środa, 30 marca 2011

"Z pokorą i uniżeniem" Amélie Nothomb


"Z pokorą i uniżeniem" to krótka powiastka, w której autorka przedstawia rok pracy w japońskiej firmie Yumimoto. Młoda Amélie-san, najwyraźniej alter ego autorki, rozpoczyna pracę jako tłumaczka, potem zostaje przeniesiona do księgowości i stopniowo co raz bardziej degradowana. Nothomb komentuje z dużą dozą ironii pracę w japońskim przedsiębiorstwie - szefów-tyranów, służalczość pracowników, tępienie indywidualności i absolutną zależność od przełożonych. Równocześnie nuda i brak konkretnego zajęcia skłania Amélie do refleksji na temat roli społecznej japońskiej kobiety czy też nad wyższością rasy japońskiej nad europejską.
Amélie przyjmuje wszelkie szykany z humorem i postanawia wytrwać wśród Japończyków, mimo ewidentnego poniżania jej przez piękną panią Mori - jej bezpośrednią szefową.

Z przerażeniem czytałam o sposobie działania japońskiej firmy, o absolutnym posłuszeństwie i służalczości. Wierzyć mi się nie chce, że tak jest w każdej japońskiej społeczności pracowników. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że w Japonii obowiązują inne, według europejskiego pojęcia ostrzejsze, normy, ale że wyglądają one tak, jak opisuje Nothomb, nie sądziłam i, muszę przyznać, nie do końca jej dowierzam.

"Z pokorą i uniżeniem" to moje trzecie podejście do tej pisarki, zdecydowanie najlepsze ale nadal nie jestem w stanie wyrobić sobie zdania na jej temat.

Moja ocena: 4/6

Amélie Nothomb, Z pokorą i uniżeniem, tł. Barbara Grzegorzewska, 84 str., Muza.

wtorek, 29 marca 2011

"Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko


Kolejna książka, do której zachęciły mnie liczne rekomendacje na zaprzyjaźnionych blogach. Ja jednak do zachwytów nie dołączę.

"Dziewczyna z zapałkami" ma formę dziennika, pisanego przez Hannę, poetkę, uwikłaną w nieudane małżeństwo, zaplątaną w domowy kierat i tracącą własne ja. Na wielu blogach Hanna utożsamiana jest z autorką powieści - w trakcie czytania taki wniosek mi się nie narzucał, zazwyczaj bardzo ostrożna jestem w takich sądach i automatycznie traktuję głównego bohatera jako osobę nie związaną z autorem.

Dziennik Hanny, mimo że pisany prozą, ociera się o poezję. Mnóstwo tu przemyśleń, cytatów, krótkich form poetyckich, szybko zanotowanych myśli. Pośród nich Ha. (jak siebie nazywa) relacjonuje swoje losy - życie steranej pracą matki, która ciągle w ciąży, z siatami, w kolejkach, przy garach, na kolanach ze ścierą, obok chorego dziecka, a męża nigdy nie ma, a jak jest to nie rozumie, wrzeszczy, terroryzuje i narzeka. Cały ten niezbyt apetyczny sosik okraszony jest sfrustrowaną i zakochaną w synie teściową, która jawnie ignoruje synową oraz gburowatym teściem. Hanna jednak nie wzbudziła we mnie współczucia. Odbieram ją jako osobę bez inicjatywy, poddającą się swojemu losowi, która nie wykazuje żadnej chęci działania. I zdaję sobie sprawę, że sterana codzienną harówką, może na te zmiany nie mieć sił, ale mimo wszystko nie rozumiem do końca czemu taki los tolerowała, a przede wszystkim czemu dała się w ten związek uwikłać. Równocześnie wiem, że dziennik nie zawiera pełnego obrazu sytuacji, że na pewno życie rodzinne miało wiele pozytywnych stron, a Hanna opisywała tylko chwile frustracji i depresji. Nie zachwyciły mnie także jej spostrzeżenia i wynurzenia - wiele z nich nie wydało mi się być szczególnie odkrywczymi, a niektóre zwyczajnie mnie nużyły.

Podobała mi się za to forma powieści, wyszczególnienie większą czcionką poszczególnych akapitów oraz próba połączenia prozy z poezją - dla mnie tym bardziej ciekawa, ponieważ wierszy nie czytuję. Lektura "Dziewczyny z zapałkami" nie była jednak czasem straconym, czytałam książkę mimo wymienionych "wad" z zaciekawieniem.

Moja ocena: 4/6

Anna Janko, Dziewczyna z zapałkami, 264 str., Wydawnictwo Nowy Świat

poniedziałek, 28 marca 2011

Cudeńka:)

Zobaczcie jakie cudeńka dostałam w sobotę. Tak uszczęśliwiła mnie Dorota, autorka tego bloga, której serdecznie dziękuję!

Siateczka na książkę:


I oprawka na książkę:


A tak wygląda w środku (czy mówiłam wam, że uwielbiam pomarańczowy):

piątek, 25 marca 2011

"Piaskowa góra" Joanna Bator


Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, kusiły niezwykle pochlebne opinie na blogach i tematyka - przepadam za powieściami, których akcja rozgrywa się w czasach PRL. Dlatego niesamowicie ucieszyłam się, gdy Pemberley pożyczyła mi "Piaskową górę", za co jej bardzo dziękuję:)

Powieść Bator faktycznie podobała mi się ale nie wprawiła w zachwyt. Zanim opowiem o treści, napiszę o języku - największym atucie książki. Styl Bator mnie absolutnie zachwycił - długie zdania o własnej melodii, potoczne wstawki (świadczące o wielkiej spostrzegawczości), dopasowanie języka do każdej postaci - rewelacja! Niemal pękałam w duchu ze śmiechu gdy czytałam wypowiedzi księdza proboszcza, a "homoniewiadomo" i "fiksum-dyrdum" rzuciły mnie na kolana. Brakuje mi słów, by opisać styl Bator. Zresztą jak go opisać? To trzeba przeczytać:)

Autorka opowiada historię trzech kobiet: babki, matki i córki. Zofia, Jadzia i Dominika oraz ich wzajemne relacje stanowią główną oś powieści, wokół której oplatają się wydarzenia historyczne i peerelowskie realia. Jadzia i Dominika mieszkają w bloku z wielkiej płyty, który powstał w odzyskanym Wałbrzychu i zamieszkany został przeważnie przez przybyszów ze wsi. Oprócz więzów rodzinnych niewiele łączy główne bohaterki - mają odmienne charaktery, odmienne upodobania oraz odmienne uwarunkowania rodzinne. Nawet wygląd zewnętrzny nie wskazuje na ich pokrewieństwo. Inność Dominiki jest pretekstem do jej poszukiwań rodzinnych i w końcu do wyjaśnienia skrzętnie ukrywanych tajemnic. Bator, opowiadając perypetie trzech kobiet, daje świetny obraz życia w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Z przysłowiową łezką w oku wspominałam własne dzieciństwo i ówczesne problemy i fascynacje: kryształy, Izaury, paczki z RFN, wyjazdy na handel na Węgry i do Turcji, wyposażenie mieszkania itd. Uwielbiam te klimaty:)

Bator niezwykle ciekawie konstruuje swoją powieść - cofa się aż do czasów wojennych, wplata wspomnienia poszczególnych kobiet, a czyni to tak umiejętnie, że chronologia nie zostaje zachwiana, a czytelnik przenosi się między przeszłością, a teraźniejszoścą niemal niepostrzeżenie.
Warto wspomnieć o postaciach męskich, które, w przeciwieństwie do silnych kobiet, są nieudacznikami, ofiarami losu, mięczakami. Gloryfikacji kobiet nie odczuwałam jako nachalnej, bo jednak każda z nich ma swoje słabe strony, grzeszki i chwile zwątpienia. Ale to one biorą los w swoje ręce i są motorem zmian.

Ciekawym wydaje mi się, że wszyscy bohaterowie "Piaskowej góry" mają odrzeczownikowe nazwiska - Chmura, Maślak, Pasiak, Demon, Kos, Gorgól, Śledź, Rozpuch. Jedynie postacie zupełnie poboczne noszą inne nazwiska - Wawrzyniak czy Czerwiński. Przekonana jestem, że to zabieg zamierzony ale właściwie poza sarkazmem nie widzę innego celu.

Na początku napisałam, że "Piaskowa góra" w zachwyt mnie nie wprawiła. Spieszę wyjaśnić czemu. Po pierwsze trochę za dużo tu prześmiewczości - Bator opisuje głównie prostych ludzi o kiczowatym guście i miernej inteligencji. Zbyt często miałam wrażenie, że mruga pobłażliwie do czytelnika podśmiechując się z Jadzi czy Grażynki. Same dzieje głównych bohaterek początkowo bardzo mnie zaciekawiły, ale, o ile losy wojenne faktycznie wydają się prawdopodobne (mimo nieprawdopodobieństwa), to współczesne losy (zwłaszcza Dominiki) wydały mi się być nieco naciągane.
Na pewno będę jednak chciała sięgnąć po "Chmurdalię".

Moja ocena: 5/6

Joanna Bator, Piaskowa góra, 443 str., Wydawnictwo WAB

Stosikowe losowanie runda 4/2011

Zapraszam do zgłaszania się do rundy 4. Pary rozlosuję 1 kwietnia.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.
2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.
3. Wylosowaną książkę należe przeczytać do końca miesiąca.
4. Mile widziana recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.
5. Podsumowanie do wszystkich link wraz z linkami znajduje się w zakładkach u góry strony.
6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną częścią cyklu, można zacząć czytanie od pierwszego tomu.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaną liczbą książek w stosie.

wtorek, 22 marca 2011

Jeszcze raz o klasyce

Nadrabiając czytanie zaległych wydań Dużego Formatu, trafiłam na felieton Krzysztofa Vargi, w którym cytuje on Andermanna:

"W naszych czasach pisarz ciągnie swą twórczość do grobu. Wznowienia zdarzają się niezwykle rzadko, bo martwy autor nie może mieć już wpływu na sprzedawalność książki. (...) Nie ma pisarza, nie ma jego książek, szlus, fertig".

Varga natomiast po lekturze "Good night Dżerzi" Głowackiego konstatuje:

"Powieść Głowackiego o Kosińskim przeczytałem (...)i natychmiast zapragnąłem przeczytać także wszystkie książki Kosińskiego. (...) I zdziwiłem się, że mamy tu sukces wielki książki Głowackiego o Kosińskim, a Kosińskim nie sypnęło z tej okazji masowo po księgarniach, cóż za brak zmysłu handlowego, pomyślałem, czemu ten, kto ma prawda do Dżerziego, jego wznowień nie wstawia do księgar ń i nie eksponuje?"

Muszę przyznać, że spostrzeżenia Vargi i Andermanna rzuciły trochę inne światło na kwestię nie wydawania/nie wznawiania klasyki w Polsce. Zgadzacie się z tymi wypowiedziami?

niedziela, 20 marca 2011

Książki na wymianę

Drodzy czytelnicy, dodałam u góry nową zakładkę z moimi książkami na wymianę - może ktoś z was będzie zainteresowany?

sobota, 19 marca 2011

"Co jedzą ludzie?" Paulina Wierzba, Agnieszka Popek-Banach, Kamil Banach


Gdy pokazałam tę książkę Pięciolatce od razu pełna entuzjazmu wykrzyknęła: "Taka jak D.O.M.E.K i D.E.S.I.G.N!". Obie pozycje uwielbia więc przekonana byłam, że i "Co jedzą ludzie" jej się spodoba. Nie pomyliłam się.

Gwarantuję wam, że nie spodziewacie jakie niespotykane, a czasem wręcz odstręczające potrawy ludzie jedzą. Zanim jednak poznamy najdziwniejsze przysmaki świata, Paulina Wierzba opisuje zasady savoir vivre, obowiązujące przy stole w różnych krajach świata. Następnie poznajemy pana Michela Lotito, który ze względu na pewną anomalię w budowie żołądka był zdolny jeść wszytko, nawet śruby i szkło.
Opisy różnorodnych delikatesów przyporządkowane są poszczególnym kontynentom. Możemy poznać takie potrawy jak sernik z aligatora, zupa z jaskółczych gniazd, psie wymiociny, krew kobry, czernina czy ser z robalami.


Książka adresowana jest do nieco starszych dzieci niż moja Pięciolatka, której najpierw musiałam tłumaczyć, że nie każdy obywatel danego kraju jada opisywaną potrawę - ona nawet nigdy nie słyszała o czerninie:) Myślę, że warto to podkreślać, wszak pędraki, mrówki czy taratule na pewno nie są masowo jadane w Afryce - a takie wrażenie można podczas lektury odnieść.


Spotkałam się w Internecie z negatywnymi opiniami, dotyczącymi niektórych z opisywanych potraw - np. jadania mózgu żywej małpy. Nie uważam za niesmaczne opisywania nawet tak makabrycznych potraw. Informacje w książce podane są bardzo przystępnie, bez szukania niezdrowej sensacji, autorka wyraźnie wskazuje na okrucieństwo tego procederu, co podkreślone jest odpowiednimi ilustracjami.

Pozostając przy ilustracjach - te bardzo się nam podobają. Przypominają wprawdzie bardzo "domkowe", ale w przypadku mojej córki to największa rekomendacja. Jeśli coś się jej podoba, może to oglądać czy czytać setki razy. W "Co jedzą ludzie" długo obserwowała obrazki, wyszukiwała kolejne szczegóły i prosiła o przeczytanie każdego słowa oraz zadawała wiele pytań. Do zdjęć wybrała strony ilustrujące mydło z ryby oraz gulasz z wiewiórek:



"Co jedzą ludzie" to książka uwrażliwiająca czytelnika na różnorodność kultur i zwyczajów. Świetnym pomysłem jest dodanie do każdego przepisu tłumaczenia słów "smacznego" czy "na zdrowie" na język kraju, z którego pochodzi opisywana potrawa.
Na końcu książki autorka zamieściła skalę smaku, na której młody czytelnik zaznaczyć może pięć potraw, których chciałby spróbować oraz pięć, których nigdy by nie tknął. I wreszcie ostatnie dwie strony zachęcają do narysowania i opisania swojego ulubionego i najmniej smacznego dania.
Paulina Wierzba stworzyła ciekawy, można powiedzieć, leksykon potraw, do którego na pewno często będziemy wracać. Pięciolatka już książkę wzięła do szkoły, by pokazać ją na zajęciach poświęconych jedzeniu - akurat tak się świetnie składa, że zajmują się tym tematem.
Polecamy!

Paulina Wierzba, Agnieszka Popek-Banach, Kamil Banach, Co jedzą ludzie, Wydawnictwo Albus

czwartek, 17 marca 2011

"Der entfesselte Globus" Ilija Trojanow


Ilija Trojanow urodził się w Bułgarii, jako chłopiec wyemigrował z rodzicami do Niemiec, dorastał w Kenii, mieszkał w Indiach, Azji, Afryce, aktualnie osiadł we Wiedniu. "Der entfesselte Globus" to zbiór reportaży, które powstały w latach 1981-2007 w Afryce, Azji i Bułgarii.

W rozważaniach i spostrzeżeniach Trojanowa zawsze na pierwszym miejscu stoi człowiek. Autor nie spogląda jednak na niego z oddalenia, z pozycji obcego, lecz z punktu widzenia tubylca. Lata spędzone w Azji i Indiach bezsprzecznie mu w tym pomagają. Autor porusza przeróżne problemy - sytuację pisarzy i wydawnictw w Afryce i Indiach, kurczenie się zasobw afrykańskiej fauny, rolę piłki nożnej w Afryce, powstawanie i rozwój slumsów w Bombayu, opisuje życie w Bahrajnie, przebieg lustracji w Bułgarii, a także zawiera w książce swoje rozważania o podróżowaniu i języku. I właśnie te teksty najbardziej zapadły mi w pamięć. W trakcie rejsu statkiem z Singapuru do Dubaju, Trojanow obserwuje pasażerów - niezainteresowanych kulturą odwiedzanych krajów, wygłaszających płytkie, krzywdzące opinie i narzekających na jakość usług na pokładzie.
Trojanow uczęszczał w Kenii do szkoły niemieckiej i właśnie ten język traktuje jako swój ojczysty - obserwuje jego rozwój, nawał anglicyzmów i jest zwolennikiem propagowania tego języka na świecie.
Podczas lektury wynotowałam sobie także nazwisko pisarza z Tanzanii (Adam Shafi), którego mam zamiar poznać i z zaciekawieniem przeczytałam hymn pochwalny o pisarstwie Kapuścińskiego.
Zbiór Trojanowa jednak nie sprostał moim oczekiwaniom - teksty są nierówne, widać, że ukazały się w różnych publikacjach i miały różnych adresatów.

Szalenie podoba mi się okładka książki, niestety nie podano, gdzie zostało wykonane zdjęcie. Mnie ono niezmiennie przypomina tę fotografię:


Została ona zrobiona w 2004 roku w jednym z moich ulubionych miast - Manilii.

Moja ocena: 3,5/6

Ilija Trojanow, Der entfesselte Globus, 195 str., Hanser.

wtorek, 15 marca 2011

"Jaskółki" Agnieszka Jurek


Jaskółki Agnieszki Jurek to, jak można się domyślić, nie ptaki lecz niewielkie książeczki, które mają wspomóc naukę języka obcego. Jako że moja Pięciolatka włada zarówno niemieckim, jak i angielskim - książki Jurek stanowiły tylko miłą lekturę. I zapewniam w tej roli także się świetnie sprawdzają.

Pięciolatka szalenie polubiła "Break at my school". Główna bohaterka Jaskółek - Cora - opisuje swoją szkołę, kolegów i koleżanki oraz ich zajęcia w czasie przerwy. Tutaj jej ulubione strony:


W kolejnej "angielskiej" książce Jurek opisuje wyprawę do babci na Boże Narodzenie oraz przygotowania do świąt:


W książeczce "Cora would like to have a dog" znajoma weterynarz wyjeżdża na wakacje i zostawia swoje dwa psy pd opieką dziewczynki:


Ostatnia z książek, napisana po niemiecku, "Was muss man tun, um ein perfektes Ei zu kochen?" to mini-instrukcja gotowania jajek. Nam najbardziej podoba się poniższa strona z jedną z propozycji czynności, którą można wykonać podczas pięciominutowego oczekiwania na ugotowanie jajka:

Ta propozycja jest bardziej konwencjonalna:


Najmocniejszą stroną Jaskółek są ilustracje - obie szalenie je polubiłyśmy - kolorowe, ale nie krzykliwe. Integralną ich częścią jest tekst - angielski w postaci dużych drukowanych liter, niemiecki przypominający pismo ze szkolnego zeszytu - to bardzo zafascynowało moją córkę, która niezmiennie podziwia litery "łączone".
Jaskółkowych tekstów można także wysłuchać tutaj - naprawdę świetny pomysł autorki! Zachęcam do odwiedznia jej strony internetowej.

Format książek bardzo przypomina nam niezmiernie w Niemczech popularne książeczki Pixi, które ostatnio widziałam także już w Polsce. Są one bardzo praktyczne - można je wrzucić do torebki, łatwo zmieszczą się w dziecięcej ręce, są idealne, by wziąć je do samochodu czy samolotu. Mam nadzieję, że seria Jaskółek będzie się powiększać. Polecamy!

Agnieszka Jurek, Cora would like to have a dog, Was muss man tun, um ein perfektes Ei zu kochen, Break at my school, Christmas, Wydawnictwo Mila

środa, 9 marca 2011

"Oczyszczenie" Sofi Oksanen


Patrzę w ekran komputera i nie wiem, co napisać. A przede wszystkim jak napisać, żeby nie przegadać. "Oczyszczenie" spełniło wszystkie oczekiwania jakie stawiam powieści - poruszyło mnie do głębi, zachwyciło językiem i wypełniło myśli.

Sofi Oksanen zaskoczyła mnie dojrzałością sądów, myśli, konstrukcją powieści, a przede wszystkim metaforami. Potrafi przedstawić fakty przerażające, ująć w słowa brutalność i grozę, przemienić najgorszy ludzki czyn w metaforę, która nie opuści myśli jeszcze przez wiele godzin. Język Oksanen zachwycił mnie do tego stopnia, że do wielu fragmentów wracałam kilka razy. Przyglądałam się z podziwem i osłupieniem niecodziennym metaforom i zdolności ujęcia w słowa niewypowiadalnego. Autorka w niezwykle subtelny sposób przerywa narrację w momentach nieludzkich, by uciec w sugestywną metaforę.

Ale język to nie jedyna zaleta "Oczyszczenia". Konstrukcja i treść powieści czynią z niej dzieło niemal doskonałe. Oksanen opowiada losy dwóch Estonek - ściśle powiązane z historią tego bałtyckiego kraju. Celowo nie napiszę nic więcej, by nie zniweczyć, ważnego moim zdaniem, efektu zaskoczenia. Pisać zresztą należy o tym, jak Oksanen wplata w historię kilku kobiet całą gamę tematów - jest tu miłość ślepa, destrukcyjna, jest zdrada i są trudne relacje rodzinne. To powieść o kobietach, które mimo, że żyją w różnych państwach i w innych czasach, dzielą poniekąd swój los. To powieść o mężczyznach, którzy niszcząc kobiety zawsze uciekają się do brukania ich seksualności. I wreszcie to powieść o ojczyźnie, o walce o nią, o jej kulturze i o kultywacji zwyczajów i rodzinnych gawęd. "Oczyszczenie" mimo swojej wielowymiarowości nie sprawia wrażenia powieści przeładowanej. Oksanen potrafi spiąć i powiązać wszystkie wątki. Mucha jest motywem przewijającym się przez całą książkę - z napięciem śledziłam jego pojawianie się i ujęcie. Zwróćcie uwagę na niemiecką okładkę!

Mam wrażenie, że mimo tylu słów nie napisałam nic, tak więc proszę was, przeczytajcie tę książkę.

Moja ocena: 6/6

Sofi Oksanen, Fegefeuer, tł. Angela Plöger, 396 str., Kiepenheuer & Witsch.

wtorek, 8 marca 2011

Klasyka, a wydawnictwa

Zupełnie nie znam się na polityce wydawnictw, ale bardzo ciekawa jestem pracy wydawnictwa od podszewki. Interesuje mnie przede wszystkim kwestia, co decyduje o wydaniu, a przede wszystkim wznowieniu danej książki. Jest tak wielu autorów, których książki nie są wznawiane, co więcej, ostatnie wydania są z lat pięćdziesiątych lub wcześniejsze. Zdaję sobie sprawę, że takie książki na pewno nie zostaną kupione przez masowego czytelnika, ale czy to jedyna przyczyna? By nie być gołosłowną, podam kilka przykładów. Jakieś piętnaście lat temu próbowałam skompletować cały cykl Rougon-Macqartów Emila Zoli - nie było szans. Dopiero w Niemczech zaopatrzyłam się w enerdowskie wydania. W Polsce nadal można dostać tylko "Nanę" i "Germinal". Podobnie rzecz ma się z książkami Magdy Szabó czy niektórych noblistów, np. Halldora Laxnessa, Ivo Andrica i wielu innych. Trudno szukać w Polsce książek Hansa Fallady, podczas gdy jedna z jego powieść świętuje sukcesy w krajach anglojęzycznych. Nie chcę demonizować, że zalewa nas często poślednia literatura pisarzy współczesnych, podczas gdy klasyka odchodzi do lamusa, ale czasem mam takie wrażenie.

Jakie są wasze spostrzeżenia? Też widzicie tu problem, czy wyolbrzymiam?

piątek, 4 marca 2011

"Florka z pamiętnika ryjówki", "Florka listy do Józefiny" Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Jona Jung


Znacie Florkę? Ta sympatyczna ryjówka od dawna regularnie gości podczas naszych wieczornych rytuałów czytelniczych.
Moja Pięciolatka ma wiele powodów, by Florkę lubić. Jednego z nich, bardzo prywatnego, nie zdradzę ale nie gniewajcie się, bo książeczki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel mają tyle zalet, że na pewno wystarczy ich na bardzo długi post.

Florka, a właściwie Florentyna, to bardzo mądra i ciekawska dziewczynka, ehem, ryjówka. We wrześniu, po przeprowadzce do nowego mieszkania, rozpoczyna pisanie pamiętnika. Młody czytelnik towarzyszy Florce przez cały rok i poznaje jej perypetie. W nowym miejscu Florce trudno znaleźć przyjaciół - nudzi się jak mops i zaprzyjaźnia z jeziorkiem, które niepostrzeżenie znika. Na szczęście niebawem trzy koszatniczki zachęcają Florkę do wspólnej zabawy.


Albertyna, Celestyna i Michalina okazują się być świetnymi towarzyszkami zabaw.
Flora nie tylko spędza czas na zabawie, przede wszystkim próbuje zrozumieć fenomeny świata dorosłych - na przykład czas, który każe rodzicom ciągle się spieszyć albo stawanie się dorosłym: tak trudno wyobrazić sobie, że własna babcia też kiedyś używała pieluszek! Florka walczy także z koszmarami nocnymi, wirusami, pomaga w remoncie domu i ujarzmia bałagan. Niemal wszystkie poruszane w książce problemy bliskie są mojej Pięciolatce, z zapartym tchem słucha jak sobie z nimi poradziła Florka. Miłym efektem ubocznym jest nauka nazw miesięcy i dni tygodnia - każdy miesiąc, to inna przygoda, która rozgrywa się w ciągu jednego tygodnia.

Przed narodzinami prawie Półtoraroczniaka bardzo często sięgałyśmy po kolejną część perypetii Florki: "Listy do Józefiny". Józefina jest wakacyjną przyjaciółką Florki. Dziewczynki tak bardzo się polubiły, że postanowiły prowadzić korespondencję. Florka opisuje w listach domowe nowiny. Najważniejsza z nich to, że ryjówka zostanie starszą siostrą. Florka przeżywa typowe lęki i radości związane z ciążą mamy, a potem z pojawieniem się braci. Właśnie te fragmenty szalenie interesowały moją Pięciolatkę. Zobaczcie jak nerwowo rodzice postanawiają uciszyć Wyjca i Wrzaskuna czyli braci Florki:


Nie mogę nie wspomnieć o ilustracjach Jony Jung - obie je bardzo lubimy za prostotę i intensywne barwy. Spójrzcie sami, Pięciolatka sama wybrała ulubione strony:


A to moja ulubiona strona, zobaczcie jakie ciekawe pozycje mieszczą się w ryjówkowej biblioteczce:


Niedawno ukazała się trzecia książeczka z Florką w roli głównej, którą właśnie pierwszy raz przeczytałyśmy, niebawem poświęcę jej osobną recenzję.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Florka z pamiętnika ryjówki, 52 str., Wydawnictwo Literatura
Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Florka listy do Józefiny, 53 str., Wydawnictwo Literatura

wtorek, 1 marca 2011

Stosikowe losowanie 3/2011 - pary

PatrycjaAntonina wybiera numer książki dla Paidei (w stosie 46 książek) - 40
Paideia wybiera numer książki dla Książkowa (w stosie 55 książek) - 35
Książkowo wybiera numer książki dla Barbary (w stosie 50 książek) - 18
Barbara wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 150 książek) - 66
Karto_flana wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 20 książek) - 2
Bujaczek wybiera numer książki dla Izy (w stosie 165 książek) - 125
Iza wybiera numer książki dla Anny (w stosie 108 książek) - 39
Anna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 87 książek) - 4
Maniaczytania wybiera numer książki dla PatrycjiAntoniny (w stosie 50 książek) - 5


Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce u góry strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 31 marca.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Statystyka luty 2011

Przeczytane książki: 5
Ilość stron: 1512

Książki w ramach wyzwania projekt nobliści: 0
Książki w ramach wyzwania reporterskiego: 0
Książki w ramach wyzwania japońskiego: 0
Książki w ramach wyzwania od zmierzchu do świtu: 1
Książki w ramach wyzwania nagrody literackie: 1
Książki w ramach wyzwania peryferyjnego: 0
Książki w ramach wyzwania Haruki Murakami: 0
Książki w ramach wyzwania Bracie, siostro, rodzino: 0
Książki w ramach wyzwania koło barw: 1

Najlepsza książka: "Tauben fliegen auf" Melinda Nadj Aboji

Ilość książek w stosie: 120 (nie pytajcie jak to możliwe, poddałam się:)

Przeczytałam mniej książek niż w styczniu, ale stronicowo osiągnęłam prawie tę samą ilość. W lutym ukazało się tu niewiele rcenzji - dwie książki zrecenzowałam dla Archipelagu więc na moje wrażenia musicie zaczekać do ukazania się kolejnego numeru.

Udało mi się dostać poszukiwane powieści Brusztein! Niestety nadal nie dotarłam do tytułu powieści Moniki Warneńskiej.

W marcu na pewno będzie na blogu dużo więcej recenzji, przede wszystkim książek dla dzieci. Kilka z nich przygotowałam ale obowiązki archipelagowe oraz tygodniowy wyjazd zabrały mi sporo czasu.


"Pchli pałac" Elif Şafak


Pełne zachwytu recenzje na wielu blogach oraz osobista rekomendacja zachęciły mnie do kupna powieści Şafak. Książkę wzięłam ze sobą do Turcji - wydała mi się być idealną lekturą na pobyt w tym kraju. Tymczasem czytałam "Pchli pałac" ponad tydzień, a przez niemal całą pierwszą połowę książki (250 stron!) rozważałam jej odłożenie.

Elif Safak stworzyła całkiem niezły materiał na dobrą lekturę. Akcja powieści rozgrywa się w Stambule, w Pałacu Cukiereczek, który został wybudowany w miejscu, w którym niegdyś były dwa cmentarze: muzułmański i ormiański. Dom powstał na zlecenie bogatego Rosjanina, który na stare lata próbuje się pojednać z byłą żoną i by przywrócić jej pamięć wraca z nią do Stambułu. Pałac jest bardzo fantazyjny, każde piętro zdobi inny balkon, ma jednak jedną wadę - w domu śmierdzi, zamieszkują go pasożyty, a pod murem podrzucane są worki ze śmieciami. Motyw śmieci i smrodu wydaje się być symbolem mieszanki kulturowej w Stambule - miasta zaśmieconego, pełnego, brudnego, tłocznego. Mieszkańcy tytułowego pałacu to odzwierciedlenie wielokulturowości miasta. Mieszkają tu dziwacy i postaci wręcz kuriozalne: dwóch fryzjerów bliźniaków, z których jeden wychował się w Turcji, a drugi w Australii, świeżo rozwiedziony nauczyciel akademicki, który przyjaźni się z nieprzyzwoicie bogatą, otyłą i brzydką przyjaciółką byłej żony, wychowany w Szwajcarii student i jego ogromny pies, kochanka handlarza oliwą, która uwielbia błękit, maniaczka sprzątania, która nawet w środku nocy potrafi zdezynfekować całe mieszkanie, rosyjska entomolog, która stała się tylko żoną, zdradzającego j ą męża, zabobonna Meryem, rodzina Ognistych, dziadek, który opowiada wnukom historie o dżinach i innych postaciach z tureckich legend oraz tajemnicza Madame Babcia. Mieszanka wybuchowa wręcz - autorka poświęca każdemu mieszkaniu długi rozdział opisując jego lokatorów. I mimo, że postaci są ciekawe, czasem wręcz groteskowe, to owe wprowadzające rozdziały zaczynają się dłużyć. Gdy losy mieszkańców zaczynają się splatać, rozdziały stają się krótsze, a powieść nabiera dynamiki, książka zaczyna ciekawić, ale na ten moment długo trzeba czekać.

Konstrukcja rozdziałów przywodziła mi niezmiennie na myśl "Nazywam się czerwień" Pamuka - każdy z nich przypominał mi, podobnie jak u noblisty, małą miniaturę.
Najbardziej nie podobała mi się jednak pierwsza część powieści - bardzo nie lubię gdy autor wprowadza, moim zdaniem niepotrzebne, grafiki. Jeśli Şafak pisze o linearnej strukturze opowiadania, to naprawdę nie musi podkreślać tego drukiem poziomej kreski, podobnie rzecz ma się z kreską pionową i okręgiem. Nie trafiło do mnie również podzielenie rozdziałów na "Przedtem" i "Jeszcze wcześniej". O ile cenię sobie nowatorstwo na płaszczyźnie języka, to takie zabiegi mnie drażnią i właśnie te pierwsze strony zniechęciły mnie do dalszej lektury.
Planowałam przeczytanie również "Bękarta ze Stambułu" ale po tej lekturze już się nie skuszę.

Pochwalić muszę jednak piekną okładkę powieści - bardzo podobały mi się orientalne ornamenty. Niestety w książce znalazłam bodajże trzy literówki.

Moja ocena: 3/6

Elif Şafak, Pchli pałac, tł. Anna Akbike Sulimowicz, 500 str., Wydawnictwo Literackie

poniedziałek, 21 lutego 2011

Stosikowe losowanie 3/2011

Zapraszam do zgłaszania się do rundy 3. Pary rozlosuję 1 marca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.
2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.
3. Wylosowaną książkę należe przeczytać do końca miesiąca.
4. Mile widziana recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.
5. Podsumowanie do wszystkich link wraz z linkami znajduje się w zakładkach u góry strony.
6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną częścią cyklu, można zacząć czytanie od pierwszego tomu.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaną liczbą książek w stosie.

piątek, 18 lutego 2011

"Kalteis" Andrea Maria Schenkel


Lata trzydzieste, Monachium i okolice - giną młode kobiety, wszystkie piękne, lekko korpulentne, ciemnowłose. Padają ofiarą niejakiego Josefa Kalteisa, który przemieszczając się na rowerze, napada swoje ofiary. Niemal wszystkie te fakty ujawnione zostają na pierwszych kartach książki. Mimo to powieść nie jest nudna.

Schenkel relacjonuje wydarzenia w suchym, beznamiętnym wręcz stylu - opisuje wyrywkowo życie ofiar i moment ich zaginięcia. Bliżej przedstawia tylko Kathie, która wyjeżdża z rodzinnej wioski do Monachium, by znale źć tam pracę i wieść ciekawsze, bardziej emocjonujące życie. Schenkel niezwykle sugestywnie przedstawia ówczesny koloryt miasta. Jej bohaterowie to przeważnie prości ludzie, robotnicy, mieszkańcy wsi - autorka podkreśla to pochodzenie ich językiem - dużo tu zwrotów gwarowych.
Wiele ofiar przedstawionych jej w postaci relacji ich bliskich, którzy zgłosili zaginięcie na policji. Opisują swoje żony czy córki, ich wspólne relacje i życie. Te zeznania przeplatane są przesłuchaniami Kalteisa, który początkowo zaprzecza wszystkim zarzutom.
Styl, w którym utrzymana jest powieść bardzo przypomina pierwszy kryminał ("Dom na pustkowiu") Schenkel - nadal jednak ciekawi i przyciąga choć brakowało mi już efektu zaskoczenia.

Moja ocena: 4,5/6

Andera Maria Schenkel, Kalteis, 154 str., Nautilus.

sobota, 12 lutego 2011

"Nocna zamieć" Johan Theorin


Niepostrzeżenie przeczytałam tę dość opasłą książkę. Według blogowej zakładki czytam o U2, według poczynionych deklaracji czytam tajemniczą powieść, której recenzja ukaże się w najbliższym Archipelagu, a tak naprawdę dawałam się straszyć Theorinowi:) Prędko więc prostuję: U2 faktycznie na nocnym stoliku le ży ale tymczasowo książkę porzuciłam, tajemnicz ą powieść czytałam długo ale już skończyłam, a Theorina łyknęłam tuż potem. Teraz czytam kolejną lekturę dla Archipelagu, a zaraz po niej wracam wreszcie do normalnego blogowego trybu.

Przypomnę, że "Zmierzch" Theorina mnie nie zachwycił, więc po "Nocną zamieć" sięgnęłam głównie z racji stosownego wyzwania. I dobrze. Theorinowi udało się napisać powieść o wiele lepszą. Nie jest to typowy kryminał, zagadka i jej rozwiązywanie odsunięta jest na drugi plan, co więcej właściwie do końca powieści nie wiemy czy faktycznie istnieje powód szukania mordercy czyli ofiara.

Małżeństwo Joakim i Katerine Westin przeprowadzają się ze Sztokholmu na Olandię - pragną uciec od zgiełku i anonimowości wielkiego miasta. Na Olandii kupują stare domostwo, które wcześniej służyło latarnikom. Zamieszkują tam wraz z dwójką dzieci. Pasją Joakima i Katerine jest renowacja domów - chętnie kupują stare, zrujnowane domostwa z duszą, którym przywracają dawną świetność. Podobne plany mają wobec Åludden - domu na Olandii.
Równocześnie na Olandię przeprowadza się Tilda - policjantka, która rozpoczyna pracę na nowym posterunku.
Theorin wprowadza jeszcze trzeci wątek - trzech młodych mężczyzn ograbia olandzkie domy, opuszczone przez letników.
Długo trzeba czekać, by autor splótł te pozornie odrębne historie. Czekać jednak warto, bo w międzyczasie Theorin prezentuje nam głębokie studium żałoby, sypie z rękawa licznymi szwedzkimi legendami o życiu pozagrobowym zmarłych oraz czyni z Åludden i stojących nieopodal dwóch latarni morskich kolejnego bohatera powieści. Przy tym stopniowo buduje bardzo sugestywny nastrój - podczas czytania łatwo o ciarki na plecach - dom skrzypi, trzeszczy, nocą słychać głosy, szopa kryje tajemnicze pomieszczenia, a jedna z latarni, od dawna nieczynna, nagle zaczyna świecić, by zwiastować czyjąś śmierć.
Jest jeszcze nadchodząca olandzka zima - sroga, ciemna, surowa. Nie ona jest jednak najgorsza. Towarzyszy jej występujący tylko na tej wyspie fåk - zamieć tak mordercza, że nikt nie waży się wystawić nosa za drzwi, gdy szaleje. Theorin opisuje ją bardzo sugestywnie, zresztą nie tylko ją ale także chłodne, surowe krajobrazy, coraz krótsze dni zmierzające ku przesileniu zimowemu.
Zauważyłam, że Theorin rozbudował opisy - coraz skrupulatniej opisuje wnętrza czy przedmioty - mam nadzieję, że nie osiągnie tutaj rozmiarów opisów Larssona - szkoda by było.

Ukoronowaniem "Nocnej zamieci" jest zakończenie - zaskakujące jak na kryminał przystało. Miłym akcentem jest nawiązanie do poprzedniej powieści - ponownie spotkamy Gerlofa Davidssona.
Kolejny kryminał Theorina już się w Niemczech ukazał, zaraz zamówię sobie egzemplarz w bibliotece:)

Moja ocena: 5/6

Johan Theorin, Nebelsturm, tł.Kerstin Schöps, 447 str., Piper.

wtorek, 1 lutego 2011

Stosikowe losowanie 2/2011 - pary

Anna wybiera numer książki dla Patrycji Antoniny (w stosie 51 książek) - 9
Patrycja Antonina wybiera numer książki dla Książkowa (w stosie 54 książki) - 50
Książkowo wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 80 książek) - 24
Maniaczytania wybiera numer książki dla Paidei (w stosie 50 książek) - 5
Paideia wybiera numer książki dla Moni (w stosie 73 książki) - 53
Moni wybiera numer książki dla Mooly (w stosie 27 książek) - 2
Mooly wybiera numer książki dla Karto_flanej (w stosie 151 książek) - 75
Karto_flana wybiera numer książki dla Bujaczka (w stosie 30 książek) - 19
Bujaczek wybiera numer książki dla Izy (w stosie 160 książek) - 2
Iza wybiera numer książki dla Tośki82 (w stosie 32 książki) - 10
Tośka82 wybiera numer książki dla Anny (w stosie 95 książek) - 63

Proszę o podawanie w komentarzu wybranego numeru oraz tytułu wylosowanej książki a po przeczytaniu linka do recenzji. Efekty stosikowego czytania można znaleźć w zakładce u góry strony.

UWAGA: na przeczytanie wylosowanej książki mamy czas do 28 lutego.
Wybrałam numer książki za Mooly, która, jak wynika z notatki na jej blogu, jest w szpitalu.