czwartek, 14 grudnia 2017

"Machiną przez Chiny" Łukasz Wierzbicki


Machiną przez Chiny to kolejna po Afryce Kazika rewelacyjna książka spod pióra Łukasza Wierzbickiego. Autor tym razem na warsztat wziął dzienniki Haliny Korolec-Bujakowskiej, która w latach trzydziestych wraz z mężem Stanisławem odbyła podróż z Druskiennik do Szanghaju. Ta nietypowa wyprawa była podróżą poślubną młodego małżeństwa, a środkiem lokomocji obojga była machina czyli motocykl. 


Para przemieszcza się przez tereny mało znane i mało, w tamtych czasach, odwiedzane, wzbudzając wszędzie sensację i zaciekawienie, obojętnie czy przemierzają Turcję, Persję czy birmańską dżunglę. W tej ostatniej spędzają najwięcej czasu. Przerwa w podróży spowodowana jest awarią machiny i koniecznością długiego oczekiwania na części zamienne. Podróżnicy zakładają obozowisko, przygarniają niedźwiedzia i rozkoszują się ciszą oraz bezpośrednim kontaktem z naturą.


Wierzbicki świetnie opisuje przygody pary. Nie ma on ambicji ukazania każdego kroku małżeństwa, dokładnego przedstawienia każdego etapu podróży, koncentruje się raczej na wydarzeniach, które wywarły na podróżnikach największe wrażenie. Są to więc przede wszystkim spotkania z innymi ludźmi, świadczące o niezwykłej ciekawości innych kultur, respekcie i nieustającej chęci poznawania nowego. Otwarte zakończenia rozdziałów skłoniły nas do rozmów i rozważań na temat ich losów.
Fantastyczne jest podejście Haliny i Stacha do problemów, którzy przyjmują je najczęściej ze stoickim spokojem, starając się we wszystkim dojrzeć dobrą stronę. Wojna przerwała ich pobyt w Szanghaju i właśnie to wydarzenie jest cezurą, która dzieli książkę. Halinę poznajemy bowiem w 1947 roku, podczas podróży do Indii. Towarzyszy jej syn, któremu opowiada o wielkiej wyprawie, która niestety zakończyła się rozdzieleniem małżonków. 


Równie piękna jak treść, jest szata graficzna książki, stworzona przez Mariannę Oklejak. Ilustratorka wykorzystała fotografie z podróży, tworząc na ich podstawie kolaże - wspaniałe, ciekawe, pełne detali. Prócz tego karty książki zdobią mniejsze ilustracje. Cała szata graficzna jest bajecznie kolorowa, obramowania stronic zmieniają barwę od pomarańczowej po niebieską, tworząc fantastyczną tęczę. Nie zapominajmy o mapce, bardzo istotnej, z której stale korzystaliśmy podczas lektury. 

To przepiękne wydanie, książka, którą polecam każdemu dziecku!

Łukasz Wierzbicki, Marianna Oklejak, Machiną przez Chiny, 175 str., Wydawnictwo Poradnia K.

piątek, 8 grudnia 2017

"Kopciuszek", "Królewna Śnieżka u krasnoludków" Gabriela Mistral


Te dwie książki zachwyciły nas swoją urodą od pierwszego wejrzenia i zaskoczyły nazwiskiem autorki. Nie spodziewałam się, że chilijska noblistka pisała książki dla dzieci. Tymczasem to prawdziwe perełki literackie. Autorka spisała znane baśnie w postaci wierszy, rymowanych wprawdzie, ale jej rymy nie są oczywiste, a rytm często się załamuje, przerywając monotonię ośmiozgłoskowca. 
Taki żar bije znad ognia,
że nadpalone ma rzęsy.
Od mycia posadzek ogromnych
garbią się stale jej plecy.
W tym miejscu ukłony dla tłumaczki, Krystyny Radowskiej, która z pewnością miała przed sobą niełatwe zadanie. Bardzo podobały mi się akcenty latynoskie, takie jak nazwanie balu w Kopciuszku, fiestą. 

To nie są bajki w stylu zinfantylizowanych i uproszczonych wersji, które mają podobno ułatwić dziecku odbiór tekstu. Mistral trzyma się grimmowskiej wersji utworów, wplatając jednak w tekst wymienione wyżej nawiązania do własnej kultury, a także niesztampowe porównania. U niej "noc rozrasta się jak kałuża", a stópka jest wielkości migdała.

Co ciekawe w swojej wersji Królewny Śnieżki autorka całkowicie rezygnuje z motywu wizyt złej królowej, która próbuje otruć dziewczynę, podczas gdy w Kopciuszku pozostaje bardzo bliska oryginału. W Śnieżce bardzo szeroko rozpracowana została scena wizyty w domu krasnoludków, którzy zaskoczeni gościem, postanawiając chronić królewnę.

Obie książki są przepięknie wydane - grube, kartonowe, surowe wręcz, okładki świetnie komponują się z kreską ilustratorów. Każda z książek została opracowana graficznie przez kogoś innego, ale ich styl jest podobny i na pierwszy rzut oka nie rozpoznałam, że to dwie różne osoby.

Zarówno moje dzieci i ja lubimy taki rodzaj ilustracji, więc z przyjemnością tylko przeglądamy te książki i cieszymy nimi oko.



Obie książki to prawdziwa gratka dla kolekcjonerów różnych wersji tych baśni oraz możliwość poznania noblistki od jej innej, mniej znanej, strony.

Gabriela Mistral, Królewna Śnieżka u krasnoludków, il. Carles Ballesteros, tł. Krystyna Radowska, Nasza Księgarnia 2017.
Gabriela Mistral, Kopciuszek, il. Barnardita Ojeda, tł. Krystyna Radowska, Nasza Księgarnia 2017. 

sobota, 2 grudnia 2017

Stosikowe losowanie 12/17 oraz 1/18 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 264 książki) - 198
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 17 książek) - 13
Maniaczytania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 200 książek) - 23
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 219 książek) - 213
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 200 książek) - 17
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1050 książek) - 15
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 95 książek) - 81

Anna wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 264 książki) - 18
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 6 książek) - 3
Maniaczytania wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1050 książek) - 61
ZwL wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowej (w stosie 219 książek) - 66
Niekoniecznie papierowa wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 200 książek) - 2
McDulka wybiera numer książki dla Anny (w stosie 219 książek) - 117
Anna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 95 książek) - 74

sobota, 25 listopada 2017

"Marek i czaszka jaguara" Marek Kamiński, Katarzyna Stachowicz-Gacek


Z ciekawością, a może nawet z pewną dozą sceptycyzmu, sięgnęłam po tę książkę. Moja córka czyta aktualnie tylko i wyłącznie książki przygodowe, ale to jednak mój syn stał się odbiorcą tej powieści. Przez ponad miesiąc niemal codziennie czytaliśmy wspólnie wieczorem po kilka rozdziałów tej niezwykle wciągającej opowieści. 

Marek jest starszy do mojego syna, właśnie skończył piątą klasę i cieszy się na wspaniałą wyprawę do Meksyku. Ma być to wyjątkowy czas sam na sam z tatą. Niedawno w rodzinie Marka zaszły bowiem wielkie zmiany, urodziła się maleńka Zosia i rodzice zajęci są tylko i wyłącznie niemowlęciem. Marek z całego serca chce spędzić czas z tatą i odlicza dni do wyprawy. Wraz z nimi do Meksyku ma polecieć też kumpel taty - znany podróżnik i fotograf Orinoko. To ten ostatni ma szczegółowy plan zwiedzania. Dodatkowo zabierze do Meksyku pewien tajemniczy obiekt, który przechowywał znajomy profesor. Przedmiot należy do plemienia Lakandonów, a Orinoko zobowiązuje się go przekazać Indianom. Niestety cały plan się sypie. Najpierw się okazuje, że dorośli pomylili datę odlotu i nie ma już możliwości zawiadomienia, mających na nich czekać Lakandonów, potem choruje Zosia i tata nie może towarzyszyć Markowi i do tego pojawiają się tajemniczy dwaj mężczyźni w garniturach. 

Marek nie przepada za Orinoko - jego sposobem bycia, podróżowania, a przede wszystkim nie może się wyzbyć uprzedzeń wobec niego. Chciałaby podróżować z tatą, a nie z gburowatym wujkiem. Podróż od początku układa się inaczej niż chłopiec ją sobie wyobrażał - nie wolno mu zabrać komputera, Orinoko nie zapowiada żadnych wygód, a cały dobytek trzeba dźwigać samodzielnie w ogromnym plecaku. Stopniowo okazuje się, że zwiedzanie nie jest takie straszne. Podróżnicy, nieświadomi śledzących ich mężczyzn, wpadają jednak co chwilę w różne tarapaty, aż w końcu muszą się ukrywać i uciekać. Wtedy jednak Marek nie pamięta już o początkowej niechęci do towarzysza wyprawy oraz braku komputera.

Powieść naszpikowana jest mnóstwem faktów o Meksyku, informacji o zabytkach, o cywilizacjach indiańskich, o kulturze i krajobrazie. Wiadomości te jednak wplecione są w tekst, przekazywane mimochodem, tak że czytelnik połyka je przy okazji. Mój syn naprawdę dużo dowiedział się o Meksyku i ciągle konsultował trasę Marka z mapą na okładce. Z tyłu książki umieszczono bowiem mapę świata, by ukazać odległość między Polską, a Ameryką Środkową, z przodu zaś mapkę Meksyku oraz wszystkie punkty, w których bohaterowie się zatrzymali. Dodatkowo tekst wzbogacony jest bardzo klimatycznymi czarno-białymi rycinami, które bardzo mi się podobają. Naprawdę duży plus dla wydawnictwa za szatę graficzną książki! I za mapy!

Właściwie nie mogę nic zarzucić tej powieści. Czyta się świetnie, napisana jest ze swadą, akcja jest wartka, a autorzy nie koncentrują się tylko na wydarzeniach współczesnych, lecz, jak wspominałam wyżej, naprawdę wyjątkowo dobrze przemycają mnóstwo dodatkowych informacji. Jeśli miałabym się przyczepić do czegokolwiek, to może do delikatnie nachalnego morału, ale wydaje mi się, że mój syn zupełnie go nie spostrzegł. Dla niego to powieść o rodzinnej miłości, przyjaźni i odwadze. 

Bardzo ciekawa jestem czy duet autorów planuje kontynuację przygód Marka. Wyobrażam sobie, że ta powieść byłaby idealnym sposobem na przygotowanie dziecka do podróży do Meksyku i jeśli się tam wybierzemy, na pewno do tej książki wrócimy. Cieszyłabym się z podobnej książki o innych krajach, na przykład azjatyckich. A może Marek wybierze się w kolejną wyprawę?

Moja ocena: 5/6

Marek Kamińdki, Katarzyna Stachowicz-Gacek, Marek i czaszka jaguara, 352 str., Wydawnictwo Znak emotikon Kraków 2017.

Stosikowe losowanie 12/17 i 1/18

Ponieważ z końcem grudnia będę miała ograniczony dostęp do internetu, ogłaszam dziś podwójne losowanie!
Zapraszam więc do zgłaszania się do rundy grudniowej i styczniowej! Pary rozlosuję 1 grudnia, czas na przeczytanie książek mamy każdorazowo do końca miesiąca.

Proszę podajcie mi czy do obu rund powinnam wziąć pod uwagę tę samą liczbę książek w stosie.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

czwartek, 23 listopada 2017

"Dziennik Franciszki Krasińskiej" Klementyna Hoffmanowa


Po raz pierwszy zdecydowałam się na udział w Pikniku z Klasyką, organizowanym przez Pierogi Pruskie oraz Czytam to i owo, niestety nie udało mi się przeczytać książki na czas, więc moja recenzja ukazuje się z dwudniowym opóźnieniem. Zaciekawiła mnie wybrana przez organizatorki książka, a także jej autorka. 
Nigdy nie słyszałam wcześniej o Klementynie z Tańskich Hoffmanowej, która nota bene, dziś obchodziłaby urodziny. Ta wszechstronna kobieta prowadziła, jak na ówczesne czasy, bardzo światowe życie. Nigdy nie słyszałam o pisanych przez nią książkach dla dzieci, a była przecież prekursorką na tym polu. Co więcej wydawała nawet czasopismo dla dzieci! 

Dziennik Franciszki Krasińskiej opisuje dzieje prawdziwej postaci historycznej, polskiej szlachcianki, która potajemnie zawarła małżeństwo z synem króla Augusta II Sasa. Autorka stworzyła jej fikcyjny dziennik, pragnąc ukazać życie młodych kobiet, szlachcianek, w XVII wieku. Udało jej się to wspaniale. Poznajemy Franciszkę jako nastolatkę, kochającą głęboko rodziców, cieszącą się każdym dniem na zamku. Jej oczyma obserwujemy polowania, uczty, święta oraz przygotowania i ślub jej starszej siostry. Franciszka jest pełna oczekiwań, mam ogromny apetyt na życie, jest pełna energii i entuzjazmu, a zarazem darzy rodziców pełnym zaufaniem i żyje całkowicie według ich i boskiej woli. 

Cezurę w życiu dziewczyny stanowi wyjazd do Warszawy, gdzie rozpoczyna naukę na najlepszej pensji dla dziewcząt, a potem zamieszkuje u księżnej wojewodziny, z którą jest spokrewniona. To właśnie wtedy poznaje warszawski świat, bale, spotkania, stroje. I oczywiście Karola, królewskiego syna. 

Hoffmanowa w krótkich wpisach świetnie oddaje ówczesny styl życia, mentalność, troski, a przede wszystkim konwenanse. Równocześnie obserwujemy dojrzewanie Franciszki, powolne stygnięcie jej entuzjazmu do życia, powolne rozgoryczenie, narastający smutek i tęsknotę. Kończące książkę listy przedstawiają kobietę, którą los rzucił daleko od rodziny, niezbyt szczęśliwą.

Bohaterka dziennika to na swoje czasy kobieta wykształcona, obyta, a jednak całkowicie zamknięta w swoim świecie. Jej światopogląd nie wybiega dalej niż stroje, robótki ręczne, uroda, rodzina. Wielokrotnie potwierdza zainteresowanie losem Polski, aczkolwiek w listach niewiele z faktycznie gruntownego zainteresowania widać. Z drugiej strony pamiętać trzeba, że jest to jednak kreacja autorki i jaka naprawdę Franciszka była, nie wiemy. Ta książka potwierdza rzeczywiste oderwanie od siebie poszczególnych warstw społecznych. Świat Krasińskiej jest całkowicie zamknięty, jej późniejsze problemy finansowe nie budzą współczucia u czytelnika, która ma szerszy ogląd ówczesnego życia w Rzeczpospolitej. Zaskakujący jest brak jakiegokolwiek uświadomienia młodych kobiet, ich ślepe zaufanie w wolę rodziców i wiarę w dobroć przyszłego męża, aczkolwiek nie są to dla mnie fakty całkiem nowe.

Dla mnie to była przede wszystkim przyjemna lektura, zdecydowanie poznawcza - bo jednak obraz życia młodej szlachcianki naszkicowany jest niezwykle umiejętnie, ponadto nie znałam wcześniej losów ani autorki, ani jej bohaterki. Bardzo podobał mi się język - z przyjemnością przypomniałam sobie wiele staropolskich słów, czytałam jednak, nie korzystając z umieszczonego na końcu słowniczka (mankament ebooków). 

Moja ocena: 4/6

Klementyna Hoffmanowa, Dziennik Franciszki Krasińskiej, 188 str., Wolne Lektury.

piątek, 17 listopada 2017

1945. Wojna i pokój" Magdalena Grzebałkowska


Mimo że od wojny dzieli mnie jedno pokolenie, jestem dzieckiem wojny. Dorastałam słuchając o niej i o roku wyzwolenia. Towarzyszyły mi historie trudne - babcia opowiadała o wojnie na Śląsku, o lęku przed nadejściem Rosjan, o marszu śmierci z Auschwitz. Przyjmowałam te opowieści bezwiednie, nasiąkałam nimi, były dla mnie naturalne, choć ich groza wyzwalała niezdrową ciekawość, każącą pytać o jeszcze i jeszcze. Potem w innej części Polski poznałam chłopaka, syna znajomych mojej drugiej babci, który czterdzieści lat po wojnie z pasją zbierał części umundurowania, czapki, łuski nabojów. W międzyczasie odbyłam traumatyczną dla mnie wycieczkę do Auschwitz, której nie zapomnę chyba nigdy. Jako dorosła osoba wysłuchałam opowieści teściowej, która jako młoda kobieta wypędzona została wraz z rodziną z gospodarstwa w ówczesnych Prusach Wschodnich. Skutki tej traumy widziałam u niej aż do jej śmierci. Odwiedziłam z nią jej rodzinną wioskę, tuż pod rosyjską granicą - nadal zrujnowaną, zachwaszczoną, martwą. 

Rok 1945 nie był rokiem radości i szczęścia. To nie była trwająca cały rok wiosna z budzącym się do życia nowym światem. To był nadal czas rozpaczy, zgryzoty, rozstań i śmierci. Nie miał nic wspólnego z celebrowanym na szkolnych akademiach Dniem Zwycięstwa. Wciąż był rokiem tułaczki, ukrywania się, biedy, głodu, szukania, mordowania, odwetu. Grzebałkowska przedstawia świat, który po części znałam z opowiadań, systematyzując go dla mnie, dzieląc na rozdziały, a przede wszystkim poszukując spojrzenia totalnego. 

To nie jest książka o Polakach, nie jest także o Niemcach. To książka o tym jednym roku. Miesiące przesuwają się przed naszymi oczami wraz z tobołami, pierzynami, rozczochranymi i głodnymi ludźmi, przepychanymi z kąta w kąt, ze stacji, na stację. Migają obrazy tych, którzy odwiedzali opuszczone wioski, by umeblować swoje, często wypalone domy. Widzimy pisane kredą informacje o (tymczasowym) miejscu pobuty, karteluszki z rozpaczliwymi prośbami o wiadomości o bliskich. Obserwujemy powstające sierocińce, czytamy setki gazetowych ogłoszeń. Otwarto sklep, podejmuje się usługi krawieckie, tworzy się chór, ruszamy na Ziemie odzyskane, a między tym, jak litania - oddam dziecko za swoje, zdrowy niemowlak do oddania, przyjmę sierotę, przyjmę kilkuletnią dziewczynkę, oddam noworodka, szukam synka, szukam zaginionego malucha. 

Ogrom opisywanego przez Grzebałkowską cierpienia przytłacza, tak samo jak zagmatwane losy ludzkie - Polaków, Niemców, Ślązaków, Kaszubów, Ukraińców, Żydów. Nie sposób przepracować takiej traumy w kilkadziesiąt lat. My (autorka i ja na przykład), urodzeni, trzydzieści - czterdzieści lat po wojnie, nadal jesteśmy jej dziećmi, nadal nosimy w sobie tę traumę, najczęściej podświadomie. Dlatego tak bardzo dotknęła mnie ta książka, dlatego uparcie sięgam po pozycje tematycznie związane z wojną. 

Grzebałkowska kolejny raz napisała świetny reportaż - co ciekawe, starała się ująć temat z wielu perspektyw (co znakomicie jej wyszło), równocześnie zostawiając niewielki, ale bardzo istotny, skrawek dla siebie i swojej rodziny.

Moja ocena: 6/6

Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i Pokój, 420 str., Agora Warszawa 2015.