wtorek, 17 lutego 2026

"Kartka miłości" Émile Zola


Hélène Grandjean wywodzi się z rodziny Macquart, jest córką Ursuli. Jej małżeństwo z Grandjeanem było zwykłe, zawarte z rozsądku, bez głębokiego uczucia. Mąż zdecydował się na przeprowadzkę do Paryża, lecz tuż po niej umarł, zostawiając Hélène wraz z jedenastolenią Jeanne. Kobieta wiedzie spokojne życie na uboczu Paryża, poświęcając się całkowicie chorowitej córce, która wydaje się mieć w sobie gen zmarłej w szpitalu psychiatrycznym prababki. Jeanne cierpi na nerwowe napady, przypominające epilepsję. Podczas jednego z takich ataków Hélène wzywa na pomoc młodego lekarza z sąsiedztwa. Piękna wdowa wzbudza w nim ciepłe uczucia, ale i przystojny lekarz pokazuje jej, że nie jest obojętna na uczucia. Małżeństwo nie stanowiło dla niej w tej kwestii spełnienia, więc teraz Hélène pogrąża się w marzeniach o romantycznej miłości. Dalsza część powieści jest oczywiście przewidywalna, bo że do romansu dojdzie jest oczywiste, tak samo jak to, że cała historia skończy się tragicznie. 
Zola wprowadza tu jednak wiele wątków pobocznych – jest prosta miłość między Rosalie, kucharką Hélène, i jej chłopakiem. Jest też romans Juliette, żony lekarza. Są tysiące plotek na ten temat wymienianych na licznych spotkaniach organizowanych przez Juliette – Hélène bowiem mimowolnie wpada w to towarzystwo. Są także, typowe dla Zoli, odwołania do świata zwierząt i roślin. Jest w końcu wierny przyjaciel Hélène, zakochany w niej i cierpliwie czekający na swoją kolej. 
Zola ukazuje ulotność zakochania, przemijanie tych uczuć, które nie mają według ówczesnych standardów rozsądnej podbudowy, ale równocześnie kreśli też ciekawy obraz matczynej miłości. Jeanne to dziecko diaboliczne – umiejętnie manipuluje matką, wymuszając na niej wyłączność uczucia. Szantaż emocjonalny to ustalony schemat działania dziecka, któremu matka ciągle ulega, co oczywiście zaprowadzi ją do zguby. 

Ten tom cyklu jest szeroko krytykowany, ale mnie paradoksalnie czytał się on dobrze. Dużo mniej w nim opisów przyrody (choć oczywiście są, bo dom doktora otacza piękny ogród, w którym Hélène i Jeanne spędzają całe dnie), więcej za to miasta, które kobiety obserwują z daleka, ze swojego mieszkania. Autor skupia się na przedstawieniu życia emocjonalnego i samej akcji, co ma znaczący wpływ na komfort czytania. Widać także wyraźnie, jak prowadzi swój wątek genetyczny, obarczając Jeanne podobieństwem fizycznym do prababki oraz jej chorobą.

Moja ocena: 4/6

Émile Zola, Ein Blatt Liebe, tł. Paul Heichen, 224 str., die Gehörgäng.

sobota, 14 lutego 2026

"Kaput. Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" Wolfgang Münchau


Że niemiecki cud gospodarczy jest przeszłością wiem od dawna. Że kraj jest zacofany cyfrowo też. Obserwuję problemy niemieckiej gospodarki i polityki niemal namacalnie, więc książka Wolfganga Münchaua nie była dla mnie zaskoczeniem. Zresztą nie sięgałam po nią w ciemno. Raczej chciałam poznać spojrzenie na te problemy dziennikarza Financial Times, do tego pisane dla czytelniczki angielskiej, bo przecież książka powstała w tym języku. Po lekturze jednak nie jestem w stanie stwierdzić, że jest to książka konkretnie celowana w czytelniczki i czytelników zagranicznych, bo jednak naszpikowana jest nazwiskami, skrótami, faktami z niemieckiej polityki i gospodarki, które były mi znane, a i tak musiałam się skupić, by wszystko sobie dobrze przypomnieć, gdyby padały tu jeszcze nieznane mi nazwiska, musiałabym pewnie wracać do niektórych fragmentów. 

Pomijając jednak ten fakt, to jestem zadowolona z lektury tej książki. Analiza Münchaua celuje w ukazanie momentów, w których popełniono błędy, a doszukuje się ich on w polityce lat 90. i dalej, gdy władzę po wielu latach rządów kanclerza Helmuta Kohla objęło SPD. Ówczesny kanclerz Gerhard Schröder stawiał na neomerkantylizm i ścisłe wspieranie wielkich koncernów przemysłowych. Jego polityka celowała w budowanie bliskich stosunków gospodarczych wraz z zarządami największych niemieckich koncernów z Chinami czy Rosją. To skupienie się na wspieraniu niemieckich firm, które były dla tego kraju emblematyczne od lat, kazało zapomnieć o stawianiu na nowe technologie. Niemcy przespały cyfryzację, nie postawiły na samochody elektryczne, ładowały pieniądze na ciągłe wspieranie wielkich firm, które stopniowo traciły na konkurencyjności na rynku światowym. Münchau szczegółowo analizuje te kwestie na szczeblu politycznym, nie oszczędzając wszystkich partii (choć najwięcej dostaje się chyba SPD), ale powołuje się też na swoje własne doświadczenia jako dziennikarza, ale i obywatela mieszkającego zagranicą. Ciekawy jest tu wątek zagranicznych specjalistów i ściągania do Europy wysoko wykwalifikowanych pracowników, bo nawet to nie wyszło Niemcom. Przy wielu kwestiach kiwałam głową, bo autor potwierdzał moje przemyślenia. Choć naturalnie nie przy wszystkich! Münchau bazuje na bliskich kontaktach ze światem polityki, na latach pracy dla Financial Times, wiedzy insiderskiej, więc jest to cenny punkt widzenia, który pozwala poznać nową perspektywę. 

Jeśli wciąż sądzicie, że w Niemczech rządzi wysoka wydajność, porządek, a dobrobyt jest codziennością, polecam wam tę książkę. W Polsce ukazała się pt. "Kaput: Koniec niemieckiego cudu gospodarczego" w Wydawnictwie Prześwity, w tłumaczeniu Barbary Kocowskiej.

Moja ocena: 5/6

Wolfgang Münchau, Kaputt. Das Ende des deutschen Wirtschaftswunders, tł. Britta Fietzke, 257 str., Verlag Herder 2025.

piątek, 13 lutego 2026

"Drei Kameradinnen" Shida Bazyar


Saya, Hani i Kasih są kumpelkami z dzieciństwa. Dorastały w jednej dzielnicy, wszystkie trzy są w Niemczech cudzoziemkami, wyróżniającymi się cudzoziemkami. Ich odcień skóry może być inny, a także kultura, zwyczaje, zachowania i oczywiście język. Autorka jednak nigdy nie opisuje krajów pochodzenia swoich bohaterek, starając się stworzyć opowieść uniwersalną. Trzy kobiety spotykają się po latach z okazji przyjęcia weselnego koleżanki ze szkoły. Kasih jest narratorką tej opowieści i wspomina przeróżne wydarzenia z przeszłości, relacjonując aktualne spotkanie, przygotowania do wesela oraz głośny proces prawicowych narodowców, którzy dyskryminowali imigrantów, posuwając się do zabójstw. 

Kasih opowiada, jak wyglądało dorastanie w Niemczech, z jakimi bardzo przyziemnymi problemami borykała się ona i jej przyjaciółki, na jakie niezrozumienie trafiały, jak lawirowały wśród nieznanych im dotychczas zasad społecznych, by jak najlepiej dopasować się do otoczenia. Wspomina wszelakie mikroagresje, dyskryminacje, spojrzenia, uwagi. Podczas przygotowań do wesela przyjaciółki dyskutują o tym, jak im się żyje jako pracowniczki lub poszukujące pracy, postrzegają codzienną dyskryminację w inny sposób i zażarcie dyskutują te interakcje. 

Autorka tej powieści gra z czytelniczką, w bezpośrednich zwrotach odnosi się do przyszłych wydarzeń, stawia w wątpliwość prawdziwość konkretnych spotkań i zajść. Często okazuje się, że relacjonowane przez jedną z kobiet opowieści nie są prawdziwe albo podkoloryzowane. Zazwyczaj lubię taki związek na linii autorka-czytelniczka, tu jednak czułam się oszukana. Autorka była dla mnie zbyt obecna i zbyt często pogrywała w nieczyste karty. Nie mam tu w zasadzie pretensji do samej treści – poruszane tematy są arcyważne, punkt widzenia świetny, a pozostawienie bohaterek bez szczegółów co do ich pochodzenia świetnym zabiegiem, ale w nawale problematyki i przykładów umyka tu sama akcja, czy może w zasadzie historia tych trzech kobiet. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że kreacja tych postaci i ich losów służy tylko i wyłącznie stworzeniu manifestu o dyskryminacji i rasizmie. Autorka też wydaje się przekreślać wszystkich białych, w zasadzie nikt nie ma szans zrozumieć bohaterek i zostać przez nie zaakceptowanym. 

To ważna książka, zdecydowanie warta lektury, ale nie bez wad.

Moja ocena: 4/6

Shida Bazyar, Drei Kameradinnen, 350 str., Kiepenheuer & Witsch 2021.

czwartek, 12 lutego 2026

"Stan raju" Laura van den Berg


Bezdroża na Florydzie, wszędzie daleko, gorąco, wilgotno, samotnie – w taki świat wrzuca Laura van den Berg. W tym miejscu mieszka główna bohaterka książki i jej mąż. Tymczasowo. U matki. Pandemia pokrzyżowała jednak ich plany i utknęli na Florydzie na dłużej. Kobieta jest ghostwriterką i pracuje dla autora poczytnych kryminałów. Nigdy jednak go nie poznała, a zlecenia dostaje mailowo od grupy jego asystentów. Poza tym prowadzi mało spektakularne życie – rozmawia z siostrą i matką, spędza czas z mężem i psem, ale też niepokoi się stanem świata. Wraca on po pandemii do równowagi, ale pozornie. Na Florydzie następują po sobie przedziwne zjawiska atmosferyczne – przypominające potop ulewy, ale bez huraganowego wiatru, giną ludzie, a plakaty z ich podobiznami wiszą niemal wszędzie, wiele osób spędza czas z okiem umysłu. To urządzenie, które pewna firma rozdawała w czasie pandemii. Pomaga ono przenieść się w inne wymiary, ale i powoduje znikanie osób. Te obserwacje narratorki przeplatane są jej fragmentarycznymi wspomnieniami z młodości – przede wszystkim z pobytu w szpitalu psychiatrycznym. 

Powieść Amerykanki żyje atmosferą – zaduchem, upałem, ulewą, niepokojem. To nie piękna Floryda z palmami, oceanem i plażami. To przysłowiowe zadupie, gdzie nic się nie dzieje, wszędzie jest daleko i niczego nie ma. Pozornie niewiele jest w tej powieści akcji, ale retrospekcje i ów wątek poniekąd science-fiction powiązany z okiem umysły wprowadzają atmosferę niepokoju, grozy, poczucia nadchodzącego niebezpieczeństwa. I ja ten vibe kupiłam, namacalnie poczułam, ale niestety już sama historia mnie nie poruszyła. Owszem, czyta się tę powieść dobrze, ale na płaszczyźnie emocjonalnej nie zarejestrowałam u siebie żadnych wahań. 

Moja ocena: 3/6

Laura van den Berg, Stan raju, tł. Dobromiła Jankowska, 208 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

środa, 11 lutego 2026

"Góra prawdy" Therese Bohman

 


Hanna jest ośmiolatką, gdy jej dwunastoletni brat ginie. Chłopiec po mszy przygotowującej do konfirmacji wybiera się z kolegami na tytułową górę. To miejsce osnute legendami, wznoszące się nad fiordem. To tam mieści się grota, w której podobno męczono czarownice i która pochłania ludzi. Erik tej nocy ginie i mimo usilnych poszukiwań nigdy nie zostaje znaleziony. Spekulacje na temat tajemniczej groty i losów Erika już na zawsze będą zajmować mieszkańców miasta. Rodzice Hanny decydują się nie opuszczać domu i rodzina musi się nauczyć żyć z tą podwójnie niełatwą sytuacją – utratą syna ale i plotkami oraz spojrzeniami otoczenia. Hanna już na zawsze będzie siostrą zaginionego. 

Bohman ukazuje Hannę w kilku momentach jej życia. Najpierw jako nastolatkę, która spędza najwięcej czasu z Marcusem. To on stanowi dla niej wsparcie w tym okresie. Później ich drogi się rozchodzą, a Hanna próbuje się dostać na uczelnię artystyczną. Po kolejnych niepowodzeniach pracuje w call center i trzyma się tego celu. W ostatniej części to już artystka, która kanalizuje swoje przeżycia w sztuce.

"Góra Prawdy" to spokojna powieść, Bohman jak zwykle stawia na dogłębny szkic postaci, na to, co dzieje się pomiędzy ludźmi, a nie na akcję. Zaginięcie Erika zmieniło całą społeczność i naznaczyło los Hanny, ale nie jest to bynajmniej powieść o traumie. Owszem jest ona obecna i rzuca cień, ale to też rzecz o szukaniu swojej ścieżki, o utracie kontaktu bez wyraźnej przyczyny i o sztuce, która leczy i koi.
Sztuka zresztą często jest obecna w powieściach Bohman i ten akcent zawsze wypada u niej bardzo na plus. 

To nie jest powieść, która uwodzi fajerwerkami, zwrotami akcji czy wielkimi wydarzeniami, ona uwodzi swoją kameralnością, spokojem, nastrojem, do mnie trafiła!

Moja ocena: 4,5/6

Therese Bohman, Góra Prawdy, tł. Justyna Czechowska, 192 str., Wydawnictwo Pauza 2025.

poniedziałek, 9 lutego 2026

"Dżiny" Fatma Aydemir


 

Hüseyin Yilmaz po latach harówki spełnia swoje marzenie – kupuje mieszkanie w Stambule, urządza je i zaprasza żonę oraz dzieci. Gdy wszystko jest gotowe, dzieje się to, o czym śpiewała Alanis Morissette w swojej piosence "Ironic", Hüseyin umiera na zawał. Wedle muzułmańskiej tradycji zmarłego należy pogrzebać jak najprędzej, więc rodzina rusza do Turcji z Niemiec. Yilmazowie to tureccy emigranci, z małej kurdyjskiej wioski, a autorka opowiada o ciernistej drodze integracji, w której zapewne każda imigrantka i imigrant odnajdzie jakiś wspólny komponent z własnym doświadczeniem. 

Fatma Aydemir przytacza w sześciu rozdziałach historię każdego z członków rodziny – czwórki dzieci: Sevdy, Hakana, Perihan i Ümita oraz rodziców: Emine i Hüseyina. Narracja w przypadku dzieci jest trzecioosobowa, a rodziców w drugiej osobie liczby pojedynczej. Tak jakby tytułowe dżiny oceniały ich życie, zwracając się bezpośrednio do nich. Każda opowieść odkrywa całe pokłady traum, żalu, niewypowiedzianych i realnych problemów społecznych. Najstarsza Sevda została w Turcji, gdy rodzice przeprowadzili się do Niemiec. Ani tam, ani później w Niemczech nie miała możliwości chodzić do szkoły, a rodzice szybko wydali ją za mąż. Hakan stoi w rozkroku między kulturami, imponuje mu rap, subkultura, przerywa naukę zawodu i ciągle czuje się tym innym, cudzoziemcem, ale tym gorszym cudzoziemcem. Równocześnie wie, że nigdy nie spełni oczekiwań ojca. Peri wyrywa się z domu, robi maturę, studiuje, a edukacja jest dla niej kluczem do otwartości, ale i oddala ją od rodziny. Najmłodszy Ümit czuje, że nie pasuje do rodziny, nie jest twardzielem, nie powiela tradycyjnych wartości, walczy ze swoimi demonami. 
Rodzice niosą natomiast cały szereg traum, o których się nie rozmawia, których się nie przepracowuje, które się dusi w sobie. 

Aydemir opisuje walkę o godne życie pierwszej fali emigracji – ludzi prostych, nie znających języka, nie mających możliwości, by się zintegrować, zamotanych we własne traumy i zajętych dorabianiem się. Ich dzieci stoją w tragicznym rozkroku między kulturami, a krok w obojętnie którą stronę będzie dla nich wyrokiem. Tu nie ma kompromisów – ty wybór rodziny lub nowego społeczeństwa. To, co rodzice łykali bez dyskusji, jest już dla nich nie do przeskoczenia. W tle Aydemir szkicuje obraz ówczesnych Niemiec, a szczególnie rasizm lub w najlepszym wypadku pobłażliwe traktowania cudzoziemców. Na pierwszym planie są zawsze uczucia bohaterów – wstyd, bunt, żal, złość, duma, honor i poczucie odarcia z godności. Nawet jeśli miałam świadomość niełatwej sytuacji tureckich emigrantów, szczególnie pierwszej fali, to ta osobista jednostkowa perspektywa pokazuje jeszcze inny jej wymiar.

"Dżiny" czyta się jednym tchem, co więcej podczas lektury kilkakrotnie miałam ciarki (naprawdę, odczuwałam bardzo silne emocje) i nawet dość mocne zakończenie (kumulacja nigdy nie jest najlepszym pomysłem) nie zepsuło mi odbioru tej książki. Co więcej, jestem skłonna stwierdzić, że pasuje ono do całości, w wymiarze metaforycznym przede wszystkim. Bardzo podoba mi się także tytuł, który wspaniale nawiązuje do tureckiej kultury, a zły dżin obecny jest zresztą w życiu każdego bohatera i każdej bohaterki. To wspaniała powieść, już wiem, że na pewno będzie w topce tego roku.

W Polsce książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Cyranka w przekładzie Zofii Sucharskiej.

Moja ocena: 6/6

Fatma Aydemir, Dschinns, 368 str., Fischer 2022.

niedziela, 8 lutego 2026

"Męczennik" Kaveh Akbar


Jak pisać o powieści, która na Goodreads ma wysokie oceny, podoba się większości znajomych, a mnie nie zachwyciła? Co ja mówię, nie zachwyciła! Nie podobała się do tego stopnia, że po 40% ją porzuciłam. Gdy dotrwam do tego etapu, zazwyczaj nie rezygnuję z dalszej lektury, bo jednak szkoda mi poświęconego jej czasu. Niestety w "Męczenniku" nie znalazłam niczego, co by mnie zainteresowało, choć początkowo spodziewałam się, że będzie to lektura idealna dla mnie. 

Cyrus Sharm – główny bohater pochodzi z Iranu, a w USA wylądował jako niemowlak po tym, jak jego matka zginęła w samolocie przypadkowo zestrzelonym przez siły amerykańskie. W Indianie ojciec pracuje w fabryce kurczaków, a Cyrus dorasta bardziej jako dziecko amerykańskie niż irańskie. Teraz, już dorosły, próbuje swoich sił jako poeta, a poza tym głównie pije i konsumuje różne substancje. Jego idée fixe jest śmierć męczeńska i ten temat postanawia eksplorować w swojej sztuce. W tym celu udaje się do Nowego Jorku, gdzie umierająca na raka artystka w ramach performansu w muzeum odpowiada na pytania odwiedzających. 

Historia Cyrusa przeplatana jest wspomnieniami z dzieciństwa i młodości matki oraz wujka, którego zamierzała odwiedzić w Emiratach, gdy siedziała w owym pechowym samolocie. Nie wiem oczywiście, jak dalej rozwija się ta powieść, ale, jak pisałam, nie znalazłam w tym, co przeczytałam, żadnego punktu zaczepienia. Co gorsza książki słuchałam, więc w zasadzie powinna być lżej strawna, ale nawet w takiej formie nie utrzymała mojej uwagi.

Jednak nie tylko sama historia jest tu męcząca, nomen omen, ale i sposób jej podania. Autor operuje tym rodzajem pióra, którego nie trawię. Jego opowieść to relacja, która opiera się na zdaniach: Cyrus poszedł, Cyrus powiedział, Cyrus usiadł itd. oraz opisie picia, ćpania i miałkich rozmów. Szkoda, ale odkładam bez żalu.

Kaveh Akbar, Märtyrer!, tł. Stefanie Jacobs, 400 str., Rowohlt 2025.