niedziela, 21 czerwca 2026

"Imiona Felizy" Juan Gabriel Vásquez


Feliza była rzeźbiarką. Artystką. Kolumbijką. Żydówką. Feministką. Osobą niepokorną. Matką. Żoną. Rewolucjonistką. Córką. Emigrantką. Urodziła się w Bogocie w 1933 roku w Bogocie jako córka żydowskich emigrantów z Polski, a zmarła w wieku zaledwie czterdziestu ośmiu lat w Paryżu, na wygnaniu, podczas kolacji z przyjaciółmi. Jednym z nich był Gabriel García Márquez. Słynny pisarz twierdził, że rzeźbiarka zmarła ze smutku. 

W tej książce inny kolumbijski pisarz próbuje zrekonstruować życie Felizy – na podstawie rozmów z jej drugim mężem Pablem, jej dzienników i zapisków. Vásquez wyrusza w żmudną podróż poszukiwań i badań, by przedstawić nam jak najbardziej kompletny portret Felizy Bursztyn. I faktycznie, po zakończeniu lektury jestem usatysfakcjonowana. Poznałam osobę nietuzinkową, kobietę, która zawalczyła o swoją sztukę, ale też intensywnie przeciwstawiała się dyktaturze. Kobietę, która przeżyła wiele ciężkich chwil. Sztuka Felizy jest obrazem jej bezkompromisowości – to nie są eteryczne dzieła, ale rzeźby, które własnoręcznie spawała z odpadów żelaznych, ze złomu. To praca, która wymaga siły i samozaparcia. 

Kolumbijczyk stworzył potoczystą opowieść, której wysłuchałam z zainteresowaniem, poznając przyczyny smutku Felizy. Cieszę się, że poznałam nieznaną mi dotąd artystkę.

Moja ocena: 4/6

Juan Gabriel Vásquez, Imiona Felizy, tł. Katarzyna Okrasko, Wydawnictwo Echa 2026.


piątek, 19 czerwca 2026

"Das Ungeheuer" Terézia Mora


 

Darius Knopp stoi na zgliszczach swojego życia. Stracił pracę i żonę, i dom, i cała egzystencję, wegetuje i sprzeciwia się wysiłkom kolegi, by wyrwać go z marazmu. Jego żona, Flora, była Węgierką z pochodzenia, cierpiała na depresję i odebrała sobie życie. W lesie, całkiem sama, znaleziono ją dopiero półtora dnia po tym fakcie. Mora w naprzemiennej narracji oddaje głos obu osobom. Darius wyrusza bowiem w podróż na Węgry, by poznać miejsce pochodzenia żony i by ją pochować. Ta podróż jednak nie ma granic, ani ram i zamienia się w roadtrip po Europie południowej. Darius spotyka różne osoby, podąża za  przypadkowo poznaną dziewczyną, choruje, bije się, pije alkohol, daje łapówki, traci pieniądze, sens życia, wiarę. 

Podczas tej podróży czyta zapiski żony. Flora, mimo że odżegnywała się od swojej ojczyny, zostawiła mnóstwo zapisków po węgiersku, które Darius dał do przetłumaczenia. Z tego pamiętnika wyłania się obraz depresji, na którą kobieta cierpiała właściwie od zawsze. Z tych fragmentów można wyłuskać nieliczne informacje na temat jej dorastania, ale także na temat małżeństwa z Dariusem, które wcale nie było tak bezproblemowe, jak mogłoby się wydawać. Ten pamiętnik zaskakuje różnorodnością – są tu relacje, wspomnienia, wiersze, powtórzenia, fragmenty zupełnie niezrozumiałe. Tak jak Darius odbywa podróż fizyczną, samochodem, Flora odbyła podróż wgłąb depresji, równie samotną i równie przegraną.

"Das Ungeheuer" to powieść wielkich rozmiarów, która nużyła mnie niemal od początku. Nieliczne fragmenty z jakąś szczątkową akcją na chwilę zatrzymywały moją uwagę. Skąpe informacje o przeszłości Flory spełniały tę samą funkcję. Poza tym brnęłam przez tę książkę, a pod koniec już przebiegałam wzrokiem niektóre strony. Całkowicie odbiłam się od stylu, ale i od treści tej powieści, która z zasady powinna mi podejść. Czytałam już inną książkę tej autorki i miałam pozytywne wrażenia, niestety tutaj tytułowy potwór mnie pokonał.

Moja ocena: 2/6

Terézia Mora, Das Ungeheuer, 688 str., Luchterhand 2013.


środa, 17 czerwca 2026

"Siedem księżyców Maalego Almeidy" Shehan Karunatilaka


Maali Almeida ginie i przenosi się w zaświaty. Jak każda osoba. Tyle, że Maali Almeida jest Lankijczykiem, który jednoczy w sobie wszystkie najważniejsze grupy etniczne tego kraju – jako syn Syngaleza oraz pół-Burżki i pół-Tamilki. Maali miał ambicje zmiany świata, a chciał to uczynić za pomocą fotografii, najlepiej o takiej sile rażenia, jak słynne zdjęcia z wojny w Wietnamie, które zmieniło przynajmniej opinię publiczną, jeśli nie losy wojny. Niestety Maali to nie jest jednoznacznie pozytywny charakter – fotografuje dla tych, którzy zapłacą, miesza się w szemrane interesy, ma powiązania z handlem bronią, jest stałym klientem kasyna, a swojego chłopaka zdradza z kim popadnie. Ów Maali ląduje więc w zaświatach, które bynajmniej nie przypominają biblijnych wersji raju, ani buddyjskich czy hinduskich. To przestrzeń niemal biurowa, gdzie trzeba się zameldować, odstemplować, zbadać, odhaczyć. 
Tytułowe siedem księżyców to czas, który zostaje dany Maaliemu na zbadanie okoliczności własnej śmierci i zakończenie ziemskich spraw. To czas, w którym mu towarzyszymy, przenosimy się w przeszłość, poznajemy przyjaciół i rodzinę, a także inne osoby i zwierzęta, które spotyka w zaświatach.

Shehan Karunatilaka miał świetny pomysł na powieść – przeniesienie akcji w zaświaty daje mu duże możliwości narracyjne, ale i wymaga sporego kunsztu pisarskiego oraz wielkiej uwagi czytelniczki, by nie pogubić się w plejadzie postaci, retrospekcjach, ale i religijno-eschatologicznych wycieczkach. Lankijczyk nie boi się także tematów trudnych – główny bohater to gej, a to pozwala autorowi na wiele metafor z kontekstem seksualnym oraz na językową dezynwolturę. Najważniejszym tłem tej powieści jest jednak historia Sri Lanki, a przede wszystkim sytuacja kraju w latach 80., gdy walczyły ze sobą liczne grupy czy to rządowe, czy rewolucyjne. Nawet jeśli znałam historię tego kraju dość pobieżnie, to byłam w stanie zorientować się w opisywanych wydarzeniach, choć, nie przeczę, warto zagłębić się bardziej w te zawiłości. Karunatilaka wybiega także w dalszą przeszłość, nie oszczędzając państw kolonialnych, kusząc się na obrazowe metafory.

"Siedem księżyców Maalego Almeidy" to wielka powieść, niełatwa, czasem nużąca, wymagająca, nie do końca satysfakcjonująca europejską czytelniczkę, która zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie odczytać wszystkich nawiązań.

Moja ocena: 4/6

Shehan Karunatilaka, Siedem księżyców Maalego Almeidy, tł. Mariusz Gądek, 472 str., Wydawnictwo Marginesy 2023.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

"Die Habenichtse" Katharina Hacker


Jakob i Isabelle spotykają się ponownie po latach, w Berlinie, po atakach 9/11. Zakochują się, biorą ślub i lądują w Londynie. Jakob dostaje tę wyjątkową szansę, choć był dopiero drugim kandydatem. Jego kolega zginął jednak w Word Trade Center, więc to właśnie on może podjąć pracę w renomowanej kancelarii prawnej, która głównie zajmuje się pomocą w odzyskiwaniu utraconego mienia w Niemczech. Isabelle jest graficzką i może kontynuować współpracę ze swoją agencją z Wielkiej Brytanii. Ta para ma wszystko – siebie, miłość, pracę, dobre życie. I nie ma nic. Isabelle poznaje w Londynie Jima – ten handlarz narkotykami wywołuje w niej pewien rodzaj fascynacji. Jakob darzy estymą swojego szefa, który staje się dla niego mentorem, a jego homoseksualizm w pewien sposób opcją. 

Para mieszka w jednej z bardziej problematycznych dzielnic Londynu, co oznacza, że w sąsiedztwie słychać krzyki i awantury, a kilkuletnia Sara i jej kot zwracają uwagę Isabelle. Wiem, że brzmi to zachęcająco, ale to była chyba najnudniejsza książka ostatnich lat. Hacker tak poprowadziła swoje charaktery, że do końca nie były dla mnie zrozumiałe powiązania między nimi, nie mówiąc już o jakichś szczególnych cechach czy przywiązaniu do któregokolwiek z nich. Wszyscy, nawet to dziecko, byli mi całkowicie obojętni. Miała na to zapewne wpływ konstrukcja powieści – Hacker wplata dialogi w blok opisów, przeskakuje między osobami i miejscami, opuszcza części zdania, przestawia, powtarza, jednym słowem gmatwa swoją prozę do tego stopnia, że trudno odczuć jakąkolwiek przyjemność z tej lektury.

Nie jestem w stanie zrozumieć, co skłoniło jury do uhonorowania właśnie tej powieści Deutscher Buchpreis, bo nawet odrzucając moje powyższe uwagi, nie widzę tu niczego ciekawego i odkrywczego. Z pewną dozą zadowolenia zobaczyłam na choćby Goodreads, że nie jestem w mojej opinii odosobniona.

Moja ocena: 2/6

Katharina Hacker, Die Habenichtse, 310 str., Fischer 2012.

niedziela, 14 czerwca 2026

"Nie, po prostu nie" Nina Lykke


 

Ingrid i Jan są po pięćdziesiątce, synowie są już dorośli, choć wciąż mieszkają w domu, traktując go jak hotel, a życie stało się uporządkowane i dość nudne. Ingrid jest nauczycielką, Jan pracuje w ministerstwie. Po awansie, na jednej z firmowych imprez uwodzi go dużo młodsza koleżanka z pracy, Hanne. Jan w zasadzie zadowolony jest z małżeństwa i nigdy nie pociągała go zdrada, ale ulega chwili zapomnienia. 

Lykke opowiada nam tę historię z trzech perspektyw – Ingrid, Jana i Hanne, kreując trzy różne mikrokosmosy. Ingrid pozornie zadowolona z życia, dostrzega co raz więcej problemów – w domu i w pracy. Nie ma już tej energii i gotowości do akceptacji nowości wśród uczniów, ale coraz to nowych wymogów, jakie stawiane są przed nauczycielami. Równie mało przychylne podejście ma wobec własnych synów, którzy wykorzystują komfortową sytuację mieszkania w domu i pozwalania matce na obsługiwanie się. Ingrid wszystko to widzi, ale i nic specjalnie nie zmienia, akceptuje po prostu tę sytuację, choć w duchu na nią utyskuje.

Hanne ma za sobą kilka nieudanych związków i wciąż szuka spełnienia na tej płaszczyźnie. Dlaczego wybiera Jana do końca nie wiadomo, jednak inwestuje w ten romans i angażuje się emocjonalnie. Jan zaś sam nie wie, czego chce. Najchętniej chciałby mieć i Ingrid, i Hanne, a podejmowanie drastycznych kroków, takich jak separacja czy rozwód w ogóle nie leży w jego interesie. Kobiety jednak decydują za niego, bo one nie są tak chętne do zapewnienia mu komfortu życia na dwa fronty.

Lykke po raz kolejny stworzyła świetną satyrę współczesnego społeczeństwa, tym razem koncentrując się na problemie zdrady i małżeństw z długim stażem, przy okazji robiąc wycieczki w kierunku wychowania, szkolnictwa czy życia emerytów. I w tej powieści nie brak humoru i ironii, a przede wszystkim trafnych obserwacji i spostrzeżeń. Na pewno w przynajmniej kilku przemyśleniach czy zachowaniach bohaterek czytelniczka może przejrzeć się, niczym w krzywym zwierciadle. Lykke jak zwykle nie zawodzi.

Moja ocena: 5/6

Nina Lykke, Nie, po prostu nie, tł. Karolina Drozdowska, 288 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

czwartek, 11 czerwca 2026

"Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969" Frank Witzel


Jak napisać powieść, która zawiera w sobie cały kraj? Jak ująć nastrój, problemy, życie, atmosferę tego kraju? Witzel podjął się tego zadania, biorąc na tapet RFN lat 60. i 70. XX wieku. Ta monumentalna powieść pokazuje ten okres z perspektywy trzynastolatka i jego dorastania, ale tylko początkowo i pozornie, bo dość szybko okazuje się, że wysłuchujemy rozmowy dorosłego z kimś – nie wiadomo, czy to psycholog, psychiatra, policjant – w której relacjonuje swoje dzieciństwo. I znowuż nie jest to relacja linearna, bo trzeba ją wyłuskiwać spośród miliona dygresji, niechronologicznych opowieści, cytatów i nawiązań. Witzel idzie tu na całość i cytuje całe piosenki, przy okazji je analizując i tłumacząc, sypie łacińskimi sentencjami, powołuje się na inne książki czy odpływa w zupełnie niepowiązane z głównym (czy na pewno?) wątkiem rewiry. Tłem tych wywodów jest rozbuchany katolicyzm, choroba matki, tworzenie się RAF, czyli Frakcji Czerwonej Armii. Ta lewicowa organizacja terrorystyczna działała w NRF w latach 60.-90. głównie poprzez organizowanie napadów, porwań osób publicznych, podkładanie bomb itd. 

Witzel utkał z tych wszystkich elementów powieść ponad tysiącstronicową, a przebrnięcie przez nią było dla mnie ogromnym wyzwaniem i stało się tylko możliwe dzięki audiobookowi. Podchodziłam do tej lektury kilka razy, ale za każdym razem poległam. Nie odnalazłam się w tym chaosie, nie odszukałam dla siebie niczego porywającego, nie poczułam atmosfery, być może dlatego, że nie dzielę tych doświadczeń z autorem i docelową czytelniczką. Ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie, że ta powieść uzyskała nagrodę Deutscher Buchpreis w 2015 roku, bo nie jest to coś, po co sięgnie przeciętny, a i pewnie ponad przeciętny, czytelnik. Rozumiem zachwyt, który może wywołać, bo mnogość tematów, gęsta narracja, absolutnie fantastyczna ilość nawiązań świadczą o niezwykłej erudycji autora, ale z drugiej strony nie ma tu żadnego kroku w stronę czytelniczki. Są tu fragmenty porywając, ale jest też wiele tak zagmatwanych, że zupełnie traciłam wątek. Podziwiam inwencję autora, podziwiam te wszystkie fikcyjne dialogi, ankiety, wiersze, wyliczanki, strumienie świadomości, ale po pewnym czasie były dla mnie tylko bełkotem. Gdy skończyłam słuchać tej powieści/dzieła/pozycji? odczułam tylko i wyłącznie ulgę.

Moja ocena: 2/6

Frank Witzel, Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969, 1127 str., Matthes & Seitz Verlag 2015.

wtorek, 9 czerwca 2026

"To za dużo dla mnie" Darko Cvijetić


Filip Latinović – zbrodniarz wojenny – odsiedział w więzieniu dwadzieścia pięć lat za zbrodnie przeciw ludzkości. Skazany przez Trybunał Europejski, osadzony w Norwegii wraca na Bałkany, gdzie zmieniło się wszystko i nic. Spotykać będzie tam swoje ofiary i ich rodziny, ale i osoby, które go gloryfikują. Latinović to jednak już inny człowiek. Wie, co zrobił, wie, że się od tego nie uwolni i wie, że zostanie to z nim i z jego rodziną na zawsze. Jego syn jest synem zbrodniarza, jego wnuk jest wnukiem zbrodniarza. Każdy z nich mógł odziedziczyć takie skłonności.

Cvijetić stworzył powieść poza konwencjami. W krótkich rozdziałach bada temat banalności ludobójstwa, a czyni to na różnorakie sposoby. Są tu spotkania Latinovicia z innymi, jego rozmowy, przemyślenia. Są listy. Spotkania z samym autorem, czyli Darkiem Cvijeticiem. Są wreszcie wspomnienia. To opowieści o najgorszych torturach, gwałtach, mordach. Autor balansuje tu między poetyckim językiem, relacjami i oszczędnymi opisami, co ma porażające wpływ na czytelniczkę i skłania ją do rozważań nad karą i jej rolą, nad poczuciem winy, nad zadośćuczynieniem i nad wspominaną już banalnością zbrodni.

Cvijetić świetnie nawiązuje tu do klasyki literary, szczególnie do Hanny Arendt i "Zbrodni i kary", snując paralele, ale nie oceniając, pozostawiając wszystko do osądu czytelniczki. Ta książka ma ogromną siłę rażenia, ale jednak w pewien sposób odbiłam się od formy, choć z zasady taki sposób pisania mi odpowiada. Miałam tu jednak problemy z umiejscowieniem poszczególnych rozdziałów w czasoprzestrzeni. Nie jest to bezpośredni zarzut wobec książki, bo to rzecz zdecydowanie wyjątkowo, raczej wobec mnie samej, że nie potrafiłam podążyć za autorem, a może to było za dużo dla mnie?

Dziękuję bardzo wydawnictwu za przekazanie książki.

Moja ocena: 4/6

Darko Cvijetić, To za dużo dla mnie, tł. Dorota Jovanka Ćirlić, 174 str., Wydawnictwo Noir Sur Blanc 2026.