Dina mieszka we Włoszech, studiuje sztukę, a jej specjalnością są akwarele. Jej życie w Bolonii wreszcie nabrało spokoju – ma kochającego partnera, dorabia, ilustrując książki, żyje. To ważne, bo dotychczas lekko nie było. Wybuchowa matka-alkoholiczka i nieprzystępny ojciec tworzyli bardzo niezgraną parę, a Dina była przerzucana między włoskim mieszkaniem matki, a ukraińskim ojca. Choć w Ukrainie głównie spędzała czas u babci, która była jej jedyną kotwicą w życiu.
I właśnie teraz wybucha wojna w Ukrainie, a Dina wyrusza do Charkowa, do babci, do ojca. Bez racjonalnego wytłumaczenia, wbrew radom, za porywem serca, na przeciw masom, które z Ukrainy uciekają.
Charków nie jest już miastem, które pamięta Dina, a w mieszkaniu nie ma już babci. Wojenna rzeczywistość zmieniła przestrzeń i ludzi, a miejscami centralnymi stały się piwnice, stacje metra i szpital.
Romaniuk opisuje pierwsze tygodnie wojny z perspektywy miasta bombardowanego, szpitala, do którego codziennie przybywają ranni, rodzin, które są rozdzielone, ludzi, którzy przypadkowo giną. W kontraście stawia wiosnę w Bolonii – łagodną, ciepłą, spokojną. Wojna istnieje w świadomości Włochów, ale jest odległa, nierzeczywista.
Choć wojna jest pierwszoplanowa, choć zatrzymuje życie i relatywizuje plany, to w tej książce jest dużo więcej. Dina wychowała się na styku dwóch odmiennych kultur, w dwóch bardzo różnych językach, między rodzicami o niekompatybilnych temperamentach, skazana na dwa różne podejścia do dzieci (babci i matki), otoczona lekarskim żargonem i alkoholem. Dziewczyna niesie w sobie te trudne chwile, a kanalizuje swój stres w rysunkach.
Ta książka nie żyje jednak tylko historią, lecz językiem. Romaniuk zawiesza się na szczegółach, które opisuje bardzo zmysłowo. I mam tu na myśli wszystkie zmysły. To delikatna, czuła proza, która nie unika trudnych tematów. Romaniuk nie potrzebuje jednak walić zdaniami jak obuchem, w jakiś sposób udaje jej się opisać kwestie bardzo trudne w poetycki niemal sposób. Jednym zarzutem do tej powieści jest prowadzenie samej narracji – czasem narratorką jest Dina, czasem zwraca się ona do ojca, a czasem tę historię relacjonuje polska przyjaciółka rodziny. Wprowadza to niepotrzebny zamęt, bo stopniowo okazuje się, że nie warto się na powiązaniach między Izą (ową Polką), a Diną zawieszać, bo nie odgrywają one znaczącej dla fabuły roli.
Historia Diny jest fikcyjna, ale byłabym skłonna uwierzyć w jej autentyczność, bo autorka tak sugestywnie opisuje jej losy. Proza Romaniuk trafia do mojego serca, na pewno należy do moich ulubionych polskich pisarek.
Moja ocena: 5/6
Agata Romaniuk, Dina, Dina, 340 str., Wydawnictwo W.A.B. 2026.







