niedziela, 15 października 2017

"Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku" Roberto Santiago


Kolejna książka, czytana wspólnie z synem - niespodziewany prezent, który musiał zostać przeczytany w pierwszej kolejności. Przyznam, że mnie ta publikacja niezbyt się podobała, natomiast synowi zdecydowanie bardziej.

To już szósty tom o przygodach Najfutbolniejszych - drużyny piłkarskiej Soto Alto z niewielkiego hiszpańskiego miasteczka. Tym razem dzieci wyjeżdżają do Szkocji - trener drużyny jest Szkotem i zorganizował wyjazd na tajemniczy Turniej Sześciu Klanów. Hiszpanie zupełnie nie wiedzą o co turnieju chodzi i przekonani są, że będą w Szkocji grać w piłkę. Tymczasem trafiają na pustkowie, do starego zamczyska, w którym straszy duch. Do tego zaraz po przybyciu muszą wziąć udział w pierwszej, wcale niełatwej, konkurencji. Drużyn jest sześć i po każdych zawodach odpada jedna, reguły są jasne i niezachwiane. Przewagę mają oczywiście zawodnicy szkoccy, należący do klanu MacLeodów i broniący tytułu. 

Narratorem powieści jest Łamaga, jeden z członków Najfutbolniejszych. Chłopak staje się ofiarą zamkowego ducha, który podrzuca mu czarne krzyże. Dzieci próbują na własną rękę wyśledzić ducha, co oczywiście dostarcza im wiele nieplanowanych przygód. W obliczu niebezpieczeństwa zacieśnia się przyjaźń między nimi, a nawet następują pierwsze wyzwania miłosne - w drużynie jest przecież kilka dziewczyn. 

Autor zadbał o wartką akcję, różnorodne charaktery (w drużynie jest łamaga, maruda, dowcipniś), szkockie realia (aczkolwiek dość stereotypowe) oraz zaskakujące zaskoczenie. Dlaczego więc nie podobała mi się ta książka?

Przede wszystkim nie byłam w stanie strawić jej stylu. Dominują w niej krótkie zdania, każde z nich zaczyna nową linijkę, także graficznie nie widać jednolitego testu tylko szereg zdań, wyglądających jak podpunkty. Denerwowały mnie ciągle powtórzenia - co kilka stron autor powtarzał gdzie dzieci są, co to za turniej, co się wydarzyło. Jak w serialu albo telewizyjnym show. Nawet w dialogach ciągle powtarzane są te same informacje, tym bardziej, że Szkoci mówią po angielsku i jedna z osób stale tłumaczy. Taki sposób pisania przywoływał mi na myśl tylko jedno słowo - sieczka. Popatrzcie sami:

Znienacka wyskoczył ogromny cień.
Pochodnia nagle zgasła.
Telefon wypadł mi z ręki na posadzkę.
Coś mnie prawie stratowało.
Przeleciało jak na złamanie karku.
Z przeraźliwym hałasem.
Przpadłem do ziemi i zasłoniłem twarz.
I chyba też przeraźliwie wrzasnąłem.
Ale nie jestem tego pewien.
Minęła krótka chwila.
Gdy otworzyłem oczy, od razu go zobaczyłem.
Tuż obok mnie.
Na podłodze.
Czarny krzyż.
Tak wygląda cała książka. Serio. Nie zdawałam sobie sprawy, że można w ogóle tak pisać! Mojemu synowi to nie przeszkadzało, ale mnie przy czytaniu trafiał... Przemilczę może, co mnie trafiało. Zakładam, że taki styl ma zachęcić do lektury dzieci, które za czytaniem nie przepadają. I być może nawet zachęca, zwłaszcza, że kilka razy rozdziały przedstawione są w formie komiksu. Sama w efekcie nie wiem, czy lepiej, by dzieci czytały takie książki, czy by nie czytały wcale. 
Sama treść też nie jest specjalnie odkrywcza - jest wprawdzie akcja, są uczucia, ale wszystko to jest jakieś takie płaskie i niezbyt odkrywcze. 

Moja ocena: 3/6

Roberto Santiago, Najfutbolniejsi. Tajemnica nawiedzonego zamku, tł. Jan Wąsiński, 319 str., finebooks 2016.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza