Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deutscher Buchpreis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deutscher Buchpreis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 czerwca 2026

"Das Ungeheuer" Terézia Mora


 

Darius Knopp stoi na zgliszczach swojego życia. Stracił pracę i żonę, i dom, i cała egzystencję, wegetuje i sprzeciwia się wysiłkom kolegi, by wyrwać go z marazmu. Jego żona, Flora, była Węgierką z pochodzenia, cierpiała na depresję i odebrała sobie życie. W lesie, całkiem sama, znaleziono ją dopiero półtora dnia po tym fakcie. Mora w naprzemiennej narracji oddaje głos obu osobom. Darius wyrusza bowiem w podróż na Węgry, by poznać miejsce pochodzenia żony i by ją pochować. Ta podróż jednak nie ma granic, ani ram i zamienia się w roadtrip po Europie południowej. Darius spotyka różne osoby, podąża za  przypadkowo poznaną dziewczyną, choruje, bije się, pije alkohol, daje łapówki, traci pieniądze, sens życia, wiarę. 

Podczas tej podróży czyta zapiski żony. Flora, mimo że odżegnywała się od swojej ojczyny, zostawiła mnóstwo zapisków po węgiersku, które Darius dał do przetłumaczenia. Z tego pamiętnika wyłania się obraz depresji, na którą kobieta cierpiała właściwie od zawsze. Z tych fragmentów można wyłuskać nieliczne informacje na temat jej dorastania, ale także na temat małżeństwa z Dariusem, które wcale nie było tak bezproblemowe, jak mogłoby się wydawać. Ten pamiętnik zaskakuje różnorodnością – są tu relacje, wspomnienia, wiersze, powtórzenia, fragmenty zupełnie niezrozumiałe. Tak jak Darius odbywa podróż fizyczną, samochodem, Flora odbyła podróż wgłąb depresji, równie samotną i równie przegraną.

"Das Ungeheuer" to powieść wielkich rozmiarów, która nużyła mnie niemal od początku. Nieliczne fragmenty z jakąś szczątkową akcją na chwilę zatrzymywały moją uwagę. Skąpe informacje o przeszłości Flory spełniały tę samą funkcję. Poza tym brnęłam przez tę książkę, a pod koniec już przebiegałam wzrokiem niektóre strony. Całkowicie odbiłam się od stylu, ale i od treści tej powieści, która z zasady powinna mi podejść. Czytałam już inną książkę tej autorki i miałam pozytywne wrażenia, niestety tutaj tytułowy potwór mnie pokonał.

Moja ocena: 2/6

Terézia Mora, Das Ungeheuer, 688 str., Luchterhand 2013.


poniedziałek, 15 czerwca 2026

"Die Habenichtse" Katharina Hacker


Jakob i Isabelle spotykają się ponownie po latach, w Berlinie, po atakach 9/11. Zakochują się, biorą ślub i lądują w Londynie. Jakob dostaje tę wyjątkową szansę, choć był dopiero drugim kandydatem. Jego kolega zginął jednak w Word Trade Center, więc to właśnie on może podjąć pracę w renomowanej kancelarii prawnej, która głównie zajmuje się pomocą w odzyskiwaniu utraconego mienia w Niemczech. Isabelle jest graficzką i może kontynuować współpracę ze swoją agencją z Wielkiej Brytanii. Ta para ma wszystko – siebie, miłość, pracę, dobre życie. I nie ma nic. Isabelle poznaje w Londynie Jima – ten handlarz narkotykami wywołuje w niej pewien rodzaj fascynacji. Jakob darzy estymą swojego szefa, który staje się dla niego mentorem, a jego homoseksualizm w pewien sposób opcją. 

Para mieszka w jednej z bardziej problematycznych dzielnic Londynu, co oznacza, że w sąsiedztwie słychać krzyki i awantury, a kilkuletnia Sara i jej kot zwracają uwagę Isabelle. Wiem, że brzmi to zachęcająco, ale to była chyba najnudniejsza książka ostatnich lat. Hacker tak poprowadziła swoje charaktery, że do końca nie były dla mnie zrozumiałe powiązania między nimi, nie mówiąc już o jakichś szczególnych cechach czy przywiązaniu do któregokolwiek z nich. Wszyscy, nawet to dziecko, byli mi całkowicie obojętni. Miała na to zapewne wpływ konstrukcja powieści – Hacker wplata dialogi w blok opisów, przeskakuje między osobami i miejscami, opuszcza części zdania, przestawia, powtarza, jednym słowem gmatwa swoją prozę do tego stopnia, że trudno odczuć jakąkolwiek przyjemność z tej lektury.

Nie jestem w stanie zrozumieć, co skłoniło jury do uhonorowania właśnie tej powieści Deutscher Buchpreis, bo nawet odrzucając moje powyższe uwagi, nie widzę tu niczego ciekawego i odkrywczego. Z pewną dozą zadowolenia zobaczyłam na choćby Goodreads, że nie jestem w mojej opinii odosobniona.

Moja ocena: 2/6

Katharina Hacker, Die Habenichtse, 310 str., Fischer 2012.

czwartek, 11 czerwca 2026

"Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969" Frank Witzel


Jak napisać powieść, która zawiera w sobie cały kraj? Jak ująć nastrój, problemy, życie, atmosferę tego kraju? Witzel podjął się tego zadania, biorąc na tapet RFN lat 60. i 70. XX wieku. Ta monumentalna powieść pokazuje ten okres z perspektywy trzynastolatka i jego dorastania, ale tylko początkowo i pozornie, bo dość szybko okazuje się, że wysłuchujemy rozmowy dorosłego z kimś – nie wiadomo, czy to psycholog, psychiatra, policjant – w której relacjonuje swoje dzieciństwo. I znowuż nie jest to relacja linearna, bo trzeba ją wyłuskiwać spośród miliona dygresji, niechronologicznych opowieści, cytatów i nawiązań. Witzel idzie tu na całość i cytuje całe piosenki, przy okazji je analizując i tłumacząc, sypie łacińskimi sentencjami, powołuje się na inne książki czy odpływa w zupełnie niepowiązane z głównym (czy na pewno?) wątkiem rewiry. Tłem tych wywodów jest rozbuchany katolicyzm, choroba matki, tworzenie się RAF, czyli Frakcji Czerwonej Armii. Ta lewicowa organizacja terrorystyczna działała w NRF w latach 60.-90. głównie poprzez organizowanie napadów, porwań osób publicznych, podkładanie bomb itd. 

Witzel utkał z tych wszystkich elementów powieść ponad tysiącstronicową, a przebrnięcie przez nią było dla mnie ogromnym wyzwaniem i stało się tylko możliwe dzięki audiobookowi. Podchodziłam do tej lektury kilka razy, ale za każdym razem poległam. Nie odnalazłam się w tym chaosie, nie odszukałam dla siebie niczego porywającego, nie poczułam atmosfery, być może dlatego, że nie dzielę tych doświadczeń z autorem i docelową czytelniczką. Ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie, że ta powieść uzyskała nagrodę Deutscher Buchpreis w 2015 roku, bo nie jest to coś, po co sięgnie przeciętny, a i pewnie ponad przeciętny, czytelnik. Rozumiem zachwyt, który może wywołać, bo mnogość tematów, gęsta narracja, absolutnie fantastyczna ilość nawiązań świadczą o niezwykłej erudycji autora, ale z drugiej strony nie ma tu żadnego kroku w stronę czytelniczki. Są tu fragmenty porywając, ale jest też wiele tak zagmatwanych, że zupełnie traciłam wątek. Podziwiam inwencję autora, podziwiam te wszystkie fikcyjne dialogi, ankiety, wiersze, wyliczanki, strumienie świadomości, ale po pewnym czasie były dla mnie tylko bełkotem. Gdy skończyłam słuchać tej powieści/dzieła/pozycji? odczułam tylko i wyłącznie ulgę.

Moja ocena: 2/6

Frank Witzel, Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969, 1127 str., Matthes & Seitz Verlag 2015.

niedziela, 25 maja 2025

"Echtzeitalter" Tonio Schachinger


Till jest uczniem elitarnego liceum w Wiedniu. Pech chce, że trafia do klasy najbardziej surowego nauczyciela szkoły – Dolinara. Ten staromodny, konserwatywny nauczyciel wierzy we własne metody wychowawcze, które polegają na zastraszeniu, karach i kontrolowaniu uczniów. Till należy do najspokojniejszych, chowających się w tle uczniów, ale do pewnego czasu. Najpierw umiera jego ojciec, z którym chłopak nie ma najlepszych stosunków. Podczas gdy matka pozostawia mu sporo swobody (rodzice są po rozwodzie), ojciec ciągle go krytykuje, przede wszystkim za ciągłe granie na komputerze. Till skupia się tylko na jednej grze: Age of Empire II. Swoje sukcesy na tym polu jednak ukrywa. Wiele zmienia się, gdy kończy szesnaście lat. Od tego momentu może oficjalnie zachodzić do szkolnej palarni, gdzie poznaje dwie dziewczyny: Finę i Feli. Szczególnie Feli będzie mieć na niego wieki wpływ. Pochodząca z bogatej rodziny Feli jest wybitnie uzdolniona i ma rebeliancką naturę. To ona wyciągnie Tilla z ukrycia i pokaże mu życie poza ścianami pokoju. 

Na pierwszy rzut oka ta powieść to typowa książka o dojrzewaniu, dorastaniu, szukaniu swojej drogi i pozycji w społeczeństwie. Till przechodzi wiele etapów i, wbrew pozorom, nie zostanie rebeliantem, jak można by było się spodziewać na początku lektury. Bardzo ciekawą postacią jest Dolinar – z jednej strony potwór, nie nauczyciel, z drugiej strony chętnie odwiedzany przez wychowanków po maturze. Postać niejednoznaczna, nie poddająca się nakazom dyrekcji, traktująca swoich uczniów bardzo zaborczo. Jeśli jednak spojrzeć na tę powieść głębiej, to jest to bardzo ciekawy portret Austrii. W tle wydarzeń dużo tu polityki, przetasowań na najwyższym szczeblu, są protesty i aktywne śledzenie tych wydarzeń. Schachinger umieszcza życie Tilla w kontekście społecznym, to nie jest historia dojrzewania oderwana od miejsca, a raczej głęboko osadzona w austriackich realiach. Tu ogromnym smaczkiem jest wiedeński dialekt, świetnie oddany przez lektora. 
Wartością dodaną są też liczne odwołania literackie. Dolinar uczy niemieckiego i męczy uczniów licznymi lekturami (słynne żółte wydania Reclam), a Schachinger bogato czerpie z ich treści, przemycając wnioski np. w pracach klasowych uczniów. Sporo z czytanych utworów znałam, ale znalazły się też takie, o których wcale nie wiedziałam, Dolinar sięga bowiem po starannie dobrane utwory.

Choć dobrze się bawiłam podczas lektury, nie miałam poczucia, że jest to powieść na miarę takiej nagrody jak Deutscher Buchpreis, którą została uhonorowana w 2024 roku. Przypuszczam, że wyznacznikiem był przede wszystkim kontekst społeczny i podjęcie tematu e-sportu.

Moja ocena: 4/6

Tonio Schachinger, Echtzeitalter, 365 str., Rowohlt 2023.

sobota, 24 maja 2025

"Annette, ein Heldinnenepos" Anne Weber


Annette przychodzi na świat w Bretanii, w latach 20. XX wieku. Jej dzieciństwo jest biedne, ale szczęśliwe. Bardzo szybko jednak nadchodzi konfrontacja z wojną, a Annette angażuje się w ruchu oporu i ratuje dwoje żydowskich dzieci. Po wojnie pozostaje wierna socjalistycznym ideom, studiuje medycynę, zakłada rodzinę i ponownie angażuje się w ruch oporu. Tym razem walczy o prawo Algierczyków do własnego państwa. Ta działalność doprowadzi ją przed sąd. Wyrok dziesięciu lat więzienia zmusi ją do zostawienia rodziny, w tym nowonarodzonej córeczki i ucieczki do Tunezji. Annette to prawdziwa postać. Ta uhonorowana w 2020 roku Deutscher Buchpreis powieść opowiada o życiu Anne Beaumanoir. 
Anne Weber pisze po niemiecku i francusku, a swoją powieść zasadziła na rozmowach z dziewięćdziesięciopięcioletnią Anne oraz na jej biografii. Ja tej książki słuchałam, więc niestety nie doznałam zaskoczenia formą tej książki, która podobno faktycznie przypomina epos w swojej formie, choć autorka zrezygnowała z rymów. Niemniej językowo to bardzo ciekawa rzecz – lekko ironiczna, zaskakująca językowo, momentami przypominała mi prozę Annie Ernaux.

Gdy sięgnęłam po tę książkę, zupełnie nie wiedziałam, o czym będzie i podczas słuchania przekonana byłam, że traktuje o postaci fikcyjnej. Gdy po lekturze spojrzałam na opis i recenzje, byłam autentycznie zaskoczona. Nie, nie dlatego, że nie dowierzam, że taka postać mogła istnieć. Chyba raczej dlatego, że zupełnie o Beaumanoir nie słyszałam. Ta książka to jednak nie tylko relacja życia tej bohaterki. Przede wszystkim dzięki jej dziejom dostajemy porządną dawkę francuskiej historii współczesnej, która wprawdzie nie jest mi obca, ale zdecydowanie nieznana aż w tylu szczegółach. Szczególnie ciekawa była dla mnie kwestia walki o niepodległość Algierii i opór rządu francuskiego. Ta powieść to przyczynek do rozważań na temat istoty bohaterstwa i jego sensu. Z tej bardzo bezpretensjonalnej, szczerej opowieści, w której Annette nie wyolbrzymia swoich czynów, ani nie nadaje im patosu wyłania się wiele pytań. Czy warto za wszelką cenę się angażować? Czy poświęcenie swojego życia ma sens? W którym momencie warto wkroczyć, a kiedy odpuścić? Te pytania dotyczą działalności podczas okupacji, gdy uratowanie jednej osoby mogło kosztować życie wielu. Ale jeszcze bardziej gorzkie stają się w przypadku działalności przeciwko kolonializmowi. Annette poświęciła całkowicie swoje życie rodzinne, straciła kontakt z dziećmi, by pomóc narodowi, z którym nie miała nic wspólnego. Po uzyskaniu niepodległości Algieria bynajmniej nie stała się demokratycznym, sprawiedliwym państwem, a Annette musiała ją opuścić. Bohaterka sama nie potrafi odpowiedzieć, co ją popchnęło do tak głębokiego angażowania się w działalność ruchów oporu. Wydaje się, że dla niej był to odruch serca, intuicja, oczywistość, poczucie, że słabszemu należy pomóc. Coś, co wyszło samo. Czysty altruizm, który kosztował ją relację z dziećmi. 

To bardzo ciekawa, zaskakująca powieść, nie dziwię się, że została uhonorowana.


Moja ocena: 5/6
Anne Weber, Annerre, ein Heldinnenepos, 208 str., Matthes & Seitz 2020.

piątek, 23 maja 2025

"Hey guten Morgen, wie geht es Dir?" Martina Hefter


Juno ma pięćdziesiąt dwa lata i mieszka wraz z niepełnosprawnym partnerem. Jupiter pisze książki, a Juno jest tancerką i performerką. To nie są dochodowe zajęcia, więc im się nie przelewa. Para w zasadzie żyje obok siebie, Jupiter ze względu na swoją chorobę ma swój pokój, który bardzo rzadko opuszcza, Juno natomiast ciągle jest poza domem na próbach, treningach, zakupach. I cierpi na bezsenność. Nocą przegląda wiadomości, które lądują na jej telefonie. To głównie zaczepki od tzw. love scammerów. Kobieta ogląda reportaż na ten temat i postanawia odpowiadać na te wiadomości. Po trosze, by wodzić owych mężczyzn za nos, po trosze, żeby sprawdzić swój spryt, a pewnie i z nudów. Wszystkie rozmowy się urywają, gdy interlokutorzy się orientują, że Juno nie będzie łatwą zdobyczą, z której można wyciągnąć pieniądze. Pewnego dnia odzywa się do niej jednak Benu z Nigerii, z którym rozmowa toczy się dalej, przeradza w dłuższy kontakt, a nawet w rozmowy wideo. Z czasem nie wiadomo już, kto więcej czerpie z tej relacji, kto kogo wodzi za nos. Ta powieść to jednak nie tylko czat na instagramie, Juno jeździ w odwiedziny do matki, a przy okazji poznajemy jej przeszłość – outsiderki, która zawsze była na przekór, obok, szukając zrozumienia i swojej niszy. 

Hefter pisze bardzo precyzyjnie, bez zbędnych ozdobników, za to z pewną dozą ironii. Przy okazji porusza całą gamę tematów. Na pierwszy plan wysuwa się problem bezpieczeństwa finansowego osób, które próbują żyć ze sztuki. Bardzo szybko wiadomo, że nawet dla oszusta z Nigerii Juno będzie osobą biedną, od której trudno wyciągnąć pieniądze. Drugi, ważny temat to obecność osób niepełnosprawnych w przestrzeni publicznej. Zazwyczaj wyważona i spokojna Juno nie potrafi utrzymać nerwów na wodzy, gdy długo planowana podróż pociągiem może nie wypalić, bo ktoś zapomniał przygotować na peronie wcześniej zamówionej platformy. Hefner ukazuje dobitnie, jak logistycznie skomplikowane jest każde wyjście z domu i jak ważna jest pomoc sąsiadów. 
Znajomość, nawet tylko wirtualna, z Benu jest dla Juno przyczynkiem do zgłębienia wiedzy o Nigerii. Kobieta sięga po książki i inne publikacje, zaczyna się interesować polityką, aktualną sytuacją ekonomiczną w kraju – to bardzo ciekawy dodatek do tej powieści. 
I wreszcie mamy tu szeroką warstwę ezoteryczno-kosmologiczną – Juno jest fanką filmu "Melancholia", do którego wciąż wraca, gwiazdy, niebo, kosmos odgrywają sporą rolę w rozmowach bohaterów. Zresztą niemal wszyscy noszą mitologiczne imiona, co uważam za ciekawy zabieg i mam ochotę przeanalizować ich dobór w zależności od roli danej postaci. 

Ta książka nie ma pretensji do bycia wielkim dziełem, podejmuje zwykłe, codzienne tematy. Wyróżnia ją przede wszystkim bohaterka i jej wiek – to nie jest typowa konstelacja we współczesnej prozie. Cieszy mnie, że właśnie taka proza została uhonorowana nagrodą Deutscher Buchpreis, zwracając uwagę na kobiety, osoby niepełnosprawne i sytuację ekonomiczną osób tworzących sztukę. 

Moja ocena: 5/6

Martina Hefter, Hey guten Morgen, wie geht es Dir?, 224 str., Klett-Cotta 2024.

wtorek, 20 maja 2025

"Blaue Frau" Antje Rávik Strubel


Adina pochodzi z małej wioski w czeskich Karkonoszach. Zawsze sama, w domu, w szkole, w autobusie pragnie wyrwać się w wielki świat. U siebie jest pewną formą dinozaura, ostatnią nastolatką, która jeszcze tkwi w pozbawionej perspektyw dolinie. Adina tworzy tę perspektywę sama, wyjeżdżając do Berlina na kurs językowy. Odpuszcza imprezy i szaleństwa, pilnie się uczy, przed oczami cel: studia, najlepiej nauki o ziemi. Adina poznaje jednak Rickie, fotografkę, która próbuje pokazać dziewczynie coś więcej niż tylko naukę i hostel. Czeszka ląduje więc gdzieś przy granicy z Polską, w nowym projekcie europejskim, gdzie może dorobić, poćwiczyć niemiecki i zdobyć nowe umiejętności. Tego wszystkiego dowiadujemy się jednak stopniowo, bo autorka nie dba o chronologię. Adina mieszka w Helsinkach, gdzie podczas pracy na czarno w hotelu poznała Leonidasa – Estończyka pracującego dla Unii Europejskiej. Z jej retrospekcji dopiero wyłania się obraz tego, co przeżyła podczas owego transgranicznego projektu.

"Blaue Frau" to powieść o wykorzystaniu kobiet, o tym, jak gwałt jest bagatelizowany, szczególnie gdy sprawcą jest człowiek poważany, np. mężczyzna sukcesu, który opowiada się za równością, prowadzi projekty, ma rodzinę, kochane dzieci. Być może dziewczyna nie wiadomo skąd histeryzuje albo przesadza? Temat ważny i dobrze opracowany przez autorkę. Niestety ta książka ma sporo "ale". Przede wszystkim na płaszczyźnie narracyjnej jest tu zbyt dużo chaosu – tak jakby autorka chciała wetknąć w powieść każdy możliwy temat. Sporo tu więc o podziale w Europie, o wschodzie i zachodzie, o Unii i integracji, o projektach i ich sensie. A co za tym idzie – autorka skupiła się na wątku pochodzenia z czeskiego zadupia, które zimą staje się oazą zimowego sportu dla lepiej sytuowanych, szczególnie z Niemiec. Między tym utknęła LGBTQ i oczywiście feminizm. Najbardziej dziwnym zabiegiem jest jednak tytułowa niebieska kobieta, która pojawia się w Helsinkach na krótkie rozmowy z Adiną. Można snuć wiele domysłów jaka jest jej rola, moim zdaniem jednak żadna. Miałam wrażenie, że autorka chciała dodać powieści nieco magii, niedopowiedzenia, duchowości? Zupełnie niepotrzebnie. Niestety ponownie przekonałam się, że nie jestem fanką stylu Antje Rávik Strubel i nawet Deutscher Buchpreis nic tu nie zmienił.

Moja ocena: 4/6

Antje Rávik Strubel, Blaue Frau, 432 str., S. Fischer 2021.

środa, 2 sierpnia 2023

"Skąd" Saša Stanišić

 


Ta książka była na mojej liście od bardzo dawna, dopiero polskie wydanie zmotywowało mnie do lektury. Początkowo czytałam na dwa fronty, ale szybko porzuciłam polskie wydanie, ponieważ sposób pisania Stanišiča to majstersztyk i nawet najlepszy przekład nie odda jego gier i zabaw z językiem, które zresztą są głęboko osadzone w niemieckich i oczywiście bałkańskich realiach. 

Główny bohater, alter ego autora, urodził się w byłej Jugosławii, nad rzeką Driną, jako syn Serba i Bośniaczki. W wieku dwunastu lat zmuszony jest opuścić kraj, szykuje się wojna, a jego matka otrzymuje pogróżki. Pisząc tę książkę, mieszka w Hamburgu, jest pisarzem, ojcem syna i Niemcem. Impulsem do rozważań o pochodzeniu jest choroba babci, która pozostała w Višegradzie. Saša odwiedza babcię Kristinę, która cierpi na demencję i bardzo rzadko może być źródłem opowieści. Te jednak są zawarte w jej mieszkaniu, we wspomnieniach i zdjęciach, w historii. 

Skąd to powieść o tożsamości, pełna niechronologicznie ułożonych wspomnień z dzieciństwa w kraju, którego nie ma, ucieczki i tworzenia rzeczywistości w nowym kraju, dorosłości w innym mieście oraz nowym kraju - produkcie rozpadu Jugosławii. Jak zdefiniować własną tożsamość, własne poczucie przynależności i zrozumieć siebie. Chłopiec, który świecie wierzył w Jugosławię - konglomerat wielu narodowości - zaskoczony był faktem, że to sztuczny twór, w którym nie ma głoszonej przez pionierów przyjaźni. Ten sam chłopiec staje się w nowym kraju - Niemczech - obcym, innym, bez języka i przeszłości. Natomiast jako dorosły musi na nowo zdefiniować i skonstruować siebie - także dla syna. 

Stanišić doskonale włada językiem niemieckim, którego przecież nauczył się dopiero jako nastolatek. Nie boi się słowotwórstwa i gier z językiem, zaskakuje dowcipem i spostrzegawczością. Jego opisy Niemców, społeczeństwa, grupy imigrantów są fantastyczne, mimo że nie ma tu dosłowności i dosadności. Najważniejsze kryje się między wierszami, w niedopowiedzianym. 

To jednak nie tylko powieść o tożsamości, ale także o umieraniu i traceniu - wraz z demencją babci ucieka przeszłość. Stanišić wciąż obraca cię wokół tego, co zapamiętał i jak to zapamiętał, odkrywając, że jego wspomnienia nie muszą odzwierciedlać prawdy. Podobnie jest z opowieściami babci, które umykają z każdym dniem. 

Dziwi mnie, że ta powieść nie wywołała większego echa, bo to majstersztyk na wielu poziomach. Pomijając wojnę w Jugosławii (wciąż trudno sobie wyobrazić, że była tak niedawno), wielu Polaków i Polek dzieli przecież doświadczenie emigracji z autorem.

Moja ocena: 5/6

Saša Stanišić, Herkunft, 365 str., Luchterhand 2019.

niedziela, 30 października 2022

"Drzewo krwi" Kim de L'Horizon

 


Blutbuch to książka jedyna w swoim rodzaju, proza, z jaką jeszcze nigdy się nie spotkałam i majstersztyk językowy. Osoba autorska stworzyła dla mnie literackie novum, o którym długo nie zapomnę. Ta powieść sprytnie nazywana jest autofikcją, główny bohater to niezaprzeczalnie alter ego osoby autorskiej. Pisze ono powieść, składającą się między innymi z listów do babci, która zapada na demencję. Zanim jednak kontakt z nią stanie się niemożliwy, chce zrozumieć, dowiedzieć się, ale i wypowiedzieć. Kim to dziecko wychowane przez matkę i babcię, rola ojca była marginalna. To dziecko zdominowane przez te kobiety, przez babcię, która ciągle mówi, rusza się, coś robi, przekłada, zagarnia, dotyka, przestawia. To dziecko, zaszufladkowane jako chłopiec, które ciągle czeka, aż się dowie, która płeć jest dla niego właściwa. To także dziecko, które niesie ciężar - mama decydując się na donoszenie ciąży, musiała porzucić szkołę i możliwość wieczorowego nadrobienia matury. 

To dziecko jest teraz dorosłe i zupełnie inne niż przeciętny Szwajcar czy Szwajcarka. Kim się wyróżnia, musi się liczyć z przemocą i niezrozumieniem. Kim jest uzależnione od seksu, spotyka się z przypadkowymi mężczyznami i ryzykuje seks bez zabezpieczeń. Podczas rozmów z mamą i babcią próbuje zrozumieć, dlaczego jest, jakie jest. Te rozmowy służą jednak także odkryciu rodzinnej historii, która zasadzona jest tylko na kolejnych przodkach płci męskiej. Rodzinny sztambuch sięga XIV wieku i opisuje tylko kolejnych mężczyzn. Matka Kim spisuje więc historię kobiet, by dojść do życiorysu swojej matki i do tego, o czym się nie mówi. Babka miała bowiem starszą siostrę, która przedwcześnie zmarła. Babka nosi to samo imię i urodziła się w dzień jej urodzin. Babka miała też młodszą siostrę, która została oddana do więzienia dla kobiet, gdy w wieku piętnastu lat zaszła w ciążę. W ogrodzie rodziny stały drzewa - jedno dla każdego dziecka, wśród nich ozdobny buk, którego listowie przybiera kolor krwi. Kim docieka, skąd pomysł pradziadka na zasadzenie drzewa popularnego wśród elit. Szuka, przerzuca setki akt, przegląda książki i próbuje zrozumieć.

Blutbuch to powieść, która zasadza się na językach. Jest szwajcarski dialekt, jest niemiecki, jest angielski. Są dziesiątki neologizmów, jest slang, są rozważania językowe. Osoba autorska wychodzi od jednego słowa, podąża za skojarzeniami i dochodzi do słowa zupełnie innego - fascynujące i nieprzetłumaczalne! Jest wreszcie język inkluzywny, podkreślający niebinarność. Osoba autorska korzysta z wielu form narracyjnych - są rozważania z niebotycznie długimi zdaniami, są dialogi, są listy, są dokumenty, spisy. Są całe pasaże w języku angielskim. To jest niesamowity kobierzec możliwości i fantastyczna podróż przez język. Ten język jest też czynnikiem identyfikacji, pozwala się zdystansować od rodziny (obie kobiety mówią głównie dialektem z okolicy Berna), ale i od swoich uczuć.

Ta książka pozostanie ze mną na długo. Nie zniesmaczyły mnie sceny seksu, które tak często są wytykane osobie autorskiej, nie zniechęciły długie wywody ani niełatwy język. Byłam i jestem zachwycona. Naprawdę warto.

Moja ocena: 6/6

Kim de L'Horizon, Blutbuch, 336 str., DuMont Buchverlag 2022.

czwartek, 23 maja 2019

"Archipel" Inger-Maria Mahlke



To kolejna laureatka Deutscher Buchpreis, która obiektywnie patrząc, jest niezła, ale nie na tyle, by porwać czytelnika. Mahlke wpisała się ze swoją konstrukcją powieści w ostatnio chyba popularny trend opowiadania sagi rodzinnej fragmentami. Archipel to powieść o Teneryfie, jej historii ostatniego stulecia. Polityczne zawirowania a także sposób eksploatacji wyspy poznajemy na podstawie historii dwóch rodzin.

Na początku autorka przedstawia Anę i Felipe - on jest potomkiem bogatego rodu, ona pochodzi z rodziny, która podczas dyktatury straciła majątek. Mahlke dość szczegółowo opisuje ich życie - Ana związana jest z polityką, gdzie wplątuje się w problemy, Felipe wegetuje, szukając sensu życia, ich córka Rosa przerwała studia w Madrycie, wróciła na wyspę i prowadzi życie rozpieszczonego dziecka. Nie warto jednak zagłębiać się w te problemy, snuć domniemania o ich przyczynach, bo niebawem Mahlke przeniesie czytelnika wstecz, tym sposobem relatywizując wszystko, co o swoich bohaterach napisała. Każdy skok w czasie przedstawia mały wycinek z życia wielu postaci - niekoniecznie wycinek bardzo istotny, za to zawsze pełen detali. Czasami to tylko scena, impresja, moment. Czytając tę powieść, czytelnik automatycznie będzie próbował umieścić przedstawione sceny w czasie, wysnuć wnioski na temat ich wpływu na przyszłość bohaterów, domyślić się powiązań i przyczyn konkretnych zachowań. Będzie to jednak zadanie bardzo trudne, ponieważ autorka niewiele tłumaczy, zaledwie zaznacza, sugeruje, tak że w zasadzie do końca nie wiedziałam, jaki konkretnie wpływ na życie postaci miało dane wydarzenie.

Zamiast tego Mahlke zalewa mnogością detali - opisuje szczegółowo ulice, budynki, stroje, wygląd, potrawy. Detale zupełnie nieistotne. O ile opisy samej wyspy faktycznie są ciekawe i składają się w wielobarwny obraz Teneryfy, to pozostałe odwracają uwagę od faktycznej akcji.

Im bardziej akcja wybiega wstecz, tym więcej postaci zaludnia karty powieści. Strony ledwo co przeczytane stają się zaskakująco szybko nieistotne. W zasadzie po zakończeniu lektury należałoby przeczytać powieść jeszcze raz, ale od końca.

Lektury nie ułatwia styl autorki - liczne powtórzenia, zdania bardzo krótkie, urywane przeplatają się z frazami wielokrotnie złożonymi. Ja tej książki słuchałam, więc było mi jeszcze trudniej podążać za narracją, a wyobrażam sobie, że nawet tradycyjna lektura będzie wymagająca.

Moim zdaniem Archipel to książka dla fanów Teneryfy, idealnie czytana podczas urlopu na wyspie, gdy jest na nią czas i uwaga.

Moja ocena: 3,5/6

Inger-Maria Mahlke, Archipel, 423 str., czyt. Eva Gosciejewicz, Argon Verlag 2018.

niedziela, 17 marca 2019

"Widerfahrnis" Bodo Kirchhoff


Kontynuując poznawanie kolejnych laureatów Deutscher Buchpreis, sięgnęłam po tę powieść, która uhonorowana została tą nagrodą w 2016 roku. I kolejny raz przekonałam się, że mój gust jednak bardzo odbiega od gustu jury. Widerfahrnis to poprawna, momentami (ale tylko momentami) ciekawa powieść, ale zupełnie nie trafiła w moją percepcję. Kirchhoff opowiada bardzo niespiesznie, w zasadzie konstruuje swoją opowieść na oczach czytelnika, tak jakby się wahał, w którym kierunku ją poprowadzić. Poznajemy więc byłego wydawcę Reithera, który porzuciwszy swoje dotychczasowe życie we Frankfurcie, zamieszkuje na bawarskiej prowincji. Samotny, stroniący od kontaktów, konserwatywny, zapatrzony w siebie. I Palm - byłą modystkę, która porzuciła swoją pracownię kapeluszy w Berlinie i zamieszkuje na tej samej prowincji. To jej książka wpada w ręce Reithera, to jej zależy na jego opinii. To oni stają się bohaterami tej powieści, na której wydarzenia Reither spogląda okiem surowego redaktora, który wykreśliłby wszystkie ckliwe sceny i komentarze.

Ta nietypowa para spontanicznie wyrusza zimową nocą na południe, do Włoch. I tym ta powieść mogłaby zostać - wyprawą przypadkowych osób, które przechodzą kryzys wieku średniego. Pełną krótkich, urywanych rozmów, filozoficznych rozważań, wzajemnego poznawania się i ciszy. Ale niestety, Kirchhof zaczyna do tego garnka wrzucać zbyt wiele - poczynając od dziwnego spotkania z nastolatką, o której nikt nic nie wie. To być może uchodźczyni, albo złodziejka, albo naciągaczka, albo po prostu Włoszka, która chce się zabawić ich kosztem. Ta kuriozalna historia staje klinem między Palm a Reitherem i byłabym w stanie ją przełknąć, gdyby nie kolejne dziwaczne spotkanie. Skaleczoną dłoń Reithera zszywa fachowo uchodźca z Afryki, rybak, który jest pielęgniarzem-samoukiem. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego autor nagle wepchnął do powieści uchodźców, dodam do powieści, która do samego końca zupełnie z tym tematem nie miała nic wspólnego. 

Główni bohaterowie pozostają anonimowi, zwracają się do siebie nazwiskami, skąpią szczegółów, zachowują się nieracjonalnie, tak że czytelnikowi trudno wysnuć jakiekolwiek wnioski na temat ich charakterów. I ciągle palą, jeden papieros od drugiego, cała powieść wydaje się być zasnuta dymem papierosowym. I mogłaby taka pozostać - tajemnicza, pełna niedopowiedzeń, napisana wyszukanym językiem, dziejąc się kiedyś i gdzieś. I tylko zaskoczenie sprowadziłoby narrację na ziemię. Poprzez wprowadzenie jednak wątków uchodźców, zakończenie blednie, traci na ważności. 

Widerfahrnis nie ujął mnie właściwie niczym. Denerwujący Reither nie ma szans na stanie się bohaterem, którego los przejmie czytelnika. To właściwie ramol, facet, który wszystko wie najlepiej, zatrzymał się mentalnie x lat temu i nie ma ochoty na jakikolwiek rozwój emocjonalny. Wszystko, co wydarzyło się w jego życiu było winą kogoś lub danej sytuacji. Reither opowiada tę historię z perspektywy czasu, ale nie widać tu żadnej refleksji czy chęci zmiany. Palm znika przy nim, a jej nieracjonalne zachowanie także nie zdobyło we mnie sympatii. 
Zachwycić mógłby język Kirchhoffa, który rezygnuje z wyszczególniania dialogów, skrupulatnie konstruuje piramidalnie długie zdania pełne przecinków i wyciąga z zakamarków Dudena przykurzone słowa, ale po jakimś czasie ta maniera zwyczajnie męczy. Tak jak redakcyjne, pełne dystansu komentarze Reithera. 

Moja ocena: 3/6 

Bodo Kirchhoff, Widerfahrnis, 224 str., Frankfurter Verlagsanstalt 2016.

wtorek, 23 października 2018

"Stolica" Robert Menasse


To kolejna laureatka Deutscher Buchpreis, która mnie zupełnie nie zachwyciła. Początkowo słuchałam tej powieści z zainteresowaniem, zachwycając się przede wszystkim sprawnością językową autora, ale po czasie zaczęła mnie męczyć mnogość charakterów oraz dłużyzny.

Akcja powieści rozgrywa się w Brukseli, w większości w instytucjach Unii Europejskiej. Nadszarpnięty image unii ma podreperować Fenia Xenopoulou, która wbrew swojej woli przesunięta została do wydziału kulturalnego. Urzędniczka stawia na wystawne świętowanie rocznicy powstania unii i zleca swoim pracownikom sporządzenie nowatorskiego konceptu. Martin Susmann wpada na pomysł, który jednak okaże się być bardzo kontrowersyjny i nie trafi w gust przedstawicieli poszczególnych państw. Jego pomysł oprze się na połączeniu Auschwitz ze współczesnością, i jedności z indywidualnością. Teorii zresztą w tej powieści jest wiele - mnogość bohaterów to mnogość opinii, a każda z nich opisane zostanie z należytą jej pieczołowitością. O ile początkowo z ciekawością czytałam o idei nowej stolicy Europy czy o gospodarczych problemach związanych z hodowlą świń, to po jakimś czasie miałam po prostu dość.

Oprócz unijnych urzędników, Menasse wprowadza całą gamę różnorakich postaci. Austriackiego potentata w hodowli świń, ostatniego żyjącego świadka holocaustu, który uciekł z transportu do obozu, komisarza, który prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa w jednym z hoteli, od którego zostanie nagle, bez wyjaśnień odsunięty, austriackiego emerytowanego profesora ekonomii, który bierze udział w spotkaniach europejskiego think tanku oraz polskiego byłego zakonnika, który jest płatnym mordercą. I świnię. Prawdziwą świnię, która pojawia się w różnych zakątkach Brukseli, powodując chaos. Pewnie zastanawiacie się teraz, jak te wszystkie wątki się łączą - w pewien sposób autor je ze sobą powiązuje, ale swobodnie mógł zrezygnować z niektórych z nich.

Dla polskiego czytelnika ciekawe będą nawiązania do polski - Mateusz, wyżej wymieniony mnich, wraca do Polski, Martin Susmann jedzie na obchody uwolnienia obozu do Auschwitz. Menasse bardzo chętnie wstawia zdania w ojczystych językach swoich bohaterów, aczkolwiek w przypadku polskiego coś mu zdecydowanie nie wyszło albo zawiodła redakcja.

Dzięki tej powieści poznałam trochę bliżej pracę w Komisji Europejskiej, życie urzędników i wewnętrzne przepychanki - i to w sumie jedyna pozytywna strona mojej lektury. No może jeszcze lektor, który bardzo dobrze przeczytał tę powieść, a do tego bardzo starał się o poprawną wymowę obcych nazwisk. Sama akcja z pewnością bardzo szybko odejdzie w zapomnienie, choć o akcji trudno tutaj nawet mówić. Powinnam raczej powiedzieć, zaprezentowane przez autora w wypowiedziach poszczególnych bohaterów idee europejskie już odeszły w zapomnienie. Nie minął tydzień od lektury, a ja nie jestem w stanie dokładnie przytoczyć ich istoty.

Moja ocena: 3/6

Robert Menasse, Die Hauptstadt, 459 str., czyt. Christian Berkel, der Hörverlag 2017.

niedziela, 7 października 2018

Deutscher Buchpreis czyli o niemieckiej Nike

Oczekiwaniu na ogłoszenie laureata Deutscher Buchpreis towarzyszą mi zawsze podobne emocje, jak w przypadku Nagrody Nobla czy Nike. Uwielbiam nagrody, zestawienia, statystyki i choć nie zawsze są one gwarancją dobrej lektury, to traktuję je jako swoisty drogowskaz literacki. Oczekując na tegoroczną książkę-laureatkę chciałam wam przedstawić dotychczasowych zwycięzców, którzy doczekali się tłumaczenia na język polski i zachęcić was do sięgnięcia po którąś z tych powieści. Każda z nich jest tego warta, choć z tych przetłumaczonych czytałam dotychczas tylko cztery. 

    

Najstarszą lauretką Deutscher Buchpreis, z 2005 roku, przetłumaczoną na język polski przez Karoline Niedenthal, jest "U nas wszystko dobrze" Arno Geigera. Pisałam o niej tutaj. Proszę nie kierujcie się koszmarną okładką, bo ta powieść może zainteresować! Jest mocno osadzona w austriackiej rzeczywistości i choć mnie nie zachwyciła, to jednak ukazuje spory fragment historii i przemian w tym państwie, co dla mnie zawsze jest dużym atutem.


W 2007 roku laureatką została "Południca" Julii Franck, którą od lat mam na kindle i dotąd niestety nie przeczytałam. Powieść przełożył Krzysztof Jachimczak. Tej jesieni/zimy postanowiłam przeczytać wszystkie nagrodzone książki, więc tekstu o "Południcy" spodziewajcie się niebawem.


W 2010 nagrodzono powieść mieszkającej w Szwajcarii emigrantki z Bałkanów. To chyba moja ulubiona laureatka, przede wszystkim ze względu na bardzo interesującą mnie problematykię emigracji i integracji. "Gołębie wzlatują" wydało u nas Wydawnictwo Czarne, a przetłumaczyła Elżbieta Kalinowska. Moją recenzję, napisaną swego czasu dla magazynu Archipelag, znajdziecie tu.


Bardzo podobała mi się także laureatka z 2011 roku, powieść Eugena Ruge "W czasach, gdy ubywało światła", przetłumaczona przez Ryszarda Wojnakowskiego, a wydana przez Czarną Owcę. To szeroko zakrojona powieść, obrazująca upadek NRD na przykładzie losów jednej rodziny. Także tę książkę recenzowałam dla magazynu Archipelag, mój tekst można przeczytać tutaj


Ostatnia, dość świeża lauretka, bo z 2014 roku to "Kruso" Lutza Seilera, którą przetłumaczyła Dorota Stroińska, a opublikowało Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jestem świeżo po lekturze tej powieści i jest to książka, która najmniej mi się podobała. Pisałam o niej zaledwie kilka dni temu, tutaj.

Cieszę się, że choć pięć laureatów zostało przetłumaczonych na język polski i mam nadzieję, że sięgnięcie choć po jedną z tych powieści. Mam wrażenie, że w Polsce mało się czyta i mało się wydaje współczesnej literatury niemieckiej, która ma naprawdę wiele do zaoferowania. Sama żałuję, że czytam jej stosunkowo mało, wciąż koncentruję się na polskich wydawnictwach, poza tym czytelniczo wybiegam także do krajów bardzo egzotycznych, a dla Niemiec zawsze brakuje mi czasu.

sobota, 6 października 2018

"Kruso" Lutz Seiler


Wrzesień miesiącem nudnej książki - bo i laureatka Deutscher Buchpreis z 2014 roku i nominowana do Nagrody Angelusa powieść Kruso zupełnie mnie nie zachwyciła.

Edgar Bendler - student literatury z Halle porzuca swoje dotychczasowe życie i wyjeżdża. Udaje się na malutką wyspę Hiddensee - miejsce, które w NRD miało kultowy status. Było azylem dla myślących inaczej, krytykujących system, wyrzutków społecznych i tych, którzy przed kimś lub czymś uciekali. Edgar dociera na wyspę latem 1989 roku i znajduje zatrudnienie w jednej z restauracji jako pomywacz. Stopniowo poznaje panującą na wyspie hierarchię, zwyczaje, społeczność uciekinierów, a także tereny wojskowe. Ludzie, żyjący na Hiddensee tworzą swoistą komunę, której niepisanym przywódcą jest Kruso. Alexander Krusowitsch. Zbieżność przezwiska z Robinsonem Cruzoe nie jest przypadkowa. 

Edgar stopniowo pracuje na swoją pozycję na wyspie, a gdy zostaje przyjacielem Kruso od razu podskakuje w hierarchii. Obu mężczyzn połączą wiersze Georga Trakla i pewien detal z przeszłości. Oboje przeżyli stratę, z którą nigdy się nie pogodzili. Odosobnienie na wyspie ma swoje zalety i wady - okazuje się, że wielu z uciekinierów traktuje Hiddensse jako możliwość ucieczki do Danii. Wpław. Ucieczki, która nie zawsze się udaje. 

To powieść o wolności, a raczej o poczuciu wolności. Hiddensee je daje, ale nie na zawsze. Wewnętrzna emigracja nie jest rozwiązaniem na całe życie. Każdy z nowych mieszkańców na swój własny sposób szuka możliwości ucieczki. Seiler wyśmienicie włada piórem - jego język, styl może tylko zachwycić, a atmosfera na wyspie jest wręcz namacalna. Choćby dzięki temu, powinna to być powieść, która mnie zainteresuje. Niestety, rozmowy, wydarzenia na wyspie zupełnie do mnie nie przemawiały. Nie mój świat, nie moja percepcja. Nie byłam w stanie wskrzesać w sobie sympatii do choćby jednej postaci w tej powieści. Gdybym jej nie słuchała, podejrzewam, że nie skończyłabym lektury. W zasadzie jedynym ciekawym fragmentem jest zakończenie, które przenosi czytelnika do współczesności.

Moja ocena: 2/6

Lutz Seiler, Kruso, 484 str., czyt. Franz Dinda, Hörbuch Hamburg 2004. 

czwartek, 25 czerwca 2015

"Landgericht" Ursula Krechel


Bardzo długo czytałam tę bardzo wymagającą powieść Ursuli Krechel. Muszę przyznać, że sięgnęłam po nią tylko dlatego, że została uhonorowana w 2012 roku Deutscher Buchpreis. Nie zainteresowałam się wcześniej jej treścią i bardzo byłam zaskoczona, że traktuje o sytuacji społecznej w powojennych Niemczech. Główny bohater to sędzia żydowskiego pochodzenia, doktor Richard Kornitzer, który powraca do Niemiec z Kuby. Na tej wyspie spędził lata wojenne, podczas gdy jego aryjska żona pozostała w Berlinie, a małe dzieci wyjechały do Anglii. Krechel bardzo oszczędnie przedstawia czytelnikowi fakty z życia rodziny Kornitzerów. Stopniowo dowiadujemy się jak doszło do emigracji Richarda, dlaczego dzieci zostały wysłane do Anglii, jakie były ich losy i dlaczego nadal nie są z rodzicami oraz wreszcie dlaczego jego żona Claire mieszka nad Jeziorem Bodeńskim. 

Autorka przede wszystkim jednak opisuje sytuację w powojennych Niemczech - okupację państw zwycięskich, odbudowę kompletnie zrujnowanych miast, denazyfikację i rekompensatę dla osób, które ucierpiały w skutek rządów Hitlera. To bardzo szeroka tematyka i odniosłam wrażenie, że Kornitzer i losy jego rodziny stanowią jedynie przykład do przestawienia rozwoju państwowości współczesnych Niemiec. Ówczesna sytuacja była bardzo skomplikowana - powracający z emigracji Żydzi konfrontowani byli z byłymi zwolennikami nazizmu, którzy nadal piastowali stanowiska publiczne, a ich denazyfikacja obejmowała jedynie obniżenie pensji lub degradację. Kornitzer rozpoczyna walkę o rekompensatę poniesionych strat i mimo że dostaje propozycję stanowiska w sądzie okręgowym w Moguncji, a później awansuje, wciąż nie jest usatysfakcjonowany. Stopniowo walka o odzyskanie utraconych dóbr materialnych przysłania mu cały sens życia, wpędza w chorobę i zamienia się w obsesję. Kornitzer całe godziny poświęca na sporządzanie pism, cierpi na zaburzenia psychiczne, leczy się w sanatoriach, aż w końcu rezygnuje z pracy. Nawet walka o odzyskanie zainteresowania i miłości dzieci spada na drugi plan, nie mówiąc już o trosce o żonę. Każda z tych postaci w jakiś sposób przegrała, każda boryka się z traumą wojenną i balansuje na krawędzi depresji. Nic nie jest takie, jak wcześniej, trudno zapomnieć o przegranych szansach, o zmarnowanych latach, trudno ponownie odnaleźć sobie miejsce w społeczeństwie, które wcześniej się niechcianego obywatela wyparło.

Trudna, wymagająca książka, która równocześnie pozwoliła mi poznać ten mało mi znany rozdział niemieckiej historii. Krechel zaskoczyła mnie dojrzałym, wyważonym językiem, dogłębnymi obserwacjami, drobiazgowymi badaniami historycznymi i rozmachem swojej książki.

Moja ocena: 5/6

Ursula Krechel, Landgericht, 496 str., Jung und Jung Verlag 2012.

czwartek, 17 października 2013

"Du stirbst nicht" Kathrin Schmidt



Co to za świat? O czym rozmawiają ludzie? Co się stało? Czemu tak trudno otworzyć oczy, czemu nic nie da się powiedzieć? Helene Wesendahl wybudza się ze śpiączki. Nic nie rozumie, nie wie, co się stało. Bardzo powoli składa fragmenty w całość. Najpierw bada otoczenie - jeszcze zupełnie nieruchoma, nierozumiejąca gdzie jest. Rozpoznaje ludzi, dochodzi do wniosku, że jest w szpitalu, próbuje sobie przypomnieć jak się nazywa i kim jest. Potrzebuje dni, by składać swój świat, by poznać na nowo swoje imię i nazwisko, by rozpoznać swoje dzieci i męża. Podczas gdy Helene głowi się nad przyczynami jej pobytu w klinice, rodzina odwiedza i opiekuje się nią, nawet nie przypuszczając jakie myśli zaprzątają głowę matki.
Czterdziestoczteroletnia Helene znajduje się na oddziale intensywnej terapii po tym jak w jej głowie pękł tętniak, prawa strona jej ciała jest sparaliżowana, cierpi na afazję. 
To nie jest jednak opowieść o powrocie do zdrowia i leczeniu, to obraz świata, jaki widzi osoba po udarze mózgu. Jej dziecięce wręcz poznawanie wszystkiego od nowa, skrupulatne składanie ułamków w jedną całość, a przede wszystkim odnajdywanie wspomnień.
Helene stopniowo odkrywa swoją przeszłość - jej dzieciństwo i studia w byłym NRD, kolejne porody, pracę, poznanie męża, wzloty i upadki w ich związku, romans z transseksualną Violą. Wspominając, kobieta ciągle zastanawia się co myśli jej mąż, z którym przed chorobą niemal się rozstała. Czy przestał ją kochać, czy tylko ze względu na chorobę z nią został, czy jego troska wynika ze szczerego uczucia? 
Rekonstrukcja własnych uczuć zajmuje jej wiele tygodni.
Najtrudniejsza jest dla Helene jednak afazja - brak słów, problemy z wypowiedzeniem się dotykają ją tym bardziej, że była pisarką.  
Jej dni to balansowanie między snem, a rozmyślaniem, to walka o samodzielność i funkcjonowanie w normalności szpitalnej.

Schmidt zaskakuje językiem, który potrafi opisać wszystko. Autorka bawi się słowami, układa z nich łańcuch określeń, stara się jak najprecyzyjniej oddać rzeczywistość. Zachwycająca jest jej sprawność na tym polu. Właśnie język i pomysł na powieść są jej najmocniejszymi stronami. Zmagania Helen z rzeczywistością ciekawiły mnie najbardziej, jej wspomnienia i rozważania zwłaszcza o związku z Violą najmniej mnie interesowały, a wręcz dłużyły.
Co ciekawe, mimo że powieść dość mocno osadzona jest w realiach wschodnioniemieckich, nie ma pretensji do dołączenia do całej gamy książek rozrachunkowych. NRD jest tłem, służy jedynie opisaniu życia Helene.

Ciekawa, warta lektury powieść, która nie bez przyczyny uhonorowana została w 2009 roku Deutscher Buchpreis.

Moja ocena: 4/6

Kathrin Schmidt, Du stirbst nicht, czytała Eva Mattes, 352 str., Audiobuch 2010.

wtorek, 8 października 2013

Deutscher Buchpreis 2013



Z lekkim poślizgiem ale jednak tradycyjnie poczuwam się do obowiązku napisania, że laureatką tegorocznej najbardziej prestiżowej nagrody literackiej została Terézia Mora ze swoją książką Das Ungeheuer (Potwór).


Jak wiecie, po nowości sięgam rzadko więc niestety powieści Mory nie znam ale jestem jej bardzo, bardzo ciekawa i nie wykluczam, że sięgnę po nią w najbliższym czasie. Autorka opowiada historię małżeństwa Dariusa i Flory, która jest chora na depresję. Choroba doprowadza ją do samobójstwa. Po jej śmierci Darius, czytając pamiętnik żony, poznaje wszystkie aspekty jej choroby oraz podąża przez liczne kraje Europy Wschodniej, szukając najdogodniejszego miejsca na pogrzebanie jej prochów. 

Urodzona w 1971 na Węgrzech Mora, wychowała się w rodzinie dwujęzycznej. W 1990 roku wyjechała do Berlina, gdzie na Uniwersytecie Humboldta studiowała teatrologię i hungarystykę. Od tego czasu mieszka w Niemczech, gdzie pracuje jako tłumaczka i pisarka.

A teraz z ogromną niecierpliwością czekam na ogłoszenie laureata nagrody Nobla.

poniedziałek, 8 października 2012

Deutscher Buchpreis 2012



Nagrodę przyznano dziś Ursuli Krechel za powieść Landgericht.

Przypomnę, że autorka przedstawia w niej Niemcy powojenne, kształtowanie się republiki i nowego społeczeństwa oraz dzieje powracającego z emigracji sędziego Richarda Kornitzera.
Spodziewałam się, że książka Krechel ma spore szanse na wygraną. Jury Deutscher Buchpreis wydaje się mieć upodobanie w powieściach przekrojowych, ukazujących niemiecką historię, myślę tu zarówno o uhonorowanym w 2008 roku Der Turm jak i  o zwycięzcy z roku 2011 - In Zeiten des abnehmenden Lichts
Mam nadzieję wkrótce przeczytać Landgericht i podzielić się z wami moimi wrażeniami.

sobota, 29 września 2012

Deutscher Buchpreis 2012

Targi Książki we Frankfurcie ju ż niebawem, więc spieszę zapoznać z was z finałową szóstką do najbardziej prestiżowej niemieckiej nagrody Deutscher Buchpreis.



Ernest Augustin Robinsons blaues Haus

Bohater tej powieści to Robinson dzisiejszych czasów - już jako dziecko ucieka i się ukrywa. Bezimienny, poszukujący wolnej przestrzeni, balansujący między budowaniem domów, a ukrywaniem się. Cudowna okładka!



Wolfgang Herrndorf Sand

Akcja powieści rozgrywa się we wrześniu 1972 roku, trwa Olimpiada w Monachium, podczas której w zamachu zginęli sportowcy z Izraela. Równocześnie zamordowanych zostaje czterech członków komuny hipisowskiej w Afryce. Rozpoczyna się absurdalne śledztwo pełne przypadków i nieporozumień.



Ursula Krechel Landgericht

Wczesne lata powojenne, sędzia Richard Kornitzer wraca z emigracji na Kubie i próbuje odbudować swoją egzystencję w Niemczech. Autorka łączy elementy fikcyjne z realistycznymi tworząc obraz powojennych Niemiec.



Clemens J. Setz Indigo

Internat dla dzieci cierpiących na niezwykłą chorobę - syndrom indygo. Każdy, kto zbliży się do takiego dziecka zaczyna odczuwać ostry ból głowy i mdłości. Nauczyciel matematyki Clemens Setz trafia na trop dziwnych wydarzeń - od czasu do czasu dzieci wywożone są w nieznanym kierunku. Setz zaczyna interesować się bliżej tą sprawą i zostaje zwolniony. Piętnaście lat później prasa donosi o procesie karnym, w którym głównym podejrzanym jest były nauczyciel matematyki. 



Stephan Thome Fliehkräfte

Hartmut Heinbach, prawie sześćdziesięciolatek prowadzi udane życie: jest profesorem filozofii, kocha swoją żonę, osiągnął w życiu wszystko, czego pragnął. Mimo to nie jest szczęśliwy: żona przeprowadziła się do Berlina, córka dystansuje się od rodziców, a reformy na uniwersytecie odbierają mu chęć do pracy. Gdy otrzymuje ofertę zmiany pracy, ma szansę całkowicie zmienić swoje życie.



Ulf Erdmann Ziegler Nichts Weißes

Marleen pochodzi z rodziny ilustratorów i kontynuuje pasje rodziców, jej marzeniem jest zaprojektowanie czcionki idealnej. Dzięki uporowi, ambicji i pracy odniosi same sukcesy: na studiach, a później w pracy w branży reklamowej. Powoli jednak zaczyna tracić sprzed oczu swój cel.


Zainteresowała was któraś z książek? Jak myślicie która pozycja ma szansę zdobyć wyróżnienie? Mnie najbardziej wpadła w oko powieść Indigo - intrygująca! Na pewno postaram się ją przeczytać, a teraz z niecierpliwością czekam na 8 października i ogłoszenie laureata.

środa, 20 czerwca 2012

"W czasach, gdy ubywało światła" Eugen Ruge


 

W 2011 roku Ruge został laureatem najbardziej prestiżowej niemieckiej nagrody literackiej Deutscher Buchpreis, ponadto In Zeiten des abnehmenden Lichts uhonorwano uprzednio dwoma innymi nagrodami i ogłoszono Budenbrookami NRD.
 
Eugen Ruge opowiadając historię czterech pokoleń szkicuje obraz stopniowego upadku NRD oraz ideologii socjalistycznej. Tak jak rozpada się państwo wschodnioniemieckie, tak podupada rodzina Powileit-Umnitzer, której losy niewątpliwie mają wiele punktów stycznych z życiorysem autora.
 
Ruge oplata swoją akcję wokół 1 października 1989 roku. To dziewięćdziesiąte urodziny seniora rodu, które są pretekstem do ukazania losów rodziny z wielu perspektyw. Ten dzień spina całą akcję powieści niczym klamra, a każda z najważniejszych postaci opisuje go z własnego punktu widzenia. Dzień niezwykle ważny – jubilat Wilhelm i jego żona Charlotte byli gorliwymi komunistami. Po wojnie wrócili z emigracji w Meksyku, by pomóc budować nową ojczyznę. Dzięki politycznej emigracji oraz współpracy z tamtejszymi organami socjalistycznymi, stają się protegowanymi systemu i otrzymują wysokie stanowiska w nowym państwie. Ich synowie Kurt i Werner spędzili wojnę w Rosji, gdzie byli szykanowani za ostrą krytykę paktu Stalina z Hitlerem. Werner ginie, a Kurt został zesłany do gułagu. Do NRD powraca ze swoją rosyjską żoną Iriną. Po powrocie do kraju robi karierę naukowca, dostosowuje się do systemu, ale nie wspiera go aktywnie. Ukochany wnuk Wilhelma i syn Kurta - Alexander, zwany Saszą, od najmłodszych lat nie podziela poglądów dziadków i rodziców. Akurat w dzień urodzin seniora rodu, dzwoni z obozu dla uchodźców w RFN, dokąd uciekł przez Węgry. Najmłodszy członek rodziny, nieślubny syn Saszy – Markus – zupełnie nie interesuje się polityką. O wiele bardziej fascynujące jest dla niego śledzenie życia gadów.
 
Relacje gości Wilhelma przeplatają się z rozdziałami, ukazującymi wydarzenia rodzinne od lat pięćdziesiątych, po wrzesień 2011 roku. Tutaj głównym bohaterem jest Alexander, który w pierwszym rozdziale troszczy się o zdziecinniałego, chorego na demencję ojca i usiłuje mu opowiedzieć o swojej śmiertelnej chorobie. Diagnoza jest dla niego impulsem do podróży do Meksyku, gdzie porusza się na tropach babki, szukając odłamków przeszłości. Tej, która odpłynęła wraz ze swoją świetnością.
 
Zmiany polityczne wprawdzie odgrywają w powieści ogromną rolę i wydają się współgrać z losem rodziny, jednak nie dominują w fabule. To raczej stosunki międzyludzkie stoją w centrum uwagi autora. Dzięki zmiennej perspektywie autor rewiduje opinię czytelnika o każdym z bohaterów. Stosując zabieg ukazania dnia urodzin Wilhelma oczyma tylu różnych osób – uwypukla łatwość pochopnej oceny, niezrozumienie, całkiem różne spojrzenia na daną sytuację oraz jak bardzo mogą się różnić własna i obca ocena jednej osoby.
 
Oś rodziny wydaje się tworzyć wkoło jej męskich członków, ale to kobiety zdecydowanie przejmują silniejszą stronę. To one nie uciekają przed podejmowaniem decyzji, przed konfrontacją i trzeźwą oceną wydarzeń. Ich dominująca rola i pozorna tylko drugoplanowość uwypukla słabości mężczyzn.
 
Ruge zachwyca czytelnika językiem. Zdumiewa dopasowaniem języka do każdej z postaci. Krótkie, surowe wręcz zdania, przeplatają się z rozbudowanymi wspomnieniami. To język jest drogowskazem czytelnika, pozwala mu zachować orientację w skokach w czasie.
 
Powieść Ruge nie jest łatwą lekturą, ale za to lekturą bardzo zadowalającą. Autor balansuje między powieścią rodzinną, społeczną i historyczną, co bywa interpretowane jako jej słabość, ale co z drugiej strony pozwala czytelnikowi poznać pełen obraz czasów minionego państwa.


Eugen Ruge, In Zeiten des abnehmenden Lichts, 426 str., Rowohlt 2012.