poniedziałek, 27 kwietnia 2026

"Helena Wiktoria" Katarzyna Witerscheim





Gdy umiera Stanisław Kroll, właściciel ogromnej fortuny, okazuje się, że dziedziczką zostaje jego siostrzenica kilkuletnia Helena. Rodzina jest w szoku, bo spodziewano się, że spadek przypadnie dorosłemu bratankowi – Edwardowi. Mała Helena wyjeżdża z matką i traci kontakt z przyjacielem Arturem. Gdy dziewczyna wraca jest już niemal dorosłą idealną partią do zamążpójścia. Piękna i bogata przyciąga wielu kandydatów, ale też budzi w rodzinie złą krew. Fortuna to możliwość wywindowania rodziny do arystokracji! Helena nawiązuje kontakt listowny ze studiującym we Wrocławiu Arturem i zwierza mu się ze swoich problemów. W kolejnych tomach akcja nabiera rumieńców, bo pojawia się konkretny kandydat na męża, zubożały hrabia, który ma zdecydowanie inne preferencje sercowe. Helena próbuje wdrożyć się w sprawy finansowe, co nie zawsze jest łatwe i często doprowadza ją do rozpaczy. Zdecydowanie nie ma tu łatwych rozwiązań, bo wiele osób forsuje swoje interesy finansowe i sercowe. 

Witerscheim wprowadza w tych trzech powieściach graficznych wiele kolorytu lokalnego i historycznego. W rozmowach przewijają się trzy języki: polski, niemiecki i śląski, a ich statu zmienia się wraz z miejscem zamieszkania i środowiskiem. Autorce udaje się pokazać, że Śląsk to tygiel kulturowy, a w jednej rodzinie współżyje wiele tożsamości. Historycznie to okres sankcji wprowadzanych przez Bismarcka oraz problemach na kopalniach, którymi zarządza rodzina Heleny. Artur jako nosiciel polskiego nazwiska nie ma łatwego startu jako przyszły lekarz we Wrocławiu. I wreszcie mamy różnice klasowe – aspirująca z powodu majątku do arystokracji rodzina Krollów to ówcześni nowobogaccy. 

Autorka umiejętnie wprowadziła wątki LGBTQ, co akurat bardzo mi się podobało. Mniej sama postać Heleny – oczekiwałam od niej większej emancypacji i świadomości, widać jednak rozwój tej postaci i spodziewam się, że w kolejnych tomach będzie ciekawie. 

Co do samej kreski, to u mnie zachwytu nie ma. Zdecydowanie bardziej podobają mi się postaci męskie, żeńsie są na mój gust zbyt barokowe. 

Z przyjemnością przeczytałam te trzy tomy, przede wszystkim ze względy na śląskie tło – to zawsze dla mnie największy smaczek. 

Moja ocena: 4/6

Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Szlajfki, 190 str., Wydawnictwo Studio JG 2018.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Kusiki, 255 str., Wydawnictwo Studio JG 2020.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Ymocyje, 313 str., Wydawnictwo Studio JG 2024.

czwartek, 23 kwietnia 2026

"Księga łabędzi" Alexis Wright


Oblivia Ethy(lene) mieszka wraz z opiekującą się nią Bellą Donną na bagnie – gdzieś na północy Australii. Tam, gdzie życie niewygodne i dokąd można zepchnąć wszystko, co niepotrzebne. Na przykład zdezelowane łodzie. Albo Aborygenów. Niech sobie tam mieszkają na bagnie, wierzą w swoje mity i męczą się z łabędziami. Jak będą daleko, to nie będą stanowić problemu, a może się nawet uda o nich, tak jak o starych łodziach, zapomnieć. Brzmi znajomo? I słusznie. Taktyka znana i stosowana wobec rdzennych mieszkańców nie tylko w Australii.

Wright osadza jednak tę powieść w niedalekiej przyszłości, gdy katastrofa klimatyczna na pełnej, a poprawność polityczna na drugiej pełnej, więc zróbmy z Aborygena prezydenta. I nie zapominajmy o łabędziach. I oczywiście o kulturze i wierzeniach aborygeńskich. Autorka to wszystko miesza i tworzy powieść mało zrozumiałą. Problemem nie jest to język, nawet jeśli wiele tu obcych wstawek, ani wierzenia – wszak z ciekawością poznaję nieznane mi kultury, a kompozycja. Przez pierwszą jedną trzecią książki w ogóle nie wiedziałam, o czym czytam. A gdy się już dowiedziałam, byłam tak znudzona, że nie umiałam w sobie wskrzesić ni krzty entuzjazmu dla tej prozy. I dla łabędzi. Przebrnęłam z dwóch względów. Książkę czytałam na klub książkowy, a sama autorka ułatwiła lekturę dużą dozą humoru, i to czarnego. 

Niestety brnęłam z taką niechęcią, że nic więcej mądrego o tej powieści nie napiszę. Nie mój vibe, nie moja wrażliwość. Szkoda, bo tematyka jak najbardziej wydawała mi się być moja.

Moja ocena: 2/6

Alexis Wright, Księga łabędzi, tł. Aga Zano, 362 str., Wydawnictwo ArtRage 2026.


niedziela, 19 kwietnia 2026

"Karawele" António Lobo Antunes


Moją pierwszą książką Antunesa były "Zadupia" i zaiste nie była to lektura łatwa. Podejrzewałam, że nie zostanę fanką frazy Portugalczyka, ale równocześnie wiedziałam, że muszę przeczytać kolejne jego powieści. Bo to pisarz z gatunku tych – nie rozumiem do końca, ale doceniam. Nie inaczej jest w przypadku "Karaweli", w których trudno szukać linearnej akcji, bohaterów i konsekwentnego prowadzenia wątków. 

Antunes tworzy swój własny świat poza czasem i miejscem, z Lizbony tworząc Lixbonę, w której umieszcza cały kalejdoskop portugalskich postaci historycznych. Spotykają się tu osoby z różnych epok, okresów, miejsc, by wspólnie czekać na portugalskiego zbawcę, czyli króla Sebastiana, który w XVI wieku zginął w bitwie w Maroku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Mit sebastianizmu jest do dziś żywy w Portugalii, choć oczywiście w powrót monarchy na białym koniu nikt już nie wierzy.

Punktem wyjścia "Karawel" jest Rewolucja goździków, która dla Portugalii oznaczała koniec dyktatury, ale i koniec kolonializmu. Tysiące obywateli wracają więc do ojczyzny jako "retornados". Wraz z nimi wracają duchy największych postaci portugalskiej historii i wcale nie jest to powrót w chwale. Antunes tworzy groteskowy obraz wielkich żeglarzy, odkrywców, poetów, często czyniąc z nich nieudaczników, przegranych, rozczarowanych życiem. Portugalczyk opisuje przy tym Lizbonę jako miasto brzydkie, zaśmiecone, smutne, zaniedbane. Jego arsenał duchów ma za kulisy miasteczko strachów. Tytułowe karawele nie wiozą już Portugalczyków ku chwale i nowym odkryciom, teraz są symbolem powrotu na kontynent i to powrotu z podkulonym ogonem.

Antunes w długich zdaniach kolekcjonuje metafory, by opisać ten bezsens, brzydotę miasta i ludzi. Zachwyca tu celnością obserwacji, ale i obrazoburczością. Bez wstydu i respektu demaskuje ludzi, historię i portugalskie mity. Jego fraza, która świetnie pasowałaby do baroku, nie ułatwia jednak tej demaskacji. Czytelniczka musi dać się jej ponieść, zrezygnować z prób doszukania się wątków, postaci, narracji, lecz rzucić się w rozbujane sztormem fale i obserwować kolejne opisy, porównania, zaskakujące metafory. Trudno mi sobie wyobrazić, że osoba nieobeznana z Portugalią wyłapie nawiązania Antunesa, nawet po przeczytaniu wstępu Wojciecha Charchalisa i zaglądaniu do przypisów. Co więcej nawet osoba nieco obeznana z Portugalią, nie wyłapie wszystkich nawiązań – ale ma szansę poczuć klimat tej powieści zmysłami, zrozumieć na poziomie emocjonalnym nieuchwytność portugalskiej melancholii, zbliżyć się nieco do tego, co kryje w sobie portugalska dusza. I jak pisałam wyżej – bardzo doceniam pióro Antunesa, ale jednak nie odczuwam na tej samej płaszczyźnie. 

Za możliwość tego drugiego spotkania z prozą Antunesa dziękuję wydawnictwu. 

Moja ocena: 4/6

António Lobo Antunes, Karawele, tł. Wojciech Charchalis, 212 str., Wydawnictwo Noir sur Blanc 2026.


sobota, 18 kwietnia 2026

"O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku" Timothy Snyder


 

Wydaje się nam, że o tyranii wiemy wszystko. Mamy świadomość, jakie są mechanizmy powstawania państw totalitarnych, wiemy, jak tyranii dochodzą do władzy, jakie stosują środki kontroli, jak zręcznie sięgają do demagogii. Wiemy, że populizm mają we krwi. Wiemy to, a mimo wszystko wciąż i wciąż obserwujemy te same mechanizmy. I często wpadamy w pułapkę poczucia, że nic nie możemy zrobić. 

Snyder w tej krótkiej książce stara się nam nakreślić, że nie jesteśmy bezsilni. W dwudziestu króciutkich rozdziałach opisuje wcześniej wymienione mechanizmy i daje konkretne wskazówki, jak my, jako zwykli ludzie, możemy ich przeciwdziałać, nawet jeśli to będzie jednostkowy protest.

To nie jest odkrywcza proza, ale też nie ma takich pretensji. Widzę tę książkę jako przewodnik dla młodego człowieka. Przewodnik, które współczesne procesy totalitaryzujące osadza w kontekście historycznym i literackim. Wiele tu odwołań do wydarzeń historycznych, wiele do prozy – sporo do polskiej. Dla mnie ta książka może nie była nowatorska, ale jednak warta lektury. Bo utwierdza mnie w moich przemyśleniach. Bo systematyzuje wiedzę. Warto.

W Polsce książka ukazała się pod tytułem "O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku" w przekładzie Bartłomieja Pietrzyka, a nakładem Wydawnictwa Znak.

Moja ocena: 4,5/6

Timothy Snyder, Über Tyrannei. Zwanzig Lektionen für den Widerstand, tł. Andreas Wirthensohn, 127 str., C.H. Beck 2025.

czwartek, 16 kwietnia 2026

"Kiedyś wszystko sobie opowiemy" Daniela Krien

 


Niespełna siedemnastoletnia Maria nie ma pomysłu na swoje życie, właśnie kończy się rok szkolny, a ona zupełnie nie ma ochoty na szkołę. Woli czytać "Braci Karamazow" i spędzać czas w gospodarstwie Brendelów. To rodzice jej chłopaka Johannesa, do którego się przeprowadziła. Maria stopniowo nabiera nowych umiejętności – pomaga w kuchni i w obejściu, a mieszkańcy ją akceptują, nawet babcia i Alfred – podobno były kochanek babci. Nadchodzi upalne lato, a z nim nowe wydarzenia. Mieszkaniec sąsiedniego gospodarstwa – Henner – zachodzi do sklepu Brendelów i zauważa Marię. Henner ma 40 lat i uchodzi za dziwaka. Mieszka sam, zagląda do kieliszka, chodzi swoimi ścieżkami. Maria jednak ulega mężczyźnie i zakochuje się w nim na zabój. 

Równocześnie życie wszystkich osób stoi u progu przemian. Upadł mur berliński, niebawem NRD zjednoczy się z RFN, a do Brendelów przyjeżdża niewidziany od 20 lat syn. Hartmut został wykupiony przez władze RFN z więzienia i rozpoczął nowe życie w Bawarii. Rodzina nie miała żadnego kontaktu i pierwsza wizyta syna z żoną i dziećmi jest nie lada wydarzeniem. Ale mimo że w wielkim świecie szykują się wielkie zmiany, to w tej małej wiosce życie toczy się utartym trybem wyznaczanym przez pory roku. 

Krien nie tłumaczy, dlaczego Maria wyprowadziła się z domu, ale przemyca pewne informacje, które skłaniają czytelniczkę do własnych domysłów. Wiemy, że matka i dziadkowie mieszkają niedaleko, wiemy, że ojciec opuścił rodzinę, wiemy, że dziewczyna była wzorową uczennicą. Krien świetnie pokazuje, jak rodzina Brendelów stopniowo akceptuje dziewczynę, jak Maria wskakuje w odpowiedni trybik gospodarskiej roboty i jak cierpi z powodu rozterek, gdy zakochuje się w Hennerze. Ten ostatni to zresztą postać dwuznaczna – Niemka balansuje w kreacji tego związku na cienkiej linii między romansem, a przemocą, a wychodzi z tego obronną ręką dzięki zakończeniu.

Warto też zwrócić uwagę na korelację między życiem mieszkańców, nawet jeśli jest ono poza głównym nurtem wydarzeń politycznych, a przemianami w NRD. Wszyscy podskórnie czują, że to czas wielkich wydarzeń, niekoniecznie zawsze dobrych – takie kwestie jak szkoła tracą na znaczeniu, dotychczasowe życie chwieje się w posadach, a to, co zakazane, staje się możliwe.

Krien należy do moich ulubionych pisarek niemieckich – uwielbiam jej na pozór mało spektakularną prozę, w której dotyka spraw bardzo ludzkich, emocji, rozterek, uwikłań w niełatwe relacje. Niemka pisze językiem dość prostym, ale sięga po ciekawe metafory, umiejętnie opisuje uczucia i relacje międzyludzkie. Ta powieść to jej debiut, a dla mnie jej ostatnia książka w dorobku. Pozostaje mi więc czekać na jej kolejne powieści.

Moja ocena: 5/6

Daniela Krien, Irgendwann werden wir uns alles erzählen, 259 str., Diogenes 2024.

wtorek, 14 kwietnia 2026

"Mord an der Algarve" Carolina Conrad


Gdyby nie tytułowe Algarve w tytule, nie sięgnęłabym po tę książkę. I zapewnie wiele bym nie straciła. Ale bardzo przyjemnie czyta się powieści, których akcja osadzona jest w regionie, w którym się mieszka. Nawet jeśli chodzi o miasteczko położone dokładnie na drugim końcu Algarve, w zasadzie dalej już się nie dało! Autorka sięga po sprawdzony już przez Gila Ribeiro sposób prowadzenia takiej historii – mamy główną bohaterkę, która mimowolnie ląduje w Portugalii i relacjonuje różnice kulturowe. 

Conrad stworzyła jednak zupełnie inną bohaterkę niż jej kolega po piórze. Anabela jest dziennikarką, urodziła się i wychowała wprawdzie w Niemczech, ale jej rodzice pochodzą z Portugalii i dzięki nim zna język i zwyczaje tego kraju. Wakacje spędzała przecież w rodzinnym Alcoutim. Tutaj też przylatuje na prośbę matki, która złamała rękę i potrzebuje pomocy w domu. Anabela właśnie przechodzi przez rozwód i taki wyjazd jest dla niej wytchnieniem. Tuż po przyjeździe dowiaduje się o wielu pogrzebach w okolicy, co skłania ją do spaceru po cmentarzu, gdzie faktycznie obserwuje, że w bliskim odstępie czasu zmarło wielu członków jednej rodziny. Anabela wietrzy tutaj nieprawidłowości i z dziennikarskim zacięciem rozpoczyna śledztwo, przy okazji poznając niezwykle pomocnego pracownika biblioteki. Równocześnie w bliskiej okolicy znaleziono ciało niemieckiego emigranta, który planował otwarcie projektu turystycznego dla wędrowców. Okazuje się, że policja kryminalna potrzebuje tłumaczki, a pracujący w policji kuzyn poleca właśnie Anabelę. Kobieta więc angażuje się w dwa różne śledztwa. I tutaj też nie brak wątku damsko-męskiego, bo kobieta zawiesza oko na jednym z komisarzy. 

Conrad w tych dwóch niezależnych wątkach tematyzuje szereg istotnych dla Portugalii kwestii. Śmierć Niemca jest bowiem wynikiem spekulacji nieruchomościami i ściśle wiąże się z rozwojem turystyki. Szereg zgonów we wiosce natomiast prowadzi w portugalską przeszłość – czasy Salazara i policji PIDE, biedę, lęk przed sąsiadem i emigrację. Wybierając takie właśnie wątki, Conrad przemyca w swojej książce wiele informacji na temat współczesnej historii Portugalii, a przyznać trzeba, czyni to umiejętnie. Sama postać Anabeli jest też przyczynkiem do wplecenia wielu kolokwializmów, idiomów czy portugalskich przysłów, choć sama kobieta nie będzie należała do moich ulubionych bohaterek. Conrad szkicuje osobę dość infantylną i skupioną na sobie (rzekomo przyleciała do Portugalii pomagać rodzicom) – ale moja sympatia do bohaterki oczywiście nie wpływa na odbiór całej książki. Wbrew tytułowi nie jest to jednak rasowy kryminał, raczej historia z dreszczykiem w tle, nie ma tu wielkiego napięcia i zwrotów akcji. Ot, lekka lektura na urlop w Portugalii.

Niestety odbiór całkowicie zepsuła mi lektorka audiobooka, która absolutnie nie zadała sobie trudu w czytaniu portugalskich, bardzo licznych, wtrąceń. Widać tu włoskie, brazylisjkie, niemieckie akcenty, ale jednego ze świecą szukać – portugalskiego Większość, o ile nie wszystkie, słów była dla mnie całkowicie niezrozumiała. I było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo dotychczas niemieckie lektorki i lektorzy bardzo mnie w tej kwestii rozpieszczali.

Moja ocena: 4/6

Carolina Conrad, Mord an der Algarve, 278 str., Rowohlt 2018.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

"Die Kieferninseln" Marion Poschmann


Gilbert Silvester jest docentem, a jakiego polem badań jest męski zarost, szczególnie w przypadku postaci religijnych. Ów Gilbert pewnego dnia budzi się z bardzo sugestywnego snu, według którego zdradza go żona. Jest on przekonany o prawdziwości tej wizji i niewiele myśląc, pakuje walizkę, kupuje bilet lotniczy i ląduje w Tokio. Po drodze kupuje kilka książek związanych z literatura japońskim, w tym tomik haiku Bashō. Ta lektura zachęca go do podążenia śladami słynnego poety i udania się na tytułowe sosnowe wyspy, czyli do Matsushimy. Tymczasem już w Tokio na stacji metra dostrzega młodego Japończyka, który chce zakończyć swoje życie. 
Gilbert zaprasza mężczyznę, by mu towarzyszył – ten jednak wcale nie chce poruszać się śladami Basho, lecz swojego podręcznika dla przyszłych sam0bójców. Ta niedobrana para szuka złotego środka i wyrusza we wspólną podróż, choć obojgu przyświeca inny cel.

Ta powieść nie uwodzi dynamiką akcji, Gilbert Silvester nie jest w Japonii po to, by zwiedzać i poznawać kraj, nieliczne retrospekcje także nie czynią tej książki ciekawszą, autorce chodzi tu o coś zupełnie innego. W centrum narracji stoi refleksja, zadumanie, rozważania, ale też różnice kulturowe między mężczyznami. Poschmann nie sięga tu po utarte obrazy Japonii, a raczej po szare osiedla, nieciekawe okolice, nudne krajobrazy, zabetonowane wybrzeża, w tle wciąż pobrzmiewa niedawne tsunami. 

Poschmann jest poetką, co widać w języku tym powieści. Autorka nie tyle cytuje haiku, ale każe swoim bohaterom tworzyć swoje, fragmenty prozatorskie także świadczą o jej lirycznym zacięciu – język jest piękny, obrazowy, zadumany. Mimo tych niewątpliwych zalet sama powieść mnie nie przekonała – nie jestem fanką tak lirycznej prozy, a samo przesłanie książki nie jest dla mnie jasne. Widzę tu chęć zatarcia granicy między snem a jawą, próbę oszukania czytelniczki i wzbudzenia jej wątpliwości.

Moja ocena: 3/6

Marion Poschmann, Die Kieferninseln, 165 str., Suhrkamp Verlag 2017.