piątek, 20 lipca 2018

"Nutria i Nerwus" Małgorzata Musierowicz



Kolejny tom Jeżycjady, jak zwykle już, miał być przerywnikiem od cięższych lektur i w tej roli całkowicie się spełnił. Więcej z resztą od tej książki nie należy oczekiwać. Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką będzie Natalia, która właśnie ukończyła pierwszy rok studiów i otrzymuje swoje pierwsze oświadczyny. Uległa, spokojna i małomówna dziewczyna, po raz pierwszy wybucha i zaskoczona swoim atakiem pogrąża się w rozpaczy. Obawia się, że źle potraktowała absztyfikanta i nie jest pewna, czy podjęła dobrą decyzję. Trzeba przyznać, że bardzo typowy dylemat dla dwudziestolatki.... No ale jesteśmy u Musierowicz, miłość musi być, małżeństwo także. 

Natalia postanawia wyjechać nad morze, a chora Gabrysia ładuje jej na dokładkę swoje rezolutne córeczki. Wszystko jednak potoczy się całkiem inaczej niż zaplanowano. W pociągu Natalia staje się ofiarą napaści - otóż do przedziału dosiada się ponury i nerwowy osobnik, który przykuwa się do niej kajdankami. Osobnik ów to tytułowy Nerwus, brat Tunia, którego amory Natalia odrzuciła. W całej akcji swoje łapki maczała oczywiście żądna przygody Laura. Dziewczyny nad morze nie dojadą, tylko udadzą się w szaloną ucieczkę przez wielkopolskie bezdroża. Narwus będzie deptał im po piętach i przekona się, że odsądzana od czci i wiary Natalia, nie jest taka zła. A nawet całkiem fajna, wrażliwa i pięknie śpiewa. Czyli, jak zwykle, nowa historia miłosna. Na szczęście są Laura i Róża, które dodają powieści animuszu i dowcipu. 

Co ciekawe, w czasie podróży Laura zapada na ospę wietrzną, która sama w sobie może śmiertelną chorobą nie jest, ale dziewczynka w przerwach między wymiotami i gorączką, opycha się lodami, kąpie w jeziorze i wygląda na całkiem zdrową. Interesująca koncepcja przechodzenia ospy. W ogóle już w poprzednim tomie zauważyłam, że Musierowicz ma dziwny stosunek do jedzenia - dziewczyny piją wyłącznie colę czy fantę, opychają się non-stop lodami, słodyczami i parówkami, a z drugiej strony autorka gloryfikuje wiejską kuchnię i mleko prosto od krowy. Rozumiem, że akcja powieści rozgrywa się w 1994 roku, gdy społeczeństwo zachłysnęło się napojami gazowymi, algidą i innymi cudami, ale żeby tak bez żadnego umiarkowania?

Z zaskoczeniem odkryłam w Nutrii i Nerwusie cytat, który jest niezwykle aktualny, dziś chyba jeszcze bardziej niż w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku:

"Drugi człowiek jest nam potrzebny! - właśnie dlatego, że jest inny. (...)  A tymczasem ta inność własnie najbardziej dziś ludzi odpycha i straszy. Boją się jej tak, że wciąż na nowo się odgradzają, obudowują, opatrują etykietkami. Tworzą grupy, w których obowiązuje takie samo zdanie na każdy temat. Zapominają o tym, że to właśnie różnice zdań pozwalają dotrzeć do prawdy. Tylko czy ktoś jej dzisiaj potrzebuje?"

Nutria i Nerwus nie będzie moim ulubionym tomem - jest zbyt romantyczny, zbyt nierealny, ale jako przerywnik sprawdził się świetnie.

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Musierowicz, Nutria i Nerwus, 160 str., Wydawnictwo Akapit Press 1995.

czwartek, 19 lipca 2018

"Botanika duszy" Elisabeth Gilbert


Książka, która wzbudziła we mnie całą gamę różnorodnych emocji (wszystkie z resztą na "z") - od zdenerwowania, przez znudzenie, zaciekawienie i wreszcie zachwyt. Przebrnięcie przez pierwszych dwieście stron było dla mnie prawdziwym wyzwaniem - proza Gilbert zupełnie mnie nie porwała (do końca z resztą jej się to nie udało), a niesprzyjające warunki do lektury zupełnie mi nie pomagały. Czasem trafiam na powieści, które mogę czytać w tak zwanym międzyczasie - Botanika duszy zdecydowanie do nich nie należy. Przez wyżej wspomniane dwieście stron miałam ciągle wrażenie, że akcja się rozwija, wciąż czekałam na jakieś zawiązanie, zaciekawienie, zwrot, kulminację, tymczasem Gilbert w ekspresowym tempie opisywała życie Henry'ego Whittakera - zrobił, spotkał, odwiedził, przepłynął, wrócił. Jak sucha kronika życia. Obawiałam się, że tak będzie przez całą książkę i w wielu fragmentach faktycznie tak jest. Gilbert relacjonuje w kilku zdaniach wydarzenia całej podróży czy nawet lat. Zdaję sobie sprawę, że trudno opisywać wszystko krok po kroku, ale gdy główna bohaterka opływa świat - jako kobieta, w XIX wieku, na statku, to jakoś miałam wrażenie, że warto by napisać więcej o jej samopoczuciu. 

Ale może się czepiam? Bo w zasadzie nie to jest w tej powieści istotne. Gilbert opisuje bowiem życie wyjątkowej kobiety - Almy Whittaker. Ponad przeciętnie inteligentna i żądna wiedzy Alma odnajduje swoje powołanie w botanice, koncentrując się na mchach. Na podstawie wieloletnich obserwacji wysnuwa swoją wersję teorii ewolucji. Zainteresowania i badania botaniczne Almy są jednak tylko niewielką częścią epickiej warstwy powieści. Gilbert przede wszystkim odmalowała niemal monumentalny portret kobiety - niezbyt pięknej, postawnej, niezwykle samotnej, onieśmielającej swoją inteligencją, seksualnie niezaspokojonej, pełnej fantazji i fantastycznie dociekliwej. Alma to omnibus, erudytka, wspaniały kompan rozmów, osoba ciekawa wszystkiego. Chciałabym mieć taką przyjaciółkę. 

Botnika duszy to jednak nie tyko Alma. To jej ojciec - zadziorny, pewny siebie, bezkompromisowy, bezczelny, żądny pieniądza, nieokrzesany człowiek, który zbił fantastyczną fortunę, na botanice oczywiście. I jej matka - niezwykle inteligentna, surowa, opanowana kobieta. I adoptowana siostra - na pozór oschła, głupiutka, chowająca swoje uczucia za milczącą, bezuczuciową twarzą dziewczyna. Pośród ogromnej gamy bohaterów wyróżnia się Ambrose - świetny rysownik, badacz orchidei, erudyta i marzyciel. Człowiek, który poszukuje połączenia z siłą wyższą, pełen duchowości i mistycyzmu. Niezwykle przystojny mężczyzna, który naznaczy życie i losy Almy. To z nim będzie prowadzić rozmowy o duchowości, istnieniu wyższej siły, sensie bytu człowieczego - moim zdaniem najnudniejsze w całej powieści. Ta płaszczyzna jest według mnie niepotrzebna i nawet jej rozwinięcia na Tahiti mnie nie przekonuje, choć oczywiście sama postać tahitańskiego herosa wprowadza do opowieści zaskakujący wątek.

Botanika duszy to także powieść o epoce zmian - odkryciu kości dinozaurów, krystalizowaniu się idei ewolucjonizmu, a także o walce z niewolnictwem czy o odkryciach geograficznych i działalności misjonraskiej. Tło społeczne jest tu bardzo ważne, główna bohaterka interesuje się wszak wszystkim, a aktualnymi wydarzeniami w pierwszej linii. Gilbert wspomina o wielu faktach i postaciach historycznych: od Jamesa Cooka poczynając, na Charlesie Darwinie kończąc.

Muszę przyznać, że ta powieść ma zadatki na dzieło monumentalne, do tego o wydźwięku feministycznym, przedstawiające życie wyjątkowej kobiety - składniki, które bardzo cenię w prozie - gdyby nie nudny początek, byłaby to fantastyczna lektura. Wiem już, że należy Gilbert dać czas i poświęcić jej sporo uwagi. Moim błędem było to, że podeszłam do tej powieści jak do literatury lekkiej i przyjemnej. To moja pierwsza powieść tej autorki, ale błędnie wyszłam z założenia, że skoro napisała bestseller, to jej proza nie jest literaturą, której szukam. Na szczęście się omyliłam. Mimo ochoty porzucenia lektury, poczucia znudzenia i zniecierpliwienia, nie żałuję, że przeczytałam tę powieść. Na koniec jeszcze chciałam wyrazić słowa uznania dla tłumaczki - nie wyobrażam sobie nawet ogromu jej pracy!

Moja ocena: 4/6

Elisabeth Gilbert, Botanika duszy, tł. Ewa Ledóchowicz, 573 str., Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014.

wtorek, 17 lipca 2018

"Historia pszczół" Maja Lune


Trzy historie, które się ze sobą przeplatają, troje różnych bohaterów, trzy bardzo od siebie odległe miejsca akcji i trzy różne epoki. Łączy je jedno - pszczoły. 

Tao mieszka w Chinach, jest koniec XXI wieku. W państwie panuje głód, kobiety pracują przy zapylaniu kwiatów drzew owocowych. Życie jest ciężkie i obłożone mnóstwem regulacji, nikt nie pamięta już o postępie sprzed zaledwie kilkudziesięciu lat. Tao nie jest zachwycona tym zajęciem, wolałaby korzystać ze swojej ponadprzeciętnej inteligencji, ale nie ma wyboru. Radością jej życia jest trzyletni synek, który niestety zapada na nieznaną chorobę.

William mieszka w dziewiętnastowiecznej Anglii. Był obiecującym biologiem, ale poświęcił karierę dla rodziny, decydując się na handlowanie nasionami. Jego mentor i profesor unaocznia mu jego porażkę życiową, popychając Williama w depresję. Z tego stanu udaje mu się wyjść dzięki pomysłowi na nowoczesny ul. Z nowymi siłami zabiera się za jego projektowanie, mając pomoc w najstarszej córce, a nie, jak oczekiwał, w synu.

George mieszka w USA, jest początek XXI wieku, a jego farma jest całym jego życiem. George sam buduje ule dla swoich pszczół, dba o nie, troszczy się, kocha je. Gdy do jego uli dociera masowe wymieranie pszczół, George się załamuje. I George ma syna, w którym pokłada nadzieje, ten jednak decyduje się na studia i pracę dziennikarza.

Lunde opisuje życie tych trzech rodzin, jednak właściwym bohaterem powieści są pszczoły. To one są motorem działań, od nich zależy życie, dobrobyt i wreszcie pokarm. Najciekawszą historią jest zdecydowanie ta futurystyczna, opisująca życie na świecie po wyginięciu pszczół. Nie sposób odrzucić od siebie katastroficznej wizji - jest tak prawdopodobna, że czytelnika ogarnia przerażenie. Zapewne taka motywacja kierowała autorką, gdy pisała tę powieść. Oprócz tej zastraszającej wizji, zawarła w niej jednak o wiele więcej. W każdej z historii opisuje konflikt na linii rodzic-dziecko. W przypadku Tao jest on najmniej wyraźny - kobieta próbuje synka uczyć, przekazać mu swoją wiedzę, dziecko jednak nie jest tym zainteresowane, woli bawić się i biegać. Sama jest także traktowana jako dziecko przez kontrolujący wszystko organ państwowy i w efekcie staje się jego narzędziem.

William jest ojcem syna i sześciu córek. To właśnie syn ma być jego prawą ręką, dla niego składa pieniądze na uniwersytet, tymczasem okazuje się on być próżniakiem i nierobem. Ojciec długo nie zauważa zdolności, pracowitości i mądrości najstarszej córki, nie potrafiąc się wyrzec swoich planów i przekonań.

Podobnie jest z Georgem, który całe nadzieje pokłada w jednym synu, który w przyszłości ma przejąć hodowlę pszczół. George wszystko planuje dla niego, nie ma żadnego planu B, nie przyjmuje do wiadomości innej opcji - ani sprzedania farmy, ani wyjazdu na Florydę, którego pragnie żona, a najmniej tego, że syn może mieć inne plany zawodowe.

Szczególnie William i George zapatrzeni są w swoje wizje, w zasadzie to egoistyczni, skupieni na sobie, antypatyczni faceci. Gdyby nie Tao, nie wiem nawet, czy pokusiłabym się na dokończenie lektury, do tego stopnia mnie denerwowali. 

Historia pszczół to nie jest zła książka, to książka zdecydowanie potrzebna, niemniej mnie nie porwała. Na pewno odgrała tu dużą rolę wspomniana wyżej antypatia do męskich bohaterów, ale także nie zachwycił mnie sam język Lunde. Polskie tłumaczenie jest świetne, ale sama opowieść dość monotonna. Niestety po raz kolejny nie przypadli mi do gustu lektorzy - książki bowiem słuchałam - co w zasadzie nie jest nowością, bo z polskimi lektorami już często miałam problem.

Moja ocena: 4/6

Maja Lunde, Historia pszczół, tł. Anna Marciniakówna, czyt. Magdalena Schejbal, Leszek Filipowicz, Adam Bauman, 520 str., Wydawnictwo Literackie 2017.

poniedziałek, 16 lipca 2018

"Basia i przyjaciele. Lula" Zofia Stanecka, Marianna Oklejak


Coś dawno nie pisałam o Basi ;) No dobrze, może nie aż tak dawno, ale o Basi zawsze warto. Poza tym tym razem nie będzie stricte o Basi, tylko o jej kuzynce Luli. Jedynej kuzynce, która jest do tego całkowitym przeciwieństwem Barbary - jest zwiewna, poukładana i taka różowa. I pięknie tańczy. Nie to co dudniące podskoki Basi.


Perfekcyjna Lula jednak też ma problem - jest nim trema przed występem baletowym. Nawet pomysłowa i rezolutna Basia potrafi odprężyć kuzynkę tylko na moment, a gdy podczas występu upada, Lula jest bliska krzyku.


To książka o tym, jak dzieci radzą sobie ze stresem, jak ważne są dla nich występy przed dużą publicznością oraz obecność bliskich. W przypadku Luli jest to wiecznie zapracowany tata. Stres przed występem potęgowała bowiem niepewność, czy tata przybędzie.


Zofia Stanecka jak zwykle umiejętnie opisuje emocje dzieci, sposoby radzenia sobie z nimi, a także wskazuje jak pomóc dziecku je rozładować. To ponownie świetna okazja do omówienia tego tematu z dziećmi - nawet tymi starszymi. U mnie akurat starsza latorośl niechętnie występuje na forum publicznym. I ta starsza, dwunastoletnia latorośl, też sobie Basię przeczytała. Jak nikt nie patrzył.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Lula, 23 str., Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018.

niedziela, 1 lipca 2018

Stosikowe losowanie 7/18 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 211 książek) - 177
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowych (w stosie 56 książek) - 33
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 196 książek) - 55
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 31 książek) - 12
Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 105 książek) - 6
Guciamal wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 11 książek) - 5
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 111

czwartek, 28 czerwca 2018

"Baba Jaga w Ameryce" Zbigniew Dmitroca, Joanna Furgalińska



To kolejna książka z lubianej u nas bardzo serii Czytam sobie. Mój syn wprawdzie po polsku czyta, ale niezbyt chętnie sięga po dłuższe książki, więc nadal sprawdza się u nas ta seria, nawet poziom 2, zdecydowanie dla niego za łatwy. No ale jak tu nie czytać o Babie Jadze. I to w Ameryce!


Główna bohaterka dostaje list z Ameryki, od kuzyna, który popadł w tarapaty. Baba Jaga nie przypomina sobie żadnego kuzyna, ale przy pomocy magicznej kuli rozwiązuje tę zagadkę i wybiera się krewnemu na pomoc. A w Ameryce, jak to w Ameryce - cyklony, bizony i Nowy Jork!



W książce napotkaliśmy wiele, dla syna, nowych słów. Poczynając od tarapatów, poprzez telegram, sygnet, forsowny, skonstatować, mieć pietra po babulinkę i starowinkę. Właśnie wprowadzenie nietypowych i rzadziej używanych słów jest największym atutem tej serii. Dla moich dzieci, skazanych tylko na jedno źródło języka polskiego, to świetny sposób na rozszerzenie słownictwa.
A niezbyt długie zdania nie zniechęcają, wręcz przeciwnie zachęcają do samodzielnej lektury. Po napisaniu tej notki syn porwał książkę i przeczytał sam jeszcze raz. Czy może być lepsza rekomendacja?!

Zbigniew Dmitroca, Joanna Furgalińska, Baba Jaha w Ameryce, 48 str., Egmont, Warszawa 2017.