Bragança, czyli niby miasto, a jednak głęboka prowincja, gdzieś na północo-wschodnich rubieżach Portugalii. Niewiele się dzieje, życie jest ciężkie, klimat je jeszcze dodatkowo utrudnia. To tu Maria da Graça spędza dnie na sprzątaniu domu pana Ferreiry. To lokalny bogacz, którego dom w centrum miasta wymaga dużej atencji. Maria pierze, trzepie dywany, froteruje podłogę, ściera kurze, a pomiędzy tymi czynnościami zadowala pana Ferreirę także w inny sposób. Podczas rozmów ze swoją przyjaciółką Quitérią nie nazywa go inaczej niż oblech. Ów oblech pokazuje jej świat muzyki i sztuki, to biały, starszy mężczyzna, który tłumaczy świat kobiecie niższego stanu i niższego wykształcenia. I nawet jeśli to brzmi, jak brzmi, Maria przywiązuje się do niego i zaczyna rozważać istotę uczucia miłości. Jej osobisty mąż to kula u nogi, która znika na kilka miesięcy, by pracować na morzu. Co tam robi i z kim się w portach spotyka, Maria nie wie, bo para nie rozmawia.
Miłość zastanawia też Quitérię, która żyje samotnie, ale chętnie przyjmuje różnych mężczyzn, do momentu, gdy poznaje Andrija – młodego Ukraińca, którego rodzice (straumatyzowany ojciec i opiekuńcza matka) wysłali do Portugalii po lepsze życie.
Obie kobiety pojawiają się także na pogrzebach, by dorabiać sobie jako płaczki. Maria da Graça ma zresztą bardzo metafizyczne sny. Regularnie staje przed bramami nieba i prowadzi dialogi z świętym Piotrem – o miłości i sensie życia.
Valter Hugo Mãe podjął próbę zbliżenia się do najmniej uprzywilejowanego człowieka, czyli sprzątaczki. Nie czyni tego z góry, ani z takiej perspektywy jak chlebodawca Marii, stara się wejść w to środowisko i empatycznie oddać bolączki. Drugą nieuprzywilejowaną grupą są emigranci, którzy brną przez portugalskie społeczeństwo skazani na pomocną rękę i dobrą wolę – sami nie znają jeszcze języka i niosą własne traumy.
Portugalczyk formalnie próbuje dopasować się do treści – brak tu wielkich liter, brak dialogów. Mãe pisze ciągiem, tak jak ludzie mówią, wplata rozmowy w narrację, przeskakuje między osobami, między jawą, a snem. Na początku trudno się wgryźć w tę prozę, z czasem wpada się w jej hipnotyzujący rytm.
Mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych zalet tej powieści, ja nie jestem zadowolona z lektury. Temu jak najbardziej słusznemu przesłaniu i kompleksowi tematycznemu nie towarzyszy dobra historia – tak jak w życiu bohaterek niewiele się dzieje, tak niewiele mamy na kartach tej powieści, a poboczne wątki, choćby dotyczące zmarłych, którym towarzyszą kobiety, nie są umiejscowione na tyle, bym rozumiała sens ich przytaczania. Nie do końca też kupuję obie bohaterki – nie potrafię sobie wyobrazić prostych Portugalek tak zafascynowanych miłością cielesną i prowadzących takie rozmowy. Widzę je jako projekcję mężczyzny, który tak sobie życie kobiet wyobraża.
Cieszę się, że wreszcie sięgnęłam po prozę Mãe, bo portugalskie księgarnie są pełne jego książek, ale niestety fanką na razie nie zostałam.
Moja ocena: 4/6
Valter Hugo Mãe, apokalipsa ludzi pracy, tł. Michał Lipszyc, 200 str., Wydawnictwo Ossolineum 2022.






