niedziela, 26 maja 2019

"Nomen omen" Marta Kisiel


Po przeczytaniu pierwszej książki Marty Kisiel, jej fanką nie zostałam, i to wbrew niemal całej blogosferze. Nomen omen kupiłam rzutem na taśmę, chyba głównie zachęcona owymi pozytywnymi recenzjami na blogach. I powiem od razu, że jest lepiej, ale jednak to nie jest to. Na pewno tematycznie Nomen omen odstaje do Dożywocia i to bardzo na plus.

Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu, dokąd przybywa z prowincji pewna Salomea. Dziewczyna ucieka od upierdliwych rodziców, by podjąć samodzielne życie i pracę. Praca w księgarni na uniwersytecie jest mi bliska sercu, bo dokładnie w tym samym budynku przez pięć lat grzałam ławki i obstawałam korytarze. Salomea ma we Wrocławiu także kwaterę, a konkretnie pokoik w dziwacznej wilii, do której żaden taksówkarz nie chce wziąć kursu. Dom zamieszkują siostry trojaczki o nadprzyrodzonych mocach - są one współczesną wersją parek. Kobiety więc mają pieczę i władzę nad losami wszystkich żyjących, którą raz wykorzystały, czego konsekwencje odczuwalne są dziś i to w rodzinie Salomei.

Okazuje się bowiem, że po Wrocławiu grasuje morderca, niezwykle podobny do jej brata - przygłupiego nieudacznika. Brat kreowany przez rodziców na świetnego studenta i przyszłego pracownika naukowego, woli rozrywki i sypie jak z rękawa rzekomo luzackimi odzywkami, które wcale mnie nie śmieszyły. Chcąc nie chcąc, Salomea, brat i jego dziewczyna biorą się za rozwiązanie zagadki, dzięki której odkryją historię własnej rodziny oraz dowiedzą się wiele o losach Wrocławia w ostatnim roku wojny. I za ten wątek duży plus - Kisiel bardzo fajnie wplotła w powieść sporo faktów, informacji, atmosfery Festung Breslau. Ten koloryt czyni tę książkę wartą przeczytania, bo reszta nie jest specjalnie odkrywcza. Nadal nie jestem kompatybilna z humorem autorki i nie jestem fanką fantastycznych rozwiązań, choć samo nawiązanie do parek jest ciekawe. Dziwi mnie macosze potraktowanie na przykład pierwszej ofiary mordercy, która nie ma nic wspólnego z akcją i w sumie znika. Denerwowały liczne błędy w niemieckim, którego użycie jest elementarne dla akcji. I wreszcie zupełnie nie polubiłam głównych bohaterów. Salomea ma 25 lat, a zachowuje się jak nastolatka, kreacja na niezdarną, rudowłosą piękność, która nie ma pojęcia o swoim uroku jest zupełnie nierealna, nie mówiąc już o podkreślaniu wielkości jej biustu i nieporadności kobietki. Jej brat to jakiś ciołek - jak już wyżej pisałam, jego rzekomo dowcipne odzywki zupełnie mnie nie śmieszyły, a wręcz żenowały. Najciekawsze są postaci drugoplanowe, tu mam na myśli siostry trojaczki, a nie rodziców Salomei, którzy są tak samo groteskowi jak ona i jej brat.

Marta Kisiel dostała ode mnie dwie szanse i choć jej proza nie jest zła (świetna polszczyzna!), to raczej już zrezygnuję z kolejnych prób.

Moja ocena: 3/6

Marta Kisiel, Nomen omen, 331 str., Uroboros 2014.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza