Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wlk. Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wlk. Brytania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2026

"Ostatni stoik" John Galsworthy


 

"Ostatni stoik" to niezbyt długa powieść, a może nieco dłuższa nowela noblisty Johna Galsworthy'ego, której głównym bohaterem jest osiemdziesięcioletni Sylvanus Heythorp. Ten przedsiębiorca popadł w długi i tarapaty finansowe, wciąż jednak jest prezesem Towarzystwa Żeglugi, a z jego zdaniem liczy się wiele osób. Sylvanus przed śmiercią chce zabezpieczyć finansowo wnuki. Dodać trzeba, że są one z nieprawego łoża, ponieważ ich ojcem jest pierworodny syn starca – owoc miłosnej afery. Jednak właśnie tego syna Sylvanus najbardziej cenił, dwójka zrodzonych z małżeństwa dzieci według niego nie posiada jego cech zarówno fizycznych jak i umysłowych.

Sylvanus bowiem to mężczyzna wielkiej postury, zdecydowany, bezwzględny i traktowany z dużym szacunkiem. W tej powieści poznajemy jego pomysł na finansowe zabezpieczenie rodziny poprzez zachowanie procentów z pewnej transakcji na rzecz Towarzystwa. Nie jest to całkiem czysty ruch, a ten szemrany interes podpada jednemu z udziałowców. Sylvanus jest pewny swego, potrafi manipulować, a najważniejszym dla niego jest zachowanie do końca niezależności i godności. Starzec wymaga pomocy przy poruszaniu się, widać jego wiek, ale wciąż ma bystry umysł.

Wbrew radom innych i lekarza nadal cieszy się jadłem i napitkiem i uważa, że należy korzystać z życia. To człowiek samotny, ale pogodzony ze sobą. Jedyną pociechą dla niego jest wnuczka Phyllis – osoba czysta, nieskalana złem, która wypowiada najistotniejsze chyba dla tej powieści słowa o pieniądzach, pieniądzach, które rządzą światem, a których ona się brzydzi.

"Ostatni stoik" to powieść o żądzy pieniądza, potrzebie niezależności i poczuciu godności. Galsworthy napisał ją w 1916 roku, a wciąż pozostaje niezwykle aktualna.

Moja ocena: 5/6

John Galsworthy, Ostatni stoik, tł. Izabela Czermakowa, 144 str., Wydawnictwo Książka i Wiedza 1976.

piątek, 1 maja 2026

"Czesanie kota" Jane Campbell


Stare kobiety zazwyczaj nikogo nie interesują. Są ciężarem, problemem, z którym "coś" trzeba zrobić. Tymczasem one mają tego świadomość, ale i mądrość, która pozwala im wiele akceptować, podejmować w tych ograniczonych ramach decyzje, przeżywać na nowo, odnajdywać skrywane namiętności, a nawet decydować o własnej śmierci. 

Jane Campbell jest w wieku swoich bohaterek, a ten zbiór opowiadań to jej debiut. Bardzo udany debiut, dodam. Wszystkie opowiadania napisane są pięknym językiem, zachwycają wyrafinowanym humorem, metaforami, celnością opisów. Podobnie jest z pomysłami na każde z nich – autorka wprawdzie kręci się w podobnym zakresie tematów, lecz każdy tekst naświetla inny aspekt, a wiele zakończeń było dla mnie zaskakujących. Campbell podejmuje takie tematy jak seksualność, zależność, odejmowanie sprawczości, niedocenianie i upupianie osób starszych. Wiele tu smutnych emocji, ale przy tym miałam poczucie, że autorka wyposaża swoje bohaterki w poczucie pogodzenia, pozwala im odnajdywać swoją ścieżkę. 

To zaskakująco dobry zbiór, absolutnie zachwycił mnie na płaszczyźnie językowej, doceniam też bohaterki, których w literaturze zdecydowanie za mało. jedynym minusem jest epilog, który sprawia wrażenie szkolnej rozprawki, analizującej opowiadania. Mnie taki łopatologiczny wykład potrzebny nie był.

Moja ocena: 5/6

Jane Campbell, Czesanie kota, tł. Dobromiła Jankowska, 192 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

wtorek, 28 kwietnia 2026

"Rebeka" Daphne du Maurier




Bezimienna bohaterka jest młodą kobietą, która straciła rodziców i zarabia na życie jako guwernantka bogatej Amerykanki. Podczas pobytu w Monte Carlo panie spotykają Maximiliana de Wintera, bogatego wdowca, właściciela słynnej posiadłości Manderley. Gdy chlebodawczyni bohaterki zapada na grypę, ona spędza sporo czasu z Maximem, który w obliczu planowanego wyjazdu obu pań, oświadcza się. Młoda kobieta godzi się na ten związek i zamieszkuje w legendarnym Manderley. Szybko okazuje się, że w posiadłości wciąż żywy jest duch poprzedniej żony Maxima – Rebeki. Nieśmiała, młoda dziewczyna ma trudności z objęciem nowej roli, szczególnie że pochodzi z innej sfery. Aklimatyzacji nie ułatwia jej ani mąż, ani zarządczyni domu, która hołubi zmarłą pierwszą żonę. Rebeka była bowiem piękna, zaradna, błyskotliwa, olśniewająca, towarzyska. Jednym słowem była wszystkim tym, czym nowa żona nie jest. Kobieta pozwala wepchnąć się w rolę kopciuszka, a Rebeka staje się dla niej niedoścignionym wzorem. 

Daphne du Maurier w swojej powieści stworzyła kilka wspaniałych portretów psychologicznych. To bowiem nie tylko główna bohaterka czy Rebeka, ale i pani Danvers, sam Max oraz kilka postaci pobocznych jest świetnie zarysowanych. ta powieść uwodzi jednak przede wszystkim atmosferą i bogatą symboliką – narracji wciąż towarzyszy nutka grozy, niepokoju, tajemniczości, zresztą samo zakończenie było dla mnie zaskoczeniem. Ogromny ogród otaczający posiadłość, pobliskie morze, zmienna pogoda – są wspaniałym tłem, do którego sięga autorka, by budować atmosferę i podsuwać klucze interpretacyjne. 

Mimo że ta powieść powstała w latach 30. XX wieku wciąż świetnie się czyta. Jak wspomniałam, zakończenie mnie zaskoczyło, ale właściwie cała akcja była wciągająca. Po skończeniu lektury wróciłam do początku, by jeszcze lepiej docenić klamrę, która domyka powieść i cały zamysł konstrukcyjny autorki. "Rebeka" to zdecydowanie powieść klasyczna, do której warto wrócić.

Moja ocena: 5/6

Daphne du Maurier, Rebeka, tł. Eleonora Romanowicz-Podolska, 448 syt., Wydawnictwo Albatros 2021.

wtorek, 31 marca 2026

"Studium przypadku" Graeme Macrae Burnet


Londyn w latach 60. żyje historią kontrowersyjnego terapeuty, Collina Braithwaite'a – mimo że nie ma wykształcenia psychiatrycznego cieszy się popularnością, a jego niekonwencjonalne metody przyciągają nowe pacjentki. Nie inaczej jest w przypadku głównej bohaterki, która jednak nie szuka terapii dla siebie, a raczej chce dociec, dlaczego jej siostra po wizycie w gabinecie doktora popełniła samobójstwo. Veronica była uzdolnioną naukowczynią, wprawdzie miała epizody depresyjne, ale nic nie wskazywało na to, że nagle skoczy z mostu pod koła pociągu. Jej siostra maskuje się pod imieniem Rebecca Smyth i udaje się do doktora. Ta mistyfikacja nie do końca jej się udaje, a Rebecca coraz bardziej przejmuje jej osobowość.

Należy dodać, że konstrukcja tej powieści zwodzi – autor rzekomo dostaje dzienniki kobiety, które opowiadają właśnie tę historię, a cała książka ma znamiona reportażu okraszonego przypisami, odwołującego się do realiów, przywołującego postaci historyczne itd. Ta forma jest ciekawa, ale dla mnie była myląca. Przed lekturą nie wiedziałam nic na temat tej powieści, więc gdy już ją zaczęłam, wiele razy zastanawiałam się, co właściwie czytam?

Burnet ciekawie przedstawił problem psychologii i psychiatrii, samozwańczych terapeutów, mody na niekonwencjonalne metody, zaufania do przypadkowych osób, które nie odczuwają odpowiedzialności za własne działania. Interesujący jest też portret popadania w pewnego rodzaju szaleństwo przez główną bohaterkę, autor kreśli tu jej dzieciństwo, sytuację rodzinną, śmierć matki – a wszystko to ma wpływ na jej ówczesne zachowanie. Nie inaczej jest w przypadku doktora – i tu poznajemy jego przeszłość, co w świetle całej treści skłania czytelniczkę do domorosłej psychoanalizy. 

Mimo niewątpliwych zalet tej powieści, a także wielu poutykanych smaczków, nie potrafiłam się zachwycić tą prozą. Wiele pasaży było dla mnie nudnych, cała historia nie poruszyła we mnie żadnej nuty, a zakończenie pozostawiło mnie obojętną.

Moja ocena: 3/6

Graeme Macrae Burnet, Studium przypadku, tł. Łukasz Witczak, 360 str., Wydawnictwo Czarne 2025.

poniedziałek, 26 stycznia 2026

"Władca Pierścieni" J.R.R. Tolkien


Pamiętam, jak pierwszy raz sięgnęłam po "Władcę Pierścieni". Byłam na studiach i odkrywałam dla siebie świat literatury fantasy. Czytałam czarne niewielkie tomiki (które mam do dziś), wydane przez Czytelnik, w autobusie, na przystanku, w przerwach od zajęć. Z treści pozostało w mojej głowie poza głównym zarysem fabuły niewiele, zapamiętałam natomiast całkowite zagłębienie się w lekturze, zatopienie w innym świecie i oderwanie od rzeczywistości. Potem na wiele lat zapomniałam o Tolkienie, ale ukazały się filmy, których nie zobaczyłam. Bo chciałam najpierw powtórzyć lekturę, przypomnieć sobie odczucia, które towarzyszyły mi podczas lektury. Jakiś czas później kupiłam więc e-booka i zahibernowałam go na wiele lat na czytniku. A potem w 2025 roku właśnie ta trylogia została wybrana z mojego stosu w projekcie 25 na 2025. Nie wyrobiłam się z tak opasłą książką na czas. Dopiero niemal cały styczeń spędziłam w innym uniwersum. 

Po tym przydługim wstępie nie napiszę recenzji, bo myślę, że o "Władcy Pierścieni" napisano już wszystko, a ja nic lepszego już nie dodam. Przyznam za to, że z przyjemnością słuchałam tej książki, bo zdecydowałam się jednak na audiobook, ale ówczesny stan całkowitego przeniesienia w inny świat już u mnie nie nastąpił. Miałam za to inne refleksje – z zaskoczeniem odkrywałam, jak wiele tolkienowskich elementów i motywów jest w innych książkach. Całkowicie o nich zapomniałam i nie zwracałam uwagi na ich obecność, czytając przeróżne powieści fantasty czy choćby Harry'ego Pottera. Tymczasem aż narzuca się refleksja, że gdyby nie Tolkien, to nie wiem, z czego korzystaliby współcześni twórcy i twórczynie tego gatunku literackiego. 
Pod koniec słuchania byłam już nieco zmęczona lekturą – ostatnie wydarzenia w Shire po całej kulminacji z pierścieniem, już mnie tak nie zainteresowały. Ale nie żałuję ani minuty i wreszcie zaczęłam oglądać filmy! Lepiej późno niż wcale, prawda?

I taki pozostanie ten wpis, bez analizy i streszczenia, bez recenzji czy recki, garść refleksji i satysfkacja z lektury.

Moja ocena: 5/6

J.R.R. Tolkien, Władca Pierścieni, tł. Maria Skibniewska, 1280 str., Wydawnictwo Muza 2013.

piątek, 23 stycznia 2026

"Was nicht gesagt werden kann" David Szalay


István to główny bohater tej książki, któremu towarzyszymy od okresu nastoletniego po dorosłość, prawdopodobnie do wieku około pięćdziesięciu lat. Gdy wkracza na karty tej powieści właśnie wraz z matką przeprowadził się do nowego mieszkania w bloku na południu Węgier. Chłopak jest przeciętny, uczy się dobrze, nie sprawia kłopotów, pomaga sąsiadce. Ta wymuszona przez matkę pomoc zaważy jednak na jego życiu. Szalay opowiada dalsze losy Istvána – na Węgrzech, a potem w Anglii. Czyni to chronologicznie, ale z różnymi interwałami czasowymi, czasem pomijając najważniejsze dla życia bohatera wydarzenia. To opis oszałamiającej kariery, wzlotów i upadków, a przede wszystkim przypadków.

István to człowiek, który nigdy nie bierze losu w swoje ręce. Raczej poddaje się temu, co mu się wydarza, unika podejmowania decyzji, przystaje na działania innych, pozostaje pasywny. Jego wypowiedzi składają się z jednego lub maksymalnie kilku słów, nie wyrażają emocji, nie pozwalają na sięgnięcie wgłąb człowieka, zrozumienie jego emocji, pobudek, zmartwień czy radości. Momentów, gdy emocje Istvána są widoczne jest w książce niewiele, żeby nie powiedzieć maksymalnie dwa. István to twardy facet, który nie ma dostępu do swoich własnych emocji, nie zastanawia się nad nimi, nie analizuje, godzi się bezrefleksyjnie na wszystko, co mu zostanie zaproponowane. Swoje traumatyczne przeżycia ukrywa, odcina się od nich, ból wytrzymuje, o ile w ogóle go przeżywa. Jedyną ulgę przynosi mu seks, a zadowolenie bycie atrakcyjnym obiektem w powyższych celach. 

Szalay w ten sposób podjął się dekonstrukcji współczesnego obrazu męskości, figur, które za każdą cenę trzymają fason i nie mają odwagi zajrzeć we własne wnętrze i faktycznie zrozumieć, czego pragną. Dlatego István jest tak irytujący i pasywny. Mimo że to rozumiem, to niestety ta książka nie przemówiła do mnie. Czytanie dialogów składających się z "ok" i "nie wiem" to męka. Akceptowanie takich rozmów przez partnerki Istvána to kolejna męka. Obserwowanie pasywności to tortura. Jedynym ciekawszym wątkiem jest tu motyw emigracji i odnajdywania swojej ścieżki w obcym kraju – nie jest on jednak na tyle rozpracowany, by tę książkę uratować.

Owszem czyta się tę powieść szybko i lekko, ale równie bezcelowo. Jest ona tak bezbarwna jak jej bohater i pozostawi w mojej pamięci taki sam ślad, jaki István pozostawi po sobie. 

Moja ocena: 3/6

David Szalay, Was nicht gesagt werden kann, tł. Henning Ahrens, Ullstein Verlag 2025.

wtorek, 30 grudnia 2025

"Orbita" Samantha Harvey


Sześcioro astronautów przebywa w statku kosmicznym wokół ziemi, w ciagu doby wykonują szesnaście okrążeń naszej planety. To szesnaście możliwości, by kontemplować wschód i zachód Słońca. To nieskończona liczba chwil, by spoglądać na Ziemię z góry. To wiele momentów do rozmów – między osobami z USA, Rosji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Japonii – ale i dużo czasu na wspomnienia, na spojrzenie na życie z perspektywy kosmosu. I tak się toczy ta powieść, między eksperymentami, badaniami, rozmowami, posiłkami, pocztą od bliskich. Między wierszami poznajemy przeszłość uczestników misji, jej początek, ich drogę do tego nietuzinkowego zawodu, ich troski i zmartwienia, radości i szczęśliwe momenty. 

Akcja w tej powieści nie jest nadrzędna, choć mogłaby zaistnieć, wszak dni w stacji choć podobne, na pewno są ciekawe, a współżycie tak różnych osób zapewne stanowi dobrą bazę do snucia fabuły. Harvey jednak wybrała inną drogę – zasadziła swoją powieść na rozważaniach, dygresjach, przemyśleniach, spostrzeżeniach, you name it. Ich głównym clou jest maluczkość człowieka i Ziemi z perspektywy kosmosu. Tak, dobrze myślicie, banał goni banał, a nagromadzenie tylu banałów powoduje, że te nieliczne ciekawe myśli umykają w ich natłoku, a lektura niemożebnie nuży. 

Nie przeczę, że ta powieść jest napisana pięknym językiem, ale niestety ten komponent nie wystarczy, by stała się ciekawa. Podejrzewam, że czytana oczami byłaby dla mnie nie do przejścia, jako audiobook przefrunęła przez moje uszy, na chwilę zatrzymała się w mózgu, by swobodnie ulecieć we wszechświat.

Moja ocena: 2/6

Samantha Harvey, Umlaufbahnen, tł. Julia Wolf, 224 str., dtv 2024.

czwartek, 27 listopada 2025

"Tam na niebie są rzeki" Elif Shafak

 


Arthur, Narine i Zaleekah to trójka bohaterów tej powieści. Arthur rodzi się w wiktoriańskim Londynie jako syn pijaka i biedaczki, dorasta w koszmarnych warunkach, ale dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności podejmuje pracę w drukarni, a potem odkrywa swoją fascynację Mezopotamią, odcyfrowuje pismo klinowe i staje się naukowcem. Narine jest małą Jazydką, która dorasta w Turcji. Wraz z babcią i ojcem udaje się w 2014 roku do Iraku w okolice dawnej Mezopotamii, by przyjąć tradycyjny chrzest, w tym samym czasie ISIS rozpoczyna ludobójstwo na tej grupie, a rodzinie nie uda się uciec. Zaleekah jest hydrolożką, w 2018 roku bada rzeki i się rozstaje z mężem. Kobieta stoi na rozdrożu swojego życia, równocześnie wciąż walczy z demonami z przeszłości. 

Shafak towarzyszy tym trzem postaciom, by na końcu spleść ich losy, ale i ukazać szeroki wachlarz problemów. Przede wszystkim mamy więc wodę, którą autorka bada z różnych perspektyw. To przede wszystkim żywicielka, ale też żywioł, który niszczy i zabija. Woda przybiera różne postaci, jest tłamszona i niszczona przez człowieka – zanieczyszczeniami, ale i chowaniem jej pod budynkami, unicestwianiem, a w końcu niekontrolowaną budową tam. Woda służy jako środek transportu, ale i jako miejsce pochówku. Woda konserwuje i zabiera. Arthur rodzi się nad wodą, na błotnistym brzegu Tamizy, Narine ma zostać ochrzczona w urodzajnej dolinie Eufratu i Tygrysu, Zaleekah bada wiele rzek, zwłaszcza te zaginione. Shafak unaocznia, jak człowiek niszczy rzeki, nie dba o nie, ale i przez swoje działania zamienia je w nieobliczalny żywioł.

To jednak nie wszystkie aspekty tej powieści. Mamy też przecież szeroko zakrojoną kradzież archeologicznych artefaktów. Shafak wskazuje tu na wiele aspektów tego procederu – państwa kolonialne skwapliwie wywoziły, ale wiele razy też dzięki temu udało się zachować owe eksponaty, bo na miejscu zostałyby zniszczone. Dzięki niemu także Arthur mógł rozszyfrować pismo klinowe, choć wciąż miał głębokie poczucie, że miejsce tabliczek jest w Mezopotamii, a nie w Londynie.

Podejmując temat Jazydek, Shafak przypomina o tym ludobójstwie, ale i o niewolnictwie seksualnym i o wykorzystywaniu kobiet w działaniach wojennych. Przy okazji porusza jeszcze inną kwestię współczesnego niewolnictwa. Jakby tych tematów nie było mało, są tu jeszcze wątki LGBT, depresji, traumy i emigracji. 

Shafak dokonała wręcz tytanicznej pracy, prowadząc badania do tej powieści, zresztą obszerne posłowie pozwala lepiej sobie wyobrazić zakres researchu. Dla mnie jednak tych tematów jest deczko za dużo, poza tym miałam wrażenie, że bohaterowie wykreowani są po to, by być nośnikami owych przesłań, a nie na odwrót. Dlatego też żadna z tych historii mnie nie ujęła. Najciekawszym wątkiem jest ten wiktoriański, ale nie jest to opowieść oryginalna, choć, nie przeczę, najbardziej wciągająca. Pozostałe postaci są zbyt papierowe, w przypadku Narine zbyt idealne. 

O ile doceniam tę powieść i pracę, jaką w nią włożyła Shafak, to niestety brak u mnie zachwytu. Czytałam ją wyjątkowo długo i bez zaangażowania, a co za tym idzie, nie wywołała we mnie wielkich emocji. To moje drugie spotkanie z Shafak i ponownie nie nawiązała się tu nić porozumienia między autorką, a czytelniczką.

Moja ocena: 4/6

Elif Shafak, Tam na niebie są rzeki, tł. Natalia Wiśniewska, 528 str., Wydawnictwo Poznańskie 2025.

piątek, 3 października 2025

"Orlando" Virginia Woolf


 

Sięgając po znane powieści, dzieła wręcz, o których napisano wszystko i które przeanalizowane z każdej perspektywy, odczuwam pewną obawę. Zwłaszcza, jeśli nie planuję dołączyć do zachwytów. Nowy przekład "Orlanda" w wykonaniu the one and only Agi Zano zachęca do sięgnięcia po tę książkę. Dla mnie to drugie spotkanie z prozą Woolf, pierwszego nie zaliczam do wybitnie udanych. Po drugim wiem już, ze nie jestem fanką Angielki.

Orlando to szeroko zakrojona powieść, której akcja obejmuje okres od XVI do XX wieku, a narracja przypomina pamiętnik tytułowego Orlanda. Młody szlachcic, obecny na dworze królewskim, prowadzi lekkie i pełne uciech życie, przeplatany miłostkami. Jedna z nich, z rosyjską damą, wzbudza w nim taki smutek, że udaje się do Turcji, do ambasady, tam zapada w głęboki i długi sen, z którego budzi się jako kobieta. Po przeróżnych perypetiach w tym kraju, wraca do Anglii w stroju kobiecych i zostaje konfrontowany z wszystkimi tego konsekwencjami. Inna recepcja kobiety i mężczyzny, różnice w rolach płciowych, miłość ponad granicami i przynależnością do płci były w momencie publikacji na pewno bardzo nowatorskim tematem. Podobnie sama konstrukcja powieści, która łamie sztywne ramy, balansuje między pamiętnikiem, biografią a powieścią, ucieka się do ironii, kusi na krytykę społeczną, stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe zasady. Wszystkie te aspekty doceniam, nie wątpię, że to nietuzinkowa publikacja, ale... no właśnie jest tu dla mnie spore ale, które ciężko mi zdefiniować. 

Prawdopodobnie największym problemem jest styl Woolf, który koresponduje z epokami i samą historią, ale do mnie nie trafił do tego stopnia, że mnie ta książka nudziła. Mimo wielu ciekawych wypowiedzi, cytatów, które można od razu powiesić nad biurkiem, trafnych spostrzeżeń brnęłam przez nią jak legendarny stary przez mróz i zaspy do oddalonej o 2137 kilometrów szkoły. Tak więc, kochana Virginio, nie zostanę twoją fanką. 

Moja ocena: 3/6

Virginia Woolf, Orlando, tł. Aga Zano, 320 str., Marginesy 2025.

czwartek, 18 września 2025

"Człowiek, który zrozumiał naturę. Nowy świat Alexandra von Huboldta" Andrea Wulf

 


Alexander von Humboldt – brat Wilhelma, współpatron uniwersytetu w Berlinie, bohater "Rachuby świata" Daniela Kehlmanna – jednym słowem, postać mi znana. Autorka tej obszernej biografii udowodniła mi jednak, że znana pobieżnie i że bardzo warta poznania. Tak bardzo, że po tej lekturze stałam się psychofanką Alexandra. 

Życiorys tego badacza można sobie przeczytać w minutkę na Wikipedii, więc nie będę tu przytaczać faktów z jego życia, szczególnie że Wulf wprawdzie się na nie powołuje, ale wcale z nich nie czyni clou tej biografii. To wręcz monumentalne dzieło osadza bowiem życiorys Humboldtów w epoce, w której żyli, wskazując na powiązania z wydarzeniami historycznymi i innymi postaciami, co czyni z tej książki biografię tych czasów, a nie Alexandra tylko. Zarówno Wilhelm, jak i Alexander byli wyjątkowi – ich uprzywilejowane pochodzenie dało im wprawdzie finansowe możliwości, ale przynajmniej w przypadku Alexandra nie stworzyło z nich zadufanych bubków, zamkniętych na bolączki innych i świata. Alexander – wybitnie uzdolniony, przyrodnik totalny, który za nic miał wąskie specjalizacje i interesował się wszystkim: od kosmosu po najmniejszą roślinkę – zachwycał ówczesnych swoim intelektem. Jego wyjątkowa zdolność do wiązania faktów, globalnego spoglądania na procesy przyrodnicze oraz pęd za wiedzą i chęć poznania świata szły w parze z empatią i zrozumieniem człowieka. Ten urodzony w 1769 roku człowiek niestrudzenie podróżował po Ameryce Południowej czy Azji, ale także stworzył podwaliny ekologii! Jego poglądy na rabunkową gospodarkę człowieka oraz potępianie niewolnictwa były na tamte czasy wysoce nowatorskie i pozostają aktualne aż do dziś! 

Wulf nie kończy swojej książki wraz ze śmiercią przyrodnika, ale poświęca sporą część, by opisać recepcję jego badań i odkryć oraz ich wpływ na innych badaczy i pisarzy: Darwina, Bolívara, Goethego, Verne'a i wielu innych. Teorie stworzone przez Humboldta były stale podejmowane, rozwijane i inspirowały kolejne pokolenia badaczy – nie miałam o tym pojęcia! Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, jak znaną był postacią i jak niesprawiedliwym jest zapominanie o nim już teraz.

Oczywiście to, co tu piszę, to zaledwie wycinek tej biografii, bo Wulf szeroko opisuje sytuację historyczną i gospodarczą Europy, Ameryk i Azji, powołuje się na całą paletę publikacji i wspomina mnóstwo postaci, robiąc nawet wycieczki w stronę sztuki i literatury. Tak dalece zakrojony projekt czyni z tej biografii książkę wielokrotnego użytku – można do niej wracać, odszukiwać nowe fragmenty czy podążać za kolejnymi postaciami. Naprawdę wielka rezecz!

W Polsce ta książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w przekładzie Katarzyny Bażyńskiej-Chojnackiej i Piotra Chojnackiego.

Moja ocena: 5/6

Andrea Wulf, Alexander von Humboldt. Die Erfindung der Natur, tł. Hainer Kober, 560 str., C. Bertelsmann 2016.

piątek, 12 września 2025

"Dunbar" Edward St Aubyn

 


Dunbar to potentat finansowy i medialny, jego imperium obejmuje niemal cały świat, a majątek jest niepoliczalny. Dunbar jest już w podeszłym wieku i właśnie wylądował w eksluzywnej klinice psychiatrycznej, raczej nie z własnej woli. Maczały w tym palce jego dwie starsze córki, które chcą zgarnąć władzę nad imperium. Młodsza córka z drugiego małżeństwa w ogóle nie ma takich zapędów, co więcej Dunbar ją wydziedziczył i zerwał z nią kontakt, czego żałuje. Dunbarowi udaje się z miejsca uwięzienia uciec, co wiąże się jednak z tułaczką po górach i zagrożeniem życia. Na ratunek ruszy odrzucona córka, która także tęskni za ojcem i której pomoże jeden z byłych współpracowników koncernu. W tle będzie wiele intryg i machlojek finansowych, a córki, lekarz, ochroniarze i jeszcze kilka osób zrobią wszystko, by napchać własne kieszenie. 

To bardzo przerysowana powieść, z wręcz karykaturalnymi postaciami, które są naszkicowane dość powierzchownie, choć nie trudno sobie wyobrazić, że takie postaci istnieją. Podobnie ma się rzecz z samą akcją – to dość schematyczny zarys, przewidywalny i bazujący na kontraście. Postaci i ich zachowania są albo czarne, albo białe. Okazuje się, że nie można tej powieści czytać w oderwaniu od zamiaru autora – otóż ma być to uwspółcześniona wersja "Króla Leara" Williama Shakespeare'a. Przyznam, że albo tej sztuki nie czytałam, albo jej nie pamiętam, więc sięgnęłam do streszczenia, by stwierdzić, że St Aubyn dość wiernie trzyma się pierwowzoru. Samo dopasowanie do realiów współczesnych i przeniesienie intrygi w świat finansjery i bogactwa jest świetnym pomysłem i to przełożenie faktycznie autorowi dobrze wyszło. Niestety bardzo przeszkadzał mi schematyzm postaci i wyżej wspomniana biało-czarność. 

"Dunbar" jest więc lekką powieścią na dwa wieczory, ale niestety do pierwowzoru mu bardzo daleko i wśród wielu retellingów się nie wyróżnia. 

Moja ocena: 3/6


Edward St Aubyn, Dunbar, tł. Maciej Płaza, 254 str., WAB 2017.

piątek, 8 sierpnia 2025

"Portret Lucrezii" Maggie O'Farrell


Lucrezia de'Medici, czyli Lukrecja Medycejska, jest narratorką tej powieści, która po angielsku i niemiecku nosi trafniejszy tytuł, kierujący uwagę czytelniczki na kwestię małżeństwa. Bo mimo że młoda arystokratka jest tu główną bohaterką, to autorka wydaje się koncentrować na jej życiu z perspektywy roli kobiety, w małżeństwie szczególnie. Lucrezia dorastała we Florencji, w licznej rodzinie, którą musiała opuścić jeszcze jako niemal dziecko, po ślubie z Alfonsem II Ferrara. Księżniczka zmarła jako szesnastolatka, podejrzewa się, że bynajmniej nie z przyczyn naturalnym.

Maggie O'Farrell posłużyła się życiem Lucrezii, ale także przeżyciami innych arystokratek, by stworzyć możliwą wersję jej życia. Praktycznie od zera wymyśliła charakter, okoliczności życia oraz sytuację, w jakiej znalazła się po zamążpójściu. Autorka wspomina wiele szczegółów architektonicznych, dotyczących fryzury, ubioru, jedzenia, malarstwa, które wspaniale przenoszą w szesnastowieczne Włochy.
Największą zaletą tej powieści jest jednak kreacja Lucrezii, która jest inna, nie przystaje do rodzeństwa, ale też nie ma żadnego pola manewru. Jako dziewczynka i kobieta jest marionetką, którą rządzi najpierw ojciec, a potem mąż. Jej jedynym celem w życiu jest urodzenie potomka i godne reprezentowanie męża. Nie jest to odkrywczy wniosek, ale wciąż na nowo szokujący. O'Farrell udało się stworzyć tak autentyczny portret, że trudno nie kibicować dziewczynie, a zakończenie mnie bardzo zaskoczyło. Autorka wspaniale rozłożyła napięcie, przeskakując między ostatnimi dniami życia Lucrezii, a jej dzieciństwem. Od początku nie wiadomo, co jest prawdą, a co urojeniem kobiety. Oprócz głównej bohaterki mamy tu świetne kreacje jej rodziców, sióstr, szwagierek, malarza, męża, jego przyjaciela, służącej czy niańki. To postaci naszkicowane z życiem, swadą – czytając o nich, nie ma się wątpliwości, że tak, właśnie tak mogły wyglądać i funkcjonować. 

Wspaniała powieść, napisana z rozmachem, stawiająca w centrum kobiety, a przy okazji pokazująca życie w ówczesnych włoskich księstwach. Na pewno sięgnę po jeszcze coś autorki.

Moja ocena: 5/6

Maggie O'Farrell, Porträt einer Ehe, tł. Thomas Bodmer, 448 str., Piper Verlag 2022.

czwartek, 24 lipca 2025

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie"

 


Justyna Czechowska, tłumaczka literatury szwedzkiej i norweskiej skomponowała zbiór dwudziestu pięciu opowiadań, których tematem przewodnim jest kobieta. Są tu teksty z przeróżnych stron świata, wspaniale, że zbiór nie ogranicza się tylko do Europy i USA, mamy teksty z Egiptu, Chin, Korei, Argentyny, Kanady. Dzięki tej różnorodności geograficznej uzyskujemy szeroką perspektywę na tak przecież złożony i wszechstronny temat. Co więcej, w zbiorze znalazły się też opowiadania napisane przez mężczyzn, wprawdzie tylko trzy, ale jednak zaskoczył mnie ten wybór w tak na wskroś kobiecej publikacji. Czechowska zadbała o to, by zebrane przez nią teksty objęły jak najwięcej aspektów kobiecości. Mamy dziewczynki, kobiety samotne, zakochane i nieszczęśliwe, matki i bezdzietne, kobiety kochające i zdradzane, kobiety oszukane, obsesyjne i czarownice, kobiety chore i zmarłe. 

Jak to w zbiorach bywa są tu opowiadania, które mnie szczególnie poruszyły i takie, które zupełnie do mnie nie trafiły. Dodam, że trzy z publikowanych tekstów już znałam, wśród nich wspaniałą "Żółtą tapetę", którą czytałam już kilka lat temu w oryginale. Z przyjemnością przeczytałam teksty nieznanych mi dotychczas autorek, zwłaszcza Any Marii Shua, Cory Sandel czy Nawal as-Sadawi. Nie zawiodły mnie Chimamanda Ngozi Adichie ani Margaret Atwood, które należą do moich ulubionych pisarek. Trudno jednak pisać o tak różnorodnym zbiorze, zwłaszcza, że trudno mi było go czytać. Myślę, że głównym problemem była to mnogość autorów i autorek. Sam temat jest zbyt słabym lepiszczem dla tak sporego zbioru. Kobiecość ma tak wiele aspektów, że w efekcie temat przewodni się rozpływał, a każde opowiadanie było zupełnie inne. Fakt, że bohaterkami są osoby płci żeńskiej nie wystarcza, by stworzyć spójny zbiór. Trudno było mi przeskakiwać z zupełnie innego świata, stylu i pomysłu w kolejny, a co za tym idzie czytać ten zbiór po kolei. Wyłapałam z niego kilka perełek, ale ogólnie jednak mnie rozczarował.

Rozczarował mnie też koniec książki – w momencie gdy doszłam do spisu treści zauważyłam, że w e-booku brakuje dwóch opowiadań! Nie ma tekstu Clarice Lispector ani Radki Denemarkovej! Jeszcze bym może zrozumiała, że e-book ma inną objętość, ale w spisie treści widnieją. Czuję się oszukana, bo akurat Lispector bardzo chciałam przeczytać. 

Moja ocena: 4/6

"Mistrzowie opowieści. O kobiecie", wybór Justyna Czechowska, 464 str., Wydawnictwo Wielka Litera 2023.

środa, 16 lipca 2025

"Już się nie boję!" Naomi Watts

 


Ta książka zapewne nigdy nie wpadłaby w moje ręce, gdyby nie fejsbukowy klub czytelniczy. Temat menopauzy interesuje mnie jako kobietę, także jako kobietę wprawdzie nieco młodszą od autorki, ale już w wieku menopauzalnym. Książka Watts powstała na podstawie jej doświadczeń, które można streścić tak: o menopauzie się nie mówi, lekarze jej nie rozpoznają na czas, nie przepisują hormonów, każą przetrzymać, a społeczeństwo uważa kobiety menopauzalne za niemal staruchy lub conajmniej za szalejące podstarzałe stworzenia, które nie radzą sobie z własną psychiką. I jestem w stanie potwierdzić te słowa, choć może nie do końca. Ja akurat trafiłam na lekarzy, którzy menopauzy nie ignorują, ale mam wrażenie, że społecznie temat jest omijany, a gdy go poruszam, także wśród kobiet, nie spotykam się ze specjalnym odzewem.

Watts postanowiła stworzyć książkę jak najbardziej kompletną o wszystkich niuansach menopauzy, osadzając ją głęboko na swoich doświadczeniach i na relacjach przyjaciółek i znajomych. Porusza więc przeróżne aspekty tego procesu, począwszy od perimenopauzy. Watts opisuje zmiany, jakie zachodzą w ciele kobiety, ale i w jej psychice, popierając te informacje konkretnymi badaniami, danymi medycznymi i wypowiedziami specjalistek z różnych dziedzin medycyny, kosmetologii i psychologii. Jako że autorka obrała jak najszersze podejście, pisze więc nie tylko o zmianach dotyczących stricte narządów płciowych, skupia się też na skórze, włosach, ale i działaniu jelit czy mózgu. To jednak przede wszystkim opowieść o swojej drodze, aktorka odsłania dużo strefy prywatnej, bez ogródek pisze o swoich dolegliwościach, o związkach, o dzieciach, ale i o rozterkach w kwestii ukazania tak wielu osobistych aspektów oraz tego ewentualnym wpływie na jej karierę. Widać, że jej książka ma na celu wzmocnienie innych kobiet, danie im narzędzi w zawalczeniu o jak najłagodniejsze przejście menopauzy i dodanie odwagi w konfrontacjach z lekarzami, rodziną, pracodawcą.

Nie podchodzę jednak do tej książki bezkrytycznie. O ile odebrałam autorkę jako szczerą, piszącą bez zadęcia i zdecydowanie nie przyjmującą postawy wyższościowej, to drażniły mnie wstawki o firmie i produktach stworzonych przez nią. Rozumiem ich cel, ale dla mnie miały posmak sprzedażowo-reklamowy. Siłą rzeczy oceniałam Watts w kwestii wspólnej chemii, skoro odsłania tak wiele ze swojego życia i w wielu punktach mam jednak inne podejście, co w pewien sposób miało wpływ na mój odbiór tej książki. 

Jest to jednak niezaprzeczalnie ważna pozycja, która ma szansę dotrzeć do wielu kobiet i w realny sposób im pomóc w opisywanym okresie życia. A to już wystarczający powód, by ją publikować i rozpowszechniać. 

Moja ocena: 4/6

Naomi Watts, Już się nie boję. Wszystko, czego nie mówią nam o menopauzie, tł. Aleksandra Weksej, 336 str., Znak Literanova 2025.

środa, 23 kwietnia 2025

"Idealne matki" Doris Lessing


Idealne matki to jedna z nowel Doris Lessing wydana w Polsce jako oddzielna książka z okazji filmu o tym tytule (w oryginale tytuł brzmi: Babcie).  Już sam ten fakt nie przysłużył się temu tekstowi, bo po pierwsze skłania do porównań z filmem (który jest rzekomo lepszy) oraz do traktowania tego tekstu jako pełnowymiarowej powieści. Czytany jako jedno z opowiadań zapewne obroniłby się lepiej i nie pozostawiał w wielu czytelniczkach poczucia niedosytu.

Ja jednak uważam ten tekst za godny lektury – pozostawił mnie ze sporym materiałem do przemyśleń. Lessing opowiada historię dwóch przyjaciółek, którym los pozwolił kontynuować tę bliskość przez całe życie. Gdy wyszły za mąż, zamieszkały bardzo blisko, a ich synowie urodzili się w podobnym czasie i wychowywali razem. Obie straciły z różnych przyczyn mężów i wychowywały synów niemal razem, co zaowocowało związkami już nie platonicznymi, gdy chłopcy dorośli i dojrzeli płciowo. Żadne z nich nie wydaje się w tym widzieć niczego zdrożnego, to kolejny etap wychowywania, wdrażanie chłopców w życie w związku. Jednak sytuacja się zmienia, gdy jeden z nich poznaje dziewczynę i wchodzi z nią w związek. Sielanka zaczyna mieć rysy, pękać, ale każdy z mężczyzn ma do niej inne podejście, podobnie jest z matkami.

Lessing stworzyła zaskakujący obraz sytuacji rodzinnej, który pozornie wydaje się nie szkodzić nikomu i dobrze funkcjonuje przez lata, ale jednak budzi wewnętrzny sprzeciw. Podobał mi się rys psychologiczny matek, a później babć, dobre widać tu mechanizm wypierania i normalizowania tej sytuacji. Zdecydowanie ta publikacja nie jest pełnokrwistą powieścią, ale jako opowiadanie świetnie się broni.

Moja ocena: 4/6

Doris Lessing, Idealne matki, tł. Bohdan Maliborski, 112 str., Wielka Litera 2013.

poniedziałek, 24 lutego 2025

"Soho" Fiona Mozley


Fabuła powieści Fiony Mozley osnuta jest wokół jednej ze starych kamienic w londyńskiej dzielnicy Soho. To miejsce jest punktem stycznym licznych bohaterów tej książki. Na wyższych piętrach rezydują prostytutki, z których dwie poznamy bliżej. Jedna z nich porzuciła już ten fach i jest opiekunką młodej dziewczyny. Razem utrzymują na dachu budynku ogródek, razem gotują, śpią i spędzają dnie. Właścicielką kamienicy jest Agatha, dziedziczka ogromnej fortuny swojego ojca, która tkwi w sporze z przyrodnimi siostrami, którym nie przypadło nic ze spadku po ojcu. Agatha planuje wyburzenie kamienicy, bo zwolnić miejsce na nowoczesne mieszkania. Pod kamienicą natomiast koczują kloszardzi z ich samozwańczym królem. W tych podziemiach krąży też zaginiona Cheryl, która poszukuje własnej tożsamości. Mamy też młodego aktora, który zatrudniony został do wątpliwej produkcji, pełną nadziei na lepszy świat policjantkę, bogatego chłoptasia uwikłanego w niezbyt szczęśliwy związek oraz licznych gości burdelu.

Ta powieść zaczyna się ciekawie, zapowiada emocjonującą walkę między starym Londynem a pędem do nowości, między bogactwem a biedą, między kobietami a mężczyznami. Niestety te oczekiwania nie zostały spełnione. Zastanawiałam się długo, czego w tej powieści zabrakło, bo i językowo jest dobra, i postaci ciekawe. Wydaje mi się, że w tej mnogości wątków siada napięcie, znika gdzieś główny wątek, a autorce nie udaje się utrzymać uwagi czytelniczki. Na początku bardzo podobała mi się kreacja domu publicznego, ukazanie perspektywy prostytutek, a także postać Agathy, ale z czasem straciłam zainteresowanie całą akcją, która rozmyła się na wiele pobocznych wątków. Samo zakończenie zupełnie mnie nie zaskoczyło, było spójne z kreacją prostytutek i odebrałam je jako naturalną konsekwencję wydarzeń. 

"Soho" to powieść z rodzaju tych,  w których wszystko (czyli pomysł, postaci, język) się zgadza, ale niestety nie wzbudzają we mnie większych emocji.

Moja ocena: 3/6

Fiona Mozley, Soho, tł. Agnieszka Walulik, 416 str., Wydawnictwo Pauza 2024.


wtorek, 28 stycznia 2025

"Słone ścieżki" Raynor Winn


Małżeństwo w średnim wieku traci dorobek swojego życia, czyli farmę w Walii. To był dom, w którym spędzili całe dorosłe życie i który stanowił ich źródło dochodu, bo wynajmowali w nim pokoje. Tym samym zostają dosłownie na bruku. Równocześnie okazuje się, że mąż choruje na rzadką nieuleczalną chorobę. Ten podwójny cios paraliżuje wręcz tę dwójkę. Z niemocy rodzi się pomysł na przemierzenie szlaku południowo-zachodniego wybrzeża w Kornwalii. Mierzy on nieco ponad tysiąc kilometrów i ciągnie się wzdłuż zatoczek kornwalijskiego półwyspu z Minehead do Poole. Jako że Ray i Moth mogą liczyć tylko na niewielką zapomogę na wyprawę biorą minimum rzeczy i stary sprzęt. 

Ta książka to nie jest jednak typowa relacja z podróży, czy w tym wypadku wędrówki, ponieważ sporą część zajmują przemyślenia Raynor na temat przyszłości rodziny, finansowego zabezpieczenia, miejsca przyszłego zamieszkania, a także na temat stanu zdrowia Motha. Małżeństwo ma czas, więc idzie w swoim tempie, bez pośpiechu, bez planu, kierując się własnymi siłami i możliwościami. Bardzo szybko okazuje się, że ich zupełny brak przygotowania się zemści i znacznie utrudni wyprawę. Bardzo trudno jest oceniać czyjeś wybory, gdy cały obraz sytuacji jest zaledwie krótkimi relacjami autorki, ale miałam ogromne problemy ze znalezieniem w sobie zrozumienia i współczucia dla tej pary. Mówimy tu o pięćdziesięcioletniej kobiecie i zapewne niewiele starszym mężczyźnie, a ich decyzje wydają się być często kompletnie nieprzemyślane. Poczynając od straty domu, która jest wynikiem zainwestowania wszystkich (!) pieniędzy w biznes kolegi, a na samej wyprawie kończąc. Okazuje się, że była szansa na wygranie batalii sądowej, ale autorka nie wiedziała, że dowody w sprawie należy dołączać w sposób formalny i po prostu przyniosła dokumenty na rozprawę, które oczywiście nie mogły być uznane. Przygotowując się do podróży, podjęto szereg dziwnych decyzji, nawet tak podstawowych, jak nie zabranie kremu przeciwsłonecznego czy kapelusza. Para dysponuje niewielką sumą pieniędzy, ale nie ma żadnej kontroli nad finansami – zapomina zrezygnować z ubezpieczenia domu i traci sporą sumę, gdy otrzymuje w banku kwoty niższe niż zaplanowane, nie weryfikuje, co się dzieje z pieniędzmi. Nie dbają zresztą o to, by mieć naładowany i sprawny telefon, a zarazem o kontakt z dziećmi. Tymi pieniędzmi, które mają, gospodarują w zadziwiający sposób. Zamiast stawiać na zdrowie i pożywne posiłki, kupują makaron błyskawiczny i batoniki albo impulsywnie wydają je na jakieś smakołyki typu lody czy frytki. W konsekwencji ciągle głodują i są niedożywieni. Podczas wyprawy wielokrotnie nocują na polach namiotowych, nie płacąc, a Ray nawet kradnie jedzenie w sklepie. 

Dziwna jest również relacja między małżonkami. Ray gloryfikuje wręcz Motha, a on jest wobec niej obcesowy. Nawet jeśli ta wędrówka pomaga mężczyźnie w chorobie, była ze strony lekarza surowo zabroniona – tłumaczenie tej krótkotrwałej poprawy niemal cudem i pewna schadenfreude narratorki wobec medyka są w moim odczuciu conajmniej dziwne. Być może ma to usprawiedliwić karkołomną decyzję i zdecydowanie niekorzystanie dla Motha warunki w namiocie. Równocześnie bardzo dużo tu narzekań na wszelakie dolegliwości, bóle, niedołężność. Z licznych spotkań wynika, że inni traktują parę jak starców i na pierwszy rzut oka często poznają, że są bezdomni. Przyznam, że obejrzałam nawet zdjęcia w internecie i choćbym nie wiem, jak się starała, nie widzę zaniedbanych staruszków.
Odbierałam te wszystkie opisy jako pewien rodzaj samokreacji, który przebija także podczas relacjonowania spotkań. Dziwnym trafem Ray i Moth spotykają niemal zawsze nieprzyjaznych im ludzi lub dynamicznych, dobrze wyposażonych wędrowców, z których się podśmiechują. Osoby, które mają czas na tylko kilkudniową wyprawę nie są według nich prawdziwymi eksploratorami. 

Wyprawa ta ma w jakiś sposób pomóc im w znalezieniu pomysłu na życie, zarabianie i dom, a także w oswojeniu nowej sytuacji – tym sposobem okazuje się być podjęcie przez Motha studiów i utrzymywanie się z pożyczki?! Nawet tego nie komentuję. Naprawdę nie chcę, by moje spostrzeżenia zabrzmiały wyższościowo, ale pomysł na życie bohaterów tej książki jest tak odległy od mojego światopoglądu, że bardzo trudna jest mi się wczuć w ich postrzeganie świata. 

Mimo tych wszystkich zarzutów wyniosłam coś pozytywnego z tej książki. Czytałam ją w towarzystwie google maps, by pooglądać wszystkie odwiedzane miejsca. Winn od czasu do czasu zamieszczała ciekawostki historyczne czy kulturowe dotyczące poszczególnych miejscowości na trasie, co chyba było w tej książce najlepsze. Niestety nawet to zepsuł mi język, a właściwie tłumaczenie. Niestety tłumaczka całkowicie położyła ten tekst, a redakcja nie wychwyciła szeregu błędów. I naprawdę nie czepiam się tu drobnostek, to są kwestie, które przewijają się przez całą książkę. Wiele zdań jest niezrozumiałych i wymaga wielokrotnej lektury i znajomości języka angielskiego, by dociec znaczenia, zresztą wiele ma także angielską składnię. Wybory językowe tłumaczki regularnie wprawiły mnie w konsternację – błyskawiczny makaron to konsekwentnie kluski, idealnie czysty blat jest niepokalany, wiele idiomów przetłumaczonych jest niezręcznie lub wręcz pozostawionych (słoń w salonie). Mogłabym wymienić tu jeszcze wiele przykładów, nawet błędów merytorycznych: pomylenie lawy z magmą, czy kierunku podróży bohaterów, ale to już raczej kwestia na osobny tekst. Jestem bardzo niemile zaskoczona pracą wydawniczą nad tą książką.

Podsumowując, ta książka rozczarowała mnie na wielu płaszczyznach, a podobała tylko na jednej – zapoznałam się z omawianym szlakiem i wieloma dotąd mi nieznanymi miejscowościami oraz pobieżnie z problemem bezdomności w Wielkiej Brytanii.

Moja ocena: 2/6

Raynor Winn, Słone ścieżki, tł. Kamila Slawinski, 348 str., Wydawnictwo Marginesy 2020.

środa, 22 stycznia 2025

"Na skraju wielkiego lasu" Leo Vardiashvili


Ośmioletni Saba emigruje wraz ze starszym bratem i ojcem do Wielkiej Brytanii. Opuszczają toczone wojną Tbilisi, na paszport dla matki nie starczyło pieniędzy. Podczas gdy ojciec chwyta się każdej pracy, by zarobić na wyjazd Eki, chłopcy nawiązują głęboką więź. Gdy dorastają, ojciec Irakli wyjeżdża do Gruzji. Nie jest to pierwsze podejście, mężczyzna boi się tego wyjazdu i jak się okazuje, słusznie, bo nie wraca. Najpierw w ślad za ojcem wyjeżdża Sandro, ale i on nie wraca. Wtedy nadchodzi czas na Sabę, który wybiera się do Gruzji ze ściśniętym sercem. Cała wyprawa od początku jest dziwna, mężczyzna spotyka podejrzane osoby, a na lotnisku zostaje zatrzymany jego paszport. Saba jakoś sobie radzi i na szczęście trafia na Dymitra – taksówkarza z Osetii, który mu pomaga i oferuje nocleg. Wtedy rozpoczynają się prawdziwe podchody, bo okazuje się, że Sandro pozostawił bratu wskazówki, odwołując się do zabaw z dzieciństwa. Saba porusza się w innym świecie – równocześnie znanym i nieznanym. Powoli wyłuskuje znane miejsca, domy, ludzi, ale ma poczucie, że nic nie jest takie same. W tych poszukiwaniach towarzyszą mu głosy z przeszłości, osób, które nie żyją. Krok po kroku Vardiashvili odsłania historię rodziny, miasta, kraju, nie stroniąc od brutalnych opisów. Poszukiwania brata i ojca zaprowadzą mężczyznę w góry i do Osetii, gdzie trafi na żołnierzy, biedę, wspaniałe krajobrazy i duchy z przeszłości.

Mimo że zapewnie nie taki był zamiar autora, ja nadałabym tej powieści miano przygodowej. Vardiashvili wpakował w nią bowiem wiele zwrotów akcji, za wiele, co odbiera jej realizmu. Udało mu się jednak poruszyć we mnie wiele emocji – pisze wszak o krzywdzie dzieci, konsekwencjach wojny i rozpaczy rodziców. Trudno w obliczu takich opisów pozostać obojętną. Ważnym kompleksem tematycznym jest także emigracja i utrata tożsamości. Saba jest już Anglikiem, ale Gruzja wciąż w nim tkwi, zwłaszcza że jego przeszłość to nie tylko ckliwe wspomnienia z dzieciństwa, ale wojna i utrata: najlepszej koleżanki, rodziny i matki. 

Ta powieść zasadzona jest na metaforze baśni o Jasiu i Małgosi, a ogromną rolę odgrywa tu tytułowy las – zarówno ogród botaniczny w Tbilisi jak i ten na granicy z Osetią, ale i rodzeństwo, które porozumiewa się pozostawiając sobie okruchy wiadomości. To udany zabieg literacki, szczególnie, że autor powołuje się na wiele cytatów z literatury, a intertekstualność zawsze mnie pociąga. 

Ciekawa pozycja. Wobec dużego zainteresowania Gruzją w Polsce, przydałby się przekład.

Moja ocena: 4/6

Leo Vardiashvili, Vor einem grossen Walde, tł. Wibke Kuhn, 464 str., Claassen 2023.

niedziela, 15 września 2024

"Jestem fanką" Sheena Patel


 

Jestem fanką to opowieść o kobiecie, która mimo stabilnego związku zakochuje się w mężczyźnie, który traktuje ją jak zabawkę i maniakalnie śledzi w mediach społecznościowych jego inną kochankę. Patel postawiła na bardzo krótkie rozdziały, które pokazują działania i przemyślenia głównej bohaterki i w których ukryła wiele problemów społecznych. Żadnego z nich nie rozpracowuje, one pojawiają się mimochodem, przy okazji, ale pozwalają zdiagnozować brytyjskie społeczeństwo. To bowiem przede wszystkim rzecz o tym, co robią z nami media socjalne, jak nas przywiązują do kompulsywnego sprawdzania, jak czynią z nas stalkerki, jak wpływają na nasze zachowania. Tak, nic odkrywczego. Patel dodaje do tego jednak rasizm, bo jej bohaterka ma ciemny odcień skóry oraz oczekiwania społeczeństwa, a przede wszystkim rodziny wobec niej. I tu, nie dowiedziałam się niczego nowego.

Owszem można prawdy już znane ograć na inny, ciekawy sposób, naświetlić inny punkt widzenia lub kupić czytelniczkę formą. Tu niestety forma była dla mnie niestrawna. Za krótka, zbyt wyrywkowa i w zasadzie tak samo powtarzalna jak treść. 

Nie widzę w tej powieści odkrywczego i najlepszego debiutu, nie kupuję formy, nie kupuję treści. Kupuję za to audiobook – bardzo lubię głos Marty Markowicz.

Moja ocena: 3/6

Sheena Patel, Jestem fanką, tł. Anna Dobrzańska, 256 str., Wydawnictwo Albatros 2024.

środa, 17 lipca 2024

"Córka weterynarza" Barbara Comyns

 


Alice Rowland ma siedemnaście lat i mieszka na przedmieściach Londynu z chorowitą matką i ojcem weterynarzem. Pozornie normalna rodzina. Ojciec jednak to zły, nie stroniący od przemocy człowiek. Podobno świetny weterynarz, ale jego skłonności do brutalności widać w traktowaniu zwierząt i ludzi. Matka jest całkowicie przez niego zastraszona, cierpi w milczeniu, stopniowo jej choroba staje się tak poważna, że zalega na stałe w łóżku i umiera. Alice troszczy się o matkę z pomocą serdecznej pani Churchill, ale równocześnie podlega tyranii ojca, który traktuje córkę tak samo jak żonę. Jej dni wypełnia ciężka praca ze zwierzętami, sprzątanie, usługiwanie oraz spacery z psami. Los Alice odmieni dopiero pomocnik ojca, który zaprosi dziewczynę do rodzinnego domu, gdzie będzie opiekować się jego matką.

Ten wyjazd w jakiś sposób poprawi los dziewczyny, która zamieszka na walijskiej wyspie, pozna inne krajobrazy, zakocha się, ale równocześnie postawi ją przed innymi wyzwaniami. Matka weterynarza cierpi na depresję, podjęła już jedną próbę samobójczą, opieka nad nią to spore wyzwanie dla młodej dziewczyny. Podobnie ma się rzecz z gospodarzami domu – ludźmi obcesowymi, brutalnymi, brudnymi. A i zauroczenie okaże się być rozczarowaniem.

Comyns niepostrzeżenie wprowadza do tej historii wątek, powiedzmy, fantastyczny, a konkretnie lewitację. Ten zabieg totalnie mnie zaskoczył, początkowo sądziłam, że to sny i nie bardzo miałam chęć na pogodzenie się z takim zwrotem narracji. Z drugiej strony czytając, ciągle się zastanawiałam, dokąd zmierza ta powieść. Nie twierdzę, że wprowadzenie elementu fantastycznego pogłębiło jej sens, bo w moim odczuciu niekoniecznie, ale w jakiś sposób ukierunkowało zakończenie. 

Córka weterynarza to dobrze napisana powieść, którą pochłania się bardzo szybko, ale dla mnie pozostaje zagadkowa. Starałam się odkryć jej metaforyczne znaczenie, zamysł autorki, poza tym że przedstawia los samotnej, uciśnionej dziewczyny, ale niestety nie udało mi się to. Niestety nie oddziaływał na mnie mrok powieści, nie odczułam jej duszności, zbyt zajęta byłam próbami odgadnięcia jej przesłania (i tak, wiem, nie każda powieść musi je mieć). 

Podsumowując, lektury nie żałuję, bo to faktycznie przekonało mnie zręczne pióro i potoczysty język, ale mam nadzieję, że pewien klub książkowy oświeci mnie na temat głębszego sensu tej powieści.

Moja ocena: 4/6

Barbara Comyns, Córka weterynarza, tł. Jolanta Kozak, 208 str., Wydawnictwo MOVA 2023.