wtorek, 31 lipca 2018

"Dom nie z tej ziemi" Małgorzata Strękowska-Zaremba


Nie ukrywam, że bardzo byłam ciekawa tej uhonorowanej tytułem Książka Roku 2017 powieści. Właściwie chciała ją przeczytać moja córka, ale niestety od jakiegoś czasu bycie nastolatką przekłada się u niej raczej na Instagram niż czytanie książek. Chcąc nie chcąc, po Dom nie z tej ziemi sięgnęłam ja, a po wakacjach spróbuję ponownie namówić na lekturę latorośl. Nie jestem jednak przekonana, czy przypadnie jej ta książka do gustu, bo i sama przez większą część byłam lekko skonfudowana.

Dom nie z tej ziemi uwodzi bowiem zakończeniem, do którego jednak trzeba dotrwać. W zasadzie, aż dziw, że nie domyśliłam się przez całą powieść, o co chodzi. Byłam jednak tak zaabsorbowana stylem autorki, że nie spodziewałam się żadnego zaskoczenia. Strękowska-Zaremba zwiodła mnie fantazją, a nawet fantastyką, niespiesznością i poetyckością. A niezawodny Daniel de Latour jak zwykle zachwycił ilustracjami.

O czym więc jest Dom? Marysia to nietypowa dziewczynka, samotna, cicha, tajemnicza. Spędza dnie na obserwowaniu pewnego domu. Domu pełnego dziwów. Domu, który nie rzuca cienia, domu, w którym zawsze panuje mroźna zawierucha. Pewnego dnia siedzącą w krzakach Marysię odnajduje Daniel - chłopak nieco starszy, rezolutny i twardo stąpający po ziemi. Początkowo nie rozumie, dlaczego obserwowany przez Marysię dom jest dziwny. Stopniowo jednak zaczyna dostrzegać jego nietypowość i rozumieć dziewczynkę. Postanawia jej pomóc i jej wysłuchać. Dowiaduje się od niej, że istnieją domy, w których mieszka zło. To domy, które wyrosły same, bez wody, straszliwe, groźne. Marysia pragnie zwalczyć to zło, by uratować mieszkające w domu dzieci, a Daniel decyduje się jej pomóc. 

Ta z pozoru bajkowa powieść opowiada o sprawach trudnych i bolesnych. Nie chcę jednak zdradzić końca, dlatego musicie mi uwierzyć na słowo. Bujna fantazja Marysi to jej broń, to jej sposób radzenia sobie z rzeczywistością. A Daniel to jedyna osoba, która oferuje jej przyjaźń. Strękowska-Zaręmba bardzo dobrze opisuje charaktery i postrzeganie świata dwojga bardzo odmiennych dzieci. Marysia potrafi denerwować Daniela, ale chłopak jednak nie opuszcza jej i pomaga w rozwiązaniu zagadki domu. Każde z dzieci inaczej radzi sobie z rzeczywistością, a przede wszystkim z lękiem. Wspomniany już wyżej Daniel de Latour fantastycznie podkreśla emocje dzieci utrzymanymi w szarościach i żółciach nastrojowymi ilustracjami. 

Trudno mi określić wiek, dla którego poleciłabym tę książkę. Myślę, że moja dwunastolatka może być już za duża, a ośmiolatek jednak jeszcze trochę za mały. W zasadzie to książka do czytania z rodzicem, do wspólnych rozmów i rozważań.

Moja ocena: 5/6

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, 240 str., Nasza Księgarnia 2017.

czwartek, 26 lipca 2018

"Brzechwa. Nie dla dzieci" Mariusz Urbanek



O Brzechwie nie wiedziałam nic, no może prawie nic. Ale zdecydowanie należało wyrównać te braki lekturą jego biografii. Biografii zakupionej już wieki temu i dopiero teraz, dzięki stosikowemu losowaniu, a jakże, wykopanej z czeluści kindle. Zaraz na początku lektury zorientowałam się jednak, że czegoś mi brakuje - bo jak to biografia bez fotografii? Niestety wersja elektroniczna pozbawiona została wszystkich zdjęć, bo z tego, co wyczytałam, książka papierowa je zawiera. Czuję się oszukana. Wiadomo, że fotografie w e-bookach to zupełnie inna bajka, ale jednak powinny w nim być, skoro są w tradycyjnej książce.

Wracając jednak do treści - Urbanek mnie nie zachwycił. To moja pierwsza książka tego autora i spodziewałam się naprawdę ciekawego podejścia do tematu, rzutkiego, porywającego tekstu, a było zwyczajnie nudno. Beznamiętna relacja, przytaczanie faktów, mnóstwo informacji pobocznych - takich, jak szczegółowa analiza sceny kabaretowej w przedwojennej Polsce. Co, kto śpiewał, dla kogo, kto pisał, co pisał, jak pisał, co było wystawiane, gdzie i na jaki temat. Jako że Brzechwa miał w tym środowisku swój bardzo czynny udział, są to informacje w zasadzie istotne, ale mam wrażenie, że Urbanek jednak popłynął, zwłaszcza gdy okazało się, że o kabarecie wiem wszystko, a o małżeństwach pisarza prawie nic.

Wprawdzie po lekturze tej biografii mam przed oczami obraz Brzechwy - człowieka dystyngowanego, stroniącego od konfliktów, lubianego, dobrze ułożonego, ale nic nie wiem o Brzechwie prawdziwym. Tym, który w cudowny sposób przetrwał okupację, tym, który był bardzo kochliwy i wreszcie tym, który próbował znaleźć swoje miejsce jako pisarza w systemie politycznym powojennej Polski. O ile o komunistycznych przetasowaniach i lawirowaniu między partią a życiem artystycznym pisze Urbanek sporo, to o okupacji niemalże nic. Wiemy, że zakochany Brzechwa, żyjąc w swoim świecie uczuć, cudem wyszedł z wojny bez szwanku. Takie wytłumaczenie jednak wydaje mi się być wręcz śmieszne. Jak znany pisarz żydowskiego pochodzenia mógł przetrwać ten najgorszy w dziejach Polski czas jest dla mnie największą zagadką tej biografii. Tak samo jak zagadką jest fakt, dlaczego autor nie poświęcił temu zagadnieniu więcej niż kilkanaście stron.

Niemniej nie żałuję lektury tej książki, bo o Brzechwie na pewno wiem więcej, choć nie mogę powiedzieć, że jest to wiedza mnie całkowicie zadowalająca.

Moja ocena: 4/6

Mariusz Urbanek, Brzechwa. Nie dla dzieci, 342 str., Wydawnictwo Iskry 2013.

Stosikowe losowanie 8/18


Zapraszam do zgłaszania się do rundy sierpniowej! Pary rozlosuję 1 sierpnia, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

poniedziałek, 23 lipca 2018

"Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy" Swietłana Aleksijewicz



Czwarta książka Aleksijewicz, czwarty raz nie znajduję słów, by napisać coś mądrego. Odczekałam kilka dni, ale nie czuję się mądrzejsza, bardziej elokwentna i gotowa do napisania recenzji. Mam w sobie podobne emocje, jak po lekturze Małej zagłady - bo czytałam ją niedawno, więc pierwsza mi się nasuwa, ale mogłabym tu wymienić każdą książkę traktującą o wojnie. Nie rozumiem, nie chcę i nie będę rozumieć. Dziwię się, czuję obezwładniający stupor i złość. I obrzydzenie. Wojną i jej gloryfikacją. I tym, że człowiek nie wyciąga żadnych wniosków.

Aleksijewicz i tutaj słucha. Tak jak słucha kobiet, które wzięły udział w wojnie, tak jak słuchała ofiar katastrofy w Czarnobylu, teraz słucha ludzi, którzy w czasie wojny mieli cztery lata, siedem lat, jedenaście. Byli dziećmi. Wskutek przeżyć stracili mowę, słuch, chęć do życia. Stracili matkę, ojca, rodzeństwo. Widzieli rzeczy potworne. Lęk nie opuścił ich do końca życia, tak jak bezradność, złość, smutek, niezdolność do nawiązywania bliższych kontaktów. I głód. Głód fizyczny i głód dotyku, miłości, czułości. Gdybym tę książkę czytała, trwałoby to pewnie wieczność. Nie zniosłabym więcej niż kilku stron na raz. Słuchałam jednak spokojnego, wyważonego głosu Krystyny Czubówny. Często nie mogłam zatrzymać nagrania i słuchałam, słuchałam, a rozpacz we mnie narastała. Czułam to, co czuły dzieci i nadal czują opowiadający dorośli. 

Cóż więcej pisać? Siłą tej książki jest autentyzm opowieści - Aleksijewicz nie komentuje, nie uzupełnia, nie stawia pytań, jest przeźroczysta. Słucha. I pozwala mówić, niektórzy z rozmówców otwierają się po raz pierwszy. Większość cierpi, z trudem relacjonuje, płacze. Opowiadają ludzie wszelkich profesji i pochodzenia - inżynierowie, nauczycielki, krawcowe, robotnice, Cyganka, renciści.
Zdumiewające jak z przecież niezbyt oryginalnego pomysłu, Białorusinka potrafi stworzyć dzieło.  Każdy mógłby wybrać kilkanaście osób i ich wysłuchać, ale tylko Aleksijewicz potrafi stworzyć z relacji tak wyjątkowy dokument. Polskie wydanie nie byłoby też zapewne tak świetne, gdyby nie wspaniała praca tłumacza, za którą należą mu się specjalne podziękowania.

To lektura obowiązkowa, choć nie mam nadziei, że ludzkość wyciągnie z niej wnioski. 

Moja ocena: 6/6

Swietłana Aleksijewicz, Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy, tł. Jerzy Czech, czyt. Krystyna Czubówna, 232 str., Wydawnictwo Czarne 2013.

piątek, 20 lipca 2018

"Nutria i Nerwus" Małgorzata Musierowicz



Kolejny tom Jeżycjady, jak zwykle już, miał być przerywnikiem od cięższych lektur i w tej roli całkowicie się spełnił. Więcej z resztą od tej książki nie należy oczekiwać. Jak sam tytuł wskazuje, główną bohaterką będzie Natalia, która właśnie ukończyła pierwszy rok studiów i otrzymuje swoje pierwsze oświadczyny. Uległa, spokojna i małomówna dziewczyna, po raz pierwszy wybucha i zaskoczona swoim atakiem pogrąża się w rozpaczy. Obawia się, że źle potraktowała absztyfikanta i nie jest pewna, czy podjęła dobrą decyzję. Trzeba przyznać, że bardzo typowy dylemat dla dwudziestolatki.... No ale jesteśmy u Musierowicz, miłość musi być, małżeństwo także. 

Natalia postanawia wyjechać nad morze, a chora Gabrysia ładuje jej na dokładkę swoje rezolutne córeczki. Wszystko jednak potoczy się całkiem inaczej niż zaplanowano. W pociągu Natalia staje się ofiarą napaści - otóż do przedziału dosiada się ponury i nerwowy osobnik, który przykuwa się do niej kajdankami. Osobnik ów to tytułowy Nerwus, brat Tunia, którego amory Natalia odrzuciła. W całej akcji swoje łapki maczała oczywiście żądna przygody Laura. Dziewczyny nad morze nie dojadą, tylko udadzą się w szaloną ucieczkę przez wielkopolskie bezdroża. Narwus będzie deptał im po piętach i przekona się, że odsądzana od czci i wiary Natalia, nie jest taka zła. A nawet całkiem fajna, wrażliwa i pięknie śpiewa. Czyli, jak zwykle, nowa historia miłosna. Na szczęście są Laura i Róża, które dodają powieści animuszu i dowcipu. 

Co ciekawe, w czasie podróży Laura zapada na ospę wietrzną, która sama w sobie może śmiertelną chorobą nie jest, ale dziewczynka w przerwach między wymiotami i gorączką, opycha się lodami, kąpie w jeziorze i wygląda na całkiem zdrową. Interesująca koncepcja przechodzenia ospy. W ogóle już w poprzednim tomie zauważyłam, że Musierowicz ma dziwny stosunek do jedzenia - dziewczyny piją wyłącznie colę czy fantę, opychają się non-stop lodami, słodyczami i parówkami, a z drugiej strony autorka gloryfikuje wiejską kuchnię i mleko prosto od krowy. Rozumiem, że akcja powieści rozgrywa się w 1994 roku, gdy społeczeństwo zachłysnęło się napojami gazowymi, algidą i innymi cudami, ale żeby tak bez żadnego umiarkowania?

Z zaskoczeniem odkryłam w Nutrii i Nerwusie cytat, który jest niezwykle aktualny, dziś chyba jeszcze bardziej niż w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku:

"Drugi człowiek jest nam potrzebny! - właśnie dlatego, że jest inny. (...)  A tymczasem ta inność własnie najbardziej dziś ludzi odpycha i straszy. Boją się jej tak, że wciąż na nowo się odgradzają, obudowują, opatrują etykietkami. Tworzą grupy, w których obowiązuje takie samo zdanie na każdy temat. Zapominają o tym, że to właśnie różnice zdań pozwalają dotrzeć do prawdy. Tylko czy ktoś jej dzisiaj potrzebuje?"

Nutria i Nerwus nie będzie moim ulubionym tomem - jest zbyt romantyczny, zbyt nierealny, ale jako przerywnik sprawdził się świetnie.

Moja ocena: 4/6

Małgorzata Musierowicz, Nutria i Nerwus, 160 str., Wydawnictwo Akapit Press 1995.

czwartek, 19 lipca 2018

"Botanika duszy" Elisabeth Gilbert


Książka, która wzbudziła we mnie całą gamę różnorodnych emocji (wszystkie z resztą na "z") - od zdenerwowania, przez znudzenie, zaciekawienie i wreszcie zachwyt. Przebrnięcie przez pierwszych dwieście stron było dla mnie prawdziwym wyzwaniem - proza Gilbert zupełnie mnie nie porwała (do końca z resztą jej się to nie udało), a niesprzyjające warunki do lektury zupełnie mi nie pomagały. Czasem trafiam na powieści, które mogę czytać w tak zwanym międzyczasie - Botanika duszy zdecydowanie do nich nie należy. Przez wyżej wspomniane dwieście stron miałam ciągle wrażenie, że akcja się rozwija, wciąż czekałam na jakieś zawiązanie, zaciekawienie, zwrot, kulminację, tymczasem Gilbert w ekspresowym tempie opisywała życie Henry'ego Whittakera - zrobił, spotkał, odwiedził, przepłynął, wrócił. Jak sucha kronika życia. Obawiałam się, że tak będzie przez całą książkę i w wielu fragmentach faktycznie tak jest. Gilbert relacjonuje w kilku zdaniach wydarzenia całej podróży czy nawet lat. Zdaję sobie sprawę, że trudno opisywać wszystko krok po kroku, ale gdy główna bohaterka opływa świat - jako kobieta, w XIX wieku, na statku, to jakoś miałam wrażenie, że warto by napisać więcej o jej samopoczuciu. 

Ale może się czepiam? Bo w zasadzie nie to jest w tej powieści istotne. Gilbert opisuje bowiem życie wyjątkowej kobiety - Almy Whittaker. Ponad przeciętnie inteligentna i żądna wiedzy Alma odnajduje swoje powołanie w botanice, koncentrując się na mchach. Na podstawie wieloletnich obserwacji wysnuwa swoją wersję teorii ewolucji. Zainteresowania i badania botaniczne Almy są jednak tylko niewielką częścią epickiej warstwy powieści. Gilbert przede wszystkim odmalowała niemal monumentalny portret kobiety - niezbyt pięknej, postawnej, niezwykle samotnej, onieśmielającej swoją inteligencją, seksualnie niezaspokojonej, pełnej fantazji i fantastycznie dociekliwej. Alma to omnibus, erudytka, wspaniały kompan rozmów, osoba ciekawa wszystkiego. Chciałabym mieć taką przyjaciółkę. 

Botnika duszy to jednak nie tyko Alma. To jej ojciec - zadziorny, pewny siebie, bezkompromisowy, bezczelny, żądny pieniądza, nieokrzesany człowiek, który zbił fantastyczną fortunę, na botanice oczywiście. I jej matka - niezwykle inteligentna, surowa, opanowana kobieta. I adoptowana siostra - na pozór oschła, głupiutka, chowająca swoje uczucia za milczącą, bezuczuciową twarzą dziewczyna. Pośród ogromnej gamy bohaterów wyróżnia się Ambrose - świetny rysownik, badacz orchidei, erudyta i marzyciel. Człowiek, który poszukuje połączenia z siłą wyższą, pełen duchowości i mistycyzmu. Niezwykle przystojny mężczyzna, który naznaczy życie i losy Almy. To z nim będzie prowadzić rozmowy o duchowości, istnieniu wyższej siły, sensie bytu człowieczego - moim zdaniem najnudniejsze w całej powieści. Ta płaszczyzna jest według mnie niepotrzebna i nawet jej rozwinięcia na Tahiti mnie nie przekonuje, choć oczywiście sama postać tahitańskiego herosa wprowadza do opowieści zaskakujący wątek.

Botanika duszy to także powieść o epoce zmian - odkryciu kości dinozaurów, krystalizowaniu się idei ewolucjonizmu, a także o walce z niewolnictwem czy o odkryciach geograficznych i działalności misjonraskiej. Tło społeczne jest tu bardzo ważne, główna bohaterka interesuje się wszak wszystkim, a aktualnymi wydarzeniami w pierwszej linii. Gilbert wspomina o wielu faktach i postaciach historycznych: od Jamesa Cooka poczynając, na Charlesie Darwinie kończąc.

Muszę przyznać, że ta powieść ma zadatki na dzieło monumentalne, do tego o wydźwięku feministycznym, przedstawiające życie wyjątkowej kobiety - składniki, które bardzo cenię w prozie - gdyby nie nudny początek, byłaby to fantastyczna lektura. Wiem już, że należy Gilbert dać czas i poświęcić jej sporo uwagi. Moim błędem było to, że podeszłam do tej powieści jak do literatury lekkiej i przyjemnej. To moja pierwsza powieść tej autorki, ale błędnie wyszłam z założenia, że skoro napisała bestseller, to jej proza nie jest literaturą, której szukam. Na szczęście się omyliłam. Mimo ochoty porzucenia lektury, poczucia znudzenia i zniecierpliwienia, nie żałuję, że przeczytałam tę powieść. Na koniec jeszcze chciałam wyrazić słowa uznania dla tłumaczki - nie wyobrażam sobie nawet ogromu jej pracy!

Moja ocena: 4/6

Elisabeth Gilbert, Botanika duszy, tł. Ewa Ledóchowicz, 573 str., Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2014.

wtorek, 17 lipca 2018

"Historia pszczół" Maja Lune


Trzy historie, które się ze sobą przeplatają, troje różnych bohaterów, trzy bardzo od siebie odległe miejsca akcji i trzy różne epoki. Łączy je jedno - pszczoły. 

Tao mieszka w Chinach, jest koniec XXI wieku. W państwie panuje głód, kobiety pracują przy zapylaniu kwiatów drzew owocowych. Życie jest ciężkie i obłożone mnóstwem regulacji, nikt nie pamięta już o postępie sprzed zaledwie kilkudziesięciu lat. Tao nie jest zachwycona tym zajęciem, wolałaby korzystać ze swojej ponadprzeciętnej inteligencji, ale nie ma wyboru. Radością jej życia jest trzyletni synek, który niestety zapada na nieznaną chorobę.

William mieszka w dziewiętnastowiecznej Anglii. Był obiecującym biologiem, ale poświęcił karierę dla rodziny, decydując się na handlowanie nasionami. Jego mentor i profesor unaocznia mu jego porażkę życiową, popychając Williama w depresję. Z tego stanu udaje mu się wyjść dzięki pomysłowi na nowoczesny ul. Z nowymi siłami zabiera się za jego projektowanie, mając pomoc w najstarszej córce, a nie, jak oczekiwał, w synu.

George mieszka w USA, jest początek XXI wieku, a jego farma jest całym jego życiem. George sam buduje ule dla swoich pszczół, dba o nie, troszczy się, kocha je. Gdy do jego uli dociera masowe wymieranie pszczół, George się załamuje. I George ma syna, w którym pokłada nadzieje, ten jednak decyduje się na studia i pracę dziennikarza.

Lunde opisuje życie tych trzech rodzin, jednak właściwym bohaterem powieści są pszczoły. To one są motorem działań, od nich zależy życie, dobrobyt i wreszcie pokarm. Najciekawszą historią jest zdecydowanie ta futurystyczna, opisująca życie na świecie po wyginięciu pszczół. Nie sposób odrzucić od siebie katastroficznej wizji - jest tak prawdopodobna, że czytelnika ogarnia przerażenie. Zapewne taka motywacja kierowała autorką, gdy pisała tę powieść. Oprócz tej zastraszającej wizji, zawarła w niej jednak o wiele więcej. W każdej z historii opisuje konflikt na linii rodzic-dziecko. W przypadku Tao jest on najmniej wyraźny - kobieta próbuje synka uczyć, przekazać mu swoją wiedzę, dziecko jednak nie jest tym zainteresowane, woli bawić się i biegać. Sama jest także traktowana jako dziecko przez kontrolujący wszystko organ państwowy i w efekcie staje się jego narzędziem.

William jest ojcem syna i sześciu córek. To właśnie syn ma być jego prawą ręką, dla niego składa pieniądze na uniwersytet, tymczasem okazuje się on być próżniakiem i nierobem. Ojciec długo nie zauważa zdolności, pracowitości i mądrości najstarszej córki, nie potrafiąc się wyrzec swoich planów i przekonań.

Podobnie jest z Georgem, który całe nadzieje pokłada w jednym synu, który w przyszłości ma przejąć hodowlę pszczół. George wszystko planuje dla niego, nie ma żadnego planu B, nie przyjmuje do wiadomości innej opcji - ani sprzedania farmy, ani wyjazdu na Florydę, którego pragnie żona, a najmniej tego, że syn może mieć inne plany zawodowe.

Szczególnie William i George zapatrzeni są w swoje wizje, w zasadzie to egoistyczni, skupieni na sobie, antypatyczni faceci. Gdyby nie Tao, nie wiem nawet, czy pokusiłabym się na dokończenie lektury, do tego stopnia mnie denerwowali. 

Historia pszczół to nie jest zła książka, to książka zdecydowanie potrzebna, niemniej mnie nie porwała. Na pewno odgrała tu dużą rolę wspomniana wyżej antypatia do męskich bohaterów, ale także nie zachwycił mnie sam język Lunde. Polskie tłumaczenie jest świetne, ale sama opowieść dość monotonna. Niestety po raz kolejny nie przypadli mi do gustu lektorzy - książki bowiem słuchałam - co w zasadzie nie jest nowością, bo z polskimi lektorami już często miałam problem.

Moja ocena: 4/6

Maja Lunde, Historia pszczół, tł. Anna Marciniakówna, czyt. Magdalena Schejbal, Leszek Filipowicz, Adam Bauman, 520 str., Wydawnictwo Literackie 2017.

poniedziałek, 16 lipca 2018

"Basia i przyjaciele. Lula" Zofia Stanecka, Marianna Oklejak


Coś dawno nie pisałam o Basi ;) No dobrze, może nie aż tak dawno, ale o Basi zawsze warto. Poza tym tym razem nie będzie stricte o Basi, tylko o jej kuzynce Luli. Jedynej kuzynce, która jest do tego całkowitym przeciwieństwem Barbary - jest zwiewna, poukładana i taka różowa. I pięknie tańczy. Nie to co dudniące podskoki Basi.


Perfekcyjna Lula jednak też ma problem - jest nim trema przed występem baletowym. Nawet pomysłowa i rezolutna Basia potrafi odprężyć kuzynkę tylko na moment, a gdy podczas występu upada, Lula jest bliska krzyku.


To książka o tym, jak dzieci radzą sobie ze stresem, jak ważne są dla nich występy przed dużą publicznością oraz obecność bliskich. W przypadku Luli jest to wiecznie zapracowany tata. Stres przed występem potęgowała bowiem niepewność, czy tata przybędzie.


Zofia Stanecka jak zwykle umiejętnie opisuje emocje dzieci, sposoby radzenia sobie z nimi, a także wskazuje jak pomóc dziecku je rozładować. To ponownie świetna okazja do omówienia tego tematu z dziećmi - nawet tymi starszymi. U mnie akurat starsza latorośl niechętnie występuje na forum publicznym. I ta starsza, dwunastoletnia latorośl, też sobie Basię przeczytała. Jak nikt nie patrzył.

Zofia Stanecka, Marianna Oklejak, Basia i przyjaciele. Lula, 23 str., Wydawnictwo Egmont, Warszawa 2018.

niedziela, 1 lipca 2018

Stosikowe losowanie 7/18 - pary

ZwL wybiera numer książki dla Anny (w stosie 211 książek) - 177
Anna wybiera numer książki dla Niekoniecznie papierowych (w stosie 56 książek) - 33
Niekoniecznie papierowe wybiera numer książki dla Marianny (w stosie 196 książek) - 55
Marianna wybiera numer książki dla Maniiczytania (w stosie 31 książek) - 12
Maniaczytania wybiera numer książki dla Gucimal (w stosie 105 książek) - 6
Guciamal wybiera numer książki dla McDulki (w stosie 11 książek) - 5
McDulka wybiera numer książki dla ZwL (w stosie 1100 książek) - 111

czwartek, 28 czerwca 2018

"Baba Jaga w Ameryce" Zbigniew Dmitroca, Joanna Furgalińska



To kolejna książka z lubianej u nas bardzo serii Czytam sobie. Mój syn wprawdzie po polsku czyta, ale niezbyt chętnie sięga po dłuższe książki, więc nadal sprawdza się u nas ta seria, nawet poziom 2, zdecydowanie dla niego za łatwy. No ale jak tu nie czytać o Babie Jadze. I to w Ameryce!


Główna bohaterka dostaje list z Ameryki, od kuzyna, który popadł w tarapaty. Baba Jaga nie przypomina sobie żadnego kuzyna, ale przy pomocy magicznej kuli rozwiązuje tę zagadkę i wybiera się krewnemu na pomoc. A w Ameryce, jak to w Ameryce - cyklony, bizony i Nowy Jork!



W książce napotkaliśmy wiele, dla syna, nowych słów. Poczynając od tarapatów, poprzez telegram, sygnet, forsowny, skonstatować, mieć pietra po babulinkę i starowinkę. Właśnie wprowadzenie nietypowych i rzadziej używanych słów jest największym atutem tej serii. Dla moich dzieci, skazanych tylko na jedno źródło języka polskiego, to świetny sposób na rozszerzenie słownictwa.
A niezbyt długie zdania nie zniechęcają, wręcz przeciwnie zachęcają do samodzielnej lektury. Po napisaniu tej notki syn porwał książkę i przeczytał sam jeszcze raz. Czy może być lepsza rekomendacja?!

Zbigniew Dmitroca, Joanna Furgalińska, Baba Jaha w Ameryce, 48 str., Egmont, Warszawa 2017.

wtorek, 26 czerwca 2018

"Mała zagłada" Anna Janko


Nie wrócę już do tej książki, nie wytrzymam ponownej lektury. Tak, jak nie mogłam wytrzymać pierwszej. Czytałam jedno zdanie i czułam fizyczny ból. Potem czytałam łapczywie kilkanaście stron, żeby to już mieć za sobą. Żeby przeczytać, odłożyć, jak zbyt mocno rozgrzany garnek. Zapomnieć, nie wracać, nie widzieć, nie słyszeć. Ale nie da się zapomnieć. Ta przytłaczająca świadomość ogromu zła na świecie mnie zabija. Rzygać mi się chce od tego. Od tych wszystkich wojen, masakr, morderstw, tortur. Brzydzi mnie to. Nie rozumiem, nie chcę rozumieć, nie próbuję nawet zrozumieć. Ani tłumaczyć. Żadnej wojny, ani jednej. Rzygać mi się chce, jak widzę ten pęd do wojny. Niemowlaków i małe dzieci w ubrankach moro, pikniki, qrwa, wojskowe, parady z wojskiem w roli głównej. Strzelnice. Bóg, honor, ojczyzna wytatuowane na klacie. Po co? W imię czego? 

Nigdy się to nie zmieni. Ludzie zabijali, zabijają i będą zabijać. Gnidy rozciskać obcasem. Odstrzelać pierdolonych arabów/żółtków/białasów/sąsiadów. Psy, krowy, świnie, kurczaki, szkodniki cholerne. Ubić to wszystko, wykończyć. Żeby potem z zadowoleniem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku sobie pożyć. A te wszystkie dzieci? Dzieci wrogów - też ubić, bo po co to ma rosnąć, nowych rodzić.

Mam tego wszystkiego dość. Świadomość, że obłąkana moc zabijania może narodzić się w każdym narodzie mnie pogrąża. Jadę do Kambodży i widzę ludzi zataczających się traumą. Widzę ją w oczach uchodźców. Widzę takich ludzi w Polsce. W Niemczech też. Co to jest drugie czy trzecie pokolenie po wojnie. Rodzimy się z nią, wszczepioną w geny, wyżartą z polską ziemią. Żywieni nią w szkole, od małego flaga, hymn, ofiary, wojna. Wycieczka do Auschwitz w ósmej klasie, żeby pokazać. A co, niech się dzieciaki uczą. Wycieczka, po której przez kilka lat bałam się prysznica. Opowiadania babci, które na zawsze wpisały się w moje DNA - o trupach przy drodze po marszu śmierci z Auschwitz, o przypadkowo wykopanym w ogrodzie żołnierzu. O kuzynkach, które zginęły w wyniku działań wojennych, jak to pięknie ujęto w księgach kościelnych, a przecież dostali kulkę w łeb od Rosjan, za bycie Ślązakami, za stanie w nieodpowiednim miejscu. Nie wywalę tego ze mnie, co gorsza sprzedałam to dziedzictwo moim polsko-niemieckim, o ironio, dzieciom. Musiałam słuchać jak moja pięcioletnia córka mnie pytała dlaczego to Niemcy akurat Polakom i co ona ma z tym zrobić. Słuchałam i patrzyłam, jak odkrywała w tym wieku nielogiczność nauk o rasie aryjskiej, bo tata ciemny, a mama jasna. I mama i brat by przeżyli, bo tacy aryjscy, a ona, pięć lat i tata by poszli do obozu, bo tacy ciemni. 

Anna Janko to wszystko znowu we mnie skotłowała, wzburzyła, wywaliła. Czytając jej książkę, czułam fizyczny ból. Odchoruję ją. Bo to, w jaki sposób napisała o tragedii wojennej matki jest tak inne od wszystkiego, co dotychczas czytałam i tak bliskie mojej percepcji, że nigdy tego nie zapomnę. Chorowałam już na zespół stresu pourazowego, a czytając o jego objawach u Reni, matki autorki, sama je znowu miałam. Jakieś flashbacki, zmiany nastrojów, koszmary, nerwowość, beznadzieja, bezsens życia. Niemoc.

Autorka szczerze, dosadnie, bezkompromisowo rozkłada na czynniki pierwsze genezę okrucieństwa, bestialstwa, przy okazji relacjonując pacyfikację Soch, wioski gdzie mieszkała jej matka. I tyle. Nie napiszę więcej. Jeśli czujecie się na siłach, czytajcie.

Moja ocena: 6/6

Anna Janko, Mała zagłada, 264 str., Wydawnictwo Literackie 2015.

Stosikowe losowanie 7/18


Zapraszam do zgłaszania się do rundy lipcowej! Pary rozlosuję 1 lipca, czas na przeczytanie książek mamy do końca miesiąca.

Dla przypomnienia zasady:

1. Celem zabawy jest zmniejszenie liczby książek w stosie.

2. Uczestnicy dobierani są losowo w pary i wybierają numer książki dla partnera.

3. Wylosowaną książkę należy przeczytać do końca miesiąca.

4. Mile widziana jest recenzja, do której link należy zamieścić na moim blogu.

5. Podsumowanie losowania wraz z linkami znajduje się w zakładkach z boku strony.

6. Jeśli wylosowana książka jest kolejną z cyklu, można przeczytać pierwszy tom.

Serdecznie zapraszam do zabawy i czekam na zgłoszenia wraz z podaniem liczby książek w stosie.

niedziela, 24 czerwca 2018

"Dziecko piątku" Małgorzata Musierowicz


Jak widać, jeszcze nie porzuciłam Jeżycjady, co więcej kontynuuję czytanie z większą chęcią, bo jak się okazuje, poczynając od Noelki zupełnie nie pamiętam treści kolejnych tomów, czytanych przeze mnie najwyraźniej tylko raz. W Dziecku piątku na karty powieści powraca Aurelia Jedwabińska vel Genowefa. Ta rezolutna dziewczynka wyrosła na smutną nastolatkę.

Aurelia kończy właśnie pierwszą klasę liceum, ale zupełnie jej to nie interesuje. Najważniejsze są problemy w domu - jej matka zmarła rok wcześniej, a dziewczyna mieszka z ojcem i jego macochą. Nie jest tam szczęśliwa, ale pokornie akceptuje swój los, starając się nikomu nie wadzić. Zerwała kontakty ze znajomymi z Roosvelta, a szczególnie z Kreską, zamieszkując z dala od Jeżyc. Ta nieszczęśliwa, pogodzona ze swoim losem Aurelia spotyka w ostatnim dniu szkoły Konrada. Bitnera zresztą. Znanego z Brulionu BeBe B. To już nie mały chłopczyk, ale nastolatek o artystycznej duszy. Tych dwoje outsiderów odnajduje cienką nić porozumienia, a przypadek chce, że razem wpadają na Piotra Ogorzałkę, czyli starszego brata męża Kreski, który zabiera ich do Pobiedzisk. Aurelia ma tam babcię, której nie widziała od bardzo dawna, a którą spontanicznie postanawia odwiedzić. I to jest najbardziej kuriozalny wątek tej książki. Babcia okazuje się bowiem być świetną kobietą, która Aurelię przygarnia od razu do serca, zaprasza na wakacje do domu i obdarza uczuciem. Babcia, z którą dziewczyna miała słaby kontakt. Babcia, która wiedziała, że jej jedyna wnuczka straciła matkę. Babcia, która mieszka niedaleko Poznania. I ta babcia nie interesowała się wnuczką? Pozwoliła swojemu oschłemu synowi na zerwanie kontaktów? W głowie mi się to nie mieści. Jeśli owa babcia tak bardzo kochała wnuczkę, jak to w książce przedstawia Musierowicz, nie potrafię zrozumieć, że tak łatwo zrezygnowała z kontaktów, pozostawiając dziecko na pastwę nielubianej drugiej żony syna i niezbyt serdecznego syna także. Niepojęte. Tak samo, jak skąpe kontakty, gdy żyła jeszcze matka Aurelii. W zasadzie autorka nie wyjaśnia, dlaczego były one tak rzadkie. Wspomina zaledwie, że babcia nie lubiła synowej, ale później babcia wypowiada się o niej raczej serdecznie.
Pomijając jednak ten fakt, to jest to oczywiście książka o pierwszym zakochaniu - o uwagę Aurelii rywalizują aż dwaj chłopcy - Konrad i poznany w Pobiedziskach Artur. Sympatia Musierowicz jest oczywiście przy zakochanym w teatrze Konradzie, a nie przy nieco topornym Arturku.

Najfajniejsze jednak w tej książce nie są perypetie miłosne Aurelii, ale wydarzenia z Roosvelta, a konkretnie córki Gabrysi. Przypominają mi one nadal Nutrię i Pulpę i są po prostu urocze. Ich przypadkowa znajomość z woźnym liceum, do którego uczęszczają wszyscy bohaterowie Jeżycjady, jest świetna. Zgorzkniały samotny starzec skonfrontowany z bezkompromisowymi, szczerymi i pełnymi pomysłów dziewczynkami, sięga granic swojego horyzontu w kwestii wychowania i zachowania dzieci. Łacińskie wstawki Tygryska oraz nieudolne próby okiełznania siostry przez Pyzę są przekomiczne, a przemiana woźnego bardzo sympatyczna i niewymuszona. No może poza spotkaniem z babcią Aurelii, które było zbyt przewidywalne.

Dziecko piątku zaliczam do mniej udanych tomów Jeżycjady, przede wszystkim ze względu na babciny, dla mnie absolutnie niezrozumiały, wątek.

Moja ocena: 3,5/6

Małgorzata Musierowicz, Dziecko piątku, 175 str., Wydawnictwo signum Kraków 1993.

środa, 20 czerwca 2018

"Opowiadania portugalskie XIX i XX w."


Wyszukane na allegro opowiadania portugalskie musiałam mieć - czyż istnieje lepszy sposób na przynajmniej pobieżne poznanie literatury danego kraju? No właśnie pobieżne. I sposób lepszy zapewne istnieje, ale jest bardziej czasochłonny. Dzięki tej książce mogłam jednak poznać prozę aż trzydziestu sześciu pisarek i pisarzy. Te skrupulatnie dobrane teksty mają ukazać czytelnikowi różnorodność poruszanej tematyki, zapoznać z prądami literackimi w Portugalii oraz przybliżyć portugalską duszę. 

Myślę, że warto sięgnąć po te teksty, gdy zna się już trochę luzofońską literaturę i portugalską historię - wtedy ich odbiór będzie z pewnością pełniejszy i bardziej wartościowy. 
Sama treść tekstów jest przeróżna - przede wszystkim obejmują one poza Portugalią także Wyspy Zielonego Przylądka, Angolę i Makao, ukazując przynajmniej część portugalskojęzycznego środowiska. Akcja wielu z opowiadań rozgrywa się na prowincji i na wsi, a stale przewijającym się  tematem jest miłość i kłótnia. Traktują o nich przede wszystkim starsze teksty, przy okazji ciekawie obrazując warunki życia w ówczesnej Portugalii oraz wiejskie zwyczaje, np. pogrzebowe. Innym dominującym wątkiem jest bieda, który przewija się przez niemal wszystkie teksty. Wrażliwość autorów na nędzę oraz problemy życia codziennego rzuca się w oczy. Podobnie ważna jest cnota i honor kobiet, ożenek, nieszczęśliwa miłość, a także zachowywanie pozorów, troska o opinię publiczną. Są tez opowiadania o zabarwieniu politycznym, jedno z nich ukazuje działania członka ruchu oporu, a inne wojnę z Francją.

Zaskoczona byłam, że dużo bardziej przypadły mi do gustu opowiadania początkowe, czyli najstarsze, bo nie jestem szczególną miłośniczką XIX-wiecznej prozy, poza naturalizmem może. Jak to w zbiorach opowiadań bywa, niektóre teksty zupełnie nie trafiły w mój gust, ale było ich faktycznie niewiele. Przeważały opowiadania interesujące, pouczające powiedziałabym wręcz. Ciesze się, że zdecydowałam się na lekturę tych tekstów. Obcowanie z tymi stosunkowo dawno tłumaczonymi opowiadaniami było w większości przypadków ucztą literacką - zachwycałam się starannością tłumaczenia, doborem słów i środków stylistycznych.

Moja ocena: 4/6

Opowiadania portugalskie XIX i XX w., tł. Krystyna i Wojciech Chabasińscy, Janina Z. Klave, 426 str., Wydawnictwo Literackie Kraków 1977.

sobota, 16 czerwca 2018

"Cuda niewidy" Marianna Oklejak


To jedna z tych książek, które nas zupełnie zaskoczyły. Na pierwszy rzut oka wydawała się być książką dla najmłodszych, tymczasem siedzieliśmy nad nią we trójkę, szukając rozwiązań  zagadek, wykoncypowanych przez Mariannę Oklejak.


To niezwykle kolorowa, wyróżniająca się w natłoku książek z zadaniami pozycja. Książkami z zadaniami nazywamy w domu wszelakie publikacje z łamigłówkami, krzyżówkami i zadaniami właśnie, które moje dzieci rozwiązywały namiętnie w wieku przedszkolnym. Teraz trudniej ich na taką aktywność namówić, Cuda niewidy jednak były taką odmianą, że zaangażowały nas wszystkich.


Oklejak opowiada historię dwóch braci, utrzymaną w konwencji baśni. Bracia są biedni i wyruszają w świat po drodze napotykając na różne przeszkody: a to ptaki, które wskażą drogę, gdy im pomóc, a to na ciemny bór czy też na diabła Rokitę. Każda kolejna strona to nowe zadanie, nowa przygoda i odsyłacz do innej strony, niekoniecznie kolejnej. Tym sposobem czytelnik eksploruje książkę, podążając za położonymi przez autorkę tropami. I wcale nie są to łatwe tropy, nad niektórymi stronami spędziliśmy sporo czasu, zanim odkryliśmy rozwiązanie zagadki.


Bardzo podoba się nam szata graficzna tej książki - jak widać już na okładce - ludowo-słowiańska. Kreska Oklejak jest zachwycająco kolorowa, energiczna, dynamiczna i wciągająca. Co ciekawe, mimo że strony są pełne kolorów czy tekstu, to nie odczuwałam w nich przeładowania - i mówię to ja, wielbicielka minimalizmu. 


Jak się więc domyślacie, polecam wam tę książkę - przede wszystkim za jej uniwersalizm. Jestem pewna, że jest świetnym kompromisem do wspólnego czytania z dziećmi w różnym wieku.

Marianna Oklejak, Cuda Niewidy, 64 str., ArtEgmont, Warszawa 2017.

piątek, 15 czerwca 2018

"Wiatr z północy" Susan Abulhawa

 

Te książkę miałam w planach od dawna, bo bardzo chciałam poznać literaturę z Palestyny. Autorka wprawdzie jest emigrantką, ale jej powieść bardzo mocno osadzona jest na Bliskim Wschodzie. Akcja rozpoczyna się na początku lat 40. XX wieku w małej wiosce, a Abulhawa przedstawia czytelnikowi ówczesne życie palestyńskich rolników, uprawiających głównie sady oliwne i pomarańczowe. Ci mieszkający tam od wieków ludzie poświęcali swoje życie pracy na roli, kochali bezgranicznie ziemię, a najważniejszym wydarzeniem ich życia były zbiory plonów.

To właśnie tam rozpoczyna się opowieść o przodkach głównej bohaterki powieści - Amal. Abulhawa szkicuje całkowicie idylliczny obraz życia dobrych, kochających swoją pracę ludzi. W ten świat wtargnie brutalnie wojna. Wieśniacy nie rozumieją ani jej przyczyn, ani sytuacji politycznej na świecie czy nawet w swoim regionie, są bezradni wobec siły wojsk i ich brutalności. Wszystkie rodziny zostają wypędzone i zamknięte w obozie dla uchodźców. Tam rodzi się Amal jako późne dziecko swoich złamanych już wojną rodziców. Dziewczyna rośnie wśród ruin pod okiem nieobecnej matki. Utrata drugiego syna, dotychczasowego życia, brutalność z jaką się spotkała czynią z niej wrak człowieka. Kolejne zamieszki, szykany i życie pod okiem Izraelczyków, zabijają w matce resztki energii życiowej. Ukochany ojciec Amal natomiast znika podczas jednego z izraelskich ataków. Amal do końca życia nie dowie się, co się z nim stało. Pozostaje jej starszy brat, który po poniżającym traktowaniu przez wojska izraelskie, zaczyna pielęgnować w sobie chęć zemsty i w końcu dołącza do palestyńskiego ruchu oporu. Amal jest sama, wychowuje się wraz z ukochaną przyjaciółką, przeżywa wraz z nią najstraszniejsze ataki oraz zagląda w oczy śmierci. Nie wie, że ma jeszcze jednego brata, który zaginął podczas wypędzenia mieszkańców wioski. Był wtedy kilkumiesięcznym niemowlęciem, które porwał izraelski żołnierz, by uszczęśliwić bezpłodną żonę. 

Amal otrzymuje stypendium i może zamieszkać w domu dla palestyńskich sierot, gdzie kończy edukację, a potem wyjeżdża na studia do Stanów Zjednoczonych. Tam odcina się od swojej przeszłości, staje się Amy, idealnie wpasowaną w nowe środowisko, wykorzenioną, pozbawioną tożsamości. Autorka niezwykle szczegółowo opisuje rozterki wewnętrzne Amal - pustkę i bezcelowość jej życia przede wszystkim, które rozwiać może dopiero kolejna wizyta na Bliskim Wschodzie, tym razem w obozie dla uchodźców w Libanie, gdzie spotyka brata i jego rodzinę. 

Powieść Abulhawy odebrałam jako odpowiedź na zapewne znane potencjalnemu czytelnikowi informacje przekazane z izraelskiego punktu widzenia. Autorka buduje swoją książkę na emocjach, traktując wybiórczo i po macoszemu konkretne wydarzenia w życiu swoich bohaterów. Nigdy nie dowiadujemy się, co studiowała Amal, ani z czego żyła, jakiego rodzaju pracę wykonywała, za co kupiła dom. Kilkadziesiąt stron za to wypełniają wspomniane wyżej jej rozterki emigranckie, co same w sobie nie jest złe, aczkolwiek nie poparte żadnymi faktami z jej życia. Co ciekawe, wszystkie indywidualne charaktery są w tej powieści pozytywne. Palestyńczycy to wspaniali, serdeczni ludzie, którzy potrafią kochać, jak nikt inny. Każda z tych osób trafia na miłość swojego życia od pierwszego wejrzenia, miłość, która trwa wiecznie. Wszyscy oni mają szczere intencje i są prostymi, dobrymi ludźmi. Jeśli zaczyna się w nich rodzić chęć zemsty, jej podstawą są najgorsze z możliwych tortury i nieszczęścia. Także nieliczny sportretowani przez Abulhawę Izraelczycy są wyrozumiali i tolerancyjni.

Od pierwszych stron tej powieści, wiedziałam, że autorka zaserwuje mi najgorsze sceny wojenne, brutalność, niesprawiedliwość, horror w najgorszym wydaniu. Byłam tego tak pewna, że czułam fizyczną niechęć do kontynuowania lektury. Nie dlatego, że boję się takich scen, ale dlatego, że miałam poczucie bycia manipulowaną. Świat Abulhawy jest czarno-biały i nie było szans się mu wymknąć. Męczyło mnie jej ciągłe granie na emocjach, którego częścią składową było wspomniane wyżej przeze mnie przedstawianie tylko emocji bohaterów z pominięciem faktów. Wiedziałam, że na końcu czekają na mnie niezwykle bolesne sceny, które doprowadzą mnie do łez i oczywiście tak się stało. I o ile wierzę autorce, nie posądzam ją o koloryzowanie, bo wiem, że to co się działo i dzieje na Bliskim Wschodzie jest straszne, to ciągłe poczucie manipulowania moimi uczuciami budziło we mnie niesmak. Wolałabym przeczytać powieść bardziej rzeczową, podbudowaną faktami, a mniej emocjonalną. 

Mimo to nie żałuję czasu poświęconego tej książce - dowiedziałam się sporo o Palestyńczykach, poza tym nie mogę nic zarzucić stylowi autorki (może poza męczącymi i nic nie wnoszącymi zmianami perspektywy i narratora oraz powtarzaniem niektórych wydarzeń). Co jednak jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia to beznadziejnie cukierkowa i nie przystająca do treści polska okładka i dziwaczny tytuł.

Moja ocena: 4/6

Susan Abulhawa, Während die Welt schlief, tł. Stefanie Fahrner, 448 str., Diana Verlag 2012.

środa, 13 czerwca 2018

"Food Pharmacy" Lina Nertby Aurell, Mia Clase


To chyba pierwsza książka kucharska, którą recenzuję na blogu. Choć słowa kucharska użyłam właściwie na wyrost, bo to raczej książka o jedzeniu, świadomym jedzeniu. Autorki najpierw stworzyły blog, na którym opisywały swoją drogę do lepszego, zdrowszego gotowania, a potem, jak to ostatnio bywa modne, przeniosły swoje doświadczenia i myśli na papier. 


Food Pharmacy to w zasadzie kompendium ich wiedzy, odkryć i zmian. Autorki świadome są, że bardzo trudno całkowicie zrewolucjonizować sposób gotowania i starają się ich pomysły przekazać w sposób życiowy, zachęcając do małych kroków, połowicznych zmian, stopniowego zmieniania żywienia. Każdą ze swoich propozycji tłumaczą od strony biologicznej i medycznej, szczegółowo uzasadniając jej ważkość oraz podają propozycję wprowadzenia danego produktu do diety. Wszystko to okraszone jest mnóstwem ilustracji, dodatkowych informacji w ramkach i wskazówek. Język jest bardzo przystępny, w moim odczuciu aż za bardzo. Nie podoba mi się zupełnie styl autorek, które w moich oczach silą się na luz i dowcip. Ta maniera mnie bardzo drażniła i wydała się mi być sztuczna, a ich dowcipy nic a nic mnie nie śmieszyły.


Ale najważniejsze jednak jest to, czy autorki przekonały mnie do swojej koncepcji. W zasadzie tak i to na tyle, że kupiłam ich książkę z przepisami. Wypróbowałam już kilka proponowanych przez nie receptur i moje dzieci je zaakceptowały, co jest nie lada sukcesem. Wiele z prezentowanych propozycji było mi już znanych, wiele z nich pokrywa się z moimi przekonaniami, więc myślę, że stopniowo będę wprowadzać nowe przepisy. Jestem realistką w tej kwestii i wiem, że nie uda mi się całkowicie zrewolucjonizować mojej kuchni, ale jeśli wypróbuję choć 1/4 przepisów, będę bardzo zadowolona.


Książkę tę można czytać, by być bardziej świadomym tego, co jemy. Nie trzeba od razu ruszać posadami własnego kuchennego świata, ale jestem pewna, że każdy kto na Food Pharmacy trafi, z czasem coś zmieni, nawet jeśli to będzie tylko wprowadzenie kurkumy jako naczelnej przyprawy.

Moja ocena: 4/6

Lina Nertby Aurell, Mia Clase, Food Pharmacy, tł. Justyna Högström, 185 str., Wydawnictwo Otwarte Kraków 2017.

"To ja, Malala" Malala Yousafzai, Christina Lamb


Tę książkę czytałam bardzo długo. Zaczęłam jakieś dwa lata temu z dużą dozą nieśmiałości, bo była to moja pierwsza powieść dla dorosłych po portugalsku. Czytanie przy stole ze słownikiem okazało się jednak być tym, co wymagało zbyt dużego nakładu czasu i zabijało we mnie chęć lektury. Dlatego tym razem postanowiłam czytać tę książkę, jak każdą inną. I poszło mi super, przeczytałam całą błyskawicznie. Spora zasługa tu też samego języka, bardzo przystępnego moim zdaniem.

Malala Yousafzai opowiada historię swojej rodziny, doliny Swat, w której się wychowała oraz dzieje Pasztunów. Tę opowieść czyta się z zapartym tchem - na dobrą sprawie niewiele wiedziałam o Pakistanie, a o Pasztunach chyba nic. Dodać trzeba, że Malala miała szczęście urodzić się w wyjątkowej rodzinie i mieć wyjątkowego ojca. Ojca, który dbał o edukację, który nie dyskryminował córki, który wspierał ją we wszystkich decyzjach i utwierdzał w jej szczególnej roli. Malala natomiast to dziewczyna o otwartym umyśle, podatna na wpływ ojca, ale także niezwykle inteligentna i przekonana o celowości swojej walki. Zresztą Malali chyba nie trzeba przedstawiać bliżej. Nie znałam szczegółowo jej działalności, która doprowadziła do przyznania jej Nagrody Nobla, ale także wielu innych nagród i zaskoczona byłam jak różnorodna i odważna ona była.

Malala opisuje swoją działalność, rządy talibów, zamieszki i swoje przemyślenia w sposób tak ujmująco bezpretensjonalny, szczery, że od razu ją polubiłam. Mimo wielu krytycznych komentarzy na goodreads, pochodzących głównie ze strony Pakistańczyków, uwierzyłam jej i nie podejrzewam jej o konfabulację.

Malala zapłaciła wysoką cenę za wolność - żyje daleko od ojczyzny, przeszła bardzo trudny okres w szpitalach, ale nie poddaje się. Walczy o zrozumienie, tłumaczy, wyjaśnia, przybliża islam i wreszcie ma na uwadze prawa dziewcząt i kobiet. Nie zgodzę się z zarzutami, że książka jest chaotyczna czy rozwlekła, właśnie fragmenty pokazujące historię Pakistanu czy islamu z szerszej perspektywy nadają jej głębi, pomagają zrozumieć historię dziewczyny. Dla mnie to była głęboko pouczająca opowieść.

Moja ocena: 5/6

Malala Yousafzai, Christina Lamb, Eu, Malala, tł. Maria de Almeida, António Carlos Andrade, Cristina Carvalho, 351 str., Editorial Presença 2015.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

"Stulecie chirurgów" Jürgen Thorwald



Od dawna sobie ostrzyłam apetyt na książki Thorwalda. Chciałam przeczytać je po niemiecku, ale okazało się, że zdobycie ich wcale nie jest takie proste, zdecydowałam się więc na zakup audiobooka, który towarzyszył mi przez niemal cały maj.

Stulecie chirurgów to fascynująca opowieść o narodzinach chirurgii, oparta na dziejach rzekomego dziadka autora, Henry'ego Stevena Hartmanna. Przodek ów zafascynowany był nagłym rozwojem chirurgii i korzystając z pokaźnych zasobów finansowych podróżował po USA i Europie, starając się tropić najnowsze odkrycia medyczne. Wraz z wynalezieniem narkozy w 1846 chirurgia zamienia się z przypominającej rzeźnię dość przypadkowej działalności w pełnoprawną gałęź medycyny. To niepojęte, że niespełna dwieście lat temu, jakakolwiek pomoc chirurgiczna raczkowała i ograniczała się do amputacji i usuwania piersi oraz kamieni moczowych. O towarzyszącym jej potwornym bólu nie wspominając. Hartmann następnie towarzyszy odkryciu przez Roberta Listona aspetyki, niechętnie przyjętej przez znanych chirurgów. Opisując kolejne etapy podróży Hartmanna, Thorwald wspomina o jego życiu prywatnym, a zwłaszcza o chorobach, które dotykają jego rodzinę. To także przyczynek do ukazania, jak powszechnie leczone teraz schorzenia zabijały w krótkim czasie sporą część populacji, np. zapalenie wyrostka robaczkowego. Jeszcze nieco ponad sto lat temu było ono wyrokiem śmierci.

Słuchając tej książki, przygotowywałam się mentalnie do mojej operacji i nie mogłam wciąż wyjść z podziwu, jak dalece rozwinęła się chirurgia i jak fascynująca jest to nauka. Nie ukrywam, że ciągoty medyczne mam od dawna i temat niezwykle mnie interesuje, ale książka Thorwalda to dla mnie odkrycie. Mimo że uważam słuchanie tego typu książek za bardzo wymagające, bardzo dużo zapamiętałam i nie miałam problemu w podążaniu za wątkami. Niemiec bardzo zgrabnie opisuje kolejne wydarzenia, wplatając bardzo często wydarzenia historyczne i barwnie opisując postacie poszczególnych chirurgów. Stulecie chirurgów to gawęda, wspaniała i pouczająca opowieść, zwłaszcza dla osób zainteresowanych medycyną.

Moja ocena: 5/6

Jürgen Thorwald, Stulecie chirurgów, tł. Karol Bunsch, czyt. Grzegorz Przybył, 560 str., Wydawnictwo Aleksandria.