Sita dorasta w samotności. Bez matki, która zmarła, gdy dziewczyna była mała. Bez wiedzy o swoim pochodzeniu. Bez uwagi i troski ojca. Bez szerokiej sieci rodzinnej. Zagubiona, wyalienowana, przeraźliwie samotna. Bea Vianen stworzyła powieść o dorastaniu, które alegorycznie przedstawia całe surinamskie społeczeństwo.
Są lata 50. XX wieku, Surinam zamieszkuje zlepek różnych narodowości – są potomkowie niewolników, są sprowadzeni z Indii robotnicy, są Holendrzy, choć o nich autorka nie wspomina. Z tą różnorodnością narodową wiąże się różnorodność religijna. Rodzina Sity pochodzi z Indii, ale kontakt z muzułmanami jest bliski, ludzie ze sobą sąsiadują, przyjaźnią się, żenią.
Dziewczyna chciałaby wiedzieć więcej o swojej przeszłości, zrozumieć fatum ciążące nad rodziną, ale jest to misja niewykonalna. Milczący ojciec nie jest odpowiednim kompanem do rozmów, a raczej źródłem lęku dziewczyny, zapijaczona kobieta, która mogłaby coś wiedzieć, daje jej tylko kilka fotografii.
Sita porzuca ten plan, uczy się, opiekuje młodszym bratem i marzy o studiach. Brakuje jej kobiecej ręki, bliskości, a gdy dom opuszcza zatrudniona przez ojca opiekunka, a potem wyjeżdża jedyna przyjaciółka, tę samotność wykorzystuje mężczyzna.
Vianen wspaniale opisuje patriarchat i męską opresję. Niedoświadczona, bezwolna dziewczyna staje się marionetką w rękach mężczyzn. Jej marzenia o studiach odchodzą na dalszy plan, dziewczyna najpierw musi przejść przemianę wewnętrzną, znaleźć siłę, nabrać wiary w siebie i zdefiniować jasno swoje cele. I zacząć nazywać samą siebie pełnym imieniem, a nie tylko inicjałem. Zresztą właśnie ta zbieżność pierwszych liter imienia i nazwy kraju narzuca tę alegoryczną interpretację, o której wspominałam.
Autorka barwnie opisuje okoliczności dorastania Sity – przyrodę, domy, otoczenie, choć momentami, szczególnie w dialogach ten język wydawał się być infantylny. Niemniej nie przeszkadzało mi to w odbiorze książki, która świetnie pokazuje Surinam bardziej współczesny niż ten, który poznałam z powieści Cynthii McLeod.
Świetne jest także posłowie Bożeny Czarneckiej, którą pamiętam z moich studiów na filologii niderlandzkiej.
Moja ocena: 4/6
Bea Vianen, Surinamie, to ja, tł. Alicja Oczko, 176 str., ArtRage 2026.







