Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irlandia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

"Pieśń prorocza" Paul Lynch


Eilish jest naukowczynią, matką czwórki dzieci i szczęśliwą żoną nauczyciela i związkowca. To właśnie działalność w związkach zawodowych stawia Larry'ego na celowniku władzy. A władza niepostrzeżenie się zradykalizowała i nie znosi sprzeciwu, co rusz znikają ludzie i nie sposób dowiedzieć się, gdzie przebywają. Nie inaczej stanie się z Larrym. Jego aresztowanie będzie jednak zaledwie czubkiem góry lodowej, krok po kroku władza pozwala sobie na coraz więcej, powodując opór w społeczeństwie, niszcząc rodziny i kraj. 

Gdy czytam te słowa, myślę, brzmią banalnie. Kolejna książka o wślizgującym się niepostrzeżenie totalitaryzmie – tak, kolejna, ale i nie kolejna, bo całkiem inna. To przede wszystkim powieść o matce, która próbuje chronić dzieci i niestety nie zawsze jej to wychodzi. Widać u niej pewien rodzaj ślepoty na działania zewnętrzne, o który nigdy nikogo bym nie oskarżyła. Bo czy wszyscy nie mamy tendencji do przymykania oczu? Nie jest tak źle... W innych krajach to dopiero! Mnie to nie dotyczy! No źle się dzieje, ale w sumie trzeba tym a tym utrzeć nosa.... I tak zamyka się oczy, z lenistwa, ze stagnacji, z zajęcia swoim życiem. Lynch świetnie opisuje ten proces, choć jego fokus leży przede wszystkim na Eilish – matce nastolatków i niemowlaka, naukowczyni bez pracy, kobiecie, która załatwia, martwi się, troszczy, wychowuje, ogarnia, walczy, wątpi, upada, ciągnie resztką sił. To powieść bardzo emocjonalna, napisana piękną frazą. Lynch pisze zdania poetyckie, potoczyste, które jednocześnie opisują przyrodę i wyrażają niewypowiadalne. Opisuje też życie wewnętrzne kobiety i robi to dobrze, choć patrzyłam na to z podejrzliwością. 

Ta powieść to nie dystopia, to nie obraz jakieś dalekiej, strasznej przyszłości. To, o czym pisze Lynch, dzieje się w wielu miejscach na świecie, dokładnie tak lub fragmentami. To może się wydarzyć w każdej chwili i tu, gdzie żyjemy. Autor wskazuje tylko mechanizmy, dobrze nam znane, wskazuje na marność jednostki wobec systemu, opisuje niemoc i rozpacz. I ponownie, to brzmi banalnie, ale powieść Lyncha bynajmniej taka nie jest. Jest poruszająca, mocna, brutalna i piękna. Bardzo polecam.

Moja ocena: 6/6

Paul Lynch, Pieść prorocza, tł. Kaja Gucio, 288 str., Marginesy 2024.

piątek, 26 lipca 2024

"Czas starego Boga" Sebastian Barry


Nie czytałam dotąd Barry'ego i to nie była dobra decyzja, bo warto po prozę Irlandczyka sięgnąć, a to z wielu względów. Językowo to majstersztyk, a tematycznie proza tak gęsta i wieloznaczna, że trudno złapać oddech.

Tom Kettle przeszedł na emeryturę dziewięć miesięcy wcześniej i mimo że chętnie wykonywał pracę policjanta, teraz zupełnie się od niej odciął. Spędza dni w przybudówce starego zamku, z widokiem na morze i rozmyśla. Dobrze mu jest. Aż pewnego dnia wpada do niego dwóch policjantów potrzebujących pomocy Toma przy pewnym śledztwie. Pozornie, bo szybko się okazuje, że ta pomoc ma szerszy wymiar i każe Tomowi wrócić do traum przeszłości. Bardzo powoli ze wspomnień Toma wyłania się obraz jego życia – początkowo szczęśliwy. Policjant miał wspaniałą żonę, którą bardzo kochał, dwoje udanych dzieci, satysfakcjonującą pracę. Stopniowo gdzieś tam zaczyna przebłyskać, że to życie wcale nie było takie kolorowe. Wspomnienia Toma balansują między jawą, a wizjami, między własnymi przemyśleniami, a rzeczywistością. 

Barry pisze bardzo pięknie, korzysta z wielu metafor, maluje językiem, a w tym pięknie kryje się tak niewyobrażalna groza, że ten kontrast aż paraliżuje. Czasem trudno się zorientować, co jest wytworem wyobraźni Toma, a co dzieje się naprawdę, ale warto zaufać autorowi, bo stopniowo wszystko się wyjaśni. To zaskakujące, jak ta melancholijna proza potrafi trzymać w napięciu, zwodzić i nie puszcza aż do końca.

Trudno mi więcej pisać, by nie zdradzić zbyt wiele i nie zepsuć efektu tej książki. Sięgajcie po nią, ale nastawcie się na dramatyczne sceny i ogromną dawkę emocji.

Moja ocena: 5/6

Sebastian Barry, Czas starego Boga, tł. Aga Zano, 224 str., ArtRage 2024.

niedziela, 28 kwietnia 2024

"Kolonia" Audrey Magee


Kolonia to słowo bardzo pojemne. Może być rozumiane w wielu kontekstach i aspektach. Audrey Magee w swojej powieści pozwala na wiele interpretacji, czyniąc z tej niewielkiej książki opowieść wielce wielowymiarową.

W głównej warstwie fabularnej – dwoje przybyszów kolonizuje mała irlandzką wysepkę. To miejsce, gdzie ludzie wciąż żyją jak przed laty, używają niezmienionego języka irlandzkiego, żyją z rybołówstwa i skazani są na pogodę i jej kaprysy. W latach 70. to wciąż miejsce odosobnione, zapewniające izolację i samotność. Tej ostatniej poszukuje Charles Lloyd – angielski malarz. W małżeństwie mu się nie układa, jego obrazy słabo się sprzedają, więc przybywa na wyspę, by namalować dzieło życia, rzekomo klify i ocean. Wynajmuje dom od czteropokoleniowej rodziny składającej się z kobiet i nastoletniego chłopca. Mężczyzn nie ma, wszyscy zginęli podczas połowu, a ci, którzy do kobiet zaglądają, na wyspie już nie mieszkają. James, najmłodszy członek rodziny, odkrywa dzięki Lloydowi swój talent malarski, co więcej talent przewyższający zdolności Anglika. James ma bowiem tę zaletę, że zna wyspę od podszewki i jego zmysł obserwacji i znajomość flory, fauny i krajobrazu o wielokroć przewyższa tę Anglika. 

Samotność szuka także Jean-Pierre Masson, Francuz, który od kilku lat odwiedza wyspę, na której prowadzi badania języka. Jego misją jest chęć ocalenia ginącego już języka irlandzkiego. Obaj panowie, którzy jako żywo, zachowują się jak kolonizatorzy, biorąc z wyspy to, co im się podoba i pasuje, się nie znoszą. Obaj zarzucają sobie kolonializm, brak poszanowania kultury i butę – i każdego z nich to dotyczy, ale w inny sposób. Masson zresztą niesie ze sobą niełatwą historię, jest bowiem dzieckiem Francuza i Algierki, kolonizatora i przedstawicielki ludu uciskanego. 

Inną płaszczyzną jest społeczeństwo wyspy, które nie ma dobrego wyboru. Może ją opuścić, porzucając tradycje i język, ale zdobywając łatwiejsze i dostatniejsze życie albo na niej pozostać i cierpieć samotność, izolację i głód. Życie na wyspie to także życie w ciągłym zagrożeniu, każde wypłynięcie na morze może oznaczać śmierć, każda ciężka zima głód. Kwestia zachowania języka, to często dla wyspiarzy kwestia być i nie być. Znajomość angielskiego otwiera perspektywy i możliwości, trwanie przy irlandzkim i tradycjach skazuje na wegetację. 

Podczas gdy Lloyd maluje, a Masson nagrywa ostatnią użytkowniczkę irlandzkiego, która nie zna angielskiego, w Irlandii giną ludzie. To okres zaciętych walk, zamachów, wzajemnego wybijania się przez katolików i protestantów. To kolejne oblicze kolonializmu, które dociera do oddalonej od świata wyspy i przeraża jej mieszkanki. 

Magee podejmuje temat kolonializmu na wielu płaszczyznach, ukazując jego złożoność i wpływ ekonomiczny, społeczny i kulturowy na przestrzeni czasu. 

Kolonia uwodzi także w warstwie językowej. Magee świetnie balansuje między sposobem mówienia różnych użytkowników języka. Lloyd myśli obrazowo, jego zdania są często równoważnikowe, krótkie, zawieszone. Masson natomiast jest jego przeciwieństwem, jako lingwista konstruuje długie, wielozdaniowe wywody. Fantastyczne są myśli matki Jamesa, która nigdy nie pogodziła się z utratą męża, brata i ojca – to swoiste strumienie świadomości pokazujące jej zawieszenie między przeszłością a przyszłością, między życiem, a czekaniem. Fantastyczne są rozmowy Lloyda z Jamesem – krótkie, powtarzalne, dobitne w swojej lakoniczności, ukazujące mądrość chłopca. W całej powieści nie brak humoru – Magee udało się wpleść ironię i subtelny humor w wiele scen i rozmów, zwłaszcza tych między Anglikiem i Francuzem. Nie zapominam także o licznych wstawkach po irlandzku i francusku – bardzo mi się podobały!

To bardzo dobra powieść, która pokazuje problem znany i już przestawiany na wiele sposobów z sporą dozą nowatorskości na płaszczyźnie fabularnej, ale i językowej. 

Moja ocena: 5/6

Audrey Magee, Kolonia, tł. Dobromiła Jankowska, 340 str., Wydawnictwo Poznańskie 2024. 

poniedziałek, 18 września 2023

"Pigmalion" Bernard Shaw

 


Nie wiedzieć czemu, nigdy nie czytałam tej sztuki, choć oczywiście o niej słyszałam. Co więcej, treść zupełnie mnie zaskoczyła, nie miałam zupełnie świadomości, o czym ta komedia jest. Spodziewałam się klimatów antyczno-mitologicznych, tymczasem wylądowałam w Londynie.

Henry Higgins to profesor, specjalista od języka i fonetyki, który w lot rozpoznaje akcent współrozmówców. Gdy przypadkowo spotyka kwiaciarkę, Elizę Doolittle, jest zafascynowany jej językiem i zakłada się z innym pasjonatem tego tematu, pułkownikiem Pickeringiem, że nauczy dziewczynę poprawnej angielszczyzny, manier i konwenansów, by mogła wystąpić na salonach. Początkowo Eliza jest podejrzliwa, przyzwyczajona jest bowiem do samostanowienia i niezależności. Wie także, że za każdą propozycją może stać fortel lub chęć wykorzystania jej. 
Dziewczyna jednak w końcu przystaje na propozycję Higginsa, a plan się udaje. Eliza w lot łapie akcent i staje się prawdziwą damą. Problem zaczyna się po eksperymencie. Eliza jest pozornie wolna, może opuścić swojego chlebodawcę, ale jest świadoma, że nie przystaje już do swojego środowiska. 

W posłowiu autor rozwodzi się nad tematem miłości - Higgins rzekomo podświadomie zakochuje się w Elizie i rozumie to dopiero, gdy dziewczyna chce odejść. To obcesowy, impertynencki człowiek, mimo swojego pochodzenia. I to właśnie on uczy dziewczynę manier, aż ona sama zaczyna rozumieć, że dobre wychowanie i zachowanie nie jest zależne od miejsca urodzenia. A o uznaniu świadczy to jak dana osoba jest traktowana przez inne. Bardzo mi się podoba ten, wręcz feministyczny, aspekt - Eliza ceni sobie swoją niezależność i jest bardzo świadoma, że  po tym, jak zmienił się jej sposób mówienia i zachowania, nie ma już powrotu do poprzedniego życia ulicznej kwiaciarki. Wie też, że zamążpójście oznaczałoby wygodne życie, ale życie zależne od kogoś. Ta rezolutność, poczucie własnej wartości i samoświadomość są świetne i nawet jeśli mają być komediowe, ja odbieram je jako pozytywny aspekt tej sztuki. Wszystkie męskie postaci wypadają tu blado - brak im perspektyw, empatii, zrozumienia. Zarówno matka Higginsa, jego służąca jak i Eliza są o niebo bardziej wyraziste i pewne siebie. Cieszę się, że przeczytałam tę sztukę i mam nadzieję, że uda mi się ją kiedyś zobaczyć w teatrze.

Moja ocena: 5/6

Bernard Shaw, Pygmalion, tł. Harald Mueller, 127 str., Suhrkamp Verlag 1990.

niedziela, 30 kwietnia 2023

"Drobiazgi takie jak te" Claire Keegan


 

Bill Furlong prowadzi godne życie. Nie może narzekać, choć nie jest łatwo. Dumny jest z żony i pięciu córek, cieszy się, że ciężką pracą jako handlarz drewnem i węglem jest w stanie zapewnić byt i wykształcenie córkom. Historia rozgrywa się zimą w połowie lat 80. - jest dość szaro, jest zimno, a nawet mroźnie. Bill ma pełne ręce roboty, zbliżają się święta, a każdy chce mieć ciepły dom, rozwozi więc opał od rana do nocy, a wieczory spędza w domu, omawiając z żoną prezenty dla córek i bieżące kwestie.

Powieść Keegan to miniatura, impresja, obraz mikrokosmosu Furlonga, który zostanie zachwiany. Irlandka przepięknie odmalowuje te obrazy - rodzinne sceny, krótkie rozmowy, krajobraz miejski, sceny, który składają się na zwykłe życie. Ta oszczędna opowieść od pierwszego zdania przenosi czytelniczkę w sam środek życia Furlonga. Keegan gdzieś tam mimochodem przemyca informacje o przeszłości Billa, która był nieślubnym dzieckiem. Na szczęście chlebodawczyni jego matki nie zwolniła jej, zaopiekowała się chłopcem i pomogła mu wyjść na przysłowiowych ludzi. To właśnie ta przeszłość wyczuli Billa, gdy pewnego ranka zawiezie węgiel do klasztoru i natknie się na zabiedzoną i wyziębioną dziewczynkę zamkniętą w szopie. Keegan nie mówi niczego wprost, nie opowiada historii dziewcząt, które wpadły w kłopoty i wylądowały w pralniach sióstr magdalenek, ale te oszczędne obrazy wystarczą, by zrozumieć. Zresztą ta książka nie jest opowieścią o klasztorze, a o ludziach dookoła i ich reakcji. O odwracaniu wzroku, o ignorowaniu, o empatii.

Piękna i zarazem dosadna rzecz. Warto.

Moja ocena: 6/6

Claire Keegan, Drobiazgi takie jak te, tł. Krzysztof Cieślik, czyt. Tomasz Ignaczak, 96 str., Czarne 2022.

wtorek, 28 marca 2023

"Apeirogon" Colum McCann

 


Sięgając po Apeirogon, zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zoli tego autora mnie nie zachwyciła, dlatego zaczęłam lekturę z pewnymi uprzedzeniami. Co więcej, gdy zauważyłam, że autor postawił na eksperyment narracyjny, mój sceptycyzm wzrósł.
Od pierwszych stron można bowiem zauważyć, że autor uczynił z formy swojej powieści ważny elemnt fabuły. Długość rozdziałów waha się od jednego zdania do kilku stron. Większość to krótkie, nie zajmujące jednej strony impresje, niektóre to jedynie ilustracje. Początkowo trudno się doszukać w nich fabuły. McCann nie dba o chronologię, ciągłość czy spójność, nie ułatwiając czytelnikowi lektury.

Osią tej powieści jest historia dwóch mężczyzn. Rami Elhanan, Izraelczyk stracił w 1997 roku w ataku samobójczym nastoletnią córkę. Około dziesięć lat później ginie córka Bassama Aramina. Gdy podczas przerwy szkolnej udała się z koleżankami do sklepiku po słodycze trafiła ją kula izraelskiego żołnierza. Rami i Bassam się zaprzyjaźnią i będą razem walczyć o pokój. Ta historia jest prawdziwa. Rami i Bassam istnieją, walczą o pokój i oboje stracili córki.
Na podstawie ich losów McCann stworzył nietuzinkową powieść, pełną dygresji, nawiązań, odwołań, impresji. Poszczególne myśli i porównania prowadzą autora w najmniej oczekiwane kierunki i do zaskakujących spostrzeżeń. Ta powieść jest naszpikowana rozmaitymi informacjami z wszelakich dziedzin: od sztuki po ornitologię. Ogromną przyjemność, o ile w przypadku tej tematyki można o niej mówić, sprawiało mi podążanie za tokiem myślenia McCanna. 
Jak pisałam wyżej, początkowo styl tej książki do mnie nie trafił - nie dlatego, że nie lubię takich eksperymentów narracyjnych, wręcz przeciwnie! Otóż, podejrzewałam autora o efekciarstwo, o świadome zwodzenie i uwodzenie czytelniczki. Po pewnym czasie jednak przekonałam się, że w tym szaleństwie jest metoda i ta forma powieści odgrywa konkretną rolę w jej odbiorze. 

Zdaję sobie sprawę, że niewiele mądrego napisałam o Apeirogonie, ale jestem przekonana, że to książka z kategorii - albo zachwyci albo zupełnie nie trafi. Tej lektury trzeba spróbować, do czego zachęcam, bo temat jest niezwykle ważny, a przesłanie fantastyczne. To powieść pełna emocji, rozpaczy, żałoby i nadziei.

Moja ocena: 6/6

Colum McCann, Apeirogon, tł. Volker Oldenburg, 608 str., Rowohlt 2022.

czwartek, 23 marca 2023

"Intymności" Lucy Caldwell


Po lekturze zbioru opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell sięgnęłam po jej własne teksty i naprawdę się nimi zachwyciłam. Intymności to właściwie dwa zbiory, pierwszy zatytułowany Mnogości jest poświęcony bohaterkom dorastającym, dojrzewającym, na przełomie między nastolęctwem a dorosłością. Druga część to tytułowe Intymności - teksty poświęcone młodym kobietom, najczęściej matkom. 

Caldwell z wnikliwością opisuje problemy, z jakimi zmagają się jej bohaterki. W pierwszej części to utrata przyjaźni, szukanie swojej pozycji w grupie, zauroczenie nauczycielem, transpłciowość, próba samobójcza, narkotyki, śmierć. Mimo że pozornie nie mam nic wspólnego z bohaterkami tych tekstów, to wiele z nich bardzo mnie dotknęło. Jestem matką nastolatki i większość z tych problemów znam ze słyszenia, z rozmów, z autopsji. Caldwell bardzo autentycznie oddała momenty słabości, zawahania, niepewności swoich bohaterek, ukazując jak jedna decyzja może zaważyć na życiu. Irlandka operuje czułym, intymnym językiem, tworząc spokojną narrację, która bardzo do mnie trafiła.

Druga część, czyli Intymności, trafiła do mojego serca jeszcze bardziej, bo sama doświadczyłam i doświadczam macierzyństwa. Caldwell opisuje stany wyjątkowe, które szeroko wiążą się z tą tematykę. To lęki matki, które uzewnętrzniają się w wizji porwania dziecka, przerwanie ciąży, perspektywa aktywistki przeciwko prawu do aborcji, to refleksje matek, a także wspaniały tekst o dziewiętnastowiecznej matce, która traci prawo do dzieci. Te opowiadania bardzo mnie dotknęły, poruszyły, zmusiły do refleksji. Caldwell świetnie oddała leki, zmartwienia, obawy i typowe dla młodych matek zachowania. 

We wszystkich tekstach widać powtarzalność motywów - śmierci rodzeństwa lub matki, utraty, lęku, zmian, jakie przynosi ze sobą macierzyństwo. Jak pisałam wyżej, największą siłą tych opowiadań jest skrytość, intymność języka. Polecam.

Moja ocena: 5/6

Intymności, Lucy Caldwell, tł. Aga Zano, 368 str., Wydawnictwo Pauza 2022.

niedziela, 19 marca 2023

"Niepoprawna mnogość" red. Lucy Caldwell


 
Ten cykl opowiadań zaskoczył mnie, i to pozytywnie. To bardzo różnorodne teksty, które łączy irlandzkość. I choć każdy tekst wyszedł spod pióra innej pisarki czy pisarza, to ten zbiór wydał mi się być dość spójny. Wiele z opowiadań mnie całkowicie zachwyciło, zaledwie kilka do mnie nie przemówiło, co jednak przy dwudziestu czterech tekstach nie jest dziwne. 
Te opowiadania przedstawiają różne perspektywy i wizje tego, co można określić jako istotę Irlandii - nie nachalnie i nie pod definicję, ten temat przewija się w tle, ale jest obecny. Byłam zaskoczona na jak wiele sposobów można go ugryźć - mamy tu przecież teksty emigrantów, którzy w Irlandii ułożyli sobie życie, ale i osób, które żyją z dala od kraju, są teksty dosłownie nawiązujące do problemów kojarzonych z Irlandią, ale też takie, które gdzieś tam z tymi problemami mają związek albo takie, które wcale ich nie tematyzują. Sporo tu opowieści o miłości, ale w bardziej współczesnym wydaniu.

Przyznam, że większy zachwyt wzbudziły we mnie opowiadania z początku książki, szczególnie te niepokojące, które nie przekazują niczego wprost. Ciekawiły mnie teksty pisane z perspektywy żyjących w Irlandii emigrantów i emigrantek, ale także te, które biorą na warsztat ciążę, zwłaszcza tę niechcianą. Niesamowite jest opowiadanie Pływacy, którego atmosfera przyprawiła mnie o ciarki. Zaskoczył mnie tekst "Transakcje" o bliźniętach, bardzo nietypowa opowieść! Bardzo ciekawe, szczególnie formalnie jest opowiadanie Eimear McBride - ale tego się po jej tekście spodziewałam. Bardzo poruszające natomiast jest opowiadanie Skrzydła o ojcu, który terroryzuje rodzinę. Podobał mi się tekst Kevina Barry'ego Nekrolog o człowieku - miejscowym głupku - opowiadającym o śmierci. Przeglądając moje notatki, widzę, że właściwie tylko dwa, może trzy teksty mnie nie przekonały, co oczywiście świadczy na korzyść tego zbioru. Polecam!

Moja ocena: 5/6

Lucy Caldwell, Yan Ge, Paul McVeigh, Danielle McLaughlin, Louise McNeill, Wendy Erskine, Elske Rahill, Sheila Purdy, Melatu Uche Okorie, Jan Carson, Stuart Neville, Kit de Waal, Darran Anderson, Belinda McKeon, Eimear McBride, David Hayden, Jill Crawford, Adrian McKinty, Nicole Flattery, Sally Rooney, Sinéad Gleeson, Arja Kajermo, Kevin Barry, Peter Murphy, Lisa McInerney, Niepoprawna mnogość, 416 str., tł. Łukasz Buchalski, Krzysztof Cieślik, Anna Dzierzgowska, Dobromiła Jankowska, Michał Kłobukowski, Jerzy Kozłowski, Monika Skowron, Łukasz Witczak, Aga Zano, Jacek Żuławnik, Wydawnictwo Pauza 2021.

piątek, 16 grudnia 2022

"Coś nie tak. Kobiecość i wstręt" Eimear McBride



Esejów i rozważań feministycznych przeczytałam już sporo. Tutaj skusiło mnie nazwisko autorki, której Pomniejsi wędrowcy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Coś nie tak to krótka książka, która bazuje na przemyśleniach autorki związanych z feminizmem i mizoginią. Jej punktem wyjściowym jest wstręt, z jakim często traktowane, opisywane, obrażane są kobiety i zjawiska ich dotyczące. Ten wstręt objawiać się może wobec ich ciał (szczególnie tych spoza wyśrubowanego kanonu), ich fizjologii (miesiączka, poród), zachowań (zbyt pewnych siebie, przebojowych). Wychodząc z tej obserwacji, autorka stawia ciało w opozycji do mięsa, dostrzegając że z takim traktowaniem kobiety są konfrontowane nadzwyczaj często. 

McBride w swoich przemyśleniach nie jest odkrywcza, to raczej książka dla osób, które dopiero wchodzą na ścieżkę dyskursu feministycznego lub chcą poznać inne spojrzenie. Przyznam, że nie trafiłam tu na nic, co byłoby dla mnie odkrywcze czy nowatorskie. Z ciekawością i dość szybko przeczytałam tę książkę, ale obawiam się, że niewiele z niej zapamiętam. Bardzo podobało mi się natomiast tłumaczenie Agi Zano, które na pewno nie było łatwe, zwłaszcza, że autorka korzysta z wielu cytatów, innych pozycji i nie unika w tym (artystycznego) chaosu.

Podsumowując, to książka na jeden wieczór i pewnie tylko ten jeden wieczór pozostanie w głowie.

Moja ocena: 3/6

Eimear McBride, Coś nie tak. Kobiecoś i wstręt, tł. Aga Zano, 144 str., Wydawnictwo Pauza 2022.

niedziela, 20 listopada 2022

"Pomniejsi wędrowcy" Eimear McBride

 


Osiemnastolatka przybywa do Londynu, by podjąć studia aktorskie. Dziewczyna pochodzi z Irlandii, z konserwatywnej rodziny i rzuca się w wir londyńskiego życia. Alkohol, narkotyki i seks są na porządku dziennym. Młodzi ludzie czerpią z życia i pierwszej dorosłej swobody pełnymi garściami. Eily jest nieco zagubiona, odstaje od innych studentek i studentów, jej życie zmienia się jednak, gdy poznaje o dwadzieścia lat starszego Stephena - aktora. Początkowo znajomość opiera się na seksie, ale potem przeradza się w coś więcej. Wiem, że to brzmi jak romans, ale, wierzcie mi, ta książka, mimo że jest o miłości, z romansem nic wspólnego nie ma. Wraz z tym, jak Eily i Stephen poznają się bliżej, odkrywają swoją przeszłość, która w obu przypadkach była traumatyczna. Co ciekawe, mimo że narratorką powieści jest Eily i ona wydaje się stać w centrum uwagi, z jej perspektywy widzimy świat, to o niej dowiadujemy się dużo mniej. Znamy myśli Eily i jej aktualne odczucia, ale one obracają się głównie wokół partnera. Nigdy też nie poznamy dokładnie przeszłości i pochodzenia dziewczyny. To historia Stephena zdominuje powieść.

McBride wyposażyła swojego bohatera w cały szereg traum. Stephen zmagał się z życiem, kanalizował swoje cierpienie na różne sposoby, a spotkanie z Eily wprowadziło w tę delikatną równowagę chaos. Irlandka zdradza te szczegóły stopniowo, zwłaszcza jeśli chodzi o Eily. Historię Stephana poznajemy na podstawie jego opowieści, ale także z punktu widzenia dziewczyny. Stylistycznie zresztą ta powieść to wyzwanie. Początkowo sądziłam, że nie przeczytam jej do końca - ani nie interesował mnie temat, który wydał się być infantylny, ani nie porwał styl. McBride stworzyła swoisty strumień świadomości - pełen urwanych myśli, szyku przestawnego, niedokończonych zdań. Dialogi nie są w ogóle wyróżnione, czasem wielka litera w środku zdania pozwala się domyślić, że mamy do czynienia z rozmową, potem trzeba się tylko domyślić, kto mówi. Ten styl brzmi jak horror, ale stopniowo się w niego można wtopić, a nawet w niego zatopić. To zdecydowanie najciekawsza językowo rzecz ostatnich miesięcy. 

Podoba mi się, jak McBride w na pozór banalnej historii utkała całe życie z jego głównie upadkami. Podoba mi się, jak uczyniła z Londynu bohatera powieści. Ulice i uliczki, domy, parki, mosty - wszystkie te miejsca są ważne, odgrywają rolę i są skrupulatnie wyliczane. Podoba mi się, jak Irlandka pokazuje, jak ogromny wpływ na nasze życie mają inni ludzie - nie tylko rodzice, ale i przyjaciele, kochankowie i znajomi. Jak jedna pochopna decyzja może zaważyć na czyimś życiu i przyszłości. Jak źle zrozumiana duma może zniszczyć kogoś innego. I jak jedna wyciągnięta ręka potrafi wyciągnąć z dna. To powieść o relacjach - które zawsze są trudne i nigdy zero-jedynkowe. Nawet jeśli są to relacje w efekcie dające radość i wsparcie. To zawsze kompromis i walka. 

Warto spróbować i dać się pociągnąć w tę powieść. 

Moja ocena: 5/6

Eimear McBride, Pomniejsi wędrowcy, tł. Maria Zawadzka-Strączek, 384 str., Wydawnictwo Pauza 2022.

czwartek, 21 lipca 2022

"O tym się nie mówi" Emilie Pine


Autoterapia w wydaniu irlandzkim, która odkrywcza może nie jest, ale potwierdza, że tematy, które wydają się być oklepane i obgadane od lat, wciąż są aktualne. Pine w swoich esejach porusza bowiem problemy stricte kobiece, znane i typowe - są to więc ojciec alkoholik, problematyczne dojrzewanie, walka o dziecko, niepłodność i poronienie, samookaleczanie, gwałt, rola kobiety w nauce. 

Eseje Irlandki są niezwykle szczere, dosadne, drobiazgowe, ale nie krzykliwe i sensacyjne. Cechuje je przede wszystkim autorefleksja, chęć do autoanalizy, zrozumienia własnego postępowania, osadzenia go w kontekście. Pine nie stroni od samokrytyki, dostrzega zachowania uwarunkowane społecznie i stara się świadomie działać w tym kontekście. Te eseje czytane po kolei dzięki układowi chronologicznemu stworzą obraz życia autorki, ale nie sadzę, by taki był ich cel. Myślę, że są one formą autoterapii, ale i świadectwem dla innych kobiet, które mogły doświadczyć któregoś z opisanych problemów. Pine jest bardzo autentyczna w swoim pisarstwie i dlatego ma szansę dodać innym kobietom odwagi, pokazać drogę, wyjście, dać szansę. 

Każda czytelniczka, bo myślę, że po tę książkę sięgną głównie kobiety, zapewne odnajdzie tutaj inny punkt, który ją poruszy. Własne doświadczenie będzie odgrywało ogromną rolę w odbiorze tej książki. A nawet jeśli ktoś nie doświadczył żadnego z problemów, to z pewnością lepiej zrozumie te kobiety, które ich doznały.

Polecam, dobra, mocna rzecz.

Moja ocena: 5/6

Emilie Pine, O tym się nie mówi, tł. Joanna Figiel, 192 str., Wydawnictwo Cyranka 2020.

czwartek, 9 czerwca 2022

"Nocny prom do Tangeru" Kevin Barry

 


Tytułowy prom to Godot tej powieści - na jego przypłynięcie czekają bowiem Maurice i Charlie w terminalu promowym w Algeciras. Czekają, mając nadzieję na odnalezienie Dilly - córki tego pierwszego. Czekają, trochę się nudzą, więc gadają. A z tych opowieści dowiadujemy się, że wcale nie są statecznymi panami w średnim wieku, lecz gangsterami, dilerami i że nie stronią od przemocy.

Kevin Barry rozdziały, których akcja rozgrywa się w Algeciras, przeplata tymi, które opowiadają historię sprzed lat. Dzięki temu poznajemy życie dwóch Irlandczyków, zmęczonych swoim krajem, pogodą, ciągłym deszczem, zachwyconych życiem w Hiszpanii i możliwościami, jakie ze sobą niesie bliskość Maroka. Z kolejnych rozdziałów wyłania się obraz dwóch brutalnych facetów, którzy koncertowo schrzanili życie sobie i kobietom (żonie i córce jednego z nich), podjęli wiele złych decyzji i którzy pełnymi garściami korzystali ze wszystkiego, co im życie przyniosło. Teraz terminal portowy jest poczekalnią dosłowną, ale i w przenośni. Ich życie się zatrzymało - aktywny, burzliwy czas minął, a oni nie wiedzą, co przyniesie im los. Ta poczekalniana metafora, poczucie przemijania szczególnie silnie wybrzmiewa w rozmowach Maurice'a i Charliego, ale niekoniecznie trafiła do mnie. Gdybym opierała się w mojej ocenie tylko na treści tej książki, zapewne wypadłaby ona o wiele niżej, bo to nie ona mnie tu zachwyciła.

Najbardziej podobała mi się bowiem konstrukcja powieści i język. Barry całkowicie rezygnuje z dialogów, rozmowy mężczyzn przypominają wręcz zapis dramatu, nie są graficznie wyróżnione i oczywiście wymagają od czytelnika sporej uwagi. Szczególnie jest tak w przypadku rozdziałów wspomnieniowych, gdzie bardzo często zmienia się czas narracji. Sam język balansuje między soczystością dialogów, które świetnie oddają pochodzenie bohaterów, a poetyckością opisów, zwłaszcza tych dotyczących miejsc - Irlandii i Hiszpanii. Oba te kraje odgrywają tu ważną rolę - deszcz, elfy, wiatr i ocean oraz upał, wino, plaża i hiszpańskie jedzenie. Barry świetnie porusza się między tymi dwoma zupełnie odmiennymi obrazami, tak samo jak mistrzowsko żongluje językiem. Z podziwiem obserwowałam pracę tłumacza Łukasza Buchalskiego, który bardzo dobrze poradził sobie z tym wyzwaniem.

Moja ocena: 4/6

Kevin Barry, Nocny prom do Tangeru, tł. Łukasz Buchalski, 224 str., Wydawnictwo Pauza 2020.

piątek, 13 sierpnia 2021

"TransAtlantic" Colum McCann

 


Ta książka to moje drugie spotkanie z prozą Columa McCanna i raczej ostatnie. Okazuje się, że zupełnie nie pasuje mi styl Irlandczyka, co więcej nie poruszają mnie opowiadane przez niego historie.

Ta powieść zasadza się na wydarzeniach z trzech różnych okresów. W 1919 roku dwóch pilotów wyrusza w pierwszy lot nad Atlantykiem, z USA do Irlandii. To szansa na szybsze połączenie obu kontynentów oraz udowodnienie, że samoloty mogą służyć do czegoś innego niż działania wojenne. W 1845 do Irlandii przybywa Frederick Douglas - zbiegły niewolnik, by orędować za zniesieniem niewolnictwa. Pod koniec XX wieku natomiast amerykański senator angażuje się w rozmowy pokojowe w konflikcie irlandzkim,
Początkowo byłam zdezorientowana i nie rozumiałam zamysłu autora, nie widząc połączenia między tymi opowieściami. Irlandczyk jednak stopniowo zamyka luki czasowe oraz łączy ze sobą postaci drugoplanowe tych historii, stopniowo wysuwając je na pierwszy plan. Otóż to niepozorna Lily Duggan, która zainspirowana przemowami Douglasa opuszcza biedną i dręczoną głodem Irlandię, stanie się główną bohaterką. Ona i jej córki będą stanowiły nic przewodnią opowieści, która pozwoli autorowi na ukazanie przemian społecznych oraz silnych kobiecych charakterów oraz na zbudowanie osi między USA a Irlandią.

To powieść o wojnie - secesyjnej, pierwszej, konflikcie zbrojnym w Irlandii, o głodzie, biedzie i walce o przeżycie i przetrwanie. Jak wyżej napisałam to powieść o kobietach, mimo że trzy początkowe wątki traktują o mężczyznach, to jednak są one tylko zahaczeniem, początkiem historii. Pewnie dlatego też ta część książki mnie nudziła, jak to często bywa, gdy czytam o mężczyznach. Dopiero opowieść o zwykłych kobietach, które nie dokonują ważnych dla ludzkości czynów, lecz dbają o jej podtrzymanie mnie zainteresowała.  Te na pozór zwykłe historie o normalnym życiu są o wiele ciekawsze od tych, w których mężczyźni dokonują ważnych czynów. Czy będzie to Lily, która z analfabetki staje się bizneswoman, czy jej córka, która zostaje dziennikarką, mimo rzucanych jej przez mężczyzn kłód, czy też wnuczka, która staje się fotografką, a może ostatnia z rodu Hannah, która pozostaje na świecie całkiem sama - każda z nich jest pełnokrwistą postacią, która wie, co to znaczy przezwyciężać problemy.

Mimo że przesłanie tej książki jest jak najbardziej moje, to nie odnajduję się w narracji Irlandczyka, nie zachwycam jego stylem i nie potrafię utrzymać zainteresowania w trakcie lektury. 

Moja ocena: 3/6

Colum McCann, Transatlantik, tł. Dirk van Gunsteren, czyt. Wolfram Koch, Gabriele Blum, 384 str., Argon Verlag 2014.

niedziela, 4 lipca 2021

"Zoli" Colum McCann

 


Opowieść o Zoli obejmuje ponad siedemdziesiąt lat, począwszy od lat 30. XX wieku w ówczesnej Czechosłowacji. To wtedy mała Zoli dorasta otoczona liczną rodziną w taborze cygańskim. Jej dzieciństwo kończy się, gdy Gwardia Hlinki zgładza jej bliskich, otaczając tabor na skutym lodem jeziorze a następnie obserwując jak Roma toną. Z całej rodziny pozostają Zoli i dziadek. Dziadek kocha wnuczkę i wbrew cygańskiemu kodeksowi uczy ją czytać i pisać. Zoli jest nie tylko bardzo mądrym dzieckiem, dysponuje także wyjątkowym talentem poetyckim i muzycznym. II wojna światowa oznacza kolejne represje ludności Romów, które nie kończą się z powstaniem socjalistycznej Czechosłowacji. Romów należy osiedlić i ucywilizować. Twórczością Zoli zainteresuje się czeski literat i socjalista oraz przybyły z Anglii Steven, pół-Słowak, który zapragnął na miejscu walczyć o socjalistyczny ustrój. Wydanie wierszy Romki, występy i sława nie idą w parze z akceptacją w taborze. Wykluczona Zoli udaję się w długą samotną podróż na zachód, przez zielone granice, wśród nieprzyjaznych ludzi, bez uczucia przynależności do kogokolwiek. 

Ta obszerna powieść w swoim zamyśle przypomina historię Papuszy i właśnie wątek literackiego talentu, którego kobieta nie może rozwijać najbardziej nie poruszył. Owszem, McCann ciekawie szkicuje sytuację polityczną, a przede wszystkim sposób traktowania Romów czy też, jak to mawiano, radzenia sobie z problemem tej społeczności, dotąd zresztą nie rozwiązanym. Ja nie mogłam jednak wyzbyć się podejrzliwości, bo przecież ta powieść napisana jest przez Irlandczyka! Dlatego też odniosłam wrażenie, że dużo lepiej wyszły mu rozdziały, gdzie narratorem jest Steven oraz wątek miłosny wraz z zakończeniem. Jak nietrudno się domyślić, Steven zakochuje się w Zoli, nie rozgryzając jednak jej osobowości, co zresztą jest także trudne dla czytelniczki czy czytelnika, ponieważ autor koncentruje się na przedstawianiu akcji i czynów, a nie myśli i wątpliwości. 

Zoli to w gruncie rzeczy ciekawa powieść, ale, jak wyżej pisałam, nie potrafiłam się dać jej ponieść ze względu na moją podejrzliwość. Czy przedstawione przez autora słowackie realia, życie w taborze, zachowanie Romów są wiarygodne? Na ile był w stanie wczuć się w te postaci, a na ile są to jedynie kreacje jego wyobraźni o tej grupie etnicznej? Ponadto zachwalany styl McCanna mnie zupełnie nie porwał - wydał mi się być monotonny i niczym się nie wyróżniający. 

Moja ocena: 4/6

Colum McCann, Zoli, tł. Dirk van Gunsteren, 382 str., czyt. Rosel Zech i Ulrich Matthes, Argon Verlag 2007.

niedziela, 2 maja 2021

"Ciekawe czasy" Naoise Dolan

 


Zapewnie nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie mój klub książkowy. Wczoraj dyskutowaliśmy o niej i okazało się, że można ją czytać na wiele sposobów, choć mnie wydała się dość prosta i przewidywalna.

Ava jest nauczycielką angielskiego w Hong Kongu. Pochodzi z Irlandii, musi więc stale myśleć o akcencie i składni, gdy naucza dzieci, bo zarówno właścicielka szkoły jak i rodzice wymagają jedynej słusznej wersji języka, czyli tej brytyjskiej. Ponadto Ava jest dziwaczką, nie korzysta z uroków metropolii, nie stara się poznać kultury, nie nawiązuje znajomości, żyje dość samotnie do momentu poznania Juliana, który dorównuje jej w stopniu dziwaczności. On jest bankierem, który ukończył Oxford, świetnie usytuowanym finansowo i problematycznym na płaszczyźnie socjalnej. W tej kwestii oboje wydają się pasować do siebie jak ulał, ale ich komunikacja jest bardzo, powiedzmy, egzotyczna. Ava zamieszkuje z Julianem, nie są jednak parą, łączy ich tylko seks. Dla Avy jest to o tyle dobre wyjście, że ma wygodne mieszkanie, swój pokój w eleganckim apartamencie. Dla Juliana do końca nie wiadomo. Po pewnym czasie bankier wyjeżdża do Londynu na dłuższy okres czasu, a Ava pozostaje w mieszkaniu. Podczas nieobecności współlokatora poznaje Edith, która urodziła się w Hong Kongu, ale ukończyła studia w Anglii, jest prawniczką, świetnie zarabia i jest lesbijką. Między kobietami rodzi się uczucie. 

Ava stale uwikłana jest między tymi dwoma osobami. Nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji, ani w kwestii wyboru partnera, ani wyprowadzki czy zmiany pracy. Płynie z tym, co przynosi jej każdy dzień. I właściwie o tym jest ta powieść. O trudnościach w komunikacji, o używaniu mediów socjalnych, by domyślić się, co myśli druga, bliska, osoba. Biorąc pod uwagę, że autorka jako dorosła osoba została zdiagnozowana pod kątem spektrum autyzmu, można zrozumieć wyżej wymienione trudności komunikacyjne jej bohaterów. Co ciekawe, najmniej problemów ma z tym Edith, która natomiast uwikłana jest poniekąd w konflikt tożsamości, na który ma wpływ jej kariera zawodowa, studia w Anglii, używanie angielskiej wersji imienia oraz problemy między Hong Kongiem a Chinami.

Poszukiwanie tożsamości wydaje się być problemem wiodącym w tej książce, który jednak nie wysuwa się na pierwszy plan. Autorka bardzo wyraźnie zaznacza klasowość angielskiego społeczeństwa, stosunek Brytyjczyków do Irlandczyków i oczywiście do mieszkańców Hong Kongu. Sporo tu ironicznych, sarkastycznych i cynicznych uwag, szczególnie o Brytyjczykach.

To nie jest porywająca książka, żaden z bohaterów nie jest sympatyczny, ciekawe miejsce akcji nie odgrywa żadnej roli (Ava zupełnie, ale to zupełnie nie jest zainteresowana kulturą czy językiem i w zasadzie nie wiadomo, dlaczego wylądowała akurat w tym mieście), a sam wątek i zakończenie nie są ani porywające, ani zaskakujące. Najbardziej zainteresowały mnie tylko wątki językowe i te związane z klasowością angielskiego społeczeństwa.

Moja ocena: 3,5/6

Naoise Dolan, Exciting times, 288 str., Weidenfeld & Nicolson 2020.

niedziela, 4 kwietnia 2021

"Młode skóry" Collin Barrett

 


Debiutanckie opowiadania Collina Barretta zdobyły spore uznanie i zostały przetłumaczone na wiele języków. Ja o nich nie słyszałam, sięgnęłam po tę książkę dzięki Nowemu Klubowi Czytelniczemu, niestety ponownie nie mogłam wziąć udziału w dyskusji o książce. A ciekawa jestem zdania klubowiczów, bo mnie ten zbiór zupełnie nie zachwycił. 

To bardzo depresyjne, mroczne i w zasadzie smutne opowiadania, których bohaterowie to młodzi mężczyźni z irlandzkiej prowincji. Wszystkie siedem tekstów poraża beznadzieją, brakiem perspektyw, przemocą, ponurym nastrojem. Bohaterowie uwikłani są w przemoc, alkohol, szemrane interesy, szukają szczęścia, ale nieudolnie, bez perspektyw, bez szans na poprawę. 

Bardzo chciałam napisać więcej o tych tekstach, bo Barret uwodzi językiem, prowincjonalnym kolorytem, charakterystyką postaci, ale tydzień po lekturze widzę, że te teksty przeze mnie przemknęły i zniknęły. Zostały odczucia, emocje, ale niewiele z treści. Mimo plastycznego języka i swoistego melancholijnego klimatu Irlandczyk do mnie niestety nie trafił.

Moja ocena: 3/6

Collin Barrett, Junge Wölfe, tł. Hans-Christian Oeser, 224 str., Steidl 2016.

sobota, 27 lipca 2019

"U2 o U2" U2, Neil McCormick


Jako wierna fanka tego zespołu, kiedyś wreszcie musiałam sięgnąć po tę książkę. Nie jest to biografia ani reportaż - tutaj członkowie U2 sami o sobie opowiadają. Zapewne nie jest to nowatorski zabieg, ale ja chyba jeszcze nie czytałam książki skonstruowanej w tej sposób. Nawet zakładając, że słuchając opowieści Neil McCormick wpłynął na całokształt wypowiedzi, układając odpowiedzi, redagując je i może przycinając, to jest to jednak w miarę autentyczny obraz czwórki muzyków. Ich wypowiedzi bardzo wyraźnie podkreślają charaktery poszczególnych osób, podejście do życia, sposób myślenia. Dzięki temu książka nie stanowi tylko relacji o powstaniu i rozwoju zespołu, ale także historię ewolucji poszczególnych osób.

Pomijając kwestię na ile wypowiedzi muzyków są samokreacją czy przemyślanym zabiegiem, czytelnik otrzyma ogromną dawkę informacji i emocji. Ja, ale nie jestem może całkiem obiektywna, nie odczułam w wypowiedziach fałszu czy samoprezentacji. Każdy z nich opowiada o swoich słabych momentach, gorszych chwilach, problemach osobistych, ale także o trudnościach zespołu, o poczuciu niedostateczności własnego talentu, braku wykształcenia muzycznego, przypadkowości tworzenia piosenek i oczywiście samego powstania zespołu. Bo U2 to nie komercyjny produkt, lecz szkolna kapela, kilku chłopaków, którzy spotykali się po szkole, żeby razem pobrzękać na instrumentach i dawać niezbyt udane koncerty na szkolnych imprezach. Młodzi i gniewni, którzy szukali sposobu na skanalizowanie emocji i fajne spędzenie czasu. Zaskakująca jest absolutna przypadkowość ich sukcesu i wielka doza szczęścia - to połączone z ich determinacją i zapewne odpowiednim momentem w czasie dało im szansę na wybicie się. Co ciekawe wypowiedziom Bono, Edge'a, Larryego i Adama towarzyszą też wspomnienia ich menedżera Paula McGuinessa, który towarzyszł U2 od samego początku.

Oprócz osobistych wspomnień, bardzo podobały mi się fragmenty o tworzeniu piosenek - o tekstach, frazach muzycznych i tym jak sami muzycy je rozumieją. Czytając te fragmenty, trzeba koniecznie słuchać muzyki. Dla mnie to była świetna okazja do powrotu do niektórych kawałków. 

Ta książka to w zasadzie mus dla wszystkich fanów U2, ja jedynie żałowałam, że kończy się na 2006 roku. 



Moja ocena: 5/6

Bono, The Edge, Adam Clayton, Larry Mullen Jr, Neil McCormick, U2 o U2, tł. Łukasz Głowacki, 584 str., Wydawnictwo In Rock 2009.

piątek, 15 marca 2019

"A History of Loneliness" John Boyne


Gdyby nie mój dyskusyjny klub książkowy, nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę. Beststellerowe nazwiska mnie odrzucają, z przekory nie czytam powieści ze szczytów list. Tymczasem muszę przyznać, że John Boyne mnie bardzo pozytywnie zaskoczył. Nie przeczę, że ta powieść skrojona jest na typowy page turner - lekkie pióro, przeskoki w czasie, sensacyjny temat i nawiązania do jeszcze bardzo świeżych wydarzeń politycznych w zasadzie gwarantują sukces wydawniczy.

Odran jest księdzem z powołania, uważa, że duszpasterstwo jest jego misją i sposobem na spełnienie, mimo że do seminarium trafił właściwie z powodu matki. To właśnie on jest narratorem, nie snuje swojej opowieści jednak chronologicznie. Poznajemy go jako mężczyznę w sile wieku, który cierpi z z powodu złej opinii Irlandczyków na temat instytucji kościoła. W swoich rozważaniach wraca on do dzieciństwa, nauki w seminarium oraz pracy w szkole. 
Stopniowo poznajemy rodzinę Odrana - a przede wszystkim traumatyczne wydarzenia, które miały wpływ na całe jego życie oraz na wzmożoną religijność matki, która za niego poczuła powołanie.
W seminarium Odran zaprzyjaźnił się z Tomem - który, podobnie jak on, został zachęcony, a nawet zmuszony, przez rodzinę do zostania księdzem. Ordan ostatni rok nauki spędza w Watykanie - ten honor spotkał go w nagrodę za dobre wyniki w nauce. W Watykanie okazuje się, że zostaje on wybrany do jeszcze jednego ważnego zadania, które wiąże się z bardzo bliskim kontaktem z papieżem. 

Te retrospekcje przeplatane są wydarzeniami współczesnymi - Odran zabiega u biskupa o powrót do pracy w szkole, po tym jak tymczasowo został przeniesiony do pracy parafialnej. Co ciekawe, trafił do parafii, której duszpasterzem wcześniej był jego przyjaciel. Duchowny stopniowo zaczyna odkrywać prawdę o Tomie i wątpić w słuszność swojego powołania. 

Boyne umiejętnie podejmuje temat największego skandalu irlandzkiego kościoła, jakim było molestowanie dzieci przez księży. Przedstawia zmiany jakie zaszły w społeczeństwie, które traktowało duchownych z wielką atencją, bez pardonu odkrywa ułomność hierarchów kościelnych, którzy bezkompromisowo tuszowali skandale i chronili swoich księży. Równocześnie poświęca sporo miejsca na rozważania jednostki - o współwinie, o sensie powołania, o kościele. To właśnie najciekawsze fragmenty powieści - Odran przedstawiony jest jako postać empatyczna, troskliwa, sumienna, biorąca na serio swoje powołanie i pracę, która jednak nie jest w stanie na tyle poszerzyć swój horyzont, by dostrzec molestowanie. Gdy dostrzega swój błąd, ksiądz jest zrozpaczony, rozczarowany, pełen żalu i skruchy. Boyne przez całą powieść przedstawia Odrana bardzo pozytywnie, łatwo więc uwierzyć w to, że faktycznie nie dostrzegał tego, co się dzieje wokół niego. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z treści, ale biorąc pod uwagę osobiste doświadczenia Odrana trudno przyjąć za pewnik, że przymykał oczy. Myślę, że raczej nie mieściło mu się to do tego stopnia w głowie, że nie wpadł na pomysł, że w kościele może mieć miejsce molestowanie.

Zastanawiam się, dlaczego ta powieść nie została jeszcze przełożona na polski - idealnie pasowałaby do aktualnej sytuacji w polskim kościele. Szczególnie, że Boyne nie szuka skandalu, a raczej stara się obiektywnie nakreślić możliwą sytuację, wskazując, że nie każdy duchowny musi być winny i nie każdy ukrywał molestującego kumpla. Bardzo delikatny temat, który równie delikatnie został ujęty w interesującą powieść.

Moja ocena: 5/6

John Boyne, Die Geschichte der Einsamkeit, tł. Sonja Finck, 416 str., Piper 2015.

poniedziałek, 6 lutego 2017

"Zdążyć przed zmrokiem" Tana French



Tana French nigdy nie była na celowniku moich kryminalnych zainteresowań. Zupełnie przypadkowo trafiłam na ten audiobook, zaciekawił mnie jego tytuł - tylko niemiecki, polski wydaje mi się być totalnie nietrafiony.
W pewnym sensie to dość nietypowy kryminał, bo opowiadany z perspektywy czasu przez Roba Ryana. Policjant ma za sobą traumatyczne przeżycie - jako dwunastolatek stracił dwoje przyjaciół. Cała trójka bawiła się w lasku położonym tuż obok osiedla, na którym mieszkali. Gdy nie wrócili do domu zawiadomiono policję, w trakcie poszukiwań odnaleziono jednak tylko zakrwawionego, będącego w szoku Roba. Mimo usiłowań nie był sobie w stanie przypomnieć, co w lesie zaszło, a jego przyjaciół nigdy nie odnaleziono.

Teraz Rob jest dorosły i pracuje w policji w Dublinie. Ze swoją partnerką Cassie Maddox rozumieją się bez słów i także bez chwili zastanowienia przejmują nową sprawę. W tym samym lesie, gdzie zakończyło się dzieciństwo Roba, archeolodzy odnajdują ciało dwunastoletniej dziewczynki. To Katy, która zaginęła dwa dni wcześniej. Jej ciało leży skrupulatnie udrapowane na kamieniu ofiarnym. Miejsce, gdzie przeprowadzane są wykopaliska jest istotne dla celtyckiej historii wyspy, niestety prace dobiegają końca, ponieważ plany nowej drogi szybkiego ruchu, przewidują natychmiastowe rozpoczęcie budowy.

Policjanci rozpoczynają śledztwo od rozmów z archeologami, rodzicami i siostrami Katy. Równocześnie Rob walczy z widmami przeszłości, przypomina sobie urywki zdarzeń. Powieść Tany French to nie tylko kryminał ale także powieść psychologiczna, o czym świadczą skrupulatnie naszkicowane charaktery dwójki śledczych oraz perspektywa powieści. Nie tylko Rob mierzy się ze wspomnieniami, także Cassie naznaczona jest trudnymi przeżyciami. Głównym problemem, który tematyzuje autorka, jest przede wszystkim manipulacja. Postaci o cechach manipulatorskich zjawiają się zarówno w przeszłości, jak i w opisanym śledztwie. Zarówno Rob i Cassie zaskakują wielowymiarowością, skomplikowanymi układami, nawet ich związek, czy przyjaźń nie są jednoznaczne. Sama nie wiem, co bardziej zaciekawiło mnie w tej książce - tło psychologiczne czy zagadka kryminalna?

Ciekawa jestem kolejego tomu, a przede wszystkim tego, jak została rozwiązana jego konstrukcja - czy autorka dalej stawia na pierwszoosobową narrację i wspomnienia?

Moja ocena: 4,5/6

Tana French, Grabesgrün, tł. Ulrike Wasel, Klaus Timmermann, czyt. David Nathan, 672 str., Argon Verlag 2009

poniedziałek, 28 listopada 2011

"Wrota" John Connolly



Dwa zaprzyjaźnione małżeństwa urządzają sobie seans spirytystyczny - niewielka ekstrawagancja znudzonych przyjaciół, która wymyka się im spod kontroli. Okazuje się, że niechcący otwierają wrota do piekła. Równocześnie Wielki Zderzacz Hadronów, mieszczący się w CERN w Szwajcarii, zaczyna się dziwnie zachowywać. Naukowcy obserwują niekontrolowane wymknięcie się energii. Bez wątpienia te dwa wydarzenia są ze sobą powiązane, a ich konsekwencje będą dla naszej planety katastrofalne.

Na szczęście wydarzenia w piwnicy wielbicieli spirytyzmu obserwuje rezolutny jedenastolatek Samuel i jego niemniej zadziorny jamnik. Chłopiec wprawdzie wpada w tarapaty ale dzięki swojej wiedzy ma szanse, by uratować Ziemię przed najazdem zła. We "Wrotach" roi się od potworów, demonów, trupów, oślizgłych macek i klekoczących kośćmi szkieletów. Owa forpoczta Jego Złowrogości atakuje niewielkie miasteczko rodzinne Samuela dokładnie w Halloween. Sugestywne, miejscami obrzydliwe opisy pięknie komponują się z atmosferą tego święta:)

Connolly nie szczędzi jednak także naukowych faktów - począwszy od historii powstania Wszechświata, poprzez istotę czarnych dziur, tuneli czasoprzestrzennych czy ciemnej materii - wszystkie te zjawiska opisuje przystępnie i dowcipnie. 
Nawet osoby omijające fizykę wielkim łukiem są w stanie zrozumieć jego wywody i co więcej zainteresować się tą tematyką (sprawdziłam na własnej skórze).

Connolly pisze wartko, bogatym językiem - liczne dygresje, przypisy, skrzący się dowcip umilają lekturę. "Wrota" czyta się błyskawicznie, dla wytrawnego czytelnika to lektura na jeden zimowy wieczór.
Docenić koniecznie trzeba pracę tłumaczki - poradziła sobie naprawdę wyśmienicie, wszak autor naszpikował powieść wieloma neologizmami i humorem słownym. 

Powieść Connollego ma jednak jedną, moim zdaniem sporą, wadę - zbyt przypomina styl Pratchetta i dlatego zabrakło mi w niej elementu zaskoczenia, nowatorskości. Powieść skierowana jest do młodzieży i myślę, że to dobry pomysł - są szanse, że trafi do czytelników, którzy nie poznali Świata Dysku i zachwycą się sposobem pisania Connollego. Ja niestety ciągle nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że "Wrota" na płaszczyźnie stylistycznej są bladą kalką mistrza fantasy.

Moja ocena: 4/6

John Connolly, "Wrota", tł. Elżbieta Gałązka-Salamon, 302 str., Wydawnictwo Niebieska Studnia 2011.