środa, 5 sierpnia 2026

"Żywe istoty" Iida Turpeinen


 

Vitus Bering szukał drogi z Azji do Ameryki Północnej, ale utknął gdzieś między Kamczatką i Alaską, a wraz z nim badasz Georg Steller. W 1741 roku życie na bezludnej wyspie oznaczało niemal pewną śmierć. Chyba że znajdzie się jakieś pożywienie i wybuduje łódź. Tym pożywieniem mogą stać się na przykład dziwne zwierzęta, żyjące u wybrzeży i żywiące się trawą morską. To pierwsze spotkanie człowieka z krową morską, która tak zafascynowała Stellera, że próbował ją zbadać. Z jego zapisków wiele nie przetrwało, ale owo zwierzę przed długi czas nosiło przydomek od imienia badacza. Niewiele później krów morskich już nie było, a ich nieliczne kości stały się tak pożądane jak niemal złoto. Około sto lat później nowy gubernator Alaski, Johan Furuhjelm, próbuje udowodnić, że to ziemia bogata i warta zachodu, a jednym ze sposobów jest odnalezienie szkieletu krowy. Równocześnie w Finlandii tworzy się wielkie kolejce szkieletów, ptasich jaj i innych zwierząt, powstają muzea, publikacje, rysunki. Kolejnych sto lat później John Grönvall wraz z braćmi zabiega o stworzenie ptasiego rezerwatu na jednej z fińskich wysp, później staje się specjalistą od ptaków, zajmuje się rekonstrukcją jaja wybitej doszczętnie alki wielkiej, aż w końcu w jego ręce trafia szkielet krowy morskiej.

Owo łagodne, wielkie zwierzę staje się kanwą tej opowieści. Nikt nie wie, jak dokładnie krowa wyglądała, jakie miała zwyczaje i jak żyła, ale Turpeinen czyni ją wielką królową tej powieści i przyczynkiem do zrelacjonowania historii kilku wielkich odkrywców, botaników i naukowców. Oraz ich żon, rodzin, ale i ukazania ówczesnego świata, realiów życia, sposobu przemieszczania się i zdobywania okazów. To wreszcie opowieść o stosunku do rdzennych mieszkańców danych okolic, tu szczególnie Alaski. Najważniejszym jednak tematem jest tu zagłada zwierząt. Beztroska ludzi, wybijanie dla zabawy, mordowanie dla samego mordowania, niszczenie kolejnych gatunków. Trudno o tym czytać ze spokojem, co ja mówię, czułam złość i obrzydzenie, szczególnie że niektóre z tych praktyk istnieją do dziś.

Książka Turpeinen ma spokojny rytm, nie ma tu zwrotów akcji i fajerwerków, to w zasadzie reportaż ubrany w szaty powieści. "Żywe istoty" spełniły moje oczekiwania – sporo się dowiedziałam i spędziłam wiele czasu na dalszym rozkminianiu krowy morskiej, choć nie słyszałam o niej pierwszy raz (miałam nawet okazję wiele lat temu widzieć manaty). 

Moja ocena: 5/6

Iida Turpeinen, Żywe istoty, tł. Sebastian Musielak, 304 str., Wydawnictwo Poznańskie 2025.



wtorek, 4 sierpnia 2026

"Masło" Asako Yuzuki


 

Masako Kajii wzburzyła opinię publiczną. Ta kobieta uwodziła kochanków swoim kunsztem kulinarnym, gotowała im wyrafinowane potrawy, a następnie mężczyźni ginęli. Policja podejrzewa, że Masako przyczyniała się do tych śmierci, więc kobieta czeka w areszcie na rozprawę. Ta sprawa interesuje Rikę, dziennikarkę, która pracuje w znanym tygodniku. Jako że jest kobietą, nie pisze sama artykułów, ale prowadzi do nich research. Zafascynowana postacią Kajii pisze do niej list i jako jedyna dziennikarka zostaje zaproszona do rozmowy. Ten kontakt będzie dla Riki początkiem zmian. 

Dotychczas zabiegana kobieta nie przywiązywała żadnej wagi do jedzenia, żywiła się gotowcami jedzonymi w biegu, w domu nie miała nawet podstawowych urządzeń i sprzętów do gotowania. Rozmowy o potrawach były jednak jedyną metodą na skuszenie Kajii do wywiadu. Szybko jednak okazuje się, że to podejrzana pociąga w tej relacji za sznurki, a Rika poddaje się jej nakazom. Dziennikarka początkowo radziła się swojej przyjaciółki ze studiów Reiko i to właśnie ona podrzuciła pomysł z rozmowami o przepisach, z czasem jednak relacja między kobietami słabnie. 

Rika całkowicie wciąga się w analizowanie postawy Masako Kajii, gotuje potrawy, korzystając z jej przepisów, wyjeżdża w region, z którego ona pochodzi, rozmawia z jej rodziną i znajomymi, a przy okazji sama się zmienia. Przede wszystkim przybiera kilka kilogramów, co spotka się z niewybrednymi komentarzami, Rika jednak zaczyna akceptować siebie taką, jaka jest. Przywiązuje więcej wagi do uciech życia, ale też kusi się na głębsze refleksje na temat sytuacji kobiet w Japonii. Asako Yuzuki snując tę powieść, kusi się bowiem na opis wielu typowych zachowań i norm społecznych w Japonii. To w zasadzie cały wachlarz: są przyzwyczajenia jedzeniowe, wcale nie tak zdrowe, jakby się można spodziewać, jest komentowanie wyglądu i ocenianie według niego charakteru, szczególnie kobiet, jest kwestia wychowania dzieci oraz łączenia go z pracą i wiele innych kwestii. Dzięki temu, że autorka dokładnie opisuje wnętrza domów, rytm dnia, przeróżne zachowania, można sobie świetnie wyobrazić codzienne funkcjonowanie Japonek i Japończyków, które mimo dziesiątek lektur z tego kraju, wciąż jest dla mnie zaskakujące.

Wątek kryminalny nie jest w tej książce najważniejszy, w zasadzie wcale nie jest ważny. To raczej powieść o poznawaniu samej siebie, o akceptacji własnej osoby, odnajdywaniu ścieżki, zrozumieniu swoich potrzeb. Nie jestem jednak całkiem zadowolona z lektury – mam wrażenie, że mogłaby zostać przycięta, bo miejscami mi się dłużyła. Ponadto powieść nie wzbudziła we mnie emocji – wszystkie bohaterki i bohaterowie pozostawili mnie zupełnie neutralną wobec ich losów. 

Moja ocena: 4/6

Asako Yuzuki, Masło, tł. Anna Wołcyrz, 520 str., Wydawnictwo Literackie 2024.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Podsumowanie lipca 2026

 


Przeczytane książki: 17

Liczba stron: 4897

Przeczytane książki:

– "Wady snu" Radka Denemarková
– "Nana" Émile Zola
– "DJ Bambi" Audur Ava Ólafsdóttir
– "Dewocje" Anna Ciarkowska
– "Mistrz gry" Joanna Lampka
– "Książka o przyjaźni" Maciej Marcisz
– "Facing the Sun" Janice Lynn Mather
– "Obywatelka" Claudia Rankine
– "Café Macondo" Maciej Wesołowski
– "The Golden Age" Tahmima Anam
– "Ritual" Malidoma Patrice Somé
– "Szwajcaria" Agnieszka Kamińska
– "Duch w szpitalu" Róża Hajkuś
– "Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła
– "Dom Drzwi" Tan Twan Eng
– "Dobre i złe" Samanta Schweblin
– "Pedro Páramo" Juan Rulfo

Lipiec był udanym miesiącem, bo na liczniku aż 17 książek, w tym 10 audiobooków. Słuchałam dużo, bo mam nowy abonament i korzystam, a i pracy sporo, więc umilam ją sobie w ten sposób.⁣
Poznałam trzy nowe kraje – Bahamy, Bangladesz i Burkinę Faso, mam więc nadzieję niebawem "ukończyć" kolejną literę mojego wyzwania.⁣
Na kluby książkowe przeczytałam dwie książki, natomiast z własnej półki aż dziesięć, co mnie szczególnie cieszy.⁣
Oprócz trzech wymienionych krajów, byłam w Czechach, Francji, Polsce, USA, Argentynie i Malezji.⁣

piątek, 31 lipca 2026

"Pedro Páramo" Juan Rulfo


 

Juan Preciado wyrusza do niewielkiego miasta Comala, gdzie się urodził, ale opuścił je wraz z matką jako mały chłopiec. Umierającej matce obiecał, że pojedzie tam i odnajdzie ojca Pedra Páramę, by odzyskać to, co mu się należy.
Gdy Juan dociera na miejsce, spotyka tylko duchy i opuszczone domy. Owe duchy szepczą mu historię miasta, gdy rządził nim Pedro Páramo – władca nieustępliwy, gwałtowny i brutalny. Sprytem i podstępem zdobywał bogactwo i cnotę wszystkich kobiet. Uczuciem darzył jednak tylko jedną, przyjaciółkę z dzieciństwa. Zraniona duma, zemsta i żal wydawały się być główną motywacją działań tego lokalnego kacyka. Juan odkrywa prawdę stopniowo, podobnie jak czytelniczka. A nie jest to łatwe odkrywanie.

Juan miota się między duchami, między jawą a snem, między wiarą i zwątpieniem. Czytelniczka natomiast miota się między postaciami, planami czasowymi i wydarzeniami. Zorientowanie się w narracji tej powieści to niełatwa sztuka. Początkowo podeszłam do niej z otwartą głową i śledziłam te różne płaszczyzny narracyjne, ale w pewnym momencie zgubiłam wątek i brnęłam do końca siłą rozpędu. Okolicznością zupełnie nie pomagającą w lekturze jest to, że nie lubię realizmu magicznego. 

Ostatecznie skończyłam lekturę bez poczucia satysfakcji i z zamętem w głowie. Na szczęście miałam możliwość zobaczyć film, który nie tylko nakręcono na motywach tego klasyka literatury meksykańskiej, ale fabularnie utrzymano bardzo blisko oryginału. Dopiero dzięki tej produkcji ułożyłam sobie w głowie całą fabułę i doceniłam powieść Rulfo.

"Pedro Páramo" to jednak kolejne potwierdzenie, że realizm magiczny w żaden sposób nie koresponduje z moją wrażliwością. Kupiłam nawet najnowsze wydanie wielu utworów prozatorskich Rulfo wydane PIW, ale gdy już przebrnęłam przez Pedra, zrezygnowałam z dalszej lektury.

Moja ocena: 3/6

Juan Rulfo, Pedro Páramo, tł. Kalina Wojciechowska, 152 str., Wydawnictwo Znak 2010.

czwartek, 30 lipca 2026

"Dobre i złe" Samanta Schweblin


"Dobre i złe" to zbiór sześciu opowiadań, które można określić jednym prostym słowem – dziwne. Dziwność zresztą to znak rozpoznawczy Argentynki i nie inaczej jest w przypadku tego zbioru.

Tematem przewodnim tych tekstów są relacje międzyludzkie, najczęściej na linii dziecko-rodzic, a Schweblin analizuje takie pojęcia jak poczucie odpowiedzialności, kruchość związków czy zaufanie. Wszystkie te teksty podszyte są poczuciem grozy, zawierają element horroru i wręcz zachęcają do alegorycznego odczytu. Schweblin tworzy całkiem zwyczajne światy – podróż samochodem, wakacje, wspólny posiłek rodziny, zabawa, ale te codzienne sytuacje rozwijają się w zaskakujący sposób, pociągając czytelniczkę w odmęty ludzkiego jestestwa. Wystarczy pomyśleć o matce, która wprawdzie funkcjonuje, ale balansuje na granicy odebrania sobie życia. Jak w tym opowiadaniu główne skrzypce zaczyna grać skórowanie królików, nie wiem. Autorka chętnie wplata takie zaskakujące elementy, które nagle świetnie współgrają z narracją. W pamięć zapada historia chłopca, który traci głos po tym, jak połknął baterię czy innego dziecka, które pragnie stać się koniem. Historia sióstr, które na wakacjach zaczynają opiekować się poetką-alkoholiczką też zakończy się w niespodziewany sposób. 

Schweblin już zawsze będzie się dla mnie łączyć z mrokiem, z czymś nieprzyjemnym jak zgrzyt kredy na tablicy. To te historie z życia, które chowamy gdzieś głęboko i usilnie próbujemy do nich nie wracać, topimy je w podświadomości, udajemy, że wszystko jest ok. Argentynka to wszystko wywleka i pakuje w piękny, wysmakowany język, dając nam prztyczka w nos i każąc myśleć o tym, o czym nie chcemy pamiętać. 

Moja ocena: 5/6

Samanta Schweblin, Dobre i złe, tł. Tomasz Pindel, 176 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

środa, 29 lipca 2026

Stosikowe losowanie – sierpień 2026


 

ZwL wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 22 książki) – 17
Guciamal wybiera numer książki dla Anny (w stosie 262 książki) – 131
Anna wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 196
McDulka wybiera numer książki dla Maniiczytania  (w stosie 41 książek) – 24
Maniaczytania wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 14 książek) – 9
Katarzyna wybiera numer książki dla Agnes (w stosie 10 książek) – 7
Agnes wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 3


"Dom Drzwi" Tan Twan Eng



Trzecia powieść Tana Twana Enga jest moją pierwszą, ale na jego prozę miałam od dawna chęć. Głównym powodem była oczywiście Malezja, która mnie bardzo ciekawi. Akcja "Domu Drzwi" rozgrywa się na wyspie Penang, na której spędziłam tydzień, więc książka ta była dla mnie sentymentalnym powrotem w to miejsce. Autor prowadzi narrację w trzech okresach czasowych – w latach 1947, 1921 i 1910. Te dwa ostatnie odgrywają tu najważniejszą rolę. W 1921 roku wyspę odwiedza angielski pisarz William Somerset Maugham i zatrzymuje się w domu Lesley Hamlyn i jej męża Roberta. Pisarz podróżuje po Azji ze swoim sekretarzem i kochankiem Geraldem, a pobyt u przyjaciela z młodości ma mu pomóc w rekonwalescencji po wypadku podczas pobytu w Sarawaku. 

William jest bardzo zainteresowany kontaktami Lesley z chińskim rewolucjonistą Sun Wenem, który odwiedził Penang, więc kobieta wraca do wydarzeń z roku 1910 i wieczorami opowiada swoje przeżycia – relacjonuje swój romans, pomoc Chińczykom, a także słynny proces jej przyjaciółki Ethel, która była pierwszą białą kobietą sądzoną w Kuala Lumpur za morderstwo. 

Tan Twan Eng snuje historię Lesley, która jest głęboko osadzona w ówczesnych realiach, do tego autor wplata w nią wydarzenia historyczne – proces Ethel, agitację chińskiego rewolucjonisty, podróże Maughama, kolonialny koloryt. Malajowi udaje się pokazać ówczesne stosunki społeczne – liczne grupy zasiedlające Penang i Malezję począwszy od potomków angielskich kolonizatorów, po przybyszów z Chin, Indii i innych krajów. Ten tygiel widać w strojach, językach, kuchni, a Lesley, mimo że jest białą uprzywilejowaną kobietą, jako że urodziła się na Penangu, łączy wiele z tych kultur w swoim życiu. 
Autor porusza także kwestie roli kobiet, Lesley ma stanowcze przekonania na ten temat i w rozmowach często wytyka mężczyznom brak równego traktowania. Sama stara się, na ile to możliwe, decydować za siebie. I wreszcie sporym blokiem tematycznym jest tu homoseksualizm, nie tylko ten skrywany. Eng dobrze szkicuje dylemat Maughama, który przecież pozostawił w Londynie żonę i córkę. Maugham zmaga się też z problemami finansowymi, ale i z procesem twórczym. I tu Engowi udało się dobrze naszkicować te rozterki.

"Dom Drzwi" to nie tylko ciekawa historia, wprawdzie z komponentem romansowym, któremu jednak daleko do harlequinowskiego, ale autor dodatkowo operuje przepięknym językiem. Jego opisy są metaforyczne, barwne, ale zdecydowanie nie nudne i nie kiczowate. Czuć tu zapachy i atmosferę Penangu, słychać ptaki i szum drzew, wszędobylska wilgoć unosi się z kart, a atmosfera Georgetown jest wręcz namacalna. Choć ton tej powieści niespieszny, to jednak połyka się ją błyskawicznie. Nie wiem, jak Tan Twan Eng to robi, ale podziwiam go za to. 

"Dom Drzwi" to powieść z gatunku tych, które się czyta jednym tchem, ale nie są płytką opowiastką. Ta książka łączy w sobie to, czego szukam w literaturze – potoczystość i wielki ładunek poznawczy. 

Jestem wdzięczna autorowi i tłumaczce za to, że zabrali mnie z powrotem na Penang, za wplecenie tylu faktów historycznych i liczne zwroty w hokkien i w malajskim, że potrafili wyczarować klimat wyspy. 

Moja ocena: 5/6

Tan Twang Eng, Dom Drzwi, tł. Agata Ostrowska, 416 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024.

wtorek, 28 lipca 2026

"Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję" Mateusz Pakuła


 

Książek o umieraniu i śmierci rodzica powstało już sporo. Trend ten zapoczątkował bodajże Tadeusz Różewicz tomem "Matka odchodzi". Do dziś pamiętam tę lekturę. Potem sięgałam jeszcze po wiele książek, w których autor czy autorka rozprawia się ze śmiercią rodzica. To nigdy nie będzie temat oklepany, bo to wydarzenie trudne niemal dla każdej osoby i trudno odmawiać innym potrzeby literackiego opracowania własnych przeżyć. Mając jednak w pamięci tyle różnych utworów tematyzujących ten sam proces, nie spodziewałam się, że Pakuła pokaże mi coś innego. Jego książka była dla mnie jednak wielkim zaskoczeniem, przede wszystkim formalnym.

Ojciec autora choruje na raka trzustki, więc szanse wyleczenia są minimalne. Pakuła opisuje więc jego kilkumiesięczny proces chorowania i umierania. Czyni to bardzo dosadnie, bez ogródek, skupiając się przede wszystkim na własnych odczuciach, wśród których dominuje złość, żeby nie użyć bardziej ostrego określenia. Złość na system, na lekarzy, na oddziały paliatywne, na kościół, na niemoc. To sytuacja, gdy człowiek nie ma najmniejszej szansy uleczenia, ale też nie może otrzymać pomocy, by skrócić męczarnie i oczekiwanie na śmierć. Ten temat pewnie każdemu z nas choć raz przemknął przez głowę, ale walka o prawo do eutanazji raczkuje, bo przecież sami zainteresowani w końcu umierają, a rodzina wyczerpana obserwowaniem tego procesu zapewne nie ma już na nią sił.

Pakuła jest reżyserem, więc sporo tu jego pracy, w treść wkomponował nawet sztukę, którą w tamtym okresie pisał. Sporo także rodzinnych opowieści, cudowny wywiad z babcią, która jako dziecko była z rodzicami na robotach w Niemczech – w audiobooku wspaniały! Czasami miałam poczucie, że wchodzę z butami w życie autora, ale skoro zdecydował się ze mną podzielić tymi historiami, to z radością ich wysłuchałam. 

Wspaniała książka, poruszająca, zostanie ze mną na zawsze.

Moja ocena: 6/6

Mateusz Pakuła, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, 280 str., Wydawnictwo Nisza/Agora 2025.