czwartek, 16 kwietnia 2026

"Kiedyś wszystko sobie opowiemy" Daniela Krien

 


Niespełna siedemnastoletnia Maria nie ma pomysłu na swoje życie, właśnie kończy się rok szkolny, a ona zupełnie nie ma ochoty na szkołę. Woli czytać "Braci Karamazow" i spędzać czas w gospodarstwie Brendelów. To rodzice jej chłopaka Johannesa, do którego się przeprowadziła. Maria stopniowo nabiera nowych umiejętności – pomaga w kuchni i w obejściu, a mieszkańcy ją akceptują, nawet babcia i Alfred – podobno były kochanek babci. Nadchodzi upalne lato, a z nim nowe wydarzenia. Mieszkaniec sąsiedniego gospodarstwa – Henner – zachodzi do sklepu Brendelów i zauważa Marię. Henner ma 40 lat i uchodzi za dziwaka. Mieszka sam, zagląda do kieliszka, chodzi swoimi ścieżkami. Maria jednak ulega mężczyźnie i zakochuje się w nim na zabój. 

Równocześnie życie wszystkich osób stoi u progu przemian. Upadł mur berliński, niebawem NRD zjednoczy się z RFN, a do Brendelów przyjeżdża niewidziany od 20 lat syn. Hartmut został wykupiony przez władze RFN z więzienia i rozpoczął nowe życie w Bawarii. Rodzina nie miała żadnego kontaktu i pierwsza wizyta syna z żoną i dziećmi jest nie lada wydarzeniem. Ale mimo że w wielkim świecie szykują się wielkie zmiany, to w tej małej wiosce życie toczy się utartym trybem wyznaczanym przez pory roku. 

Krien nie tłumaczy, dlaczego Maria wyprowadziła się z domu, ale przemyca pewne informacje, które skłaniają czytelniczkę do własnych domysłów. Wiemy, że matka i dziadkowie mieszkają niedaleko, wiemy, że ojciec opuścił rodzinę, wiemy, że dziewczyna była wzorową uczennicą. Krien świetnie pokazuje, jak rodzina Brendelów stopniowo akceptuje dziewczynę, jak Maria wskakuje w odpowiedni trybik gospodarskiej roboty i jak cierpi z powodu rozterek, gdy zakochuje się w Hennerze. Ten ostatni to zresztą postać dwuznaczna – Niemka balansuje w kreacji tego związku na cienkiej linii między romansem, a przemocą, a wychodzi z tego obronną ręką dzięki zakończeniu.

Warto też zwrócić uwagę na korelację między życiem mieszkańców, nawet jeśli jest ono poza głównym nurtem wydarzeń politycznych, a przemianami w NRD. Wszyscy podskórnie czują, że to czas wielkich wydarzeń, niekoniecznie zawsze dobrych – takie kwestie jak szkoła tracą na znaczeniu, dotychczasowe życie chwieje się w posadach, a to, co zakazane, staje się możliwe.

Krien należy do moich ulubionych pisarek niemieckich – uwielbiam jej na pozór mało spektakularną prozę, w której dotyka spraw bardzo ludzkich, emocji, rozterek, uwikłań w niełatwe relacje. Niemka pisze językiem dość prostym, ale sięga po ciekawe metafory, umiejętnie opisuje uczucia i relacje międzyludzkie. Ta powieść to jej debiut, a dla mnie jej ostatnia książka w dorobku. Pozostaje mi więc czekać na jej kolejne powieści.

Moja ocena: 5/6

Daniela Krien, Irgendwann werden wir uns alles erzählen, 259 str., Diogenes 2024.

wtorek, 14 kwietnia 2026

"Mord an der Algarve" Carolina Conrad


Gdyby nie tytułowe Algarve w tytule, nie sięgnęłabym po tę książkę. I zapewnie wiele bym nie straciła. Ale bardzo przyjemnie czyta się powieści, których akcja osadzona jest w regionie, w którym się mieszka. Nawet jeśli chodzi o miasteczko położone dokładnie na drugim końcu Algarve, w zasadzie dalej już się nie dało! Autorka sięga po sprawdzony już przez Gila Ribeiro sposób prowadzenia takiej historii – mamy główną bohaterkę, która mimowolnie ląduje w Portugalii i relacjonuje różnice kulturowe. 

Conrad stworzyła jednak zupełnie inną bohaterkę niż jej kolega po piórze. Anabela jest dziennikarką, urodziła się i wychowała wprawdzie w Niemczech, ale jej rodzice pochodzą z Portugalii i dzięki nim zna język i zwyczaje tego kraju. Wakacje spędzała przecież w rodzinnym Alcoutim. Tutaj też przylatuje na prośbę matki, która złamała rękę i potrzebuje pomocy w domu. Anabela właśnie przechodzi przez rozwód i taki wyjazd jest dla niej wytchnieniem. Tuż po przyjeździe dowiaduje się o wielu pogrzebach w okolicy, co skłania ją do spaceru po cmentarzu, gdzie faktycznie obserwuje, że w bliskim odstępie czasu zmarło wielu członków jednej rodziny. Anabela wietrzy tutaj nieprawidłowości i z dziennikarskim zacięciem rozpoczyna śledztwo, przy okazji poznając niezwykle pomocnego pracownika biblioteki. Równocześnie w bliskiej okolicy znaleziono ciało niemieckiego emigranta, który planował otwarcie projektu turystycznego dla wędrowców. Okazuje się, że policja kryminalna potrzebuje tłumaczki, a pracujący w policji kuzyn poleca właśnie Anabelę. Kobieta więc angażuje się w dwa różne śledztwa. I tutaj też nie brak wątku damsko-męskiego, bo kobieta zawiesza oko na jednym z komisarzy. 

Conrad w tych dwóch niezależnych wątkach tematyzuje szereg istotnych dla Portugalii kwestii. Śmierć Niemca jest bowiem wynikiem spekulacji nieruchomościami i ściśle wiąże się z rozwojem turystyki. Szereg zgonów we wiosce natomiast prowadzi w portugalską przeszłość – czasy Salazara i policji PIDE, biedę, lęk przed sąsiadem i emigrację. Wybierając takie właśnie wątki, Conrad przemyca w swojej książce wiele informacji na temat współczesnej historii Portugalii, a przyznać trzeba, czyni to umiejętnie. Sama postać Anabeli jest też przyczynkiem do wplecenia wielu kolokwializmów, idiomów czy portugalskich przysłów, choć sama kobieta nie będzie należała do moich ulubionych bohaterek. Conrad szkicuje osobę dość infantylną i skupioną na sobie (rzekomo przyleciała do Portugalii pomagać rodzicom) – ale moja sympatia do bohaterki oczywiście nie wpływa na odbiór całej książki. Wbrew tytułowi nie jest to jednak rasowy kryminał, raczej historia z dreszczykiem w tle, nie ma tu wielkiego napięcia i zwrotów akcji. Ot, lekka lektura na urlop w Portugalii.

Niestety odbiór całkowicie zepsuła mi lektorka audiobooka, która absolutnie nie zadała sobie trudu w czytaniu portugalskich, bardzo licznych, wtrąceń. Widać tu włoskie, brazylisjkie, niemieckie akcenty, ale jednego ze świecą szukać – portugalskiego Większość, o ile nie wszystkie, słów była dla mnie całkowicie niezrozumiała. I było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo dotychczas niemieckie lektorki i lektorzy bardzo mnie w tej kwestii rozpieszczali.

Moja ocena: 4/6

Carolina Conrad, Mord an der Algarve, 278 str., Rowohlt 2018.

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

"Die Kieferninseln" Marion Poschmann


Gilbert Silvester jest docentem, a jakiego polem badań jest męski zarost, szczególnie w przypadku postaci religijnych. Ów Gilbert pewnego dnia budzi się z bardzo sugestywnego snu, według którego zdradza go żona. Jest on przekonany o prawdziwości tej wizji i niewiele myśląc, pakuje walizkę, kupuje bilet lotniczy i ląduje w Tokio. Po drodze kupuje kilka książek związanych z literatura japońskim, w tym tomik haiku Bashō. Ta lektura zachęca go do podążenia śladami słynnego poety i udania się na tytułowe sosnowe wyspy, czyli do Matsushimy. Tymczasem już w Tokio na stacji metra dostrzega młodego Japończyka, który chce zakończyć swoje życie. 
Gilbert zaprasza mężczyznę, by mu towarzyszył – ten jednak wcale nie chce poruszać się śladami Basho, lecz swojego podręcznika dla przyszłych sam0bójców. Ta niedobrana para szuka złotego środka i wyrusza we wspólną podróż, choć obojgu przyświeca inny cel.

Ta powieść nie uwodzi dynamiką akcji, Gilbert Silvester nie jest w Japonii po to, by zwiedzać i poznawać kraj, nieliczne retrospekcje także nie czynią tej książki ciekawszą, autorce chodzi tu o coś zupełnie innego. W centrum narracji stoi refleksja, zadumanie, rozważania, ale też różnice kulturowe między mężczyznami. Poschmann nie sięga tu po utarte obrazy Japonii, a raczej po szare osiedla, nieciekawe okolice, nudne krajobrazy, zabetonowane wybrzeża, w tle wciąż pobrzmiewa niedawne tsunami. 

Poschmann jest poetką, co widać w języku tym powieści. Autorka nie tyle cytuje haiku, ale każe swoim bohaterom tworzyć swoje, fragmenty prozatorskie także świadczą o jej lirycznym zacięciu – język jest piękny, obrazowy, zadumany. Mimo tych niewątpliwych zalet sama powieść mnie nie przekonała – nie jestem fanką tak lirycznej prozy, a samo przesłanie książki nie jest dla mnie jasne. Widzę tu chęć zatarcia granicy między snem a jawą, próbę oszukania czytelniczki i wzbudzenia jej wątpliwości.

Moja ocena: 3/6

Marion Poschmann, Die Kieferninseln, 165 str., Suhrkamp Verlag 2017.


niedziela, 12 kwietnia 2026

"Saudyjka za kierownicą" Manal asz-Szarif


Manal asz-Szarif zasłynęła w 2011 roku, ponieważ wsiadła za kierownicę samochodu, poprowadziła go po ulicach Arabii Saudyjskiej i pozwoliła, by jej przyjaciółka sfilmowała całą procedurę i wstawiła ją na YouTube. Cała ta akcja skończyła się bezpodstawnym aresztowaniem Saudyjki, co wzburzyło ludzi na całym świecie. Początek książki to opis tego wydarzenia oraz tego, co wydarzyło się w kilka następnych dni. Później jednak autorka wraca do swojego dzieciństwa i opisuje swoją drogę do tego momentu. 
Poznajemy więc normalną saudyjską dziewczynkę, która dorastała w biednej rodzinie, ponadto narażonej na wyśmiewanie, bo matka Manal pochodzi z Libii. Ta wycieczka w przeszłość jest bardzo ważna, by zrozumieć warunki, w jakich żyją saudyjskie kobiety. Przed lekturą wydawało mi się, że coś na ten temat wiem, okazało się jednak, że moja wiedza była bardzo powierzchowna.

Opresja, jakiej poddawane są dziewczynki od najmłodszych lat, jest koszmarna, a dla wielu z nich wręcz śmiertelna, bo z niemożności decydowania o sobie, kontaktu z mężczyznami czy prowadzenia samochodu umierały, pozostawione bez pomocy w nagłych sytuacjach. Tak, śmierć dla kobiety była lepszym wyjściem niż kontakt z ratownikiem medycznym lub poprowadzenie samochodu, by się dostać do szpitala. Ta hipokryzja obejmowała wszystkie płaszczyzny, na których porusza się kobieta i mimo że od momentu napisania książki upłynęło sporo czasu, to sytuacja nie uległa dramatycznej zmianie, choć kobietom wolno już siadać za kółkiem. 

Manal dość szczegółowo opisuje swoją radykalizację, która nastąpiła pod wpływem szkolnego codziennego prania mózgu uczennic. Dobrze widać tu mechanizmy, jakich używają nauczycielki, by podporządkować dziewczyny i ukształtować ich światopogląd. Dopiero kontakty z cudzoziemcami i jeden wyjazd zagranicę pokazały Manal, że istnieje inny świat niż ten pokazywany w jej kraju. W tym momencie rozpoczęła się przemiana kobiety, a potem ukształtowała się gotowość do walki o swoje prawa. 

Gdy Manal w swojej historii powraca do momentu aresztowania, czytelniczka traktuje ją jak przyjaciółkę i kibicuje w walce z reżimem, mimo że wie, jak ta historia się kończy. 
Autobiografia Saudyjki to nie jest historia całkowitego buntu i zerwania z całym dotychczasowym życiem. Mimo wielu strasznych sytuacji kobieta wciąż kocha rodziców, mimo opresyjnej interpretacji religii, Manal wciąż jest wierząca – jej postulatem nie jest porzucenie wiary, a porzucenie jej jednostronnej wykładni. Autorka bardzo skrupulatnie nakreśla wszystkie sporne kwestie, hipokryzję, niekonsekwencje i dokładnie opisuje, jak realnie mają wpływ na życie kobiet, dzieci, ale i mężczyzn. 

Manal asz-Szarif udało się napisać swoją biografię językiem wartkim potoczystym, co wcale nie jest oczywiste w przypadku takich książek i za to kolejny plus dla tej publikacji. Myślę, że to książką z rodzaju tych, które warto czytać.

Moja ocena: 5/6

Manal asz-Szarif, Saudyjka za kierownicą, tł. Dorota Konowrocka-Sawa, 496 str., W.A.B. 2019.

sobota, 11 kwietnia 2026

"Mit kalter Hand" Michael Tsokos


Sabine Yao z poprzednich tomów tego cyklu ponownie ma twardy orzech do zgryzienia. Jej znajoma z policji kryminalnej próbuje odszukać właściciela znalezionej w berlińskim lesie stopy. Sabine zajmuje się obdukcją tej części ludzkiego ciała, podczas gdy policja szuka kolejnych części. Równocześnie o pomoc prosi znanych z poprzednich tomów profiler. Na jego biurku wylądowała sprawa zagadkowych śmierci koni. W północnym Berlinie w jednej ze stadnin w przeciągu kilku miesięcy zamordowano trzy konie. Istnieje realne podejrzenie, że osoba, która brutalnie zabija zwierzęta przeniesie swoje zainteresowanie na ludzi. Zadaniem Sabine jest przeanalizowanie zdjęć koni oraz obdukcji ostatniego zwierzęcia, by pomóc w odtworzeniu modus operandi sprawcy. 

Ale to nie wszystko. Zespół patologów współpracujących z urzędem kryminalnym ma codziennie pełne ręce roboty. Tak jak w pozostałych książkach i tu Tsokos rozpoczyna od normalnego poranka i wszystkich obdukcji, jakie lądują na stołach lekarzy. Dzięki temu zabiegowi jego kryminały są bardzo autentyczne. Mamy okazję zajrzeć patologom przez ramię, przyjrzeć się ich pracy, posłuchać nie zawsze miłych dyskusji. Oczywiście nie brak tu fachowych opisów oględzin ciał, obdukcji, szczegółowych wyjaśnień dotyczących nietypowych okoliczności śmierci, procesów zachodzących w ciałach itd. Tsokos rewelacyjnie sięga tutaj do swojego doświadczenia zawodowego, a fachowe przecież opisy potrafi w przystępny sposób wpleść w swoje książki. 

W przeciwieństwie do poprzednich dwóch tomów z Yao w roli głównej, tutaj mamy mało informacji o jej życiu prywatnym, a ciekawa byłam, jak zostanie pociągnięty wątek jej siostry. Jest ona faktycznie wspomniana, ale pozostaje w tle. Samo zakończenie też było dla mnie mało satysfakcjonujące, ale sprawy te rozwiązały się tak, jak to w życiu bywa, bez fajerwerków, choć ze smutnym finałem. 

Czekam na kolejny tom, bo odkąd Yao została wiceszefową swojego działu, widać zmiany w jej postawie, rosnącą pewność siebie i decyzyjność. Dodatkowych smaczkiem jest dla mnie Berlin w tle – w tym tomie ważną rolę odgrywają dobrze mi znane miejsca, więc lektura była dla mnie jeszcze ciekawsza.

Moja ocena: 4/6

Michael Tsokos, Mit kalter Hand, 357 str. DroemerKnaur 2025. 

piątek, 10 kwietnia 2026

"The Diver's Clothes Lie Empty" Vendela Vida


 

Główną bohaterkę powieści poznajemy w samolocie do Maroka, do Casablanki, gdzie planuje spędzić wakacje. Niestety już podczas wypełniania formularza przy recepcji hotelu ktoś kradnie jej plecak z dokumentami, pieniędzmi, aparatem fotograficznym i laptopem. Zmęczona po podróży kobieta jest zdezorientowana i nie ma wielkiej nadziei na odzyskanie swoich rzeczy. Gdy na posterunku policji komendant wręcza jej odnaleziony plecak, nie protestuje, mimo że nie jest to jej własność. Kobieta przyjmuje więc tożsamość innej osoby i zaczyna używać jej karty kredytowej. Dziwnym zbiegiem okoliczności staje się członkinią ekipy kręcącej tuż obok film i poznaje słynną amerykańską aktorkę. Gdy sprawy zaczynają się komplikować, ponownie zmienia tożsamość. 

Vendela Vida prowadzi tę narrację w drugiej osobie liczby pojedynczej, wprowadzając dystans do głównej bohaterki i skłaniając czytelniczkę do postawienia się w jej roli. Początkowo jest to zresztą tylko opowieść o przyjmowaniu obcej tożsamości, ale z czasem odkrywamy, od czego kobieta ucieka. Krok po kroku wspomina dość traumatyczne wydarzenia z okresu przed wyjazdem. Autorka pociąga tu bowiem temat tożsamości na inną płaszczyznę – główna bohaterka ma siostrę bliźniaczkę, a dziewczynki dorastały w opozycji do siebie, jedna z nich była tą ładniejszą, tą, która odnosiła większe sukcesy. Tożsamość bliźniaczek bywa trudna do rozdzielenia, a staje się jeszcze bardziej problematyczna, gdy jedna z nich prosi o przysługę. To zachwianie w oddzieleniu własnej osobowości od siostrzanej ma zapewne wpływ na dalsze wybory bohaterki, która ze sporą łatwościązaczyna wskakiwać w różne role, czego ukoronowaniem jest bycie dublerką słynnej aktorki. 

Vida podsuwa swojej bohaterce tytułowe ubrania w różnych momentach, stwarzając okazje, do podjęcia decyzji o zmianie swojego ja, a jej bohaterka za tymi okazjami podąża, zmuszając czytelniczkę do rozważenia, czy podjęłaby podobne decyzje. Powieść napisana jest bardzo prostym językiem, jednak wyżej wspomniana druga osoba liczby pojedynczej utrudnia lekturę, irytuje, drażni.

Początkowo miałam problem z tą książką, Vida nie potrafiła mnie zainteresować, ale z czasem, gdy pojawiało się więcej retrospekcji, wtopiłam się w tę narrację i byłam ciekawa zakończenia. To dość interesująca, skłaniająca do przemyśleń książka, po którą zapewne nigdy bym nie sięgnęła, gdyby nie mój klub czytelniczy. W efekcie jestem w pewnym sensie zadowolona z lektury, ale Vendela Vida nie zachęciła mnie do sięgnięcia po innej jej powieści.

Moja ocena: 3,5/6

Vendela Vida, The Diver's Clothes Lie Empty, 224 str., HarperCollins 2015.

czwartek, 9 kwietnia 2026

"Oto słońce" Gunnhild Øyehaug


Pierwsza powieść Norweżki, czyli "Czekaj, mrugaj", zupełnie mnie nie przekonała, ale postanowiłam autorce dać drugą szansę. Planując przeczytanie wszystkich książek Wydawnictwa Pauza, nie miałam zresztą wyboru. 
Gdy rozpoczęłam lekturę "Oto słońce", miałam wrażenie, że niesłusznie odżegnałam się od prozy Øyehaug. Bohaterką tej powieści jest czterdziestodziewięcioletnia Helga, samotna pisarka, która przechodzi lekki kryzys twórczy. Gdy podczas śniadania dostrzega, że do sąsiedniego domu wprowadzają się nowi lokatorzy, cieszy się na zmiany. Okazuje się jednak, że to para znanych pisarzy i trochę nie w smak jest jej mieszkać obok osób tej samej profesji. Helga początkowo nie wie, jak się zachować, ale prędzej czy później musi dojść do spotkania. Autorka od razu nawiązuje więź porozumienia z NIM, podczas gdy żona pisarza jest wręcz opryskliwa. To nagłe zauroczenie pogłębia pisarskie rozterki Helgi i skłania ją do uciekania z domu, by nie poświęcać dni na obserwację pisarza. Ta część książki faktycznie mnie zainteresowała i byłam ciekawa, jak autorka poprowadzi wątek zauroczenia Helgi.

W tym momencie jednak Øyehaug całkowicie zmienia narrację i przenosi nas w świat wyobrażony – Helga znajduje się na polu kempingowym, pełnym kur?, gdzie nawiązuje nić porozumienia z pracowniczką. W tym momencie fabuły utraciłam jej sens – owszem dokończyłam słuchania audiobooka, ale do końca nie zrozumiałam sensu tego zabiegu ani przesłania tej powieści.

Niestety proza Norweżki do mnie nie trafia, największym problemem był dla mnie ten fantastyczny odlot, które, moim zdaniem, niczemu poza konsternacją nie służy.

Moja ocena: 2/6

Gunnhild Øyehaug, Oto słońce, tł. Karolina Drozdowska, 176 str., Wydawnictwo Pauza 2026.