Maali Almeida ginie i przenosi się w zaświaty. Jak każda osoba. Tyle, że Maali Almeida jest Lankijczykiem, który jednoczy w sobie wszystkie najważniejsze grupy etniczne tego kraju – jako syn Syngaleza oraz pół-Burżki i pół-Tamilki. Maali miał ambicje zmiany świata, a chciał to uczynić za pomocą fotografii, najlepiej o takiej sile rażenia, jak słynne zdjęcia z wojny w Wietnamie, które zmieniło przynajmniej opinię publiczną, jeśli nie losy wojny. Niestety Maali to nie jest jednoznacznie pozytywny charakter – fotografuje dla tych, którzy zapłacą, miesza się w szemrane interesy, ma powiązania z handlem bronią, jest stałym klientem kasyna, a swojego chłopaka zdradza z kim popadnie. Ów Maali ląduje więc w zaświatach, które bynajmniej nie przypominają biblijnych wersji raju, ani buddyjskich czy hinduskich. To przestrzeń niemal biurowa, gdzie trzeba się zameldować, odstemplować, zbadać, odhaczyć.
Tytułowe siedem księżyców to czas, który zostaje dany Maaliemu na zbadanie okoliczności własnej śmierci i zakończenie ziemskich spraw. To czas, w którym mu towarzyszymy, przenosimy się w przeszłość, poznajemy przyjaciół i rodzinę, a także inne osoby i zwierzęta, które spotyka w zaświatach.
Shehan Karunatilaka miał świetny pomysł na powieść – przeniesienie akcji w zaświaty daje mu duże możliwości narracyjne, ale i wymaga sporego kunsztu pisarskiego oraz wielkiej uwagi czytelniczki, by nie pogubić się w plejadzie postaci, retrospekcjach, ale i religijno-eschatologicznych wycieczkach. Lankijczyk nie boi się także tematów trudnych – główny bohater to gej, a to pozwala autorowi na wiele metafor z kontekstem seksualnym oraz na językową dezynwolturę. Najważniejszym tłem tej powieści jest jednak historia Sri Lanki, a przede wszystkim sytuacja kraju w latach 80., gdy walczyły ze sobą liczne grupy czy to rządowe, czy rewolucyjne. Nawet jeśli znałam historię tego kraju dość pobieżnie, to byłam w stanie zorientować się w opisywanych wydarzeniach, choć, nie przeczę, warto zagłębić się bardziej w te zawiłości. Karunatilaka wybiega także w dalszą przeszłość, nie oszczędzając państw kolonialnych, kusząc się na obrazowe metafory.
"Siedem księżyców Maalego Almeidy" to wielka powieść, niełatwa, czasem nużąca, wymagająca, nie do końca satysfakcjonująca europejską czytelniczkę, która zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie odczytać wszystkich nawiązań.
Moja ocena: 4/6
Shehan Karunatilaka, Siedem księżyców Maalego Almeidy, tł. Mariusz Gądek, 472 str., Wydawnictwo Marginesy 2023.






.jpg)