poniedziałek, 27 lipca 2026

"Duch w szpitalu" Róża Hajkuś


Prowincjonalny szpital ze wszystkimi bolączkami – długie dyżury, brak funduszy, mniej lub bardziej zaangażowany personal, codzienne tragedie i sukcesy. I duch. Na pediatrii. Ducha widzi tylko jedno dziecko i to ono podczas rozmowy opowiada mu o pewnej psocie, która zainspiruje go do działania. Straszenie mu przecież nie ma szans wyjść, skoro ból, rozpacz i śmierć są o wiele gorsze. Duch zatrzaskuje więc na 24 godziny drzwi, wszystkie drzwi prowadzące na pediatrię. Tym sposobem więzi przemęczoną młodą lekarkę, która już od wielu godzin jest na dyżurze i boryka się z wypaleniem, dwie pielęgniarki – starszą, która już tylko czeka na emeryturę i młodszą, która nie może zajść w ciążę. Grupę rodziców, w tym samotnego ojca, kontrolowanego przez wiecznie niezadowoloną teściową, nadopiekuńczą matkę kontrolowaną dla odmiany przez męża oraz dwóch starszych panów, którzy przypadkowo zabłąkali się w okolice pediatrii z interny. Jeden z nich to typowy mizogin z hasłami wujasa z wesela, a drugi skromny i cichy wdowiec. Na zewnątrz zostaje ordynatorka pediatrii, której pomaga szef chirurgii oraz przyjaciel Laury, niemal dorosłej, która ze względy na liczne schorzenia autoimmunologiczne znów wylądowała na oddziale. Wszystkie te osoby nawet nie wiedzą, ile je łączy.

Gdy ludzie zostają przymusowo zamknięci muszą sobie radzić, a najlepszą strategią jest wtedy solidarność. I o niej pisze Róża Hajkuś. Osoby, które są w szpitalu, zazwyczaj mają trudne przejścia za sobą. Są tu doświadczenia śmierci, przemocy domowej, ciężkich chorób w dość sporej ilości, są problemy wychowawcze, jest próba odebrania sobie życia, jest wreszcie dorastanie ze wszystkimi bolączkami i wyżej wspomniana trudna do spełnienia chęć posiadania własnego potomstwa. Miałam kiedyś tendencję myśleć, że duże nagromadzenie tragedii jest nierealistyczne. Hajkuś ma jednak rację – tak w życiu niestety jest, a i miejsce akcji sprzyja niezbyt szczęśliwym wydarzeniom. Mimo postaci ducha, to powieść na wskroś realistyczna, która pokazuje zwykłych ludzi ze zwykłymi bolączkami oraz wszystkie wady systemu ochrony zdrowia. Lekarki i lekarze to zwykli ludzie, ze swoimi problemami, ogromnym zmęczeniem i błędami, niemocą i rozpaczą. Autorka snuje tu wiele wątków, bo każda z postaci dostaje swoją historię, ale udaje się jej wszystkie umiejętnie spleść. 

Hajkuś sama jest lekarką i to widać w opisie realiów pracy lekarskiej, funkcjonowania szpitala, ale także w przedstawieniu rozterek i problemów lekarzy. Sporą rolę odgrywa tu wspomniane wyżej zmęczenie z powodu wielogodzinnych dyżurów, obciążenie psychiczne, lęk przed popełnieniem błędu, brak spokoju, by dobrze wykonać swoje obowiązki, i warunki pracy w szpitalu w ogóle. Takie nakreślenie tych problemów mogło wyjść tylko spod pióra lekarki.

Mimo tak wielkiego nagromadzenia dość traumatycznych tematów to bardzo ciepła i pełna humoru powieść. Hajkuś przedstawia świat marzeń – taki, w którym wprawdzie są problemy, ale ludzie się wspierają i jednoczą. Gdzie istnieje przyjaźń i miłość. Znając autorkę z instagrama, spodziewałam się takiego tonu powieści i faktycznie widzę w tym stylu Różę z jej wirtualnym sposobem bycia. Co mnie zaskoczyło, to język. Są i przekleństwa i mizoginiczne hasła, jest wzajemne odszczekiwanie – i bynajmniej mnie to nie drażni, odbieram to bardzo na plus, bo przełamuje słodkość przekazu.

"Duch w szpitalu" to zdecydowanie nie jest rodzaj literatury, po który sięgam sama z siebie. Wybrałam ten audiobook tylko i wyłącznie ze względu na bardzo sympatyczną (na ile to mogę ocenić w Internecie) autorkę i w zasadzie się nie zawiodłam. Nie będzie to może powieść, która zostanie ze mną na długo, ale przypomniała mi ona czasy, gdy pochłaniałam książki dla samej radości czytania.

Moja ocena: 4,5/6

Róża Hajkuś, Duch w szpitalu, 432 str., Wydawnictwo SQN 2026.

sobota, 25 lipca 2026

"Ritual. Power, Healing and Community" Malidoma Patrice Somé


Malidoma Patrice Somé urodził się w wiosce zamieszkanej przez lud Dagora, jednak jako czterolatek został wysłany do szkoły jezuickiej czy też porwany przez misjonarzy – natknęłam się na dwie wersje. Dopiero jako młody mężczyzna wrócił do rodzinnej wioski i przeszedł rytuał męskości oraz pobierał nauki u dziadka, który był jednym ze starszyzny w tej społeczności. Somé dobrze poznał oba światy – zachodni i afrykański. Nie tylko jako uczeń, ale i jako student a potem profesor we Francji czy USA. Jego książka to opowieść o roli rytuałów i analiza porównawcza społeczeństw.

Somé powołuje się na swoje wspomnienia z najwcześniejszego dzieciństwa, opisuje życie Dagora, ich zwyczaje, domostwa, świat duchowy i tytułowe rytuały. Równocześnie snuje paralele do świata zachodniego, w którym rytuały zatraciły na ważności, szczególnie w kwestii zmarłych. Autor poświęca sporo miejsca kwestii żegnania zmarłych i wpływu żałoby na bliskich. Sporo tu duchowości i kwestii ze świata nadprzyrodzonego, ale Somé unika tu odpływania w ezoterykę. Jego osądy są poparte wieloletnią wiedzą ludu, konkretnymi przykładami i porównaniami. Piszę osądy, ale autor nikogo nie osądza, pozostaje wyrozumiały i bezstronny. 

Mimo że ta książka została napisana w latach 90. XX wieku, to wciąż może rezonować z czytelniczką. To polemika z kapitalizmem, pośpiechem i utratą tożsamości, ale i wspaniały wstęp do poznania życia w Burkinie Faso. Somé pisze w sposób wyważony, ciekawy, a osobisty wymiar opowieści jest zdecydowanie czynnikiem wzbogacającym tę książkę.

Moja ocena: 4/6

Malidoma Patrice Somé, Ritual. Power, Healing and Community, 103 str., Penguin Books 1997.

piątek, 24 lipca 2026

"Szwajcaria. Podróż przez raj wymyślony" Agnieszka Kamińska


Szwajcarię w miarę znam, czytałam też inne książki o tym kraju i z tego kraju, ale Agnieszce Kamińskiej udało sie pokazać mi jeszcze inne helweckie oblicze oraz dorzucić kilka ciekawostek. 

Autorka w tej książce nie skupia się na faktograficznym przybliżeniu swojego kraju emigracji, ani nie opisuje przewodnikowych kwestii, lecz kusi się na reportażowe podejście. W tym celu przeprowadziła wiele rozmów, przeczytała mnóstwo książek, przeanalizowała liczne źródła, a w efekcie prezentuje czytelniczce ciekawe teksty, w których szuka istoty szwajcarskiej mentalności oraz analizuje fenomen kraju, który osadził swoją państwowość na dość kruchym fundamencie składającym się z czterech języków, różnych kultur, dwudziestu sześciu kantonów oraz demokracji bezpośredniej. Dzięki Kamińskiej lepiej zrozumiałam, jak funkcjonują referenda i jak podchodzą do nim sami Szwajcarzy. Do znanych mi już umownych granic dzielących ten kraj autorka dokłada tło – wyjaśnia jak funkcjonują mieszkańcy w tej mieszance języków, ale i wskazuje na różne podejścia do życia i pracy, naświetla też funkcjonowanie rotacyjnych urzędów prezydenta czy rządu. 

Ta książka jest bardzo daleka od wikipediowych wyliczeń, bo Kamińska tworzy opowieści, w której fakty przeplatają się z jej doświadczeniami oraz informacjami podawanymi przez jej rozmówczynie i rozmówców. Mimo że Kamińska skupia się na przedstawieniu współczesnego kraju, czyni liczne wycieczki wstecz, opisuje zwyczaje i nie boi się bardziej problematycznych stron szwajcarskiej rzeczywistości. Jest więc tu co nieco o narkotykach, prawach kobiet, o urlopie ojcowskim czy emigrantach. 

Co ważne, nie jest to książka ani całkowicie krytyczna, ani gloryfikująca Szwajcarię. Kamińska polubiła swój kraj, ale jest to miłość dojrzała, która pozwala jej akceptować Helwecję z jej wadami i doceniać liczne zalety. Książkę Kamińskiej czyta się świetnie, autorka dobrze operuje piórem, jej styl jest potoczysty, wartki, a całości dopełniają świetne fotografie Agnieszki Król.

Moja ocena: 5/6

Agnieszka Kamińska, Szwajcaria. Podróż przez kraj wyśniony, 320 str., Wydawnictwo Poznańskie 2021.

czwartek, 23 lipca 2026

"A Golden Age" Tahmima Anam


 

Szukając książki z Bangladeszu, trafiłam na tę pozycję. Autorka urodziła się w Bangladeszu, ale wychowała już poza krajem, jednak sama powieść jest osadzona w tym kraju i opisuje wojnę niepodległościową z Pakistanem w 1971. Po wyborach, Pakistan nie uznał nowej władzy i zaatakował swoje wschodnie rubieże, podczas gdy Indie wspierały bengalskie trendy niepodległościowe. Efektem tego konfliktu była niemal roczna wojna, podczas której zginęło około trzech milionów Bengalczyków. Wiedza o tym ludobójstwie nie jest powszechna, więc miałam nadzieję dowiedzieć się więcej z tej powieści.

Centralną postacią jest Rehana Haque, urodzona w Kalkucie wdowa, która zamieszkała w Dhace wraz z mężem. Po nagłej śmierci męża traci dwójkę dzieci, która zabiera jej brat do Lahore. Dla Rehany są jedynym, co ma i kobieta walczy na wszystkie sposoby, by je odzyskać, co faktycznie jej się udaje. Gdy podrastają oboje angażują się w ruchy niepodległościowe. Rehana nie jest zwolenniczką takich działań, ale solidarnie wspiera dzieci i stopniowo coraz bardziej angażuje się w ruch oporu. 

Anam opisuje tu przeróżne działania – od bojówek po najprostszą pomoc, jakiej mogli udzielać zwykli ludzie, czyli zbiórka jedzenia, ubrań, wsparcie w obozach dla uchodźców. Na pierwszym tle jest jednak osobista historia Rehany, która właściwie Bengalką nie jest, mimo to wspiera wojnę i niepodległość nowego państwa. Autorka zahacza tu o różnice narodowościowe, językowe i religijne wśród mieszkańców tego regionu. Przyznam jednak, że oczekiwałam więcej tła polityczno-historycznego. Anam praktycznie pominęła aspekt ludobójstwa. Owszem są tu więzienia, tortury, śmierć, ale nie wybrzmiewa tu masowość tego procederu. Mamy natomiast dużo kolorytu lokalnego – potrawy, stroje, meble, rośliny, co było dla mnie bardzo interesujące. 
Tahmima Anam napisała kolejne dwa tomy tego cyklu, więc być może po nie sięgnę, przede wszystkim, by lepiej poznać historię Bangladeszu.

Sama powieść jest napisana potoczyście, ciekawie, a przeczytana przez lektorkę z lokalnym akcentem, co dodało jej wiele uroku. 

Moja ocena: 4/6

Tahmima Anam, A Golden Age, 276 str., John Murray 2007.

wtorek, 21 lipca 2026

"Café Macondo. Reportaże z Kolumbii" Maciej Wesołowski


Moja wiedza o Kolumbii wykracza może nieco ponad przeciętną, ale na pewno nie miała głębokich fundamentów. Wesołowski w dwudziestu rozdziałach tłumaczy głównie najnowszą historię tego kraju, skupiając się na bojówkach i wieloletniej wojnie domowej i dokładając sporą cegiełkę do tego, co już wiedziałam. Jego teksty bazują na rozmowach z przedstawicielami i przedstawicielkami różnych stron – są członkowie FARC, byli członkowie, żołnierze armii, bliscy z obu stron, osoby zwerbowane jako dzieci, ofiary i wiele innych. Widać, że celem autora jest pokazanie wielu stron i poznanie przyczyn decyzji podjęcia walki po danej stronie. I jak to w przypadku każdego konfliktu bywa, tych przyczyn jest wiele i warto je zrozumieć. Wesołowskiemu faktycznie udaje się ukazanie tego zagmatwanego kalejdoskopu przyczyn i uwarunkowań kulturowych, edukacyjnych, społecznych i klasowych.

Równocześnie Wesołowski przekazuje wiele kolumbijskiego kolorytu, opisując Bogotę i Medellin, ale i inne mniejsze miasta. Zabiera na Karaiby i w góry, przemyca informacje o klimacie i rdzennych mieszkańcach, ale nie jest to opowieść o państwie, ale skupienie na tej najmniej chwalebnej części historii. Dla mnie była to niezmiernie ciekawa lektura, bo wiele z opisanych miejsc odwiedziłam, więc do opisywanych faktów automatycznie dodawałam obrazy. Autor operuje przystępnym językiem, jego styl jest potoczysty, więc dobrze się ten reportaż czyta, choć niekoniecznie tak dobrze słucha, lektor miał wyraźnie problemy z językiem hiszpańskim. 

Moja ocena: 5/6

Maciej Wesołowski, Café Macondo. Reportaże z Kolumbii, 352 str., Wydawnictwo Agora 2019.

niedziela, 19 lipca 2026

"Obywatelka" Claudia Rankine


O rasizmie przeczytałam wszystko, No dobrze, nie wszystko, ale bardzo dużo. W różnych utworach, z różnym podejściem, różnych autorów z różnych okresów. Trudno mi było sobie wyobrazić, że można pokazać tu coś nowego, innego, ale Claudia Rankine mi pokazała, że mało wiem.

To amerykańska pisarka i poetka urodzona na Jamajce, która pokazuje, że obywatelka może być drugiej, a nawet trzeciej kategorii. Rankine powołuje się tu na drobnostki dnia codziennego z własnego doświadczenia, ale i na niezauważalne dla białych oczu doświadczenia znanych osób takich jak Serena Williams czy Zinédine Zidane, oddaje głos ofiarom prześladowań ze względu na kolor skóry, tym żywym i zamordowanym. Jej książka to wcale nie barwny, a czarno-biały kalejdoskop mikroagresji, zdań wypowiedzianych mimochodem, bezrefleksyjnych reakcji, które są produktem wychowania, wszechobecnych schematów. I nawet jeśli te zachowania nie są podszyte rasizmem, to towarzyszy im myśl o poprawności, autorefleksja, krótkie zawahanie, by przypadkiem nie wpaść w rasistowski wzorzec.

Największą siłą i zaskoczeniem w tej książce jest jednak jej kompozycja. Rankine stworzyła patchwork wielu stylów i gatunków literackich. W krótkich akapitach balansuje między esejem, autofikcją, poezją, narracją powieściową, artykułem? I pewnie czymś jeszcze, bo "Obywatelkę" można czytać na wiele sposobów, na wyrywki, wracać do niej. Dla mnie to świetny wstęp do poezji, której nie umiem ani czytać, ani recenzować, w tej książce jednak odnalazłam się bez problemu. Świetna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Claudia Rankine, Obywatelka, tł. Joanna Makowska, 176 str., Wydawnictwo Karakter 2025.

sobota, 18 lipca 2026

"Facing the Sun" Janice Lynn Mather


Cztery nastolatki mieszkają przy tej samej ulicy na jednej z wysp Bahamów. Ich plaża – miejsce spotkań i zabaw, integralna część życia tej małej społeczności – zostaje zamknięta. Okazuje się, że obszar przy plaży został sprzedany i nowy właściciel chce na nim postawić hotel. Dziewczyny są załamane – tracą przecież część swojej przestrzeni oraz centralne miejsce wspólnoty, czyli kościół. Ojciec Eve – jednej z nich – prowadzi aktywną parafię, a kościół stanowi ważne miejsce spotkań. Keekee mieszka tuż obok wraz z matką i bratem – dziewczyna pomaga w prowadzeniu domowej pralni oraz wraz z matką rozdaje kobietom w potrzebie podpaski własnej produkcji, ale i antykoncepcję. To jej brat zostanie porwany przez nieznanych sprawców po zamknięciu plaży. Wszyscy podejrzewają udział dewelopera, bo Toons głośno sprzeciwił się zakazowi wstępu nad morze. Faith jest tancerką, jak jej siostra i matka. I potajemnie podkochuje się w Toonsie. Jej matka cierpi na chorobę psychiczną, co bardzo obciąża dziewczynę, która czuję się za nią odpowiedzialna. I wreszcie Nia, sąsiadka Keekee, która boryka się z nadopiekuńczą matką. Dziewczyna marzy o wyjeździe na kreatywny osób dla dziewcząt. Niestety matka absolutnie nie chcę zgodzić, a i sama Nia nie wierzy, że ma jakikolwiek talent, który by mogła zaprezentować w liście motywacyjnym. 

Mather prowadzi narrację z perspektywy tych czterech nastolatek, przedstawiając wydarzenia z różnych punktów widzenia, ale też interakcje między nimi. W grę wchodzi tu zazdrość, niezrozumienie, smutek, dojrzewanie. Co ważne autorka naświetla też wszystkie aspekty budowy hotelu, opisując niezaprzeczalne wady tego projektu, ale i zalety, których dziewczyny na początku nie widzą. Autorka próbuje pokazać jak najpełniejszy obraz zmian, które dotkną społeczność: utratę kościoła, sklepiku, zacisznego miejsca, ale także możliwość uzyskania nowych miejsc pracy, rozwoju, dostępności. Choć jest to głównym kompleksem tematycznym tej powieści, to Mather poświęca też sporo miejsca dojrzewaniu, seksualności i jej konsekwencji, chorobom fizycznym i psychicznym, różnym metodom wychowawczym. Tłem tej historii są Bahamy – bardzo obecne w kuchni, języku, zwyczajach, miejscowościach, klimacie i krajobrazie. Gdy sięgam po powieści z krajów mi nieznanych, tego właśnie w nich szukam – lokalnego kolorytu. 

Facing the Sun bywa klasyfikowana jako YA, ale dobrze się czyta w każdym wieku i pozwala poznać Bahamy.

Moja ocena: 4,5/6

Janice Lynn Mather, Facing the Sun, 416 str., Simon Schuster Books 2020.