niedziela, 16 czerwca 2019

"Pasterska korona" Terry Pratchett


Ostatni tom Świata Dysku. Ostatni. Długo odwlekałam przeczytanie tej książki, a przede wszystkim pożegnanie z cyklem. 

Tiffany Obolała ma dylemat - po śmierci babci Weatherwax ma zostać jej następczynią. Tiffany jest jednak sobą, a nie babcią, ma swój kraj, swoje życie i swoje podejście do świata. Nie będzie więc drugą babcią, będzie Tiffany, najważniejszą czarownicą. Ale jest jeszcze problem z elfami. W elfim świecie źle się dzieje - rewolta obala królową, która wyrzucona zostaje do świata ludzi, a śmierć babci obluzowuje przejścia między krainami. To będzie pierwsza próba dla Tiffany - wojna z elfami nie jest bowiem tym, czego by chciała. Najpierw jednak musi mieć po swojej stronie wszystkie czarownice i Geoffreya - który czarownicą chciałby być. 

Ta książka została napisana z zamysłem podsumowania - Pratchett zostawia czytelnika z pokojowym przesłaniem. Tylko jedność pomoże przetrwać i zwyciężyć. Tiffany stara się więc połączyć czarownice, ale także nauczyć królową elfów empatii i przyjaźni. Podobnie ma się sprawa z akceptacją dla Geoffreya, który dysponuje talentem łagodzenia konfliktów i uspakajania zapalczywych głów. Tylko Nac Mac Feegle są takie, jakie były zawsze. 
To przesłanie ma swoje korzenie już w wielu poprzednich tomach, gdy gobliny czy wilkołaki zostały dopuszczone do świata ludzi. Tolerancja i empatia to cechy, które pomogą zwyciężyć nad samolubnymi, egoistycznymi elfami. 

Mimo tego pokojowego przesłania, to jednak smutna książka. Sceny przygotowywania się na śmierć Esme Weatherwax są przejmujące, podczas lektury miałam wrażenie, że Pratchett pisze o sobie. Najbardziej obezwładniająca jest jednak dedykacja na początku książki. Sprawdźcie sami. 

To smutne, ale równocześnie w swoim smutku piękne zakończenie cyklu. Czytałam Świat Dysku od pierwszego roku studiów - czyli kopę lat i mam wrażenie, że czas wrócić do pierwszych tomów. 

Moja ocena: 5/6

Terry Pratchett, Pasterska korona, tł. Piotr W. Cholewa, 239 str., Prószyński i S-ka 2016.

"Wypędzenie Gerty Schnirch" Kateřina Tučková



Tę pierwszą powieść Kateřiny Tučkovej, która właśnie ukazała się w świetnym tłumaczeniu Julii Różewicz, musiałam koniecznie przeczytać, tak bardzo podobały mi się przecież jej Boginie z Zitkovej.

Wypędzenie Gerty Schnirch to książka całkiem inna - tematycznie, konstrukcyjnie i językowo, ale także bardzo dobra. Tytułowe wypędzenie odnosi się do wygnania Niemców z Brna, tuż po wojnie, nazywanego berneńskim marszem śmierci. Temat, który bardzo mnie interesuje - wysłuchałam wielu opowieści mojej teściowej i jej koleżanek, które musiały opuścić Prusy Wschodnie, Szczecin, Śląsk. Zawsze w dramatycznych okolicznościach, nigdy dobrowolnie. Tęsknota i trauma ucieczki pozostały w nich na zawsze, podobnie jak w Gercie.

Gerta jest pół-Czeszką, ale nazwisko zawdzięcza znienawidzonemu ojcu-naziście. Czeskie pochodzenie po matce nie wystarcza, by mogła być pełnoprawną Czeszką. Wojna przemyka zresztą obok niej, dorastająca dziewczyna nie interesuje się polityką, chce kochać, uczyć się, beztrosko żyć. Niestety polityka szykuje dla niej wojnę, podczas której nie będzie już obywatelką Brna, tylko Niemką. Najgorsze piekło zacznie się dla niej jednak dopiero po wyzwoleniu Czech - naloty, wegetowanie w schronach, trupy nie będą tak straszne, jak to, co zgotują dla niej sąsiedzi i współobywatele Brna. Mężczyźni i starsi chłopcy niemieckiego pochodzenia zagnani zostaną do obozu, a kobiety i starcy wypędzeni z miasta. Podczas marszu będą dręczeni, bici, zabijani, głodzeni, a przede wszystkim kobiety będą gwałcone. Grupa pracowników jednej z fabryk i Rosjanie nie przepuszczą żadnej z nich. Kresem wędrówki będzie przepełniony obóz, gdzie ludzi dziesiątkuje czerwonka. Gerta ma szczęście, zostanie wybrana wraz z grupą kobiet do pomocy w gospodarstwie rolnym. W ten sposób zamieszkuje u serdecznej, starszej kobiety, dzięki której przetrwa i ona i jej córka. Przetrwanie nie będzie jednak happy endem tej historii - bo fizyczna zdolność do życia nie załatwi traumy, bólu, nie pozwoli zapomnieć okropieństw, przez które przeszła kobieta. Paradoksalnie to miłość do dziecka - owocu gwałtu - da Gercie siłę do życia i znoszenia upokorzeń.

Poniżanie, traktowanie jak osoby drugiej kategorii stanie się chlebem codziennym. Im bardziej Gerta stara się być Czeszką, tym bardziej odczuwa w sobie swoją niemieckość. Mimo to wychowuje córkę na Czeszkę, nie uczy jej niemieckiego, nie opowiada o pochodzeniu, przeszłości i dziadku. To sposób Gerty na przetrwanie, inne kobiety obchodzą się ze swoim pochodzeniem inaczej - niektóre pielęgnują niemieckość, inne uciekają do Austrii. Żadna z nich nie jest szczęśliwa. Odrzucenie przez społeczeństwo przenosi się na ich dzieci, które starają się uchronić przed niemieckim piętnem. Te kobiety nie mają domu - w swojej ojczyźnie są obywatelkami drugiej kategorii, zagranicą podobnie, gdzie traktowane są jako nazistki, przybłędy.

Powieść Tučkovej wpisuje się w całą listę książek antywojennych - pokazujących kolejną płaszczyznę, na której wojna niszczy ludzi i ich potomków, którzy z tą wojną już nic wspólnego nie mają. Przekonana jednak jestem, że można tutaj doszukać się wielu aspektów do dyskusji. Jest przecież trudna rodzina - Gerta nienawidzi ojca i preferowanego przez niego syna, kocha matkę - Czeszkę, która jest dręczona przez męża. To powieść o tym, jak sąsiedzi zamieniają się we wrogów, o oportunizmie, o podsycaniu nienawiści, o sterowaniu tłumem.

Autorka bardzo dobrze oddaje atmosferę wojennych i powojennych, a wreszcie współczesnych Czech, oddając głos różnym osobom. Dzięki rozdziałom, w których głównym głosem jest Barbora - córka Gerty - dowiadujemy się, jak ona widziała zmagania matki z przeszłością, tożsamością i podszytą gwałtem miłością do córki. Ta dbałość o szczegóły, o wielowymiarowość powieści jest największą siłą Tučkovej.

Świetna książka!

Moja ocena: 6/6

Kateřina Tučkova, Wypędzenie Gerty Schnirch, tł. Julia Różewicz, 448 str., Wydawnictwo Afera 2019.

czwartek, 13 czerwca 2019

"Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?" Paulina Łopatniuk


Teksty Pauliny Łopatniuk znałam z Facebooka i jako fanka jej wpisów oraz wszystkich książek, które mają coś wspólnego z medycyną, musiałam koniecznie kupić i tę. Od razu zabrałam się za lekturę - to w zasadzie fenomen, bo zazwyczaj moje zakupy muszą swoje odleżeć na półce lub czytniku.

Łopatniuk w znanym z Facebooka stylu opisuje swoją pracę patolożki. Każdy rozdział poświęcony jest innemu rodzajowi tkanek czy struktur, jakie trafiają pod mikroskop patologa. Pierwsza część poświęcona jest rakowi i nowotworom - temat, który chyba najszybciej kojarzony jest z patologami, a ich ocena badanych tkanek może być przecież dla chorych wyrokiem. Następnie Łopatniuk omawia inne schorzenia, których potwierdzenie zależy od opinii patologa. Jest tu celiakia, są potworniaki, kamienie żółciowe czy moczowe, kiła, pasożyty, endometrioza.

Książka Łopatniuk do kopalnia wiedzy, ale wymaga pewnego obeznania biologiczno-medycznego, bo chociaż autorka stara się opisywać poszczególne schorzenia przystępnie i łopatologicznie, to jednak konieczne są podstawowa wiedza i terminologia, by zrozumieć procesy chorobowe. Z łezką niemal w oku przypomniałam sobie i mitozę, i mejozę na przykład. Powiedziałabym wręcz, że książka Łopatniuk to taki lightowy podręcznik dla osób ponadprzeciętnie zainteresowanych medycyną. Czasami ten podręcznik przypomina kryminał, czasami wykład, a czasami ciekawą powieść. Ja na pewno sporo się dowiedziałam - różnica między rakiem a nowotworem nie była dla mnie tak oczywista, podobnie jak mechanizmy, którymi rządzi się celiakia, różnica między potworniakiem a wchłoniętym bliźniakiem itd.

Tę książkę dobrze czytać na papierze, na kindle ilustracje są blade i niewiele można się w nich dopatrzyć, a na pewno nie opisywanych przez Łopatniuk kolorów i skojarzeń z obrazami czy przedmiotami. Poza tym to na pewno pozycja, do której chętnie bym wyrywkowo wracała, co na kindle, nie ma co sobie mydlić oczu, jest niemożliwe.

Duży plus za obszerną bibliografię, która umożliwia pogłębienie poszczególnych tematów i odszukanie większej ilości fotografii. Podoba mi się także wyczulenie autorki na dokonania kobiet w medycynie, które często z automatu brane są za mężczyzn (zwłaszcza w utartych nazwach jednostek chorobowych).

Mam jednak do książki jedno wielkie zastrzeżenie - a mianowicie bardzo zgrzytał mi język. To, co jest dowcipne na Facebooku czy blogu, nie jest już takie w publikacji. O ile Łopatniuk potrafi pisać o medycynie lekko i z humorem, to niestety jej narzędzia językowe mnie z każdą stroną coraz bardziej drażniły. Przede wszystkim powtarzające się słówko "ot", które ma zapewne lekko podsumowywać  opisane schorzenie. Jestem je w stanie znieść raz, może trzy razy, ale nie, na litość boską, dziesiątki razy, niemal w każdej konkluzji. Podobnie drażniło mnie ustawianie czasownika na ostatniej pozycji, zapewne by znowu zachować dowcip i lekkość. U mnie raczej wywoływało to stany, które mogłyby doprowadzić mnie na stół patologa, ale na pewno nie do śmiechu.

Jeśli jednak nie jesteście tak wyczuleni na język, to polecam, bo ta książka to przede wszystkim świetna kopalnia wiedzy.

Moja ocena: 4/6

Paulina Łopatniuk, Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?, 398 str., Wydawnictwo Poznańskie 2019.

środa, 12 czerwca 2019

"America Is Not the Heart" Elaine Castillo


Elaine Castillo urodziła się w USA, jej rodzina pochodzi z Filipin i właśnie ten fakt jest bazą jej powieści, w której bierze na warsztat takie trudne problemy jak emigracja, adaptacja, różnorodność językowa, radzenie sobie z traumatycznymi przeżyciami.

Opowieść rozpoczyna się na Filipinach - pochodząca z biednej rodziny Paz walczy o swoje miejsce, o prawo do edukacji, popełnia błędy, ale kończy szkołę, zostaje pielęgniarką i w końcu wychodzi za mąż za lekarza. Gdy rodzina emigruje do USA, w okolice San Francisco, sytuacja się zmienia - to Paz utrzymuje rodzinę, pracując kilkanaście godzin jako pielęgniarka. Jej mąż, Pol, nie może pracować jako lekarz. W USA rodzi się ich córka, Roni, a właściwie Geronima, nazwana tak na cześć ulubionej bratanicy Pola, która podobno zaginęła. 

Narracja wkrótce przenosi się jednak i koncentruje wokół Geronimy, zwanej Hero, owej zaginionej bratanicy. Została ona zwerbowana po pierwszym roku studiów przez New People's Army - filipińską partyzantkę, gdzie pozostała przez dziesięć lat, do momentu aresztowania i zamknięcia w obozie. Tortury, które tam przeszła oraz życie w ukryciu będzie do niej stale wracać w postaci flash backów. Geronima po wypuszczeniu z obozu zwraca się do wujka Pola, ponieważ rodzice nie chcą jej znać. Kobieta przylatuje do San Francisco i jako nielegalna emigrantka zamieszkuje z rodziną Paz i Pola. Jej głównym zajęciem jest opieka nad Roni, która chodzi już do szkoły. Hero stopniowo poznaje wspólnotę filipińską, która jest bardzo duża i dzięki grupie znajomych, integruje się i poznaje amerykańskie życie. Oczywiście jest to życie w getcie - filipińskim getcie. Niektórzy z emigrantów mają swoje businessy - jak restauracja, inni pracują poniżej swoich kwalifikacji, inni żyją nielegalni. Wszyscy jednak kultywują rodzime obyczaje i swobodnie poruszają się między językami. Każdy z nich mówi bowiem w swoim lokalnym języku (w powieści są to ilocano i pangasian), w tagalog (oficjalny język Filipin), które mieszają z angielskim. 

Tak też wygląda narracja Castillo - określiłabym ją jako bardzo swobodną. Autorka stara się oddać niedbały sposób mówienia, miesza więc swobodnie wszystkie języki, nie zawsze tłumacząc wstawki w tagalog czy w którymś z innych języków. Bardzo luźny jest jej stosunek do interpunkcji, która zapewne ma podkreślać sposób mówienia - Castillo stawia więc kropki w połowie zdania lub przed ostatnim wyrazem, wprowadza onomatopeje, skąpi przecinków. Powiem szczerze, że czytanie tej książki było dla mnie czasem drogą przez mękę. Nie tyle dlatego, że nie czytam głównie po angielsku, ale właśnie ze względu na tę swobodę językową (choć mam bonus, ponieważ znam pojedyncze słowa w tagalog). Ale to nie wszystko, autorka często zmienia narratora - raz będzie to więc Paz, przez większość powieści Hero, ale zdarzają się tej fragmenty, gdzie narratorką jest Rosalyn, przyjaciółka i kochanka Hero. 

Ta powieść nie mogła mi się nie podobać - zasadza się na wszystkich tematach, które mnie interesują, do tego pokazuje problemy emigrantów na podstawie Filipińczyków, którzy interesują mnie szczególnie. Niestety język tak skutecznie mnie zniechęcił, że czytałam ją niemal miesiąc, a losy Hero zupełnie mnie nie zaciekawiły.

Moja ocena: 3/6

Elaine Castillo, America Is Not the Heart, 408 str., Viking 2018.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

"Matka wszystkich lalek" Monia Szwaja


Trudno mi powiedzieć, co mnie podkusiło do sięgnięcia po tę książkę, ale zdecydowanie nie był to dobry wybór. Nie miałam pojęcia, że powieści Szwai to ta słynna literatura kobieca, po którą intuicyjnie nigdy nie sięgałam. Moja intuicja oczywiście się nie myliła. 

Szwaja początkowo prowadzi opowieść dwutorowo. W Bretonii, na małej wyspie mieszka Claire wraz ze swoją rodziną - dziewczyna pomaga w prowadzeniu rodzinnej restauracji, a poza tym tworzy wszelakie rękodzieło, do czego ma wyjątkowy talent. Studiowała wprawdzie matematykę, ale raczej sobie a muzom. Claire ma ojca Bretończyka i matkę Polkę, która uciekła z komunistycznej Polski, nie mogąc wytrzymać życia w tym ustroju. 
Pewnego dnia Claire niespodziewanie odwiedza dwóch braci. Przyjeżdżają z Kotliny Kłodzkiej, by przekazać jej nietypową wiadomość. Otóż tam mieszka podobno jej prawdziwy ojciec, który stoi u progu śmierci i chciałby poznać córkę. Claire do Polski oczywiście wyjeżdża, gdzie poznaje mnóstwo serdecznych ludzi. Wszyscy są mili, gościnni, a Claire od razu zdobywa ich serca. 

W tle tej banalnej historii, Szwaja wprowadza znacznie ciekawszy wątek - współlokatorki biologicznego ojca Claire. To właśnie ona jest tytułową matką lalek. Jej historia sięga wojny, gdy została uprowadzona przez organizację Lebensborn i zaadoptowana przez Niemców. Wplecenie tego wątku czyni tę książkę znośną, choć w moim odczuciu do końca do powieści nie pasował. 

Niestety całość psuje styl autorki - potoczność, kolokwializmy i zdrobnienia niezwykle mnie denerwowały, podobnie jak stereotypy. Dotyczą one Niemców - wszyscy źli, ale i kobiet - najważniejszy cel w życiu to zamążpójście.

Przewidywalna, nudna, niczego nie wnosząca powieść. Można sobie odpuścić.

Monika Szwaja, Matka wszystkich lalek, 352 str., Wydawnictwo SOL 2011.

"Toksyczność" Jarosław Czechowicz


Nie ukrywam, że powieści Jarka byłam szalenie ciekawa. I lektura mnie nie zawiodła. Toksyczność to monolog. Monolog kobiety toksycznej, ta jej cecha nie wzięła się jednak z nikąd. Janina dostała tę toksyczność w prezencie - w genach i wychowaniu. Życie kopało ją w tyłek od dziecka. Ojciec alkoholik zatruł dzieciństwo i młode lata. DDA to wyrok, ale nieprzepracowana śmierć matki to już podwójny wyrok. Bezsensowny pobyt w psychiatryku, przypadkowe małżeństwo i samobójstwo męża to już tylko wisienki na torcie. Nie wiem, czy ktokolwiek miałby siłę, bo po tym wszystkim umieć żyć. Janina nie tłumaczy jednak swojego zachowania w żaden sposób. Opowiada o swoim życiu - nie koloryzuje, nie upraszcza, nie wybiela. Przyznaje się do schrzanionego macierzyństwa, do trudnej miłości do syna. Szuka wreszcie momentu, kiedy zaczął się jej pociąg do butelki. Ta postać może denerwować, irytować, wkurzać, we mnie wzbudzała współczucie. Wierzę w to, że zmarnowane dzieciństwo, brak wzorców, brak wsparcia nie pozostaną bez skutków i tym tłumaczę to, co stało się z Janiną. Co nie oznacza, że tłumaczę to, jak traktowała swoje dzieci. To niewyobrażalna tragedia, że człowiek, który przeżył piekło w dzieciństwie wpada w ten sam kołowrotek i robi to samo swoim bliskim. Dlatego bardzo mnie wzruszyły słowa córki Janiny o lęku, że ona i jej brat mogą powtórzyć błędy matki.

Toksyczność to wiwisekcja picia kobiety - jej myśli; jej wrażenia, co o niej myślą inni; jej błędów; naiwności; źle dobranych partnerów; spieprzonego macierzyństwa. Szczerość Janiny oznacza wiele bolesnych scen - zaniedbane dzieci, brud, bieda, brak ciepła w domu. I świadomość traumy, jaką matka funduje swoim dzieciom na całe życie. Bolesna jest wiedza, że Jarek oparł tę powieść na swoim życiu - co ciekawe książkowy Filip wiele razy był dokładnie taki, jak sobie Jarka wyobrażałam, znając go przecież tylko z Internetu. 

Toksyczność napisana jest prostym, często dosadnym językiem - adekwatnym do wypowiedzi tej w sumie prostej kobiety. Jej monolog uzupełniają umieszczone na końcu wypowiedzi dzieci, siostry i przyjaciółki oraz koleżanki Filipa. Nie mówią oni jednak o Janinie czy jej zachowaniu, raczej o swoich odczuciach, swoim życiu. Nie jestem pewna, czy ta część jest potrzebna, moim zdaniem odczucia postronnych osób można wydedukować podczas lektury. Z drugiej strony stanowią one w pewien sposób podsumowanie książki. Myślę, że gdyby tych rozdziałów zabrakło, narzekałabym, że powieści brakuje pointy.

Mocna rzecz, warto przeczytać!

Moja ocena: 5/6

Jarosław Czechowicz, Toksyczność, 256, Prószyński i s-ka 2019.

sobota, 1 czerwca 2019

"Kindred" Octavia E. Butler


Kolejna książka, która zapewne nigdy nie trafiłaby na mojego kindle'a, gdyby nie DKK. Tymczasem to świetna lektura, zadziwiające, że dotąd nie została przetłumaczona na język polski.

Octavia E. Butler znana jest jako jedna z pierwszych czarnych autorek science-fiction. Podobno znana, bo ja niestety nigdy wcześniej o niej nie słyszałam. Tymczasem Kindred to naprawdę kawałek dobrej literatury. 
Akcja powieści rozgrywa się w latach 1976 i 1815. Czarnoskóra Dana i jej biały mąż mieszkają w  Kalifornii, gdy nagle Dana znika. Młoda kobieta zostaje przeniesiona w czasie do roku 1815, gdzie właśnie w rzece topi się dziecko. Dana spontanicznie ratuje chłopca i niemal natychmiast wraca z powrotem. Przez te kilka minut nieobecności dowiaduje się, że uratowane dziecko to Rufus - panicz, syn właściciela plantacji. Jej nieobecność we współczesności była znacznie krótsza niż pobyt w przeszłości. Podobnie jest, gdy znika kolejny raz, by znowu uratować Rufusa z opałów. Okazuje się, że każde przeniesienie do przeszłości związane jest z problemami chłopaka, tyle że ten stopniowo dorasta i staje się mężczyzną, a Dana pozostaje taka sama.

Dana skonfrontowana jest na własnej skórze z życiem niewolników - kobieta w pewien sposób stara się im pomóc, ucząc czytać, lecząc (za pomocą leków, które zabiera ze sobą), a przede wszystkim, próbując wpłynąć na Rufusa. Ten jest jednak synem swojego okrutnego ojca, synem swoich czasów. Nie potrafi uwolnić się mentalnie od idei niewolnictwa i od poczucia, że człowiek czarny jest gorszy. Dana przewyższa wszystkich inteligencją, obyciem, oczytaniem, wiedzą, dlatego może liczyć na pewnego rodzaju specjalne traktowanie, które jednak nie uchroni jej przed szykanami czy chłostą. 

Bardzo ciekawa jest konstrukcja powieści - Dana jest bowiem potomkinią Rufusa. To on z jedną z czarnych kobiet (bardzo ciekawa i tragiczna postać) spłodzi praprababkę Dany. Dlatego ona wie, że musi pomagać Rufusowi, mimo że pozbawienie go życia, przysłużyłoby się niewolnikom, z którymi się zżyła. 

Rok 1976 jest bardzo odmienny od 1815, ale nadal nie jest to czas, gdzie małżeństwa międzyrasowe są czymś zupełnie normalnym. Dana i jej mąż doświadczyli tego na własnej skórze. Te dwa miejsca akcji świetnie unaoczniają, jak długim procesem jest zniesienie niewolnictwa. Równocześnie przeżycia z przeszłości całkowicie zmieniają percepcję Dany i Kevina, którzy po powrocie do domu mają problemy z adaptacją do współczesności. 

Kindred to jednak nie tylko powieść o wyżej opisanych postaciach, Butler charakteryzuje wielu niewolników - szczególnie różnorodność ich postaw, sposoby radzenia sobie z niewolą i uciskiem. Wyżej wspomniana kochanka Rufusa to Alice, która wprawdzie jest wolną kobietą, ale w zasadzie nie ma wyboru i musi przyjąć miłość panicza i zostać jego kochanką, po tym, jak ten zadbał, by jej mąż został sprzedany. Kucharka Sally straciła wolę walki, po tym jak sprzedano trójkę jej dzieci, pozostawiając tylko głuchoniemą córkę. Biali manipulują uczuciami niewolników - dumnego i silnego Nigela wiążą do plantacji, zezwalając na ślub z wyżej wspomnianą głuchoniemą Carrie - oraz kontrolują dzięki zakazowi edukacji. Łatwiej więzić kogoś, kto przecież nie potrafi czytać.

To świetnie skonstruowana, napisana zaskakująco współczesnym językiem, wielowymiarowa powieść. Polecam! 

Octavia E. Butler, Kindred, 287 str., Beacon Press 2004.

Stosikowe losowanie 6/19 - pary

Gucia wybiera numer książki dla AgiT (w stosie 114 książek) - 89
AgaT wybiera numer książki dla Anny (w stosie 233 książki) - 17
Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 150 książek) - 97
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1000 książek) - 1
ZwL wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 43 książki) - 21
Maniaczytania wybiera numer książki dla Guci (w stosie 95 książek) - 14

piątek, 31 maja 2019

"Minecraft dla początkujących" Stephanie Milton


To pierwsza książka o Minecrafcie w naszym domu - na wyraźne życzenie syna, który od czasu do czasu grywa w tę grę. Ten podręcznik skierowany jest do nowicjuszów, ale według mojego już obeznanego z tą grą dziecka, bardzo mu się przydał. Okazało się, że wiele trików i sposobów, których nauczył się intuicyjnie, świetnie tam opisano. Dla niego to idealne usystematyzowanie wiedzy. Gdy tylko otwarliśmy paczkę, porwał ją i nie można go było od niej oderwać przez kilka godzin!


Książka zawiera na początku podstawowe informacje techniczne - zakładanie konta, obsługa gry, konieczny sprzęt. Następnie autorka opisuje jak stworzyć swoją postać, wymiary gry, jak tęrozpocząć, jak stworzyć pierwsze budowle czy przedmioty. Wszystko w prostych, przystępnych zdaniach.



Mojemu synowi szczególnie podobały się pomysły na budowle takie jak chlew, królikarnia, a także informacje o poszczególnych zwierzętach i wioskach.
Książka zawiera dużo wskazówek, jak się poruszać, jak się chronić nocą przed potworami, gdzie najlepiej znaleźć rudy. 


Mnóstwo tu ilustracji, wykresów, nieoczywistych rozwiązań a na końcu znajduje się spory słowniczek. Książka jest kolorowa, pełna grafik. Bardzo na plus są spory format oraz twarda oprawa - jest dużo miejsca na ilustracje. Co istotne dla dzieci, które niezbyt chętnie czytają, jak wcześniej wspominałam, język jest prosty i przystępny.


Ten tekst pisałam razem z moim dziewięciolatkiem - to nasza pierwsza wspólna recenzja.

Stephanie Milton, Minecraft dla początkujących, tł. Anna Hikiert, 64 str., Egmont 2019.