piątek, 11 lipca 2008

"Der Schwan" Guðbergur Bergsson


Od dawna miałam chęć na przeczytanie "czegokolwiek" tego słynnego Islandczyka. Soffía zarekomendowała mi "Łabędzia". Ale nie zaprzyjaźniłam się z Bergssonem. Jego proza jest bardzo poetycka, pozostawia posmak sennej niepewności. Bergsson misternie buduję pełną niedomówień atmosferę, szczegółowo opisuje dziwaczne sny, poświęca wiele stron na opis krajobrazu. Wszystko to pozwala się czytelnikowi zatopić w jego świecie po uszy. Czytelnikowi, ale nie mnie. Dla mnie książka musi być realna. Proza to proza. Poezja to poezja. Tej drugiej nie czytam. Potrafię sobie wyobrazić, że można być bezkrytycznym wielbicielem Bergssona, jestem przekonana, że jego proza jest wysoko ceniona ale mnie nie porwała. Mimo to przeczytałam książkę do końca. Była krótka:) Niecałe dwieście stron. I dla zagorzałej fanki islandzkich klimatów poniekąd poznawcza. Ta cała ultona, wręcz górnolotna atmosfera oplata bowiem bardzo przyziemną tematykę. Dziewięcioletnia dziewczynka zostaje wysłana przez rodziców na....Polak powiedziałby...wieś. Ale wieś islandzka, to gospodarstwo gdzieś w samotnej dolinie, gdzie jedynymi rozmówcami są konie i krowy. W tym otoczonym bagnami miejscu "mała" ma dorosnąć i zmienić się. Wysłana została za karę, bo kradła w sklepach. Dziewczynka jest świetną obserwatorką - z dziecięcą naiwnością obserwuje wypadki w gospodarstwie: niechcianą ciążę córki i aborcję, zabijanie cielaka czy święto dla gospodarstw z okolicy. Najmeny parobek wprowadza ją w świat seksulany - dzieczynka niewiele zdaje się rozumieć z jego rad i przemyśleń. I tak Bergsson snuje swą opowieść, aż po niejasne zakończenie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza