Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie południowoamerykańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie południowoamerykańskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 czerwca 2017

"Portret w sepii" Isabel Allende



Portret w sepii czytałam pod koniec mojego zeszłorocznego urlopu i pamiętam, że proza Allende wciągnęła mnie bez reszty. Rok później wrażenia się zatarły, ale notka o książce musi powstać :)

Allende opowiada historię życia Aurory de Valle, urodzonej w San Francisco sieroty. Jej matka umiera tuż po porodzie, a jej ojciec nie przyznaje się do bycia wyżej wymienionym, na szczęście z umierającą matką żeni się zakochany w niej od lat kuzyn. Niestety jej śmierć zadaje mu taki cios, że rusza na wojnę, a dziecko ląduje u dziadków ze strony matki i dorasta w chińskiej dzielnicy. To wspaniałe dzieciństwo, które szybko się kończy. Po śmierci dziadka dziewczynka trafia to surowej i nieprzystępnej babki Pauliny, która jest bardzo samodzielną i przedsiębiorczą kobietą. Paulina decyduje się na powrót do Chile, z butlerem w roli dystyngowanego angielskiego dżentelmena i swojego męża. Tym sposobem Autora poznaje kraj swojego ojca, otrzymuje porządną domową edukację, a jej pasją staje się fotografia. 

Autorka szczegółowo opisuje życie dziewczyny, historię wyprawy do Europy, a także nieudanego małżeństwa. To w dużej mierze powieść o sile kobiet - począwszy od obu babek po samą Aurorę. Allende równocześnie wplata w fabułę spory kawałek historii Chile i nie ukrywam, że te informacje były dla mnie bardzo interesujące. Mimo że szczegóły powieści mi umknęły to pozostały dobre wspomnienia przyjemności obcowania z dobrą prozą. 

Moja ocena: 4,5/6

Isabel Allende, Porträt in Sepia, tł. Lieselotte Kolanoske, 582 str., suhrkamp 2012.

piątek, 9 czerwca 2017

"Stary ekspres patagoński" Paul Theroux



Postanowiłam w tym miesiącu wreszcie napisać notki o tych kilku książkach, których nie udało mi się zrecenzować w zeszłym roku. Czytanie urlopowe jest fajne, bo czytam bez chwili przerwy, ale potem nazbierało mi się tyle lektur, że do końca roku ich nie ogarnęłam.

Stary ekspres patagoński to książka kupiona przeze mnie z dwóch powodów. Po pierwsze zachęcona zostałam do autora, a wybrałam akurat ten tytuł, bo świetnie pasował do wyzwania południowoamerykańskiego. Niestety moja przyjaźń z Theroux na tej książce raczej się skończy.

Lata siedemdziesiąte XX wieku, Theroux postanawia przemierzyć oba kontynenty amerykańskie pociągiem. Wyrusza więc na południe, zasiada przy oknie, zaczyna czytać i właściwie alienuje się od współpasażerów. Zza grzbietu książki spogląda oczywiście, obserwuje ale wydaje się nie być zainteresowany bliższym kontaktem. Nieliczne rozmowy służą mu do piętnowania bolączek Ameryk - bieda, analfabetyzm, przemoc. Trudno tu szukać pozytywnych spostrzeżeń.

Taki sposób podróżowania autora zupełnie mnie nie przekonał. Miałam wrażenie, że bardziej interesuje go stan pociągu i pogoda niż mieszkańcy danego kraju. Pobieżne rozmowy nie zaspokoiły mojej ciekawości, a skoncentrowanie na sobie i własnych niewygody budziło u mnie zdecydowaną antypatię do podróżnika. Nawet rozmowa z Borgesem nie skłoniła mnie do zmiany mojego nastawienia. Ta książka zwyczajnie nie przyniosła mi oczekiwanego ładunku poznawczego, nie zachęciła, nie wzbogaciła, pozostawiła mnie całkowicie obojętną.

Moja ocena: 3/6

Paul Theroux, Stary ekspres patagoński. Pociągiem przez Ameryki, tł. Paweł Lipszyc, 536 str., Wydawnictwo Czarne 2012.

środa, 7 września 2016

"Hałas spadających rzeczy" Juan Gabriel Vásquez


Antonio Yammara - młody prawnik, pracownik uniwersytetu, nawiązuje znajomość z Ricardem Laverde. Znajomość dość nietypową - mężczyźni grywają razem w bilard, zamieniają kilka słów ale nigdy nie prowadzą długich rozmów. Na dobrą sprawę Antonio o Laverdem nic nie wie. Los chce, że towarzyszy mu w ostatnich chwilach życia. Ricardo pada ofiarą zamachu, a towarzyszący mu Antonio jest ciężko ranny. Z odniesionych obrażeń się wyleczy ale jego dusza pozostanie chora. Nie potrafi cieszyć się małżeństwem ani ojcostwem, ciągle gdzieś podąża. Jego głównym celem jest odkrycie zagadki śmierci Laverde, co ma być terapią dla własnych lęków.

Dwutorowo prowadzona narracja przeprowadza czytelnika przez współczesną historię Kolumbii, z niewielkim ekskursem do lat czterdziestych XX wieku. Z jednej strony autor przedstawia życie Antonia, a z drugiej wracamy do lat siedemdziesiątych, gdy Kolumbia uwikłana była w narkobiznes. W pogrożonym w kryzysie kraju działają w terenie młodzi Amerykanie i Amerykanki, którzy w ramach Korpusu Pokoju próbują pomóc Kolumbijczykom odbudować ich kraj. W wielu jednak przypadkach poddają się oni pokusie szybkich pieniędzy, jakie przynosił handel narkotykami.

Vásquez ciekawie szkicuje te czasy, warunki życia w Kolumbii oraz organizację pracy Korpusu, a także opisuje słynną posiadłość z prywatnym zoo Pablo Escobara. Nieszczególnie wyszedł mu jednak pomysł na książkę - mimochodem przedstawione życie Antonia podczas jego wysiłków odkrycia tajemnicy Ricarda Laverde jest zabiegiem tak oklepanym, że bez większej ciekawości śledziłam akcję. Podobnie z założenia bardzo tajemnicze życie Ricarda nie zawierało wielkich niespodzianek, od początku niemal domyśliłam się w jaki sposób zarabiał na życie. A sam Antonio to postać niezbyt sympatyczna - niezdecydowana, niedojrzała i denerwująca. Mimo to nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę - niedociągnięcia wynagrodziła mi możliwość poznania historii współczesnej Kolumbii.

Moja ocena: 3/6

Juan Gabriel Vásquez, Hałas spadających rzeczy, tł. Tomasz Pindel, 230 str., Wydawnictwo Muza 2013.

wtorek, 2 sierpnia 2016

"Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery" Piotr Strzeżysz


Piotr Strzeżysz urzekł mnie swoim sposobem podróżowania podczas lektury jego Campy w sakwach. Szanuję go za skromne i pełne respektu podejście do tubylców oraz pokorę. W Makaronie w sakwach autor opisuje swoje podróże po obu Amerykach, w sumie trzy, nie każda z nich udana. Tym razem Strzeżysz zrezygnował z transportu roweru i w pojazd zaopatrzył się na miejscu. 

Mimo że autor jest wytrawnym rowerzystą, zaprawionym podróżnikiem, to czasami każde naciśnięcie w pedały to ból, wyrzeczenie i walka. W tej książce mniej jest wrażeń krajoznawczych, mniej spotkań z ludźmi, a więcej właśnie istoty pedałowania, poszukiwania samego siebie, siedzenia w samotności w namiocie i myślenia. Poszukiwanie siebie, badanie swojego ja i zakresu własnych sił wysuwają się na pierwszy plan. Jeśli więc czytelnik nastawia się na typową książkę podróżniczą, może się rozczarować. Krajobrazy i zachwyt naturą ustępują miejsca zmaganiom z brakiem pieniędzy, porządnego jedzenia czy surowym klimatem. Ważniejsze wydają się być spotkania i rozmowy z tubylcami - czasami kuriozalne, czasami bardzo przyjacielskie, ale wielokrotnie bardzo wrogie. 

Na dobrą sprawę z samej treści książki niewiele zapamiętałam. To bowiem jedna z moich urlopowych zaległości, której nie miałam możliwości opisać na świeżo. O dziwo o wiele więcej utkwiło mi w pamięci z książki Siłami natury Michała Kozoka, którą czytałam rok temu. 
Nie przeczę, że opowieść Strzeżysza mnie zaciekawiła, jednak jego pierwsza książka wywarła na mnie o wiele większe wrażenie. Tę zapamiętałam przede wszystkim jako przedstawienie walki z własnymi ograniczeniami. 

Ponieważ od lektury Makaronu w sakwach upłynęło zbyt dużo czasu, bym mogła napisać więcej o treści, postanowiłam napisać choć taką krótką notkę, by zaznaczyć jej obecność na blogu.

Cenię Strzeżysza jako podróżnika i przekonana jestem, że to na pewno bardzo sympatyczny człowiek. Mam na czytniku jeszcze jedną jego książkę i na pewno po nią sięgnę, bo mimo wszystko jestem ciekawa jego rozterek oraz podróży.

Moja ocena: 3,5/6

Piotr Strzeżysz, Makaron w sakwach, czyli rowerem przez Andy i Kordyliery, 280 str., Wydawnictwo Bezdroża 2014.



czwartek, 12 maja 2016

"Popcorn unterm Zuckerhut" Junge brasilianische Literatur


Bardzo cieszyłam się na ten zbiór brazylijskich opowiadań. Wyobrażałam sobie, że poznam jeszcze więcej literatury z tego kraju i liczyłam na to, że któreś z opowiadań zachwyci mnie na tyle, by poznać jego autora bliżej. Dwa miesiące po lekturze nie jestem w stanie przypomnieć sobie treści żadnego z nich. Początkowo sądziłam, że stało się tak, bo czytałam je na wyrywki w dość stresującym okresie, ale obawiam się, że chyba jednak żadne z nich nie było na tyle dobre/poruszające, by mnie zachwycić. 

Zbiór zawiera dwadzieścia tekstów, przeważnie bardzo krótkich, cała książka ma niewiele ponad sto stron! To zdecydowanie za mało, by bliżej poznać Brazylię i jej wielokulturowość. Wydawca postarał się, by wśród autorów znalazły się zarówno kobiety i mężczyźni, a przede wszystkim, by wszyscy byli stosunkowo młodzi. Z zamieszczonych na końcu książki krótkich biografii (świetny pomysł!) wynika, że niemal wszyscy urodzili się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Nie tylko w kwestii autorów widać sporą różnorodność, same opowiadania także utrzymane są w odmiennej stylistyce - od melancholijnych po ironiczne czy wręcz wesołe. Mimo tej troski wydawcy o różnorodność, ja jej nie odkryłam, bardziej miałam wrażenie monotonii, przypadkowego zestawienia tekstów, których największą zaletą jest dbałość o warsztat pisarski. 

Myślę, że będę wracać do tych opowiadań, nie do całego zbioru ale do pojedynczych tekstów. Mam wrażenie, że taka lektura da mi możliwość lepszego poznania każdego z autorów. Czytanie jednym ciągiem kilkustronicowych opowiadań tak przeróżnych autorów zamazało ich indywidualizm.

Moja ocena: 3/6

Popcorn unterm Zuckerhut. Junge brasilianische Literatur, 142 str., Verlag Klaus Wagenbach 2013.

niedziela, 21 lutego 2016

"Contravida" Augusto Roa Bastos


Moja wiedza o historii Paragwaju nie wybiega poza wojnę o Chaco. Powieść Augusta Roa Bastosy skłoniła mnie do dalszych poszukiwań, osadzona jest bowiem bardzo mocno w paragwajskich realiach. Więzień polityczny cudem przeżywa ucieczkę - jego towarzysze z celi giną w podkopie, on jako ostatni, który miał wczołgać się w tunel, przeżywa zawał ziemi i pokiereszowany ląduje w chaszczach. Tam znajdują go kobiety, które opiekują się nim troskliwie i pomagają dojść do sił. 
Podleczony więzień ucieka ze stolicy, wyrusza w podróż wiekowym, rozklekotanym pociągiem, który ma zawieźć go do Argentyny. Podróż ta okazuje się być podróżą w czasie i przestrzeni, powrotem do lat dzieciństwa, a równocześnie metaforycznym obrazem ówczesnego Paragwaju.

Począwszy od współpasażerów po krajobrazy za oknem - Bastos przemienia wszystko w metaforyczny obraz. Otyła kobieta, handlarka, w której uciekinier rozpoznaje mieszkankę jego rodzinnej wioski, a równocześnie podejrzewa denuncjantkę, siada naprzeciwko i wydaje się sterować jego myślami. Zmory przeszłości, lęki i marzenia nawiedzają uciekiniera w niespokojnych snach i przeplataj ą się z sugestywnymi scenami z dzieciństwa. Okrucieństwo, tortury, polityczne czystki ukształtowały głównego bohatera. Ucieczka z kraju oznacza odwrócenie się od niesprawiedliwości, protest przeciwko rządom dyktatora, a także poszukiwanie sensu egzystencji. Sednem życia jest tu parcie pod prąd, niezależność oraz energia, by przeciwstawiać się ogółowi. 

Roa Bastos układa powieść w krótkie rozdziały podzielone na niewielkie sceny, które skłaniają do szybkiej lektury. To jednak błędne założenie, tej książce należy poświęcić wiele czasu, nie jest łatwo podążać za obrazami, szkicowanymi przez Paragwajczyka. 

Na pewno warto sięgnąć po tę naznaczoną autobiograficznie powieść. To przyczynek do poznania fragmentu paragwajskiej historii i zachęta do zmierzenia się z wymagającą prozą. 

Moja ocena: 4/6

Augusto Roa Bastos, Gegenlauf, tł. Elke Wehr, 233 str., Suhrkamp 1997.

sobota, 2 stycznia 2016

"Buxton Spice" Oonya Kempadoo


Długo szukałam powieści z Gujany i bardzo cieszę się, że trafiłam, między innymi dzięki temu blogowi, na tę książkę, a przede wszystkim, że odważyłam się na jej lekturę. Czytanie po angielsku nie sprawia mi problemów ale szybciej czytam po niemiecku czy po polsku więc zawsze mam opory przed perspektywą wolniejszej lektury. Dobrze, że nie wiedziałam wcześniej, że Kempadoo wplata bardzo dużo kreolskiego dialektu, praktycznie wszystkie dialogi są tak napisane. Na szczęście liznęłam jamajskiego patois i dzięki temu w ogóle byłam w stanie tę książkę zrozumieć. Z zasady nie sprawdzam nie znanych mi słów w słowniku tylko staram się zrozumieć je z kontekstu, wiem, że ciągłe korzystanie ze słownika zniechęca, spowalnia lekturę, a w końcu frustruje. 

Spójrzcie na tę piękną okładkę, jej kolory są tak soczyste jak proza Kempadoo i życie Luli - nastolatki z Tamarind Grove. Lula, jej siostra i córki sąsiadów tworzą zgraną paczkę - wszystkie są w podobnym wieku, stoją u progu dojrzewania, podejrzliwe obserwują swoje dojrzewające i budzące się ciała, obserwują pulsujące od seksu życie ale także polityczne wydarzenia oraz zamieszki na tle rasowym, jakie mają miejsce w Gujanie. Życie dziewczyn jest beztroskie - wspinają się na drzewa, plotkują, podglądają, komentują wioskowe życie, które w wielu aspektach tak bardzo różni się od domu Luli. Jej rodzice prowadzą szkołę, produkują z soi tofu, a także mają inne poglądy na wychowanie dzieci, np. nie biją ich, co dla sąsiadów graniczy z dziwactwem.

Autorka delikatnie i bardzo plastycznie opisuje budzącą się seksualność Luli - jej niepewność, rozmowy z przyjaciółkami, obserwacje i w końcu odkrywanie ciała i pierwsze doznania. Podobnie przedstawia przyrodę Gujany - pełną roślin, wody, drzew. Jednym z nich jest tytułowy mangowiec, który oplata swoją ogromną koroną dom Luli i jest niemym świadkiem jej przeżyć. Z taką samą obojętnością spogląda na gwałt, zamieszki, morderstwo jak i na radość i szczęście. Lula, która zapamiętale wspina się na drzewa i kocha przyrodę, nienawidzi za to mangowca. 

Bardzo lubię tak egzotyczne książki, które wprowadzają mnie w nieznany świat. Autorka godna uwagi!

Moja ocena: 5/6

Oonya Kempadoo, Buxton Spice, 170 str., Dutton 1999.

sobota, 26 grudnia 2015

"Cuando fumar era un placer" Cristina Peri Rossi

 
W poszukiwaniu literatury urugwajskiej trafiłam na Cristinę Peri Rossi i jej niewielką książkę o papierosie. Tak, właśnie papieros jest głównym bohaterem tej powieści. Peri Rossi opisuje rolę papierosa w swoim życiu - od pierwszego spotkania, poprzez czterdziestoletnią przyjaźń, aż po wymuszony koniec. Opis jej słodko-gorzkiej miłości jest przyczynkiem do opisania historii tej używki, przybycia tabaki do Europy czy mitu Cigarerras - kobiet pracujących w sewillskich fabrykach papiersów.

Autorka skrupulatnie opisuje zgubny wpływ nikotyny na zdrowie człowieka, wyraźnie stara się zachować obiektywizm, równocześnie jednak wskazując na kultową rolę papierosa, szczególnie wśród ludzi kultury. Poczynając od Hollywood, a kończąc na pisarzach ukazuje jak ważny jest papieros w procesie twórczym. To towarzysz podczas pisania, to główny bohater wielu najbardziej znanych scen filmowych, to w końcu nieodłączny element seksu - od uwodzenia do słynnego papierosa, wypalanego jako uwieńczenie orgazmu.

Autorka rzucając palenie podsumowała swoje życie, punktując wszystkie momenty, w których nieodłączny był dla niej papieros. Przy okazji szkicuje różnice między przyzwyczajeniem, a nałogiem. Niewyobrażalne było dla niej wartościowe w jej oczach życie bez papierosa. Stopniowe wychodzenie z nałogu ukazuje jej jednak zmiany w rutynie oraz natychmiastową niemal poprawę zdrowia, co nie przeszkadza jej ciągle tęsknić za papierosem. Nie jako używką, ale jako towarzyszem.

To nie jest poradnik o wychodzeniu z nałogu, to pean na cześć tabaki i jej społecznego znaczenia. Ciekawa opowieść, choć dla literatury urugwajskiej pewnie niezbyt reprezentatywna.

Moja ocena: 4/6

Cristina Peri Rossi, Die Zigarette. Leben mit einer verführerischen Geliebten, tł. Sabine Giersberg, 175 str., Diana Verlag 2006.

wtorek, 1 września 2015

"Siłami natury czyli bez silnika przez Amerykę Południową" Michał Kozok


O książce Michała Kozaka nigdy bym pewnie nie usłyszała, gdyby nie fakt, że jest moim krajanem i znałam jego siostrę, a informacje o niej przewijały się na żorskich portalach. Michał to podróżnik ekstremalny, totalny i całkowicie zakręcony. Nie ma świecie niemal kraju, którego by nie odwiedził, nie ma ryzyka, którego by nie podjął. 
Tę książkę poświęcił opisowi swojej wyprawy przez Amerykę Południową bez silnika. Co to oznacza? Michał udaje się na najbardziej wysunięty na południe punkt tego kontynentu i pokonuje 13 tysięcy kilometrów do punktu najbardziej wysuniętego na północ. Jak? Pieszo, wiosłując, na rowerze, pchając wózek, na rolkach czy hulajnodze. Żadnych przepraw przez rzeki z użyciem motorówki, żadnych ustępstw na rzecz autobusu, nawet na schody ruchome w supermarkecie nie wchodzi! Brzmi łatwo? Zapewniam was, że wcale nie. Michał przedziera się przez dżungle, wspina na szczyty, trawersuje obszary pustynne i bagienne. Na trasie trafia na każdy rodzaj krajobrazu, na niemal każdą przeszkodę, jaką można wymyślić, ale brnie dalej, nie poddaje się i zasuwa na północ. 

Książka Kozoka to jednak nie tylko sam opis wyprawy. Autor opisuje także pokrótce swoje lata szkolne, poprzednie podróże oraz jak znalazł się w Australii, dopuszcza także do głosu swoją żonę - Ewelinę, która relacjonuje wyprawę z jej punktu widzenia. Ewelina towarzyszyła mężowi w kilku odcinkach, ale większość czasu spędziła w Australii. 

Siłami natury przeczytałam z zapartym tchem. Książka Kozoka pełna jest życia, autorowi nie brakuje humoru oraz dystansu do siebie, jednocześnie nie ukrywa, że jest wyjątkowym zapaleńcem, a czasem nawet szaleńcem. 

Mnie bardzo podobała się szata graficzna książki - przede wszystkim szczegółowe mapki poszczególnych etapów, do tego wyskalowane na tle całego kontynentu, liczne fotografie i dobry papier. Zdradzę wam, że mam coś wspólnego z autorem - zamiłowanie do statystyk! Kozok kończył każdy etap podróży, nie ważne jak był zmęczony, podsumowaniem dnia, to widać w książce. Na końcu umieścił tabele ze szczegółową analizą sprzętu - to już informacje dla fanatyków :)

Podziwiam autora za konsekwencję w dążeniu do celu, za odwagę, by realizować marzenia i za napisanie takiej fajnej książki :)

Moja ocena: 5/6

Michał Kozok. Siłami natury czyli bez silnika przez Amerykę Południową, 288 str., Wydawnictwo Sorus 2015.

wtorek, 17 marca 2015

"Dom z papieru" Carlos María Domínguez



Ta książka trafiła do mnie w ramach akcji Wanderbuch (czyli książka-wędrowniczka) organizowanej przez Dorotę z Bibliophilin. Jak sama nazwa wskazuje, książka wędruje wśród pewnej, wcześniej ustalonej liczby osób, a każda z nich podczas lektury dodaje swoje notatki, spostrzeżenia, uwagi. Książka rozpoczyna swoje życie, robi się coraz bardziej kolorowa, coraz grubsza, a lekturę ubogacają spostrzeżenia poprzednich czytelników. Można do książki dołączyć zakładkę, pocztówkę. To moja pierwsza przygoda w takim projekcie i bardzo mi się spodobała.

Książką-wędrowniczką jest Dom z papieru - niewielka powieść argentyńskiego pisarza. To powieść o pasji, zamiłowaniu, które przeistacza się w obsesję. Nie trudno się domyślić, że bohater tego opowiadania jest kolekcjonerem książek. Nałogowo kupuje wciąż nowe i nowe pozycje, a każdy dzień spędza na lekturze. Ten opis wydaje się wam znajomy? To koniecznie sięgnijcie po tę powieść.

Bluma Lennon, wykładowczyni w Cambridge, ginie pod kołami samochodu zagłębiona w lekturze Poezji Emily Dickinson. Kilka dni później do biura Blumy przychodzi list, który zawiera powieść Conrada Smuga cienia, wysłaną z Urugwaju. Powieść wygląda bardzo zagadkowa, oblepiona jest piaskiem i tynkiem, książka wydaje się być bardzo sfatygowana. Okazuje się, że właśnie tę książkę Bluma podarowała tajemniczemu Carlosowi podczas konferencji naukowej w Monterrey. Jej współpracownik i przyjaciel postanawia odnaleźć Carlosa i zwrócić książkę. Jego podróż prowadzi go do Argentyny i Urugwaju, gdzie spotyka kolekcjonera książek Delgado. To właśnie on opowiada mu o Carlosie Brauerze i jego pasji do książek. Pasji, która zamienia się w obsesję, która powoduje, że przekracza on pewną granicę - smugę cienia?

Powieść Domíngueza to niemal miniaturka, szkic pełen myśli, które ucieszą każdego bibliofila. Autor precyzyjnie i niezwykle trafnie opisuje to, co u każdego bibliofila powoduje przyspieszenie pulsu.
Wiele tu spostrzeżeń i dylematów, które z pewnością, dotyczą każdego miłośnika książek. Kto z nas nie narzeka na brak miejsca na półkach, kto z nas nie boryka się z katalogowaniem książek, z systemem i ustawiania? Ile razy zastanawialiście się nad celowością trzymania książek, do których nigdy nie wrócicie. Przyznam, że przechodziłam całkiem niedawno przez ten etap, wzmocniony później przez przeprowadzkę. 

Domínguez idzie krok dalej. Początkowa opowieść o niegroźnej fascynacji zamienia się w sugestywny opis psychozy, miłości, która staje się uczuciem niewolniczym, obsesji, z której nie ma ucieczki. Pamiętajcie więc, że książki mają moc, potrafią nawet zabijać...

Szkoda tylko, że książka Domíngueza to rozrywka na jeden wieczór, mam wrażenie, że otarł się tylko o temat i mógł rozwinąć go o wiele bardziej. A może celowo napiał utwór tak krótki, by zmusić czytelnika do własnych rozważań?

Moja ocena: 4,5/6

Carlos María Domínguez, Das Papierhaus, tł. Elisabeth Müller, Insel Verlag 2014.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:


piątek, 27 czerwca 2014

"Zeszyty don Rigoberta" Mario Vargas Llosa



Niestety dopiero niedawno sięgnęłam po kontynuację świetnej Pochwały macochy. Niestety, bo pewna część faktów i wrażeń umknęła mi już z pamięci. Mimo to z przyjemnością przeczytałam tę pozycję i ponownie zachwyciłam się giętkością języka noblisty.

Lukrecja musiała opuścić dom męża i wraz z zaufaną służącą mieszka sama. Od pewnego czasu jednak regularnie odwiedza ją Alfonso, który czyni wszystko, by pogodzić ojca i macochę. Równocześnie Lukrecja zaczyna otrzymywać anonimowe listy, w których opisywane są seksualne fantazje, bazujące na konkretnych obrazach. Opisy te przypominają jej nocne przygody z mężem i rozpalają tęsknotę.

Diabolicznie niewinny Alfonso naciska na Lukrecję, by zaczęła odpisywać na anonimy, opowiada jej o samotności ojca i czyni wszystko, by macocha wróciła do domu. Równocześnie ponownie roztacza swój czar, wzbudzając namiętność w Lukrecji. Ich pozornie niewinne rozmowy kręcą się wokół twórczości Egona Schielego. Uczący się malarstwa Fonsito całkowicie zafascynowany jest tym malarzem - studiuje szczegółowo jego życie, interesuje się jego sztuką, podkreślając jej seksualny aspekt i w końcu co raz odnajduje kolejne podobieństwa do Austriaka.

Całkowicie skołowana Lukrecja rozpoczyna listowną grę z mężem, żałując swojego postępku i marząc o powrocie. Autor świetnie ukazuje toczącą się równolegle wewnętrzną walkę obu małżonków.

Zeszyty don Rigoberta wydają się być powieścią dojrzalszą niż Pochwała macochy, mnie jednak ta ostatnia bardziej przypadła do gustu. W tej książce zabrakło mi ostentacyjnego naturalizmu, który naturalnie nie każdemu musi się podobać. Zdecydowanie lepiej jest czytać obie książki w niewielkim odstępie czasu, by w pełni docenić ich wartość. Mnie bardzo przypadła do gustu ta strona pisarstwa noblisty.

Moja ocena: 5/6

Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta, tł. Filip Łobodziński, 304 str., Wydawnictwo Znak. 

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:



niedziela, 15 czerwca 2014

"Uciekinier" Tomasz Morawski



Uciekinier to książka o wyborach, książka o emigracji, o oddaleniu, o samotności wreszcie. To także opowieść życia, opis niesamowitych perypetii i zbiegów okoliczności, niełatwych wyborów i barwnych wydarzeń. To życie, z którego czerpie się pełnymi garściami i i w którym się oddaje, co ma najlepszego.

Morawski dzięki swojemu nastawieniu do życia, otwartości na ludzi i przygodę zebrał materiał na niejedną książkę. Uciekinier to próba autobiografii. Autor opisuje swoje młodzieńcze lata w Krakowie, przypadkowo wybrane studia na AGH, a przede wszystkim bardzo rozrywkowe życie nocne. Morawski obraca się w środowisku artystycznym, przyjaźni się z artystami z Piwnicy pod Baranami, skrzętnie wykorzystując swój atut posiadania mieszkania w samym centrum Krakowa. Dzięki znajomości języka angielskiego udaje mu się załapać na wyjazdy zagraniczne, gdzie poznaje studentów z innych krajów. Najbardziej brzemienna w skutki będzie przyjaźń z pewnym Finem, który nalega na rewizytę. Tylko że ma się ona odbyć nieco dalej niż w Finlandii. Ów Fin ma bowiem objąć stanowisko attache w Ekwadorze. Morawski ma wprawdzie etat na AGH i dość ustabilizowane życie ale nie potrafi oprzeć się przygodzie. Chęć ucieczki od systemu odgrywa także swoją rolę. Zdobycie paszportu okazuje się być gratką, popiera je przecież bardzo ważne pismo z Finlandii, trudniej jest jednak dostać się na statek płynący do Ameryki Południowej. Ale i ta przeszkoda zostaje pokonana i rozpoczyna się prawdziwa przygoda.

Rejs przez pół świata obfituje w niesamowite przygody oraz spotkania, a Morawski dociera do Ekwadoru o wiele później niż zamierzał. Niebawem kończy się ważność wizy i paszportu, a podróżnik musi podjąć decyzję o swojej przyszłości. Urlop został przekroczony, obawa przed konsekwencjami odgrywa także swoją rolę - Morawski przedłuża pobyt. Opis życia w Quito jest fascynujący. Autor poznaję całą gamę ekspatów z wielu krajów europejskich, pracuje jako przewodnik w dżungli, uczy się hiszpańskiego, uczy się pokory pracując dla pewnego Amerykana i pomalutku buduje swój ekwadorski świat. Najpierw mieszkanie, zrujnowane ale to nie szkodzi, potem coraz większy krąg znajomych, potem rozbudowa firmy Amerykanina, potem nauka jazdy samochodem po Quito, poznawanie wszystkich zakątków kraju i nie wiadomo kiedy Morawski zadamawia się tam na tyle, że o powrocie nie myśli.
Co nie oznacza, że nie targają nim uczucia, znane każdemu emigrantowi. Tęsknota oczywiście na pierwszym planie, ale i samotność, troska o rodzinę, lęk przed bezpieką, niepewność, dotycząca wydarzeń w kraju, nadzieja na zmiany i znowu tęsknota.

Dom Morawskiego zamienia się w przystań dla wszystkich Polaków odwiedzających ten kraj. Pomoc jest dla niego oczywista, nie tylko ze względu na łączność kraju, przede wszystkim z dobroci serca. 

Z ciekawością towarzyszyłam Morawskiemu w jego opowieści i mimo że byłam świadoma, że książka z założenia jest gawędą, to bardzo często mierził mnie język autora. Pisze on krótkimi, urywanymi zdaniami, często ironicznymi, ale często także niezrozumiałymi. Wielokrotnie urywa myśl, dając do zrozumienia, że wybiega na teren prywatny, pozostawiając jednak zagubionego czytelnika. Naturalnie nie wymagam od autora opisu wszystkich szczegółów własnego życia, ale nie lubię myśli urywanych w pół słowa i niedopowiedzeń. Morawski pisze tak, jak mówi i taka formuła książki nie jest niczym zdrożnym, mnie jednak drażnią bardzo potoczne sformułowania więc od czasu, do czasu zmuszona byłam kręcić nosem. Mimo to książkę przeczytałam jednym tchem i bardzo zadowolona jestem z poznania Ekwadoru oczami Morawskiego.
Koniecznie muszę pochwalić szatę graficzną - wydanie jest starannie przygotowane, strony zdobią aplikacje przypominające kulturę indiańską, a lektury dopełniają dwie wkładki ze zdjęciami autora.

Moja ocena: 4/6

Tomasz Morawski, Uciekinier, 322 str., Wydawnictwo Stowarzyszenie Fragile Kraków 2013.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:


środa, 19 czerwca 2013

"Ostatnie dzieci bolera" Raúl Pérez Torres



Na tę książkę zwróciłam uwagę już dawno ale wysiłek jej pozyskania poczyniłam dopiero, gdy zaczęłam bliżej poznawać literaturę Ameryki Południowej. Ekwador należy do tych krajów tego kontynentu, które darzę szczególną sympatią. Przyczynił się do tego pewien, poznany nota bene w Tajlandii, Ekwadorczyk. 

Ostatnie dzieci Bolera to wspólna inicjatywa Ambasady Ekwadoru oraz wydawnictwa Claroscuro. Celem Ambasady była promocja kultury, moim zdaniem bardzo udana. Literatura jest świetnym sposobem na przybliżenie mieszkańcom Polski tego dalekiego kraju. 

Pérez Torres wpisuje się ze swoimi opowiadaniami w nurt literatury iberoamerykańskiej. Rozbuchana, niezwykle sensualna treść i język pasują dokładnie w moje wyobrażenie typowego mieszkańca Ameryki Południowej. Wiem, że to stereotyp myślowy - staram się myśleć na przekór i nie hołdować stereotypom, zresztą niedawno czytane przeze mnie opowiadania południowoamerykańskie wcale takie nie były, ale akurat Ostatnie dzieci bolera dobrze tutaj pasują.

Wszystkie opowiadania traktują o miłości. W każdym z nich męski bohater opowiada o swoim uczuciu - szalonym, przekornym, nieokiełznanym, gwałtownym i często brutalnym. Mężczyźni zatracają się w swojej miłości, niektórzy walczą, inni czekają, żaden z nich nie cieszy się miłością bez przeszkód. Każde z opisywanych uczuć jest nietypowe, każde z nich w jakiś sposób sprowadza się do cielesności. 

Plastyczność i gwałtowność uczuć oraz ich namiętność oddaje znakomicie język autora. Piramidalnie długie zdania, pełne wtrąceń i metafor są z pewnością przepiękne ale także trudne w odbiorze. Wymagają sporej uwagi czytelnika i jego otwartość na poetyckość prozy. Pamiętacie jednak pewnie, że ja z poetyckością jestem na bakier, trudno więc było mi przebrnąć przez niektóre strony. 

Zachęcam was jednak do sięgnięcia po tę pozycję - tematyka opowiadań jest wszak ponadczasowa i wspólna dla wszystkich kultur.

Moja ocena: 4/6

Raúl Pérez Torres, Ostatnie dzieci bolera, tł. Anna Stąpór, Ambasada Republiki Ekwadoru i Claroscuro 2011.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

środa, 29 maja 2013

"Explicaciones a un cabo der servicio" Opowiadania z Ameryki Południowej



Nie myślcie, że poszłam na łatwiznę czytając zbiór opowiadań i odhaczając za jednym razem kilka krajów południowoamerykańskich. Szukając tytułów do wyzwania, trafiłam w bibliotece na ten, dwujęzyczny zresztą, zbiór i od razu go wypożyczyłam.

Bardzo się cieszę z mojego odkrycia, bo lektura opowiadań była bardzo zadowalająca, a przede wszystkim stanowi dobrą bazę do dalszych poszukiwań literackich na tym kontynencie.

Najpierw przeniosłam się więc do Ekwadoru, a ten kraj przybliżyli mi Adalberto Ortiz, Carlos Béjar Portilla oraz Jorge Velasco Mackenzie. Już pierwsze opowiadanie Ortiza bardzo mnie poruszyło. Młody żołnierz, który bierze udział w walkach granicznych z Peru w 1941 roku, otrzymuje polecenie odprowadzenia dwóch więźniów do miasta Loja. Wiąże się to z samotną i uciążliwą wyprawą przez wysokie góry. Zarówno więźniowie jak i ich strażnik nękani są przez głód oraz strach. Żołnierz ma trudności w utrzymaniu autorytetu wobec Peruwiańczyków, stopniowo poddaje się lękowi, który wręcz paraliżuje każdy jego ruch i nie pozwala podejmować racjonalnych decyzji. Naprawdę świetny szkic psychologiczny! Również zachwyciło mnie opowiadanie Carlosa Béjara Portilli "Żółta taksówka" o biednym taksówkarzu, w którego samochodzie pewnego dnia goście zapominają walizki. Niechciany przedmiot przysparza tylko kłopotu, zwłaszcza, że nawet nie chcą go przyjąć na posterunku policji. Pewnego dnia kierowca otwiera bagaż.....
Wzruszający jest tekst Velasco Mackenzie'ego o starej wdowie, która w odwiedzającym ją komorniku widzi dziennikarza zainteresowanego życiem jej zmarłego męża-artysty.

Kolejne teksty przeniosły mnie do Kolumbii - oprócz znanego mi już Márqueza, miałam okazję przeczytać utowry innych pisarzy z tego kraju. Bardzo ciekawe opowiadanie napisał Pedro Gómez Valderrama o słynnej włoskiej primadonnie, która w czasie swojego światowego tournée umiera w Kolumbii. Zaskakująco magiczne i tajemnicze opowiadanie Germána Espinozy, w którym jednym z bohaterów jest słynny malarz Augusto Rivera, trafiło prosto w moje serce. Na pewno zapamiętam nazwisko tego autora!

Julio Ramón Ribeyro i Mariella Sala pokazali mi Peru. Tytułowe opowiadanie - to opowieść strażnika, który szuka pracy, lecz każda nie jest zbyt dobra dla niego. Chętnie zatapia się w snucie planów biznesowych z przypadkowo spotkanym dawnym kolegą ze szkoły, co zdecydowanie nie wyjdzie mu na dobre. Tekst Marielli Sali natomiast jest bardzo sugestywną opowieścią podróży zapchanym autobusem do pracy.

Argentyna to Julio Cortázar i Daniel Moyano. Trudno w to uwierzyć ale nie przypominam sobie czy czytałam już Cortázara - mam wrażenie, że w liceum sięgnęłam po jego opowiadania ale niestety nic nie pamiętam. Zamieszone w tym tomie opowiadanie "Drugi raz" bardzo przypadło mi do gustu. Tajemnicza instytucja wysyła wezwania. Zdenerwowani petenci czekają w korytarzu na zaproszenie urzędnika, rozmawiając o czasie oczekiwania oraz o możliwości/groźbie otrzymania kolejnego wezwania. Autor świetnie oddaje sytuację niepewności, opresji oraz poszukiwania ukojenia wśród towarzyszy niedoli
Moyano bierze na warsztat zupełnie inną tematykę - odziera dzieciństwo z niewinności. Zwiewna, elegancka i łagodna ciocia Lila kontrastuje z bandą dzieci, która gra w piłkę nożną ropuchami i maltretuje ptaki.

Urugwaj zwiedziłam z Francisco Espínolą oraz Cristiną Peri Rossi. I o ile opowiadanie tego pierwszego jako jedyne w całym zbiorze mi się nie podobało, to tekst Peri Rossi szczególnie trafił w mój gust. Narrator skarży się na owce, które nie chcę przeskoczyć przez ogrodzenie pastwiska, szczególnie złości go pierwsza owieczka, której odwaga pociągnęłaby za sobą całe stado. Okazuje się, że nie chodzi tu o prawdziwe owce lecz o sposób na zaśnięcie, a narrator dzieli się swoim problemem z kolegą z pracy.

Gwatemalę reprezentuje Rodrigo Rey Rosa, opowiadając historię chłopca, który testując istnienie Boga dusi swojego kanarka. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy nieobecność kanarka odkrywa pomoc domowa, a ojciec chłopca równocześnie znajduje ciało ptaka w domowej piwnicy. Rey Rosa tematyzuje kwestię istnienia Boga oraz diabła - na ten ostatni trop naprowadza wystraszonego chłopca niania.

I wreszcie Chile z Francisco Coloane i Isabel Allende. Coloane opisuje historię przyjaźni dwóch rybaków - Chilijczyka i Jugosłowianina. Wspólna praca, wspólny pomysł na bardziej korzystny połów ryb pozwala im na spokojne życie. Dzielą ich dopiero różnice kulturowe, każdy z nich ma inny pomysł na rozwiązanie problemu lwa morskiego, który podkrada im ryby z zarzuconych sieci.
Allende natomiast opowiada historię Tomása Vargasa - wioskowego lenia i pyszałka, który bez pardonu wykorzystuje innych i zaniedbuje rodzinę. Podczas gdy spędza on czas na grze w domino i przegrywa swój mityczny skarb, jego żona nawiązuje przyjaźń z dziewczyną, która najwyraźniej była jego przygodą na jedną noc i przybyła do wioski w zaawansowanej ciąży. Świetne opowiadanie o sile kobiet.

Bardzo się cieszę, że trafiłam na ten zbiór, który dał mi świetny, przekrojowy obraz literatury południowoamerykańskiej.

Moja ocena: 5,5/6

Explicaciones a un cabo de servicio. Erklärungen an einen Wachtmeister. Erzählungen aus Südamerika, wybór Erica Engeler, 95 str., dtv 2006.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

sobota, 25 maja 2013

"Zaginione miasto Z" David Grann



Zachęcona opiniami na blogach już dawno zanotowałam tytuł tej książki. Gdy w końcu ją kupiłam zupełnie nie pamiętałam, iż to reportaż, nie mówiąc już o jego treści. Przypomniałam sobie o niej, poszukując lektur do wyzwania południowoamerykańskiego. Zajrzałam do książki i od razu przypomniałam sobie dlaczego akurat ten tytuł zanotowałam. Ameryka Południowa była kontynentem moich marzeń w latach szkolnych. Przygotowując się do olimpiady geograficznej skrupulatnie poznawałam tajniki tego kontynentu, a szczególnie fascynowała mnie Amazonia.
Ale czym jest fascynacja dziecka w porównaniu z nieokiełznaną pasją podróżnika! Percy Harrison Fawcett to odkrywca par excellence. Jako członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego eksploruje podczas licznych wypraw niezbadane tereny Amazonii. Na początku XX wieku mapa świata wciąż zawiera białe plany, a celem śmiałych podróżników jest ich wymazanie. 

Facett jednak nie tylko wytycza nowe granice, eksploruje rzeki, lecz ulega pasji odnalezienia tajemniczego miasta, ukrytego gdzieś w dżungli. Początkowo jest to marzenie niepozbawione realizmu. To czasy gdy przypadkowo odkryto Machu Picchu, gdy odnaleziono zaginionego w Afryce Livingstone'a, a także całkiem świeże było odkrycie Angkor Wat przez Mouhota. Poszukiwania miasta, nazwanego przez Facetta "Z" przeradzają się jednak stopniowo w obsesję. Obsesję, którą podróżnik przenosi na syna, wywierając w ten sposób wpływ na życie całej rodziny. 
Niewątpliwie najciekawsze są opisy eksplorowania dżungli - Fawcett i jego towarzysze poruszają się w ekstremalnie trudnych warunkach, w ich ciałach legną się larwy, ich skóra pocięta jest przez komary, insekty zatruwają każdą sekundę dnia i nocy, stale towarzyszy im dojmujący głód. Paradoksalnie najbardziej bujny las świata jest terenem niezwykle ubogim w łatwo dostępne pokarmy. Wynędzniali, chorzy podróżnicy mają tak ogromną siłę woli, że brną dalej. Niezaprzeczalnie motorem ich podróży Fawcett, który nigdy nie wątpi, a jego żelazna dyscyplina oraz niespotykany instynkt i odporność na choroby, pozwalają przeżyć każdą opresję. Co ciekawe Fawcett nastawiony jest na całkowicie pokojowe spotkania z mieszkańcami dżungli - dzięki swojej postawie nawiązuje kontakty z nawet najbardziej wojowniczymi plemionami i właśnie dlatego, gdy nie wraca ze swojej ostatniej wyprawy, nikt nie wierzy, że naprawdę zaginął. Spekulacje i plotki sięgają absurdu, fascynacja Fawcettem osiąga tak wielkie rozmiary, że Towarzystwo Geograficzne przestaje udzielać informacji kolejnym poszukiwaczom legendarnego podróżnika.

Jak więc powstała ta książka? Nowojorski dziennikarz, David Grann, poznawszy losy Fawcetta, postanawia wybrać się w tereny, gdzie zaginął. Skrupulatnie studiuje stare dokumenty w archiwum Towarzystwa Geograficznego, odwiedza wnuczkę odkrywcy, która udostępnia mu rodzinne dokumenty i wreszcie wyrusza do Amazonii. 

Powieść Granna zawiera w sobie wiele płaszczyzn - to historia pasji, która zamienia się w obsesję, ale także historia rodziny podległej genialnemu podróżnikowi. Życie żony i dzieci zdeterminowane jest przez wyprawy ojca. I wreszcie to współczesny reportaż Granna, to dżungla widziana jego oczyma. 

Świetna, wielowarstwowa, świetnie wydana (cudowne stare fotografie!, obszerna bibliografia) książka!

Moja ocena: 5,5/6

David Grann, Zaginione miasto Z, tł. Dominika Cieśla-Syzmańska, 352 str., WAB 2010

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

piątek, 24 maja 2013

"Przez pustynie na ośnieżone szczyty..." Wojciech Lewandowski



Przez pustynie na ośnieżone szczyty zainteresowało mnie od razu tematyką: Ameryka Południowa i Środkowa, podróże, góry, a to wszystko autorstwa geografa. Bardzo cieszyłam się na tę lekturę i słusznie, bo przyniosła mi sporo satysfakcji.
Lewandowski wykoncypował, że chciałby zdobyć Koronkę Ameryki Łacińskiej i wejść na najwyższe szczyty wszystkich jej państw. Jeszcze nie zrealizował całkowicie swojego przedsięwzięcia ale posiłkując się opisami znajomych miłośników gór stworzył pełne kompendium południowoamerykańskich szczytów. 
Krajobraz górski Ameryki Środkowej i Południowej, mimo że zdominowany przez łańcuch And, nie jest jednolity. Są tu szczyty trudne, wysokie, ale także całkiem przyjemne górki, jak na przykład najwyższe wzniesienie Paragwaju o wysokości 842 m npm. Jednak zdobywanie tego ostatniego szczytu było niemniej interesujące niż wspinaczka na kilkutysięczniki.

Co podobało mi się w książce Lewandowskiego? Sam autor i jego podejście do życia - wytrwały podróżnik, ale bez zaciętości, rozsądny, przede wszystkim dowcipny. Nawet opisy ciężkich momentów czy swad między uczestnikami wyprawy pełne są humoru. Nieco kolokwialny styl, używanie zdrobnień i ksywek i opisy najbardziej podstawowych problemów pozwalają zachować mu postawę normalnego człowieka - po lekturze książek podróżników, rozpływających się w samouwielbieniu, to ogromna zaleta. Nie trudno się zorientować, że zapałałam sympatią do Wojciecha Lewandowskiego i szalenie zazdroszczę mu podróży.
Kolejną zaletą książki są zdjęcia - co istotne nie na kilkunastu stronach w środku książki, bez podpisów, lecz w odpowiednim miejscu z komentarzem autora. Miłym i pouczającym przerywnikiem są wyjaśnienia pojęć geograficznych czy inne ciekawostki umieszczone w zielonych ramkach.
Warto jeszcze dodać, że Lewandowski potrafi przekazać swój zachwyt i pokorę wobec natury, nie ocierając się o kicz - umiejętność wcale nie tak częsta.

Jest też kilka punktów, które podobały mi się mniej. Przede wszystkim tytuł, mam wrażenie, że dotyczy on tylko szczytów zdobywanych w wysokich Andach, a przecież jest tu ich o wiele więcej, gdzie śniegu i pustyni nie było. Autor zamieszcza też podstawowe informacje wspinaczkowe, dotyczące tras prowadzących na szczyt i ich trudności oraz garść wskazówek podróżniczych dotyczących każdego kraju. Nie bardzo rozumiem cel tego zabiegu - jasnym jest, że wytrawny alpinista sięgnie po inne książki, a osoba, wybierająca się w podróż do danego kraju kupi przewodnik. Nie twierdzę, że te informacje bardzo przeszkadzają w lekturze, ale moim zdaniem wypadają z koncepcji książki, która jest dla mnie sprawozdaniem, opisem przeżyć autora, a nie przewodnikiem.

Niech was jednak te słowa krytyki nie zniechęcą, bo Przez pustynie na ośnieżone szczyty dostarczyła mi naprawdę wiele satysfakcjonujących godzin lektury.

Moja ocena: 5/6

Wojciech Lewandowski, Przez pustynie na ośnieżone szczyty, 310 str., Wydawnictwo MUZA 2013.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

środa, 8 maja 2013

"Amulet" Roberto Bolaño


Myślę, myślę i nie wiem co napisać. Trudno pisać o książce, która nie przypadła do gustu, nie dlatego, że jest zła czy źle napisana. Amulet nie leży w zakresie moich zainteresowań i gustów literackich. Piękna okładka i nazwisko autora mnie uwiodły, ale niestety z treścią stało się inaczej. Nie tylko jednak sama historia głównej bohaterki ale także zupełnie nie trafiła do mnie maniera pisarska Chilijczyka. 

Amulet wyrósł na bazie najsłynniejszej chyba powieści Bolaño - Dzikich Detektywów. Wątek Auxilio Lacouture, która jako jedyna przetrwała w gmachu uniwersytetu meksykańską rewolucję 1968 roku pojawił się już bowiem w tej książce.
Tutaj przewija się on ciągle, balansując na granicy marzeń i urojeń. Auxilio to Urugwajka, która po zamieszkaniu w Meksyku staje się matką meksykańskich poetów. Kobieta obraca się wśród meksykańskiej bohemy, obcuje z poetami i malarzami, stale wspominając swój pobyt w uniwersyteckiej toalecie i jej ówczesne urojenia i mrzonki. 

Trudno napisać więcej o treści Amuletu. Nie trafiła ona do mnie do tego stopnia, że trudno mi w kilku zdaniach ją streścić. Oczywiste były dla mnie nawiązania do rewolucji, przemian, poszukiwania niezależności ale świadoma jestem, że moja percepcja nie przystaje w ani jednym punkcie do pojmowania świata przez Bolaño. 

Moja ocena: 2/6

Roberto Bolaño, Amulet, tł. Tomasz Pindel, 127 str., MUZA 2011.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:


poniedziałek, 6 maja 2013

"Pochwała macochy" Mario Vargas Llosa



Pochwała macochy jest tak odmienna od przeczytanej przeze mnie uprzednio Litumy w Andach, że aż trudno uwierzyć, że wyszła spod pióra tego samego pisarza. 
Vargas Llosa stworzył niewielką opowieść o pożyciu małżeńskim don Rigoberta i jego drugiej żony Lukrecji. Para ta rozkoszuje się swoją seksualnością i czerpie z niej pełnymi garściami. Jedną z ulubionych zabaw jest porównywanie siebie do postaci ze słynnych obrazów - umieszczenie reprodukcji w książce oraz następujące po nich rozdziały wzbogaciły lekturę, nadały bardzo dosłownym opisom scen nocnych inny wymiar. 

Autor ociera się w Pochwale macochy o wyuzdanie, balansuje na granicy obsceniczności - ale nie przekracza tej granicy. Ta językowa gra jest zachwycająca. Nawet dokładne opisy niezwykle długich ablucji don Rigoberta są świetne. Mnie nic nie brzydziło, ani odrzucało, co więcej podziwiam warsztat pisarski i geniusz językowy noblisty i jego tłumacza. 

W zupełnie nowy kontekst wprowadza książkę postać syna don Rigoberta. Z opowiastki erotycznej zamienia się ona w powieść niepokojącą, drażniącą czytelnika i pozostawiającą go z poczuciem bycia wystrychniętym na dudka. Alfonso, zwany Fonsikiem, to niewinny, błękitnooki, przykładny chłopiec, który próbuje zdobyć względy macochy. Także Lukrecja zabiega o dobre stosunki z pasierbem, lęka się, iż pasierb mógłby zniszczyć jej idealny związek z Rigobertem. Nawet nie spodziewa się, jak rozwinie się jej związek z Fonsikiem. Chłopak zakochuje się i uwodzi macochę, która mimo obiekcji w końcu mu ulega. Początkowo sądziłam, że to zaledwie dziesięcioletni chłopak ale nie jestem pewna, czy autor nie chciał w tym momencie dać czytelnikowi prztyczka w nos. Erotycznie rozbudzone dziecko, odgrywając rolę niewiniątka, doprowadza do tego, czego, związując się z Rigobertem, obawiała się Lukrecja. 

Powieść Vargasa Llosy bardzo mi się podobała! Największy zachwyt wzbudził we mnie, jak pisałam wyżej, warsztat językowy autora. Przpadła mi do gustu konstrukcja powieści i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż świetnie nadawałaby się na sztukę teatralną. 

Przeczytałam już kilka powieści noblisty i nie sądziłam, że zaskoczy mnie aż tak bardzo - chapeau bas za różnorodność!

Wykorzystałam okładkę wydawnictwa Znak, ja czytałam inne wydanie z koszmarną okładką:(

Moja ocena: 6/6

Mario Vargas Llosa, Pochwała macochy, tł. Carlos Marrodán Casas, 157 str., Muza 2001.


Książkę przeczytałam w ramach wyzwania:

wtorek, 19 marca 2013

"Lituma w Andach" Mario Vargas Llosa



Tytuł powieści Peruwiańczyka wydawał mi się być bardzo enigmatyczny. Lituma? Hmm... To nazwisko policjanta, który zostaje przeniesiony z Piury do małej osady w Andach. Naccos leży niemal na końcu świata, dopiero powstaje tu droga, a wszyscy mieszkańcy to robotnicy zatrudnieni przy jej budowie. Lituma i jego współpracownik Tomás mają jednak sporo pracy. Naccos mieści się w centrum działania terrucos. To lewacka partyzantka, której członkowie, w imię swoich przekonań, napadają na miejscową ludność, a ze szczególnym upodobaniem na cudzoziemców, niszczą i sieją postrach. 
W ostatnich miesiącach w Naccos zginęły trzy osoby - Litumie nie daje to spokoju i próbuje za wszelką cenę odkryć przyczynę zagadkowych zniknięć. Robotnicy jednak milczą, nie ufają policjantom oraz wydają się stać pod wpływem wioskowego karczmarza Dionisio i jego żony Adriany, która opętuje ich swoimi szamańskimi zdolnościami.

Długie samotne noce w Naccos to okazja do rozmów - Tomasito opowiada o swojej miłości do Mercedes, krajanki Litumy. Ta niezwykła historia bezinteresownej miłości przeplata się z wydarzeniami w Andach. Powieść Llosy łączy wiele wątków - to nie tylko historia Tomasa i aktualne wydarzenia w Andach, to także poboczne nitki, które ukazują działania terrucos, a przede wszystkim opis gór i ich mieszkańców. Lituma w Andach wydaje się być hommage na cześć Indian, gór, kultury Peru. Dumni Indianie, nieprzystępni, skryci, surowe góry, niezrozumiałe wierzenia napawają Litumę trwogą.

Bardzo podobała mi się konstrukcja powieści - płynne mieszanie wątków, z pozoru komplikujące odbiór powieści, wcale nie utrudniało lektury, raczej ją wzbogacało. 

Niewiele moich spostrzeżeń, o tej powieści można pisać dużo więcej - wol ę napisać tak niewiele niż nic. Od kilku dni nie mogę znaleźć nawet chwili na bloga więc wybaczcie jeśli przyszłe notki będą krótkie:(

Czytałam wydanie Rebisu z 2000 roku, okładka jest z aktualnego wydania Znaku - moim zdaniem dużo ładniejsza:)

Moja ocena: 5/6

Mario Vargas Llosa, Lituma w Andach, tł. Wojciech Charchalis, 244 str., Rebis 2000.

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań:


wtorek, 19 lutego 2013

Nowe wyzwanie

Tak, tak, pisałam, zapowiadałam, przemyśliwałam i wreszcie zabrałam się za to, co planowałam od dawna. Zapraszam was do odkrywania ze mną nowych obszarów literackich:) Po wielu miesiącach spędzonych w Azji, chcę przenieść się do Ameryki Południowej. Ale nie sama, zabieram was ze sobą!

Więcej nie powiem, zajrzyjcie tutaj:



Mam wrażenie, że blogowa moda na wyzwania trochę ucichła więc zachęcę was także do ciekawego wyzwania założonego przez Paideię - Jubileuszowe lektury.