lat nie utrzymywała kontaktu z rodziną, więc ta wizyta jest dla niej ogromnym zaskoczeniem. Także w kwestii logistyki, ponieważ mama przyleciała z niewielkiej mieściny w Illinois, a lotniska i sam Nowy Jork są dla niej przerażające.

Kobiety stopniowo zbliżają się do siebie, rozmawiając o wydarzeniach z przeszłości. Matka wspomina wspólnych znajomych i opowiada ich perypetie. Te historie przeplatane są wspomnieniami Lucy z dzieciństwa i młodości, a także refleksjami na temat jej małżeństwa oraz rodzącej się kariery pisarskiej. Okazuje się, że kobieta dorastała w skrajnej biedzie, w zimnie, głodzie i ciasnocie. Jej zauważone przez nauczycieli zdolności wyrywają ją z domu, jest pierwszą osobą w rodzinie, która wybrała się na studia, co więcej dokonała skoku o kilka szczebli, prowadząc teraz wygodne i dostatnie życie w Nowym Jorku. Ten rozwój jest dla jej rodzinny trudny do przełknięcia, Lucy staje się obca, a niemieckie pochodzenie jej męża jest wielką przeszkodą dla straumatyzowanego wojną ojca. 

W tej książce pozornie nie dzieje się wiele, gawędy matki pozornie nie mają wielkiego znaczenia, a to dlatego, że najwięcej Strout ukryła między słowami. Powieść utkana jest delikatnymi wskazówkami, tropami, niedopowiedzeniami i to jest jej największą siłą. W ten sposób autorka buduje urok ale i napięcie w tej narracji. To nie jest spektakularna proza, która rzuca na kolana, porusza do głębi swoją brutalnością czy szczerością, to raczej ten tym książki, który zapada w pamięć i podskórnie boli. Ciekawa rzecz.

Moja ocena: 4,5/6

Elizabeth Strout, Mam na imię Lucy, tł. Bohdan Maliborski, czyt. Danuta Stenka, 224 str., Wielka Litera 2016.

wtorek, 23 sierpnia 2022

"Co ci się przydarzyło? Rozmowy o traumie, odporności psychicznej i zdrowieniu" Bruce D. Perry, Oprah Winfrey


Co ci się przydarzyło to poradnik w formie rozmowy między doktorem Perrym a Oprah Winfrey. Oboje, bazując na swoich doświadczeniach, analizują i eksplorują temat traumy czyli stresu pourazowego. Perry jest znanym psychiatrą, specjalizującym się w badaniach nad traumą dziecięcą, bazując na neurofizjologii. Stworzył on program pracy z dziećmi dotkniętymi traumą, dzięki któremu pomógł setkom pacjentów i pacjentek.

W tej książce w kilku rozdziałach systematycznie przedstawia swój program, najpierw jednak tłumacząc mechanizmy powstawania traumy na podstawie działania mózgu. Czyni to w bardzo przystępny i zrozumiały sposób, opierając się na konkretnych przykładach. Lekarz uświadamia, jak ogromną rolę w rozwoju dziecka odgrywa zachowanie rodziców od pierwszych chwil, ich dostępność, systematyczność i czułość, równocześnie obala popularne mity, według których dziecko nie doświadcza otaczającego go świata jak dorosły i jest odporne na tragiczne wydarzenia. Opisując konkretne przykłady ze swojej praktyki lekarskiej, Perry opisuje, w jaki sposób opracował swoją metodę, jak wykorzystał w niej swoje wykształcenie neurobiologiczne oraz jak przebiegał proces zdrowienia jego pacjentów.

Podstawową bazą działania lekarza jest pytanie: Co ci się przydarzyło zamiast: Dlaczego się tak zachowujesz czy Co jest z tobą nie tak. Czasami to wydarzenie jest wyparte, ukryte, ale zadaniem lekarza jest odkrycie właśnie tego punktu, który spowodował takie, a nie inne zachowanie. Warto wiedzieć, że podczas lektury czytelniczka czy czytelnik zostanie skonfrontowany z opisami trudnych sytuacji, jakie przydarzyły się dzieciom, a właściwie jakie tym dzieciom zostały zgotowane. 

Jak napisałam, książka oparta jest na dialogu lekarza i Oprah, która opowiada o swoich problemach z dzieciństwach i ich skutkach, z którymi borykała się w życiu dorosłym. Mnie ta forma wybitnie nie leżała, bo skupia się bardzo na rozmówcach, szczególnie na Oprah i zarazem ma celebrycki posmak. Rozumiem, że historia Oprah służyła jako jeden z klinicznych przypadków, który ma unaocznić powstawanie i skutki traumy, ale opowiadany przez nią samą traciła ten wydźwięk, a stawała się opowieścią jak z Pudelka. 

Spodziewałam się po tej książce omówienia zagadnienia stresu pourazowego, ale okazało się, że ogranicza się ona tylko do traumy dziecięcej, co nie było dla mnie oczywiste po samym tytule. Ten zakres traumy interesuje mnie mniej, a sama lektura mnie w pewien sposób stresowała, bo oczywiście gorączkowo się zastanawiałam, jakich traum przysporzyłam moim dzieciom. 

Wreszcie to nie jest naukowa pozycja, to książka bardzo popularnonaukowa, lekki poradnik (choć temat oczywiście ciężki), skrojony na potrzeby osób zupełnie nieobeznanych z działaniem mózgu i tematem traumy. Ja nie dowiedziałam się z niego niczego nowego.

Moja ocena: 3/6

Bruce D. Perry, Oprah Winfrey, Co ci się przydarzyło? Rozmowy o traumie, odporności psychicznej i zdrowieniu, tł. Katarzyna Mojkowska, 344 str., Wydawnictwo Agora 2022.

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

"Wrony" Petra Dvořáková


Basia ma 12 lat, siostrę starszą o dwa lata, mamę i tatę. Ma też dom, pokój, biurko i talent plastyczny. Zwykła rodzina, zwykłe życie, zwykłe problemy. Basia jednak nie ma poczucia bezpieczeństwa, zrozumienia i miłości. Basia żyje w lęku, że zrobi coś źle, że zdenerwuje mamę, że dostanie lanie od taty, że się zbłaźni, że nikt jej nie lubi. Basia nie ma poczucia własnej wartości. 

Dvořáková fantastycznie opisuje rodzinę i jej funkcjonowanie z perspektywy Basi i jej matki. Matka to zatroskana o dobro rodziny kobieta. To matka, która kompulsywnie dba o porządek, nie jest zadowolona ze swojej pracy ani z męża, przykłada natomiast ogromną wagę do tego, jakie wrażenie robi jej rodzina na zewnątrz. Jest żądna poklasku koleżanek, potrzebuje tego podziwu, by widzieć sens w swoich działaniach. Matka nie zauważa, że preferuje starszą córkę i swoim zachowaniem psychicznie maltretuje Basię. Jest przekonana, że Basia to niesforne, trudne do ułożenia dziecko, które z premedytacją robi jej na złość. Ciągle stawia córki w opozycji do siebie, ciągle wywołuje awantury, używając męża jako ostatniej instancji w wymierzaniu kary. Ta przemoc psychiczna obejmuje całą rodzinę. Kasia, starsza córka bezwolnie się jej poddaje, robiąc wszystko to, czego oczekuje matka. Wacław, mąż, chce tylko świętego spokoju, więc spełnia życzenia żony i przyjmuje jej wyrzuty. Basia w tych czworokącie jest najbardziej zagubiona, poddaje się matce, nie rozumie jednak, dlaczego nigdy nie zaspakaja jej żądań.

Paradoksalnie ta demoniczna matka wzbudza współczucie - bo nie zachowuje się tak świadomie, wręcz przeciwnie, przekonana jest, że poświęca dla rodziny wszystko. Wszystkie jej myśli kręcą się przecież wokół córek i domu, wszystkie jej działania są skierowane na utrzymanie perfekcyjnej rodziny. Można by tu snuć domysły, dlaczego właśnie taki model rodziny obrała, zresztą jest to model nierzadki. Co ciekawe mimo że wzbudza on podejrzenia u osób postronnych, żadna z nich nie podejmuje konkretnych kroków, by pomóc dziewczynce.

Dvořáková genialnie oddała funkcjonowanie tej rodziny, a szczególnie sposób myślenia matki i córki, choć w przypadku tej ostatniej czasem miałam wrażenie, że jest pokazana zbyt infantylnie. Rodzina z Wron to rodzina jakich wiele. Sposób jej funkcjonowania to nie jest wytwór fantazji autorki, to mechanizm, który działa w wielu miejscach. Postawienie ludzkiej rodziny w opozycji do wroniej, obserwowanej przez okno przez Basię to mądry i poruszający zabieg. 

Świetna, poruszająca proza.

Moja ocena: 6/6

Petra Dvoráková, Wrony, tł. Mirosław Śmigielski, czyt. Kaja Walden, Ilona Chojnowska, 184 str., Stara Szkoła 2020.

niedziela, 21 sierpnia 2022

"Sońka" Ignacy Karpowicz

 


Bardzo trudno zebrać mi myśli na tyle, by napisać coś mądrego o Sońce. Wciąż nie wiem, co o tej książce myśleć. Zachwycającej i odstręczającej zarazem. Mój stosunek do niej zmieniał się co chwilę. I kilka dni po lekturze chyba jestem już w stanie zidentyfikować, co mi nie podeszło - przede wszystkim realizacja audiobooka (zbyt krzykliwa, zbyt dużo głośnej muzyki, ale wspaniały głos Sońki) oraz sama forma powieści. 

Igor - znany warszawski reżyser natyka się na Sońkę gdzieś na wschodzie Polski, gdy jego auto się psuje. Zafascynowany staruszką, wysłuchuje jej historię, równocześnie wracając do swojego dzieciństwa, które spędził w tej samej okolicy jeszcze jako Ignacy. Sońka wspomina wydarzenia wojenne, które zaważyły na jej życiu, które i tak nie było łatwe. To obraz małej wioskowej społeczności, męskiej dominacji zaprawionej alkoholem, biedy i prostoty. Na tym tle rodzi się miłość bez granic, miłość mimo barier i miłość mimo braku komunikacji. 

Karpowicz przeplata opowieść Sońki fragmentami przedstawienia, które Igor reżyseruje na podstawie zasłyszanej historii i to właśnie ten zabieg mi się nie podobał. Odebrałam go jako przekombinowany, udziwniony na siłę. Podobał mi się natomiast język, sama postać Sońki i sposób, w jaki opisuje swoje życie i świat.

Myślę, że tę książkę jednak lepiej czytać, chyba że komuś aranżacja audiobooka przypadnie do gustu. Odbieram ją jako pewnego rodzaju grę z konwencją, ze słowem, z tematem, która jednak nie trafiła do mnie do końca.

Moja ocena: 5/6

Ignacy Karpowicz, Sońka, 208 str., Wydawnictwo Literackie 2014.

piątek, 19 sierpnia 2022

"Gambit królowej" Walter Tevis

 


Przyznam, że nigdy bym o tej książce nie usłyszała, gdyby nie serial. Obejrzawszy jednak najpierw serial, pewnie bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie syn szachista. I byłaby to wielka szkoda, bo ta książka tak mnie wciągnęła, że wysłuchałam jej w jeden dzień!

Trudno oczywiście opisać po krótce treść książki, którą wszyscy znają, a serial faktycznie dość wiernie oddał wydarzenia z powieści. Mimo to, czytałam ją z zapartym tłem. Tevis fantastycznie opisał historię Beth - ale przede wszystkim jej przejmującą samotność. Począwszy od śmierci matki, dziewczynka była przecież przeraźliwie samotna, co najbardziej widoczne staje się po tym, gdy odniosła sukces. Szachy są dla niej więc nie tylko logiczną rozrywką, ale wytchnieniem, poczuciem przynależności do pewnego świata, miejscem, gdzie może być sobą i gdzie odnajduje ukojenie. 

Szachy odgrywają w powieści ogromną rolę, autor opisuje konkretne ruchy, otwarcia, obrony, zamknięcia - więcej tu konkretów niż w serialu, ale nawet ja, laiczka, z uwagą śledziłam te rozgrywki. Oczywiście dzięki synowi mam jakieś pojęcie, ale sama w szachy nie grywam. Dzięki kreacji Beth i jej przemyśleniom, mogłam jednak świetnie wczuć się w magię tej gry.

Podobały mi się także inne charaktery - przybrana matka jak i mistrz szachowy, który trenuje z Beth. Tutaj wszystkie postaci są samotne, zagubione, zaplątane w świecie. Pociechy szukają w szachach, alkoholu, lekach. Zresztą wątek uzależnień też jest bardzo ciekawy - stopniowe budowanie zależności od leków wśród dzieci w sierocińcu jest zatrważające. Oderwanie, samotność i poczucie zagubienia u Beth są tu czynnikiem sprzyjającym w rozwijaniu uzależnienia, które nie opuści ją przez całe życie. Tym bardziej warto docenić jej siłę i samodyscyplinę, na którą się zdobywa.

Tevis wplata w tę powieść także aktualny ówcześnie wątek konkurencji między USA i Rosją. To okres zimnej wody, napiętej sytuacji, więc wyjazd Beth do Rosji jest problematyczny i nie otrzymuje ona żadnego wsparcia, mimo że reprezentuje swój kraj. To także powieść feministyczna - od najmłodszych lat Beth natyka się na opór. Szachy to nie jest gra dla dziewczynek ani kobiet. Zawsze traktowana jest z pobłażaniem, a gdy staje się mistrzynią, porażka z kobietą jest umniejszająca dla mężczyzny. Beth kocha jednak zwyciężać, kocha walczyć, a walczy nie tylko z przeciwnikami na szachownicy, ale z własnymi demonami i poczuciem bycia niewystarczającą. 

Świetna, wielowymiarowa książka, a do tego wspaniale przełożona!

Moja ocena: 6/6

Walter Tevis, Gambit królowej, tł. Hanna Pustuła-Lewicka, czyt. Aleksandra Popławska, 360 str., Wydawnictwo Czarne 2020.

środa, 17 sierpnia 2022

"Słoń z Étretat" Joanna Stoga


Debiutancka powieść Joanny Stogi to historia młodej kobiety uwikłanej w problemy rodzinne, to opowieść o zdrowiu psychicznym, o tym, jak nierozwiązane konflikty z przeszłości potrafią rzutować na całe życie, o sile przyjaźni i trudzie codziennego życia.

Kassi naprawdę ma na imię Aleksandra, ale jej zafascynowany Grecją ojciec wraz z uwielbianym synem nadali rodzinie pseudonimy. Matka została więc Demi, ojciec M. od Morfeusza, Kassi to zdrobnienie Kasandry a jej starszy brat przyjął imię Teo od theosa. Kassi jest poniekąd czarną owcą tej rodziny, w której każdy wpatrzony jest w błyskotliwego i pełnego uroku Tea. Powieść rozpoczyna się w momencie śmierci Demi. Kilka lat wcześniej tragicznie zginął Teo i ta śmierć miała tak ogromny wpływ na M, że od tego momentu nie ma z nim kontaktu. Teraz na Kassi spada opieka nad ojcem. Dziewczyna zamyka się w kieracie między obowiązkami domowymi a pracą, która też nie jest łatwa. Kassi pracuje zdalnie dla pewnego wydawnictwa, ale tamtejsze przetasowania personalne zagrażają jej etatowi. Niestety opieka nad M uniemożliwia jej bycia tak elastyczną jak dotychczas. 

Kassi musi liczyć na przyjaciół, których zbyt wielu nie ma. Jest Baśka, która sama wplątuje się w kłopoty, i nowo poznany Emil. Ta znajomość jest jednak zbyt świeża, by mogła stanowić oparcie. Kobieta postanawia zapisać się więc do programu, dzięki któremu można uzyskać wsparcie asystenta lub asystentki osób z niepełnosprawnością. Tym sposobem Kassi poznaje Brygidę, z którą nie nawiązuje najlepszego kontaktu. Kobieta wprawdzie stanowi nieocenioną pomoc, ale jej nachalna religijność przeszkadza Kassi. Stoga koncentruje się na przedstawianiu codzienności kobiety, ale jasnym jest, że na jej barkach ciąży zagadka z przeszłości, której geneza leży w pewnej podróży do Francji z Teem i jego paczką. Kassi będzie jednak dopiero gotowa na jej rozwiązanie, gdy otrzyma wsparcie szerszego grona przyjaciół. 

Stoga w swojej powieści tematyzuje samotność w opiece nad osobą z niepełnosprawnością, zwłaszcza jeśli ten obowiązek przypada młodej na to nieprzygotowanej kobiecie. Tutaj autorka podkreśla wagę budowania sieci pomocowej - sąsiadka, asystentka, przyjaciele, ale także konieczność zadbania o siebie. Kassi w natłoku obowiązków traci przecież siebie i swoje potrzeby, a jej opieka nad ojcem staje się zmechanizowana, co nie jest dobre ani dla niej ani dla ojca. Autorka mądrze podkreśla też wagę problemów z przeszłości, które, nierozwiązane, ciążą na duszy i nie pozwalają na radość życia. Duży plus za tę tematykę, książka zresztą dobrze się czyta mimo niedociągnięć korekty. Niestety zupełnie nie przypadła mi do gustu zbyt melodramatyczna końcówka, która bardzo uwypukla wątek miłosny i drażni happy endem oraz pośpiechem. Jak na moje odczucie, zbyt dużo w powieści jest problemów a nawet dramatów życiowych, które przytrafiły się niemal każdemu bohaterowi czy bohaterce (Brygida, Baśka, Emil, Mateusz)

Słoń z Étretat to dość lekka lektura, choć porusza trudne tematy. Autorce udało się stworzyć powieść łatwą w odbiorze, która dobrze łączy potoczysty styl z ważką tematyką.
Moja ocena: 4/6

Joanna Stoga, Słoń z Étretat, 356 str., Wydawnictwo Seqoja 2022.

poniedziałek, 15 sierpnia 2022

"Stramer" Mikołaj Łoziński

 


Stramer to nazwisko żydowskiej rodziny, która mieszka na początku XX wieku w Tarnowie. Rodziny niespecjalnie bogatej, a właściwie biednej, wielodzietnej i takiej, jakich wiele. Ojciec Nathan wrócił do Tarnowa z Ameryki, by ożenić się z piękną Rywką. Rywka natomiast cierpliwie znosi wybuchy i depresyjne okresy męża, który z amerykańską swadą za przysyłane przez brata pieniądze rozpoczyna coraz to nowe biznesy, by wreszcie zapewnić rodzinie dobrobyt. Nathan wymyśla, kombinuje, unosi się na fali swoich wizji, a potem upada i nie rozumie, dlaczego kolejny pomysł nie wypalił. Najpierw piekli się po angielsku, a potem kładzie się do łóżka z katarem żołądka. To więc cierpliwa Rywka mrówczą pracą utrzymuje szóstkę dzieci. To ona dba o to, by chodziły do szkoły, bo przecież według Nathana od książek to się tylko oczy psują. A dzieci jak to dzieci są różne. Mają swoje zamiłowania, upodobania i zdolności - większość z nich chętnie się uczy i jest zdolna, co dziwi ojca.

Łoziński sprawnie opisuje przedwojenne realia w Tarnowie oraz zasymilowaną żydowską rodzinę, w której mówi się płynnie po polsku i praktycznie nie zagląda do synagogi. Dzieci są zdolne, oczytane, pracowite, zarabiają na szkołę udzielaniem korepetycji, dorabiają się względnej stabilności. Ot, zwykłe życie. Gdzieś tam w tle jednak istnieje kryzys i polityka, która stopniowo ma coraz większy wpływ na Stramerów. Niektóre z dzieci angażują się w ruchy komunistyczne, a autor dobrze ujmuje mechanizm przyciągania nowo tworzących się partii. Nie ma tu wątpliwości, że ruchy komunistyczne mają gorliwych wyznawców wśród młodych ludzi takich jak dzieci Nathana Stramera - błyskotliwych, żądnych wiedzy, dorastających w biedzie i mających świadomość ogromnych różnic klasowych.

Gdzieś tam pojawia się także widmo wojny i czytając tę książkę, wiemy przecież, jak ona się skończy, ale Łoziński nie stworzył kolejnej powieści o zagładzie. Napisał opowieść o rodzinie i jej losach. Po prostu. Nie ma tu brutalnych scen, nie ma sugestii na temat przyszłych wydarzeń, nie ma wszechwiedzącego narratora. Stramerowie żyją, a historia się wydarza, ma wpływ na ich życie, ale widzimy ją właśnie z ich perspektywy, a nie naszej, współczesnej. Bardzo podoba mi się to podejście, ale także zarysowane przez Łozińskiego charaktery - każde z szóstki dzieci to inny świat i to wyraźnie widać. Podobają mi się także przeskoki w czasie, które zapobiegają niepotrzebnemu wydłużaniu historii i krótkie retrospektywy. Autor dopuszcza do głosu swoich bohaterów naprzemiennie, dzięki czemu bliżej kreśli ich charaktery i punkty widzenia. 

Można by powiedzieć, że to kolejna powieść o zagładzie i wojnie, ale ja jej tak nie odebrałam. To powieść o zwykłej rodzinie, którą dopadła historia.


Moja ocena: 6/6

Mikołaj Łoziński, Stramer, czyt. Piotr Grabowski, 440 str., Wydawnictwo Literackie 2019.

piątek, 12 sierpnia 2022

"Kroniki portowe" Annie Proulx


 

Mając w pamięci, że migały mi bardzo dobre recenzje te książki, spontanicznie zdecydowałam się na jej wysłuchanie. I dobrze, bo gdybym tę książkę czytała, w życiu bym jej nie skończyła. Nawet słuchanie szło mi dość ciężko. 

Proulx opisuje historię Quoyle'a - niezgrabnego, postawnego mężczyzny, któremu w życiu niewiele wychodzi. W rodzinie był popychadłem, w szkole ofiarą, w pracy sukcesów nie odnosi, nie mówiąc już o miłości. Z beznadziejnego związku z Petal, która bardziej była zainteresowana innymi mężczyznami niż mężem, pozostają mu dwie córki, które żona tuż przed tragiczną śmiercią próbowała sprzedać. Wtedy w życie Quolye'a wkracza cioteczka, która ma pomysł. Pakuje całą pokiereszowaną psychicznie rodzinkę do auta i wywodzi na Nową Fundlandię. Wybór pada na tę dość nieprzyjazną do życia wyspę, ponieważ stamtąd pochodzą. Quoyle wychował się w USA i niewiele ma pojęcia o miejscu, gdzie rozpocznie nowe życie. Na wyspie okazuje się, że rodzinny dom jest położony na absolutnym zadupiu, do którego trudno się dostać drogą lądową, a poza tym jest totalną ruderą. Pracę załatwił Quoylowi kolega z poprzedniej gazety, w której pracował, bo pewnie i tego nie dałby rad sam sobie załatwić. Rodzina rozpoczyna więc nowe życie i to tyle. Nic wielkiego się nie wydarzy oprócz łowienia fok, homarów i ryb, jedzenia niezdrowych i tłustych potraw, remontowania domu, zajmowania dziećmi i gadania o wszystkim, co związane z morzem i wyspą. Jak dla mnie były to całkowite nudy. Nie zainteresowała mnie treść, nie zaciekawiły postaci, nie zachwycił język. Podoba mi się tylko okładka. 

Moja ocena: 2/6


Annie Proulx, Kroniki portowe, tł. Jędrzej Polak, czyt. Maciej Więckowski, 424 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

czwartek, 11 sierpnia 2022

"Niedźwiedzi bóg" Hiromi Kawakami

 


Niedźwiedzi bóg to nowela, którą Hiromi Kawakami napisała w 1994 roku. To krótka opowieść o spacerze z niedźwiedziem, nowym sąsiadem narratora lub narratorki (ja wyobrażałam tu sobie kobietę, ale faktycznie nie jest to wyjaśnione w tekście). Ta nietypowa para wybiera się razem nad rzekę, gdzie urządza sobie piknik. Podczas drzemki narratora/-rki niedźwiedź łapie ryby, które potem suszy. W całej opowieści jest tylko jedna interakcja z ludźmi - choć nad rzeką jest ich sporo. To bawiące się dzieci wyśmiewają się z niedźwiedzia. Ta nowela zasadza się jednak na interakcji między tą parą - to relacja pełna respektu, zdumienia, uprzejmości, ale i czułości. Niedźwiedź przybył z odległej prowincji i pragnie nawiązać kontakt, cieszy go nawet najmniejsze powiązanie z narratorem/-rką. Na pozór nie ma tu zbyt wiele pola do interpretacji, mnie jednak uderzył smutek tej historii i samotność jej bohaterów.  

Po tragedii, jaka dotknęła Japonię 11 marca 2011 roku, Kawakami napisała tę nowelę jeszcze raz. I znowu niedźwiedź wraz z sąsiadem/sąsiadką wędruje nad rzekę przez pola ryżowe. To już jednak nie jest ten sam świat. To świat po katastrofie, niebezpieczny, promieniujący, groźny. I znowu natykają się na ludzi, którzy nie traktują ich życzliwie. I znowu wracają po wspólnym, mile spędzonym dniu. Kawakami pokazuje w tej wersji, jak bohaterowie próbują odszukać normalność w świecie po. Jak racjonalizują nową rzeczywistość i się do niej adaptują.

Lekturę dopełniają wprowadzenie Karoliny Bednarz, posłowie autorki i słowo od tłumaczki. Te dwa pierwsze koncentrują się na trzęsieniu ziemi i tsunami oraz osadzają te opowiadania w tym kontekście. Dla nieobeznanej tak dobrze z Japonią czytelniczki te uwagi są bardzo cenne. A z ostatniego tekstu tłumaczki dowiedziałam się, że przekład Niedźwiedziego boga to praca zbiorowa - faktycznie bardzo udana. Tak samo jak wydanie tej książki, zresztą nie spodziewałam się czego innego po Tajfunach. Obcowanie z tą książką to po prostu przyjemność dla wszystkich zmysłów - bo ta książka po prostu pięknie pachnie!

Moja ocena: 5/6

Hiromi Kawakmi, Niedźwiedzi bóg, tł. Beata Kubiak Ho-Chi i studenci, 66 str., Wydawnictwo Tajfuny 2019.

środa, 10 sierpnia 2022

"Dom żółwia. Zanzibar" Małgorzata Szejnert


Ta książka bardzo długo czekała na swoją kolej i również długo ją czytałam. Powodem tego jest jej drobiazgowość, mnogość faktów, nazwisk, powiązań, nazw. Nie narzekam na to, o nie! Od reportażu takiej bogatej bazy i dogłębnych badań przecież oczekuję, ale problemem był tu raczej fakt, że historia Zanzibaru jednak mnie na tyle nie zainteresowała. Po przeczytaniu tej książki nie nabrałam także chęci odwiedzenia tej wyspy. 

Szejnert nie stworzyła idealnego obrazu rajskiej wyspy, postawiła na fakty, a ich nijak do tej wizji nie da się nagiąć. To piękne miejsce było bowiem scenerią wielu potyczek, brutalności, zawirowań politycznych, niewolnictwa, a teraz podlega rabunkowej eksploatacji przez międzynarodowe koncerny z branży turystycznej. To wszystko nie brzmi dość pozytywnie, ale stanowi materiał na reportaż sporej objętości. Szejnert opisuje więc dokładnie poszczególnych sułtanów wyspy, rewolucję, uzyskanie niepodległości, ale i życie pierwszych białych, angielskich gubernatorów i misjonarzy. Nie zabraknie tu historii słynnego Davida Livingstone'a i Henry'ego Stanleya, Zanzibar stanowił bowiem bazę wyjściową dla eksploratorów afrykańskiego lądu. 

Autorka bazuje na licznych tekstach źródłowych, listach, zdjęciach, ale oczywiście te źródła są bogatsze, jeśli relacjonuje wydarzenia dotyczące białych. Strona arabska to już nieco mniej informacji, ale jeśli przejdziemy do historii czarnych mieszkańców wyspy można bazować tylko na opowieściach. Zresztą historie tych trzech grup przeplatają się, a dołączają do nich liczni Hindusi, którzy przybywali z półwyspu, a przede wszystkim z regionu Goa oraz Komoryjczycy. 

Najbardziej przystępna jest historia współczesna, bo i nazwisk mniej, a i opowieści najpełniejsze. Reporterka może ich wysłuchać, a nie mozolnie sklecać na podstawie artefaktów przeszłości. 

Szejnert zadbała o zdjęcia i liczne przypisy, które świetnie dopełniają lekturę. Nie zapomniała też o świecie roślin i zwierząt, który stale przeplata się z tym ludzkim. To właśnie z jego powodu Dom żółwia jest smutnym, nie dającym wielkiej nadziei reportażem, choć nie tylko. Obraz Zanzibaru współczesnego i tego minionego nie jest pozytywny, budynki świadczące o dawnych czasach to zaniedbane ruiny, a architektura stolicy nie podlega żadnej regulacji, podobnie jak zabudowa nabrzeża w innych częściach wyspy. Nie żałuję tej lektury, choć zajęła mi naprawdę sporo czasu i wymagała dużego skupienia - mam poczucie, że dowiedziałam się wiele nowego i bliżej poznałam historię i rozwój wyspy.

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Szejnert, Dom żółwia. Zanzibar, 400 str., Wydawnictwo Znak 2011.

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

"Lalka z Lizbony" Iwona Słabuszewska-Krauze

 


Po tę książkę sięgnęłam tylko i wyłącznie ze względu na portugalski kontekst. Lalka z Lizbony faktycznie bardzo mocno osadzona jest w portugalskich realiach, zwłaszcza tych historycznych. To opowieść o Inês, z tego, co wywnioskowałam Polce, która spędza urlop w Lizbonie wraz z portugalskim? partnerem Wiktorem i przyjaciółką Zo. Niestety nigdy nie zostało to wyjaśnione, a Wiktor uparcie pisany jest w polskiej wersji tego imienia, natomiast Inês w portugalskiej, czego do końca książki nie zrozumiałam. Ten urlop kończy się niefortunnie, bo partner i przyjaciółka znikają, a Inês zostaje sama. Podczas wizyty na targu staroci, kupując starą lalkę, poznaje Humberto - Portugalczyka, z którym połączy ją nić porozumienia. Oboje zajmą się śledzeniem jego przeszłości, wbrew pozorom historia związku kobiety szybko przestanie mieć znaczenie. Inês dość szybko zapomina o swojej tragedii, bo wciąga ją przeszłość Humberto, która bardzo ściśle wiąże się z historią Portugalii. Jego ojciec prześladowany był przez reżim Salazara, a rodzina nigdy nie dowiedziała się, kto poinformował tajną policję PIDE o jego opozycyjnej działalności. Inês pobudza Humberto do działania i oboje udają się w podróż w przeszłość. Rozmawiają z mieszkańcami w dzielnicy, odwiedzają cmentarz, przeglądają stare listy, ale także udają się do Algarve, sprawdzić, czy Wiktor dotarł tam z Zo. 

Dzięki Lalce z Lizbony czytelniczka czy czytelnik może poznać bliżej Portugalię, jeśli jednak czytelniczka realia portugalskie już zna, nie dowie się niczego nowego, co więcej będzie wyłapywać nieścisłości. 
W pierwszej linii ta książka to jednak tzw. comfort read - przyjemna historia z miłością i zagadką z przeszłości w tle. Portugalski anturaż dodaje jej tylko smaku i nieco egzotyki. Dla mnie tych dwóch elementów zabrakło, a przyjemne historie mnie nie wzruszają, więc była to tylko poprawna lektura. Niestety straszliwie zepsuta przez lektorkę audiobooka. Książka jest siłą rzeczy naszpikowana portugalskimi nazwami i imionami, a to co lektorka z nimi zrobiła, zakrawa na farsę. Nie oczekuję bynajmniej perfekcyjnej wymowy, ale wymagam choć minimum przygotowania. Tutaj zabrakło tego całkowicie, a lektorka czytała, jak jej przypłynęło, parafrazując słynne słowa Tamary Gonzalez Perey. Wynotowałam sobie nawet co okropniejsze przykłady. Już nie mówię, że niemal ani jedno portugalskie imię nie zostało przeczytane poprawnie, a nie chodzi tu o językowe łamańce, a imiona proste w wymowie dla Polki takie jak Carlos (czyt. karlusz) czy Matias (czyt. matijasz). To co Joanna Domańska zrobiła jednak z nazwą najsłynniejszej portugalskiej rzeki, czyli Tagu, zakrawa na farsę. Otóż jest on zawsze nazywany "tegiem", podobnie jest w przypadku truskawek, czyli morangos (czyt morangusz), w wersji Domańskiej to "morengos". Humebrto pochodzi z algarwijskiej (jak zrozumiałam) miejscowości Azinhal (czyt. azinjal), według lektorki to "anizhal", serio! Lizbońska słynna dzielnica Baixa to bai-x-a,  autentycznie z dobitnym "x". Natomiast imię Vicente jest czytane, chyba z włoska, jako visencze. Alentejo, prowincja położona na północ od Algarve, w swojej przymiotnikowej wersji aletejański czytana jest przez "j". Ulica 24 lipca to ulica dzwadzieścia cztery de julho. Ale te niedociągnięcia nie dotyczą tylko języka portugalskiego. Airbnb zostało bowiem odczytane jako a-i-r bnb. Serio. Podczas słuchania miałam drgawki na przemian z palpitacjami serca i z czasem zamiast się koncentrować na treści, skupiałam się na kolejnych potknięciach. Wierzcie mi, że było ich dziesiątki. W obliczu tej masakry na języku, blakły potknięcia autorki, a znalazłam ich kilka. Najbardziej rzuca się w oczy "bufos", czyli szpicle, nagminnie używane w liczbie pojedynczej, ale i drażni zamek w Lagos, w który zmieniły się mury otaczające stare miasto oraz jego rzekoma lokalizacja kilkaset metrów od linii brzegowej oceanu (w rzeczywistości mury od wody oddziela maksymalnie sto metrów) czy podobno niewielka plaża w Salemie (w rzeczywistości to długa i spora plaża). 

W obliczu tych niedociągnięć nie jestem w stanie nikomu polecić tego audiobooka - zepsuje on cały portugalski koloryt i wydźwięk książki. A sama książka - cóż, poprawna lektura na wakacyjne dni, jednak bez zachwytu.

Moja ocena: 3/6

Iwona Słabuszewska-Krauze, Lalka z Lizbony, czyt. Joanna Domańska, 370 str., Wydawnictwo Lira 2021.

Statystyka lipiec 2022


Przeczytane książki: 11

Ilość stron: 2948

piątek, 5 sierpnia 2022

"Wiatr" Jozef Karika

 


Nie ukrywam, że proza Kariki bardzo mi pasuje. Lubię jej klaustrofobię i lęk, lubię klimat i lubię słowackie tło. Zawsze spoglądam na mapę, by powędrować wraz z bohaterami po słowackich bezdrożach. Tak było i w przypadku Wiatru

Karika zasadza swoją opowieść na sprawdzonym wzorcu. Jest więc mężczyzna, zapewne dość młody, który właśnie rozstał się ze swoją partnerką. Ów mężczyzna ma przyjaciół, których wciąga w historię. Ta konstelacja sprawdziła się w poprzednich książkach i sprawdzi się i tu, ponieważ Karika świetnie opisuje napięcia, które tworzą się w tej trzyosobowej grupie. Nasz bohater znajduje kamerę na parkingu tuż obok sztucznego zbiornika wodnego u podnóża Tatr. To słowny, prostolinijny człowiek, księgowy, który nigdy niczego nie ukradł. Kamera samochodowa to jednak droga rzecz i w końcu po krótkiej wewnętrznej walce decyduje się ją wziąć. Naturalną konsekwencją tej decyzji jest przejrzenie zawartości urządzenia, która okazuje się być bardzo zagadkowa. Nagrany film pokazuje szaleńczą jazdę dwóch wędkarzy po okloicznych drogach. Ich manewry pozbawione są jakiejkolwiek logiki i, jak się później okazuje, kończą się wypadkiem. Mężczyzna kontaktuje się z koleżanką, która jest ratowniczką medyczną, a jej partner policjantem. To właśnie on informuje o śmierci wędkarzy, a także o anomalnej liczbie wypadków w tym rejonie. Na kamerze widoczna jest także postać starej kobiety w czerni, która w tym rejonie może nie byłaby niczym nietypowym, gdyby tej samej postaci nie ujrzał główny bohater.
Trójka przyjaciół decyduje się na własne śledztwo.

Karika zasadza fabułę na słowackiej legendzie ludowej i na wiejącym z Polski halnym. To wiatr odgrywa w tej powieści największą rolę, jeśli chodzi o kreowanie atmosfery. Słowakowi ponownie udaje się stworzyć powieść, która niepokoi, straszy i trzyma w napięciu. Tym razem jednak jego filozoficzne wyjaśnienia, która mają pomóc w zwalczeniu zjawy i w wyjaśnieniu oddziaływania na ludzi fenomenu, do mnie nie trafiły i miałam trudności w podążaniu za tokiem myślenia narraotra. To zdecydowanie nie była moja bajka, mimo to z przyjemnością wysłuchałam tej powieści. 

Moja ocena: 4/6

Jozef Karika, Wiatr, tł. Mirosław Śmigielski, 248 str., czyt. Jacek Dragun, Stara Szkoła 2021.

czwartek, 4 sierpnia 2022

"Pustostany" Dorota Kotas


Po świetnych Cukrach sięgnęłam po tę książkę, ale to zupełnie inna para kaloszy. To zupełnie inna Kotas. To świat bardzo realistyczny i całkowicie absurdalny zarazem. I o ile nie mam nic przeciwko takiemu podejściu do narracji, to w Pustostanach się z nią niestety wyminęłam. Gdybym tak nie lubiła głosu Doroty Kotas, pewnie bym tej książki nie wysłuchała do końca. Gdybym ją czytała, zapewne bym ją porzuciła. 

Pustostany to taka rzeczywistość, która ciągle zwodzi. Narracja jest niby realna, genialnie celna w swoich obserwacjach, cięta w języku, uwodząca i popychająca do stwierdzenia: tak, dokładnie tak to widzę, ale nigdy bym nie potrafiła tak ująć. A potem zakrzywia się do tego stopnia, że wytraca grunt spod nóg. I to jest ten moment, gdy się gubię i  nie potrafię podążać za fabułą.

A jeśli jestem przy tej ostatniej - chciałabym ją krótko opisać, jakoś sklasyfikować, ale nawet tu moje zdolności pisarskie nie wystarczają. W tym świecie zaludnionym przez umarłych, pełnym ubrań, rzeczy i jedzenia po umarłych, w którym się śpi w wannie, zachodzi do baru, wykonuje dziwne prace dorywcze i balansuje na granicy jawy i imaginacji, gubię się całkowicie. To nie jest długa powieść, więc warto spróbować i sprawdzić, czy trafia w naszą percepcję świata albo żeby choć posmakować w języku.

Moja ocena: 3/6

Dorota Kotas, Pustostany, 182 str., czyt. Dorota Kotas, Niebieska Studnia 2020.

środa, 3 sierpnia 2022

"Szachinszach" Ryszard Kapuściński


Przyznaję, że Kapuścińskiego dotychczas czytałam mało. Nie złożyło się. Nie trafił w mojej ręce "wtedy", a teraz czeka na swoją kolej. Przeczytałam więc Szachinszacha, który przeniósł mnie do Iranu z ubiegłego wieku. Iranu rządzonego przez oszalałego od nieograniczonej władzy szacha, Iranu, gdzie każda chwila mogła zaprowadzić obywatela do więzienia, które oznaczało tortury, Iranu pełnego bogactw, w którym można było nie mieć nic. 

Kapuściński kreśli obraz państwa nieudolnie rządzonego przez szacha, w którym wszystkie akty protestu sterowane są ze strony religijnej. Obywatele są zamknięci w potrzasku między tymi dwoma opcjami, a także żyją w ciągłym lęku przed represjami. Reporter opiera się w swojej książce na relacjach osób, z którymi się spotkał, na własnych obserwacjach, na rozmowach, a także na fotografiach. To nie jest chronologiczna i linearna historia, ale uchwycenie wrażeń, fragmentów, atmosfery miejsca, ale i nastrojów społecznych. Kapuściński nie stroni od diagnoz, ocen, analiz zastanej sytuacji. I te jego analizy są niezwykle trafne, pisane czterdzieści lat temu są absolutnie aktualne. Można je odnieść do sytuacji zależnie od miejsca i czasu, w którym się książkę czyta. To może być Rosja, Polska, Chiny itd. Kapuściński świetnie uchwycił istotę reżimu, proces powstawania i uzależniania społeczeństwa, a także moment, gdy to społeczeństwo postanawia się wzburzyć. Zatrzymałam się na dłuższą chwilę przy tym rozdziale, zdumiona trafnością diagnozy reportera.

Lektura Szachinszacha nie była dla mnie równa, były fragmenty, które mnie ujęły mniej, ale końcowa część to bomba. Cieszę się, że wreszcie stopniowo poznaję twórczość Kapuścińskiego, dzięki tej książce zrozumiałam mechanizmy, jakie zaszły w Iranie i które doprowadziły do aktualnej sytuacji politycznej. 

Moja ocena: 5/6

Ryszard Kapuściński, Szachinszach, 176 str., Wydawnictwo Czytelnik 1982.

wtorek, 2 sierpnia 2022

"Posełki" Olga Wiechnik

 



Do lektury tej książki zachęciły mnie liczne pozytywne recenzje. Przyznam, że nie obiecywały zbyt wiele. Posełki to naprawdę bardzo ciekawy reportaż o kobietach, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Co więcej, nie miałam pojęcia, że w sejmie pierwsze posłanki walczyły już w latach 20. Nie jest to jednak pokrzepiająca lektura, choć podziwiam te odważne, oddane walce kobiety, bo to, o czym one mówiły, jest dotychczas aktualne. Reakcje, na które były narażone, powtarzają się do dziś. Ich nieustanna praca nadal jest konieczna. To niezwykle smutny wniosek. Sto lat zmieniło tak wiele i tak mało zarazem!

Wiechnik opowiada życie ośmiu posełek, koncentrując się szczególnie na Zofii Moraczewskiej, której życie jest osią całej książki. Zakładam, że dzięki jej sławnemu mężowi zachowało się więcej materiałów, listów, wspomnień, dzienników. Pozostałe życiorysy na pewno nie były tak łatwe do zrekonstruowania, bo jak się okazało o przeszłości politycznej niektórych z kobiet zupełnie nikt nie wiedział. Cechą wspólną wszystkich posłanek była całkowita bezinteresowność działań. Te kobiety autentycznie miały poczucie misji i z całych sił walczyły o edukację i równość kobiet, zwłaszcza tych biednych, nieuprzywilejowanych.

Tak jak napisałam wyżej - ta książka jest po prostu ciekawa, do tego napisana rzutko, potoczyście, że trudno się od niej oderwać. Wiechnik nie poświęca się politycznym rozważaniom, choć oczywiście nie sposób uciec od tych tematów, lecz stara się nakreślić zwykłe życie kobiet - rodzinę, dzieci, osobiste nieszczęścia, nieustającą pracę w domu i w stowarzyszeniach kobiecych, w szkołach, w sejmie itd.  To były działaczki całym sercem, były waleczne, pracowite, inteligentne, świetnie zorganizowane i odważne. 

Wiechnik udało się stworzyć reportaż trzymający w napięciu, tak, wiem, jak to brzmi, ale naprawdę tak jest. Równocześnie autorka przekazała ogrom informacji, szczegółów, nie czyniąc z opisanych postaci papierowych figur. Czytając tę książkę, współodczuwałam z nimi, rozumiałam ich problemy i troski, które wcale nie były odległe od tych współczesnych. 
Bardzo polecam!

Moja ocena: 5/6

Olga Wiechnik, Posełki, czyt. Kamila Kuboth-Schuchardt, 482 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Stosikowe losowanie sierpień 2022


Hopeforbooks wybiera numer książki dla Momarty (w stosie 20 książek) - 16
Momarta wybiera numer książki dla Anny (w stosie 300 książek) - 144
Anna wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) - 521
ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 70 książek) - 49
Guciamal wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 17 książek) - 8
Maniaczytania wybiera numer książki dla Hopeforbook (w stosie 194 książki) - 23