poniedziałek, 6 lipca 2026
"DJ Bambi" Auður Ava Ólafsdóttir
niedziela, 5 lipca 2026
"Nana" Émile Zola
Dziewiąty tom cyklu Rougon-Macquart jest oprócz "Germinalu" chyba najsłynniejszy. Tytułowa Nana to córka Gervaise Macquart, której życie poznać można w siódmym, jak dotąd moim ulubionym, tomie. W tej powieści Zola opisuje także narodziny Anny, zwanej Naną oraz pierwsza lata jej życia. W tomie dziewiątym to pewna swoich wdzięków nastolatka, która robi zawrotną karierę jako prostytutka i aktorka. Jej występy w variété, podczas których nie szczędzi swoich wdzięków, dodają jej popularności, a znudzeni swoimi żonami arystokraci zaczynają walczyć o wdzięki ponętnej dziewczyny z plebsu.
W tym tomie Zola ponownie wspaniale opisuje klasowość Paryża – aspiracje Nany i jej koleżanek do wyższego stanu oraz pogardliwe traktowanie kobiet przez arystokratów. Mężczyźni jednak chętnie korzystają z uch wdzięków, a kobiety próbują się z nimi układać. Niejeden z zakochanych delikwentów całkowicie traci głowę i fortunę, a nawet życie, by zaskarbić sobie wyłączną łaskę Nany. Ona znów bardzo dobrze potrafi manipulować tych mężczyznami, wyciągając od nich fortuny. Sama jednak przeżywa wcześniej rozczarowanie miłością, złe traktowanie, bicie i poniżanie przez wybranka powoduje u niej utratę ostatnich przejawów niewinności i szczerości. Wydaje się, że Nana nie robi sobie nic ani z bogactwa, ani z uczuć, rozkoszuje się miłością cielesną, podejmuje nierozważne decyzje, powoli, ale systematycznie pracując na swój upadek.
Zola odmalowuje wspaniały portret najgorszych ludzkich pokus, zawiści, zaślepienia, chciwości na tle ówczesnych wydarzeń politycznych i Paryża. Francuz pokazuje, jak pociąg fizyczny każe tracić mężczyznom głowę, rozsądek i bogactwo. Wskazuje na zgniliznę i marazm, nudę, która skłania arystokrację do nierozsądnych decyzji i eksperymentów.
Mimo że "Nana" to najsłynniejsza powieść tego cyklu moją ulubioną nie będzie, choć to faktycznie niezwykle udany portret i miasta, i ludzi. Mnie jednak początkowo myliły się liczne postaci mężczyzn, arystokratów i męczyły opisy plotek i zawiści. Dopiero druga część powieści wciągnęła mnie dużo bardziej, a Zola mistrzowsko powiązał losy Nany z losami cesarstwa.
Moja ocena: 4/6
Émile Zola Nana, tł. Armin Schwarz, 418 str., Die Gehörgäng 2026.
piątek, 3 lipca 2026
"Wady snu" Radka Denemarková
Sylvia Plath i Virginia Woolf wylądowały w jednym pokoju. W zaświatach. Sytuacja tak kuriozalna, że same pisarki nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Spędzają więc dnie na spełnianiu swoich życiowych ról. Virginia jest paniusią, która daje się obsługiwać i ciągle rozprawia o roli pisarstwa, o świecie stworzonym w jej głowie, o literaturze. Sylvia tymczasem obsługuje koleżankę po piórze, gotuje, podstawia, czesze, podaje i ciągle się martwi, co przyszykować, co zrobić i kiedy znaleźć czas na pisanie. Dialogi tych dwóch pisarek skrzą się od ironii i błyskotliwości, ale i bardzo głęboko osadzone są w ich literaturze i życiach. Nie dziw zresztą, skoro przygotowywane potrawy bazują na kartkach z ich utworów. Kobiety mogą czytać tylko własne powieści i żywią się nimi duchowo i fizycznie. Tkwią w momentum przed śmiercią, jak w stop-klatce przeżywają ten moment na nowo i na nowo.
Gdy widać, że nie ma szans na nić porozumienia między nimi w pokoju zjawia się Ivana Trump, która ustawia obie pisarki, wskazując na rentowność pisania, biznesplan, tworzenie pod czytelnika i inne kapitalistyczne kwestie publikowania książek. Ivana zupełnie zmienia dynamikę w tym duecie, stając w opozycji do Sylvii i Virginii.
"Wady snu" to dramat, rozpisany oczywiście na te trzy bohaterki, z didaskaliami, podzielony na trzydzieści mrugnięć. Ta forma była dla mnie bardzo odświeżająca, bo jednak nie często sięgam po ten rodzaj literacki, ale jednak nie zachwycił mnie aż tak, jak się tego spodziewałam przed lekturą. Przede wszystkim nie znam twórczości Sylvii Plath, a po Virginię Woolf sięgałam dwa razy i oba były dla mnie mało satysfakcjonujące. Z tego też powodu nie wyłapałam wielu aluzji i odwołań. Nie jestem też zafascynowana tymi postaciami a ich życiorysy znam pobieżnie, więc i tu na pewno nie odczytałam wszystkich nawiązań. Dlatego też książkę przeczytałam wprawdzie szybko, ale bez większej satysfakcji.
Moja ocena: 4/6
Radka Denemarková, Wady snu, tł. Olga Czernikow, 246 str., Wydawnictwo Książkowe Klimaty 2020.
środa, 1 lipca 2026
Podsumowanie czerwca 2026
Przeczytane książki: 14
wtorek, 30 czerwca 2026
Stosikowe losowanie – lipiec 2026
"apokalipsa ludzi pracy" Valter Hugo Mãe
Bragança, czyli niby miasto, a jednak głęboka prowincja, gdzieś na północo-wschodnich rubieżach Portugalii. Niewiele się dzieje, życie jest ciężkie, klimat je jeszcze dodatkowo utrudnia. To tu Maria da Graça spędza dnie na sprzątaniu domu pana Ferreiry. To lokalny bogacz, którego dom w centrum miasta wymaga dużej atencji. Maria pierze, trzepie dywany, froteruje podłogę, ściera kurze, a pomiędzy tymi czynnościami zadowala pana Ferreirę także w inny sposób. Podczas rozmów ze swoją przyjaciółką Quitérią nie nazywa go inaczej niż oblech. Ów oblech pokazuje jej świat muzyki i sztuki, to biały, starszy mężczyzna, który tłumaczy świat kobiecie niższego stanu i niższego wykształcenia. I nawet jeśli to brzmi, jak brzmi, Maria przywiązuje się do niego i zaczyna rozważać istotę uczucia miłości. Jej osobisty mąż to kula u nogi, która znika na kilka miesięcy, by pracować na morzu. Co tam robi i z kim się w portach spotyka, Maria nie wie, bo para nie rozmawia.
Miłość zastanawia też Quitérię, która żyje samotnie, ale chętnie przyjmuje różnych mężczyzn, do momentu, gdy poznaje Andrija – młodego Ukraińca, którego rodzice (straumatyzowany ojciec i opiekuńcza matka) wysłali do Portugalii po lepsze życie.
Obie kobiety pojawiają się także na pogrzebach, by dorabiać sobie jako płaczki. Maria da Graça ma zresztą bardzo metafizyczne sny. Regularnie staje przed bramami nieba i prowadzi dialogi z świętym Piotrem – o miłości i sensie życia.
Valter Hugo Mãe podjął próbę zbliżenia się do najmniej uprzywilejowanego człowieka, czyli sprzątaczki. Nie czyni tego z góry, ani z takiej perspektywy jak chlebodawca Marii, stara się wejść w to środowisko i empatycznie oddać bolączki. Drugą nieuprzywilejowaną grupą są emigranci, którzy brną przez portugalskie społeczeństwo skazani na pomocną rękę i dobrą wolę – sami nie znają jeszcze języka i niosą własne traumy.
Portugalczyk formalnie próbuje dopasować się do treści – brak tu wielkich liter, brak dialogów. Mãe pisze ciągiem, tak jak ludzie mówią, wplata rozmowy w narrację, przeskakuje między osobami, między jawą, a snem. Na początku trudno się wgryźć w tę prozę, z czasem wpada się w jej hipnotyzujący rytm.
Mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych zalet tej powieści, ja nie jestem zadowolona z lektury. Temu jak najbardziej słusznemu przesłaniu i kompleksowi tematycznemu nie towarzyszy dobra historia – tak jak w życiu bohaterek niewiele się dzieje, tak niewiele mamy na kartach tej powieści, a poboczne wątki, choćby dotyczące zmarłych, którym towarzyszą kobiety, nie są umiejscowione na tyle, bym rozumiała sens ich przytaczania. Nie do końca też kupuję obie bohaterki – nie potrafię sobie wyobrazić prostych Portugalek tak zafascynowanych miłością cielesną i prowadzących takie rozmowy. Widzę je jako projekcję mężczyzny, który tak sobie życie kobiet wyobraża.
Cieszę się, że wreszcie sięgnęłam po prozę Mãe, bo portugalskie księgarnie są pełne jego książek, ale niestety fanką na razie nie zostałam.
Moja ocena: 4/6
Valter Hugo Mãe, apokalipsa ludzi pracy, tł. Michał Lipszyc, 200 str., Wydawnictwo Ossolineum 2022.







