Książek o umieraniu i śmierci rodzica powstało już sporo. Trend ten zapoczątkował bodajże Tadeusz Różewicz tomem "Matka odchodzi". Do dziś pamiętam tę lekturę. Potem sięgałam jeszcze po wiele książek, w których autor czy autorka rozprawia się ze śmiercią rodzica. To nigdy nie będzie temat oklepany, bo to wydarzenie trudne niemal dla każdej osoby i trudno odmawiać innym potrzeby literackiego opracowania własnych przeżyć. Mając jednak w pamięci tyle różnych utworów tematyzujących ten sam proces, nie spodziewałam się, że Pakuła pokaże mi coś innego. Jego książka była dla mnie jednak wielkim zaskoczeniem, przede wszystkim formalnym.
Ojciec autora choruje na raka trzustki, więc szanse wyleczenia są minimalne. Pakuła opisuje więc jego kilkumiesięczny proces chorowania i umierania. Czyni to bardzo dosadnie, bez ogródek, skupiając się przede wszystkim na własnych odczuciach, wśród których dominuje złość, żeby nie użyć bardziej ostrego określenia. Złość na system, na lekarzy, na oddziały paliatywne, na kościół, na niemoc. To sytuacja, gdy człowiek nie ma najmniejszej szansy uleczenia, ale też nie może otrzymać pomocy, by skrócić męczarnie i oczekiwanie na śmierć. Ten temat pewnie każdemu z nas choć raz przemknął przez głowę, ale walka o prawo do eutanazji raczkuje, bo przecież sami zainteresowani w końcu umierają, a rodzina wyczerpana obserwowaniem tego procesu zapewne nie ma już na nią sił.
Pakuła jest reżyserem, więc sporo tu jego pracy, w treść wkomponował nawet sztukę, którą w tamtym okresie pisał. Sporo także rodzinnych opowieści, cudowny wywiad z babcią, która jako dziecko była z rodzicami na robotach w Niemczech – w audiobooku wspaniały! Czasami miałam poczucie, że wchodzę z butami w życie autora, ale skoro zdecydował się ze mną podzielić tymi historiami, to z radością ich wysłuchałam.
Wspaniała książka, poruszająca, zostanie ze mną na zawsze.
Moja ocena: 6/6
Mateusz Pakuła, Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję, 280 str., Wydawnictwo Nisza/Agora 2025.






