niedziela, 5 października 2008

"Zima w Lizbonie" Antonio Munoz Molina

Narrator powieści spotyka w Mardycie w jednej z knajpek dawnego znajomego - Santiago Biralbo - pianistę jazzowego. Boralbo gra w podrzędnym lokalu poz zmienionym nazwiskiem. W ciągu wielu, zakraianych bourbonem nocy, Biralbo opowiada swoją historię. Te morczne zwierzenia obracają sie wokół jego miłości do Lucrecii. Miłości praktycznie bez wyjścia, gdyż Lucrecia była mężatką. Jej mąż to podejrzany typ interesujący się sztuką i chorobliwie zazdrosny. Podczas wielu nocy narrator dowiaduje się dlaczego Biralbo zmienił nazwisko, czemu się ukrywa, czemu stale ma przy sobie broń i podejrzliwie spogląda przez okno. Opowieść pianisty przesiąknięta jest mroczną atmosferą, czytelnik wręcz słyszy muzykę. Oczywiście jest to jazz, a zwłascza kawałki napisane przez Biralbo "Lisboa" i "Burma". Wiele stron zajmują opisy atmosfery, nastrojów, muzyki, uczuć - akcja wtedy toczy się niespiesznie, ustępując miejsca melancholii. Skąd jednak w tytule Lizobna, skoro akcja toczy się głównie w San Sebastian i Madrycie? Lizoba to miasto marzeń Lucercii, to miejsce, które wręcz symbolizuje miłość jej i Biralbo. Do samej Lizobny dotrzemy jednak dopiero na 166 stronie książki. To zimowe, melancholijne miasto. Fizycznie nie odgrywa wielkiej roli, ważniejszy jest wyżej wspomniany utwór Biralbo właśnie tak zatytułowany. Narrator słucha go wiele, wiele razy. Książkę przeczytałam dość szybko, ale nie mogę powiedzieć, żeby mnie zachwyciła. To z pewnością wyśmienita powieść, bardzo poetycka, z własnym, niepowtarzalnym klimatem. Mnie jedak do końca nie ujęła.

Antonio Munoz Molina, Der Winter in Lissabon, tł. Heidrun Adler, rowohlt, 280 str., ISBN 3-498-04330-7

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza