Jak napisać powieść, która zawiera w sobie cały kraj? Jak ująć nastrój, problemy, życie, atmosferę tego kraju? Witzel podjął się tego zadania, biorąc na tapet RFN lat 60. i 70. XX wieku. Ta monumentalna powieść pokazuje ten okres z perspektywy trzynastolatka i jego dorastania, ale tylko początkowo i pozornie, bo dość szybko okazuje się, że wysłuchujemy rozmowy dorosłego z kimś – nie wiadomo, czy to psycholog, psychiatra, policjant – w której relacjonuje swoje dzieciństwo. I znowuż nie jest to relacja linearna, bo trzeba ją wyłuskiwać spośród miliona dygresji, niechronologicznych opowieści, cytatów i nawiązań. Witzel idzie tu na całość i cytuje całe piosenki, przy okazji je analizując i tłumacząc, sypie łacińskimi sentencjami, powołuje się na inne książki czy odpływa w zupełnie niepowiązane z głównym (czy na pewno?) wątkiem rewiry. Tłem tych wywodów jest rozbuchany katolicyzm, choroba matki, tworzenie się RAF, czyli Frakcji Czerwonej Armii. Ta lewicowa organizacja terrorystyczna działała w NRF w latach 60.-90. głównie poprzez organizowanie napadów, porwań osób publicznych, podkładanie bomb itd.
Witzel utkał z tych wszystkich elementów powieść ponad tysiącstronicową, a przebrnięcie przez nią było dla mnie ogromnym wyzwaniem i stało się tylko możliwe dzięki audiobookowi. Podchodziłam do tej lektury kilka razy, ale za każdym razem poległam. Nie odnalazłam się w tym chaosie, nie odszukałam dla siebie niczego porywającego, nie poczułam atmosfery, być może dlatego, że nie dzielę tych doświadczeń z autorem i docelową czytelniczką. Ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie, że ta powieść uzyskała nagrodę Deutscher Buchpreis w 2015 roku, bo nie jest to coś, po co sięgnie przeciętny, a i pewnie ponad przeciętny, czytelnik. Rozumiem zachwyt, który może wywołać, bo mnogość tematów, gęsta narracja, absolutnie fantastyczna ilość nawiązań świadczą o niezwykłej erudycji autora, ale z drugiej strony nie ma tu żadnego kroku w stronę czytelniczki. Są tu fragmenty porywając, ale jest też wiele tak zagmatwanych, że zupełnie traciłam wątek. Podziwiam inwencję autora, podziwiam te wszystkie fikcyjne dialogi, ankiety, wiersze, wyliczanki, strumienie świadomości, ale po pewnym czasie były dla mnie tylko bełkotem. Gdy skończyłam słuchać tej powieści/dzieła/pozycji? odczułam tylko i wyłącznie ulgę.
Moja ocena: 2/6
Frank Witzel, Die Erfindung der Roten Armee Fraktion durch einen manisch-depressiven Teenager im Sommer 1969, 1127 str., Matthes & Seitz Verlag 2015.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz