sobota, 22 sierpnia 2026

"Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności" Patrycja Wieczorkiewicz, Aleksandra Herzyk


 

Patrycja Wieczorkiewicz i Aleksandra Herzyk zatopiły się w incelowski świat – czyli w uczęszczane przez nich fora dyskusyjne. Przez wiele miesięcy śledziły rozmowy, brały w nich udział, nawiązały kontakty z osobami z przeróżnych środowisk i podjęły próbę pokazania różnorodności tej niszy. Piszę nisza, ale to odrębny świat, ze swoim żargonem, grupami, hierarchią i regułami. 

Autorki przeprowadziły wiele rozmów, a niektóre z nich znalazły się w książce. Dzięki nim widać, że w tej bańce nie ma różnorodności – przedstawieni mężczyźni pochodzą z różnych środowisk, mają różne poglądy, są wśród nich osoby nieheteronormatywne, antynataliści, osoby o poglądach lewicowych, wiele z nich ma jakieś, często niezdiagnozowane do końca, zaburzenia. Można jednak także znaleźć punkty wspólne – wczesne wykluczenie, bieda, trudny dom, a w przypadku wszystkich przeraźliwa samotność.

Nie ma tu recepty na ten stan rzeczy, ale autorki cytują statystyki, poszerzają analizę, próbują znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy w społeczeństwie, ale jednoznacznej odpowiedzi tu nie ma. Na pewno pisanie tej książki wiązało się dla nich z dużym samozaparciem, odpornością na wysłuchiwanie inwektyw, tolerancją na zmienność rozmówców. Wiele z rozmów ciężko się czyta, choć u mnie nad złością przeważało współczucie. Ta lektura pokazała mi, co z ludźmi robi samotność, brak wymiany z osobami spoza bański, spoza komputera, wykluczenie, beznadzieja i brak widoku na zmianę perspektyw. 

"Przegryw" dał mi dużo do myślenia, wzbudził we mnie wiele emocji. Mam poczucie, że warto mieć świadomość istnienia tej grupy społecznej, warto wiedzieć o niej coś więcej niż memy i niewybredne żarty. Po lekturze jednak nadal nie mam pomysłu, jak zaradzić temu stanowi rzeczy.

Moja ocena: 5/6

Patrycja Wieczorkiewicz, Aleksandra Herzyk, Przegryw. Mężczyźni w pułapce gniewu i samotności, 336 str., Wydawnictwo W.A.B. 2023.

piątek, 21 sierpnia 2026

"Kiedy żurawie odlatują na południe" Lisa Ridzén


Bo stoi na końcu swojego życia, mieszka sam, towarzyszy mu tylko pies, codziennie odwiedzają go także pracownicy opieki domowej oraz regularnie syn. Rutynę dni przerywają rozmowy telefoniczne z przyjacielem. Bo relacjonuje swoje dni, które spędza głównie na odpoczynku, drzemkach i krótkich wyjściach z psem. Jako że tych wydarzeń nie jest dużo, to sporo tu wspomnień, przemyśleń, ale i lęków oraz mniej lub bardziej świadomego przygotowywania się na śmierć. Staruszek wspomina swoje małżeństwo, życie, wychowanie swoje i syna, a jego wspomnienia nie są pozbawione autorefleksji.

Mężczyznę zajmują bardzo przyziemnie sprawy, do których w zasadzie sprowadza się życie – jedzenie, toaleta, podstawowe czynności codzienne. Najważniejszym odnośnikiem dla Bo jest jego pies – ale opieka nad zwierzęciem zaczyna go stopniowo przerastać, co jest dla niego bardzo trudne do zaakceptowania. 

Ridzén przeplata monolog Bo, krótkimi notatkami, jakie zostawiają opiekunki i opiekunowie oraz rozmowami z synem. Narracja to jednak przede wszystkim perspektywa starego człowieka, świadomego końca, czekającego na odejście. Szwedka wspaniale przenosi czytelniczkę do jego głowy, pozwalając zrozumieć punkt widzenia, odczucia, świadomość degradacji ciała i umysłu. Obserwujemy stopniową stagnację, zapadanie się w siebie, żegnanie ze światem oraz akceptację tego stanu rzeczy.

To z założenia smutna książka. Surowy, typowy dla Skandynawek, styl autorki podkreśla emocje, które bez wątpienia rodzą się w czytelniczce. Ridzén bez ogródek, epitetów i ozdobników opisuje codzienność Bo, pokazując starość szczerze, ale i bez sensacji. Ja jednak nie odbieram tej powieści do końca jako wyciskacza łez, bo odchodzenie Bo jest wprawdzie smutne, ale pogodzone z losem, w domu, z godnością, bez bólu i rozpaczy. Myślę, że to taki rodzaj śmierci, którego wiele z osób by sobie życzyło. 

Ta powieść nie bez przyczyny jest bestsellerem, naprawdę warto po nią sięgnąć.

Moja ocena: 5/6

Lisa Ridzén, Kiedy żurawie odlatują na południe, tł. Wojciech Łygaś, 368 str., Wydawnictwo Albatros 2025.

piątek, 14 sierpnia 2026

"Półmistrz" Mariusz Czubaj


Sierpień 1939 roku, na pokładzie transatlantyku do Buenos Aires wyrusza polska drużyna szachowa na olimpiadę w Buenos Aires. Oprócz nich na statku jest wiele innych ciekawych person, np. Witold Gombrowicz. Atmosfera jest nieco nerwowa, wydarzenia polityczne są jednym z ważnych tematów rozmów, szachiści trenują, goście zapoznają się ze sobą, a wszystkich obserwuje niejaki Edward Abramowski, który ma do spełnienia pewną misję. 

Gdy jeden z gości zostaje brutalnie zamordowany, sytuacja robi się napięta. Wszyscy są zaniepokojeni i czują, że nie są informowani o wszystkim, załoga ukrywa morderstwo, a Edward ma pewne podejrzenia, szczególnie gdy nawiązuje kontakt z jedną z pasażerek – Niną. Samo śledztwo nie jest jednak clou tej książki – nawet mnie szczególnie nie ciekawiło. Najważniejsza jest tu atmosfera – w Europie wybucha wojna, wiadomości na statek, który tworzy swoisty mikrokosmos, dochodzą z opóźnieniem. goście różnej proweniencji muszą ze sobą współżyć, a dyskusje bywają ogniste. Szachiści mają swoje zwyczaje, rośnie napięcie w oczekiwaniu rozgrywek, a Gombrowicz to postać wyjątkowo oryginalna, która chętnie i soczyście komentuje ludzi i wydarzenia, sypiąc cytatami z przyszłych książek. Równie pyszne są nawiązania do wydarzeń współczesnych, delikatnie utkane w różnych wypowiedziach. Tropienie takich smaczków to sama przyjemność.

Po "Półmistrza" sięgnęłam tylko ze względu na szachy, jako że mam w domu mistrza, i to całego, ale nie one tu grają pierwsze skrzypce, podobnie jak zagadka kryminalna. To raczej świetny portret epoki, uchwycenie atmosfery niepokoju tuż przed wybuchem II wojny światowej, podgrzanej zamkniętym miejscem, w którym znaleźli się pasażerowie. 

Moja ocena: 4/6

Mariusz Czubaj, Półmistrz, 320 str., Wydawnictwo Znak 2023.

czwartek, 13 sierpnia 2026

"Rok, w którym nie umarłem" Mikołaj Grynberg


 

Proza autobiograficzna, rozprawienie się z poczuciem własnej nieśmiertelności, przewrócenie życia do góry nogami po granicznym doświadczeniu – to wszystko w literaturze już było. Grynberg pisze właśnie o tym i tworzy coś nowatorskiego, choć trudno na pierwszy rzut oka dostrzec, w czym ta nowatorskość się kryje. Autor ma zawał, ląduje na kardiologii, lekarze ratują mu życie, po szeregu szpitalnych doświadczeń wraca do dawnego życia – brzmi banalnie, ale nie w słowach Grynberga. 

Jego proza zasadza się na krótkich scenach, wspaniałych portretach ludzi, których napotyka na swojej drodze i niebanalnej autorefleksji. Grynberg chronologicznie opowiada historię swojej choroby – od wezwania karetki pogotowia, wyjazdu do szpitala, zabiegu, pobytu w szpitalu po wyjście do domu, rehabilitację i życie po zawale. I właśnie w tych wszystkich miejscach trafia na przeróżnych ludzi – ratowników, lekarzy, pielęgniarki, rehabilitantki i współpacjentki i pacjentów. To pyszne historie o ludziach, którzy przeszli kilka zawałów, rutynowcach szpitalnych, o podjadaniu karpatki, kombinowaniu ze zdrowiem, stosunku do własnego życia. Te ludzkie obserwacje autor przeplata swoimi refleksjami, które jednak dalekie są od banału, a jego chęć klękania przed lekarzami w podzięce jest mi bardzo bliska i mocno rezonuje z moimi doświadczeniami. Szczerość Grynberga nie jest żenująca czy niewygodna lub egocentryczna, jest po prostu szczera – prosta, ujmująca. Porusza się on literacka na takim poziomie wrażliwości, który współgra z moimi, więc była to dla mnie książka idealna. Dobra, przeplatana humorem i autoironią, nie robiąca z memento mori dramatu ani prawdy objawionej.

Moja ocena: 5/6

Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem, 144 str., Wydawnictwo Agora 2025.


poniedziałek, 10 sierpnia 2026

"Rozwód" Moa Herngren


 

Bea i Niklas są małżeństwem z bardzo długim stażem, rodzicami szesnastoletnich bliźniaczek, prowadzą życie jak wszyscy, nudne, poukładane, bez spektakularnych wydarzeń, choć taka sytuacja spowodowała, że stali się parą. Śmierć brata Bei i przyjaciela Niklasa popchnęła oboje do zbliżenia się do siebie. Bea w ramionach Niklasa, ale przede wszystkim w jego rodzicach, znalazła pociechę. Teściowa jest jej bardzo bliska, kobiety świetnie się rozumieją, a spędzanie wszystkich urlopów w domu rodziny Niklasa na Gotlandii jest dla Bei szczytem szczęścia. Pewnego dnia kłótnia, jakich w małżeństwie wiele, coś przełamuje w Niklasie. Wychodzi z domu bez słowa i nie wraca. Bea zamartwia się, a potem nie rozumie, co się stało. Ta sprzeczka jest jednak pierwszym krokiem do rozwodu. Inicjatywa wychodzi od Niklasa, który dotychczas był bierny i uległy. Mężczyzna angażował się całkowicie w pracę jako pediatra, w domu przejmował tylko kwestię finansową. Bea natomiast skupiła się na organizacji życia rodzinnego, remontach, porządkach, zakupach, wychowaniu dzieci. 

Moa Herngren przedstawia najpierw punkt widzenia Bei, która relacjonuje historię małżeństwa, ale i swoje zmartwienia, troski, żale. Analizuje swoje błędy, zachowania, a także postawę męża. Gdy czytelniczka już kupuje punkt widzenia kobiety, autorka przekazuje głos Niklasowi, który relacjonuje trochę inną stronę wydarzeń. Nie jest wizja całkowicie odmienna, tu nie ma dobrych i złych, nie ma jednej strony medalu. "Rozwód" to analiza małżeństwa i wszystkich aspektów, które doprowadziły do jego rozpadu. To analiza dobra i ciekawa, choć przyznam, że zakończenie mnie rozczarowało, choć zapewne jest bardzo życiowe.

Proza Herngren wpisuje się w skandynawski styl – oszczędny, analizujący, skupiony na relacjach. Taka powieść oczywiście wciąga, bo każda czytelniczka znajdzie choć jeden punkt wspólny albo będzie mogła odnieść opisywane doświadczenia do własnych. Wcale nie dziwi mnie, że ta powieść stała się popularna, dobrze się czyta o problemach innych, które jednak nie są wydumane, a raczej bardzo realistyczne, także w aspekcie praktycznym. Herngren sporo pisze o problemach finansowych, rozterkach powiązanych z inwestycjami, wyjazdami, utrzymaniem rodziny, co na pewno rezonuje z wieloma czytelniczkami, choć oczywiście dotyczy szwedzkiego podwórka.

Tej powieści słuchałam w formie audiobooka i ponownie nie mogłam zdzierżyć beztroski z jaką lektorka i lektor traktowali język szwedzki. Nie znam tego języka, początkowo miałam wrażenie, że widać u osób czytających starania w kwestii wymowy, ale gdy po raz pierwszy padło imię brata Bei – Jacoba – straciłam to wrażenie. Ów Szwed przez całą książkę był dżejkobem

Będę kontynuować cykl Moi Herngren – szczególnie, że kolejne książki rzekomo są lepsze.

Moja ocena: 4/6

Moa Herngren, Rozwód, tł. Wojciech Łygaś, 416 str., Wydawnictwo Albatros 2024.

piątek, 7 sierpnia 2026

"The Pearl Thief" Noor Al Noaimi


 

Szukając literatury z Bahrajnu trafiłam na tę nowelkę, którą nie dość, że łatwo mogłam kupić, to jej autorką jest kobieta, co dla mnie zawsze jest atutem. Noor Al Noaimi przenosi czytelniczkę w bliżej nieokreśloną przeszłość. Hassan mieszka z rodzinami i ima się różnych prac, by utrzymać rodzinę. Gdy jego chlebodawca wyrzuca go, bo upadając z palmy, zniszczył cały plon daktyli, mężczyzna jest zrozpaczony. Znajomy opowiada mu o pracy przy połowie pereł. To bardzo niebezpieczne zajęcie, śmiałkowie zeskakują ze statku i szukają pereł na dnie morza, ale zapłata jest dobra. Hassan nie potrafi pływać, ale decyduje się podjąć wyzwanie, co wywołuje rozpacz u rodziców. Gdy wyrusza do pracy, żegnają go niemal jak umarłego.

Ta krótka nowelka pokazuje warunki życia w Bahrajnie, prawdopodobnie kilkadziesiąt lat temu. To ciekawa kreacja, interesująca dla mnie, po to sięgam przecież po literaturę z różnych zakątków świata. Niestety to bardzo krótki tekst, postaci nie są zbyt rozbudowane, a język dość prosty. Nie mam poczucia, że poznałam literaturę tego małego wyspiarskiego kraju, zresztą na ile można ją w ogóle po jednej nawet długiej książce poznać? 

Moja ocena: 3/6

Noor Al Noaimi, The Peral Thief, 30 str., Robin Barratt 2015.

środa, 5 sierpnia 2026

"Żywe istoty" Iida Turpeinen


 

Vitus Bering szukał drogi z Azji do Ameryki Północnej, ale utknął gdzieś między Kamczatką i Alaską, a wraz z nim badasz Georg Steller. W 1741 roku życie na bezludnej wyspie oznaczało niemal pewną śmierć. Chyba że znajdzie się jakieś pożywienie i wybuduje łódź. Tym pożywieniem mogą stać się na przykład dziwne zwierzęta, żyjące u wybrzeży i żywiące się trawą morską. To pierwsze spotkanie człowieka z krową morską, która tak zafascynowała Stellera, że próbował ją zbadać. Z jego zapisków wiele nie przetrwało, ale owo zwierzę przed długi czas nosiło przydomek od imienia badacza. Niewiele później krów morskich już nie było, a ich nieliczne kości stały się tak pożądane jak niemal złoto. Około sto lat później nowy gubernator Alaski, Johan Furuhjelm, próbuje udowodnić, że to ziemia bogata i warta zachodu, a jednym ze sposobów jest odnalezienie szkieletu krowy. Równocześnie w Finlandii tworzy się wielkie kolejce szkieletów, ptasich jaj i innych zwierząt, powstają muzea, publikacje, rysunki. Kolejnych sto lat później John Grönvall wraz z braćmi zabiega o stworzenie ptasiego rezerwatu na jednej z fińskich wysp, później staje się specjalistą od ptaków, zajmuje się rekonstrukcją jaja wybitej doszczętnie alki wielkiej, aż w końcu w jego ręce trafia szkielet krowy morskiej.

Owo łagodne, wielkie zwierzę staje się kanwą tej opowieści. Nikt nie wie, jak dokładnie krowa wyglądała, jakie miała zwyczaje i jak żyła, ale Turpeinen czyni ją wielką królową tej powieści i przyczynkiem do zrelacjonowania historii kilku wielkich odkrywców, botaników i naukowców. Oraz ich żon, rodzin, ale i ukazania ówczesnego świata, realiów życia, sposobu przemieszczania się i zdobywania okazów. To wreszcie opowieść o stosunku do rdzennych mieszkańców danych okolic, tu szczególnie Alaski. Najważniejszym jednak tematem jest tu zagłada zwierząt. Beztroska ludzi, wybijanie dla zabawy, mordowanie dla samego mordowania, niszczenie kolejnych gatunków. Trudno o tym czytać ze spokojem, co ja mówię, czułam złość i obrzydzenie, szczególnie że niektóre z tych praktyk istnieją do dziś.

Książka Turpeinen ma spokojny rytm, nie ma tu zwrotów akcji i fajerwerków, to w zasadzie reportaż ubrany w szaty powieści. "Żywe istoty" spełniły moje oczekiwania – sporo się dowiedziałam i spędziłam wiele czasu na dalszym rozkminianiu krowy morskiej, choć nie słyszałam o niej pierwszy raz (miałam nawet okazję wiele lat temu widzieć manaty). 

Moja ocena: 5/6

Iida Turpeinen, Żywe istoty, tł. Sebastian Musielak, 304 str., Wydawnictwo Poznańskie 2025.