sobota, 2 maja 2026

Podsumowanie kwietnia 2026

 


Po słabym marcu, kwiecień był czytelniczo bardzo dobry! Przeczytałam i wysłuchałam aż 18 książek. Na kluby czytelnicze przeczytałam cztery książki, z półki aż dziewięć pozycji, ponadto udałam się do kolejnego nowego kraju, czyli Arabii Saudyjskiej. ⁣⁣
⁣⁣
W sumie odwiedziłam dziewięć krajów i czytałam dobrze lub bardzo dobrze. Najmniej przypadły mi do gustu "Księga łabędzi" oraz "Oto słońce". 

Przeczytane książki: 18

Liczba stron: 5134

Przeczytane książki:

– "Gdzie indziej" Yan Ge
– "Wejście" Stefan Hartmans
– "Oto słońce" Gunnhild Øyehaug
– "The Diver's Clothes Lie Empty" Vindela Vida
– "Mit kalter Hand" Michael Tsokos
– "Saudyjka za kierownicą" Manal asz-Szarif
– "Die Kieferninseln" Marion Poschmann
– "Mord an der Algarve" Carolina Conrad
– "Kiedyś sobie wszystko opowiemy" Daniela Krien
– "O tyranii" Timothy Snyder
– "Karawele" Antómio Lobo Antunes
– "Księga łabędzi" Alexis Wright
– "Helena Wiktoria. Szlajfki" Katarzyna Witerscheim
– "Helena Wiktoria. Kusiki" Katarzyna Witerscheim
– "Helena Wiktoria. Ymocyje" Katarzyna Witerscheim
– "Rebeka" Daphne du Maurier
– "Czesanie kota" Jane Campbell



Po słabym marcu, kwiecień był czytelniczo bardzo dobry! Przeczytałam i wysłuchałam aż 18 książek. Na kluby czytelnicze przeczytałam cztery książki, z półki aż dziewięć pozycji, ponadto udałam się do kolejnego nowego kraju, czyli Arabii Saudyjskiej. ⁣ ⁣ W sumie odwiedziłam dziewięć krajów i czytałam dobrze lub bardzo dobrze. Najmniej przypadły mi do gustu "Księga łabędzi" oraz "Oto słońce". Zapraszam was do podzielenia się waszymi kwietniowymi odkryciami!⁣

piątek, 1 maja 2026

"Czesanie kota" Jane Campbell


Stare kobiety zazwyczaj nikogo nie interesują. Są ciężarem, problemem, z którym "coś" trzeba zrobić. Tymczasem one mają tego świadomość, ale i mądrość, która pozwala im wiele akceptować, podejmować w tych ograniczonych ramach decyzje, przeżywać na nowo, odnajdywać skrywane namiętności, a nawet decydować o własnej śmierci. 

Jane Campbell jest w wieku swoich bohaterek, a ten zbiór opowiadań to jej debiut. Bardzo udany debiut, dodam. Wszystkie opowiadania napisane są pięknym językiem, zachwycają wyrafinowanym humorem, metaforami, celnością opisów. Podobnie jest z pomysłami na każde z nich – autorka wprawdzie kręci się w podobnym zakresie tematów, lecz każdy tekst naświetla inny aspekt, a wiele zakończeń było dla mnie zaskakujących. Campbell podejmuje takie tematy jak seksualność, zależność, odejmowanie sprawczości, niedocenianie i upupianie osób starszych. Wiele tu smutnych emocji, ale przy tym miałam poczucie, że autorka wyposaża swoje bohaterki w poczucie pogodzenia, pozwala im odnajdywać swoją ścieżkę. 

To zaskakująco dobry zbiór, absolutnie zachwycił mnie na płaszczyźnie językowej, doceniam też bohaterki, których w literaturze zdecydowanie za mało. jedynym minusem jest epilog, który sprawia wrażenie szkolnej rozprawki, analizującej opowiadania. Mnie taki łopatologiczny wykład potrzebny nie był.

Moja ocena: 5/6

Jane Campbell, Czesanie kota, tł. Dobromiła Jankowska, 192 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Stosikowe losowanie – maj 2026

 


McDulka wybiera numer książki dla Marty (w stosie 169 książek) – 
Marta wybiera numer książki dla Katarzyny (w stosie 17 książek) – 17
Katarzyna wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 17 książek) – 7
Guciamal wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1250 książek) – 105
ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 247 książek) – 219
Anna wybiera numer książki dla Agnieszki Baby Jogi (w stosie 52 książki) – 12
Agnieszka wybiera numer książki dla Manii (w stosie 47 książek) – 15
Mania wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 250 książek) – 127

"Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu" Anna Bikont


Sześć dziewczynek, które cudem, ale i wysiłkiem wielu osób przetrwały Holokaust. Każda z nich pochodziła z innego środowiska, miała inny start, stopień znajomości języka polskiego, możliwości przetrwania. Żadna z uratowanych nie znalazła poczucia szczęścia po wojnie. 

Bikont przedstawia sześć życiorysów, rozmawia z niektórymi z bohaterek, z ich rodzinami i przyjaciółmi, cytuje listy, pokazuje fotografie, próbuje zrozumieć decyzje i powojenne koleje losu. Gdy tylko może dopuszcza te kobiety do głosu. Tak jak różne są te kobiety, tak odmienne mogły być losy wojenne – kryjówki w domach, lasach, stogach, pomoc bliskich lub przerażająca samotność, zawsze niepewność, głód, przemożny lęk, często rezygnacja. Powojenne losy też są różna – w Polsce lub zagranicą, ale wszystkie naznaczone traumą i smutkiem. 

O Holokauście można przeczytać wszystko i wciąż odnajdywać inną perspektywę. Bikont zdecydowanie ma talent do odnajdywania takich nowych punktów, jej osobiste podejście do swoich bohaterek zawęża soczewkę i pokazuje tę zwykłą stronę codziennych zmagań w trakcie i po wojnie. Autorka jest tu widoczna, wspomina swoje próby kontaktu, rozmowy, ale nie jest to obecność zacieniająca meritum. 

Pięć z tych opowieści pochłonęłam jednym tchem, tylko jedną uważam kompozycyjnie za mniej udaną – tę o Małce i Wojdowskim, którą odebrałam jako zbyt chaotyczną. Niemniej to kolejna świetna pozycha spod pióra Bikont, zdecydowanie warta lektury.

Moja ocena: 5/6

Anna Bikont, Nigdy nie byłaś Żydówką. Sześć opowieści o dziewczynkach w ukryciu, 248 str., Wydawnictwo Czarne 2023.

wtorek, 28 kwietnia 2026

"Rebeka" Daphne du Maurier




Bezimienna bohaterka jest młodą kobietą, która straciła rodziców i zarabia na życie jako guwernantka bogatej Amerykanki. Podczas pobytu w Monte Carlo panie spotykają Maximiliana de Wintera, bogatego wdowca, właściciela słynnej posiadłości Manderley. Gdy chlebodawczyni bohaterki zapada na grypę, ona spędza sporo czasu z Maximem, który w obliczu planowanego wyjazdu obu pań, oświadcza się. Młoda kobieta godzi się na ten związek i zamieszkuje w legendarnym Manderley. Szybko okazuje się, że w posiadłości wciąż żywy jest duch poprzedniej żony Maxima – Rebeki. Nieśmiała, młoda dziewczyna ma trudności z objęciem nowej roli, szczególnie że pochodzi z innej sfery. Aklimatyzacji nie ułatwia jej ani mąż, ani zarządczyni domu, która hołubi zmarłą pierwszą żonę. Rebeka była bowiem piękna, zaradna, błyskotliwa, olśniewająca, towarzyska. Jednym słowem była wszystkim tym, czym nowa żona nie jest. Kobieta pozwala wepchnąć się w rolę kopciuszka, a Rebeka staje się dla niej niedoścignionym wzorem. 

Daphne du Maurier w swojej powieści stworzyła kilka wspaniałych portretów psychologicznych. To bowiem nie tylko główna bohaterka czy Rebeka, ale i pani Danvers, sam Max oraz kilka postaci pobocznych jest świetnie zarysowanych. ta powieść uwodzi jednak przede wszystkim atmosferą i bogatą symboliką – narracji wciąż towarzyszy nutka grozy, niepokoju, tajemniczości, zresztą samo zakończenie było dla mnie zaskoczeniem. Ogromny ogród otaczający posiadłość, pobliskie morze, zmienna pogoda – są wspaniałym tłem, do którego sięga autorka, by budować atmosferę i podsuwać klucze interpretacyjne. 

Mimo że ta powieść powstała w latach 30. XX wieku wciąż świetnie się czyta. Jak wspomniałam, zakończenie mnie zaskoczyło, ale właściwie cała akcja była wciągająca. Po skończeniu lektury wróciłam do początku, by jeszcze lepiej docenić klamrę, która domyka powieść i cały zamysł konstrukcyjny autorki. "Rebeka" to zdecydowanie powieść klasyczna, do której warto wrócić.

Moja ocena: 5/6

Daphne du Maurier, Rebeka, tł. Eleonora Romanowicz-Podolska, 448 syt., Wydawnictwo Albatros 2021.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

"Helena Wiktoria" Katarzyna Witerscheim





Gdy umiera Stanisław Kroll, właściciel ogromnej fortuny, okazuje się, że dziedziczką zostaje jego siostrzenica kilkuletnia Helena. Rodzina jest w szoku, bo spodziewano się, że spadek przypadnie dorosłemu bratankowi – Edwardowi. Mała Helena wyjeżdża z matką i traci kontakt z przyjacielem Arturem. Gdy dziewczyna wraca jest już niemal dorosłą idealną partią do zamążpójścia. Piękna i bogata przyciąga wielu kandydatów, ale też budzi w rodzinie złą krew. Fortuna to możliwość wywindowania rodziny do arystokracji! Helena nawiązuje kontakt listowny ze studiującym we Wrocławiu Arturem i zwierza mu się ze swoich problemów. W kolejnych tomach akcja nabiera rumieńców, bo pojawia się konkretny kandydat na męża, zubożały hrabia, który ma zdecydowanie inne preferencje sercowe. Helena próbuje wdrożyć się w sprawy finansowe, co nie zawsze jest łatwe i często doprowadza ją do rozpaczy. Zdecydowanie nie ma tu łatwych rozwiązań, bo wiele osób forsuje swoje interesy finansowe i sercowe. 

Witerscheim wprowadza w tych trzech powieściach graficznych wiele kolorytu lokalnego i historycznego. W rozmowach przewijają się trzy języki: polski, niemiecki i śląski, a ich statu zmienia się wraz z miejscem zamieszkania i środowiskiem. Autorce udaje się pokazać, że Śląsk to tygiel kulturowy, a w jednej rodzinie współżyje wiele tożsamości. Historycznie to okres sankcji wprowadzanych przez Bismarcka oraz problemach na kopalniach, którymi zarządza rodzina Heleny. Artur jako nosiciel polskiego nazwiska nie ma łatwego startu jako przyszły lekarz we Wrocławiu. I wreszcie mamy różnice klasowe – aspirująca z powodu majątku do arystokracji rodzina Krollów to ówcześni nowobogaccy. 

Autorka umiejętnie wprowadziła wątki LGBTQ, co akurat bardzo mi się podobało. Mniej sama postać Heleny – oczekiwałam od niej większej emancypacji i świadomości, widać jednak rozwój tej postaci i spodziewam się, że w kolejnych tomach będzie ciekawie. 

Co do samej kreski, to u mnie zachwytu nie ma. Zdecydowanie bardziej podobają mi się postaci męskie, żeńsie są na mój gust zbyt barokowe. 

Z przyjemnością przeczytałam te trzy tomy, przede wszystkim ze względy na śląskie tło – to zawsze dla mnie największy smaczek. 

Moja ocena: 4/6

Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Szlajfki, 190 str., Wydawnictwo Studio JG 2018.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Kusiki, 255 str., Wydawnictwo Studio JG 2020.
Katarzyna Witerscheim, Helena Wiktoria. Ymocyje, 313 str., Wydawnictwo Studio JG 2024.

czwartek, 23 kwietnia 2026

"Księga łabędzi" Alexis Wright


Oblivia Ethy(lene) mieszka wraz z opiekującą się nią Bellą Donną na bagnie – gdzieś na północy Australii. Tam, gdzie życie niewygodne i dokąd można zepchnąć wszystko, co niepotrzebne. Na przykład zdezelowane łodzie. Albo Aborygenów. Niech sobie tam mieszkają na bagnie, wierzą w swoje mity i męczą się z łabędziami. Jak będą daleko, to nie będą stanowić problemu, a może się nawet uda o nich, tak jak o starych łodziach, zapomnieć. Brzmi znajomo? I słusznie. Taktyka znana i stosowana wobec rdzennych mieszkańców nie tylko w Australii.

Wright osadza jednak tę powieść w niedalekiej przyszłości, gdy katastrofa klimatyczna na pełnej, a poprawność polityczna na drugiej pełnej, więc zróbmy z Aborygena prezydenta. I nie zapominajmy o łabędziach. I oczywiście o kulturze i wierzeniach aborygeńskich. Autorka to wszystko miesza i tworzy powieść mało zrozumiałą. Problemem nie jest to język, nawet jeśli wiele tu obcych wstawek, ani wierzenia – wszak z ciekawością poznaję nieznane mi kultury, a kompozycja. Przez pierwszą jedną trzecią książki w ogóle nie wiedziałam, o czym czytam. A gdy się już dowiedziałam, byłam tak znudzona, że nie umiałam w sobie wskrzesić ni krzty entuzjazmu dla tej prozy. I dla łabędzi. Przebrnęłam z dwóch względów. Książkę czytałam na klub książkowy, a sama autorka ułatwiła lekturę dużą dozą humoru, i to czarnego. 

Niestety brnęłam z taką niechęcią, że nic więcej mądrego o tej powieści nie napiszę. Nie mój vibe, nie moja wrażliwość. Szkoda, bo tematyka jak najbardziej wydawała mi się być moja.

Moja ocena: 2/6

Alexis Wright, Księga łabędzi, tł. Aga Zano, 362 str., Wydawnictwo ArtRage 2026.


niedziela, 19 kwietnia 2026

"Karawele" António Lobo Antunes


Moją pierwszą książką Antunesa były "Zadupia" i zaiste nie była to lektura łatwa. Podejrzewałam, że nie zostanę fanką frazy Portugalczyka, ale równocześnie wiedziałam, że muszę przeczytać kolejne jego powieści. Bo to pisarz z gatunku tych – nie rozumiem do końca, ale doceniam. Nie inaczej jest w przypadku "Karaweli", w których trudno szukać linearnej akcji, bohaterów i konsekwentnego prowadzenia wątków. 

Antunes tworzy swój własny świat poza czasem i miejscem, z Lizbony tworząc Lixbonę, w której umieszcza cały kalejdoskop portugalskich postaci historycznych. Spotykają się tu osoby z różnych epok, okresów, miejsc, by wspólnie czekać na portugalskiego zbawcę, czyli króla Sebastiana, który w XVI wieku zginął w bitwie w Maroku, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. Mit sebastianizmu jest do dziś żywy w Portugalii, choć oczywiście w powrót monarchy na białym koniu nikt już nie wierzy.

Punktem wyjścia "Karawel" jest Rewolucja goździków, która dla Portugalii oznaczała koniec dyktatury, ale i koniec kolonializmu. Tysiące obywateli wracają więc do ojczyzny jako "retornados". Wraz z nimi wracają duchy największych postaci portugalskiej historii i wcale nie jest to powrót w chwale. Antunes tworzy groteskowy obraz wielkich żeglarzy, odkrywców, poetów, często czyniąc z nich nieudaczników, przegranych, rozczarowanych życiem. Portugalczyk opisuje przy tym Lizbonę jako miasto brzydkie, zaśmiecone, smutne, zaniedbane. Jego arsenał duchów ma za kulisy miasteczko strachów. Tytułowe karawele nie wiozą już Portugalczyków ku chwale i nowym odkryciom, teraz są symbolem powrotu na kontynent i to powrotu z podkulonym ogonem.

Antunes w długich zdaniach kolekcjonuje metafory, by opisać ten bezsens, brzydotę miasta i ludzi. Zachwyca tu celnością obserwacji, ale i obrazoburczością. Bez wstydu i respektu demaskuje ludzi, historię i portugalskie mity. Jego fraza, która świetnie pasowałaby do baroku, nie ułatwia jednak tej demaskacji. Czytelniczka musi dać się jej ponieść, zrezygnować z prób doszukania się wątków, postaci, narracji, lecz rzucić się w rozbujane sztormem fale i obserwować kolejne opisy, porównania, zaskakujące metafory. Trudno mi sobie wyobrazić, że osoba nieobeznana z Portugalią wyłapie nawiązania Antunesa, nawet po przeczytaniu wstępu Wojciecha Charchalisa i zaglądaniu do przypisów. Co więcej nawet osoba nieco obeznana z Portugalią, nie wyłapie wszystkich nawiązań – ale ma szansę poczuć klimat tej powieści zmysłami, zrozumieć na poziomie emocjonalnym nieuchwytność portugalskiej melancholii, zbliżyć się nieco do tego, co kryje w sobie portugalska dusza. I jak pisałam wyżej – bardzo doceniam pióro Antunesa, ale jednak nie odczuwam na tej samej płaszczyźnie. 

Za możliwość tego drugiego spotkania z prozą Antunesa dziękuję wydawnictwu. 

Moja ocena: 4/6

António Lobo Antunes, Karawele, tł. Wojciech Charchalis, 212 str., Wydawnictwo Noir sur Blanc 2026.