piątek, 16 października 2026

"Die Lücken" Shida Bazyar


Fikcyjna niewielka wioska na zachodzie Niemiec, w której w latach 30. mieszkają zwykli ludzie. Ci zwykli ludzie wyznają jednak różne religie, co bardzo szybko staje się powodem do prześladowań, wywołanych przez wszystkim znaną partię. Nasza wioska jest tak zaangażowana, tak przykładna, że bardzo szybko staje się wzorcowa i czysta rasowo. 
Do tej samej wioski w latach 90. przybywają uchodźcy z Iranu, którzy muszą opuścić kraj z powodu dyktatury. Jedni się integrują, uczą języka, biorą udział w szkolnych świętach, zaprzyjaźniają z mieszkańcami, kupują dom. Inni tkwią w zawieszeniu, między Iranem, a Niemcami, bez motywacji do integracji, bez celu, w wiecznej tęsknocie. Bazyar wprowadza w swoją powieść ogromną liczbę bohaterów, bo oprócz dwóch irańskich rodzin, jest cała plejada mieszkańców wioski. Początkowo skupiamy się na Lore i Johannie, która jest Żydówką. Dziewczynki łączy głęboka przyjaźń – Johanna jednak znika, a Lore staje się zagorzałą nazistką. Oprócz nich są jednak liczni mężczyźni, Therese, która pracuje w żydowskim domu towarowym, spotkania grup nazistowskich, a potem, już po wojnie, dzieci, ich partnerzy itd. Niestety autorka nie dba o porządek w swojej powieści. Wiele postaci pojawia się i nagle znika, bez pociągnięcia wątku czy wyjaśnienia zasadności umieszczenia ich w fabule. Ciągłe przeskoki między płaszczyznami czasowymi i kilkoma rodzinami nie ułatwiają lektury, w pewien sposób rozumiem ten zabieg, który zapewne miał ukazać tytułowe luki, które powstały w społeczeństwie, ale nie jestem przekonana co do jego zasadności. 

Bazyar pokazuje, jak rodzi się nazizm w zwyczajnym życiu. Jak można zacząć nienawidzić sąsiada, przyjaciółkę, współpracownika. Opisuje dynamikę grupy, małe kroki, które czynią z ludzi zwolenników dyktatury. Pokazuje, jak wygląda pamięć – jak można pominąć żydowski talerz w domu i swój udział – przecież całkiem nieistotny, w małej wiosce, bez szerszego zasięgu, łatwy do wyparcia. W kontraście Bazyar stawia pierwszych uchodźców i ich przyjęcie w tym samym miejscu. W tle przewijają się ataki na domy azylantów gdzieś daleko w Rostocku, w naszej wiosce uchodźcy natomiast biorą udział w przedszkolnym święcie i są zapraszani do domu, wspierani w zakupach i integracji. Przez potomków tych ludzi, którzy rzucali kamieniami w żydowskie okna. Ci sami potomkowie zaczynają też stawiać bardziej natarczywe pytania – dziadkowi czy babci. 

Sama tematyka i założenie tej powieści są ciekawie, choć dziwi mnie, że w Niemczech nadal jest przestrzeń na rozmowę o nazistowskich zbrodniach. Zakładam, że to dyskusja dla nowych pokoleń, szczególnie tych z tłem migracyjnym. Powraca ona też w obliczu rosnącej siły partii skrajnie prawicowej. Ciekawa jest paralela uchodźcza, także podejście do tematu nazistowskiej przeszłości z perspektywy z zewnątrz. Niestety sposób wykonania, czyli kompozycja tej powieści mnie w ogóle nie przekonała. Ta książka w większej części jest po prostu nudna i zagmatwana. Zagmatwanie samo w sobie może mieć umocowanie w fabule i skłaniać do przemyśleń, ale w przypadku tej powieści skłaniało mnie głównie do chęci porzucenia tej lektury. 

Moja ocena: 3/6

Shida Bazyar, Die Lücken, 512 str., Kiepenheuer & Witsch 2026.

czwartek, 15 października 2026

"Kronika mojej ziemskiej wędrówki" Daniel Mason


 

Dziewięć opowiadań, dziewięć zupełnie odmiennych światów. Te teksty różni wszystko – bohaterowie, miejsce akcji, czas, styl. Daniel Mason posiadł talent kameleona, który zmienia swój styl w zależności od fabuły – jego opowiadania czyta się tak, jakby wychodziły spod pióra różnych autorów. Skaczemy tu między Egiptem, Stanami Zjednoczonymi, Brazylią, między współczesnością, a starożytnością, wiekiem XIX czy XX. W centrum każdego opowiadania stoi człowiek, który poszukuje, pragnie, dąży gdzieś dalej. 

To może być kobieta latająca balonem, która sięga absolutu. Albo faraon, który dopuszcza się koszmarnych czynów, próbując zrozumieć działanie człowieka. Jest też zagubiony i przez nikogo niezrozumiany młodzieniec, który ląduje w przytułku dla psychicznie chorych, ale i lekarz, który nagle cierpi na zaniki pamięci. Mamy wywodzącego się z robotniczej rodziny boksera, który na przekór wszystkiemu walczy z siłaczem i samotnika, który samotnie strzeże stacji telegraficznej w środku brazylijskiej dżungli. Jest też emigrant, który nigdy do końca się nie zadomowi w Stanach Zjednoczonych, ale stanie się fascynatem rekonstrukcji bitw historycznych oraz matka, która walczy o zdrowie cierpiącego na niewyjaśnioną chorobę dziecka. 

Daniel Mason jest psychiatrą i jego profesja ma wpływ na treść opowiadań, na kreację postaci, które często zmagają się z własnym umysłem, są niezrozumiane przez innych czy świadomie wybierają samotność. Jednak to kreacja tak dalekich od siebie światów najbardziej mnie ujęła w tych tekstach. Zachwyciła mnie inwencja i fantazja autora. Towarzyszy jej świetne pióro – niektóre opowiadania napisane są wręcz eksperymentalnym językiem, inne uwodzą zdaniami wielokrotnie złożonymi, za którymi wcale nie jest łatwo podążać, a w języku polskim brzmią wręcz karkołomnie. 

To zbiór, w którym nie ma słabych tekstów. Może nie każdy jest tak samo poruszający, ale doceniam je wszystkie.

Moja ocena: 4,5/6

Daniel Mason, Kroniki mojej ziemskiej wędrówki, tł. Elżbieta Janota, 288 str., Wydawnictwo Poznańskie 2026.

środa, 14 października 2026

"Operacja Masakra" Rodolfo Walsh


Przenieśmy się do Argentyny w 1956 roku, gdzie rządzi junta wojskowa, która rok wcześniej obaliła rządy Juana Peróna. Zwolennicy byłego prezydenta przygotowują pucz, który rozpoczynają tuż po północy 10 czerwca. Junta o planach wie, spodziewa się ataku, więc już późnym wieczorem 9 czerwca aresztuje podejrzanych, w tym grupę niewinnych mężczyzn, którzy natychmiastowo zostają skazani na rozstrzelanie. Policja wywozi ich na wysypisko śmieci, wyrzuca z samochodu i dokonuje egzekucji. Bez sądu, bez wyroku, bez dowodów. Kilku z tych mężczyzn przeżyło, co pozwala Rodolfowi Walshowi na rekonstrukcję wydarzeń. 

Walsh poświęcił tej operacji niemal całe swoje życie, dążąc do jak najwierniejszego ukazania wydarzeń. Jego reportaż doczekał się wielu poprawek opatrzonych posłowiami i wstępami, bo z czasem odkrywał nowe szczegóły, a i sama sprawa miała ciąg dalszy, niestety w jego wyniku odpowiedzialni za masakrę nie zostali skazani. Przyświecała mu także idea jak najwierniejszego oddania sytuacji, ukrócenia wszelkich ozdobników i spekulacji.

Walsh rozpoczyna swoją książkę, opisując kolejne ofiary aresztowania, a następnie ich spotkanie przy radiu, by wysłuchać relacji z walki bokserskiej. To językowo bardzo piękne fragmenty, w których autor wspaniale odmalowuje atmosferę tego momentu. Później jednak Walsh stopniowo przechodzi do niemal minutowego opisu wydarzeń, a następnie do kwestii walki o sprawiedliwość dla tych ludzi. Tu już lektura staje się trudniejsza, bo wymaga od czytelniczki orientacji w ówczesnej sytuacji politycznej w Argentynie, ale i dobrej pamięci do licznych nazwisk ofiar i sprawców. 

"Operacja Masakra" okazała się być dla mnie wymagającą książką, szczególnie kolejne przedmowy do różnych wydań. Bardzo się cieszę, że dodano jednak posłowie tłumaczki, które pomogło mi zrozumieć kontekst, a także samą postać autora. Jego los zresztą skłonił mnie do niewesołych przemyśleń. To zdecydowanie lektura z gatunku tych, które uczą, ale nie jest to łatwy proces.

Moja ocena: 4/6

Rodolfo Walsh, Operacja Masakra, tł. Barbara Jaroszuk, 280 str., Wydawnictwo ArtRage 2026.

poniedziałek, 12 października 2026

"John, syn Johna" Douglas Stuart


 

Cal skończył studia artystyczne w Glasgow i właśnie rozgląda się za pracą i zastanawia nad swoją przyszłością, gdy dzwoni jego ojciec. Rodzina mieszka na jednej z wysp Hybrydów Zewnętrznych i ojciec skłania syna do powrotu, opowiadając o złym samopoczuciu babki. Gdy Cal wreszcie trafia do domu, okazuje się, że babka ma się nieźle, a ojciec potrzebuje syna w gospodarstwie. To ciężkie życie, hodowla owiec i tkanie tweedu wypełniają całe dnie, a pogoda dyktuje rytm prac. 
Sytuacja rodzinna Cala nie jest łatwa. Matka opuściła rodzinę, gdy chłopiec miał kilka lat, a wychowaniem zajęła się babcia Ella, jej matka. Ojciec jest kantorem w kalwińskim kościele, wyznaje bardzo surowe zasady i ściśle trzyma się przykazów dyktowanych przez religię. Cal zaznał w Glasgow wolności, żył z dala od wpajanych mu od dziecka reguł, teraz, na wyspie, powrót jest dla niego bardzo ciężki, szczególnie że ukrywa swoją tożsamość płciową. 

Stuart szkicuje cały wachlarz wyspiarzy – jest przyjaciółka i przyjaciel Cala, matka i jej nowa rodzina, przyjaciel ojca, a przede wszystkim babka, która jest najlepszą postacią tej powieści. Na wyspę przybyła z Glasgow i wciąż mówi z akcentem z tego miasta, nie zna gaelickiego, i z wielkim dystansem patrzy na poczynania zięcia. Jej sarkastyczne komentarze i dystans są fantastyczne, dzięki nim radzi sobie z życiem w tak konserwatywnym społeczeństwie, z którego często jest wykluczana. 
To powieść o zamkniętym świecie, który nie dopuszcza zmian, w którym kontrola społeczna, przywiązanie do zasad i ciężka praca stanowią główne filary życia. Tu nie ma miejsca na sztukę czy nienormatywność. Plan na życie jest jeden, także ten dla Cala, ustalony ponad jego głową.

Z drugiej strony praca przy owcach wymaga delikatności i intuicji, a ta przy krosnach artystycznego zacięcia i wrażliwości na kolory. Ci surowi mężczyźni, którzy nigdy nie rozmawiają o uczuciach, wykonują te czynności bez dyskusji.

Wyspa skrywa wiele tajemnic, które Cal stopniowo będzie odkrywał, tak samo jak swój cel w życiu, bo znalazł się właśnie w tym momencie, w którym musi zdecydować, czy wstąpi w ślady ojca czy wyruszy w świat. 

Powieść Stuarta czyta się wartko, autor po raz kolejny udowodnił, że potrafi wzbudzać cały wachlarz emocji i kreować barwne charaktery. Niemniej jest to kolejna powieść o ujawnianiu swojej tożsamości i ratuje ją tyko wyspiarsko-konserwatywny anturaż. Jak dobrze, by się tego nie czytało, to jednak nie widzę tu niczego nowego, ale zawsze doceniam, gdy osoby LGBTQ+ dostają swoją reprezentację w literaturze. Tu jednak było ich, jak na tak małą społeczność, trochę zbyt wiele. 
Mimo to polecam, bo to wciąż kawał dobrej prozy.

Moja ocena: 4,5/6

Douglas Stuart, John, syn Johna, tł. Maciej Studencki, 512 str., Wydawnictwo Poznańskie 2026.

piątek, 9 października 2026

"African Titanics" Abu Bakr Kahal


 

Migracja, wędrówki ludów, przemieszczanie się od zawsze definiują życie ludzi, również na kontynencie afrykańskim. Abu Bakr Kahal czyni z tego kanwę swojej powieści. Główny bohater wyrusza z Erytrei, organizuje podróż, przemierza libijską pustynię, trafia do szemranego hostelu wraz z innymi emigrantami, ucieka do Algierii, czeka na łódkę. W trakcie tej wyprawy zadzierzgają się przyjaźnie, słucha się opowieści, wspólnie muzykuje, opowiada legendy, marzy o przyszłości. To oczywiście ciężka przeprawa, pełna niebezpieczeństw, śmierci i zawsze z niepewnym wynikiem. Bohaterzy tej powieści mają tę świadomość, walczą o życie, próbują przetrwać i zmagają się z niepewnością jutra, ale autor nie tłumaczy tu przyczyn wyjazdu, nie przedstawia traumatycznych historii z przeszłości, lecz stawia na tu i teraz.

To nie jest lekka powieść, mimo pierwszoosbowej narracji sporo tu dygresji, a narrator wydaje się być wszystkowiedzący. Są tu też bardzo trudne fragmenty, choćby te o przeprawie przez pustynię, są też ustępy liryczne. Mimo że autor jest Erytrejczykiem to jest to powieść panafrykańska, a jej bohaterowie pochodzą z wielu różnych krajów. Pointa autora nie napawa optymizmem – migracja to nieodłączna część życia, tak samo jak wynikająca z niej śmierć oraz konieczność zapominania traumatycznych wydarzeń z przeszłości.

Szukając powieści z Erytrei, trafiałam głównie na autorów i autorki, którzy ten kraj opuścili. Abu Bakr Kahal też mieszkał zagranicą, np. w Libii, ale wydał mi się być ze swoją ojczyzną najbardziej związany i nie tworzy po angielsku. Mimo tego ta powieść opowiada o wspólnym afrykańskim doświadczeniu, a Erytrea pozostaje na marginesie.

Moja ocena: 4/6

Abu Bakr Khaal, African Titanics, tł. Charis Bredin, 105 str., Darf Publishers 2014.



czwartek, 8 października 2026

"Ulica dzieciństwa" Tove Ditlevsen


 
Nastoletnia Ester dorasta w latach 30. w biednej dzielnicy Kopenhagi. Tutaj nikt nie kończy studiów i nie jada drogich czy wykwintnych potraw, tu raczej chadza się po resztki i okruchy, przerabia wiele razy te same ubrania, a nawet podkrada słodycze. Dzieciaki spędzają wolny czas na ulicy, tam też dorastają i zbierają pierwsze dorosłe szlify. Ester nie jest złą uczennicą, ale liczne psoty nie zaskarbiają jej sympatii nauczycieli, kłamstwa zazwyczaj mają krótkie nogi, a świat poza jej dzielnicą wydaje się być obcy i przerażający.

To piękna powieść o dorastaniu i dojrzewaniu, o emocjach i przeżyciach dziewczyny. Narracja prowadzona jest z perspektywy Ester, więc czytelniczka całkowicie zatapia się w jej głowie, w jej myślach, przekonaniach i może śledzić krok po kroku jej rozwój emocjonalny i intelektualny. Równocześnie to wspaniały obraz duńskiego społeczeństwa, które w latach 30. XX wieku zmagało się ze sporym rozwarstwieniem, biedą i brakiem perspektyw. Ester podświadomie to wszystko czuje, ale nie ma siły czy też narzędzi, by przełamać ten porządek. Ditlevsen pokazuje, jakie miejsce w społeczeństwie zajmowała kobieta, szkicuje zasięg (niewielki) jej możliwości, ale perspektywa Ester pokazuje automatyczną akceptację takiego stanu rzeczy. 

Język Dunki jest oszczędny, często beznamiętny, ale potrafi także być delikatny i paradoksalnie poetycki. Mimo całego mojego zainteresowania historią Ester, to nie wzbudziła ona we mnie aż tyle emocji, by pozostać na długo w mojej pamięci. Doceniam tę powieść, szczególnie jej rolę w duńskiej literaturze, wysłuchałam jej z dużym zainteresowaniem, lecz obawiam się, że niebawem jej treści uleci z mojej pamięci.

Moja ocena: 4/6

Tove Ditlevsen, Ulica dzieciństwa, tł. Agata Lubowicka, 292 str., Wydawnictwo Marpress 2021.

poniedziałek, 5 października 2026

Podsumowanie września 2026

 


Przeczytane książki: 15

Liczba stron: 5394

Przeczytane książki:

– "Black Bag" Luke Kennard
– "Ewig Sommer" Franziska Gäsler
– "Lalka" Bolesław Prus
– "Rodzeństwo" Moa Herngren
– "Beka Lamb" Zee Edgall
– "Null" Szczepan Twardoch
– "Album z opowieściami" Antonis Georgiou
– "Doktórka od familoków" Magdalena Majcher
– "Krąg kobiet pani Tan" Lisa See
– "Alte Sorten" Ewald Arenz
– "Hańba" J.M. Coetzee
– "Sydonia. Słowo się rzekło" Elżbieta Cherezińska
– "Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami" Philip Gourevitch
– "Świat bez kobiet" Agnieszka Graff
– "Told By Starlight in Chad" Joseph Brahim Seid