Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nike. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nike. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 maja 2024

"Widnokrąg" Wiesław Myśliwski


 

Opowieść o dzieciństwie i dorastaniu w cieniu wojny – na podsandomierskiej wsi, a potem w samym Sandomierzu. Piotruś jako wysiedleniec trafia do domu dziadków, rodziców matki, na wieś. Ojciec jest oficerem i dotychczas rodzina zaznała życia w mieście. Na wsi wszystko chłopca fascynuje – pasienie krów, przebywanie z wiejskimi chłopakami, posiłki, rozmowy, obyczaje. Gdy rodzina przenosi się do Sandomierza jej życie diametralnie się zmienia – ojciec jest ciężko chory, mama z trudem wiąże koniec z końcem, a Piotr zaczyna chodzić do szkoły. Tu na chłopca czekają nowe wrażenia – stary nauczyciel, który ma nauczyć go ogłady, kuriozalne sąsiadki, które rozpieszczają go kakao, woźnica, który pomaga rodzinie oraz architektura samego miasta.

Widnokrąg ogranicza świat Piotrka, ale ten sam widnokrąg raz po raz się przesuwa, odsłaniając nowe horyzonty, wracając do tych uprzednich i rozmywając ich granice. Najsilniejszą stroną tej powieści jest jej wyjątkowy język. Myśliwski zmienia perspektywę narracyjną. Przede wszystkim jest to świat widziany oczyma chłopca, świat, który nie zawsze jest dla niego zrozumiały i który opisuje ze swojej perspektywy. To są jednak także liczne monologi innych postaci, choćby matki, która gdy wpadnie w trans opowieści, to nie skończy na pierwszej dygresji. Podobnie jest z sąsiadkami czy wujkiem Władysławem. Myśliwski fantastycznie oddaje różne sposoby myślenia i mówienia, zabierając czytelniczkę w świat wielopiętrowych dygresji. Ten sposób powadzenia narracji nie jest łatwy – możemy zacząć w momencie balu szkolnego, a po drodze zahaczyć od wczesne dzieciństwo czy o pierwsze spotkanie z przyszłą żoną. Te historie przeplatają się, wracają, na nich zasadzają się kolejne i kolejne. Czasem w jednym zdaniu zmienia się miejsce i czas – pozostaje tylko ten sam obraz zakreślony tym samym widnokręgiem.

Po Traktacie o łuskaniu fasoli byłam sceptyczna, choć książkę doceniam, Widnokrąg porwał mnie jednak dalece bardziej. Zapewne sporą rolę odgrywa tu treść i okolica, w której główny bohater dorasta, ale także motyw widnokręgu i postrzegania świata. Myśliwski porwał mnie zmianą miejsca i czasu, tym, że moja uwaga nie może uciec, mimo że czytam na pozór zwykły opis, zatopiłam się w jego stylu i świecie, poczułam powojenny klimat, ale przede wszystkim poczułam postaci – dziadka, wujków, wujenki, matkę, panny Ponckie, nauczyciela. 

Piękna proza.

Moja ocena: 5/6

Wiesław Myśliwski, Widnokrąg, 605 str., Wydawnictwo Znak 2008.

czwartek, 4 kwietnia 2024

"Nakarmić kamień" Bronka Nowicka

 


Ta niewielka książka została w 2016 roku uhonorowana Nagrodą Nike i z tego też powodu znalazła się na moim stosie. Powieść Nowickiej to właściwie proza poetycka – krótkie, kilkustronicowe impresje dziecka, które obserwuje otaczających go ludzi i świat. Jest prababcia, która na stare lata oszalała, jest babcia i mama, które zajmują się domem i organizują świat i jest ojciec – dziwny, zdominowany, czasem opryskliwy. Są także rzeczy – mnóstwo rzeczy, które bada dziecko. Bohaterka ocenia ich istotę, przeznaczenie, funkcję, strukturę, a czyni to z nietypowego punktu widzenia, zachowując dziecięcą naiwność. 

To króciutkie teksty pisane prostym językiem, aczkolwiek zaskakujące celnością lub wręcz nietuzinkowością porównań czy obserwacji. Mój problem polega jednak na tym, że nie potrafię ich zupełnie docenić. Nie rezonuję z taką wizją świata, mam inną wrażliwość, inną wizję i percepcję. Nie jest to proza, które zupełnie się ze mną rozjeżdża, ale czytałam ją raczej na zasadzie: wprawdzie ładne, ale ni dla mnie.

Myślę, że rozumiem motywację jury, które przyznało Bronce Nowickiej Nagrodę Nike, ale jak widać po znikomej popularności tej książki, jego opinii chyba nie podzielają czytelnicy. Na pewno ma na to wpływ fakt, że to proza mało przystępna, dla wybranej grupy i fajnie, że się ją zauważa, ja na pewno nigdy bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie nagroda.


Moja ocena: 3/6

Bronka Nowicka, Nakarmić kamień, 56 str., Biuro Literackie 2015.


niedziela, 10 września 2023

"Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli" Radek Rak


 

Ta książka znalazła się na mojej liście do przeczytania ze względu na Nagrodę Nike. Spodziewałam się powieści utrzymanej w popularnej ostatnio konwencji chłopsko-wiejskiej, opowiadającej o życiu Jakuba Szeli, tymczasem otrzymałam powieść niemal fantasy, wzbogaconą o folklor chłopski, o wierzenia, o postaci i wydarzenia fantastyczne. Nie mogę powiedzieć, że nie jestem fanką fantasy, bo sięgam czasem po takie książki i zazwyczaj czytam je z przyjemnością i podziwiem dla wyobraźni autora, tutaj jednak Radek Rak nie trafił w mój gust. Owszem, podziwiam jego kunszt literacki, inwencję, wyobraźnię, pióro. To wspaniała, dobrze przemyślana powieść i wizja życia Szeli, ale i opis ówczesnej wsi, wierzeń, stosunków międzyludzkich. Autor fantastycznie opisuje ludzi, wydarzenia, okoliczności, a przede wszystkim kreuje niesamowity świat ludzko-zwierzęcy. Są tu węże, diabli, szeptuchy i wiedźmy, eremici i dziwacy, którzy zaskakują swoimi mocami. 
Niestety ta wizja nie rezonuje zupełnie z moją wrażliwością, nie potrafiłam zaangażować się w lekturę, jak to się potocznie mówi - nie wciągnęła mnie. Nie jest także dla mnie zrozumiała koncepcja tej powieści, jej przesłanie. Nie bardzo rozumiem celu zamiany miejsc Szeli z panem. 

Rak wziął na siebie rzecz trudną - opisać życie Szeli to ciężki orzech do zgryzienia. Postać niejednoznaczna, o której aż tak wiele przecież nie wiemy nie jest najłatwiejszym materiałem na powieść i to długą powieść. Potrzeba tu ogromnej fantazji i znajomości realiów. Te ostatnie zresztą najbardziej mi przypadły do gustu w Baśni o wężowym sercu. Te rozmowy, zachowania, brutalizm, warunki życia, jedzenie, pańszczyzna, zachowanie panów i poddanych - samo złoto. Bardzo żałuję, że nie zachwyciłam się tą książką, bo to naprawdę kawał dobrej literatury, ale jednak trudno mi polubić książkę, której przesłania, zasadności nie rozumiem. 

Moja ocena: 3/6

Radek Rak, Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli, czyt. Piotr Grabowski, 464 str., Wydawnictwo Powergraph 2019.


niedziela, 24 stycznia 2021

"Piosenka o zależnościach i uzależnieniach" Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

 


Od czasów liceum nie pisałam o poezji, od czasów liceum po poezję zresztą sięgam bardzo rzadko. Nie ukrywam, że poezja mnie nudzi, że odpływają mi myśli, że nie potrafię czytać powoli, z zadumą. Jestem czytelniczką zachłanną, która pochłania książki i nawet z prozą poetycką mam problem. Dlatego ogromnym zaskoczeniem była dla mnie lektura Piosenki o zależnościach i uzależnieniach. Ten tom nie jest bowiem zbiorem wierszy, lecz każdy kolejny utwór łączy się z poprzednim. Można się w nich doszukać wątku, myśli przewodniej, czegoś na kształt narracji, choć oczywiście w przypadku poezji o narracji mówić nie sposób. 

Wiersze Tkaczyszyna-Dyckiego przepełnione są bólem i smutkiem. Autor zawarł w nich wszystkie boleści swojego świata - matkę-alkoholiczkę, która samotnie umiera, nekrologi będą jedynymi świadkami minionego życia, własne zmagania z natchnieniem. Dycki powtarza jak mantrę te same frazy, nie stroni od dosadności, fizjologii, przyziemności i zapewne właśnie dzięki tym cechom przeczytałam ten tom bez znudzenia. Odnalazłam tu naturalizm, konkret, które od zawsze mnie pociągają w literaturze. Co ciekawe, pobieżne przejrzenie internetu wykazało, że właśnie te cechy zostały najbardziej potępione w poezji laureata Nike. Ja doceniam nonkonformizm i odrzucenie konwencji, kolokwializmy i pointę. Szczególnie tę ostatnią! Zobaczcie sami:

"to polecam sok pomarańczowy naturalnie
mętny wszystko zrobię dla jej kupek
byle tylko mogła się wysiusiać wypróżnić
bo w innym razie ustanie praca

nas sobą w którą tak bardzo wierzę"
Cieszę się, że zdecydowałam się na tę lekturę, co więcej, jestem pewna, że będę do niej wracać. 

Moja ocena: 5/6

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Piosenka o zależnościach i uzależnieniach, 54 str., Biuro Literackie 2018.

środa, 8 lipca 2020

"Nie ma" Mariusz Szczygieł



Proza i percepcja świata Mariusza Szczygła często współgra z moją, dlatego bardzo cieszyłam się na lekturę Nie ma, która mnie nie rozczarowała, ale też nie zachwyciła. Były momenty wspaniałe, jak opowieść o ojcu jadącym do Pragi czy o pisarkach mojego dzieciństwa, siostrach Woźnickich, o których dotychczas nic nie wiedziałam, ale były też chwile nużące, nie pasujące do drgań mojej duszy.

Problemem takich książek, jak Nie ma, jest to, że bardzo szybko umykają poszczególne opowieści. Moim problemem jest to, że czytam na raz, zachłannie, za szybko. Zamiast kupić wersję papierową, położyć na stoliku nocnym i czytać fragmentami, rozmyślać i obracać w głowie przeczytaną treść, ja lecę jak z przysłowiowym koksem. Potem wyłączam czytnik i nie ma. Znaczy jest, najpierw pustka, a potem wracają fragmenty, przypominają się zdania, ale są też takie ustępy, które gdzieś tam podskórnie zamieszkały, ale mózg nie potrafi podsunąć mi, które to, o czym, gdzie. I to mnie smuci. Ale ja nie wracam do książki, już skasowana, już jej na czytniku nie ma. Już następna na tapecie, lecę ku nieuchronnemu końcowi, pożeram kolejne i kolejne, nie pytajcie czemu. Jest lepiej, gdy podczas lektury robię notatki, ale taki luksus mam tylko podczas urlopu, w pandemii nie mam żadnego luksusu. Luksusem jest możliwość przeczytania jednego rozdziału ciągiem. Możliwość czytania w ogóle. Czytania w międzyczasie, pod stołem, wśród gwaru, mamo, daj, pomóż, gdzie to jest. Wśród myśli, że trzeba, że jeszcze, że pranie, że obiad, że wartościowe spędzanie czasu z dzieckiem. I potem mam tę musztardę, wcale nie tańszą - przeczytałam, chcę kilka dni później coś napisać i nie ma czego. Bo po co pisać banały, że mi się podobała, że ciekawe spostrzeżenia, że historie dla mnie nowe, że Czechy są, jak niczego mądrego nie napiszę. Kto to w ogóle przeczyta? Kto w zalewie słów wyłuska jakieś słowo czy myśl? Może lepiej mniej czytać, ale rodzić, już nie fizycznie, lecz górnolotnie, bez wrzasku, łez i krwi? Ale kto powiedział, że pisanie to nie wrzask, łzy i krew? Nie ma u mnie pomysłu na nic. Jest koronna niemoc i bezruch. Pranie wyprane jest, powiesić trzeba. Obiad dać. Pozamiatać. Zetrzeć. Poukładać. Psa pogłaskać. Życie trzeba spędzać, bo nie pozwala na nudę. Nie daję czasu na nic poza. Nie ma uczy, że trzeba. Że trzeba zrobić to, co rozsadza duszę, bo inaczej nie warto żyć.

Moja ocena: 4/6

Mariusz Szczygieł, Nie ma, 336 str., Dowody na Istnienie 2018.

sobota, 25 maja 2019

"Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca" Karol Modzelewski


Wspomnienia Modzelewskiego to książka intensywna, bogata treściowo i wymagająca. Mnie jej lektura zajęła ponad dwa tygodnie, z pewnością nie zmarnowane, choć kilka razy zastanawiałam sie nad przerwaniem czytania.

Modzelewski opowiada o swoim życiu, ale właściwie jest ono tylko przyczynkiem do skupienia się na współczesnej historii Polski. Autor jako historyk ma fantastyczne podejście do tematu - głębokie, przemyślane, osadzone w kontekście. Jego wizja jest niezwykle szeroka, a co najważniejsze jego nadrzędnym celem jest obiektywność. Mam wrażenie, że Modzelewski niczego nie ukrywa, ani swoich potknięć, ani złych decyzji.

Powieść, a właściwie wspomnienia rozpoczynają się w momencie narodzin autora - w Rosji. Modzelewski bardzo ciekawie opowiada o swoim dzieciństwie, o biologicznym ojcu, a potem o drugim mężu matki, a przede wszystkim o tym, jak stał się Polakiem. To chyba najciekawszy i najbardziej wzruszający fragment książki. Przyznam, że opisy ściśle polityczne - dotyczące formowania się opozycji, wszelakich strajków, zamieszek, dyskusji nie należały do tych, które mnie porwały. Nie ze względu na styl autora, bo ten jest fantastyczny, tylko z uwagi na moje prywatne zainteresowania. Natomiast pasjonujące są rozdziały o pobytach Modzelewskiego w więzieniu. Modzelewski nie szczędzi szczegółów, dokładnie opisuje warunki, układy, rozmowy, zachowania, przesłuchania, kompanów z cel. Podobnie się ma sprawa z ostatnimi rozdziałami, tymi najbardziej współczesnymi, zapewne dlatego, że traktują o historii, która była moją codziennością, a diagnozy i analizy autora są pouczające i ciekawe.

Zajeździmy kobyłę historii mogłoby być podręcznikiem historii współczesnej, bo to wyjątkowe kompendium wiedzy, do tego podane w bardzo strawny sposób. Dziwi mnie mimo to przyznanie tej książce nagrody NIKE - z drugiej strony od jakiegoś czasu mam wrażenie, że jury stara się dobierać książki różnych gatunków literackich? W zasadzie zapewne nigdy bym nie sięgnęła po tę książkę, gdyby nie ta nagroda właśnie.

Moja ocena: 4/6

Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, 456 str., Wydawnictwo Iskry 2013.

piątek, 12 października 2018

"W ogrodzie pamięci" Joanna Olczak-Ronikier


Od wielu lat mniej lub bardziej intensywnie zajmuje się genealogią mojej i męża rodziny - przeglądam stare księgi, dokumenty, mozolnie rozszyfrowuje akty w przeróżnych językach, łączę wątki, gubię je, tracę nadzieję i na nowo ją odzyskuję, korzystam z cennej pomocy innych genealogów i dalekich krewnych. Uwielbiam to. To zajęcie łączy w sobie wiele fascynujących dziedzin, takich jak historia czy językoznawstwo, a także wymaga żyłki detektywistycznej.

Joanna Olczak-Ronikier udała się w podróż w przeszłość, rozpoczynając powieść o swoich przodkach od pradziadków ze strony matki. To bardzo ciepła, pełna czułości, uwagi i skromności powieść. Autorka traktuje swoich przodków z ogromnym szacunkiem, opisuje ich życie, myśli, charaktery, losy z wielką ostrożnością. Robi to po prostu pięknie. Bez patosu, bez krzty wyższości. Z miłością i czułością. A przy tym jej dzieje rodzinne czyta się jak kryminał. Liczne rodzeństwo matki rozsiane po całej Europie bardzo różni się kolejami losu, a przede wszystkim mimo wojny i utraty wielu rodzinnych pamiątek, autorka nadal może korzystać z setek dokumentów, listów, fotografii. Jej pochodzenie ułatwia badania genealogiczne. Inteligenckie pochodzenie, rozliczna działalność naukowa i polityczna w rodzinie oznacza wiele tekstów źródłowych, możliwości odnalezienia artykułów, świadków, wspomnień w opowieściach osób postronnych. Czytając tę powieść, zazdrościłam Joannie Olczak-Ronikier, że nie musi opierać się tylko na koślawych wpisach w księgach chrztów, ślubów czy zgonów. Że ma tak barwną rodzinę do opisania. Zazdrościłam jej jednak tyko troszeczkę, tylko czując się genealożką. Bo przodkowie autorki wiele wycierpieli, będąc Żydami, socjalistami, osobami niepokornymi musieli liczyć się z trudnym losem.

Nie będę rozpisywać się o historii życia poszczególnych osób - nie sposób z resztą cokolwiek streścić. Zbyt wiele postaci, zbyt poplątane dzieje, bym chciała psuć wam przedsmak lektury.
Historia rodziny jest dla autorki jednak także przyczynkiem do rozważań o tożsamości, jej poszukiwaniu, życiu między dwoma kulturami.
Zachęcam was bardzo do sięgnięcia po tę książkę - rewelacyjny tekst, uzupełniają fotografie, dokumenty i piękne drzewo genealogiczne. 

Moja ocena: 6/6

Joanna Olczak-Ronikier, W ogrodzie pamięci, 357 str., Wydawnictwo Znak, Kraków 2008.

piątek, 5 października 2018

"Jadąc do Babadag" Andrzej Stasiuk


Jadąc do Babadag okazała się być kolejną w tym miesiącu książką, której forma zupełnie nie jest kompatybilna z moją percepcją. W zasadzie miała wszystkie cechy lektury idealnej - podróże, wyprawy, przemyślenia im towarzyszące, stare fotografie. Tym bardziej cieszyłam się, że wreszcie ją przeczytam. Tymczasem jednak zupełnie nie nadaję na tych samych falach co Stasiuk. 

Autor przemierza kraje, powiedzmy Europy Wschodniej. Porusza się, dość losowo po Słowacji, Węgrzech, Rumunii, Mołdawii, Bałkanach. Wsiada w przypadkowe pociągi i obserwuje. Absorbuje wszystkimi zmysłami, rozmawia, doświadcza. Niestety towarzyszące temu rozważania mnie nużyły. Stasiuk doświadcza odwiedzane kraje jako szare, zatrzymane w czasie, pełne marazmu, bezruchu. I taka jest jego proza. Stagnacja, rezygnacja, nuda. Przyznam, że ostatnie 50-60 stron już tylko przekartkowałam, bo nie byłam w stanie zmusić się do dalszej lektury.

Moja ocena: 2/6

Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag, 321 str., Wydawnictwo Czarne 2004.