Moją pierwszą książką Antunesa były "Zadupia" i zaiste nie była to lektura łatwa. Podejrzewałam, że nie zostanę fanką frazy Portugalczyka, ale równocześnie wiedziałam, że muszę przeczytać kolejne jego powieści. Bo to pisarz z gatunku tych – nie rozumiem do końca, ale doceniam. Nie inaczej jest w przypadku "Karaweli", w których trudno szukać linearnej akcji, bohaterów i konsekwentnego prowadzenia wątków.
Antunes tworzy swój własny świat poza czasem i miejscem, z Lizbony tworząc Lixbonę, w której umieszcza cały kalejdoskop portugalskich postaci historycznych. Spotykają się tu osoby z różnych epok, okresów, miejsc, by wspólnie czekać na portugalskiego zbawcę, czyli króla Sebastiana, który w XVI wieku zginął w bitwie w Maroku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Mit sebastianizmu jest do dziś żywy w Portugalii, choć oczywiście w powrót monarchy na białym koniu nikt już nie wierzy.
Punktem wyjścia "Karawel" jest Rewolucja goździków, która dla Portugalii oznaczała koniec dyktatury, ale i koniec kolonializmu. Tysiące obywateli wracają więc do ojczyzny jako "retornados". Wraz z nimi wracają duchy największych postaci portugalskiej historii i wcale nie jest to powrót w chwale. Antunes tworzy groteskowy obraz wielkich żeglarzy, odkrywców, poetów, często czyniąc z nich nieudaczników, przegranych, rozczarowanych życiem. Portugalczyk opisuje przy tym Lizbonę jako miasto brzydkie, zaśmiecone, smutne, zaniedbane. Jego arsenał duchów ma za kulisy miasteczko strachów. Tytułowe karawele nie wiozą już Portugalczyków ku chwale i nowym odkryciom, teraz są symbolem powrotu na kontynent i to powrotu z podkulonym ogonem.
Antunes w długich zdaniach kolekcjonuje metafory, by opisać ten bezsens, brzydotę miasta i ludzi. Zachwyca tu celnością obserwacji, ale i obrazoburczością. Bez wstydu i respektu demaskuje ludzi, historię i portugalskie mity. Jego fraza, która świetnie pasowałaby do baroku, nie ułatwia jednak tej demaskacji. Czytelniczka musi dać się jej ponieść, zrezygnować z prób doszukania się wątków, postaci, narracji, lecz rzucić się w rozbujane sztormem fale i obserwować kolejne opisy, porównania, zaskakujące metafory. Trudno mi sobie wyobrazić, że osoba nieobeznana z Portugalią wyłapie nawiązania Antunesa, nawet po przeczytaniu wstępu Wojciecha Charchalisa i zaglądaniu do przypisów. Co więcej nawet osoba nieco obeznana z Portugalią, nie wyłapie wszystkich nawiązań – ale ma szansę poczuć klimat tej powieści zmysłami, zrozumieć na poziomie emocjonalnym nieuchwytność portugalskiej melancholii, zbliżyć się nieco do tego, co kryje w sobie portugalska dusza. I jak pisałam wyżej – bardzo doceniam pióro Antunesa, ale jednak nie odczuwam na tej samej płaszczyźnie.
Za możliwość tego drugiego spotkania z prozą Antunesa dziękuję wydawnictwu.
Moja ocena: 4/6
António Lobo Antunes, Karawele, tł. Wojciech Charchalis, 212 str., Wydawnictwo Noir sur Blanc 2026.






