środa, 21 października 2026

"Antyk" Hanna Johansson



Około trzydziestoletnia narratorka wybiera się na grecką wyspę. Spędzi tam lato w domu znajomej – słynnej artystki. Narratorka poznała ją podczas wywiadu i zadurzyła się w fascynującej kobiecie. Helena jest intrygująca, uzdolniona, elegancka i tajemnicza. Narratorka jest nią oczarowana, pragnie atencji, całkowitej uwagi, a spędzenie z nią czasu ma być spełnieniem pragnień i początkiem dalszego ciągu. Jest jednak szkopuł – na wyspie wraz z Heleną przebywa jej nastoletnia córka Olga. Humorzasta nastolatka, która kilka razy zmieniała szkoły, jest burkliwa i małomówna, nie ma ochoty na spędzanie czasu z matką, a w oczach narratorki jest intruzką. 

Stopniowo jednak narratorka nawiązuje więź z dziewczyną i zaczyna spędzać z nią czas we dwoje. Obie wychodzą razem na miasto, na plażę, wylegują się w ogrodzie, a tym samym zmienia się obiekt fascynacji narratorki.

W tej książce jest upalnie, duszno, słychać cykady, czuć zapach i smak oliwek, fig i arbuzów, rozmawia się o antycznych ruinach i planuje wycieczkę archeologiczną. Jest atmosfera lata, stagnacji, leniwych godzin nad morzem. I jest niepokój, bo narratorka zamienia się z zakochanej kobiety w predatorkę. To powoduje w czytelniczce niewygodne uczucia i stawia pytania, jak różnie jesteśmy skłonne oceniać mężczyzn i kobiety w takiej sytuacji. W pierwszym odruchu zaakceptowałam opisany stan rzeczy, ale po namyśle nie znajduję żadnych argumentów na usprawiedliwienie narratorki i po przeczytaniu tej historii, czuję się zniesmaczona. 
Autorka tak prowadzi tę powieść, że ta postawa nie jest to od początku jasna. Będąc w głowie narratorki, wierzymy jej, ale i dajemy się wciągnąć w jej myśli, pokrętne tłumaczenia i pozwalamy się opleść jej wizjom. Dopiero z czasem wychodzi na jaw prawdziwy zamiar. 

To nie jest źle napisana książka, choć nie należy ona do takich, które trudno odłożyć. Akcja jest nieśpieszna, refleksyjna, miejscami nudna, a główna bohaterka nie była dla mnie postacią na tyle fascynującą, by czytać tę powieść z zainteresowaniem. Ostatecznie kierunek, w którym rozwinęła się ta narracja pozostawił mnie z niesmakiem.

Moja ocena: 3/6

Hanna Johansson, Antyk, tł. Diana Hasooni-Abood, 240 str., Wydawnictwo Pauza 2026.

poniedziałek, 19 października 2026

"49 idzie pod młotek" Thomas Pynchon


Edypa, tak Edypa, Maas, pewnego dnia dostaje list. Niespodziewanie spada na nią karkołomne zadanie – m zarządzać masą spadkową byłego partnera, potentata finansowego na rynku nieruchomości. Chcąc, nie chcąc, podejmuje się zadania i wyrusza w podróż. Ta podróż zawiedzie ją w obszary całkowicie nieoczekiwane – będą znaczki, nazizm, obrazy, narkotyki, psychoza, teorie spiskowe i wiele, wiele więcej. Temu więcej jednak nie poświęciłam dostatecznej uwagi, co więcej zabrakło mi jej nawet na tematy pierwszoliniowe, bo okazało się, że słynny Pynchon, po którego dotąd nie sięgałam, to wyznawca postmodernizmu. 

Tymczasem, gdybym układała epoki literackie wedle mojego gustu, modernizm i postmodernizm znalazłyby się na szarym końcu. W tej powieści straciłam wątek dość szybko, moja próba podążania za narracją odniosłaby może sukces, gdybym się bardziej wysiliła, ale zwyczajnie nie miałam na to ochoty. Nawet liczne nawiązania i intertekstualność, które zawsze chętnie tropię, mnie nie zachęciły, do poświęcenia tej powieści większej uwagi. 

Thomas Pynchon wydaje się należeć do tych pisarzy, których albo się kocha, albo zupełnie nie rozumie. Ja niestety wpadam w tę drugą kategorię.

Moja ocena: 2/6

Thomas Pynchon, 49 idzie pod młotek, tł. Piotr Siemion, 192 str., Wydawnictwo ArtRage 2024.

niedziela, 18 października 2026

"Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny" Anna Brzezińska


Powszechne skojarzenia ze Średniowieczem mamy nieciekawe i głównie skupione na bitwach, przetasowaniach dynastycznych, ciemnym ludzie. Jeśli kojarzymy jakieś jednostki, to są to głównie mężczyźni. Kobiety są żonami, matkami i zakonnicami. Brzezińska odczarowuje ten obraz, opisując pięćdziesiąt zwykłych, a równocześnie niezwykłych kobiet. Może o nich napisać, bo pozostał po nich ślad w tekstach źródłowych – kronikach, aktach sądowych, zapiskach. Musiły się więc te kobiety czymś wyróżnić, a można było się wyróżniać na wiele sposobów.

Brzezińska wytropiła kobiety waleczne, które same podróżowały, nawet do Jerozolimy. Kobiety zadziorne, które walczyły o swoje, np. alimenty, rodzinę, dziecko, męża, swój biznes. Tak, biznes, bo autorka opisała sporo kobiet, które same zarabiały na swoje utrzymanie i to nie bez sukcesu: pisaniem, tkaniem, kopiowaniem, a nawet rządzeniem całą wioską. Są tu kochanki i niewiasty, które w ogóle nie chciały mieć męża, są takie, które pragnęły się uczyć i pisać. 

Autorka opisując swoje bohaterki, czyni z nich pretekst, by pociągnąć tę opowieść dalej i wyjaśnić przeróżne aspekty średniowiecznego życia i mentalności, a to wszystko nie ogranicza się do Polski, bo zaglądamy na tereny współczesnej Hiszpanii, Belgii czy Wielkiej Brytanii. Brzezińska wyjaśnia więc zasady rządzące w tych krajach, a dotyczące konkubinatu, handlu, alimentów, przerywanie ciąży, przebiegu rozpraw sądowych, kar, podróży itd. Dzięki temu to bardzo różnorodny i w wielu aspektach dokładny obraz tej epoki. 

Niestety nie miałam w rękach wydania papierowego, a czytam, że jest piękne. To książka do wielokrotnego zaglądania i podczytywania, więc ta wiadomość cieszy. Ja słuchałam audiobooka, więc nawet jeśli nie zapamiętam poszczególnych jednostkowych historii, to wiem, że w Średniowieczu żyło wiele silnych i nietuzinkowych kobiet.

Moja ocena: 5/6

Anna Brzezińska, Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny. Przewodnik po średniowieczu zwykłych kobiet, 528 str., Marginesy 2026.

piątek, 16 października 2026

"Die Lücken" Shida Bazyar


Fikcyjna niewielka wioska na zachodzie Niemiec, w której w latach 30. mieszkają zwykli ludzie. Ci zwykli ludzie wyznają jednak różne religie, co bardzo szybko staje się powodem do prześladowań, wywołanych przez wszystkim znaną partię. Nasza wioska jest tak zaangażowana, tak przykładna, że bardzo szybko staje się wzorcowa i czysta rasowo. 
Do tej samej wioski w latach 90. przybywają uchodźcy z Iranu, którzy muszą opuścić kraj z powodu dyktatury. Jedni się integrują, uczą języka, biorą udział w szkolnych świętach, zaprzyjaźniają z mieszkańcami, kupują dom. Inni tkwią w zawieszeniu, między Iranem, a Niemcami, bez motywacji do integracji, bez celu, w wiecznej tęsknocie. Bazyar wprowadza w swoją powieść ogromną liczbę bohaterów, bo oprócz dwóch irańskich rodzin, jest cała plejada mieszkańców wioski. Początkowo skupiamy się na Lore i Johannie, która jest Żydówką. Dziewczynki łączy głęboka przyjaźń – Johanna jednak znika, a Lore staje się zagorzałą nazistką. Oprócz nich są jednak liczni mężczyźni, Therese, która pracuje w żydowskim domu towarowym, spotkania grup nazistowskich, a potem, już po wojnie, dzieci, ich partnerzy itd. Niestety autorka nie dba o porządek w swojej powieści. Wiele postaci pojawia się i nagle znika, bez pociągnięcia wątku czy wyjaśnienia zasadności umieszczenia ich w fabule. Ciągłe przeskoki między płaszczyznami czasowymi i kilkoma rodzinami nie ułatwiają lektury, w pewien sposób rozumiem ten zabieg, który zapewne miał ukazać tytułowe luki, które powstały w społeczeństwie, ale nie jestem przekonana co do jego zasadności. 

Bazyar pokazuje, jak rodzi się nazizm w zwyczajnym życiu. Jak można zacząć nienawidzić sąsiada, przyjaciółkę, współpracownika. Opisuje dynamikę grupy, małe kroki, które czynią z ludzi zwolenników dyktatury. Pokazuje, jak wygląda pamięć – jak można pominąć żydowski talerz w domu i swój udział – przecież całkiem nieistotny, w małej wiosce, bez szerszego zasięgu, łatwy do wyparcia. W kontraście Bazyar stawia pierwszych uchodźców i ich przyjęcie w tym samym miejscu. W tle przewijają się ataki na domy azylantów gdzieś daleko w Rostocku, w naszej wiosce uchodźcy natomiast biorą udział w przedszkolnym święcie i są zapraszani do domu, wspierani w zakupach i integracji. Przez potomków tych ludzi, którzy rzucali kamieniami w żydowskie okna. Ci sami potomkowie zaczynają też stawiać bardziej natarczywe pytania – dziadkowi czy babci. 

Sama tematyka i założenie tej powieści są ciekawie, choć dziwi mnie, że w Niemczech nadal jest przestrzeń na rozmowę o nazistowskich zbrodniach. Zakładam, że to dyskusja dla nowych pokoleń, szczególnie tych z tłem migracyjnym. Powraca ona też w obliczu rosnącej siły partii skrajnie prawicowej. Ciekawa jest paralela uchodźcza, także podejście do tematu nazistowskiej przeszłości z perspektywy z zewnątrz. Niestety sposób wykonania, czyli kompozycja tej powieści mnie w ogóle nie przekonała. Ta książka w większej części jest po prostu nudna i zagmatwana. Zagmatwanie samo w sobie może mieć umocowanie w fabule i skłaniać do przemyśleń, ale w przypadku tej powieści skłaniało mnie głównie do chęci porzucenia tej lektury. 

Moja ocena: 3/6

Shida Bazyar, Die Lücken, 512 str., Kiepenheuer & Witsch 2026.

czwartek, 15 października 2026

"Kronika mojej ziemskiej wędrówki" Daniel Mason


 

Dziewięć opowiadań, dziewięć zupełnie odmiennych światów. Te teksty różni wszystko – bohaterowie, miejsce akcji, czas, styl. Daniel Mason posiadł talent kameleona, który zmienia swój styl w zależności od fabuły – jego opowiadania czyta się tak, jakby wychodziły spod pióra różnych autorów. Skaczemy tu między Egiptem, Stanami Zjednoczonymi, Brazylią, między współczesnością, a starożytnością, wiekiem XIX czy XX. W centrum każdego opowiadania stoi człowiek, który poszukuje, pragnie, dąży gdzieś dalej. 

To może być kobieta latająca balonem, która sięga absolutu. Albo faraon, który dopuszcza się koszmarnych czynów, próbując zrozumieć działanie człowieka. Jest też zagubiony i przez nikogo niezrozumiany młodzieniec, który ląduje w przytułku dla psychicznie chorych, ale i lekarz, który nagle cierpi na zaniki pamięci. Mamy wywodzącego się z robotniczej rodziny boksera, który na przekór wszystkiemu walczy z siłaczem i samotnika, który samotnie strzeże stacji telegraficznej w środku brazylijskiej dżungli. Jest też emigrant, który nigdy do końca się nie zadomowi w Stanach Zjednoczonych, ale stanie się fascynatem rekonstrukcji bitw historycznych oraz matka, która walczy o zdrowie cierpiącego na niewyjaśnioną chorobę dziecka. 

Daniel Mason jest psychiatrą i jego profesja ma wpływ na treść opowiadań, na kreację postaci, które często zmagają się z własnym umysłem, są niezrozumiane przez innych czy świadomie wybierają samotność. Jednak to kreacja tak dalekich od siebie światów najbardziej mnie ujęła w tych tekstach. Zachwyciła mnie inwencja i fantazja autora. Towarzyszy jej świetne pióro – niektóre opowiadania napisane są wręcz eksperymentalnym językiem, inne uwodzą zdaniami wielokrotnie złożonymi, za którymi wcale nie jest łatwo podążać, a w języku polskim brzmią wręcz karkołomnie. 

To zbiór, w którym nie ma słabych tekstów. Może nie każdy jest tak samo poruszający, ale doceniam je wszystkie.

Moja ocena: 4,5/6

Daniel Mason, Kroniki mojej ziemskiej wędrówki, tł. Elżbieta Janota, 288 str., Wydawnictwo Poznańskie 2026.

środa, 14 października 2026

"Operacja Masakra" Rodolfo Walsh


Przenieśmy się do Argentyny w 1956 roku, gdzie rządzi junta wojskowa, która rok wcześniej obaliła rządy Juana Peróna. Zwolennicy byłego prezydenta przygotowują pucz, który rozpoczynają tuż po północy 10 czerwca. Junta o planach wie, spodziewa się ataku, więc już późnym wieczorem 9 czerwca aresztuje podejrzanych, w tym grupę niewinnych mężczyzn, którzy natychmiastowo zostają skazani na rozstrzelanie. Policja wywozi ich na wysypisko śmieci, wyrzuca z samochodu i dokonuje egzekucji. Bez sądu, bez wyroku, bez dowodów. Kilku z tych mężczyzn przeżyło, co pozwala Rodolfowi Walshowi na rekonstrukcję wydarzeń. 

Walsh poświęcił tej operacji niemal całe swoje życie, dążąc do jak najwierniejszego ukazania wydarzeń. Jego reportaż doczekał się wielu poprawek opatrzonych posłowiami i wstępami, bo z czasem odkrywał nowe szczegóły, a i sama sprawa miała ciąg dalszy, niestety w jego wyniku odpowiedzialni za masakrę nie zostali skazani. Przyświecała mu także idea jak najwierniejszego oddania sytuacji, ukrócenia wszelkich ozdobników i spekulacji.

Walsh rozpoczyna swoją książkę, opisując kolejne ofiary aresztowania, a następnie ich spotkanie przy radiu, by wysłuchać relacji z walki bokserskiej. To językowo bardzo piękne fragmenty, w których autor wspaniale odmalowuje atmosferę tego momentu. Później jednak Walsh stopniowo przechodzi do niemal minutowego opisu wydarzeń, a następnie do kwestii walki o sprawiedliwość dla tych ludzi. Tu już lektura staje się trudniejsza, bo wymaga od czytelniczki orientacji w ówczesnej sytuacji politycznej w Argentynie, ale i dobrej pamięci do licznych nazwisk ofiar i sprawców. 

"Operacja Masakra" okazała się być dla mnie wymagającą książką, szczególnie kolejne przedmowy do różnych wydań. Bardzo się cieszę, że dodano jednak posłowie tłumaczki, które pomogło mi zrozumieć kontekst, a także samą postać autora. Jego los zresztą skłonił mnie do niewesołych przemyśleń. To zdecydowanie lektura z gatunku tych, które uczą, ale nie jest to łatwy proces.

Moja ocena: 4/6

Rodolfo Walsh, Operacja Masakra, tł. Barbara Jaroszuk, 280 str., Wydawnictwo ArtRage 2026.

poniedziałek, 12 października 2026

"John, syn Johna" Douglas Stuart


 

Cal skończył studia artystyczne w Glasgow i właśnie rozgląda się za pracą i zastanawia nad swoją przyszłością, gdy dzwoni jego ojciec. Rodzina mieszka na jednej z wysp Hybrydów Zewnętrznych i ojciec skłania syna do powrotu, opowiadając o złym samopoczuciu babki. Gdy Cal wreszcie trafia do domu, okazuje się, że babka ma się nieźle, a ojciec potrzebuje syna w gospodarstwie. To ciężkie życie, hodowla owiec i tkanie tweedu wypełniają całe dnie, a pogoda dyktuje rytm prac. 
Sytuacja rodzinna Cala nie jest łatwa. Matka opuściła rodzinę, gdy chłopiec miał kilka lat, a wychowaniem zajęła się babcia Ella, jej matka. Ojciec jest kantorem w kalwińskim kościele, wyznaje bardzo surowe zasady i ściśle trzyma się przykazów dyktowanych przez religię. Cal zaznał w Glasgow wolności, żył z dala od wpajanych mu od dziecka reguł, teraz, na wyspie, powrót jest dla niego bardzo ciężki, szczególnie że ukrywa swoją tożsamość płciową. 

Stuart szkicuje cały wachlarz wyspiarzy – jest przyjaciółka i przyjaciel Cala, matka i jej nowa rodzina, przyjaciel ojca, a przede wszystkim babka, która jest najlepszą postacią tej powieści. Na wyspę przybyła z Glasgow i wciąż mówi z akcentem z tego miasta, nie zna gaelickiego, i z wielkim dystansem patrzy na poczynania zięcia. Jej sarkastyczne komentarze i dystans są fantastyczne, dzięki nim radzi sobie z życiem w tak konserwatywnym społeczeństwie, z którego często jest wykluczana. 
To powieść o zamkniętym świecie, który nie dopuszcza zmian, w którym kontrola społeczna, przywiązanie do zasad i ciężka praca stanowią główne filary życia. Tu nie ma miejsca na sztukę czy nienormatywność. Plan na życie jest jeden, także ten dla Cala, ustalony ponad jego głową.

Z drugiej strony praca przy owcach wymaga delikatności i intuicji, a ta przy krosnach artystycznego zacięcia i wrażliwości na kolory. Ci surowi mężczyźni, którzy nigdy nie rozmawiają o uczuciach, wykonują te czynności bez dyskusji.

Wyspa skrywa wiele tajemnic, które Cal stopniowo będzie odkrywał, tak samo jak swój cel w życiu, bo znalazł się właśnie w tym momencie, w którym musi zdecydować, czy wstąpi w ślady ojca czy wyruszy w świat. 

Powieść Stuarta czyta się wartko, autor po raz kolejny udowodnił, że potrafi wzbudzać cały wachlarz emocji i kreować barwne charaktery. Niemniej jest to kolejna powieść o ujawnianiu swojej tożsamości i ratuje ją tyko wyspiarsko-konserwatywny anturaż. Jak dobrze, by się tego nie czytało, to jednak nie widzę tu niczego nowego, ale zawsze doceniam, gdy osoby LGBTQ+ dostają swoją reprezentację w literaturze. Tu jednak było ich, jak na tak małą społeczność, trochę zbyt wiele. 
Mimo to polecam, bo to wciąż kawał dobrej prozy.

Moja ocena: 4,5/6

Douglas Stuart, John, syn Johna, tł. Maciej Studencki, 512 str., Wydawnictwo Poznańskie 2026.

piątek, 9 października 2026

"African Titanics" Abu Bakr Kahal


 

Migracja, wędrówki ludów, przemieszczanie się od zawsze definiują życie ludzi, również na kontynencie afrykańskim. Abu Bakr Kahal czyni z tego kanwę swojej powieści. Główny bohater wyrusza z Erytrei, organizuje podróż, przemierza libijską pustynię, trafia do szemranego hostelu wraz z innymi emigrantami, ucieka do Algierii, czeka na łódkę. W trakcie tej wyprawy zadzierzgają się przyjaźnie, słucha się opowieści, wspólnie muzykuje, opowiada legendy, marzy o przyszłości. To oczywiście ciężka przeprawa, pełna niebezpieczeństw, śmierci i zawsze z niepewnym wynikiem. Bohaterzy tej powieści mają tę świadomość, walczą o życie, próbują przetrwać i zmagają się z niepewnością jutra, ale autor nie tłumaczy tu przyczyn wyjazdu, nie przedstawia traumatycznych historii z przeszłości, lecz stawia na tu i teraz.

To nie jest lekka powieść, mimo pierwszoosbowej narracji sporo tu dygresji, a narrator wydaje się być wszystkowiedzący. Są tu też bardzo trudne fragmenty, choćby te o przeprawie przez pustynię, są też ustępy liryczne. Mimo że autor jest Erytrejczykiem to jest to powieść panafrykańska, a jej bohaterowie pochodzą z wielu różnych krajów. Pointa autora nie napawa optymizmem – migracja to nieodłączna część życia, tak samo jak wynikająca z niej śmierć oraz konieczność zapominania traumatycznych wydarzeń z przeszłości.

Szukając powieści z Erytrei, trafiałam głównie na autorów i autorki, którzy ten kraj opuścili. Abu Bakr Kahal też mieszkał zagranicą, np. w Libii, ale wydał mi się być ze swoją ojczyzną najbardziej związany i nie tworzy po angielsku. Mimo tego ta powieść opowiada o wspólnym afrykańskim doświadczeniu, a Erytrea pozostaje na marginesie.

Moja ocena: 4/6

Abu Bakr Khaal, African Titanics, tł. Charis Bredin, 105 str., Darf Publishers 2014.



czwartek, 8 października 2026

"Ulica dzieciństwa" Tove Ditlevsen


 
Nastoletnia Ester dorasta w latach 30. w biednej dzielnicy Kopenhagi. Tutaj nikt nie kończy studiów i nie jada drogich czy wykwintnych potraw, tu raczej chadza się po resztki i okruchy, przerabia wiele razy te same ubrania, a nawet podkrada słodycze. Dzieciaki spędzają wolny czas na ulicy, tam też dorastają i zbierają pierwsze dorosłe szlify. Ester nie jest złą uczennicą, ale liczne psoty nie zaskarbiają jej sympatii nauczycieli, kłamstwa zazwyczaj mają krótkie nogi, a świat poza jej dzielnicą wydaje się być obcy i przerażający.

To piękna powieść o dorastaniu i dojrzewaniu, o emocjach i przeżyciach dziewczyny. Narracja prowadzona jest z perspektywy Ester, więc czytelniczka całkowicie zatapia się w jej głowie, w jej myślach, przekonaniach i może śledzić krok po kroku jej rozwój emocjonalny i intelektualny. Równocześnie to wspaniały obraz duńskiego społeczeństwa, które w latach 30. XX wieku zmagało się ze sporym rozwarstwieniem, biedą i brakiem perspektyw. Ester podświadomie to wszystko czuje, ale nie ma siły czy też narzędzi, by przełamać ten porządek. Ditlevsen pokazuje, jakie miejsce w społeczeństwie zajmowała kobieta, szkicuje zasięg (niewielki) jej możliwości, ale perspektywa Ester pokazuje automatyczną akceptację takiego stanu rzeczy. 

Język Dunki jest oszczędny, często beznamiętny, ale potrafi także być delikatny i paradoksalnie poetycki. Mimo całego mojego zainteresowania historią Ester, to nie wzbudziła ona we mnie aż tyle emocji, by pozostać na długo w mojej pamięci. Doceniam tę powieść, szczególnie jej rolę w duńskiej literaturze, wysłuchałam jej z dużym zainteresowaniem, lecz obawiam się, że niebawem jej treści uleci z mojej pamięci.

Moja ocena: 4/6

Tove Ditlevsen, Ulica dzieciństwa, tł. Agata Lubowicka, 292 str., Wydawnictwo Marpress 2021.

poniedziałek, 5 października 2026

Podsumowanie września 2026

 


Przeczytane książki: 15

Liczba stron: 5394

Przeczytane książki:

– "Black Bag" Luke Kennard
– "Ewig Sommer" Franziska Gäsler
– "Lalka" Bolesław Prus
– "Rodzeństwo" Moa Herngren
– "Beka Lamb" Zee Edgall
– "Null" Szczepan Twardoch
– "Album z opowieściami" Antonis Georgiou
– "Doktórka od familoków" Magdalena Majcher
– "Krąg kobiet pani Tan" Lisa See
– "Alte Sorten" Ewald Arenz
– "Hańba" J.M. Coetzee
– "Sydonia. Słowo się rzekło" Elżbieta Cherezińska
– "Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami" Philip Gourevitch
– "Świat bez kobiet" Agnieszka Graff
– "Told By Starlight in Chad" Joseph Brahim Seid

sobota, 3 października 2026

"Told by Starlight in Chad" Joseph Brahim Seid


 
Nie było mi łatwo znaleźć książkę z Czadu, więc zmuszona byłam przeczytać to, co udało mi się zdobyć i niestety nie jest to literatura współczesna.
"Told by Starlight in Chad" to zbiór baśni, ludowych przypowieści, typowych opowieści z tradycji oralnej. To kilkanaście historii o dawnych królach i sułtanach, o pięknych księżniczkach, złych urokach, wygnaniu, niesprawiedliwości i szczęściu, które ostatecznie wygrywa. To bajki, które tłumaczą zwyczaje i zjawiska przyrodnicze, takie, które opowiada się dzieciom, by im wyjaśnić różne zachowania. 

Wszystkie te historie świadczą o tym, że niezależnie od kultury czy kontynentu opowiada się o tych samych kwestiach. O biedzie i bogactwie, o nieszczęśliwej miłości, o dobru, które powraca, w historiach z Czadu inny jest tylko anturaż. Te baśnie zaludniają gazele i lwy, gwiazdy świecą nad sawanną i jeziorem Czad, a ludzie wzywają pomocy Allaha.

Ta dość krótka książka nieszczególnie przybliżyła mi Czad, zarysowała zaledwie krajobraz, wymieniła kilka postaci, nieliczne fakty, ale zdecydowanie pokazała, że niezeleżenie od pochodzenia ludzi poruszają podobne archetypy i motywy, w każdym kraju chodzi o miłość, sprawiedliwość i życie w pokoju.

Moja ocena: 3,5/6

Jospeh Brahim Seid, Told by Starlight in Chad, 82 str., Africa World Press 2007.

piątek, 2 października 2026

"Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym" Agnieszka Graff


 

Zupełnie nie wiem, czemu mnie ominęła ta książka na początku lat dwutysięcznych, i żałuję, że tak się stało, bo myślę, że trafiłaby do mnie i wpłynęła na moją percepcję świata. Wnioski, do których Agnieszka Graff doszła wtedy, u mnie długo czekały na swoją kolej. Teraz są one dla mnie oczywiste, wtedy byłyby w dużej mierze odkrywcze. Teraz czytam je, kiwając głową, wtedy być może wpłynęłyby na mój rozwój osobisty i wybory. 

Mimo że eseje Graff mają swoje lata, to wciąż można je czytać. Przede wszystkim sama autorka opatrzyła je wstępem, a niektóre dodatkowym komentarzem. Po drugie, niestety, wiele wciąż jest aktualnych. Graff porusza takie tematy jak parytety, język, aborcja, rola kobiet w polityce, narracja o kobietach w mediach, kościół, kobiety w kulturze popularnej (tu na podstawie serialu o Ally McBeal) itd. Wiele z tych kwestii poszło do przodu, niektóre, jak na przykład kwestia feminatywów, zmieniły się, ale wciąż budzą kontrowersje, a inne znowu są w tym samym lub podobnym miejscu (aborcja). To także przekrojowa historia kształtowania się polskiego feminizmu.

Graff ma cięty język, czasem ironiczny, czasem dowcipny, świetnie analizuje polską rzeczywistość, potrafi wyciągać proste wnioski oraz pokazywać daną sytuacje na tle historycznym czy międzynarodowym. Cenna jest też perspektywa dwudziestoletnia, która porównuje pierwsze wydanie z tym aktualnym, pokazuje bowiem, jak aktualna wciąż jest kwestia feminizmu. Może nie tak, jak wtedy, doszło więcej niuansów, sprawy się skomplikowały, świat się zmienił, ale kobiety wciąż dotkają nierówności i wciąż muszą dopominać się o swoje prawa. Bardzo doceniam autorefleksję autorki, która przyznaje wprost, że jej poglądy ewaluowały, że w niektórych kwestiach się myliła lub pominęła ważne aspekty. 

Moja ocena: 5/6

Agnieszka Graff, Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym, 420 str., Wydawnictwo Marginesy 2021.

czwartek, 1 października 2026

"Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami" Philip Gourevitch


 

Philip Gourevitch jest amerykańskim dziennikarzem pracującym dla New York Times'a, który odwiedził wielokrotnie Rwandę tuż po ludobójstwie, począwszy od roku 1995. Ta książka powstała na podstawie licznych wizyt w kolejnych latach, rozmów, spotkań i podróży także do obozów w Kongu, ówcześnie Zairze, a także lektur. 

Gourevitch napisał książkę przekrojową, starając się wyjaśnić genezę rwandyjskiego ludobójstwa. W tym celu sięga w swojej opowieści daleko wstecz, do czasów kolonializmu, nakreślając sytuację w tej części Afryki ze szczególnym naciskiem na Tutsi i Hutu. Im bliżej kwietnia 1994, tym dokładniejszy jego wywód. Gourevitch nie kończy jednak na samym ludobójstwie, ale pisze o sytuacji w Rwandzie, Burundi i Kongu tuż po – opisuje obozy, w których schronili się uciekający Hutu, porażkę systemu pomocowego, zagmatwaną sytuację na granicy i w samej Rwandzie. Autor robi to bez wątpienia rzetelnie, starając się jak najbardziej obiektywnie pokazać tę kompleksową sytuację i odejść od najprostszej wersji wyjaśnienia, w której dwa plemiona rozwiązują swój wewnętrzny konflikt w bliski im kulturowo sposób, a która w pewnym momencie dominowała w świecie zachodnim za sprawą propagandy Hutu Power i międzynarodowych organizacji, które w obliczu tego ludobójstwa umywały ręce.

To chronologiczne przedstawienie całej sytuacji uzupełniają liczne rozmowy, spotkania z osobami z najwyższego szczebla, z pracownikami humanitarnymi, ale i ofiarami oraz oprawcami, przedstawicielami kleru, lekarzami, Tutsi, którym udało się ujść z życiem. Te jednostkowe historie są tragiczne, ale dzięki tej autentyczności najbardziej ciekawe. Bardzo doceniam to przekrojowe podejście i rzetelność autora, ale forma nie jest moim zdaniem udana. Początkowo zabrakło mi uporządkowania, ponieważ autor zaczyna tę książkę chaotycznie, od rozmowy z jedną z Tutsi, nie tłumacząc, gdzie i w jakim okresie czasu jesteśmy. Dopiero któryś z kolejnych rozdziałów zaczyna chronologiczny zapis ludobójstwa. Mimo że czytałam już na temat Rwandy, to moja wiedza nie była na tyle dokładna, by w lot łapać wszystkie skrótowce czy nazwiska, którymi Gourevitch chętnie operuje. By dobrze zrozumieć jego wywód, potrzebowałabym mapy i spisu najważniejszych postaci i nazw. Początkowo starałam się dokładnie śledzić działania obu stron konfliktu, ale z czasem zwyczajnie straciłam zapał, gdy kolejny raz nie wiedziałam, o którą z armii chodzi. Językowo nie jest to też wybitna książka. Owszem, nie jest to język skomplikowany, ale też nie grzeszy polotem. Oczywiście nie oczekuję od reportażu fikołków słownych, ale tu było dla mnie jednak zbyt sucho i "gazetowo".

Dowiedziałam się z tej książki bardzo dużo na płaszczyźnie ogólnej, przekrojowej, ale jednak skończenie jej było dla mnie wyzwaniem, także w kwestii emocjonalnej.

Moja ocena: 4/6

Philip Gourevitch, Pragniemy zawiadomić, że jutro zostaniemy zabici wraz z rodzinami, tł. Adrian Stachowski, 432 str., Wydawnictwo Filia 2026.